Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kościół. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kościół. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 4 stycznia 2016

Głupiś pan jest

Przeczytałem „Boga urojonego” Richarda Dawkinsa. Dopiero teraz, bo niespecjalnie widzę potrzebę czytania książek, które potwierdzają moje poglądy. Tymczasem Dawkins powiedział mi wiele nowego, dlatego że przede wszystkim jest biologiem ewolucjonistą i o Bogu i religii pisze z punktu widzenia naukowca, a nie „wojującego ateisty”, jak go w sposób dyskredytujący przedstawiają kościelne kręgi.

Choć kilka rzeczy stricte związanych z religią, o których Dawkins pisze, nie jest wcale oczywistych także dla ateistów. Pierwsza, że religia wcale nie zasługuje na szacunek per se (który to szacunek w Polsce zarządzono w ogóle odgórnie kneblującym wolność słowa przepisem). Nie można nikomu zakazywać wyznawania dowolnych poglądów i wierzenia w dowolne nonsensy, ale polemika z tymi nonsensami i nazywanie ich bredniami musi na tej samej zasadzie być w pełni dozwolone i akceptowane (swoją drogą ciekawe, że brednie na temat Smoleńska doczekały się miana religii smoleńskiej). Druga, że moralność i etyka wcale nie są pochodną religii, tylko zachowaniem ewolucyjnym. Dawkins pięknie wskazuje, że w Biblii mamy przedstawione również jako właściwe zachowania, których w ogóle nie akceptujemy, co oznacza, że nie Biblia jest probierzem naszej moralności, tylko bierzemy go skądinąd i do Biblii przykładamy.

Byłem ciekaw, czy Dawkinsa czytają katolicy, czy z góry go odrzucają. Przejrzałem sobie opinie na „Lubimy czytać” i miłe zaskoczenie było takie, że czytają. Gotowość zapoznania się z odmiennymi poglądami i argumentami na ich rzecz dobrze świadczy o intelektualnych horyzontach odbiorcy. Gorzej takie polemiki, jak jedna z zamieszczonych:

Podstawą banialuk wypisywanych przez Dawkinsa jest twierdzenie, że kreacjonizmu i darwinizmu pogodzić się nie da. A to ściema!. Aby to wykazać, przyjmuję: nasz błogosławiony, a za niecałe dwa miesiące święty:
KAROL WOJTYŁA WIELKIM CZŁOWIEKIEM BYŁ!!
I właśnie ten aksjomat jest założeniem niniejszego dowodu.

Aksjomat założeniem dowodu, nieźle. A na hasło „Karol Wojtyła wielkim człowiekiem był”, napisane wersalikami i opatrzone dwoma wykrzyknikami, można tylko paść na kolana.

Wojtyła jako PAPIEŻ JAN PAWEŁ II uznał teorię ewolucji za słuszną, HOCHSZTAPLER DAWKINS, w tej omawianej właśnie książce nazwał szanowanego przeze mnie POLAKA - HIPOKRYTĄ.

Z faktu, że pan Wojciech Gołębiewski, autor tej polemiki, jakiegoś rodaka szanuje, nie wynika wcale, że ktoś inny nie może uznawać go za hipokrytę. Gołębiewski nie podaje niestety numerów stron, a przy 500-stronicowej książce (mam wersję papierową, nie elektroniczną) trudno odnaleźć fragment, do którego się odnosi. Odpowiadam więc z pamięci: Dawkins nie twierdzi, że Kościół nie uznaje teorii ewolucji za prawdziwą, twierdzi, że jest to próba dopasowania nauki Kościoła do naukowych faktów w sytuacji, gdy uczciwe byłoby przyznanie, że te fakty naukę Kościoła obalają, i dlatego Kościół na początku starał się im zaprzeczać.

Dawkins w wywiadzie dla telewizji Al-Jazeera stwierdził, że..
„.wychowanie w rodzinie katolickiej i straszenie piekłem może przynosić większą szkodę niż bycie ofiarą molestowania seksualnego”.

Dawkins stawia tę tezę również w książce, strzelając sobie w kolano. Nie da się tych szkód zestawić, a takie porównanie deprecjonuje cierpienie ofiar molestowania.

Dawkins twierdzi, że: „ateiści mogą być szczęśliwi, zrównoważeni, moralni i spełnieni intelektualnie” oraz, że „ateizm jest dowodem zdrowego i niezależnego umysłu, więc ateiści mogą być z niego dumni”.
To głupota, a ponadto „marketingowe” zagranie mające podtrzymać na duchu tych, którym wydaje się, że są ateistami. BO....

„To głupota” jest niepodważalnie niezbitym argumentem, tym bardziej, że ateistów, jak twierdzi Gołębiewski, wspierając się autorytetem księdza Twardowskiego, po prostu nie ma. Wierzą, tylko nie wiedzą, że wierzą, a dowiedzą się najpóźniej na łożu śmierci. Parę życiorysów (Christopher Hitchens, Hjalmar Söderberg, Marcel Reich-Ranicki) pokazuje, że to nieprawda, ale zastanawiające jest, że wierzący i księża zamiast polemizować z ateizmem, próbują zaprzeczyć jego istnieniu. Czyżby podstawy ich wiary w Boga były tak wątłe, że zagraża im samo istnienie ateistów?

Dalsze wywody Gołębiewskiego trudno uznać za polemikę z treścią książki Dawkinsa, bo chociaż wymienia jego nazwisko, do argumentacji w „Bogu urojonym” w ogóle się nie odnosi. Nawet kiedy wspomina zakład Pascala (wierząc w Boga, możesz uzyskać zbawienie, a nic nie tracisz; kiedy nie wierzysz, nieśmiertelność może ci przejść koło nosa), nie podaje, co Dawkins o tym zakładzie pisze, ani z tym nie polemizuje. Dawkins wskazuje, że to zwykłe kunktatorstwo, które niczego nie dowodzi. Z faktu, że ktoś uzna, że lepiej w Boga wierzyć, bo może mu się to opłacić, wcale nie wynika, że ten Bóg istnieje.

No, ale po co dyskutować, skoro KAROL WOJTYŁA WIELKIM CZŁOWIEKIEM BYŁ!!. W połączeniu ze złotymi myślami księży Twardowskiego i Tischnera daje to niezbity dowód, że Richard Dawkins nie grzeszy inteligencją, bo:

„PAN BÓG MA PRAWO NIE CHCIEĆ MIEĆ ZA SWOICH WYZNAWCÓW LUDZI GŁUPICH”.

Dawkins jest głupi i pisze głupoty. Quod erat demonstrandum.


PS. Z pewnym żalem rezygnuję z systemu komentarzy Disqusa. Mimo wielu zalet ma tę wadę, że komentarze nie są widoczne za granicą i najwyraźniej nie bardzo da się temu zaradzić. A okazuje się, że mam całkiem sporo czytelników spoza Polski, którzy są w ten sposób poszkodowani, nie mogąc zapoznać się z dyskusją pod wpisem. Komentarze, które od września były zamieszczane za pośrednictwem Disqusa, zamieszczę jeszcze raz (na razie zrobiłem to za grudzień), tak że jeśli ktoś będzie chciał, to będzie miał do nich dostęp.

poniedziałek, 23 listopada 2015

Pornoklub 1212

Wrocławski Teatr Polski wystawił w sobotę spektakl pt. „Śmierć i dziewczyna” oparty na tekstach Elfriede Jelinek. Reżyserka Ewelina Marciniak wymyśliła sobie, że w jednej ze scen para będzie uprawiać seks na żywo. Artysta ma prawo do takiej ekspresji, jaką sam uznaje za stosowną, więc chociaż można wskazywać, że teatr jest sztuką w znacznym stopniu umowną, i pytać, czy w ramach tejże ekspresji Marciniak następnym razem nie pokaże na scenie prawdziwego samobójstwa (gdy wystarczy je zamarkować), to trudno jej takich pomysłów zakazywać. Jeśli ktoś uważa, że Marciniak teatr pomylił się z klubem porno (ja tak uważam), to może spektaklu nie oglądać.

Te proste prawdy od jakichś dwustu lat z okładem nie są w stanie dotrzeć do polityków i fundamentalistów religijnych, więc za każdym takim „wybrykiem” artysty mamy Dzień Świstaka. Wrocławscy radni zaprotestowali i zagrozili dyrektorowi teatru obcięciem dotacji. Uczciwie dodajmy, że nie wszyscy radni, tylko z partii obskuranckiej, nierozumiejącej zasady wolności słowa i chcącej narzucać innym własne probierze moralności. Mowa o Platformie Obywatelskiej.

Sprzeciw wyraziła też Krucjata Różańcowa za Ojczyznę (nie żartuję, naprawdę jest coś takiego):

21.XI we Wrocławiu w TEATRZE POLSKIM za publiczne pieniądze i Banku Polskiego ma się odbyć premiera pornograficznego widowiska –

Argument o publicznych pieniądzach trudno tak do końca odrzucić. Z jednej strony państwo dofinansowuje działalność kulturalną, z drugiej nie ma prawa pełnić roli cenzora, ale już podatnicy mogą przecież powiedzieć, że nie chcą, by ich pieniądze były na „bezeceństwa” przeznaczane. Kto płaci, ten wymaga. Argument za tym, żeby kultura nie była jednak domeną państwa.

– to nie tylko łamanie prawa, konstytucji

W swoim zacietrzewieniu krucjatorka (?) Jadwiga Lepieszo zapomina podać, jaka ustawa i jakie artykuły konstytucji zostały złamane. Pornografia nie jest zakazana (tylko pewne jej formy, które tu z pewnością nie będą prezentowane). Uprawianie seksu publicznie chyba rzeczywiście jest wykroczeniem, ale nie da się pod to podciągnąć aktu kopulacji w ramach przedstawienia, za które trzeba zapłacić i na które wchodzą tylko osoby ostrzeżone, czego mogą się spodziewać. Zresztą analogicznie nie da się ukarać aktora oddającego zgodnie z tekstem dramatu mocz na scenie, podczas gdy mandat za obsikiwanie sąsiadowi murku z pewnością by mu się należał.

ale świadome profanowanie święta Królowej Polski w tym dniu jest bowiem święto Ofiarowania Najświętszej Maryi Panny!

Będę się upierał, że Marciniak profanuje nieświadomie i że do chwili złożenia oświadczenia przez Krucjatę Różańcową za Ojczyznę nie miała bladego pojęcia, że w dniu spektaklu wypada święto Ofiarowania Najświętszej Maryi Panny. Ciekaw jestem, w jakim dniu należałoby spektakl wystawić, żeby nie sprofanować żadnego święta ani świętego.

Nie pozwolimy na tę profanację i bolszewicką hucpę w Teatrze Polskim!

Bolszewicką? Przecież kobieta radziecka mówiła: „U nas seksa niet!”.

Autorką owego pornograficznego widowiska jest austriacka komunistka i feministka – Elfriede Jelinek, która w latach 1974 – 1991 należała do Komunistycznej Partii Austrii, a więc w tych latach gdy pod bolszewicką przemocą cierpieliśmy gehennę my, czy inne kraje Europy Środkowo-Wschodniej oraz ludy Rosji Sowieckiej.

Uciskała nas i ludy Rosji Sowieckiej oczywiście Austria. A Jelinek była gensekiem. Pomijając kwestię odmawiania autorowi, który ma poglądy niepodobające się Krucjacie, prawa do prezentowania swojej twórczości, zastanawiające jest, dlaczego Krucjata nie słała listów protestacyjnych np. do Akademii Szwedzkiej, kiedy ta przyznała „komunistce i feministce” Nobla (Knut Ahnlund, który zrezygnował z prac w Akademii właśnie w proteście przeciwko temu werdyktowi, o ile mi wiadomo, członkiem Krucjaty nie był).

Z informacji umieszczonej na stronie Teatru “Polskiego” wynika wyraźnie, iż dyrekcja tej publicznej placówki wie doskonale o tym, że spektakl zawiera treści pornograficzne!

Z informacji nie wynika, tylko jest podana wprost. I chwała dyrekcji za to, że nie bawi się w eufemizmy, pisząc o treściach erotycznych (a tak najczęściej nazywa się w Polsce to, co jest normalną pornografią), tylko uczciwie ostrzega tych, którzy pornografii oglądać nie chcą (albo nie razem z innymi).

Wzywamy mężczyzn z Krucjaty Różańcowej za Ojczyznę oraz tych wszystkich innych, którzy w Boga wierzą!

Tym razem mi się upiekło :-)

Nie pozwolimy by premiera tego sado-masochistycznego paskudztwa zaśmieciła ziemię polską i skalała królestwo Najświętszej Maryi Panny.

Dlaczego sado-maso, przecież seks ma być ten właściwy, misjonarski? I co jest królestwem Najświętszej Maryi Panny, bo nie wiem? Ziemia polska czy wrocławski teatr?

Mamy nowy rząd, nowego Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego nie po to by z naszych pieniędzy były propagowane treści wrogie naszej kulturze i dziedzictwu narodowemu.

Tak jest! Trzeba to sobie powiedzieć jasno: w naszej kulturze i w naszym dziedzictwie narodowym seksa niet!

Wystąpienie Krucjaty Różańcowej zostanie pewnie zakwalifikowane jako głos w debacie publicznej, ale należy w końcu jasno i wyraźnie powiedzieć, że tego rodzaju wystąpienia katolickich fundamentalistów żadną debatą nie są. Żeby debatować, trzeba przedstawiać argumenty, co najwyraźniej przekracza intelektualne możliwości ludzi nawykłych do ślepego wierzenia w dogmaty. Jeśli ktoś wygłasza tezy (że spektakl łamie prawo, że jest wrogi naszej kulturze czy nawet tak absurdalne, że pokazanie seksu jest przejawem bolszewizmu), w żaden sposób ich nie uzasadniając (brak wyjaśnienia, jakie prawo jest łamane, brak dowodu, że w polskich książkach i filmach nie pokazywano scen seksu), to albo dyskutować nie potrafi, albo wcale nie chce. Jest nastawiony wyłącznie na to, by drugą stronę zmusić do zachowań uchodzących za właściwe według jego religijnych poglądów.

PS. Tytuł wpisu jest trochę do kitu, bo pewnie czytelny tylko dla mieszkańców Wrocławia i teatromanów, ale tak mi się spodobał, że żal mi go było zmieniać na inny. Klub 1212 to towarzystwo miłośników teatru z tradycją sięgającą lat 60. ubiegłego wieku, a nazwa wzięła się od liczby miejsc w Teatrze Polskim przed pożarem w latach 90.

poniedziałek, 12 października 2015

Rada Strażników Konstytucji

Po parodii procesu Doda została skazana za swoją wypowiedź, że Biblię „spisał jakiś napruty winem i palący jakieś zioła”. Teraz Trybunał Konstytucyjny uznał, że paragraf o obrazie uczuć religijnych, z którego ją dupnięto, jest zgodny z konstytucją i zasadą wolności słowa. Fabuła tej farsy rozgrywa się nie w średniowieczu na Bliskim Wschodzie, lecz w Europie XXI wieku.

