Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pisarstwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pisarstwo. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 12 września 2016

Przeczytaj moją książkę, bo inaczej mnie zabiją

Mariusz Zielke udostępnił bezpłatnie swój najnowszy kryminał pt. „Dla niej wszystko”. Informacja do mnie dotarła i mnie nie zainteresowała. Nie jestem czytelnikiem Zielkego, a nie ściągam sobie książek tylko dlatego, że są za darmo. Nagle jednak sprawa zrobiła się głośna, wszyscy o niej piszą i proszą, żeby powieść pobierać, bo w ten sposób ocali się wolność słowa, tyłek autora i da prztyczka w nos łobuzom. Ponieważ ciągle domagam się prawdziwej wolności słowa, jako autor może kiedyś sam poproszę o ratowanie tyłka, a łobuzów nie lubię, wszedłem na stronę, na której Zielke opisuje dzieje powstania i opublikowania rzeczonego kryminału.

Mój wzrok najpierw przykuło hasło na okładce POWIEŚĆ ZAKAZANA – NIGDY NIE UKAŻE SIĘ OFICJALNIE. I poczułem do Zielkego pewną niechęć, bo bardzo nie lubię, jak się obraża moją inteligencję. O ile mi wiadomo, zarówno cenzura, jak i drugi obieg to już w Polsce odległa przeszłość. Może też nieodległa przyszłość, ale jak na razie PiS poza telewizją publiczną cenzury jeszcze nie wprowadził.

Czytam dalej i dowiaduję się, że to „historia niemal jak z pierwszego tomu Millennium Stiega Larssona”. „Mężczyzn, którzy nienawidzą kobiet” przeczytałem dopiero niedawno, więc mam książkę świeżo w pamięci, ale poza zleceniem od milionera nie widzę żadnej paraleli między losami Blomkvista a Zielkego. Widzę za to, że porównanie do „Millennium”, nazwiska Larsson i Salander przyciągają uwagę. Jeszcze bardziej sceptyczny się robię, kiedy czytam „To nie jest dmuchana marketingowo opowiastka cwaniaka, który sprzedaje naiwnym swoje książki”. Na taką wygląda, ale wystarczy napisać, że to złudne wrażenie, i naiwni uwierzą? Ale patrzę, że jest rubryka „Szczegóły”. W porządku, czyli to był ogólny opis, konkrety będą dalej, klikam na link w przekonaniu, że w „Szczegółach” znajdę fakty, dowody, że to prawdziwa historia, a nie marketingowa sztuczka. Nie muszą być to przecież dowody do obrony w sądzie, zwykle z informacji, które autor przedstawia, dość łatwo zorientować się, czy pisze o prawdziwych wydarzeniach. Tyle że w „Szczegółach” faktów i konkretów jak na lekarstwo, za to dużo egzaltacji i gołosłowne zapewnienia „wszystko, co tu napisałem jest prawdą” i „wszystko, o czym piszę, mogę udowodnić”.

A sama historia taka, że z całym szacunkiem, ale uczniowie piątej klasy podstawówki potrafią lepiej wciskać kit (wiem, bo uczyłem).

We wrześniu 2015 r. bogaty biznesmen (posiadający własne wydawnictwo) zamówił u mnie powieść, która m.in. opisywałaby sprawę ataku bandytów na niego i porwania członka jego rodziny.

Milioner posiadający wydawnictwo, któremu porwano członka rodziny. Czy taka sprawa nie powinna wzbudzić zainteresowania mediów? Szukam i z opisywanych porwań nie znajduję nic, co by tutaj pasowało. Nie wzbudziła czy zaistniała jedynie w głowie Zielkego? Z recenzji autorki bloga Kag in the books (która, jako jedna z nielicznych, nie dała sobie wcisnąć kitu, szacunek) wynika, że autor skupia się na sprawie zaginięcia Iwony Wieczorek, a z tego, co wiem, żaden milioner wydawca się tam nie przewijał.

W 11 miesięcy stworzyłem powieść kryminalną, która bardzo podobała się pierwszym jej recenzentom i wydawcy. I wtedy prawnik biznesmena zaproponował mi umowę, która umożliwiłaby wydawcy przetrzymanie pierwszego wydania tej powieści przez 25 lat (a umawialiśmy się na wydanie w listopadzie 2016).

„Zaproponował umowę”, a nie „zmianę umowy”, czyli umowy nie było. A zatem Zielke oczekuje, że uwierzymy, że bogaci biznesmeni i doświadczeni autorzy, to są tacy ludzie, którzy pokładają zaufanie w umowach ustnych, bo w ciągu swoich karier przekonali się, że kontrahenci są bardzo uczciwi, a pisemne umowy zbędne. Pan biznesmen na słowo uwierzył pisarzowi, że ten mu książkę napisze, i uznał zabezpieczenie swoich interesów za niepotrzebne, a pan autor nie widział przeszkód, by poświęcić blisko rok pracy, nie mając żadnej gwarancji, że ktokolwiek mu za nią zapłaci.

Nie zgodziłem się i wtedy zaczęła się moja katorga. Błagalnymi mailami doprowadziłem do telefonicznej "ugody", na mocy której biznesmen m.in. zgadzał się, żebym swoją powieść wydał w Czarnej Owcy.

Nie było umowy, to co biznesmen miał do gadania, gdzie książka może się ukazać? To po pierwsze. A po drugie, biznesmen chce zablokować książkę na ćwierć wieku, ale zgadza się, żeby opublikowało ją inne wydawnictwo, bo go autor błagał? Bo, jak wiadomo, w biznesie do milionów dochodzą ludzie, którzy podejmują decyzje, kierując się litością, a nie własnym interesem. Biznesmen był pijany, kiedy wyrażał tę zgodę, czy Zielke, kiedy wymyślał tę bajeczkę?

Podpisałem umowę z tym wydawcą, bo książka mu się podobała. Po kilku dniach biznesmen wystąpił do mnie z niezrozumiałymi żądaniami (takich zmian w książce, że praktycznie musiałbym ją napisać od nowa oraz częściowego zwrotu pobranych za napisanie książki zaliczek, które wydałem na bieżące potrzeby). Nie miałem pieniędzy, by mu oddać zaliczki, musiałem więc zerwać umowę z Czarną Owcą.

Aha. Czyli biznesmen zgodził się, żeby Zielke wydał książkę w Czarnej Owcy, ale nie zażądał zwrotu zaliczek, które zapłacił za napisanie tej książki. Najwyraźniej człowiek o złotym sercu, który po prostu postanowił zasponsorować Zielkego. Czego zresztą można było się spodziewać, skoro wypłacał te zaliczki na gębę bez żadnej umowy. Następnie biznesmenowi się odwidziało i zażądał zmian w książce, do której z pewnością nie miał już żadnych praw, no bo skoro Zielke podpisał umowę z Czarną Owcą, to musiał w niej złożyć oświadczenie, że jest wyłącznym dysponentem praw do tekstu. Czyli jedno z dwojga: albo Zielke złożył fałszywe oświadczenie w tej umowie, albo mydli nam teraz oczy.
Powstaje też pytanie, dlaczego Zielke nie oddał biznesmenowi kasy z zaliczki od Czarnej Owcy. Z pewnością nie zdążył jeszcze wydać jej „na bieżące potrzeby”, bo Czarna Owca (ani żadne inne wydawnictwo) nie wypłaca zaliczki w terminie kilku dni od podpisania umowy.
Biznesmen nie ma żadnych praw do książki, nie ma pisemnej umowy, a jeśli nawet przyjmiemy, że ustalenia ustnej da się udowodnić, to najpierw było ustne zamówienie, a potem ustna rezygnacja z tego zamówienia (zgoda na wydanie w Czarnej Owcy), ale autor jest zmuszony przekazać książkę biznesmenowi, za to pisemną umowę z wydawnictwem to może sobie tak po prostu bez żadnych konsekwencji zerwać. No ludzie, kto tu kogo ma za idiotę?

Zrobiłem to i przekazałem mu powieść do wydania.

Z tymi zmianami czy bez?

Wtedy jego prawnik napisał, że już nie jest zainteresowany wydaniem powieści i że ja nie mogę jej nigdzie indziej wydać. (…) Próbują zablokować książkę sądownie, wydzwaniają do mojego wydawcy.

Czyli do kogo, bo już się pogubiłem? I jeśli prawnik miał podstawy, by zakazywać Zielce publikowania powieści, to jak to się stało, że autor opublikował ją w internecie? Przecież z prawnego punktu widzenia taka samodzielna publikacja niczym nie różni się od publikacji w wydawnictwie.

Próbują zablokować książkę sądownie (…) Jak tylko dostanę pozew, to go pokażę, że to nie ściema.

Dobre. Próbują zablokować książkę sądownie, ale nie wnieśli jeszcze pozwu, który autor mógłby pokazać jako dowód, że nie plecie jak Piekarski na mękach. Czy też Zielke dostał pismo przedsądowe wzywające go do spełnienia roszczeń i na tej podstawie zakłada, że zostanie wniesiony pozew? Skoro tak, to dlaczego nie pokaże tego pisma na dowód, że „to nie ściema”? Skoro może pokazać pozew, to tym bardziej może pokazać to pismo.
I czego ten rzekomy pozew dotyczy? Naruszenia dóbr osobistych? Czyich, skoro, jak zapewnia autor: „Bardzo wyraźnie zaznaczam, że nikogo prawdziwego nie opisywałem. Wszystkie postaci zmyśliłem”? A jeśli to nie te zmyślone postaci domagają się zabezpieczenia powództwa o ochronę dóbr osobistych przez zakaz publikowania książki (nawiasem mówiąc, bardzo wątpliwe, by sąd się na to zgodził), to w trybie jakich przepisów książka miałaby zostać sądownie zablokowana?

Jak ja widzę całą sytuację (oczywiście to tylko spekulacje, które opieram na swoim doświadczeniu)? Moim zdaniem Zielke normalnie napisał kolejną książkę dla Czarnej Owcy, w której regularnie publikuje. O coś się jednak z wydawnictwem pokłócił, domyślam się, że zażądał znacznie większych nakładów na promocję, a wydawnictwo odmówiło. Wtedy postanowił im pokazać, ile egzemplarzy może przy odpowiednim szumie zejść i ile stracili na tym, że nie chcieli włożyć kasy w reklamę. Pogłówkował i wyszło mu, że polski naród durny naród, wierzy bez żadnych dowodów czy wbrew dowodom w zamach w Smoleńsku, bez niczego łyknie dyrdymały o „bardzo niebezpiecznych ludziach, których interesy w jakiś sposób naruszył powieścią”. A czy może być lepszy wabik niż pisarz, za którego plecami czają się potencjalni zabójcy? „Potrzebuję pomocy w nagłośnieniu tematu, bo wtedy ci ludzie (…) będą bali się działać pozaprawnie”. Innymi słowy, jak napiszecie o mojej książce, to mnie nie pobiją ani nie zabiją. Kto może się oprzeć na takiemu wezwaniu? A Zielke, śledząc, jak informacja o jego książce się rozprzestrzenia i jak rośnie liczba pobrań, zapewne zaciera ręce i zaśmiewa się w kułak.

Żeby była jasność. Nie oceniam negatywnie akcji Zielkego. Nie robi nic złego czy nagannego. Dostosował się do czytelników, z których każdy, owszem, deklaruje, że chce dobrych książek, ale sięga niemal wyłącznie po autorów robiących wokół siebie szum. Sprawę Zielkego omówiły serwis Booklips i Polskie Radio. Pierwszy z definicji pisze o książkach, drugie ma misję publiczną polegającą na promowaniu kultury. Czy Zielke mógłby liczyć na ich zainteresowanie, gdyby zwyczajnie wydał dobrą powieść? Nie miałby na to najmniejszych szans. To nie Zielke jest hipokrytą, są nim odbiorcy i dziennikarze, których powieść bez sensacyjnej otoczki nie interesuje. A nie ma takiego przykazania, że reklamowa historyjka sprzedająca książkę ma być prawdziwa. Co oceniam negatywnie, to bezmyślność, naiwność i całkowity bezkrytycyzm tych, którzy tę jego nietrzymającą się kupy i niepopartą żadnymi dowodami historię cytują z pełnym przekonaniem, że to cała i święta prawda.

PS. Poczytałem sobie trochę o okolicznościach wydania pierwszej powieści Zielkego i wychodzi mi na to, że ma on para… bogatą wyobraźnię, naprawdę wierzy, że ktoś próbuje blokować jego twórczość, podczas gdy te demaskatorskie książki zdemaskowanym latają koło pióra. Ale to też dobrze, pisarz powinien mieć bogatą wyobraźnię.

poniedziałek, 16 maja 2016

W labiryntach Ridero, czyli gdzie wsiąkła moja książka?

Ponieważ niemal rozpaczliwie wypatruję polskiej platformy self-publishingowej na miarę Amazona, przeczytałem wywiad Bartosza Adamiaka z twórcą Ridero Alexandrem Kasyanenką. W trakcie lektury zamiast szampana otwierał mi się jednak nóż w kieszeni i nie nadzieja mnie ogarniała, tylko pusty śmiech. Już chciałem brać się do pisania polemiki, ale potem pomyślałem sobie, że może jednak zbyt negatywnie podchodzę. Że jestem uprzedzony. Postanowiłem więc Ridero przetestować.

Założyłem konto, wrzuciłem tekst „Czarnej wdowy”, ale przy następnym kroku zdurniałem, bo tytuł i nazwisko autora wpisywało się nie, jak zwykle na takich platformach, w odrębnych rubrykach, tylko bezpośrednio na okładce. Na szablonowej okładce. A ja chciałem swoją. Okazało się, że Ridero proponuje mi zabawę pod hasłem „jak, kuźwa, dodać własną okładkę”. W FAQ ani słowa na ten temat, żadnej instrukcji, nic. Dopiero posiłkując się filmikami z YouTube’a, znalazłem, że ta opcja ukryta jest jako edycja tej szablonowej okładki. Dobra nasza. Niestety, po dodaniu okładka „Czarnej wdowy” wyszła ucięta. Bo spady. Wiedzą państwo, co to są spady? Kiedy oddaje się książkę do druku, okładka musi być szersza niż docelowo, bo drukarnia obcina brzegi, to są właśnie spady. Oczywiście przy e-booku nie są do niczego potrzebne, więc jeśli self-publisher nie planuje wersji drukowanej (a często nie planuje), przygotowuje okładkę bez spadów. Ridero ich jednak wymaga. Do wersji elektronicznej. To nie żart, choć równie dobrze mogłoby się domagać do publikacji e-booka naświetlonych klisz. Ponieważ nie miałem ochoty specjalnie dla Ridero robić nowej okładki, musiałem zrezygnować z „Czarnej wdowy” i wziąłem „Stan Nowy Jork przeciwko…”, którego okładka mimo ucięcia jako tako wyglądała.

