sobota, 11 lipca 2026

Forum Obrońców Literackiej Fuszerki

Analizę tłumaczeń Lodu Ulli-Leny Lundberg i Na północ jedzie się, by umrzeć Idy Linde w wykonaniu Justyny Czechowskiej zamieściłem na Forum Tłumaczy Literackich. Jest ono zamknięte, trzeba się wykazać dorobkiem w postaci przełożonych książek, by zostać tam wpuszczonym. Z tego względu spodziewałem się, że jest to miejsce, gdzie będzie możliwa rzeczowa dyskusja, na co normalnie w internecie nie ma szans. Okazało się, że to wybijające szambo, gdzie można co najwyżej zostać opryskanym gównem.

Czytam teraz powieść Bengta Ohlssona pt. „Jej najłagodniejszy głos” (na szczęście mogę literaturę szwedzką czytać w oryginale i nie jestem skazany na pseudotłumaczenia Czechowskiej) i natrafiłem w niej na frazę „najgorszy sort ludzkich mętów”. Dość dobrze oddaje to poziom dwóch pań, z których jedna nazwała mnie „bucem”, a druga przeprowadziła dogłębną analizę psychologiczną mojej osobowości. W świetle ich wypowiedzi określenia „frustrat” i „zawistnik” (to o mnie) czy „chamstwo” albo „obrzydlistwo” (to o krytyce), użyte przez pozostałych, należy uznać wręcz za wersal.

Gdybym krytykę tłumaczeń Czechowskiej zamieścił w Szwecji, za oczywiste przyjęto by, że musi mną powodować troska o jakość przekładów literackich, uznano by, że działam w interesie publicznym, gdyż społeczeństwo zyskuje na tym, że wszyscy (nie tylko tłumacze) rzetelnie wykonują swoją pracę i fuszerów należy eliminować. No ale jesteśmy w Polsce, która fuszerką stoi, a Polak nie jest w stanie wyobrazić sobie, że ktoś może działać z innych niż niskie pobudek. Hejterzy oczywiście nie zdołali odpowiedzieć na proste pytanie, czy kierując się frustracją i zawiścią, błędy Czechowskiej wymyśliłem.

Krytyka przekładu „Lodu” została zakwestionowana jako złośliwa. Sarkazm i przekąs są wprawdzie w pełni uznanymi środkami w krytyce literackiej, ale ponieważ tłumaczom, a jakże, literackim nie udało mi się tego, nomen omen, wytłumaczyć, postanowiłem przy powieści Linde ograniczyć się do suchego wypisania błędów. Nic to nie pomogło. Dowiedziałem się, że teraz krytyka jest obcesowa i napastliwa. Proste pytanie, na czym polega jej obcesowość i napastliwość, również pozostała bez odpowiedzi. Domyślam się, że gdyby podano moje nazwisko jako współtwórcy książki telefonicznej, ci państwo by orzekli, że chamstwo Pollaka sięgnęło zenitu.

Jedna z tłumaczek wyjaśniła mi, że nie powinienem był wypisywać wszystkich błędów, tylko zastanowić się nad przyjętą przez Justynę Czechowską strategią przekładu i, skoro ta nie wypaliła, zaproponować inną. Laikom wyjaśnię, że nad strategią przekładu można się zastanawiać, kiedy on jest dobry i trzeba pogłówkować, co zrobić, żeby był jeszcze lepszy. Czechowskiej można by co najwyżej zaproponować, żeby najpierw nauczyła się szwedzkiego i polskiego. Ale oddam sprawiedliwość tej tłumaczce: chociaż z zastrzeżeniami, jednak przyznała, że błędy dyskwalifikują przekład, i wezwała Justynę Czechowską do polemiki z moimi zarzutami. Proszę zgadnąć, jaka była reakcja na to wezwanie.

Strategia linczu nie okazała się skuteczna, bo zamiast udać się z wizytą do psychiatry, żeby wyjaśnił mi, dlaczego jestem taki sfrustrowany i zawistny, hejterom właśnie odpisywałem. Obrońcy pseudotłumaczki znaleźli więc inny sposób, by podważać krytykę. Polegał on na twierdzeniu, że to nie są błędy, tylko translatorskie wybory, a ja powinienem odróżniać jedno od drugiego, a skoro nie odróżniam, to się kompromituję. Doskonale odróżniam i ci państwo też, więc wezwani do wskazania, w których punktach przyczepiłem się do poprawnego przekładu, nabrali wody w usta. I znowu wyjaśnienie dla laików: często jest tak, że tłumacz daną frazę czy dane słowo może przetłumaczyć na kilka sposobów. Dopóki trzyma się ich znaczenia, wszystko jest w porządku. Ale jeśli to znaczenie zmienia, wtedy mamy do czynienia z błędem.