Swój komentarz opieram na artykule w „Wyborczej”, co zaznaczam, bo jego autorka Ewa Siedlecka, jak to dziennikarz, myli fakty, podaje nieprawdziwą kwotę grzywny (nie 50, a 5 tysięcy, taka drobna różnica) i źle cytuje wypowiedź Dody, więc diabli wiedzą, co jeszcze w swoim tekście zdołała pokręcić.

Przepisu, karzącego de facto za bluźnierstwo, przed Trybunałem Koście… tfu, Konstytucyjnym bronili przedstawiciele Prokuratura Generalnego i Sejmu. Przedstawili argument, że skazań jest mało i nikt nie poszedł siedzieć. Skoro nikła liczba ściganych osób i niewymierzanie maksymalnej sankcji usprawiedliwiają karanie za rzecz w całym cywilizowanym świecie dopuszczalną, to proponuję, w celu zlikwidowania grafomanii, wprowadzić karę śmierci za opublikowanie więcej niż pięciu książek rocznie.

Sędzia Andrzej Wróbel wyjaśnił, że przepis nie ogranicza wolności słowa, bo nie wolno swoich oponentów obrażać. W swym dążeniu do podlizania się biskupom on i jego koledzy zapomnieli o takim szczególe, że kardynalną zasadą wolności słowa jest to, że nikt nie może być ścigany za swoje wypowiedzi przez prokuratora, o ile nie namawia bezpośrednio do popełnienia przestępstwa. A obrażanych doskonale chroni procedura cywilna, w ramach której mogą dochodzić odszkodowania od tego, kto ich spostponował.

W tym miejscu trzeba zaznaczyć, że chociaż polski Trybunał Konstytucyjny bardziej przypomina Towarzystwo Obrońców Ewangelii niż świecki sąd, to akurat jeśli chodzi o niezrozumienie zasady wolności słowa, jego sędziowie nie są bardziej tępi niż inni polscy intelektualiści. „Wyborcza” na okrągło publikuje pretensje, że jakiś faszysta nie ma procesu, chociaż obrażał żydów czy, ostatnio, muzułmanów. Bo pan Maziarski i s-ka nie rozumieją, że faszyści też mają prawo do głoszenia swoich poglądów, dopóki wyrażają je gębą, a nie pięścią. A ja powinienem móc napisać, że faszysta ze swoim antysemityzmem jest durniem, że Maziarski i Wróbel ze swoją koncepcją wolności słowa są durniami, i jedyną sankcją, jaka powinna mi za to grozić, to proces cywilny. A swoją drogą ciekawe, że inkryminowany paragraf nie ma zastosowania do uczuć religijnych muzułmanów. Przestępstwo jest ścigane z oskarżenia publicznego, obecnie popełniane jest masowo (głównie zresztą przez osoby deklarujące się jako katolicy), a o żadnych działaniach prokuratury nie słychać.

Wróćmy do orzeczenia Trybunału. Trzeba się naprawdę dobrze napruć wodą święconą i upalić kadzidłem, żeby nie dostrzegać, że zarówno celem tego przepisu, jak i jego efektem jest tłumienie krytyki i polemiki z religią katolicką. Wybicie tej krytyce zębów. Jednym ze skuteczniejszych sposobów wykazania absurdalności jakichś poglądów jest ich wyśmianie. Tę metodę zastosowali twórcy Pomarańczowej Alternatywy, odsłaniając nonsensy komunistycznej ideologii, po nią sięgnęli artyści z grupy Monty Python, kręcąc „Żywot Briana”. Sędzia Wróbel zamknąłby jednych i drugich, bo obrażają, znieważają czy co tam jeszcze.

Ale jest światełko w tunelu. Otóż gdyby ktoś – obserwując, jak nasi politycy i sędziowie ścigają się, kto głębiej wejdzie w anus episcoporum – miał wątpliwości, to sędzia Wróbel uspokaja: „Można (…) negować istnienie Boga, byle nie w sposób znieważający”. Można, proszę państwa! W roku dwa tysiące piętnastym, blisko pięćset lat po przewrocie kopernikańskim, dwieście lat po oświeceniu i rewolucji francuskiej, sto pięćdziesiąt lat po odkryciu procesu ewolucji można w europejskim kraju powiedzieć, że Boga nie ma. Oględnie, ale można. Nie będą za to łamać kołem, nie wrzucą do lochu, nie spalą na stosie, ba, nawet grzywny się nie zapłaci. Czy państwo odczuwają tę samą dumę, co ja, że żyjemy w takim postępowym kraju?

A na koniec chciałbym dołączyć do podziękowań Jana Hartmana. Dla Dody pięć tysięcy to grosze, wyrok nie uniemożliwia jej wykonywania zawodu, a jednak nie machnęła na niego ręką. Dostrzega, że walczy o pryncypia i chce się jej o te pryncypia walczyć, czego po gwiazdce znanej ze sporów o majtki trudno się było spodziewać. Szacunek, bo może dzięki takim ludziom jak Dorota Rabczewska w końcu doczekamy się, że polskie władze nie będą obywatelowi dyktowały, w jaki sposób wolno mu powiedzieć, że Boga nie ma.

czwartek, 11 czerwca 2015

Pedalska cola

Coca-Cola w przeciwieństwie do naszego przyszłego byłego prezydenta się reklamuje:

Plakat oburzył posła PiS-u Stanisława Piętę:

Dawno nie byliśmy świadkami manifestu takiej pogardy dla chrześcijaństwa, rodziny i godności dziecka. Coca-Cola=wstyd.

Poseł Pięta oburzył się na Twitterze, więc lakonicznie, co, niestety, skazuje mnie na domysły interpretacyjne.
I tak poseł Pięta informuje, że już dawno nie spotkał się z atakami na chrześcijaństwo, co świadczy o tym, iż rzeczy w kraju zmierzają we właściwym kierunku. A po wybraniu biskupiego przydupasa na prezydenta tylko powinny w tym kierunku przyśpieszyć, więc takie plakaty będące manifestem pogardy dla chrześcijaństwa raz na zawsze znikną z naszego krajobrazu. Trzeba przy tym docenić przenikliwość posła Pięty, bo nie każdy od razu ten manifest i tę pogardę dostrzeże. Nikt na plakacie nie polewa krzyża colą ani tym bardziej mniej szlachetną cieczą. Ale właśnie o to chodzi, że krzyża nie ma. A powinien być. Krzyż jest w Sejmie, w szkole, w szpitalu, w urzędzie, więc dlaczego nie ma na plakacie?! A ta butelka coca-coli. Stoi ni w pięć, ni w dziewięć. A gdzie, symboliczne choćby przypomnienie, że to dzięki Wielkiemu Papieżowi Polakowi, który obalił komunizm, mogliśmy polo coctę zastąpić coca-colą?

Pogarda dla rodziny jest bardziej czytelna. Plakat przedstawia dwóch gejów, tworzących najwyraźniej związek i bezczelnie z tego powodu szczęśliwych. A przecież nic nie stało na przeszkodzie, by każdy z nich normalnie się ożenił, unieszczęśliwiając siebie i wybraną kobietę. Umówmy się, że szczęście w małżeństwie to nie jest rzecz najważniejsza, najważniejsze, by tworzyli je mężczyzna z kobietą. A potem mężczyzna może sobie wziąć kochankę, jak mu kobieta, z którą się ożenił, nie pasuje. Grunt, żeby się nie rozwodził, to żaden ksiądz wypominał kochanek mu nie będzie. Czy, w tym przypadku, kochanka. Grunt to dyskrecja. Ksiądz zresztą może podpowiedzieć, jak się takie sprawy załatwia, ma przecież doświadczenie we wciskaniu wiernym, że gosposia to gosposia. Albo samemu być do dyspozycji, bo przecież czasami zamiast gosposi jest kleryk.

Jeśli chodzi o godność dziecka, to najpierw myślałem, że ci geje porwali je jakiejś katolickiej rodzinie. Ale wtedy byliby za kratami, a krat na plakacie nie ma. Czyli adoptowali. Zabrali z domu dziecka. Skandal. Proszę zobaczyć, jakie to dziecko jest uśmiechnięte i rozradowane. Czy to po chrześcijańsku? Chrześcijaństwo jest przecież religią umartwiania się i cierpienia. Chrystus umarł na krzyżu, to jak można się śmiać? Nie, dziecko powinno wrócić pod opiekę siostry Bernadetty. Jako dobra katoliczka wie ona, co jest dla takiego dziecka najlepsze: regularne bicie i gwałcenie, wtedy wejdzie ono w dorosłe życie naprawdę zahartowane.

Jak coca-coli nie piję, tak po twicie posła Pięty poszedłem do sklepu i nabyłem. Napoiłem nią mojego jeża.

poniedziałek, 12 stycznia 2015

Nie wszyscy jesteśmy Charlie

Od ohydnego zabójstwa redaktorów satyrycznego tygodnika „Charlie Hebdo” odcięli się umiarkowani muzułmanie, twierdząc, że prawdziwy islam nie ma nic wspólnego z terroryzmem. Złość świata nie może zatem kierować się przeciwko islamowi, bo jego wyznawcy to w przeważającej większości pokojowo nastawieni ludzie. Pogląd (realizowany w praktyce), że należy mordować niewiernych, jest aberracją, a nie właściwą interpretacją dogmatów islamu.

Jeśli zgodzić się z powyższym twierdzeniem, to pojawia się pytanie, dlaczego podobna aberracja nie pojawiła się w hinduizmie, buddyzmie czy na przykład w religii rzymskiej. Dlaczego wyznawcy Brahmy czy Jowisza nigdy nie wpadli na pomysł, że należy mordować tych, którzy w Brahmę i Jowisza nie wierzą, nie zamierzają wypełniać ich przykazań albo, co gorsza, z Brahmy i Jowisza się śmieją. Dlaczego zabijanie jako sposób nawracania jest typowy właśnie dla islamu? I dla chrześcijaństwa, którego świadomie wcześniej nie wymieniłem. Ktoś się oburzy, że chrześcijanie nie mordują. Teraz nie. Kilkaset lat wcześniej stosowali te same metody, co obecnie islamiści.

Ano dlatego, że to religie monoteistyczne. A religia monoteistyczna, niedopuszczająca innych bogów, jest ze swej natury nietolerancyjna. Skoro tylko jeden bóg jest prawdziwy, inni bogowie muszą być fałszywi. Skoro wiara tylko w danego boga prowadzi do zbawienia, należy innych ludzi na tę wiarę nawrócić. Jeśli nie da się inaczej, również siłą, bo w efekcie to dla ich dobra. Zakres stosowania siły, jej intensywność, liczba wyznawców, gotowych jej użyć, będą oczywiście różne w zależności od warunków w danej epoce i stopnia rozwoju danego wyznania, ale przemoc jest integralną częścią religii monoteistycznych. Jeśli ktoś jako chrześcijanin czy muzułmanin utrzymuje, że on z krucjatami i terroryzmem nie ma nic wspólnego, bo to błędy i wypaczenia, a nie istota jego religii, jest jak ten zwolennik komunizmu, który nadal wierzy, że puste półki były nie rezultatem systemu, tylko efektem nieprawidłowości przy jego wprowadzaniu.

Nie jest więc przypadkiem, że z tego samego numeru „Gazety Wyborczej”, w którym znalazły się relacja z zabicia zamachowców i przedruki karykatur „Charlie Hebdo”, dowiadujemy się, że Polska, wbrew rekomendacji Komisji Europejskiej, nie zniesie recept na pigułkę „dzień po”. „Stosowanie takich pigułek jest sprzeczne z naszym światopoglądem, bo tabletka ta ingeruje w powstające życie. Poza tym to niezgodne z nauką Kościoła katolickiego” – wyjaśnił poseł PiS Andrzej Jaworski. Poseł Jaworski nie rozumie, że skoro pigułka jest niezgodna z jego światopoglądem i nauką Kościoła, to może trzymać się od niej z daleka, natomiast nie ma prawa zabraniać czy utrudniać jej stosowania innym. Tym, którzy mają odmienny od niego światopogląd i nauki Kościoła katolickiego nie uznają. Jest tylko kwestią czasu i miejsca urodzenia, że Jaworski jest szanowanym (powiedzmy) parlamentarzystą, a nie mordercą. Gdyby urodził się tysiąc lat wcześniej, wyrzynałby w pień Saracenów, gdyby urodził się jako muzułmański imigrant we Francji, strzelałby do karykaturzystów. Bo to jest ten typ człowieka, który właśnie chce swoje wyznanie i zasady z niego wynikające narzucać innym. Także siłą, jeśli nie da się inaczej, bo w efekcie to dla ich dobra.

Nie jest też przypadkiem, że polska gazeta przyłączająca się do akcji „Wszyscy jesteśmy Charlie” (chwała jej za to) i drukująca w ramach solidarności okładki rozstrzelanego tygodnika, łamie polskie prawo. Bo bez dwóch zdań obrażają one uczucia religijne. We Francji można obrażać, bo tam jest wolność słowa i my jesteśmy za wolnością słowa we Francji, w związku z czym, kiedy ta wolność została zdeptana i zagrożona, wszyscy jesteśmy Charlie, ale tylko dlatego, że wydarzyło się coś tragicznego. Na co dzień nie jesteśmy Charlie, bo żyjemy w kraju katolickim i nie ma powodu, żeby katolików obrażać. Jeśli w Polsce jest się Charlie, to można pójść na dwa lata do pierdla, co należy uznać za rozsądny kompromis. Bo dwa lata jak dla brata, lepsza cela niż trumna, a kto wie, czy to, że poseł Jaworski może składać doniesienia do prokuratury, że śmieją się z jego religijnych urojeń, nie działa na niego uspokajająco. Kto wie, czy gdyby nie mógł donieść, nie zechciałby śmiejącemu się wytłumaczyć serią z karabinu, że nie ma się z czego śmiać.

poniedziałek, 16 września 2013

Ile religii w religii

Pamiętają państwo Pomarańczową Alternatywę? I bezradność milicjantów? Kiedy młodzian krzyczał „precz z komuną”, a w ręce trzymał kamień, waliło się go pałą i świat był prosty. Kiedy jednak rozdawał papier toaletowy w państwowe święto, to chociaż wiadomo było, że jaja sobie robi, pałą nie dało się przywalić, bo przecież deklaratywnie komunę popierał. Żeby go zamknąć, trzeba było znaleźć jakiś pretekst.