Kolejna niemiła niespodzianka czekała mnie przy wyznaczaniu ceny za książkę. Okazało się, że w Ridero self-publisher nie ustala ceny, tylko kwotę, jaką chce ze sprzedaży książki uzyskać. Byłoby to bez znaczenia, gdyby nie skutkowało tym, że w każdej z czterech księgarni, w których Ridero miało umieścić e-booka, wychodziła inna cena. Taka myśl, że autor chciałby sprzedawać swoją książkę w jednolitej cenie, a nie dostawać jednolite honorarium, w głowie twórców „inteligentnego systemu wydawniczego” nie postała. Najwyraźniej są nieco mniej inteligentni od swojego systemu. Co więcej, musiałem z góry zgodzić się na to, że księgarnie będą obniżały cenę mojej książki bez konsultowania ze mną tych obniżek. Ideą self-publishingu jest, że autor sam ustala cenę swojej książki. Ale w Polsce potrafią spieprzyć każdą ideę. Moją złość udobruchało trochę to, że z czterech formatów, które przygotowywało Ridero, jeden mogłem pobrać nieodpłatnie, a pozostałe trzy w cenie 36 zł. Ja nie wiem, czy państwo dostrzegają szczodrość tej oferty. Cały jeden format za darmo, a za pozostałe trzy nie trzysta sześćdziesiąt złotych, nie trzy tysiące sześćset, tylko głupie 36 nowych złotych polskich. Przy takiej groszowej opłacie jest zupełnie bez sensu, żeby autor wrzucał swoją książkę np. do takiego Smashwordsa i ściągał sobie bezpłatnie osiem formatów.

Na umieszczenie książki w księgarniach internetowych czeka się w Ridero 10 dni. W amerykańskim Smashwordsie ten czas to od kilku godzin do maksymalnie tygodnia, w niemieckim Tolino 3-4 dni robocze, przy czym obie platformy mają po kilkunastu dystrybutorów, a nie czterech. No, ale, jako się rzekło, jesteśmy w Polsce. Odczekałem więc te 10 dni i zajrzałem do rzeczonych księgarni. W żadnej książki nie było. Wszedłem na swoje konto w Ridero w poszukiwaniu informacji, ile jeszcze będę czekał. Informacji nie było. Ale to małe piwo. Bo nie było też dodanej przeze mnie książki. Ani śladu po niej.

Musiałem napisać do obsługi i dowiedziałem się, że posiadam w Ridero dwa konta, książka jest na drugim. A do księgarń nie trafiła, bo nie skierowałem jej do sprzedaży, co powinienem był zrobić przez kliknięcie w przycisk „Sprzedaż Twojej e-książki”. Rzeczywiście, nie skierowałem, mam jakąś taką zaburzoną percepcję, że pod hasłem „Sprzedaż Twojej e-książki” domyślam się rubryki z rozliczeniem sprzedaży, a nie polecenia „zatwierdź, zaakceptuj, wyślij”. W Ridero chyba jednak doszli do wniosku, że takich jak ja jest więcej, bo kiedy ponownie wprowadzałem książkę do sprzedaży, akceptację wyrażało się już inaczej. Rozgryzłem chyba też, dlaczego miałem dwa konta: skorzystałem z opcji zalogowania się przez konto w Google, ale potwierdziłem adres mailowy, który jest dla tego konta drugim adresem. Może ja się nie znam, ale wydaje mi się, że system Ridero, skoro jest taki inteligentny, powinien w tym momencie zareagować, a nie zakładać mi dwa odrębne konta. Bo ja się zgadzam, że jestem komputerowym idiotą, ale ja jestem komputerowym idiotą w kontaktach z każdą platformą self-publishingową, a nie tylko w kontaktach z Ridero, a jak dotąd na żadnej nie udało mi się założyć dwóch kont jednocześnie.

Przygotowałem książkę ponownie do sprzedaży, po raz kolejny stwierdzając, że w Ridero nie odróżniają książki drukowanej od e-booka. Opis książki zatwierdza się mianowicie przez zatwierdzenie okładki. Skąd takie rozwiązanie? Pewnie stąd, że przy tradycyjnej książce ten opis znajduje się na czwartej stronie okładki. O tym, że e-booki czwartej strony okładki nie posiadają, w Ridero nie pomyśleli. A skoro nie posiadają i opis zamieszcza się gdzie indziej, a nie na okładce, nijak nie da się wpaść na to, że zatwierdzenie okładki będzie zatwierdzeniem opisu. W każdym razie ja na to nie wpadłem. A o tym, że takich idiotów jak ja jest więcej, świadczyły instrukcje, jakie przysłała mi pani konsultantka, choć o nie wcale nie prosiłem ani o nic nie pytałem.

Skierowałem przygotowaną książkę do sprzedaży, na co dostałem maila, że „doradca Ridero sprawdzi gotowość Państwa książki do opublikowania i poprawi ewentualne drobne błędy. Jeżeli potrzebne będą poprawki ze strony autora, przyślemy Państwu listę koniecznych zmian, aby Państwa książka wyglądała estetycznie i profesjonalnie. Opracowanie może zająć nam do 5 dni”. Pięć dni? Hm. W rzeczonym wywiadzie Kasyanenko mówi: „Przygotowanie książki z naszym serwisem może trwać naprawdę tylko kilka minut”. Dotąd wydawało mi się, że pięć dni to jest sto dwadzieścia godzin, a nie kilka minut. Nie podobało mi się też, że serwis uzurpuje sobie prawo do poprawiania „drobnych błędów” bez pytania mnie o zdanie. Nieraz już po takich poprawiających drobne błędy miałem ich więcej niż w wyjściowym tekście.

Z tym że chodziło chyba o błędy w opisie, a nie w samej książce, bo odpowiedź dostałem na drugi dzień. Ridero miało zastrzeżenia, że podałem „stricte wydawniczą” informację o liczbie słów. Jest to wprawdzie standard przy e-bookach, że w ten sposób informuje się czytelnika o objętości książki, ale już zauważyłem, że w Ridero jeszcze nie rozgryźli, co to takiego ten e-book. Ponadto zostałem poproszony „o usunięcie z tekstu danych pozostałych po publikacji w innym wydawnictwie” i o „przejrzyste rozmieszczenie tytułów części i rozdziałów w (…) książce oraz przypisanie im ‘Stylów tekstu’: ‘Część’ - ‘Rozdział’ - ‘Podrozdział’”. Odpisałem, że żadnych danych z wcześniejszych publikacji nie widzę i że moja książka nie ma części, rozdziałów ani podrozdziałów.

W odpowiedzi konsultantka poinformowała mnie, że „z maszynopisu [chodzi oczywiście o maszynopis e-booka – przyp. mój] należy usunąć wszystkie fragmenty/treści, które nie są ‘samą książką’”. W moim przypadku była to nota copyright, apel o niekorzystanie z pirackiej wersji i dane autora zdjęcia na okładkę. Poinformowałem konsultantkę, że nie widzę miejsca na umieszczenie tych elementów tam, gdzie kazała mi je umieścić, czyli w zakładce „Publikacja - informacja o książce”. Maila wysłałem w czwartek późnym popołudniem i na odpowiedź musiałem czekać aż do poniedziałku. Ponieważ wcześniej już zauważyłem, że na maile wysłane po siedemnastej odpowiedź przychodziła dopiero na drugi dzień, wynikało z tego, że konsultanci Ridero pracują tylko do siedemnastej bez sobót i niedziel. Najpierw trochę mnie zdziwił taki sposób prowadzenia, było nie było, internetowego biznesu, ale potem wszedłem do Amazona, przeczytałem tabliczkę „otwarte w dni powszednie w godz. 10-18” i musiałem przyznać, że Ridero jednak nie odstaje od panujących pod tym względem zwyczajów.

Konsultantka zmieniła zdanie co do apelu o niekorzystanie z pirackiej wersji i stwierdziła, że mam go umieścić przed treścią książki (czyli potrzebne były trzy maile, by ustalić, że apel może zostać tam, gdzie był), bo „w darmowym systemie Ridero można dodawać informacje na stronie redakcyjnej w wąskim zakresie”. A dlaczego w wąskim? „Proszę pamiętać, że pracujemy w trybie beta i staramy się wprowadzać udogodnienia i poprawki, żeby usprawnić pracę”. Innymi słowy, na razie oferujemy szajs, ale będzie lepiej. Ponieważ twórca Ridero jest Rosjaninem, skojarzyło mi się to z innym produktem, który swego czasu wcisnęli nam Rosjanie, też był szajs i też miało być lepiej. Co symptomatyczne, konsultantka dała te wyjaśnienia sama z siebie. Ponieważ nastawiłem się na neutralne przetestowanie serwisu, bardzo się pilnowałem, żeby nie zgłaszać żadnych pretensji, po prostu pytałem co i jak.

Ale uznałem, że najwyższy czas zgłosić pretensje, poszło o to, że „nota copyrightowa utworzy się sama z datą 2016”. Odpisałem, że nie wchodzi to w grę, gdyż książka wyszła już jako e-book w 2014 roku, a przy copyrighcie podaje się datę powstania utworu lub jego pierwszej publikacji. Dalsza korespondencja wyglądała następująco:

Konsultantka: Data 2016 - nota copyrightowa w systemie Ridero pojawia się automatycznie. Nie mamy możliwości zmienienia daty. Pana książka pojawi się bowiem właśnie w tym roku w naszym systemie, a następnie, z nowym numerem ISBN, w e-księgarniach.
Ja: To 2016 powinno być datą _publikacji_ przez Ridero. Data przy copyright jest wyłącznie datą powstania lub pierwszej publikacji utworu i nie ma nic wspólnego z kolejnymi wydaniami i nadawaniem nowego numeru ISBN. Państwo tworzą system publikacji książek, a nie znają podstawowych pojęć z tego zakresu?
Konsultantka: Ridero nie jest tradycyjnym wydawnictwem, tylko darmową platformą self-publishingową, w której autor sam tworzy swoją książkę.
Ja: To tym bardziej nie mają Państwo prawa tworzyć noty copyright czy w nią ingerować ani opatrywać jej datą wprowadzenia do systemu. A skoro nie jesteście wydawnictwem, to na jakiej zasadzie opatrujecie książkę ISBN-em, bo to może zrobić tylko wydawca?

Na to nie dostałem już odpowiedzi. To była zresztą częściej stosowana przez konsultantkę metoda. Jeśli nie potrafiła mi na jakieś pytanie odpowiedzieć, po prostu zbywała je milczeniem. Tak było z owymi danymi, które rzekomo pozostały po wcześniejszych publikacjach. Trzy razy musiałem zapytać, o co chodziło, żeby dostać jawnie nieprawdziwą odpowiedź, że o ów apel, by nie korzystać z pirackiej wersji. Nieprawdziwą, bo apel był uniwersalny i doskonale mogłem go użyć po raz pierwszy przy tym wydaniu. Kiedy wskazałem na to konsultantce, po prostu mnie olała.

Równie długo dopytywałem się, gdzie mam podać dane autora zdjęcia na okładkę. Wskazywałem, że żadna z rubryk w zakładce "Nad książką pracowali" nie pasuje, bo do wyboru jest tylko projektant okładki i fotograf, a gość okładki nie projektował, tylko dał na nią zdjęcie, fotografem go jednak nie nazwę, bo to będzie sugerowało, że zdjęcia są w samej książce. W końcu konsultantka raczyła mi odpowiedzieć, że nie mam korzystać z rozwijalnego menu, tylko po prostu taką informację tam wpisać. Uwagę, że w ogóle nie widać, by tam cokolwiek dało się wpisać, że rubryka wygląda na taką, która umożliwia tylko wybór wskazanych współpracowników, oczywiście zignorowała.

Ale powiedzmy, że to szczególik. Bo kiedy już wszystko wpisałem, gdzie trzeba, i edytowałem treść książki, żeby usunąć z niej autora i tytuł, jak mi pani konsultantka kazała, odkryłem, że z mojej książki ostała się jedynie stroniczka. Pierwsza. Reszty nie było. Wysłałem więc kolejnego maila do Ridero w sprawie tajemniczego zaginięcia mojej książki i dowiedziałem się, że nie ma w tym nic tajemniczego, ja po prostu jestem kretynem, który zamiast wyrzucić tytuł, wyrzucił 99 procent tekstu. Może i dałbym sobie wmówić, że jestem kretynem, ale ponieważ do wyrzucenia tytułu dopiero się szykowałem, upierałem się, że moja mózgownica w odróżnieniu od serwisu działa, jak należy. Serwis w osobie pani konsultantki uznał to zagadnienie za niewarte dyskusji, a przeprosiny za wykasowanie prawie całej książki za zbędne.

Nie dowiedziałem się więc, jak książka zniknęła, ale dowiedziałem się, że „staraliśmy się odpowiedzieć na wszystkie Pana pytania [zadawane po trzy razy – przyp. mój], wyjaśnić wątpliwości [nie w kwestii copyrightu – przyp. mój] i zaproponować rozwiązania, dzięki którym forma Pana książki spełniłaby wymagania dla publikacji internetowej”. A jak czegoś nie wiem, to mam zajrzeć sobie do FAQ. Do FAQ zaglądałem już wcześniej, żeby dowiedzieć się, jak dodać własną okładkę, ale dowiedziałem się tylko, że „ridero” znaczy „będę się śmiać”. Jakoś publikacja w Ridero do śmiechu mnie nie nastroiła i moim zdaniem serwis powinien nazywać się Szajsero, wtedy nie trzeba by tłumaczyć, co to znaczy, a użytkownik miałby jasną informację, z czym będzie miał do czynienia.

Ktoś powie: znowu, Pollak, coś ci się nie podoba, czepiasz się, przyznaj, jesteś po prostu takim gościem, dla którego szklanka zawsze jest w połowie pusta. To ja powiem, że ta szklanka nie jest w połowie pusta, tam nawet na dnie nie ma odrobiny wody. Ona stoi na Saharze w palącym słońcu i próbowało z niej już pić paru, którym się z pragnienia oazy zwidywały. Ciekawe, że jak zamieszczałem swoją książkę w niemieckim Tolino, to nie miałem żadnych problemów, kontakt z obsługą na żadnym etapie nie był potrzebny, nie musiałem szukać, gdzie co się wpisuje, rubryki proste i czytelne, autor, tytuł, gatunek, opis, raz dwa wrzuciłem okładkę (nie ucięło) i tekst (nie wcięło), podałem cenę (swoją), zaakceptowałem, poszło, bez żadnego czepiania się ze strony serwisu, że mam wyrzucić z książki coś, czego w niej nie ma albo co jednak mam zostawić, i bez opatrywania mi książki niewłaściwą notą copyright (a też dawałem już wcześniej opublikowaną).