Język to nie matematyka, ja nie jestem nieomylny, więc było oczywiste, że nie wszystkie moje zarzuty przy przekładzie Linde się ostaną. Celowo sformułowałem ich z naddatkiem, żeby obrońcom Czechowskiej nie udało się zejść poniżej pięciuset. Wiedzą państwo, ile obalili? Cztery. Zgodnym wysiłkiem, szukając rozpaczliwie przed dwa dni, zdołali obalić cztery zarzuty. I uznali, że świadczą one o mojej niekompetencji, w związku z tym cała krytyka nadaje się do kosza. Serio. To jest poziom logiki uczestników Forum Tłumaczy Literackich. Czechowska zrobiła ponad pięćset błędów, ale nie ma się jej co czepiać, skoro krytyk w czterech przypadkach błąd zarzucił jej niesłusznie.

Z powyższego akapitu wynika, że jakaś merytoryczna polemika nastąpiła. Wprawdzie szczątkowa, ale tak. I w zasadzie co głos, to kompromitacja. Jedna z tłumaczek oznajmiła, że przeczytała „Lód” i do polszczyzny Czechowskiej nie miała najmniejszych zastrzeżeń. Innymi słowy pochwaliła się, że nie umie dostrzec błędów językowych w czytanym teście. Druga wygłosiła tezę, że błędy wynikającego z tego, że Czechowska jest na bakier z językiem polskim, „się nie liczą”, gdyż te miał obowiązek poprawić redaktor. Czyli zdaniem tej pani, tłumacz może przełożyć powieść dowolnym bełkotem, byleby zgodnie z oryginałem, a za formę językową odpowiada ktoś inny. Skoro takie twierdzenia wygłasza tłumaczka z dużym dorobkiem, nic dziwnego, że kiedy człowiek czyta wytwory produkcji tych państwa (bo przekładaniem literatury trudno to nazwać), to rwie sobie włosy z głowy.

Á propos produkcji. Kilka dni przed zamieszczeniem mojej krytyki przekładu Linde ci ludzie opowiadali sobie, w jakim tempie tłumaczą książki. I rekordziści (akurat ci sami, których krytyka Czechowskiej najbardziej bolała, ale nie umieli na nią odpowiedzieć) chwalili się, że potrafią przełożyć arkusz dziennie, czyli około 22 stron po 1800 znaków. I tym ludziom naprawdę wydaje się, że ich stachanowszczyzna jest tłumaczeniem literatury. A potem, kiedy ktoś z ich grona zostanie skrytykowany, rzucają się linczować krytyka, bo się boją, że weźmie na warsztat ich pseudoprzekłady, więc trzeba go zawczasu zniechęcić. Jakoś nie mam wątpliwości, że niektórzy z nich dopiero z mojej krytyki Czechowskiej dowiedzieli się, co jest w języku polskim albo w tłumaczeniu błędem.

Wróćmy do merytorycznej polemiki. W oryginale powieści Linde jest zdanie „Hordy dzikich koni, które całkowicie wolne galopują z łoskotem”. Czechowska przełożyła je: „Stada koni galopujące na wolności”, a państwo tłumacze uznali, że to dobry przekład. Konie w szwedzkiej powieści biegną, w polskiej też, czyta się bezproblemowo, o co ci, człowieku, chodzi? Ludziom mieniącym się tłumaczami literatury, którym wydaje się, że powieść można przekładać tak samo jak instrukcję obsługi tostera, musiałem wyjaśniać, że w literaturze liczą się środki wyrazu. Jeżeli pisarka stado koni nazywa hordą, to ma w tym jakiś cel i należy tak właśnie przełożyć. Skoro podkreśla łoskot, to nie wolno go opuszczać. Bo po przeróbce Czechowskiej mam jakieś tam biegające koniki, a nie pokazany przez autorkę rozszalały tabun.

Obrońcy Czechowskiej zapytali mnie, co ma na celu moja krytyka. Czy oczekuję, że wydawcy przestaną zlecać jej tłumaczenia książek. A to byłoby bardzo niedobrze, bo biedna Justynka może nie będzie miała z czego żyć. I w ogóle może się załamać krytyką. Zdumiałem się na takie dictum i zapytałem, co z pisarzami, których utwory Czechowska niszczy, co z czytelnikami, którzy chcieliby zapoznać się z twórczością danego autora, a dostają parodie jego utworów. Odpowiedź? Pisarz ani czytelnik nie załamie się z powodu źle przełożonej powieści. Serio. Ci państwo mają szczerze gdzieś ludzi, którzy de facto dają im pracę, czyli pisarzy i czytelników. Grunt, żeby koleżanka miała dochody. A że nie ma żadnych kwalifikacji do wykonywania swojego zawodu. Cóż, nie ona jedna (to już mój komentarz).

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Komentarze anonimowe są niemile widziane i zastrzegam sobie prawo do ich kasowania bez dalszych wyjaśnień.