Wyznawcy Latającego Potwora Spaghetti złożyli wniosek o zarejestrowanie ich Kościoła. I urzędnicy państwowi zdurnieli jak ci PRL-owscy milicjanci. Bo w Polsce jest oficjalnie równość wyznań i każdy może sobie zarejestrować taki Kościół, jaki chce. Ale co zrobić z ludźmi, którzy drą sobie łacha z religii chrześcijańskiej? Będącej przecież – tu urzędnicy nie mają wątpliwości – de facto religią państwową? Zarejestrować nie można, bo wścieknie się Dziwisz z Rydzykiem i Terlikowskim, a jak ta trójca święta się wścieknie, to wściekną się i politycy i w ministerstwie polecą głowy.

W ustroju niesocjalistycznym młodzian rozdający papier toaletowy nie podnosi nikomu ciśnienia, bo papier toaletowy można normalnie kupić w sklepach, nie ma więc wymowy politycznej. W państwie, w którym religia rzeczywiście byłaby prywatną sprawą obywateli i w którym Kościoły (a w praktyce jeden Kościół) nie miałyby specjalnych przywilejów, rejestracja wyznań nie byłaby do niczego potrzebna. Gdyby nie było rejestracji, nie trzeba by teraz kombinować, co zrobić z prześmiewcami, którzy postanowili parodię religii zarejestrować jako religię.

Urzędnicy, w poszukiwaniu pretekstu do wydania decyzji odmownej, postanowili wystąpić o opinię biegłych, czy kult Latającego Potwora Spaghetti rzeczywiście jest religią. Dowcip polega na tym, że działanie urzędników jest całkowicie bezprawne. Procedurę rejestracji Kościołów i związków wyznaniowych reguluje ustawa o gwarancjach wolności sumienia i wyznania. Wyznawcy jakiejś religii (musi być ich co najmniej setka) muszą złożyć wniosek, opisać, w co wierzą i jak wyglądają ich ceremonie religijne, oraz udzielić urzędnikom szereg informacji natury organizacyjnej. Urzędnicy mogą poprosić o wyjaśnienia, jeśli czegoś we wniosku nie rozumieją, bądź zwrócić się do organu państwowego, by sprawdził, czy wnioskodawca w jakiejś kwestii nie łże. W tym konkretnym przypadku rozumiem, że ministerstwo mogłoby zapytać wyznawców Latającego Potwora Spaghetti, czy w ramach swoich obrzędów spożywają makaron w formie nitek czy muszelek, a potem poprosić Państwową Inspekcję Handlową o informację, czy w miejscach gęsto zamieszkanych przez wyznawców Potwora rzeczywiście makaron schodzi lepiej od ziemniaków. I gdyby wyszło, że oficjalnie czczą makaron, a zażerają się ziemniakami, można by rejestracji odmówić (ale nie wykreślić z rejestru post factum, po rejestracji już nikogo nie obchodzi, że wyznawcy jakiejś religii co innego mówią, a co innego robią).

Odmówić wpisu do rejestru można też, jeśli wniosek ma braki formalne lub „zawiera postanowienia pozostające w sprzeczności z przepisami ustaw chroniącymi bezpieczeństwo i porządek publiczny, zdrowie, moralność publiczną, władzę rodzicielską albo podstawowe prawa i wolności innych osób”. Natomiast żaden punkt ustawy nie zezwala urzędnikom na sprawdzanie, czy zgłaszane wyznanie jest „prawdziwą” religią, i uzależnianie od tego decyzji o wpisie do rejestru.

Ale jesteśmy w Polsce, urzędnicy nie działają zgodnie z ustawą, tylko zgodnie z politycznym zapotrzebowaniem, więc wystąpili o wspomnianą ekspertyzę do naukowców z Instytutu Religioznawstwa Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Jeśli chodzi o podejście do nauki, to w Polsce ukształtowały się dwa nurty, którym patronują odpowiednio Mikołaj Kopernik i Benedykt Chmielowski. Religioznawcy z Jagiellonki należą do tego drugiego i w ekspertyzie piszą: „Samo parodiowanie nie jest niczym nagannym ani zakazanym, ale w tym wypadku widać, iż jest to podstawowy cel rozważanej tu grupy”. Widać, dowodu nie trzeba, podobnie jak nie trzeba opisywać konia. Poza niezbożnym celem naukowcy wskazali na wątpliwość zasadniczą: „Czy jest możliwe, aby jakaś grupa ludzi w miarę rozsądnych i w miarę wykształconych w sposób poważny traktowała tezę, iż w rzeczywistości istnieje Latający Potwór Spaghetti, który stworzył wszechświat, jest wszechmogący i wszechwiedzący?”. Muszę powiedzieć, że moja ateistyczna dusza aż kwiknęła z zachwytu na ten argument i zapytała: „Czy jest możliwe, aby jakaś grupa ludzi w miarę rozsądnych i w miarę wykształconych w sposób poważny traktowała tezę, iż w rzeczywistości istnieje Bóg o imieniu Jahwe, który stworzył wszechświat, jest wszechmogący i wszechwiedzący?”.

Koniec końców naukowcy, również wiedzący, skąd wieje wiatr, dokonali wygibasu i orzekli, że prywatnie i indywidualnie kult Latającego Potwora Spaghetti jest religią, bo każdy może sobie wierzyć w takie absurdy, jakie chce, ale oficjalnie i urzędowo nie, bo będzie miało to „konsekwencje prawne”. Czyli „naukowcy” przestraszyli się konsekwencji i orzekli, że stan faktyczny jest taki, by z niego te przerażające konsekwencje nie wynikły. Można powiedzieć, że posłużyli się techniką stawiania wozu przed koniem. A koń jaki jest, każdy widzi.

Mając w ręku legalną ekspertyzę, urzędnicy wydali nielegalną decyzję, że Kościoła Latającego Potwora Spaghetti nie zarejestrują. Nielegalną, bo poza już wspomnianym bezprawiem w ocenianiu, czy dany zbiór wyobrażeń jest religią, czy nie, ustawa nie wprowadza rozróżnienia między prywatnym a urzędowym aspektem religii.

Wyznawcy Latającego Potwora Spaghetti nie poddali się i zakwestionowali odmowę (z całym procesem rejestracji i poszczególnymi dokumentami można zapoznać się na ich stronie), na co ministerstwo z takim zapałem odesłało ich do sądu, że równie dobrze mogłoby wprost napisać, że zdaje sobie sprawę z bezprawności własnej decyzji, ale tym gorącym kartoflem zajmować się nie będzie, niech odium za wpis do rejestru spadnie na sąd. W swoich odwołaniach wyznawcy Potwora używają jednak, moim zdaniem, niewłaściwych argumentów. Starają się udowodnić (kulając się przy tym oczywiście ze śmiechu), że ich kult jest prawdziwą religią, tymczasem powinni walczyć o to, by urzędnicy albo sąd przyznali, że w ogóle nie podlega to ocenie organu rejestrującego.

poniedziałek, 19 sierpnia 2013

Modlitwa do Michała Archanioła

Komendant miejski policji w Radomiu podpadł swoim podwładnym. W anonimowej skardze zarzucili mu chamstwo i grubiaństwo oraz niewiarę w Boga. Ateizm swojego komendanta policjanci wywnioskowali z wydanego przezeń rozkazu usunięcia krzyży ze ścian komendy i komisariatów. Co prawda, człowiek religijny również może uważać, że miejsce krzyża jest w kościele i prywatnym domu, a nie w urzędzie państwa oficjalnie neutralnego światopoglądowo, ale przyjmijmy, że zestresowanym policjantom to umknęło. Odprężyć się teraz nie mogą, bo, jak napisali, „potrzebują czasami w myśli się pomodlić, czy spojrzeć na świętych, aby na chwilę zapomnieć o codziennym stresie”. Nic tak nie uspokaja człowieka po strzelaninie albo pościgu za bandytą jak popatrzenie na świętego Stanisława Kostkę.

Oczywiście, jeśli jakiś obrazek może odprężyć dorosłego chłopa, to jest to fotka gołej baby i takie właśnie zdobią ściany komisariatów, a nie zakonnic z aureolkami. Policjantom generalnie, nomen omen, wisi, że krzyże przestały wisieć. Ale wiedzą, że atmosfera w kraju jest taka, że wskazując na ten fakt, mogą nielubianemu komendantowi zaszkodzić. I nie pomylili się. Już ruszyła cała nagonka, wszyscy, począwszy od bezpośrednich przełożonych a na ministrze skończywszy, zajmują się teraz ustalaniem, czy komendant miał prawo zdjąć krzyże. A komendant zamiast organizować pracę policjantów, będzie kombinował, jak wywinąć szyję z tej pętli. Na poziom przestępczości nie będzie miało to jednak wpływu, bo jak widać z tej sytuacji, żyjemy w kraju katolickim i przestępcy katolicy grzecznie przestrzegają dekalogu.

Symptomatyczne jest, że w Polsce stwierdzenie, że ktoś jest ateistą, może być zarzutem. Co tam konstytucja, prawo człowieka do własnego światopoglądu, również wykluczającego istnienie różnych bóstw. Jak ateista, to wiadomo, element wywrotowy, podejrzany.

Zdjęcie krzyży obraziło uczucia religijne naczelnego obrażalskiego kraju, Ryszarda Nowaka. Ten sam pan złożył doniesienie przeciwko Dodzie i wygląda na to, że większość spraw z tego artykułu odbywa się po jego zawiadomieniach. Mamy więc średniowieczny przepis karzący za bluźnierstwo, a korzysta z niego głównie jeden człowiek. Lex Nowak. Co ciekawe, pan Nowak czuje się obrażony tylko wtedy, gdy obrażający jest sławny albo gdy dane wydarzenie opisze ogólnopolska gazeta.

PS. Szukając tytułu do tego wpisu, sprawdziłem, który ze świętych jest patronem policji. Michał Archanioł. Na oficjalnej stronie Komendy Wojewódzkiej Policji w Katowicach znalazłem modlitwę do tegoż świętego. Skoro polska policja się modli, a do pomocy zatrudnia jasnowidzów, to obywatele naprawdę mogą spać spokojnie.

poniedziałek, 5 sierpnia 2013

Książę, co psy wiąże

Powszechna Deklaracja Praw Człowieka mówi, że wszyscy ludzie są równi. Powszechną Deklarację Praw Człowieka ignoruje kilka państw europejskich z Wielką Brytanią na czele, uznając, że niektórzy z racji urodzenia są jednak uprzywilejowani. Uprzywilejowanie polega na tym, że podatnicy mają tych wybranych utrzymywać, ale wybranych przez los, a nie przez wyborców. Chociaż, przyznajmy, wybrańcem nie trzeba się urodzić, szary człowiek może nim zostać, jeśli zachęci członka rodziny wybranych, by złożył mu ofertę matrymonialną. Przyjęcie oferty nazywa się mezaliansem. Zarzut życia na koszt podatników też nie jest do końca poważny, małpy w zoo żyją na koszt podatników i nikt nie ma o to do nich pretensji. Zapewniają gawiedzi rozrywkę podobnie jak rodziny królewskie. Czy może być coś ciekawszego od szympansa obrzucającego kałem kolegę albo od skandali na dworze królewskim? Może być. Narodziny następcy brytyjskiego tronu. Co prawda, średnia długości życia królowych angielskich jest taka (Henryku, wróć!), że następca ma małe szanse dożyć wstąpienia na tron, ale jego narodzinami zajęła się nawet tak poważna audycja jak „Trzy strony świata”. W radiowej Trójce nie mają jednak doświadczenia w relacjonowaniu dupereli, więc poinformowali, że dziewięć miesięcy temu stacje radiowe i telewizyjne przerwały nadawanie programów, by obwieścić, że Kate jest w ciąży. Ponieważ dziecko właśnie miało przychodzić na świat, to jeśli dobrze zapamiętałem z lekcji biologii, dziewięć miesięcy temu stacje radiowe i telewizyjne mogły co najwyżej obwieścić, że Kate i ten jej królewicz, jak on się tam nazywa, odbyli stosunek.

Polska rodziny królewskiej już nie ma, choć polski patent na skończenie z monarchią trudno raczej rekomendować, ale też utrzymujemy arystokratów żyjących na koszt podatników: książąt Kościoła. Różnica polega na tym, że Wielka Brytania jest monarchią oficjalnie, więc rodzinę królewską można finansować w majestacie prawa, Polska krajem katolickim jest nieformalnie i trzeba kombinować. Na przykład prezydent Gdańska zrobił arcybiskupowi Głodziowi prezent w postaci działki. Żeby zatuszować, że rozdaje klechom mienie podatników, nazwał to sprzedażą za jeden procent wartości pod warunkiem przeznaczenia działki „na cele sakralne”. Arcybiskup założył na działce hodowlę danieli, ale wredni dziennikarze odkryli, że pan Jezus jeździł na osiołku, a nie na danielu. Czy miasto odebrało działkę? Nie, bo metropolita dostawił figurkę Matki Boskiej. Teraz daniele srają pod świętą figurką, czyli cel sakralny został osiągnięty.

Wydawałoby się, że media zajmujące się rodziną królewską są uprzywilejowane, bo najsmakowitsze skandale wiążą się z seksem, tymczasem w Kościele obowiązuje celibat. Na szczęście księża kierują się zdrową zasadą, że nakazy i zakazy są dla wiernych, a nie dla nich, więc prasa ma o czym pisać. I tak szczegółowo relacjonowany konflikt między proboszczem Lemańskim a arcybiskupem Hoserem nabrał rumieńców, kiedy ten pierwszy zarzucił drugiemu niestosowne zachowanie, a cytując szkockiego kardynała dobierającego się do kleryków, zasugerował, że Hoser zainteresował się jego penisem. Ks. Lemański jak rasowy PR-owiec pozwolił prasie snuć domysły, zanim sprostował, że był to inny rodzaj zainteresowania, niż wszystkim się wydawało. Hosera zainteresował bowiem nie tyle penis ks. Lemańskiego, co jego część, a konkretnie napletek. A jeszcze konkretniej: ewentualny brak owego. Strach pomyśleć, o czym pisaliby polscy dziennikarze pozbawieni rodziny królewskiej, gdyby księża zajmowali się dysputami teologicznymi.