Moim zdaniem to, że panel Ridero jest nieprzejrzysty i skomplikowany, jest świadomym działaniem. Chodzi o to, żeby autor uznał, że sobie sam nie poradzi, i skorzystał z odpłatnych usług asystenta. Do czego zresztą w trakcie korespondencji byłem wprost zachęcany. Kasyanenko w rzeczonym wywiadzie wciska kit, że „wraz z rozwojem inteligentnych technologii autor może i powinien odzyskać pierwsze miejsce w triumwiracie” i niby dzięki Ridero autor ma być ważniejszy od wydawcy i sprzedawcy. A tak naprawdę Ridero to sposób, by na autorach zbijać kasę. Owszem, w zbijaniu kasy nie ma nic złego, dopóki się uczciwie mówi, że robi się biznes, a nie opowiada bajki o zbawianiu świata. Do tego serwis nie nastawia się na dochody ze sprzedaży książek, tylko na płatności ze strony autora za coś, co na każdej zachodniej platformie self-publishingowej jako element procesu publikacji w sposób oczywisty jest darmowe (nigdzie nie płaci się za rozwiązywanie problemów przez konsultanta ani za pobranie swojej własnej książki). Bardzo to przypomina vanity press z tradycyjnej ścieżki wydawniczej: wiemy, że na sprzedaży książek nie jesteśmy w stanie zarobić, więc kroimy autora na publikacji, ale jeśli autor nie będzie wierzył, że swoją książkę sprzeda, to do nas nie przyjdzie, więc trzeba mu robić wodę z mózgu, że trafił na superplatformę.

Dopisek: A tak wyglądało rozprowadzanie przez Ridero książki.

poniedziałek, 2 maja 2016

Trochę o redagowaniu

Z bloga Koczowniczki dowiedziałem się, że Biblionetka narzuca autorom recenzji regulamin, według którego recenzje publikowane są w serwisie po naniesieniu poprawek przez redaktora, ale bez konsultacji z recenzentem, czy na te poprawki wyraża zgodę.

Zakładając, że autorka bloga i jej czytelnicy niespecjalnie orientują się w przepisach prawa autorskiego lub, co także możliwe, nie postrzegają się jako autorzy, których ta ustawa chroni, wskazałem w komentarzu, czysto informacyjnie, że Biblionetka łamie prawo. Pojawił się na to redaktor z kilkunastoletnim stażem, który oświecił mnie że jeśli w danym serwisie czy danej redakcji wprowadzono takie rozwiązanie, że korekty autorskiej u nich się nie przeprowadza, to – uwaga! – ustawa nie obowiązuje. Ustawa, dodajmy, korektę autorską expressis verbis nakazującą. Dla tych, którzy się nie orientują: korekta autorska (nie mylić ze zwykłą, polegającą na poprawieniu literówek), zwana fachowo nadzorem autorskim, to właśnie owe konsultacje z autorem tekstu, czy na wniesione poprawki wyraża zgodę. Chociaż „konsultacje” to złe słowo, gdyż konsultacje zakładają dyskusję i równość stron, a tu takiej dyskusji ani równości nie ma. Autor te poprawki, które uznaje za niezasadne albo które mu się zwyczajnie nie podobają, może odrzucić bez tłumaczenia się czy wyjaśniania redaktorowi czegokolwiek. Oczywiście, jeśli chce, może je z redaktorem dodatkowo omówić, dopytać, które ten uznaje za istotniejsze, a które mniej, jest to nawet wskazane, ale ostateczna decyzja, zgodnie z prawem, pozostaje w jego gestii.

Czego wspomniany redaktorzyna (bo to będzie właściwe słowo) nie wiedział i nie zamierzał przyjąć do wiadomości. Dyskusję z tym ignorantem, w której z braku argumentów usiłował na mnie przerzucić ciężar udowodnienia, że nie mam racji, mogą państwo prześledzić tutaj. I, niestety, tacy redaktorzy jak on nie są szczególnym wyjątkiem: zerowa wiedza, za to niewzruszone przekonanie o własnej racji i ograniczeniu umysłowym autora. Dodajmy do tego arogancję gazet, serwisów i wydawnictw, które nic sobie nie robią z obowiązującego prawa, i człowiek nierzadko ma okazję zobaczyć w druku swój pokancerowany tekst.

A zauważmy, że nawet w sytuacji, gdy redaktor jest kompetentny, z samej definicji redakcji wynika, że autor wszystkich poprawek nie przyjmie. Bo redakcja to nie tylko poprawienie ewidentnych błędów, ale też zaproponowanie lepszych sformułowań, a to, czy są lepsze, jest kwestią czysto subiektywną, względnie autor z takich czy innych względów będzie wolał pozostać przy swoich. Czasami redaktor może źle zrozumieć intencje autora albo zwyczajnie przeoczyć, że jego poprawka jest niezasadna, bo nikt nie jest doskonały. Bywa też i tak, że nie gra chemia między autorem a redaktorem. Redaktor obiektywnie poprawia tekst w sposób właściwy, ale autor odbiera zmiany jako niepasujące do jego utworu.

To wszystko w przypadku redaktorów kompetentnych, a przecież znacznie częściej ma się do czynienia z takimi, którzy reguły polszczyzny znają dość wybiórczo. Co więcej przy poprawianiu ani myślą sięgać do słowników, by upewnić się, że to autor się myli, a nie oni. I tak dowiadywałem się np. że mam pisać nazwy marek samochodów dużą literą albo imiesłowy z „nie” rozłącznie. Taki niekumaty redaktor jest naprawdę dużym nieszczęściem, bo, nie widząc błędów, a nie chcąc zostawić akapitu bez poprawek (żeby było widać, że pracował), poprawia tam, gdzie jest dobrze. Inni z kolei próbują pisać za autora. Poprawki w każdym zdaniu świadczą nie o tym, że autor nie potrafi pisać, tylko o tym, że redaktor nie rozumie, na czym polega redakcja.

Mam w ogóle wrażenie, że do tego zawodu trafiają ludzie, którzy nigdy nie powinni go wykonywać albo ze względów charakterologicznych, albo dlatego, że wykonują go z musu, a tak naprawdę sami chcieliby tworzyć. Ze względu na podrzędną rolę (podrzędną w sensie hierarchii, bo zawód redaktora jest szalenie potrzebny, a dobry redaktor to skarb) nie jest to zajęcie dla osób o rozbuchanym ego, tymczasem na okrągło spotyka się redaktorów, którzy zachowują się, jakby zasiadali na królewskim tronie. Druga strona medalu jest taka, co zauważyłem, kiedy sam chciałem zlecić redakcję, że większość ludzi traktuje ją jako zajęcie doskonale pozwalające uzupełnić domowy budżet, zajęcie, do którego można zgłosić się jak do sprzątania, bo przecież każdy to umie. W efekcie, kiedy oddajemy tekst do redakcji w ciemno, a nie wybranemu i sprawdzonemu przez nas redaktorowi, nasze szanse trafienia na dobrego są mniejsze niż większe.

Wszedłem na stronę Biblionetki, żeby zapoznać się ze wspomnianym we wstępie regulaminem Działu Recenzji: „Jest to podstawowy dział BiblioNETki i zarazem jej wizytówka, dlatego przestrzeganie obowiązujących w nim zasad (…) oraz poszanowanie praw autorskich mają ogromne znaczenie”. Skoro poszanowanie praw autorskich ma tak ogromne znaczenie, to dlaczego Biblionetka nie szanuje praw autorów recenzji?

wtorek, 16 lutego 2016

Czytaj Greje, debilko!

Z zasady nie zamieszczam na swoim blogu linków do innych wpisów, jeśli sam o danej sprawie nie piszę. Tym razem robię wyjątek, bo sprawa jest bulwersująca, a zarazem oczywista, i niespecjalnie można coś dodać.

Autorka bloga przysłała mi maila z opisem sytuacji. Z początku wyglądał na maila w stylu: to i to mnie bulwersuje, weź pan o tym napisz, bo ja to wolę siedzieć jak mysz pod miotłą i patrzeć jak inni nadstawiają tyłek (takie maile dostaję od czasu do czasu, druga część jest oczywiście moją interpretacją). Ale nie. Blogerka wzięła sprawy we własne ręce. Pod jej recenzją książki Dariusza Rekosza pt. „Sanktuarium śmierci” ktoś zamieszczał obraźliwe komentarze. Kiedy pojawił się ten, który cytuję w tytule, postanowiła wytropić anonima. Rezultaty śledztwa tutaj.

poniedziałek, 1 lutego 2016

Bardzo to nie warto

Jestem wielkim orędownikiem self-publishingu, wyłączywszy sytuację, kiedy korzystają z niego grafomani, by wciskać czytelnikom żenujące płody swojej pisarskiej nieudolności. Ale będę odradzał zostanie self-publisherem. Odnoszę się tutaj do tekstu Bartosza Adamiaka, który do tego zachęca.

Adamiak wskazuje, że profesjonalne przygotowanie książki to obecnie stosunkowo niewielki wydatek. To prawda. Myślę, że mając powieść średniej objętości, w cenie kilku tysięcy złotych zmieścimy się z redakcją i składem na przyzwoitym poziomie, ładną okładką i drukiem normalnego nakładu (nie kilkuset czy w ogóle kilkudziesięciu egzemplarzy na cyfrze). Problem zaczyna się później: gdzie to sprzedać? Adamiak jest świadom, że autor-wydawca ze swoją książką nie przebije się ani do księgarni, ani do mediów. I rozwiązuje problem bardzo prosto: jest internet. „Przepotężne” narzędzie, w którym są social media i Allegro. Kwestia marketingu, który my, dzieci sieci, wyssaliśmy z mlekiem matki. Pytanie: skoro to takie proste, dlaczego nikomu się nie udaje? Odpowiedź też jest prosta: bo to myślenie życzeniowe. Można sobie cytować zen i inne tego typu sentencje, do których rzekomo wystarczy się zastosować, by zrealizować swoje pragnienia, a przykra życiowa prawda jest taka, że wyżej dupy nie podskoczysz.

Okoliczności są takie, że obecnie nie da się w Polsce zaistnieć w zbiorowej świadomości jako pisarz, próbując robić karierę przez internet. Książki cały czas sprzedają się głównie w księgarniach stacjonarnych, owszem, sprzedaż w internecie rośnie, ale nawet wtedy czytelnik najczęściej kupuje książkę autora, o którym dowiedział się z prasy, a nie z blogów. Zresztą nie ma nawet specjalnie innej możliwości, bo żeby trafić do księgarni internetowej, na ogół trzeba się najpierw znaleźć w stacjonarnej hurtowni. A na Allegro to można odnieść sukces, sprzedając majtki, a nie własną książkę. To tłumaczy, dlaczego żadnemu self-publisherowi działającemu jedynie czy głównie w internecie nie udało się nawet uzyskać nakładu, jaki bez problemu uzyskują pisarze publikujący w wydawnictwach. Nie uwzględniam oczywiście przypadków, kiedy self-publisher jest znany np. jako bloger, bo to bardziej odpowiada sytuacji celebryty niż pisarza. Jeśli ktoś najpierw wydał książkę, a potem założył bloga, żeby ją wypromować, to poległ.

Adamiak upatruje przyczyny nędzy polskiego self-publishingu w tym, że źle się o nim pisze. I liczy na to, że będzie lepszy PR, kiedy pojawi się polska Amanda Hocking. Moim zdaniem to całkowicie błędna diagnoza. Słusznie pisze się źle, skoro to głównie deska ratunku dla grafomanów, których odrzuciły normalne wydawnictwa. Ale self-publishing nigdzie nie ma dobrej opinii. Niemiecka platforma self-publishingowa Tolino ma kilku dystrybutorów, którzy rozprowadzają również książki wydawnictw. Część z nich książki z Tolino umieściła w dziale „Self-publishing”. Efekt? Śladowa sprzedaż. Tymczasem self-publishing ma się w Niemczech doskonale. Zawdzięcza to Amazonowi. W ogóle w każdym kraju, w którym self-publishing zaistniał, stało się to dzięki Amazonowi. Bez Amazonu nie byłoby Amandy Hocking. I dlatego żadnej Amandy Hocking w Polsce nie będzie, dopóki nie będzie Amazonu.

Nie chodzi oczywiście o sam Amazon jako firmę, tylko o stosowany przez niego system sprzedaży. A konkretnie ranking sprzedaży i rządzące nim zasady. Przede wszystkim ranking jest uczciwy, nie jest to lista bestsellerów Empiku, gdzie książka zostaje bestsellerem, bo wydawca zapłacił, żeby ją tak nazywano. Amazon koryguje „ręcznie” ranking tylko w jeden sposób: nie umieszcza w nim tytułów z kategorii „Erotyka”. Ranking uwzględnia sprzedaż z danego okresu, a nie całościową, co powoduje, że lista nie zostaje zabetonowana przez najsłynniejsze bestsellery. I, co dla self-publisherów najważniejsze, nie rozróżnia między tytułami opublikowanymi samodzielnie a wydanymi przez wydawnictwa.
Sprzedane egzemplarze windują książkę w rankingu, co z kolei skutkuje tym, że jest ona również częściej pokazywana czytelnikowi w samym Amazonie (np. polecana tym, którzy kupili książkę o podobnej tematyce). Promocyjne działania autora dają więc sprzężony efekt, bo nie kończy się na zakupie książek przez te osoby, które zachęcił. Do tego w kategoriach mniej obleganych (bo ranking jest nie tylko globalny, lecz także dla każdej kategorii z osobna) można się znaleźć wysoko z naprawdę niewielką liczbą sprzedanych książek, co może stanowić trampolinę do spektakularnego awansu. Jeden z początkujących niemieckich autorów napisał powieść z akcją w czasie wojen krzyżowych. Jako debiutant w kategorii „Powieści historyczne” prawdopodobnie by przepadł ze względu na dużą konkurencję, ale dodał swoją książkę również do kategorii „Religia”. I na długo zagościł do czołówki, co, również wedle jego oceny, było skutkiem tego, że w tej niszowej kategorii wysforował się na pierwsze miejsce.
Pozycja książki podawana jest zawsze, a nie tylko, kiedy autor jest w puli najlepszych. Na przykład moje dwa opowiadania kryminalno-sądowe „Tödliches Gebot” i „Die Rivalin”, które napisałem po niemiecku i obecnie udostępniam łącznie, były wczoraj na miejscu 151 903, co oznacza, że znalazły się w tak zwanej nirwanie i się nie sprzedają. Niemcy przyjmują, że książka jest widoczna i schodzi, kiedy jest w pierwszych dziesięciu tysiącach. Samo „Tödliches Gebot” było w pewnym momencie w okolicach siedmiotysięcznego miejsca z kawałkiem.