PS. Kuria zarzuciła ks. Lemańskiemu, że „ukazywał Kościół, jako środowisko gwałcicieli, pedofilów, hipokrytów, zdzierców i pijaków”. Jak powiada Pismo: „I poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli”.

poniedziałek, 15 lipca 2013

Cywilizacja życia (wiecznego)

Jestem zdecydowanym zwolennikiem cywilizacji śmierci. I wcale nie chodzi o to, że w swoich książkach zabiłem ponad dwadzieścia osób. Nawiasem mówiąc, usiłowałem policzyć dokładnie, ale natrafiłem na spore trudności: czasami są kłopoty z definicją (czy jak bohater opowiada o zabitych w przeszłości, to też ich liczyć?) albo w ogóle brak konkretnych danych. W „Złodzieju trumien” ze zbioru „Między prawem a sprawiedliwością” występuje seryjny morderca, ale autor nie uznał za stosowne podzielić się z czytelnikiem informacją, ile tenże ma ofiar na sumieniu (że wygłoszę tę samokrytykę).

W realnym życiu stanięcie po stronie cywilizacji śmierci oznacza opowiadanie się za tym, by kobieta mogła usunąć niechcianą ciążę, a nie topiła niechcianego noworodka w beczce, by zgwałcona przez ojczyma jedenastolatka nie musiała donaszać ciąży, by młoda kobieta nie umierała, bo musi urodzić bezmózgi płód, by ciężko chorzy i kalecy mogli korzystać z terapii opartych na komórkach macierzystych, by bezpłodne pary mogły zaznać radości rodzicielstwa. Gdzie tu śmierć, zapyta ktoś z innej planety. Spokojnie, nie uciekła. Przy takim zestawie jest duże prawdopodobieństwo, że będę zwolennikiem eutanazji, a to śmierć w czystej postaci. Czyli, jak widać, etycznie całkowita degrengolada, dosłownie tanatofilia w przeciwieństwie do wysokiego morale przedstawicieli cywilizacji życia, sprzeciwiających się temu, by człowiek spokojnie umarł, skoro może jeszcze pocierpieć. Przecież wiadomo, że przez cierpienie dotyka się istoty życia. Poza tym każde życie ma wartość bez względu na jego jakość, więc jest sens, by taki bezmózgi płód pożył pół godziny. Dodatkowo zyska dzięki temu prawo do pochówku w poświęconej ziemi zaraz obok grobu matki. Tego prawa nie mają embriony, ale przecież też żyją, a nawet – zamrożone – krzyczą i chyba oczywiste jest, że krzycząca forma życia nie może być poświęcana, by ktokolwiek wstał z wózka inwalidzkiego. Od uzdrawiania jest ojciec Bashobora, a nie medycyna. A gdyby Pan Bóg nie chciał, żeby jedenastolatki rodziły dzieci, to nie byłyby do tego fizycznie zdolne.

Przedstawiciele cywilizacji życia nie tylko głoszą wysoce etyczne poglądy, oni je też realizują w codziennym życiu. Weźmy katechetkę Ewę T., która wpaja dzieciom, że nie można grzeszyć, popierając cywilizację śmierci, gdyż za grzechy spotyka człowieka kara. Ewa T. wie, o czym mówi, jej sześcioletni pasierb zgubił sznurówki i zakatowała go za to na śmierć. Niech teraz dzieci sobie wyobrażą, co je spotka za poważniejsze przewinienia.

Albo taki ksiądz Wiesław Madziąg. Poświęcił się i poszedł na czołówkę z samochodem 22-letniego chłopaka. Sam się przy tym zabił, ale czyż ofiara z własnego życia nie jest tą najbardziej wartościową? I o co te pretensje, że miał dwa promile alkoholu w krwi? Nie każdy jest zdolny do takich bohaterskich czynów na trzeźwo. A przecież, jak wyjaśnił biskup w liście do rodziców chłopaka, ten ma teraz lepiej, bo jest u Jezusa. W niebie przecież ludzie są szczęśliwsi niż na tym padole łez. Doceńmy też skromność przedstawicieli cywilizacji życia, w liście ani słowa przechwałki, czyja to zasługa, że młodzieniec już cieszy się życiem wiecznym.

wtorek, 2 kwietnia 2013

Habent dei

Katolicy wybrali sobie nowego boga, którego nazywają papieżem albo Ojcem Świętym. Używania tego drugiego określenia zabraniają im, i to wprost, ich święte księgi, ale katolik, który przestrzega norm własnej religii, byłby obecnie takim kuriozum, że nadawałby się do pokazywania w objazdowym cyrku. I proszę nie oponować, że takowym jest Tomasz Terlikowski, skoro właśnie jego żona publicznie ogłosiła, że nie dochowali czystości przedmałżeńskiej (dlaczego o tym czytam? bo głupio założyłem, że „Wyborcza” nawet w „Wysokich Obcasach” trzyma jakiś poziom). Tak na marginesie, żenujące były nie tylko sypialniano-śluzowe wynurzenia pani Terlikowskiej, ale i jej przekonanie, że ani wiara małżonków Terlikowskich, ani przyzwoitość nie gwarantują dochowania wierności i dla bezpieczeństwa lepiej zerwać kontakt z osobą, z którą p o t e n c j a l n i e mogłoby dojść do zdrady.

Wybory nowego papieża wywołały ogromne zainteresowanie, co Szymon Hołownia zinterpretował jako przejaw tęsknoty ludzi za pierwiastkiem duchowym i uznał, że konklawe sprzyja religijności. Ponieważ sam z zaciekawieniem śledziłem przebieg elekcji, a katolickiego pierwiastka duchowego potrzebuję mniej więcej tyle, ile zmarły powietrza, pozwolę sobie uznać interpretację Hołowni za nietrafioną. Konklawe przez swoją wypracowaną przez wieki otoczkę – zamykanie kardynałów w Kaplicy Sykstyńskiej, puszczanie białego dymu, wygłaszanie tego „habemus papam” – jest wydarzeniem frapującym i przyciąga również tych, którzy do religii mają stosunek obojętny. Na tej samej zasadzie niekibice oglądają Super Bowl czy finały mistrzostw świata w piłce nożnej.

A katolicy, moim zdaniem, tak mocno przeżywali to konklawe, bo kwestią było, nie kto zostanie papieżem, tylko czy kardynałom uda się znaleźć godnego następcę Jana Pawła II. Wojtyła skutecznie zdetronizował Pana Boga, który zresztą jako byt nieokreślony, niecielesny średnio nadaje się na przedmiot kultu. Masy do modlitwy potrzebują obrazka albo figurki. Niestety, Jan Paweł II nie dysponował zasadniczą boską cechą, czyli nieśmiertelnością, a Benedykt XVI w roli, do jakiej podniósł papiestwo Wojtyła i od czego odwrotu już nie ma, wypadał blado. Na dodatek abdykował, zrywając z 500-letnią tradycją, że apartamenty papieskie opuszcza się wyłącznie nogami do przodu, i trzeba było to przykre wrażenie, że papież nie jest żadnym alter ego Chrystusa, tylko zwykłym starym człowiekiem, zatrzeć. I muszę przyznać, że Kościołowi się to udało. Bergoglio ma charyzmę i katolicy mogą go ubóstwiać, bez udawania, jak to miało miejsce w przypadku Benedykta XVI, że bez problemu przenoszą ciepłe uczucia z jednego papieża na drugiego.

Franciszek od razu zaskarbił sobie sympatię tym, że w miarę poważnie traktuje ewangelijną krytykę pławienia się w bogactwie, ale przekonanie, że nie ograniczy się to do symbolicznych gestów i przełoży na całą instytucję, jest cokolwiek naiwne. Był już taki papież, który miał się rozprawiać z lewymi interesami Banku Watykańskiego, nazywał się Jan Paweł I i umarł po 33 dniach pontyfikatu. Oczywiście śmiercią naturalną, co wiadomo bez sekcji zwłok, bo po co sekcja, skoro piąte przykazanie zabrania zabijać, a chyba nikt nie ma wątpliwości, że gdzie jak gdzie, ale w centrum katolicyzmu przykazań się przestrzega. Szczytem naiwności był komentarz „Wyborczej”, że polscy biskupi spod znaku księdza Jankowskiego mogą poczuć dyskomfort z powodu skromnego papieża. Biskup, który nie widzi rozdźwięku między głoszonymi przez siebie ideami a obmacywaniem kleryka albo zalewaniem się w trupa, akurat przejmie się tym, że Franciszek nie chce mieszkać w apartamencie papieskim.

„Wyborcza” ma zresztą do papiestwa stosunek wyraźnie ambiwalentny, przed konklawe pokpiwała sobie z pedofilii w Kościele, dając pod zdjęciem obradujących kardynałów napis „Z miłości do dzieci” (pod spodem dla niepoznaki był artykuł o parze, która usiłowała kupić od Rumunów dziecko), a po konklawe ubrała się w papieskie barwy i tym wazeliniarstwem przeszła nawet samą siebie z czasów po śmierci Jana Pawła II, kiedy przez tydzień nie pisała o niczym innym (dosłownie, a nie w tym sensie, że inne tematy znalazły się na marginesie), ignorując fakt, że niczyja śmierć, nawet Wielkiego Papieża, nie zatrzymuje świata w miejscu.

W Polsce wybór papieża zakończył się dyskusją w okolicach narządów wydalniczych, czyli generalnie na poziomie, na jakim dyskusje zwykle się toczą. Ewa Wójciak nazwała papieża ch…, po czym tłumaczyła się, że tylko prywatnie, a intelektualiści napisali w jej obronie list, że Wójciak korzystała z wolności słowa. Jakby nie zauważyli, że wolność słowa nie wyklucza korzystania z kultury, a człowiek kulturalny nie nazywa swojego oponenta ch… nawet w prywatnej rozmowie. Z kolei jakiś kabareciarz zrobił sobie obiektem żartów papieskie pryknięcia. Dowcipy o prykaniu to najniższy poziom humoru, ale jednak humor, czego nie zrozumiał poseł Andrzej Jaworski, przewodniczący Parlamentarnego Zespołu ds. Przeciwdziałania Ateizacji Polski. Poseł Jaworski w ogóle ma kłopot z rozumieniem elementarnych rzeczy, bo wtedy zdawałby sobie sprawę, że przeciwdziałać ateizacji może jako publicysta, hobbysta czy misjonarz, ale akurat w roli posła tego mu robić nie wolno, bo jako poseł ma – jeżeli już jesteśmy przy pryknięciach – zasrany obowiązek wszystkie światopoglądy obywateli uznawać za równouprawnione.

Honorowym członkiem Zespołu Jaworskiego powinien zostać Donald Tusk, który przestraszył się, że papież mógłby poważnie potraktować jego deklaracje, że przed księdzem klękał nie będzie, i nie dostrzec, że projekty finansowania in vitro i zalegalizowania związków partnerskich składane są wyłącznie po to, by mydlić oczy naiwnym wyborcom. Tusk pośpieszył więc z depeszą gratulacyjną, zapewniając papieża, że nadal będzie pilnował, by Polska nie wyszła z mentalnego średniowiecza. Szkoda, że Franciszek jest taki skromny i nie potrzebuje podnóżkowego, bo Tusk po (oby rychłym) zakończeniu premierowania miałby widoki na międzynarodową karierę.

poniedziałek, 5 listopada 2012

Niezbędnik katolika

Przeczytałem zbiór wywiadów przeprowadzonych przez Piotra Szumlewicza z osobami publicznie deklarującymi ateizm, w tym m.in. z Barbarą Stanosz, Romanem Kurkiewiczem (byłym dominikaninem), Agnieszką Graff, nieżyjącym już Krzysztofem Teodorem Toeplitzem, Ludwikiem Stommą i Dorotą Nieznalską. Książkę wydała Czarna Owca w 2010 r. pod tytułem „Niezbędnik ateisty”.

Czytając te wywiady, doszedłem do wniosku, że książka powinna być lekturą obowiązkową dla katolików i stąd tytuł mojego wpisu. Nie chodzi bynajmniej o udowadnianie wierzącym, że Boga nie ma (jak mówi B. Stanosz: „nie można dowieść nieistnienia jakiegokolwiek bytu (…). Nie można więc dowieść, że nie ma i nie było żelaznego wilka ani złotej rybki spełniającej trzy życzenia, (…) Hamleta ani Otella, bogów starożytnych Greków i Rzymian ani Boga chrześcijan”, str. 215-216). Polskim katolikom ateiści nie mogą nic udowadniać, bo – na co skarży się m.in. Agnieszka Graff – w ogóle do rozmowy nie dochodzi. Nie może być wymiany poglądów, bo polski katolik nie wierzy w ateistów. Nie wierzy, że ktoś może nie wierzyć. Jeszcze do niego nie dotarło, że było oświecenie, Woltera nie czytał, słyszał wprawdzie, że Szwedzi i Czesi to nacje ateistyczne, ale uważa, że takie zboczenia zdrowego polskiego narodu nie dotyczą ani dotyczyć nie mogą. A ta książka pokazuje właśnie, że dotyczą. I może gdyby katolicy musieli ją przeczytać, dostrzegliby, że takie osoby żyją obok nich i faktycznie w Boga nie wierzą. I nie jest to dziwactwo, fanaberia, która przejdzie im najpóźniej na łożu śmierci, nie jest to brak zainteresowania tematem ani reakcja na panoszenie się Kościoła, tylko najczęściej konkluzja wynikająca z przemyśleń.

W tym kontekście zadałem sobie pytanie, ilu jest w Polsce ateistów. W książce pojawia się informacja, że z różnych badań wychodzi liczba dwóch milionów, ale nie jest podane, z jakich badań. W Internecie też trudno znaleźć jednoznaczną statystykę, choć zwykle podawane są większe liczby. Dwa miliony w Polsce to procentowo niewiele (choć niejedna partia nie jest w stanie uzyskać takiego poparcia), ale przecież to potężna rzesza ludzi. Wywiad z Kurkiewiczem nasunął mi refleksję, że część ateistów musi znajdować się wśród księży. Że nie każdy, który stracił wiarę, miał siłę i chęci, by rozpocząć nowe życie. Znaleźć pracę, kiedy człowiek nawykł, że inni go utrzymują, nie jest takie proste.

Co bardziej otwartych katolików książka może skłoniłaby też do refleksji przez to, że obecność symboli religijnych w przestrzeni publicznej krytykują nie politycy, tylko np. aktorzy i artyści. U mnie w dzielnicy są dwa kościoły. Niech będzie nawet pięć, jeśli księża postawią je za własne (czytaj: wiernych) pieniądze. Ale po co wtedy krzyż na poczcie i na pływalni? Czy nadając list albo skacząc do wody katolicy przeżywają jakieś uniesienia duchowe? Czy brak krzyża w tych miejscach ograniczałby w jakiś sposób ich prawo do wyznawania własnej religii? Wiadomo, że nie. Powieszono go tam wyłącznie po to, by pokazać, że w tym kraju rządzą Rydzyk z Terlikowskim.