Opisany system spowodował, że w pierwszej setce bestsellerów niemieckiego Amazonu regularnie połowę stanowią książki self-publisherów. Proszę zgadnąć (to nie retoryczny zwrot, proszę podać jakąś liczbę przed przewinięciem w dół), ile egzemplarzy _dziennie_ trzeba sprzedawać, żeby wylądować w pierwszej setce.

N
A
J
P
I
E
R
W

Z
G
A
D
N
I
J

Dane zaczerpnąłem z serwisu Die Self-Publisher-Bibel prowadzonego przez Matthiasa Mattinga, pochodzą one ze stycznia 2013 r.:

Miejsca 1-1o: znacznie ponad 1000
Miejsca 11-30: 200 egzemplarzy dziennie
Miejsca 31-60: 120 egzemplarzy dziennie
Miejsca 61-100: 80 egzemplarzy dziennie

Wśród polskich self-publisherów sprzedanie łącznie 500 egzemplarzy uchodzi za gigantyczny sukces, a sprzedaż kilkudziesięciu egzemplarzy z całą powagą podawana jest jako dobry rezultat.

Nie ma żadnego powodu, żeby Amazon nie zadziałał w ten sam sposób, jeśli wszedłby do Polski, chociaż Adamiak twierdzi inaczej. Nie ma tu żadnej zdecydowanej konkurencji, o którą mógłby się rozbić, jak E-bay o Allegro. Skala byłaby mniejsza niż w Niemczech, skoro rynek książki jest dużo mniejszy, ale wystarczająca, by self-publishing stał się atrakcyjny dla autorów potrafiących pisać, a nie tylko dla grafomanów. A to poprawiłoby opinię o self-publishingu. Tylko właśnie kolejność jest odwrotna. Najpierw dobrzy pisarze publikujący samodzielnie muszą mieć realną możliwość dotarcia do czytelników, a nie zmiana opinii wskutek jednego spektakularnego sukcesu á la Amanda Hocking spowoduje, że czytelnicy zaczną kupować te książki. W tej chwili takiej możliwości nie mają, o czym już pisałem. Na to, że jakaś polska księgarnia, gdzie rzeczywiście są kupujący, np. Publio, wprowadzi system podobny do tego w Amazonie, nie ma co liczyć. Pozostaje czekać na Amazon. Tyle że może być to czekanie do usranej śmierci.

poniedziałek, 16 listopada 2015

POLECAM

Wbrew tytułowi nie będę nic polecał. Odnoszę się do reklamy powieści „Płomień wspomnień”, jaką autorka Dorota Milli zamieściła w grupie „Czytamy polskich autorów” na Facebooku: „Romans z domieszką kryminalnej zagwozdki – POLECAM moją debiutancką powieść o miłości i wybaczaniu”.

Zarówno błąd ortograficzny w tytule na okładce (nie ma żadnego uzasadnienia dla „wspomnień” dużą literą), jak i polecanie wersalikami własnej książki pachniały vanity press, ale wygląda na to, że nie, że Lucky jest tradycyjnym wydawnictwem (w sensie, że nie bierze od autora kasy, tylko samo mu płaci, a nie, że pracują w nim ludzie znający ortografię).

Co rusz słyszę grafomana, który poleca własną książkę, i aż mnie skręca, a teraz ta zaraza najwyraźniej zaczyna dotykać normalnych autorów. „Polecam” znaczy „przeczytałem, obejrzałem, wysłuchałem, zachwyciłem się i uważam, że to super rzecz, że też się zachwycisz, jak przeczytasz, obejrzysz, wysłuchasz”. Owszem, jako autor możesz swoją powieść po wydaniu przeczytać, możesz się nią zachwycać, możesz jarać się, że zostałeś pisarzem (vanitowcy, przemyć twarz zimną wodą, was to nie dotyczy), możesz ten mentalny onanizm uprawiać do woli, co więcej, masz prawo go uprawiać, uczciwie zasłużyłeś sobie, żeby samemu się popieścić (vanitowcy, ręce na kołdrę, was to nie dotyczy), ale – na litość boską – jak każdy onanizm, w czterech ścianach.

Jasne, że uważasz swoją książkę za dobrą. Gdybyś uważał inaczej, pewnie nie wychodziłbyś z nią do ludzi. Nikt ci zresztą nie każe się krygować, udawać skromnisia. Spokojnie możesz wprost powiedzieć, że jesteś zdania, iż wyszła ci rzecz znakomita. Ale jesteś autorem swojej książki, a nie jej odbiorcą i dlatego ośmieszasz się, mówiąc „polecam”, bo dokonujesz oceny z punktu widzenia odbiorcy. Usprawiedliwiałoby cię tylko rozdwojenie jaźni. Powiedz: „Uważam, że napisałem rewelacyjną powieść, Tokarczuk z Myśliwskim i Stasiukiem mogą się schować, i ZACHĘCAM, żebyś ją kupił, przeczytał i sam się przekonał, że ta trójka może mi buty czyścić”. Wyjdziesz na megalomana, co dla twórcy jest ledwie drobną rysą na charakterze, a nie na idiotę, co w przypadku pisarza stanowi grzech ciężki.

W jednej sytuacji możesz swoje książki polecać. Jeśli napisałeś ich kilka, a czytelnik chce jedną z nich przeczytać i pyta cię, którą byś mu – no właśnie – polecił. Bo wtedy wskazujesz mu najwłaściwszy utwór, wziąwszy pod uwagę upodobania pytającego.

Interesująco przebiegła dyskusja pod wpisem Milli. Trafny komentarz, że polecanie własnej książki to jak masturbacja do własnego zdjęcia, został zakrzyczany, że autor ma przecież prawo się reklamować, co więcej, w obecnych czasach musi. Nikt mu tego nie broni. Kwestia, jak się reklamuje. Jeśli ujawnia przy tym, że nie rozumie używanych przez siebie słów i nie zdaje sobie sprawy, jak te słowa są odczytywane, to kiepsko to o nim jako pisarzu świadczy. Chociaż może, skoro ma obrońców i odbiorców, którzy też tych słów nie rozumieją, ale odczytują je zgodnie z intencją autora, należy uznać, że znaleźliśmy się na etapie rozwoju pisarstwa, w którym porozumienie z czytelnikami osiąga się poza znaczeniami słów. Następnym będą chrząknięcia i rysunki naskalne.

poniedziałek, 28 września 2015

Scrivener

Jestem autorem, który pisze bez sporządzonego planu. Zarys historii, określone sceny, charakterystyki bohaterów mam w głowie, a nie w folderze z odpowiednim nagłówkiem. W trakcie pisania dużo też zmieniam w stosunku do pierwotnych założeń, ale tutaj mam akurat pewność, że taki skonkretyzowany plan tym zmianom by nie zapobiegł. Bo powieść i jej bohaterowie zaczynają w pewnym momencie żyć własnym życiem i autor musi za nimi podążyć.

Brak planu nie był problemem, dopóki książki pisałem niemal jednym ciągiem i stanowiły one zamkniętą całość. Kłopoty pojawiły się przy „Zbyt krótkim szczęściu”. Wielotygodniowe czy nawet miesięczne przerwy w pisaniu sprawiały, że kiedy brałem ponownie tekst na warsztat, musiałem cały przeczytać, by na powrót się w nim zanurzyć. Do tego „Zbyt krótkie szczęście” opowiadało dalsze losy Przygodnego, Kuriaty i innych z „Gdzie mól i rdza”, a ja już nie pamiętałem, jaką kawę ci ludzie pili, co im smakowało, a co nie, jak się ubierali, czyli tych wszystkich szczegółów, których przecież zmienić nie można. To wszystko byłoby w planie, którego nie miałem.

Dojrzawszy do tego, by stać się pisarzem planującym, spostrzegłem, że Word nie jest dla takowego programem optymalnym. Zacząłem rozglądać się za innym i natrafiłem na Scrivener. Z opisu rzecz wyglądała ciekawie, za programem przemawiało też to, że stworzył go człowiek sam parający się twórczością literacką, czyli dokładnie wiedział, czego będzie potrzebował.

Ściągnąłem sobie wersję próbną, dostępną na 30 dni efektywnego korzystania (czyli dni, w których programu nie otwieramy, się nie liczą). Po tygodniu jednak Scrivener całkowicie mnie do siebie przekonał i go kupiłem. A im dłużej ze Scrivenera korzystam, tym oczywistsze staje się dla mnie, że Word nie jest programem do pisania książek. Już taka drobnostka, że powieść i wszystkie teksty z uwagami na jej temat są w Scrivenerze elementem jednego pliku, daje mu ogromną przewagę. W Wordzie niby też można wrzucić je do jednego folderu, ale różnica jest taka, jak między praniem w pralce automatycznej a ręczną przepierką. To jednak tylko początek. Przerzuciłem pisaną trzecią część Przygodnego do Scrivenera. Mam ją teraz w całości, podzieloną na sceny, a przegląd scen mogę sobie wywiesić na tablicy korkowej i dodatkowo je opisać. Po dłuższej przerwie bez problemu zorientuję się, co i jak, nie będę musiał czytać całości. A tak wygląda ta tablica korkowa z tekstami, które zamieściłem na blogu we wrześniu:

Ogarnięcie dużej ilości tekstu jest w Scrivenerze znacznie prostsze niż w Wordzie, Scrivener zapewnia o wiele lepszą przejrzystość.

Scrivener jest programem nie tylko pisarskim, lecz także edytorskim. Z gotowego tekstu można stworzyć na przykład e-booka w dowolnym formacie. Nie wszystko da się wprawdzie zrobić intuicyjnie i trochę się przy takiej konwersji namęczyłem, ale efekt był bardzo zadowalający.

Inną wadą programu jest brak możliwości sprawdzania polskiej pisowni, więc na koniec trzeba się przeprosić z Wordem i zrobić w nim korektę. Jak jednak wiadomo, róże bez kolców w przyrodzie nie występują.

Po dalsze informacje odsyłam na stronę programu (po angielsku), ja korzystam ze Scrivenera od niedawna i z pewnością wielu jego funkcji jeszcze nie odkryłem. Niemniej jednak na tym etapie, co jestem, z pełnym przekonaniem polecam go każdemu, kto tworzy większe formy literackie. Cena Scrivenera nie jest jakaś zaporowa, 40 dolarów, do tego trzeba doliczyć VAT, łącznie wychodzi około 200 zł.

PS. Szukając teraz linku do programu, wpisałem do Google’a jego nazwę, a zaproponowane uzupełnienie brzmiało „chomikuj”. I jestem tak samo zdumiony, jak wówczas, gdy odkryłem, że na tej złodziejskiej platformie szukany jest mój poradnik. Bo i Scrivener i poradnik są przydatne wyłącznie dla osób, które chcą i planują zarabiać na sprzedaży swojej intelektualnej własności. To, że potrafią zaczynać od kradzieży cudzej i nie mają z tym żadnego problemu, jest dla mnie niepojęte. No, ale nigdy nie kradłem, więc nie potrafię się wczuć w złodziejską mentalność.

poniedziałek, 21 września 2015

Lektyką na Księżyc

Od pewnego czasu podczytuję bloga Bartosza Adamiaka. Jest to self-publisher, autor dwóch książek. Bezpośrednio na temat ich poziomu się nie wypowiem, bo są z gatunku, który mnie zupełnie nie interesuje, ale biorąc pod uwagę zarówno język, jak i sensowność wpisów, spokojnie można przyjąć, że Adamiak grafomanem nie jest. Bez problemu mógłby startować do normalnych wydawnictw. Sam zresztą deklaruje:

Nie jestem zatwardziałym selfem i pewnie kiedyś poszukam wydawcy na coś. Jednak zanim to się stanie, chciałbym stworzyć sobie jakieś cv i mieć coś do pokazania.

No i właśnie z tej deklaracji, jak i z całego wpisu, w którym została zawarta, wynika, że Adamiakowi brakuje wiedzy, jak działa normalna ścieżka wydawnicza, i nieraz opiera się na mitach. Bo w wydawnictwie wystarczy mieć do pokazania dobry tekst. A self-publishing w CV, jeśli nie jesteśmy Amandą Hocking, daje początkującemu pisarzowi takie same fory, jak odsiadka starającemu się o pracę w policji.

We wskazanym wpisie Adamiak porównuje self-publishing z tradycyjnym trybem wydawniczym. Z jednej strony robi to z głową, z drugiej widać, że nie do końca wie, jak ten tradycyjny tryb funkcjonuje.

1. Pisanie
Selfpublishing: W zasadzie na tym etapie nie ma znaczenia to, że będzie self publishing.
Wydawnictwo: Brak wpływu przy pierwszej książce. Jeżeli jest to kolejna książka, może istnieć jakaś presja czasu.

Tylko wtedy, jeśli autor osiągnął duży sukces komercyjny. A wtedy to on dyktuje warunki. I bardziej, niż dopominanie się wydawcy o książkę, dopinguje go perspektywa kolejnego bestsellera.
Generalnie na proces pisania forma wydania nie ma żadnego wpływu.

2. Okres przejściowy (przed wydaniem)
W: Problem pozyskania wydawcy: spamowanie kilkunastu/kilkudziesięciu wydawnictw i długi czas oczekiwania na decyzję (nawet kilka miesięcy). Frustracja.

Nie nawet kilka miesięcy, bo kilka miesięcy to jest _krótki_ okres oczekiwania na decyzję. Może być rok, a _nawet_ dłużej. Nie frustracja, tylko megafrustracja. Ale wynikła z nierealnych założeń. To tak, jakby się frustrować, że na przebiegnięcie maratonu potrzebowaliśmy czterech godzin, a nie godzinę.

3. Proces wydawniczy
S: Wszystko robione samodzielnie, bezkosztowo lub low-costowo. Brak deadline`u. Często w sposób pozostawiający wiele do życzenia.
W: Walka z redaktorem. Duża spinka, deadline.