Moje doświadczenia i odczucia jako ateisty w większości pokrywają się z doświadczeniami i odczuciami przepytywanych osób. Jednym z bardziej przykrych jest przekonanie katolików, że ateista to człowiek z definicji pozbawiony zasad etycznych. Że poza dekalogiem nie ma moralności. Co z tego, że ci katolicy sami tego dekalogu nie przestrzegają, nie zauważają, że jest on niewystarczający (mało kto planuje zabić bliźniego, ale z podłożeniem mu świni nie ma większych oporów, bo dekalog nie zakazuje), co z tego, że kapłani gonią za kasą, biorą sobie kochanki, rozbijają się pijani na drzewach, gwałcą dzieci, wszyscy oni stawiają się wyżej od „bezbożników”. Największa menda, jaką w życiu spotkałem, chodziła regularnie co niedzielę do kościoła i dziwiła się mojej niewierze, bo „gdyby nie było Boga, to ludzie nie przestrzegaliby żadnych zasad”. Później przekonałem się, że ci, którzy potrzebują Boga do tego, by być dobrym człowiekiem, bardzo szybko o tym Bogu zapominają, gdy kierowanie się jego przykazaniami stoi w sprzeczności z ich interesami.

Pewnym odkryciem było dla mnie wskazanie, jak bardzo terminologia religijna zdominowała nasz język. Nawet o swoim ateizmie mówimy w ten sposób, bo stwierdzenie „nie wierzę w Boga” jest deklaracją o religijnej proweniencji. Tymczasem ateizm to nie jest niewiara w Boga. To jest wiedza, że brak naukowych dowodów na istnienie Boga, a wszystkie okoliczności wskazują na to, że jest on ludzkim konstruktem myślowym.

Nie ze wszystkimi opiniami w książce się zgadzam. Na przykład pada stwierdzenie, że ateizm wymaga otwartego umysłu, zadawania sobie pytań, refleksji. Owszem, ale tylko tu i teraz. Większość w Polsce wychowywana jest w wierze katolickiej, w tej chwili, co skandaliczne, także przez państwo, a więc zerwanie z nią rzeczywiście wymaga intelektualnego wysiłku. Sytuacja wyglądałaby inaczej, gdyby większość była wychowywana bezreligijnie, wtedy refleksji wymagałoby nawrócenie się na jakieś wyznanie. Jak słusznie zauważa Ludwik Stomma (str. 315), najpowszechniejszą postawą nie jest teizm ani ateizm, tylko indyferentyzm.

Zachęcam katolików do sięgnięcia po tę książkę. Dla zdobycia wiedzy, że światopogląd ateistyczny istnieje, ma prawo bytu i nie da się z nim polemizować stwierdzeniem „w coś trzeba wierzyć”.

poniedziałek, 10 września 2012

Operacja „Podział”

Polacy, jak chyba żaden inny naród w Europie, są głęboko podzieleni. Między zwolenników nowoczesnego, neutralnego światopoglądowo państwa i tych, którzy najchętniej widzieliby sojusz tronu z ołtarzem. Jeśli posłużyć się etykietkami, strony tego sporu można by określić mianem Europejczyków i katolików. W ramach poprawności politycznej sugeruje się albo twierdzi wprost, że oba stanowiska są równouprawnione, bo każdy ma prawo w życiu politycznym do wyrażania swoich poglądów i do forsowania rozwiązań z tych poglądów wynikających. Tyle że spór nie toczy się o to, czy, jako naród, mamy kupić bmw czy audi, lecz o to, czy pojedziemy dalej samochodem czy furmanką. Z faktu, że nawet spora część uważa, że furmanka będzie lepsza, bo jazda nią jest bardziej moralna (nie zanieczyszcza środowiska, a wypadki furmanek są mniej groźne niż zderzenia samochodów), sprawiedliwsza społecznie (nie każdego stać na zakup auta) i zgodna z tradycją (Polacy przez setki lat jeździli furmankami i było dobrze, dlaczego nagle to zmieniać?), nie wynika jeszcze, że szybciej i wygodniej dotrzemy nią do celu. Porzucając porównania: ideologiczne zacięcie nie pozwala rozwiązywać problemów. Przykładowo. Mamy problem: przemoc w rodzinie. Jeśli nie ma ideologicznego zacięcia, szuka się przyczyny problemu, a poznawszy przyczynę, środków, które ją skutecznie wyeliminują. Ale kiedy się mówi, że rodzina jest święta, i żeby tej świętości nie szargać, zamyka się oczy na prawdziwą przyczynę, skutecznych środków zaradczych zastosować się nie da. A państwo, które nie zwalcza realnych problemów, tylko pilnuje, by na pokaz wszystko było zgodne z normami jakiejś religii, nie będzie zapewniało swoim obywatelom coraz lepszych warunków bytowania.

Trudno też za równoważne uznać postępowanie obu stronnictw. Europejczycy nie ingerują instytucjonalnie w poglądy katolików, nie zabraniają ich wyznawać, nie domagają się od katolików postępowania sprzecznego z ich zasadami (jeśli już, to domagają się, by katolicy respektowali swoje własne przykazania). Katolicy dla odmiany usiłują narzucać Europejczykom swoje normy moralne i wynikające z nich przepisy prawne. I nie jest to bynajmniej kwestia nadgorliwości albo mimowolnego przekroczenia pewnej granicy. Polski fundamentalista zwyczajnie nie przyjmuje do wiadomości, że inni Polacy mają prawo nie podzielać jego wiary. Dla niego jest to równoznaczne z wyrzeczeniem się polskości i zamachem na tę wiarę. Pełna akceptacja, że może sobie wierzyć w co tylko chce, nawet w krasnoludki, nie jest dla niego żadną akceptacją, dopóki niewierzący nie pada przed krasnoludkiem na kolana. Nie wolno śmiać się z krasnoludków, bo to nie jest polemika z przesądami, tylko obrażanie uczuć wierzących. A sprzeciw przeciwko ustawie, że każdy byłby zobowiązany wystawić codziennie krasnoludkom miseczkę mleka, sprzeciw z uzasadnieniem, że jeśli ktoś nie wierzy w krasnoludki, to niespecjalnie ma powód, by je dokarmiał, i trudno go obciążać dodatkowymi wydatkami (zaś brak ustawy bynajmniej nie przeszkadza wierzącym wystawiać tyle miseczek, ile zechcą), fundamentalista odrzuca, tłumacząc, że nie jest istotne, czy ktoś wierzy, czy nie, bo tu chodzi o życie, niedokarmiany krasnoludek padnie z głodu, a to będzie morderstwo, gdyż krasnoludek też człowiek, tyle że miniaturowy.

Katolicy albo nie rozumieją zasady neutralności światopoglądowej państwa (każdy buduje sobie taki kościół, jaki chce, ale prezydent do żadnego nie chodzi), zasady, która w Polsce pozostaje tylko na papierze (bo prezydent ma kaplicę i publicznie uczestniczy w katolickich mszach), albo dostrzegają, że religia w współczesnym świecie przestaje być atrakcyjnym sposobem na życie (wyłączywszy księży) i jeśli się nie będzie do niej przymuszać, szeregi wyznawców będą topnieć. Tak czy tak, szans na to, by tę zasadę zaczęli respektować, nie ma. W związku z tym proponuję: rozejdźmy się. Niech każdy zadeklaruje, która opcja jest mu bliższa, i proporcjonalnie do wyników podzielmy nasze terytorium. Katolicy wezmą tereny północno-wschodnie, by mogli wystąpić z Unii Europejskiej i odseparować się od cywilizacji śmierci, a jednocześnie swobodnie prowadzić wojny z Rosją. Nazwą swój kraj PP – Prawdziwa Polska. Będzie to monarchia, a nie republika, królem zostanie obwołany Jezus Chrystus, regentem zaś Jarosław Kaczyński. Na ministra ds. obowiązującego wyznania powoła się Tadeusza Rydzyka, prokuratorem generalnym będzie Marek Jurek, a Jarosław Gowin zostanie specjalnym pełnomocnikiem rządu odpowiedzialnym za dostosowanie ustawodawstwa PP do zasad Ewangelii. Stanowisko rzecznika rządu przypadnie Tomaszowi Terlikowskiemu, którego powieść Operacja „Chusta” będzie lekturą obowiązkową w szkołach.

W Prawdziwej Polsce za mordowanie ludzi przywróci się karę śmierci, przy czym zgodnie z głoszonym poglądem, że człowiekiem jest również zarodek i płód, karę śmierci będzie orzekało się także za in vitro i aborcję. Eutanazja zostanie zakazana, też pod karą śmierci, i, konsekwentnie, nielegalne będą również inne formy samobójstwa. Samobójcy, powiedzmy: skuteczni, będą za karę chowani pod płotem cmentarza, a nieskuteczni posyłani na stryczek (a potem pod płot).

Zdelegalizuje się homoseksualizm, nie ma żadnego powodu, by pozwalać na zboczenia. Pedałów – nazywajmy rzeczy po imieniu – ześle się na Sybir (w tej kwestii bez problemu uda się z Rosją porozumieć, tam też pedałów nie lubią). Żeby jednak nie trzeba było zsyłać arcybiskupa Paetza, naukowcy z PP dojdą do wniosku, że homoseksualizm i pedofilia z natury wśród księży nie występują, gdyż celibat pochodzi od Boga, a skoro tak, to nie istnieje fizyczna możliwość, by został złamany. Dzieci kłamiące, że jakiś ksiądz się do nich dobierał, będą poddawane próbie gorącej wody: jeśli bez oparzeń wyjdą z wrzątku, znaczy, że nie kłamały. A skoro jesteśmy przy nauce, głoszenie teorii ewolucji, tzw. kłamstwo ewolucyjne, będzie zakazane, człowieka stworzył Bóg w dzisiejszej postaci, jest to jasno napisane w Biblii i nie ma powodu, by ten fakt historyczny podawać w wątpliwość. Bluźniące piosenkarki opowiadające dyrdymały o dinozaurach nie będą mogły liczyć na łagodne traktowanie w postaci pięciotysięcznych grzywien, skoro to dla nich grosze. Worek pokutny i na kolanach do Watykanu błagać o wybaczenie!

À propos piosenkarek, występów Madonny zakaże się przez cały rok. Każdy dzień ma swojego świętego, a występując, Madonna go znieważa. Zresztą co to za pomysł, że piosenkarki muszą przyjeżdżać z Ameryki? W Iranie czy Arabii Saudyjskiej znajdą się z pewnością nie gorsze, za to stosowniej ubrane. A Madonna jest zwyczajnie kiepską artystką, skoro nie potrafi wywrzeć wrażenia na swoich słuchaczach, nie rozebrawszy się niemal do naga. Czy ktoś widział, by w Telewizji Trwam lała się krew, a mózgi rozbryzgiwały na ścianach? Nie. A przecież każdy powie, że horror w czystej postaci. Kwestia umiejętnej ekspresji. Telewizja Trwam w Prawdziwej Polsce nie tylko dostanie koncesję, ale puści się ją na okrągło we wszystkich domach. Skojarzenia z Orwellem proszę sobie od razu podarować, tym, którym Telewizja Trwam nie będzie odpowiadać, zapewni się wolność wyboru: zamiast telewizji będą mogli włączyć sobie Radio Maryja.

A kiedy w Prawdziwej Polsce zapanuje powszechna szczęśliwość, wynikająca ze świadomości, że zbawienie jest gwarantowane, i z dobrobytu, który zapewni geniusz ekonomiczny Jarosława Kaczyńskiego, postawi się mur, by przeszkodzić obywatelom niemoralnej Rzeczypospolitej w dostaniu się do tego raju szczęśliwości. Taki sam, jaki Niemcom z Berlina Zachodniego uniemożliwiał ucieczkę do NRD.

poniedziałek, 11 czerwca 2012

Apostazja

Janusz Palikot dokonał publicznego aktu apostazji, co spotkało się z dość powszechną krytyką. Bo to sprawa prywatna, a nie publiczna, bo happening, a nie poważna polityka. Dziennikarzy stawiających ten ostatni zarzut merytoryczne debaty nie interesują, lecą tam, gdzie cyrk i fajerwerki, a potem się oburzają, najwyraźniej o to, że cyrkowiec podstawia im pod nos lustro, w którym mogą obejrzeć własną hipokryzję. Pytanie też, dlaczego protest przeciwko czynieniu z religii sprawy publicznej miałby się odbywać w zaciszu kościelnej kruchty. Żeby Kościół mógł go zignorować i nadal narzucać katolickie poglądy tym, którzy ich nie podzielają?

Nad Palikotem współczująco pochylił się niezawodny Tomasz Terlikowski, przestrzegając go przed piekłem, które „nie jest śmiesznym miejscem, nie jest mitem ogłupionych katolików. Jest straszną, bo wieczną rzeczywistością”. Na istnienie owej rzeczywistości Terlikowski poza Biblią, Dantem i własnym wpojonym mu w dzieciństwie przekonaniem nie ma cienia empirycznego dowodu, więc ja będę jednak utrzymywał, że to mit. „Nie wiem, czy wierzy Pan w Jezusa Chrystusa – pisze dalej Terlikowski do Palikota – (...), ale wiem (…), że Bóg istnieje, że Jezus jest Synem Bożym, który umarł i zmartwychwstał, by nas zbawić. I wiem, że to nie jest tylko opinia, narracja religijna, ale najważniejszy fakt historii”. Jak widać, wiara i przekonania redaktora Terlikowskiego tworzą byty boskie i historię świata. Ciekawe, skąd on to wszystko wie, bo zapewnienia danego człowieka, że jest Synem Bożym, zrelacjonowane jeszcze z drugiej ręki, są raczej mało wiarygodnym dowodem. I co wskazuje, że Jahwe jest bogiem prawdziwym, a Zeus wymyślonym? Bo ja nie widzę różnicy i jak dotąd żadnego przekonującego wyjaśnienia nie usłyszałem.