Bez przesady, publikowanie książki to nie wydawanie codziennej gazety, żadnych nocy się nie zarywa, zwykle na wszystko ma się odpowiednio dużo czasu. Z redaktorami rzeczywiście jest problem tego rodzaju, że im większe wydawnictwo, tym rzadziej honoruje zasadę (wynikłą z przepisów prawa), że ostateczny głos w sprawie tekstu ma autor. Grzechem self-publishingu jest zaś rezygnacja z redaktora. Sam Adamiak pisze, że nie stać go na redaktora, bo zyski ze sprzedaży książki nie pokryją kosztów. Tyle że jest to oferowanie czytelnikowi niepełnowartościowego produktu z tekstem, jak mi teraz zapłacisz, to później dostaniesz już ode mnie coś, co będzie spełniało wszystkie wydawnicze standardy.

4. Wpływ na całość
S: Całkowity (ograniczony finansami lub możliwościami/umiejętnościami).
W: Różnie, w zależności od wydawcy. Pewnie bywa doskonale, ale może być i tragicznie. Nie zawsze wizje są spójne.

To jest gigantyczna zaleta self-publishingu, że decyduje się o wszystkim samodzielnie od początku do końca. Z wydawnictwami jest tak, że im większe, tym autor ma mniej do powiedzenia. Chyba że tę przewagę wydawnictwa niweluje popularność pisarza.

5. Premiera
W: Aktywny, przymusowy udział: wyjazdy, spotkania autorskie, wywiady. W zasadzie gorzej, jak tego nie ma, bo to znaczy, że jesteśmy dla wydawcy zapchaj-dziurą, albo że wydawca jest niewydarzony.

Nie. Duże wydawnictwa sprzedają książki dzięki rozbudowanemu systemowi dystrybucji, a spotkań autorskich z mało znanymi pisarzami nie organizują, bo na tę sprzedaż nie mają one większego wpływu. I nie ma żadnego przymusu: jeszcze mi się nie zdarzyło, żeby propozycja wywiadu czy spotkania autorskiego nie była w formie pytania, czy udzielę, czy zgodzę się wziąć udział. Jeśli autor odmówi, to nikt go zmuszał nie będzie. Zwłaszcza że pisarzy, którzy nie chcą brać udziału w spotkaniach autorskich czy udzielać wywiadów, jest garstka.

7. Sprzedaż i dochody
W: Smutna, polska rzeczywistość (1-3 zł od egzemplarza, nakład 2000, honorarium wypłacone po pół roku). Zwykle dużo poniżej średniej krajowej (tej realnej) i trzeba dorabiać na boku.

Jeśli dla Adamiaka 3 zł od egzemplarza, nakład 2000 i honorarium po pół roku to jest smutna polska rzeczywistość, to ja nie mam serca pisać mu, jak jest naprawdę.

9. Największa zaleta
S: Wolność + doświadczenia/wiedza.
W: Rozwój, wiedza, doświadczenie + cień szansy na jakąkolwiek gotówkę.

Wiedzę i doświadczenie wyniesiemy z każdej działalności, więc trudno traktować to jako szczególny pozytyw. Co do wolności się zgadzam, również z tym, że szanse na zarobek daje w praktyce tylko wydawnictwo.

10. Największa wada
S: Brak kasiory i fejmu, ale przede wszystkim brak możliwości współpracy z doświadczonym redaktorem, który wybije durnoty ze łba.
W: Początkujący pisarz jest raczej popychadłem i zapchaj-dziurą. Zwykle dostaje najniższe stawki i najmniejsze nakłady.

I to jest właśnie mit. Stawki za drugą czy trzecią książkę wcale nie są znacząco wyższe, a nakład jest zależny od rodzaju książki, a nie od tego, czy autor jest debiutantem, czy nie.
Jeśli chodzi o brak możliwości współpracy z doświadczonym redaktorem w przypadku self-publishingu, to Adamiak ma pewnie na myśli współpracę bez ponoszenia kosztów. Bo przecież nic nie stoi na przeszkodzie, by self-publisher redaktora sobie wynajął. I to takiego, z którym będzie się dobrze dogadywał. W wydawnictwie na wybór redaktora nie mamy wpływu, a nieraz można się pociąć na widok tego, co robi z tekstem.

Kluczowa dla pisarza jest możliwość dotarcia do czytelników. I, niestety, o ile angielski czy niemiecki self-publisher ma na to realną szansę, to polski nie. A zatem całe to rozważanie, czy lepiej być selfem, czy publikować w wydawnictwie jest pozbawione sensu. To tak, jakby rozważać, czy lepiej na Księżyc polecieć rakietą czy lektyką. Lektyka będzie miała w porównaniu z rakietą parę zalet, np. jest wygodniejsza i bezpieczniejsza (nie ulega wypadkom wskutek odklejenia się kawałka pianki), i jedną zasadniczą wadę: na Księżyc nie doleci.

Osobiście modelową karierę pisarską wyobrażałbym sobie tak: autor debiutuje w wydawnictwie, co potwierdza, że nie jest grafomanem. Potem w tym wydawnictwie zostaje albo – chcąc osiągnąć lepszą sprzedaż lub chcąc samemu decydować o sprawach wydawniczych – idzie w self-publishing. Albo łączy te dwie drogi, część tytułów publikuje samodzielnie, część w wydawnictwach. Tyle że tę drugą drogę musiałby mieć otwartą, tymczasem w polskim krajobrazie blokuje ją mur, przy którym berlińska budowla to niewysoki płotek.

poniedziałek, 6 lipca 2015

Jestem selfem

Bodajże od 2011 roku Amazon oferuje self-publisherom program Kindle Direct Publishing. Z nieznanych względów mogą z niego korzystać tylko autorzy piszący we wskazanych językach. Z początku wyglądało na to, że Amazon wybrał języki tych krajów, w których miał oddziały, ale potem dołożył np. języki skandynawskie, chociaż nigdzie w Skandynawii oddział nie powstał. Próba ograniczenia liczby publikowanych e-booków nie jest wyjaśnieniem, gdyż Bezos staje na głowie, by ci uprzywilejowani autorzy zamieszczali ich jak najwięcej. Takoż kontrola zakazanych treści, np. pornograficznych, bo do tego wystarczy uruchomić odpowiedni program. Nawet nie tyle uruchomić, co obecnie wyłapujący „nielegalne” e-booki, nakierować na wyłapywanie pornografii, której akurat nie brakuje. A od strony technicznej nie ma przecież znaczenia, czy dopuszczonych języków jest dziesięć czy sto, zwłaszcza że za przygotowanie e-booka w stu procentach odpowiada autor.

Mimo powyższego ograniczenia udawało się zamieszczać książki w tych niemile widzianych językach, w tym po polsku. Amazon normalnie je sprzedawał i rzetelnie się rozliczał. Ostatnio jednak sytuacja się pogorszyła. Nowe pozycje były praktycznie od razu kasowane, a skasowanych nie udawało się przywrócić (z czym wcześniej nie było problemu). Nie zdziwiłem się więc zbytnio, kiedy w zeszłym tygodniu wyleciałem z Amazonu z hukiem, skasował wszystkie moje książki. Moje i tłumaczonych przeze mnie autorów, czyli Hjalmara Söderberga i Johanny Nilsson. Söderberg pewnie by się zmartwił, bo nigdy groszem nie śmierdział, ale już nie żyje i ma w dupie. Za to Johanna naprawdę się tą akcją przejęła. Ja zresztą też, bo ładnych parę złotych z tego było, a teraz bez dodatkowej roboty budżet mi się nie domknie, gdyż stawki za tłumaczenia stoją w miejscu, a haracz na piramidę finansową, zwaną nie wiadomo dlaczego ubezpieczeniem emerytalnym, ciągle rośnie. W ramach szukania dodatkowej roboty ponownie oferuję swoje usługi redaktorskie. Ponieważ jednak płatność ZUS-u wypada w najbliższych dniach, musiałem zastosować środki nadzwyczajne:

Skoro Amazon się ze mną pożegnał, zacząłem patrzeć, jakie inne możliwości ma polski self-publisher. Bo ja przecież po części jestem selfem, mimo bzdur opowiadanych przez Grzebułę, że self-publishingu nienawidzę. Walczę z grafomanią, a nie z formą publikacji. Pierwsze, co zrobiłem, to zmodyfikowałem dział Kup pan książkę. Można tam teraz nabyć e-booki, które wcześniej były dostępne tylko w Amazonie, czyli „Między prawem a sprawiedliwością” i „Czarną wdowę”. Z kolei powieści tłumaczone przeze mnie ze szwedzkiego można nie tylko dostać w ramach gratisu, lecz także kupić (w niskiej cenie, 5 zł za e-booka, a te, które są w formie papierowej, za 10 zł).

Potem wyszedłem na zewnątrz. Rozpoczynając przygodę z Amazonem, próbowałem działać też równolegle na polskim rynku, ale szybko sobie odpuściłem. Polskie platformy zabierały zwykle 50% prowizji (Amazon 30%). Bo podatki są wysokie, jak wyjaśniała jedna z nich. Himalaje też są wysokie, a jeszcze żaden zdzierca nie tłumaczył się, że zdziera z tego właśnie powodu. Żeby miały jeszcze z czego zabierać, ale sprzedaż była zwykle znikoma albo żadna. Do tego dochodziły skomplikowane, nieprzejrzyste procedury i szwankująca technika. Np. żeby założyć konto w Virtualo, spędziłem ze trzy dni na intensywnej wymianie maili z pomocą techniczną, która nie potrafiła dojść do tego, dlaczego konta nie da się założyć. A kiedy w końcu doszli, to odrzucili moje pliki jako niespełniające norm. W Amazonie bez problemu z tych samych plików dało się zrobić e-booka.

Nie miałem więc dobrych doświadczeń i, szczerze powiedziawszy, nie miałem też większej nadziei, że coś się poprawiło. I rzeczywiście. W RW2010 wciąż obowiązuje wymóg, że książka nie może kosztować więcej niż 10 zł. Jest to obraźliwe dla pisarza, wyceniać jego pracę nad 300-stronicową powieścią na maksymalnie 10 zł. Do tego nadal nie można swobodnie rozporządzać swoimi książkami: żeby wycofać którąś z oferty, zamiast – jak wszędzie – zrobić to z poziomu panelu, trzeba pisać do admina i się prosić, żeby zdjął. Rozwiązanie unikalne na skalę światową. Nie bardzo wiadomo, czemu tego rodzaju utrudnienie ma służyć, skoro serwis nie ma prawa odrzucić żądania autora, by wycofał jego książkę. A jest to maksymalnie wkurwiające, kiedy człowiek najpierw pół godziny szuka w panelu przycisku „usuń”, przyjmując za oczywiste, że gdzieś taki musi być, a potem przebija się przez instrukcje, by dowiedzieć się, że każą mu napisać zbędnego maila.

Jeszcze mniej do współpracy z RW2010 zachęca to, że zrezygnował z niej Aleksander Sowa. Sowa jest grafomanem, ale grafomanem będącym absolutnym geniuszem, jeśli chodzi o umiejętność sprzedawania swoich utworów. Jeśli skądś można wycisnąć parę groszy za książki, to Sowa tam jest. I to dosłownie parę groszy. Sowa nie patrzy, czy warta skórka za wyprawkę, nie rozważa, czy jest sens pakować się do księgarni, w której zejdą dwa egzemplarze na kwartał. Pakuje się zgodnie z zasadą „ziarnko do ziarnka”. A zatem jeśli Sowa skądś ucieka, to jest to taki sam sygnał, jak opuszczenie okrętu przez szczura.

Idźmy dalej. Virtualo nie tylko się nie poprawiło, lecz właśnie zlikwidowało self-publishing. Można się do niego dostać jedynie przez E-bookowo, czyli przez grafomański rynsztok, zwany dla niepoznaki wydawnictwem. Wydaje.pl albo bankrutuje, albo poprawia sobie wyniki finansowe, nie płacąc autorom.

Jednym słowem Polska. Trzema słowami: syf, kiła i mogiła. Bartosz Adamiak postawił trafną diagnozę, że self-publishing w Polsce nie istnieje. Taki klasyczny. Bo czym się taki klasyczny charakteryzuje? Przede wszystkim autor nastawia się bardziej na e-booki, nawet jeśli ma wersję papierową, to jest ona mniej znaczącym dodatkiem (niemieccy self-publisherzy z Amazonu podają, że na 10 e-booków sprzedają jeden egzemplarz papierowy). Drugim wyróżnikiem jest kanał dystrybucji: platforma sprzedająca publikacje self-publisherów*. Z naciskiem na „sprzedająca”. W Polsce za to dominuje model platformy „umożliwiającej publikację”. O kant dupy taki model, bo miejsc w internecie, gdzie można zamieścić utwór, którego nikt nie będzie czytał ani kupował, nie brakuje i nie trzeba w tym celu tworzyć specjalnych platform. Sztuka polega na tym, by przyciągnąć kupujących, a tego najwyraźniej w Polsce nikt nie potrafi.

*Wziąwszy pod uwagę te dwa elementy, uznawanie za self-publisherów autorów, którzy po prostu prowadzą klasyczne wydawnictwa, tyle że jednoosobowe i z ofertą wyłącznie własnych książek, będzie niezasadne. Tak samo jak vanitowców, którzy z pomocą szemranych firemek zwyczajnie imitują tradycyjny model wydawniczy.

Autorem wykorzystanego zdjęcia jest Piotr Ciuchta.

PS. Proszę nie zamieszczać komentarzy anonimowo, mogą zostać skasowane, bo blog jest atakowany przez osobę najwyraźniej niezrównoważoną psychicznie, ale potrafiącą sprawnie pisać różnymi stylami.

czwartek, 25 czerwca 2015

Nur für Frauen

Są trzy rzeczy, które powodują degenerację mózgu: choroba Creutzfeldta-Jakoba, katolicyzm à la Tomasz Terlikowski i feminizm à la Magdalena Środa. Ku mojemu ogromnemu zdumieniu i rozczarowaniu to ostatnie dopadło wybitną pisarkę, której twórczość uwielbiam, a mianowicie Olgę Tokarczuk. Będąc nominowaną do nagrody literackiej Gryfia za „Księgi Jakubowe”, zażądała ona wycofania nominacji, gdyż w jury nagrody nie są zachowane parytety, na trzech mężczyzn jest tylko jedna kobieta. O co chodzi, zapytają państwo. Tokarczuk ma prawo być zwolenniczką parytetów, uważać, że powinny być stosowane w gremiach przyznających nagrody literackie, i odmawiać swojego udziału tam, gdzie, jej zdaniem, zamiast równouprawnienia jest seksizm. Ano chodzi o to, że GRYFIA JEST SEKSISTOWSKĄ NAGRODĄ LITERACKĄ PRZYZNAWANĄ WYŁĄCZNIE JEDNEJ PŁCI. To, że pisarze mężczyźni są dyskryminowani i z góry wykluczeni z konkursu tylko dlatego, że są mężczyznami, Tokarczuk jednak nie przeszkadza.