Palikot, jako człowiek wychowany w katolickim kraju i katolickiej wierze, doskonale zdaje sobie sprawę, jakie sankcje przewiduje miłosierny Bóg za kwestionowanie jego boskości. I Terlikowski jest przecież świadom, że nie napisał Palikotowi nic, o czym ten by wcześniej nie wiedział. Publicysta „Frondy” jako rasowy fundamentalista nie akceptuje po prostu zasady, że wolny człowiek, nie oglądając się na religię wyznawaną przez fundamentalistę, może podejmować w swoim życiu takie decyzje, jakie mu odpowiadają, w tym decyzje dla siebie niekorzystne. Zresztą, czy wylądowanie w piekle rzeczywiście jest takim złym rozwiązaniem? Chyba nikt nie ma wątpliwości – a najmniejszych sam pan redaktor – że Terlikowski pójdzie do nieba. Nie wiem, jak się na to zapatruje Janusz Palikot, ale osobiście, jeśli miałbym wybierać między spędzeniem wieczności w towarzystwie redaktora Terlikowskiego a ogniem piekielnym, zdecydowanie wolę to drugie. I tak uważam, że Pan Bóg ciężko mnie pokarał, każąc mi żyć w kraju, w którym spora część ludzi ma poglądy i umysłowość à la Tomasz Terlikowski, i nie sądzę, by w piekle mogło być dużo gorzej.

Prawdziwie ciężkie działa przeciwko Palikotowi wytoczyli jednak teolodzy: otóż może on sobie ogłaszać tyle aktów apostazji, ile mu się żywnie podoba, został ochrzczony, więc w Kościele zostanie na wieki wieków. Semel catholicus, semper catholicus. Palikot chciał zwrócić uwagę, że polski Kościół w sposób bezprawny utrudnia ludziom występowanie z katolickiej wspólnoty, a wyszła przy tym rzecz znacznie poważniejszego kalibru. No bo jeśli rzeczywiście chrzest wiąże człowieka z Kościołem na zawsze, to oznacza, że przy procedurze regulującej apostazję nie mamy do czynienia z wadliwą instrukcją, sprzeczną z ustawą zasadniczą wskutek błędu czy nadmiernej chęci przeforsowania korzystnych dla siebie rozwiązań. Kościół katolicki po prostu odmawia respektowania zasady, że „każdemu zapewnia się wolność sumienia i religii”. A organizacja, która neguje porządek konstytucyjny danego kraju, jeśli nie reaguje na wezwania, by zaczęła go respektować, powinna zostać zdelegalizowana.

Też jestem ochrzczony, ale w wieku piętnastu lat doszedłem do przekonania, że nie Bóg stworzył ludzi na swój obraz i podobieństwo, tylko odwrotnie. Od tego czasu jestem ateistą. Ateistą, jak się okazuje, cały czas zaliczanym w poczet wiernych, tworzących ową 95-procentową katolicką większość. Zwłaszcza że żadnego oficjalnego aktu apostazji nie dokonałem. Nigdy nie odczuwałem takiej potrzeby, sprawy formalne mało mnie interesują (nie zapisałem się np. do Stowarzyszenia Pisarzy Polskich i nie zamierzam). Zresztą z początku nawet nie wiedziałem, że jest taka możliwość. Kiedy o niej usłyszałem, sprawdziłem sobie nawet, co trzeba zrobić, ale gdy okazało się, że mam przedstawić akt chrztu, a moja rodzicielka nie pamięta, w jakiej parafii ta ceremonia się odbyła, bez żalu przed tą przeszkodą się cofnąłem.

Chrzest w dzieciństwie i przymuszanie ludzi, by ponosili konsekwencje decyzji, której nie podjęli, są kolejnym dowodem na to, jak w rzeczywistości słaby jest Kościół. Na dobrowolnie przystępujących w dorosłym życiu nie ma co liczyć, bo ledwie garstka z tych, którzy dopiero wtedy usłyszeliby o Adamie i Ewie, wężu, jabłku, przemianie wody w wino, chodzeniu po wodzie i wskrzeszaniu zmarłych, nie potraktowałaby tych opowieści jako bajd. A skoro tak, to trzeba wciskać je maluchom, póki jeszcze nie potrafią krytycznie myśleć i rozróżniać między rzeczywistością a zmyśleniem. A tym łatwiej się nabiorą, że ten dorosły też w te bajki wierzy, bo wpojono mu je w dzieciństwie. I tak to się kręci przez pokolenia. Ale ostatnio Kościół traci grunt, bo ludzie się kształcą, czytają, coraz częściej potrafią krytycznie myśleć i jak wezmą pod lupę swoje religijne przekonania, to często źle się to kończy. Źle dla Kościoła oczywiście. A skoro nie można przekonać, zachęcić, to siłą. Nic nowego, metoda stosowana przez Kościół katolicki od wieków. Tymczasem w demokratycznym państwie, którego konstytucja gwarantuje obywatelom prawo wyboru wyznania albo niewyznawania w ogóle żadnej religii, Kościół nie tylko nie ma prawa mnożyć przeszkód przed tymi, którzy chcą się z niego wypisać, lecz sam się powinien pofatygować do każdego, kto osiągnie pełnoletność, i zapytać, czy podtrzymuje decyzję podjętą za niego przez rodziców. A jeśli nie, to grzecznie go wykreślić. Bo rodzice to mogą zadecydować, do jakiego przedszkola zapisać dziecko, ale nie, do jakiego Kościoła będzie należało w dorosłym życiu.

Ponieważ jednak Kościół oczywiście tego nie zrobi, oświadczam niniejszym, że w Boga nie wierzę, wiary chrześcijańskiej nie podzielam, członkiem katolickiej wspólnoty się nie czuję, jednym słowem dokonuję aktu apostazji. A kościelne procedury w tym względzie mnie nie interesują, bo nigdy dobrowolnie do tej organizacji nie przystąpiłem.

poniedziałek, 23 kwietnia 2012

Łukasz 16,13

Prezes Katolickiej Agencji Informacyjnej Marcin Przeciszewski udzielił bardzo ciekawego wywiadu „Gazecie Wyborczej”, z którego można się na przykład dowiedzieć, że przekonanie o bogactwie Kościoła katolickiego to „antykościelne stereotypy” i „mity”. I pan Przeciszewski dzielnie te mity obala. A mnie zastanawia, skąd te krzywdzące stereotypy i mity się wzięły. No bo przecież każdy widzi, jaki ten Kościół skromny i niezamożny, żeby nie powiedzieć: biedny. Kiedy na przykład zbiera się Konferencja Episkopatu Polski, biskupi na piechotę ciągną, na rowerach, niektórzy nawet na osiołkach, bo z Pana Jezusa przykład biorą. A limuzyny za dwieście tysięcy podstawia wredny Palikot, żeby biskupów o wystawne życie pomawiać. Tymczasem oni zabiedzeni, wychudzeni, żadne pasibrzuchy, przeciwnie, co u drugiego żebra widać, dlatego obszerne sutanny noszą, co by wierni wyrzutów sumienia nie odczuwali, że za mało na swój Kościół łożą.

Albo czy można poważnie traktować kalumnie lewicowej (żeby nie powiedzieć: komunistycznej) „Polityki”, że Kościół katolicki jest największym właścicielem ziemskim w Polsce, jeśli nie liczyć gruntów państwowych. Przecież to kłamstwo, bo każdy wie, że po pierwsze ta ziemia Kościołowi należy się jak psu kość, a po drugie jak tylko państwo odda mu zagrabioną ziemię (przez komunistów, zaborców, Szwedów, Tatarów, Polan i legiony rzymskie), zaraz sprzedaje z dziesięciokrotną przebitką, bo głupi by nie sprzedał, gdyby się dowiedział, że wartość ziemi przez tydzień wzrosła dziesięciokrotnie, a jak się coś sprzeda, to się tego nie ma. Pieniądze poszły na działalność charytatywną. Rozliczenie? Jakie rozliczenie? Kościół to nie instytucja finansowa, żeby miał się z czegokolwiek rozliczać!

Przeciszewski odrzuca zarzut, że w procesie zagarniania… sorry, oddawania ziemi Kościołowi za utracony majątek dochodziło do przekrętów. „Większość [spraw] umorzono, gdyż nadużyć nie stwierdzono”. I trzeba przyznać mu rację: każdy jest niewinny, dopóki nie skazano go prawomocnym wyrokiem. Przecież to, że siostry zakonne przedłożyły Komisji Majątkowej wycenę na trzydzieści milionów, a zaraz potem sprzedały ziemię za trzysta, wcale nie musi świadczyć o ich nieuczciwości. Może były przekonane, że to boski cud, że wartość ziemi poszła w tydzień o tysiąc procent do góry.

Na pytanie o możliwość wprowadzenia podatku kościelnego na wzór Niemiec, Przeciszewski odpowiada, że Polacy takiego podatku by nie znieśli. Dlaczego, już nie wyjaśnia. Podobnie jak hierarchia, która boi się tego podatku jak diabeł święconej wody. Biskupi i Przeciszewski mają świadomość, że podatek kościelny ujawniłby, że Kościół w Polsce to kolos na glinianych nogach. Skończyłby się – no właśnie – mit o narodzie w dziewięćdziesięciu pięciu procentach katolickim. Biskupi, owszem, wierzą, że Polacy kochają Pana Jezusa, ale wiedzą również, że ich owieczki, podobnie jak oni sami, bardzo kochają mamonę, i zdają sobie sprawę, że kiedy przyjdzie wybierać, Pan Jezus nader często z tą mamoną przegra. Albo taka owieczka dojdzie do wniosku, że z Panem Jezusem sama się dogada i pasterz jej do niczego niepotrzebny. Odpis podatkowy jest o tyle bezpieczny, że są to pieniądze, których podatnik i tak nie zobaczy. Spora część wierzących niepraktykujących, która, zmuszona do płacenia ekstra, wypisałaby się z Kościoła, może uznać, że skoro de facto nic jej to nie kosztuje, to jest to świetna forma odpustu. Na podobnej zasadzie działa dotychczasowy 1%. Przekazało go dziesięć milionów Polaków, ale ilu z nich wyłożyło na cele dobroczynne z własnej kieszeni? Poza tym zawsze będzie można powiedzieć, że podatnik nie dał na Kościół nie dlatego, że się z niego wypisał, tylko nie chciało mu się samodzielnie wypełniać PIT-u.

„Autonomia nie wyklucza współpracy na rzecz wspólnego dobra, także w zakresie finansowym” – informuje Przeciszewski. Świetnie. To ile Kościół w ramach tej współpracy w zakresie finansowym przekazał do skarbu państwa? Nie chodzi mi o (niepłacone) podatki od tacy, od gruntów, od działalności gospodarczej, z której zyski rzekomo idą na cele kultu, tylko kiedy i ile Watykan wpłacił do polskiego budżetu, uznając, że skoro rządowi zabrakło na przykład na opiekę społeczną, to Kościół pomoże?

„Jeśli więc człowiek znajduje się w wojsku, szpitalu czy więzieniu, to państwo ma obowiązek zapewnienia mu dostępu do posług religijnych i pokrycia związanych z tym kosztów”. Bo wynika to z „filozofii związanej z poszanowaniem praw ludzi wierzących”. Gdyby Przeciszewski nie był katolickim hipokrytą, to w następnym zdaniu upomniałby się o kaplice w szpitalach i ordynariat polowy dla stu kilkudziesięciu wyznań zarejestrowanych w Polsce. Ale się nie upomina, bo przecież nie chodzi o prawa wierzących, tylko o umocnienie przyczółków katolicyzmu w przestrzeni publicznej i wyszarpanie na to pieniędzy nie tylko od wiernych, ale również od tych, którzy z tą religią nie chcą mieć nic wspólnego. To, że obywatel ma do czegoś prawo, nie oznacza wcale, że państwo ma mu to zapewnić i jeszcze za to zapłacić. Prawo do życia rodzinnego nie oznacza, że państwo ma mi znaleźć żonę albo dołożyć do pensji, kiedy kandydatka uzna, że za mało zarabiam, żeby za mnie wyjść. Posługa religijna jest sprawą prywatną, a nie publiczną. Jeśli wierny w szpitalu potrzebuje kapłana, to powinien poprosić go przyjście (a państwo nie może takich wizyt zakazywać). To, że klecha nie chce się pofatygować z najbliższego kościoła, jeśli mu państwo nie zapłaci, jest przejawem degrengolady tej kasty, która dawno zapomniała, że miała działać w ramach misji i dla szerzenia wiary: „Idźcie i głoście: Bliskie już jest królestwo niebieskie. (…) Darmo otrzymaliście, darmo dawajcie. Nie zdobywajcie złota ani srebra, ani miedzi do swych trzosów” (Mateusz 10, 7-9). Księża, zamiast swoich wyciągów bankowych, mogliby od czasu do czasu poczytać Nowy Testament.

Przeciszewski pyta: „Dlaczego świecki, który całe życie pracował, ma mieć emeryturę, a ksiądz nie?”. Bo świecki na tę emeryturę płacił składki. To po pierwsze. Po drugie ksiądz to nie zawód, chociaż i wierni, i sami księża coraz częściej tak to postrzegają. Kochanka księdza, która opowiadała gazetom o romansie, cytowała swego księżula, że ten nie robi nic złego, bo przecież „dobrze wykonuje swój zawód”. Powołanie, misja, pomoc wiernym w bogobojnym życiu i przeprowadzeniu ich na drugą stroną zostały zastąpione przez działalność czystą usługową – dać komunię, udzielić ślubu, wyspowiadać – bez żadnej głębszej za tym myśli. No bo kiedy dobrze może wykonywać swój „zawód” ksiądz, który w konfesjonale nakłada na wiernego pokutę za niemoralne życie, sam takie życie prowadząc? Tylko wtedy, gdy religijna treść przestała mieć dla niego znaczenie, a liczą się wyłącznie puste rytuały.

poniedziałek, 9 stycznia 2012

Apage, Satanas!

Zmęczyłem książkę Tomasza P. Terlikowskiego pt. Operacja „Chusta” (wyd. Fronda, 2010).



Gdyby nie to, że w trakcie lektury zdecydowałem się o niej napisać, poddałbym się po jakichś 80 stronach. Operacja „Chusta” to powieść sensacyjna i antyutopia w jednym. W obu tych gatunkach z definicji łatwo przykuć uwagę czytelnika, tymczasem Terlikowski przynudza tak, że musiałem przerywać lekturę i dla odegnania snu podczytywać sobie książkę telefoniczną. W Operacji mamy przyszłą zjednoczoną ateistyczną Europę, która zwalcza przede wszystkim katolicyzm. Pomysł sam w sobie ciekawy (i dla niego po tę książkę sięgnąłem), ale zamiast spójnego, przekonującego obrazu tego świata mamy zestaw tez (eutanazja jest dobra, aborcja jest dobra, religia to przesąd itd.), z którymi Terlikowski polemizuje. Poza tym obraz jest bzdurny, bo Terlikowski nie odróżnia ustroju, który zakłada neutralność światopoglądową państwa z prawem każdego do wyznawania takiej religii, jaką chce, pod warunkiem, że nie będzie narzucał jej innym, od ustroju typu komunistycznego, który religię z założenia zwalcza. Operacja opiera się na założeniu i udowadnia, że jest to jedno i to samo. Tymczasem nie jest, bo między szykanowaniem ludzi za chodzenie do kościoła a niezgodą na to, by z tym kościołem przychodzili do instytucji publicznych, występuje diametralna różnica.