Kiedy zobaczyłem nagłówek artykułu opisującego jej rezygnację, byłem święcie przekonany, że protestuje ona właśnie przeciwko wykluczaniu z konkurencji innych pisarzy tylko z powodu ich płci. Czy przypadkiem nie właśnie takiej dyskryminacji sprzeciwiają się normalne feministki w odróżnieniu od tych spod znaku Magdaleny Środy, walczących o wprowadzenie matriarchatu? Tymczasem okazuje się, że Tokarczuk jest wielką entuzjastką Gryfii. Ciekawe, co powiedziałaby na ustanowienie nagrody literackiej wyłącznie dla mężczyzn? Przecież urządziłaby raban, że to granda, męski szowinizm, bezprzykładna dyskryminacja. Co więcej, nigdy takiej nagrody w historii nie było, kobiety od samego początku mogły stawać w literackie szranki na równych prawach z mężczyznami. Ale może uważają, że piszą gorzej od swoich kolegów po piórze i w równej konkurencji nie mają szans, stąd odrębne konkursy, wyłącznie dla nich, są zasadne? Tak jak w sporcie, gdzie dyscypliny muszą być rozdzielone, bo kobieta jest od mężczyzny fizycznie słabsza. Jeśli tak, jeśli Inga Iwasiów, pomysłodawczyni Gryfii, doszła w swych badaniach do konkluzji, że płeć piękna jest również słabsza intelektualnie, to ja natychmiast zamykam dziób i przestaję przeciwko tej nagrodzie protestować.

czwartek, 28 maja 2015

Wpis konstruktywny, czyli jak napisać opowiadanie kryminalne

Po wzięciu przeze mnie pod lupę dyletanckich porad Migury odezwały się głosy, że krytykant jestem, że czepiać się łatwo, trudniej coś doradzić, że mógłbym raz pozytywnie, a nie ciągle tak negatywnie. Postanowiłem zatem stworzyć wpis konstruktywny i podpowiedzieć, jak napisać opowiadanie kryminalne. Wyzwania podejmuję się niechętnie, skoro sam owych opowiadań napisałem zaledwie dziewięć, z czego cztery doczekały się jedynie takiej publikacji jak twórczość Aleksandra Sowy.

Na tworzenie opowiadania składają się trzy etapy. Porównałbym je do Monteskiuszowskiego trójpodziału władzy, gdzie żadne… tfu, wróć, to nie ten tekst. Ale trzy etapy rzeczywiście trzeba przejść:

1. Przeczytaj setki opowiadań kryminalnych.
2. Wymyśl intrygę (inną niż w tych setkach opowiadań) z zaskakującą pointą.
3. Usiądź i napisz.

Ad 1. Jeśli chcesz pisać kryminały, a dotąd nie przeczytałeś albo nie masz zamiaru przeczytać setek opowiadań kryminalnych, weź lepiej udział w maratonie na igrzyskach olimpijskich. Nie masz przygotowania? Do pisania też nie.
Ad 2. Jeśli potrzebujesz porad, skąd wziąć pomysł na intrygę ze zgrabną pointą, podaruj sobie, prędzej zostaniesz astronautą niż pisarzem.
Ad 3. Jeśli po przeczytaniu setek opowiadań, nie wiesz, jak napisać własne, schlej się w trupa, a potem zacznij nowe życie z dala od literatury.

Ha! Wpisy konstruktywne mi się podobają, rach-ciach i gotowe. Dziękuję za uwagę.

poniedziałek, 30 marca 2015

Pisarz chroniony

Wrocław chce przystąpić do Międzynarodowej Sieci Miast Schronienia Pisarzy (ICORN). Polega to na tym, że miasto gości przez rok pisarza, który w swoim kraju jest zagrożony śmiercią, porwaniem lub atakiem fizycznym. Łącznie tych miast jest ponad czterdzieści (głównie w Skandynawii, z tego, co widzę), w Polsce ścieżki przetarł Kraków, gdzie dwoje pisarzy już skorzystało z pobytu. Koszt takiej imprezy to około 90 tys. na osobę (przelot, zakwaterowanie, stypendium, lekcje polskiego) i 1-2 tys. euro składki.

Pomysł króla Wro… tfu, prezydenta Wrocławia Rafała Dutkiewicza wywołał sprzeciw radnych PiS-u, którzy uznali, że to pijarowskie działanie i że lepiej przeznaczyć te pieniądze na stypendia dla wrocławskich pisarzy. Nie zgodziła się z nimi dziennikarka Dorota Wodecka, która wskazała, że Dutkiewicz konsekwentnie promuje literaturę, bo ufundował Nagrodę Angelus i organizuje festiwale literackie, oraz że naszym moralnym obowiązkiem jest pomóc prześladowanym, bo za komuny inni pomagali polskim pisarzom.

Rzecz jasna można dbałość o literaturę sprowadzać do promowania twórczości rodzimych pisarzy, ale czyż po 26 latach od uzyskania wolności nie czas upomnieć się o tych, których wolność wypowiedzi jest krępowana, którzy za nią płacą czasem najwyższą cenę? – pyta dramatycznie Wodecka.

Oczywiście, że czas się upomnieć. Tyle że tak samo należałoby się upomnieć o wrocławskich pisarzy, których Dutkiewicz i jego ekipa mają szczerze w dupie. Dutkiewicz funduje nagrody, organizuje festiwale, którymi może się chwalić jak ruski generał swoimi błyszczącymi orderami. Praca u podstaw zupełnie go nie interesuje, na mało spektakularne stypendia dla miejscowych twórców nie da grosza, bo o tym, że Igrek czy Iksiński dostał wsparcie od miasta, gazety nie napiszą.

Akcja moich kryminałów z komisarzem Przygodnym w roli głównej („Gdzie mól i rdza” i „Zbyt krótkie szczęście”) rozgrywa się we Wrocławiu. W związku z tym moje wydawnictwo zgłosiło się do Urzędu Miasta z prośbą o wsparcie (niekoniecznie pieniędzmi) promocji tych powieści. I przez wrocławskich urzędników od kultury zostało spławione. Ludziom Dutkiewicza wisi i powiewa, że mają u siebie jakichś gryzipiórków, którzy coś tam o tym Wrocławiu piszą. No chyba, że sami się wypromują, wtedy – jak przy Krajewskim – miasto chętnie się podłączy.

W świetle tych doświadczeń pozwolę sobie nie uwierzyć w miłość Dutkiewicza do literatury, w to, że zgłaszając Wrocław do ICORN-u, chce spłacić jakiś moralny dług. Tego buca obchodzi wyłącznie własne ego i jaką reklamę mu ta inicjatywa przyniesie. Co nie znaczy, że jestem pomysłowi przeciwny. Trochę to paradoksalne, ale z niskich pobudek można robić też rzeczy bardzo przyzwoite. I nawet nieważne, że kiedyś byliśmy w takiej sytuacji, że sami potrzebowaliśmy pomocy. Skandynawowie nie byli, a pomagają. Należymy już do zamożniejszych krajów i wspieranie innych to zwyczajnie nasz moralny obowiązek. Idea jest szlachetna i zdecydowanie popieram, by Wrocław udzielił schronienia pisarzowi, który w swoim kraju jest zagrożony.

Tyle że w przeciwieństwie do radnych PiS-u i Wodeckiej nie widzę tutaj dylematu albo – albo. 90 tysięcy w budżecie takiego miasta jak Wrocław to grosze i nic nie stoi na przeszkodzie, by drugie 90 tysięcy przeznaczyć na stypendia dla trojga wrocławskich pisarzy. No, może poza takimi wydatkami jak 60-tysięczna premia dla prezesa aquaparku za „wyśmienite wyniki” (tak brzmiało uzasadnienie) w postaci ponaddwumilionowej straty. A że na takie wydatki Dutkiewicz i jego urzędasy muszą mieć, to wrocławscy pisarze za jego kadencji gówno zobaczą, a nie stypendia twórcze. O czym symbolicznie będą przypominać im psie odchody, których potrzeby posprzątania dbający o kulturę Dutkiewicz nie widzi.

Ale mam pomysł. O pobyt może ubiegać się pisarz zagrożony atakiem fizycznym oraz skazaniem „na więzienie za swoją twórczość przez władze kraju, w którym mieszka”. Jak nic spełniam oba warunki. Marta Grzebuła niedwuznacznie zagroziła mi w swojej powieści, że mogę mieć obitą mordę, a uwagi moich bohaterów bez wątpienia wypełniają znamiona przestępstwa obrazy uczuć religijnych, za co grożą dwa lata paki. Wystąpię więc z wnioskiem, żeby Wrocław udzielił mi schronienia. Nawet będę tańszy, bo dolecieć nie muszę, mieszkać mam gdzie i polski też już znam.

poniedziałek, 1 grudnia 2014

Eviva kłamliwa

Luiza „Eviva” Dobrzyńska, jedna z recenzentek chwalących „Obsesję”, postanowiła zdyskredytować mnie na swoim blogu w odwecie za krytykę, że wciska czytelnikom ten grafomański płód jako dobrą literaturę. W tekście pod tytułem Każdy wieloryb ma swoją wesz (proszę zgadnąć, którym z tych zwierzątek jestem ja :-) przedstawia tę krytykę tak:

Zostałam (…) zmieszana z błotem na równi z autorką książki, którą recenzowałam.

Dowiadujemy się więc, że w świecie self-publishingu prześmiewcza analiza cudzego tekstu jest zmieszaniem autora z błotem. Z tego wniosek, że grafomański utwór można tylko zachwalać, chwaląc, co najwyżej powściągliwie wskazać na jakieś niedociągnięcia, ale jeśli ktoś nie chce zachwalać, tylko ujawniać, że dno, morda w kubeł. Dobrzyńska nie wyjaśnia też, dlaczego wnikanie, co jest przyczyną, że zachwyca się grafomańską powieścią, miałoby być mieszaniem jej z błotem. Ale niespodziewanie na to wnikanie odpowiada i tłumaczy „recenzja była pozytywna, bo (…) potrafię docenić dobry warsztat”. Przypomnę, że mówimy o Marcie Grzebule, która w ramach swojego dobrego warsztatu (docenionego przez Dobrzyńską) porównuje błyskawice do prostych srebrnych sztyletów, każe marznąć swoim bohaterom w ciepłych pomieszczeniach, a mężczyznom spadać jak liście, używa frazeologizmów „mieć coś na wyciągnięcie języka” i twierdzi, że umysł boli. Sprawa byłaby zatem jasna: Dobrzyńska ma takie kwalifikacje na krytyka literackiego, jak głuchy na jurora w konkursie szopenowskim. Z tego względu udowadnianie, że są gorsze pornole niż „Obsesja”, kładłbym raczej na karb wtórnego analfabetyzmu niż świadomego unikania polemiki. Dobrzyńska nie dostrzega, że nie czepiam się tego, że „Obsesja” jest pornosem, tylko tego, jak ten pornos jest napisany.

Każdy ma prawo do swojej opinii. Proszę bardzo, niech ją sobie ma. Niech ją nawet wypowiada.

Czy ta łaskawość Dobrzyńskiej w zezwalaniu mi na krytykę nie jest rozczulająca? Ale są pewne obostrzenia:

(…) ma na koncie bodajże jedną wydaną książkę. (…) Pan P. (…) wszystko, co umie robić, to krytykować innych, i to w niewybredny sposób. Jeśli robi to ktoś, mający poważne osiągnięcia, można rzecz ścierpieć, ale… właśnie te osiągnięcia trzeba mieć. A pan P. nie ma.

Dobrzyńska doskonale wie, że książek wydałem więcej, ale chce dopasować mój dorobek do swojej tezy, więc łże jak pies (co byśmy zostali przy nawiązaniach do zwierząt), redukując liczbę moich powieści do jednej, i to jeszcze nie wiadomo, czy aby na pewno wydanej („bodajże”). Zauważmy, że nawet te kłamliwie podane czytelnikom jej bloga osiągnięcia pozostają poza zasięgiem Dobrzyńskiej, która bezskutecznie dobija się do wydawnictw i w normalnym trybie nie zdołała wydać ani jednej powieści. Pytanie więc, dlaczego pozwala sobie na krytykę, jeśli do tego trzeba mieć „poważne osiągnięcia”. A skoro moje pięć napisanych książek (wydanych bez „współfinansowania”) i wcześniej dwadzieścia przetłumaczonych jest niczym, to co osiągnęła Luiza Dobrzyńska? Mniej niż zero?

Jednak personalne poniewieranie autorką, która co prawda wydaje głównie ebooki, ale ma o niebo więcej czytelników niż pan P., jest złośliwym nękaniem, bezinteresownym hejterstwem, a nawet stalkingiem.

„Personalne poniewieranie” jest kolejnym kłamstwem Dobrzyńskiej, bo o autorce nie napisałem ani słowa, zajmowałem się wyłącznie jej tekstem. Pytanie, czy Dobrzyńska kłamie świadomie, czy, co typowe dla grafomańskiej kliki, nie odróżnia ataku na tekst od ataku na człowieka. Grafomani, jak wiadomo, są ze swoimi tekstami zrośnięci. Natomiast nie ulega wątpliwości, że Dobrzyńska z premedytacją mija się z prawdą, pisząc, że Grzebuła ma „o niebo więcej” czytelników ode mnie. Dobrzyńska po pierwsze wie, jak mikroskopijną sprzedaż osiągają self-publisherzy, a po drugie nie ma dostępu do danych o nakładach moich książek, pozwalających jej takiego zestawienia dokonać. Nie przeszkadza jej to tworzyć faktów, wskazujących na moje niecne motywacje. No i pani self-publisherka najwyraźniej nie rozumie pojęć „nękanie” i „stalking”, co może wyjaśnia, dlaczego nie potrafi napisać książki nadającej się do wydania – żeby to zrobić, trzeba znać znaczenia słów, którymi człowiek się posługuje. Co do hejterstwa i, ponownie, personalnego poniewierania, to wpis Dobrzyńskiej stanowi znakomitą ilustrację, na czym to polega. Piszemy o adwersarzu per „ten osobnik”, „hejter”, z pogardą informujemy, że „nic sobą nie przedstawia”, a zamieszczenie przez niego krytyki definiujemy jako „wyrzyganie rzeki jadu”. Ciekawe, że grafomańska klika tak uwielbia oskarżać mnie o to, co sama robi.

Paweł P. (…) niczego tak nie lubi, jak „dokopywać grafomanom”.

Dobrzyńska przez użycie słowa „dokopywać” sugeruje, że branie pod lupę grafomańskiej twórczości jest w jakiś sposób zajęciem nieprzyzwoitym, deprecjonującym krytyka, naruszającym normy współżycia społecznego. Grafomani najwyraźniej nie chcą przyjąć do wiadomości, że ich teksty po publikacji podlegają ocenie, że każdy, komu przyjdzie na to ochota, może rozebrać je na czynniki pierwsze i nie ma w tym nic nagannego. Znaleźli sobie sposób, by z wypocinami, które wcześniej trafiały do koszy, dotrzeć do czytelników, a jednocześnie de facto domagają się immunitetu: wara od naszej twórczości. A jeśli, ktoś owo „wara” ignoruje, to staje się przedmiotem ordynarnej napaści z ich strony: od negowania dorobku począwszy a na komentarzach w takim stylu, jak pod wpisem Front Obrońców Grafomanii, skończywszy.

Ale to nie koniec publicznych wystąpień naszej przedstawicielki vanity press. Udzieliła ona wywiadu Sztukaterowi, w którym została zapytana o swój status:

Szt.: Czy uważasz się już za „pełnoprawną” pisarką?
L. D.: Trudno powiedzieć, kto jest pełnoprawnym pisarzem, a kto nim nie jest.

Akurat bardzo łatwo, chyba że chce się zaciemnić obraz, żeby załapać się do tego grona, do którego bardzo chce się należeć, a się nie należy.

Jeśli jako kryterium przyjmiemy wydawanie książki w którymś z oficjalnych, tradycyjnych wydawnictw, to na przykład Lech Wałęsa może zostać uznany za pisarza

Po pierwsze „wydanie książki” albo „wydawanie książek”, a po drugie Lech Wałęsa nie może zostać uznany za pisarza, bo nie napisał żadnego utworu literackiego. Nie wszystko, co lata, jest od razu samolotem.

a Maria Pawlikowska-Jasnorzewska czy Juliusz Słowacki już nie, publikowali bowiem za własne pieniądze.

Dobrzyńska jest tak odporna na argumenty, jak prawdziwe wydawnictwa na jej twórczość. Parę razy już jej napisano, że nie można przykładać historycznej miarki do współczesnych zjawisk, a ta swoje. Wydawania własnym sumptem w wieku XIX i pierwszej połowie XX nijak nie da się porównać z obecnym vanity press, ale przecież trzeba się dowartościować. Szkoda, że od Dobrzyńskiej nie dowiadujemy się, kto jest tą współczesną Pawlikowską-Jasnorzewską i tym współczesnym Słowackim? Marta Grzebuła i Adrian Saddler?

Sama wolę myśleć, że rację w tym względzie miał Michaił Bułhakow, który stwierdził :
– Pisarzem jest ten, kto napisał książkę. Czy została wydana, czy nie, to sprawa drugorzędna.

Nie wymagajmy od niepisarki, by wiedziała, kiedy się stosuje cudzysłów, a kiedy kwestie dialogowe, i skupmy się na słowach Bułhakowa. Pisarze wypowiadają się na temat pisarstwa, przy czym ich wypowiedzi – jak ta powyższa – są zwykle natury filozoficznej, a nie praktycznej. Gdyby potraktować tę wypowiedź literalnie – jak czyni to Dobrzyńska – należałoby przyjąć, że Bułhakow za pisarzy uznaje grafomanów, zaczerniających papier bezładnym słowotokiem. A tego autor „Mistrza i Małgorzaty” oczywiście nie robi.

Na pewno nie jestem zwolenniczką robienia z literatów jakiegoś elitarnego klubu, do którego wstęp mają jedynie ci oficjalnie zaakceptowani przez specjalistów od marketingu. Może gdybym była rozpieszczaną przez redaktorów autorką z jakiejś Fabryki Słów, Zysk czy Próżyńskiego i Ska, myślałabym inaczej.

Dlaczego nie jest, może wyjaśnia fakt, że nie potrafi utworzyć dopełniacza od nazwy „Zysk” i nie wie, że Zysk i Prószyński nie są rodzaju żeńskiego. Ale mamy nową teorię Dobrzyńskiej, jak się w Polsce zostaje pisarzem: otóż trzeba zostać „oficjalnie zaakceptowanym przez specjalistów od marketingu”. Dobrzyńska po raz kolejny, tłumacząc własną nieudolność, obraża ludzi, którzy talentem, ciężką pracą i niesłychaną cierpliwością doszli do tego, że mogą chlubić się mianem pisarza. Dotąd pisarze dowiadywali się od pani self-publisherki, że zadebiutowali, bo w odróżnieniu od niej mieli plecy, znane nazwisko albo status celebryty (można wymieniać szereg nazwisk dowodzących, że to nieprawda, ale Dobrzyńska taki dowód ignoruje), teraz dowiadują się, że zostali zaakceptowani przez specjalistów od marketingu. Dobrzyńska nie wydała normalnie żadnej książki, nie ma bladego pojęcia, jak przebiega procedura akceptowania książki do druku, więc opowiada deprecjonujące innych głupoty. Książki do wydania kwalifikuje nie dział handlowy, lecz dział literacki danego wydawnictwa. I powieść nie musi być potencjalnym bestsellerem, żeby wydawnictwo zechciało ją wydać. Dobrze napisaną rzecz, dobrze opowiedzianą historię wydawnictwo jest w stanie sprzedać w zadowalającym je nakładzie. Najpierw ocenia się poziom powieści, a dopiero później szuka dla niej strategii marketingowej.

Ponieważ jednak jestem po tej drugiej stronie, miałam okazję poznać twórczość pisarzy niszowych, tworzących nie dla pieniędzy, a z potrzeby serca.

I dalsze obrażanie, że pisarze publikujący normalnie nie tworzą „z potrzeby serca”. Dobrzyńska nie potrafi odczytywać rzeczywistości, dostrzegać istoty zjawisk i łączących ich relacji, co pewnie jest jednym z powodów, dlaczego nikt nie chce publikować jej książek. Bo ta umiejętność przekłada się na to, że pisarz ma czytelnikowi coś do powiedzenia, może mu coś objaśnić. Przede wszystkim w Polsce mało kto pisze dla pieniędzy. Na pisaniu zarabia garstka, a można spokojnie założyć, że duża część tej garstki nie przestałaby pisać, gdyby przestała zarabiać. Pisarz niszowy to pisarz wydający utwory trudne, ambitne, skomplikowane formalnie i językowo, które siłą rzeczy nie są przeznaczone dla masowego czytelnika. Self-publisher nie jest pisarzem niszowym, to, że nie trafia do masowego czytelnika, nie wynika z rodzaju literatury, bo zwykle tworzy on w gatunku popularnym (romans, kryminał, fantasy), tylko z poziomu tej literatury.

Wśród autorów zmuszonych do selfpublishingu są prawdziwe perły, należało by je tylko powyławiać.

A może, zanim zacznie się zachwalać grafomańskie wypociny jako perły, należałoby najpierw zadbać o wiarygodność i nauczyć się ortografii? Co Dobrzyńska uznaje za perłę, pokazałem trzy tygodnie temu. Fakty są takie, że niczego nie trzeba wyławiać. Jak podają recenzenci serwisu "Książka zamiast kwiatka", na sto pozycji ze współfinansowaniem standardy drukowalności (do pereł jeszcze daleko) spełniają trzy. Nie trzydzieści, nie trzynaście, tylko trzy.

(…) pisarze oficjalnie uznani za wartych wydania przez tradycyjną oficynę, nawet jedną z mniejszych, rzadko kiedy potrafią zdobyć się na wyciągnięcie ręki do selfpublisherów.

Tu aż się prosi, żeby przeprowadzający wywiad zapytali, na czym to wyciągnięcie ręki miałoby polegać. Niestety, obecnie wywiady przeprowadza się tak, że autorowi przesyła się gotowy zestaw pytań i niech pisze odpowiedzi. Potem to, co napisał, wrzuca się do sieci. Żadnej próby przyciśnięcia, zadania niewygodnego pytania w nawiązaniu do którejś z odpowiedzi, choć technicznie jest to możliwe. Wystarczyłoby pytania przesyłać sukcesywnie, a nie wszystkie naraz, formułować je dopiero w trakcie wywiadu. W tej sytuacji to ja zapytam. Co znaczy, że miałbym do Dobrzyńskiej wyciągnąć rękę? Nauczyć ją pisać? Znaleźć jej wydawcę?

Najczęściej usiłują za wszelką cenę wytłumaczyć im, że skoro ich nie zakwalifikowano do wydania, są grafomanami i powinni złamać pióro. (…) Nie bardzo rozumiem, czemu zależy im na wdeptywaniu tych ludzi w ziemię.

A niby dlaczego twierdzenie, uzasadnione w 97% przypadków, że ktoś jest grafomanem, ma być wdeptywaniem go w ziemię?

(…) widzę natomiast, jak [zawodowi pisarze] traktują „maluczkich”, którzy próbują bezprawnie ich zdaniem wedrzeć się na Parnas.

Kolejny przykład na to, że Dobrzyńska nie potrafi dostrzegać faktów. Nikt nie broni jej wdzierać się na Parnas, nikomu nie przychodzi do głowy wygłaszać takiej bzdury, że próba zdobycia Parnasu byłaby z czyjejkolwiek strony „bezprawna”. Szkopuł w tym, że Dobrzyńska na razie wdrapała się na Mount Villingili, ale jest przekonana i twierdzi, że siedzi na Parnasie, i domaga się od innych, by to jej wyobrażenie uznali za rzeczywistość.

Ich stosunek do selfpublishingu bywa nie tyle nawet lekceważący, co wręcz agresywny, żeby nie rzecz chamski.

Powiedziała pani, która na analizę grafomańskiej powieści reaguje hejterskim tekstem, kampanią kłamstw i odsądzaniem krytyka od czci i wiary.

Nie wszyscy zawodowi pisarze są tacy, jednak przyznaję z bólem, że większość z nich po prostu ma selfpublisherów za nic, zapominając że wartość książki weryfikują nie jej współcześni, a następne pokolenia, dla których obecny proces wydawniczy nic nie będzie znaczył.

A Dobrzyńska wysiadła właśnie z wehikułu czasu i już wie, że następne pokolenia będą cenić jej twórczość na równi z takim Lemem.

Jeśli jako jedyne kryterium literackiego geniuszu przyjmiemy sukces komercyjny, to Helena Mniszkówna powinna mieć pomnik w każdym mieście. Myślę jednak, że literatura coś więcej.

Zgrabne. Najpierw Dobrzyńska wkłada w usta swoich adwersarzy tezę, której ci nigdy nie stawiali, a potem ją obala.

Wydałaś cztery książki w dość krótkim terminie. To wynik godny pozazdroszczenia.

Co jest godne pozazdroszczenia? Że ta pani ma na tyle dużo pieniędzy, by realizować swoje zachcianki? Przecież ona nie wydała żadnych książek. Zapłaciła firmie, która przyjmie każdy bełkot, by wydrukowała to, czego nie chcą wziąć normalne wydawnictwa.

A na koniec quiz.
Pytanie: Jak Dobrzyńska zareaguje na mój tekst?
a) stwierdzeniem, że jestem psychiczny, lub inną formą personalnej napaści;
b) merytoryczną polemiką;
c) milczeniem.

poniedziałek, 22 września 2014

Pszygody komisaża Maciejewskiego, czyli jak wydawałem ze współfinansowaniem

Dziewięciu „wydawnictwom”, które wydają książki za pieniądze autorów, postanowiłem zaproponować pozbawiony sensu i najeżony błędami tekst (do przeczytania tutaj), informując, że jest to fragment kryminału pt. „Torowy zabójca”. Owe „wydawnictwa” to: Novae Res, Radwan, Poligraf, Psychoskok, Białe Pióro, Warszawska Firma Wydawnicza (WFW), Witanet, MyBook i E-bookowo. O Witanecie wcześniej nie słyszałem, wynalazłem w sieci, wiem, że MyBook to troszkę inny model, a E-bookowo książki elektroniczne, ale też chciałem przetestować. Nie zrobiłem tego oczywiście pod własnym nazwiskiem, tylko przedstawiłem się jako Adam Sobieski (drugie dno czytelne dla tych, którzy znają którąś z książek o komisarzu Przygodnym). Ponieważ wystąpiłem w roli debiutanta, wsparłem się opinią „znajomych”, „wszystkich co czytali” oraz własną, że skonstruowałem ciekawą zagadkę (mail do „wydawnictw” w tym samym miejscu co fragment rzekomej książki).

Na propozycję pierwsze zareagowało Białe Pióro. Można powiedzieć, że chcąc zarobić, przygnało, omal nie łamiąc sobie nóg, bo maila wysłałem w sobotę o 18.26, a odpowiedź przyszła o 20.07. Odpowiedź jednak niezupełnie po mojej myśli:

Panie Adamie, my musimy mieć cały tekst, bo go wstępnie formatujemy, tak jak do druku. Jeżeli jest zbyt obszerny to go minimalizujemy tzn czcionkę, interlinie itp,aby koszty były jak najmniejsze. Proszę przesłać całość, szybko wycenie i opisze proces wydawniczy. Ewa

W zasadzie mogłem sobie odpuścić, bo już z powyższego jasno wynikało, że pani Ewy (nazwiska nie podała) jakość tekstu zupełnie nie interesuje, tylko objętość, nie pisze o przeczytaniu czy sprawdzeniu utworu, tylko o jego wycenie, ale postanowiłem temat pociągnąć. Z dwóch względów: koszt także mnie interesował, a poza tym uświadomiłem sobie, iż w mailu nie zrobiłem żadnych błędów ortograficznych, i uznałem, że trzeba to niedopatrzenie nadrobić, by pani Ewa miała jasność, z kim ma do czynienia. Z brakiem całego tekstu (nie upadłem jeszcze na głowę, żeby w tym stylu pisać dwieście stron) poradziłem sobie jak dotąd, czyli grając paranoika:

Bardzo dziękuję za odpowiedź, nie spodziewałem się tak szybko. Czy to znaczy, że ten fragment się państwu spodobał? Bo całości to bym nie chciał wysyłać, jeśli nic nie wiem, to znaczy ile mniej więcej by kosztowało wydanie, bo przecież nie musi być dokładnie i czy mi państwo zabiorą prawa autorskie, bo słyszałem, że jest takie ryzyko. Nie mówię, że nie mam do państwa zaufania, ale jeszcze nie wydawałem książek i chociaż akurat o państwu czytałem, że są państwo pożądni to wolę być ostrożny. Mam nadzieję, że się państwo nie pogniewają, ale mój znajomy, który mnie ostrzegał mówi, że na początku trzeba wydawnictwo sprawdzić, bo ma złe zdanie o wydawnictwach, chociaż państwa to nie dotyczy.