Wątek sensacyjny to wykradzenie tytułowej chusty z wizerunkiem Chrystusa, cudownej chusty, którą władze chcą zarekwirować, i ucieczka z nią za granicę. Tyle że normalnie człowiek, który gdzieś ucieka, gna ile sił w nogach do celu, tymczasem tutaj zakonnik z chustą co rusz się zatrzymuje, a to żeby wybawić kogoś od eutanazji, przeszkodzić w aborcji, wesprzeć duchowo, w efekcie mamy takie katolickie przygody Koziołka Matołka. Budowie napięcia nie służy fakt, iż Biuro do Walki z Fundamentalizmem niespecjalnie próbuje nieuciekającego zbiega złapać. Akcja jest dla Terlikowskiego tylko pretekstem do przedstawienia własnych przekonań, więc szkoda mu atramentu na opisy procedur i działań mających doprowadzić do ujęcia uciekiniera, daleko bardziej interesuje go udowadnianie, że religia katolicka ma taką potężną moc, że ulegnie jej nawet zatwardziały karierowicz, jakim jest wywodzący się z muzułmańskiej rodziny porucznik Hassan Obama. W efekcie Obama, zamiast organizować pościg, chodzi i otrząsa się (nie mogąc się otrząsnąć) z wrażenia, jakie wywarł na nim obraz Matki Boskiej Częstochowskiej. Swoją drogą takie nazwisko bohatera w takim kontekście przywiodło mi na myśl słowa posła Górskiego o końcu cywilizacji białego człowieka, ale rozumiem, że autor za skojarzenia czytelników nie odpowiada.

A kiedy już Terlikowski, zamiast sławić dobroczynną moc katolicyzmu, zmusił się do przyziemnego opisu wydarzeń, to nie miał głowy do szczegółów. I tak na stronie 217 uciekinierzy zostają uwięzieni przez jakąś sektę, której przywódca „wydał polecenie, by związać ich i położyć w kącie salki modlitewnej”. Na stronie 220 uwięzionych uwalnia jeden z członków sekty: „Chłopak sprawnymi ruchami zdjął zakonnikowi kajdanki”. Czyli z tego wynika, że związano ich kajdankami. Okej, może Terlikowski nie wie, jak wyglądają kajdanki i w jaki sposób unieruchamia się nimi więźnia, ale na tym nie koniec. Zakonnik czuje się pokrzepiony, bo „uwolnienie z więzów przywróciło mu nadzieję” (str. 221), tymczasem w następnym akapicie chłopak, który zostawił zakonnika i jego towarzyszy na dwie godziny, wrócił i… „nożem rozciął więzy ojca Jana i Benedykta. A potem wskazał im, by rozcięli także sznury na dłoniach Gretki”. Czyli rozciął więzy, z których ich wcześniej uwolnił. Chyba że te pierwsze więzy to były jednak kajdanki. Za taką interpretacją przemawiałoby zachowanie chłopaka: przychodzi do uwięzionych, uwalnia ich z „więzów”, po czym każe im czekać dwie godziny, aż reszta zaśnie, by mogli się wymknąć. Normalnie powinien się bać, że ktoś z sekty zajrzy do zakonnika i jego towarzyszy i zobaczy, że nie są już związani. Rozsądniejsze byłoby wyswobodzenie ich bezpośrednio przed ucieczką. Ale skoro więźniowie byli zakuci w kajdanki i skrępowani sznurem, to kajdanki mógł im spokojnie zdjąć, żeby im ulżyć, a sznury zostawić, żeby zmylić innych członków sekty, którzy pewnie podobnie jak autor nie odróżniali jednego od drugiego.

Takich nietrzymających się kupy opisów jest w tej książce więcej. Jeśli autor jest nieudolny, redaktor winien podkreślać mu kwiatki na czerwono, ale redaktorka tej książki (nawiasem mówiąc, mająca to samo nazwisko co autor) też nie miała kwalifikacji do tego, za co się wzięła. Postanowiła np. udowodnić, że zasada, mówiąca o niestawianiu przecinka przed „i”, nie jest bezwzględna i że ona o tym wie. O tym, że zdań współrzędnie złożonych połączonych spójnikiem „i” nie rozdzielamy przecinkiem ani że nie stawiamy przecinka przed powtórzonym po spójniku łącznym „że”, nie miała już pojęcia: „Strzelkowski wiedział, że zawsze może liczyć na ciepłe słowa pod adresem nowych akcji Biura, i że arcybiskup nie wywinie mu jakiegoś numeru” (str. 133); „Przeglądał swój telefon, i rozpaczliwie szukał kogoś (…) (str. 139); „Leżał na niepościelonym łóżku, i nie miał najmniejszej ochoty, by wstać” (str. 205).

Z tego, że Terlikowski jest pisarzem nieudolnym, trudno jednak czynić mu zarzut, gdyż wyraźnie nie ma on pisarskich ambicji, jego celem nie było stworzenie dobrej powieści, tylko DANIE ŚWIADECTWA. Książka to po prostu dodatkowa trybuna, ani lepsza, ani gorsza od łam prasy czy stron internetowych, żeby zwalczać swoich przeciwników. A w takiej sytuacji to, jak Terlikowski pisze, schodzi na drugi plan, ważniejsze jest, co pisze.

Z książki wyłania się obraz człowieka, który praktycznie wszystkie zachodzące zmiany i cały rozwój uważa za zły. Eutanazja, aborcja, wiadomo, ale Terlikowskiemu nie podoba się też ekumenizm, prawo innych do niewyznawania żadnej religii, swoboda seksualna itd. Przez to też książka jest nieznośna, bo Terlikowski starannie zadbał, żeby rozprawić się z każdym zjawiskiem, które mu leży na wątrobie, dostało się nawet ekologom. Aż chciałoby się zapytać, dlaczego jego Bóg na to całe zło pozwala, stawiając swego gorącego wyznawcę w tak przykrej sytuacji, ale pewnie Terlikowski ma jakieś pokrętne teologiczne wyjaśnienie i na najprostsze, że Boga usprawiedliwia jego nieistnienie, się nie zgodzi. A przecież gdyby Bóg istniał, przesunąłby datę urodzin Terlikowskiego do średniowiecza, czyniąc go szczęśliwym: żadnego postępu medycyny, pozwalającego na takie bezeceństwa jak aborcja, in vitro i leczenie komórkami macierzystymi, wszystko naturalnie, żadnej seksualnej rozwiązłości, tylko włosiennica i pas cnoty, żadnego brania żydów pod pejs, że niby młodsi bracia w wierze, tylko zdrowy antysemityzm (przecież łobuzy ukrzyżowały Zbawiciela!) niekrępowany jakąś durną poprawnością polityczną, żadnych ateistów, wszyscy wierzyli, czyli panował naturalny porządek rzeczy. A może nawet lepsze niż średniowiecze byłyby czasy inkwizycji, bo Terlikowski jest typem fundamentalisty walczącego, więc za inkwizycji mógłby jednego czy drugiego heretyka spalić na stosie. Trzeba powiedzieć, że ten Bóg Terlikowskiego jest niezwykle perfidny, bo jak już zawalił z czasem, to mógł lepiej wybrać miejsce. Kilka tysięcy kilometrów dalej na wschód i Tomas ben Terlik trzymałby stery samolotu lecącego na World Trade Center z niezachwianą wiarą, że to, co robi, jest głęboko słuszne, i z radością, że może zniszczyć wrogów jedynej prawdziwej religii. A tu i teraz, kicha. Piórem może tylko przywalić. Nie byłoby to mało, gdyby ktoś słuchał, ale Europa świecczeje, Terlikowskiego nie słuchając, więc ten zakreślił „przerażającą” wizję, co to będzie, jak ta Europa nie zawróci ze złej drogi.

Jedną z najgorszych plag współczesności jest zdaniem Terlikowskiego oczywiście eutanazja. Możliwość powiedzenia „nie” obraźliwym warunkom, jakie proponuje nam rzeczywistość, przełom w myśleniu na taką możliwość pozwalający, będący w etyce przełomem kopernikańskim, jest dla Terlikowskiego nie do przyjęcia. Wiadomo, w jego mniemaniu tę rzeczywistość stworzył Bóg, więc jeśli ktoś się na nią wypina, wypina się na Boga. To jeszcze można by zrozumieć. Nawet to, że wierzący chcą zakazywać eutanazji niewierzącym. Bóg jest dla nich bytem obiektywnym, a jego przykazania obowiązują też niewierzących. Na tej płaszczyźnie można się jeszcze spierać, dyskutować, choć porozumienie - przy takim założeniu ze strony wierzących - rzeczywiście nie jest możliwe. Ale Terlikowski przedstawia w Operacji inne „argumenty” przeciwko eutanazji. Przede wszystkim nie wierzy, że człowiek może jej chcieć (zresztą co się dziwić zdrowemu facetowi w kwiecie wieku, mającego ułożone życie osobiste i satysfakcjonujące zajęcie - trudno wtedy sobie wyobrazić, co czuje człowiek, który zdycha w męczarniach). Zgodnie z tym przekonaniem bohaterka, którą uciekający zakonnik porywa z kliniki eutanazyjnej, okazuje się po prostu opętana przez szatana i zakonnik musi odprawić egzorcyzmy. Tak, tak, to nie jest parabola czy symbol, w XXI wieku mamy w Polsce pisarzy, którzy zamieszczają w swoich powieściach śmiertelnie poważnie potraktowane opisy skutecznych egzorcyzmów. Chwała Bogu, że książka Terlikowskiego jest tak zła, że przekłady jej nie grożą, bo oprócz Kaczyńskiego i naszych piłkarzy za granicą mieliby trzeci powód, żeby się z nas podśmiewać.

Drugim „argumentem” Terlikowskiego przeciwko eutanazji jest po prostu pokazanie jej jako formy morderstwa. Dziadek zapada na raka, więc rodzina podejmuje decyzję o zabiciu dziadka, co Terlikowski nazywa eutanazją. Albo ktoś zdecydował się na eutanazję, zmienił zdanie, ale już nie może się wycofać, bo „nie można narażać rodziny na stres związany z odwołaniem śmierci, a wstrzymanie procedur eutanazyjnych wymaga zbyt wielu kosztów” (str. 113). I Terlikowski opisuje scenę zabicia tej wyleczonej egzorcyzmami i chcącej żyć i chociaż opisuje morderstwo, to nazywa je eutanazją. Po prostu uznał sobie, że nazwa określa podłożony przez niego desygnat, a nie ten właściwy, i w ten sposób się z eutanazją rozprawia. Równie dobrze mógłby opisać społeczeństwo, w którym morduje się niedoszłych samobójców, bo „nie można narażać rodziny na stres związany z ponowną ewentualną próbą, a leczenie wymaga zbyt wielu kosztów”. Nic dziwnego, że w tym kraju żadna sensowna dyskusja nie jest możliwa, skoro tego rodzaju argumentacji używa gość z doktoratem.

Druga ciekawa metoda stosowana przez Terlikowskiego przypomniała mi broszurkę świadków Jehowy rozprawiającą się z teorią ewolucji. Z braku rzeczowych w broszurce stosowano głównie argumenty typu „nawet znany ewolucjonista, profesor X, powiedział, że to nieprawda”. Po lekturze miało się wrażenie, że najbardziej zażartymi przeciwnikami teorii ewolucji są jej badacze z Darwinem na czele (zresztą Terlikowski stosuje identyczny zabieg, w powieści właśnie biolog tłumaczy dzieciom, że ewolucja „nie jest jedyną możliwą wersją powstania gatunków”, str. 25). I podobne wrażenie, że najbardziej doceniają katolicyzm jego przeciwnicy, ma się po lekturze powieści Terlikowskiego. Bo generalnie wszyscy, którzy nie są prawdziwymi katolikami, czyli karierowicze reżimu, wysługujący mu się dziennikarze, koncesjonowani księża, a nawet szczerzy ateiści są pod urokiem katolicyzmu. A jeśli nie są, to dostrzegają, że czegoś - czytaj: religii - im brakuje. Terlikowski żywi niezachwiane przekonanie, że człowiek bez religii jest jak ryba bez wody, tymczasem jako człowiek bezreligijny mogę mu powiedzieć, że religia tak mi jest potrzebna jak rybie rower. (Wiem, oczywiście, że mi nie uwierzy, uzna po prostu, że nie zdaję sobie sprawy, czego potrzebuję.)

Kim są owi koncesjonowani księża? To duchowni, którzy współpracują z ateistycznym reżimem i cieszą się przywilejami w zamian za dostosowywanie katolickiej doktryny do reżimowych wymagań i trzymanie w ryzach księży chcących głosić prawdziwą wiarę. Terlikowski, który w swojej publicystyce poucza duchownego, jak ma się zachowywać, żeby został zbawiony (nie znam się na teologii, ale wydawało mi się, że to duchowni są od wskazywania wiernym drogi do zbawienia), pije tutaj do liberalnej części duchowieństwa, idącej na kompromisy z nauką i współczesnym światem, czego przejawem jest choćby odcięcie się od egzorcyzmów czy akceptacja innych religii jako równouprawnionych. I akurat z tą krytyką Terlikowskiego się zgadzam. Prawdziwa religia monoteistyczna musi uznawać inne religie za fałszywe, inaczej przestaje być religią, staje się zbiorem pustych haseł i obrzędów. Jeśli nasz Bóg jest jedyny i prawdziwy, to ich Bóg nie może również być jedyny i prawdziwy. Twierdzenie, że to ten sam Bóg, tylko inaczej się nazywa, a inne przykazania daje tamtym, bo mają inną kulturę, jest właściwie oświadczeniem wprost, że Bóg to wytwór kulturowy, a nie realny byt. Jeśli tamci są w błędzie, należy ich nawrócić. Perswazją, a jeśli nie skutkuje, to siłą. Bo przecież w ostatecznym rozrachunku to dla ich dobra. Takie myślenie wynika z istoty religii i dopóki ta jest żywa, w niej przeważa. Chrześcijaństwo powoli dociera do swego wieku starczego i choć Terlikowski tak by tego nie określił, za to właśnie je krytykuje. I z niepokojem (ale też - postawię taką tezę - z zazdrością) spogląda na islam, będący na etapie chrześcijaństwa sprzed kilkuset lat. Oczywiście, prawdziwa religia monoteistyczna jest szkodliwa i niebezpieczna, czego dowodzą stosy trupów, jakie zostawiło za sobą chrześcijaństwo (głoszące miłość bliźniego) i jakie zostawia teraz islam (o tyle uczciwszy, że miłości do niewiernego bliźniego nie głosi). I chociaż chrześcijaństwo jest już bezzębnym staruszkiem, to jednak można się przestraszyć, czytając uzasadnienie stosowania przemocy, jakie Terlikowski wkłada w usta jednego z bohaterów po podpaleniu kliniki aborcyjnej (str. 67-68). A przemyślenia innego pokazują, że Terlikowski gotów jest odrzucić chrześcijańskie zasady, by to chrześcijaństwo zwyciężyło (co, i ta zbieżność nie jest przypadkowa, przypomina przekonanie komunistów, że najpierw trzeba część ludzi wymordować, żeby zapanowała ogólna szczęśliwość): „rozumiał, że trzeba nadstawiać drugi policzek, ale miał dosyć tego cielęcego oczekiwania na kolejne decyzje rządu, tego przekonania, że taki już chrześcijański los, że przyjęcie go jest wzięciem krzyża, a walka jest jego odrzuceniem” (str. 84).