Pani Ewa okazała się jednak uparta:

Panie Adamie, ja osobiście nie słyszałam o kradzieżach tekstu lub pomysłu. Rozumiem Pana obawy, ale ja naprawdę mogę wycenić mając cały tekst. Jeżeli ma Pan obawy, proszę dodawać w e-mailach zdanie o zakazie bezprawnego wykorzystywania tekstu itp i e-maile zachować. W naszym wydawnictwie nie miało miejsca i nie będzie miało, przywłaszczenie czyjegoś tekstu. To po prostu nieetyczne. Proszę porozmawiać z naszymi autorami na facebooku, czy nam ufają, jak wydajemy, jaki jest z nami kontakt itp. Jeżeli Pana zdecyduje się przesłać tekst wówczas wycenię i opisze dokładnie proces wydawniczy. Pozdr Ewa

Czyli pytanie o jakość tekstu pozostało bez odpowiedzi, „pożądne wydawnictwo” wyraźnie ten aspekt nie interesuje, mam przesłać cały tekst, ale o tym, że może zostać odrzucony, nie ma mowy, jest mowa o wycenieniu i opisaniu dokładnie procesu wydawniczego. Może ktoś ma inną opinię, ale dla mnie jest to jednoznaczna deklaracja wydania książki.

Drugie „wydawnictwo”, MyBook, też zażądało całości, ale w odróżnieniu od Białego Pióra wypowiedziało się na temat przesłanego fragmentu:

Żadne wydawnictwo nie podejmie ostatecznej decyzji na podstawie 10 stron. Na oko ma Pan szanse, aczkolwiek liczba błędów ortograficznych jest potworna. Każdy edytor tekstu (Word czy Open Office) ma wbudowany moduł poprawiania ortografii - proszę z niego skorzystać przed wysłaniem pełnego tekstu, ułatwi to redakcji czytanie i ocenę.

Każdemu normalnemu wydawnictwu 10 stron bełkotu w zupełności wystarcza do stwierdzenia, że autor jest skończonym grafomanem, ale w MyBooku „na oko” dostrzegli w „Torowym zabójcy” potencjał. Domyślam się, że oko było kaprawe i zachodzące bielmem.

E-mail z „wydawnictwa” Psychoskok zaczynał się niedobrze:

Zanim odpowiem coś zacytuję: "– Denata. Leży na torach w Lasku Włoszczowskim." " W tym domku, co go znaleźliśmy też nic nie ma. Zagadkowe. " Moje pytanie...oni przenieśli sobie tego trupa na tory?

Bardzo dobre pytanie (szkoda, że tylko jedno), ale nie czekając na odpowiedź, Psychoskok zadeklarował:

Panie Adamie, jeśli wydamy Panu te książkę to będzie musiała ona przejść przez korektę. Jest sporo błędów ortograficznych i innych. W tej chwili wchodzi w rachubę tylko wydanie 100 % Autor. Nawet jeśli zdecyduje się Pan na ebooka to będę obstawała za tym, aby korekta była przeprowadzona (ogólnie w przypadku ebooka można z niej zrezygnować)

Grunt, że w rachubę wchodzi wydanie. Pan Adam jest człowiekiem zamożnym, parę tysięcy w tę czy we w tę nie gra dla niego roli, gotów jest na ten wydatek, byleby zostać pisażem.

Żadnych problemów nie robiło „wydawnictwo” Poligraf:

Chętnie nawiążemy z Panem współpracę w zakresie wydania Pana książki. Poniżej przedstawiam kalkulację wydania Pana książki.

Dowiedziałem się, co chciałem, że za taką a taką kwotę by wydali, więc zaprzestałem korespondencji, ale okazało się, że ze szpon Poligrafu nie tak łatwo się wyrwać. Przede wszystkim zapytanie o publikację książki zostało prawem kaduka potraktowane jako zapisanie się na Poligrafowy newsletter:

Witam, jako, że rozpoczęliśmy wspólną korespondencję, zostałeś dopisany do naszej bazy mailingowej

Spam obejmował instrukcje, jak przebiega wydanie książki w Poligrafie, wywody, że wydanie w Poligrafie jest najlepszą formą wydania, porady, jak kasę do zostawienia w Poligrafie zdobyć przez crowdfunding, oraz reklamy książek Poligrafu. Do tego byłem zachęcany, bym zapisał się do Klubu Grafomana, zwanego dla niepoznaki Klubem Pisarza, oraz zarekomendowano mi dyletancki poradnik Grażyny Grace Tallar.

Po dwóch dniach dowiedziałem się, że ze mnie szczęściarz, bo zgłosiłem się do Poligrafu we właściwym momencie:

Chciałam zawiadomić, że mamy teraz ograniczoną czasowo ofertę promocyjną dla nowo wydawanych książek.
Otóż do każdego tytułu proponujemy gratis:
- mailing reklamowy z nowo wydaną książką do ponad xxxx naszych subskrybentów (wartość: xxxx zł)
- dwutygodniową reklamę banerową tytułu w naszej księgarni internetowej OceanKsiazek.pl (wartość: xxxx zł)
- własną stronę internetową dla Autora (wartość: xxxx zł)
- reklamę tytułu na portalu KlubPisarza.pl (wartość: bezcenne :-)
Łączna wartość gratisów to ponad xxxx zł!

Ponieważ nie zareagowałem na chęć sprezentowania mi czterocyfrowej kwoty będącej sumą trzech czterocyfrowych, po tygodniu dostałem monit:

Witam, Panie Adamie,nie otrzymaliśmy od Pana odpowiedzi. Czy jest Pan w takim razie nadal zainteresowany współpracą?

Nie byłem, bo dostałem ofertę z Warszawskiej Firmy Wydawniczej (WFW):

Bardzo dziękuję za nadesłanie propozycji wydania książki. Gratuluję pomysłu, odwagi i inicjatywy.

Też uważałem swój pomysł za świetny, choć zdaje się, że z przedstawicielką wydawnictwa mówiliśmy o innym pomyśle.

Poniżej przedstawiam kalkulację kosztów oraz kilka najważniejszych informacji plus proponowaną umowę. (…) Ze względu na tekst, który uważam za dobry (oczywiście na podstawie przesłanego fragmentu), ceny bardzo zaniżyłam i zaproponowałam nasze działania.

Twierdzenie, że „Torowy zabójca” to dobry tekst, jest tak samo prawdziwe, jak teza, że Angela Merkel w przedbiegach wygrałaby każdy konkurs piękności, gdyby tylko stanęła w szranki. Inne „wydawnictwa” nie chwaliły tekstu, dlaczego robi to WFW? Można się domyślić, że ze względu na konkurencję. Jeśli połechce się ego autora, zwiększa się szansa, że zapłaci za wydanie tam, gdzie go chwalą, nawet jeśli w „wydawnictwie”, z którego dostał suchą kalkulację kosztów, będzie taniej. Taką samą psychologiczną podpuchą jest twierdzenie o zaniżeniu cen.

Artykuł 286 paragraf 1 kodeksu karnego mówi: Kto, w celu osiągnięcia korzyści majątkowej, doprowadza inną osobę do niekorzystnego rozporządzenia własnym lub cudzym mieniem za pomocą wprowadzenia jej w błąd albo wyzyskania błędu lub niezdolności do należytego pojmowania przedsiębranego działania, podlega karze pozbawienia wolności od 6 miesięcy do lat 8.

WFW okłamuje autora co do poziomu otrzymanego tekstu, czyli ewidentnie wprowadza go w błąd, żeby na nim zarobić (nie sprzedając książkę, bo jej się sprzedać by nie dało, tylko każąc mu przepłacić za wydanie), co w świetle zacytowanego przepisu jest przestępstwem. Ale w sumie reszta „wydawnictw”, chcących wydać „Torowego zabójcę”, też podpada pod ten paragraf, bo człowiek, który tak pisze, a jest przekonany, że tworzy zdatną do wydania powieść, pozostaje w błędzie lub jest niezdolny „do należytego pojmowania przedsiębranego działania”.

Z pozostałych Novae Res i Witanet odrzuciły propozycję, Radwan i E-bookowo w ogóle nie odpowiedziały.

Jeśli chodzi o koszta, dostałem tylko dwie kalkulacje. Pierwsza wyglądała następująco: Z otrzymanego tekstu zakładamy 272 str. gotowej książki cz-b., (format: 145x205 mm, oprawa miękka, okładka kolorowa, foliowana, papier na wnętrze: offset 80g). Koszt wydania pierwszych 500 egz.: 9050 zł; (…) Koszty obejmują wszystkie prace potrzebne do wydania książki i umieszczenia jej na rynku księgarskim (a więc również skład i łamanie, indywidualny projekt okładki, podwójną korektę, druk i oprawę). Z pierwszego nakładu 18 egzemplarzy jako egzemplarze obowiązkowe (zgodnie z Ustawą) trafi do bibliotek narodowych (…)

Zgodnie z ustawą do bibliotek (głównie uniwersyteckich, nie narodowych, bo taką mamy tylko jedną) należy przekazać 17 egzemplarzy obowiązkowych. Ale to, że „wydawnictwo” zamierza nam podwędzić jeden egzemplarz, jest drobnostką w porównaniu z tymi kosztami. Bo 500 egzemplarzy można wydrukować offsetem, a przy takiej książce bez problemu dostaniemy ofertę druku w cenie 4 zł za egzemplarz, jeśli nie mniej. Czyli maksymalnie 2000 zł. Jeśli weźmiemy ceny z drugiej kalkulacji, korekta i redakcja: 1630 zł, skład i łamanie: 1270 zł, okładka: 800 zł, wyjdzie maksymalnie 5700. Czysty zysk „wydawnictwa” co najmniej 3350 zł.

Drugi kosztorys przewidywał nakład 50 egz. autorskich - egzemplarze dla Pana plus nasz nakład wydawniczy, na początek około 100-250 egz., ceny redakcji, łamania i okładki, jak podałem wyżej, a za druk 2390 zł, razem: 6090 zł netto, 6394,50 zł brutto.

To drugie „wydawnictwo” nie jest takie pazerne jak pierwsze i trudniej się zorientować, że zawyża koszty. Druk 300 egzemplarzy rzeczywiście tyle mógłby kosztować, ale firma najpewniej zamierza wydrukować tę dolną liczbę. Jeśli ktoś podaje widełki, to zwykle potem z tych widełek bierze wartość dla siebie najkorzystniejszą. A koszt druku 150 egzemplarzy to, jak można sprawdzić na kalkulatorach drukarni cyfrowych, ok. 1200 zł. Okładka owszem, może kosztować 800 zł, ale za 300-500 zł też się dostanie. Z redakcją i korektą spokojnie można się zamknąć w 100 zł za arkusz, książka ma 11,5 arkusza, czyli 1150 zł, a nie 1630 zł. Poza tym można mieć wątpliwości, czy redakcja w ogóle byłaby wykonywana, bo tekstu „Torowego zabójcy” zwyczajnie zredagować się nie da, trzeba by go napisać od nowa, co oznaczałoby, że „wydawnictwo” przez redakcję rozumie pobieżne sprawdzenie tekstu albo w ogóle przepuszczenie go przez korektę w Wordzie. Że „wydawnictwo” nie jest zbyt uczciwe, dowiadujemy się z następnego passusu:

To koszt przewidziany dla Pana, natomiast suma kosztów wydania wyniesie około 15 tysięcy złotych, z czego wynika, że przynajmniej połowę kosztów pokryje wydawnictwo.

Jakie to są te dodatkowe koszty, „wydawnictwo” nie ujawnia, a jedynych, jakich nie ma w kosztorysie, to reklama. Tyle że wydawnictwa ze współfinansowaniem płatnych reklam nigdzie nie zamieszczają. Czyli znowu oszustwo, wmawianie autorowi, że „wydawnictwo” współfinansuje jego książkę, co ma w nim wyrobić przekonanie, że reprezentuje ona co najmniej przyzwoity poziom.

(…) zgodnie z ustawą wymaganą ilość przesyłamy do bibliotek, między innymi do Biblioteki Narodowej (zgodnie z Ustawą z dnia 7 listopada 1996 roku o obowiązkowych egzemplarzach bibliotecznych - w sumie 24 egz.)

Czyli to „wydawnictwo” w przekonaniu (słusznym), że autorzy do ustawy nie zajrzą, kradnie im po 7 egzemplarzy. Ciekawe po co? Chyba tylko wychodząc z założenia, że jeśli autora da się na czymś okantować, to grzech byłoby tego nie zrobić.

Podsumowanie. Za dwie średnie krajowe można zostać w Polsce pisarzem, bo przypomnę, że autorzy publikujący w tego rodzaju „wydawnictwach” za pisarzy się uważają i za pisarzy chcą uchodzić. Umiejętność pisania nie jest potrzebna. W czasie odkładania moniaków do skarbonki tworzymy dowolny tekst, nie mając pojęcia o gramatyce ani ortografii. Prawdopodobieństwem zdarzeń ani logiką nie musimy się przejmować. Akcja może być całkowicie pozbawiona sensu, nikt nie wymaga od nas, byśmy mieli coś mądrego do powiedzenia. Mniejszy lub większy bełkot posyłamy do „wydawnictw”, gdzie bynajmniej nie będziemy musieli prześlizgiwać się psim swędem: połowa przyjmie nas z otwartymi rękami. Bulimy niecałe siedem tysiaków i dzięki Białemu Pióru czy Psychoskokowi nasze wypociny wzbogacą polską literaturę. Jak nazywamy się Sobieski, to nasza książka stanie na półce w Bibliotece Narodowej niedaleko powieści Sienkiewicza. A co? Czy Adam Sobieski to gorszy pisarz niż taki Sienkiewicz? Przecież nie. Tylko nie legitymuje się znanym nazwiskiem, nie ma pleców ani nie jest celebrytą. Gdyby Sienkiewicz nie dostał po znajomości Nobla, też nie miałby szans na publikację w normalnym wydawnictwie i byłby skazany na wybór między Poligrafem a WFW.

Pytanie, ilu takich Sobieskich dzięki tym firemkom wydało już swoje książki. Ile takich grafomańskich gniotów trafiło do bibliotek i na księgarskie półki? Ile zostało wysłanych do czytelników kupujących przez internet? Albo odstraszając wyrobionych od polskich (prawdziwych) pisarzy, albo ucząc niewyrobionych, że coś na takim poziomie jest literaturą z prawdziwego zdarzenia. Czy Adam Sobieski i Warszawska Firma Wydawnicza mają wyznaczać standardy współczesnej literatury polskiej?