I na koniec ciekawostka. Tak głęboko wierzący Terlikowski nie wierzy w dwie rzeczy: w inkwizycję i pedofilię księży („Nic odkrywczego, stare sprawdzone w rozmaitych okolicznościach triki. Przypomnienie mitów o inkwizycji, opowieści o pedofilii”, str. 247). O ile mi wiadomo, tych faktów nie kwestionuje nawet hierarchia z papieżem na czele, ale czytając Operację „Chusta”, trudno oprzeć się wrażeniu, że Jan Paweł II popełnił błąd, nie likwidując konklawe i nie mianując po prostu Terlikowskiego swoim następcą.

sobota, 24 września 2011

Głębokie zaburzenie stosunku

Tytułowe sformułowanie pochodzi z listu protestacyjnego arcybiskupa Sławoja Leszka Głodzia, ale duchowny wyjątkowo nie zajmuje się seksem ani prokreacją, tylko - co należy uznać za miłą odmianę - muzyką. I protestuje przeciwko zasiadaniu Nergala w jury programu „The Voice of Poland”, co ma być „głębokim zaburzeniem stosunku (...) Spółki [TVP] do misji społecznej”, bo „nie może iść komercja przed dbałością o tkankę życia społecznego”. Dbałością o tkankę języka polskiego arcybiskup głowy sobie nie zaprząta. Równie uroczą polszczyzną posługuje się biskup Wiesław Mering, który uznał, że zatrudnienie Nergala „bije wszelkie granice przyzwoitości”, choć granice się przekracza, a bije rekordy (wtedy nieprzyzwoitości). „Dla wielu Obywateli Polski Chrystus, Jego Ewangelia, Dziedzictwo Chrześcijańskie – są wartościami tak ważnymi, że nie mogą brać udziału w podtrzymywaniu działalności programów telewizyjnych, które do tych wartości odnoszą się z pogardą i szyderstwem”. Wartości biorące udział i podtrzymujące działalność, ale nie wprost, tylko przez to, że są atakowane. I biskupi dziwią się, że ludzie ich nie słuchają. Nadąż człowieku za takim wywodem, kiedy nie jest na piśmie, tylko spływa z ambony.

Mering zagroził, że wezwie do akcji obywatelskiego nieposłuszeństwa i niepłacenia abonamentu, bo „dla mnie najistotniejszym zastrzeżeniem jest, że ja zostaję zmuszony do utrzymywania z moich pieniędzy kogoś, kogo poglądy są mi całkowicie obce, co więcej, kto otwarcie odnosi się z pogardą do ludzi wierzących, a więc i do mnie, do Kościoła i bluźni przeciw mojemu Bogu!” Ja zostaję, moje pieniądze (nie przypadkiem wiernych, którzy położyli je na tacę?), do mnie odnosi się z pogardą (Kościół i Bóg na dalszych miejscach w charakterystycznej kolejności). Ale trzeba docenić uczciwość tej wypowiedzi, że sam Nergal biskupowi aż tak bardzo nie przeszkadza, najgorsze jest, że za pracę w jury dostanie wynagrodzenie z abonamentu płaconego przez biskupa. O ile ten rzeczywiście go płaci. Wziąwszy pod uwagę, że mało kto jeszcze to robi, z chęcią zobaczyłbym skan książeczki albo potwierdzenie przelewów, powiedzmy za ostatnie pół roku. W samą deklarację nie wierzę, bo księża deklarują jeszcze parę rzeczy (np. niewywyższanie się nad innych czy niegonienie za dobrami materialnymi), których wcale nie przestrzegają. Chciałbym również od biskupa Meringa dowiedzieć się, dlaczego z kolei Nergal ma być zmuszony do utrzymywania ze swoich pieniędzy kogoś, kogo poglądy są mu całkowicie obce, co więcej, kto otwarcie odnosi się z pogardą do ludzi niewierzących, a więc i do niego.

Abstrahując jednak od nierozumienia idei podatku (abonament na TVP jest de facto podatkiem) i uderzania w bogoojczyźniane tony, należy biskupom w sprawie Darskiego przyznać rację. Telewizja publiczna ma ustawowy obowiązek przestrzegać wartości chrześcijańskich i choć wprawdzie nie do końca wiadomo, czy tych deklarowanych (miłość bliźniego), czy tych stosowanych w codziennym życiu (bij pedała, ateusza, aborcjonistę), to nie ulega wątpliwości, że drący Biblię i nazywający Kościół zbrodniczą sektą Nergal krzewicielem wartości chrześcijańskich nie jest. Nawiasem mówiąc, złamania prawa można dopatrzeć się również w nazwie programu, bo zgodnie z ustawą o języku polskim podmiot publiczny, jakim jest telewizja, ma obowiązek dbać o polszczyznę, a trudno za taką dbałość uznać nadawanie programom angielskojęzycznych tytułów. Tłumaczenia TVP, że Adam Darski został wybrany na jurora ze względu na swoje kwalifikacje muzyczne, a nie satanistyczne, są równie wiarygodne co tłumaczenia złodzieja, który przyłapany na okradaniu wystawy, wyjaśnia, że zastał rozbitą szybę i chciał zabezpieczyć towar. Muzyków czy krytyków muzycznych w tym kraju nie brakuje, ale nie każdy wsławił się chodzeniem z Dodą, wygranym procesem o obrazę uczuć religijnych i nie każdy ma odwagę chlapnąć coś kontrowersyjnego, co przyciągnie widzów.

Atak biskupów na muzyka pokazuje, że należy wreszcie zlikwidować wszelkie przepisy, których celem jest umocnienie dominacji katolicyzmu. Inaczej sytuacje takie jak tutaj będą się powtarzać: prawo jest ignorowane, a telewizja publiczna, która powinna uczyć, że dura lex, sed lex, demonstruje społeczeństwu, że prawa można nie przestrzegać. Oczywiście przestrzeganie zapisu o propagowaniu wartości chrześcijańskich doprowadziłoby nas prostą drogą do państwa wyznaniowego, stąd postulat jak wyżej.

Biskupi w swoich protestach ustawiają się na czele Katolickiego Społeczeństwa, Katolickiego Narodu i milionów Katolików kochających Świętą Trójcę, czyli Jana Pawła II, Jezusa i Maryję. Jeśli stoi za nimi taki tłum, to co im przeszkadza Nergal w programie? Przecież każdy Prawdziwy Katolik na widok tego diabła wcielonego przełączy na telewizję Trwam i show zostanie zdjęty z anteny, bo sataniści, ateiści, heretycy i innowiercy, stanowiący wedle twierdzeń Kościoła nieistotny statystycznie odłamek polskiego społeczeństwa, nie zapewnią programowi wystarczającej oglądalności.

Głównym sprawcą konfliktu jest TVP, ale wcale nie dlatego, że zatrudniła Nergala, tylko dlatego, że nadaje komercyjny show. Zaproszenie Darskiego do jury było już tylko logicznym następstwem takiej polityki programowej. Tymczasem telewizja publiczna, zamiast konkurować ze stacjami prywatnymi o widza żądnego nieskomplikowanej rozrywki, powinna nadawać koncerty Filharmoników Wiedeńskich, relacje z Carnegie Hall czy z Opery Narodowej. We wpisie Książki a sznurek do snopowiązałek postulowałem odebranie telewizji prawa do nadawania reklam, ale doszedłem do wniosku, że to nie uzdrowi sytuacji. TVP bez reklam i tak będzie pompowała oglądalność w nadziei, że po filmie klasy B z odpowiednią dawką mordobicia spora część widzów z rozpędu obejrzy polityka, którego będzie chciała lansować rządząca akurat w telewizji partia. Zlikwidujmy fikcję, którą utrzymujemy od dwudziestu lat, bo te dwie dekady jednoznacznie dowiodły, że do posiadania telewizji publicznej nie dojrzeliśmy. Na razie jesteśmy na poziomie wieśniaka, który po przeprowadzce ze wsi do miasta uważa, że wanna służy do trzymania w niej kur. Jak za jakieś pół wieku mentalnie dogonimy Brytyjczyków czy Niemców, wtedy zafundujemy sobie telewizję na poziomie BBC czy ARD. Finansowanie z pieniędzy podatników programów typu „The Voice of Poland” jest tych pieniędzy defraudacją, już bez względu na to, czy w jury zasiada Nergal, czy nie.

sobota, 27 sierpnia 2011

Leczenie krzyżem

Pacjent ateista leżący w szpitalu im. Witolda Orłowskiego w Warszawie, będący na sali sam, zdjął ze ściany krucyfiks i położył go stole. Oburzył tym salową, która uznała, że „pozycja pozioma krzyżowi uwłacza”, i pielęgniarkę, która pouczyła go, że na wiszący naprzeciw jego łóżka krzyż wcale nie musi patrzeć. Obie panie wyłuszczyły znajomej pacjenta, że „większość społeczeństwa jest katolicka, więc mógłby dać spokój i być choć odrobinę tolerancyjny”. „Gazeta Wyborcza”, która opisała zdarzenie, poprosiła o opinię Halinę Bortnowską, szefową Rady Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka oraz Marka Balickiego, byłego ministra zdrowia, obecnie posła SLD. Oboje byli zgodni, szpital to dla pacjenta przedłużenie czy namiastka domu, więc krzyż może w sali szpitalnej wisieć.

Zacznijmy od salowej i pielęgniarki. Formułowanie koncepcji, że pozycja pozioma krzyżowi uwłacza, świadczy o tym, że pani katoliczka salowa nie widziała pogrzebu Jana Pawła II (ani żadnego innego katolickiego pogrzebu albo w czasie mszy żałobnej zastanawiała się, jak będzie wyglądała jej następna fryzura), bo na wieku trumny papieża znalazł się krzyż właśnie w pozycji horyzontalnej. I taką pozycję zwykle na trumnach przyjmuje. Pani salowa powinna więc złożyć doniesienie do prokuratury, że Kościół w czasie swoich ceremonii obraża jej uczucia religijne i zażądać również ścigania Watykanu (prokuratura ma już doświadczenie, skoro zajmowała się ochroną dobrego imienia głowy Państwa Watykańskiego). Powoływanie się na fakt, że większość społeczeństwa jest katolicka, pokazuje, że obie panie katoliczki (podobnie jak znakomita większość ich współwyznawców) do dziś nie pojęły, że współczesna demokracja polega na poszanowaniu praw mniejszości.

Interesujący jest dobór przez gazetę ekspertów komentujących zdarzenie. Z jednej strony teolog, z drugiej poseł SLD. Teoretycznie więc eksperci z dwóch stron barykady, ale właśnie tylko teoretycznie, bo drugiej lewicowej partii tak gorliwie podlizującej się Kościołowi ze świecą szukać. Eksperci mają takie samo zdanie, co jednak nie skłania „Gazety” do zrezygnowania z publikacji opinii jednego z nich i poszukania eksperta, który przedstawiłby pogląd przeciwny.

Twierdzenie, że szpital jest przedłużeniem czy namiastką domu, jest nieprawdziwe: żaden pacjent nie traktuje szpitala jako domu. Przeciwnie, wie, że musi liczyć się z ograniczeniami i niedogodnościami, których w domu nie ma. I każdy chce ze szpitala jak najszybciej uciec. Ale nawet gdyby z twierdzeniem Bortnowskiej i Balickiego się zgodzić, to powstaje pytanie, dlaczego ma to być przedłużenie domu osoby wierzącej, a niewierzącej już nie. Zdjęcie ilustrujące artykuł przedstawia fronton szpitala z czytelnym napisem, że to szpital publiczny. Publiczny, czyli utrzymywany z podatków, publiczny, czyli taki, który ma obowiązek respektować konstytucyjną zasadę neutralności światopoglądowej, a więc być wolny od religijnych symboli. Jak pani pielęgniarka z salową zatrudnią się w szpitalu zakonnym czy prowadzonym przez jakąś katolicką fundację, wtedy będą mogły sobie protestować przeciwko zdejmowaniu krzyży.

Respektowanie neutralności światopoglądowej przez instytucję publiczną akurat w przypadku szpitala nie wiąże się z żadną niedogodnością dla katolików, gdyż każdy pacjent ma do swojej prywatnej dyspozycji kawałek przestrzeni – stolik, ścianę nad łóżkiem – w której może umieścić krzyży do woli. Choć podejrzewam, że gdyby taki pacjent zechciał sobie przybić krzyżyk nad łóżkiem, wtedy panie salowa z pielęgniarką zmieniłyby front i zabroniły mu tego, krzycząc, że nie ma zgody na dziurawienie ścian. Bo w całej tej sytuacji nie chodzi o komfort pacjentów (zresztą żadnych innych poza tym niechcącym krzyża nie było), tylko o pokazanie, że w tym miejscu rządzą katolicy. I dlatego krzyż musi wisieć tak, by niejako obejmował całą salę. Krucyfiks na stoliku nie miałby już tej wymowy, byłby prywatnym wyrazem wiary, a więc nie spełniałby swej roli. Ateiści niech sobie gardłują o swoich prawach, ale Polska zawsze była katolicka, największy papież był Polakiem, więc nawet jeśli jakiś odmieniec nie wierzy, to i tak ma obowiązek być kulturowym katolikiem, a tych, do których to nie dociera, odpowiednio się spacyfikuje: powiesi się im krzyż w Sejmie, wprowadzi religię w szkole, na pogrzeb zawoła księdza.

Bortnowska stwierdza, że wiszący krzyż nie stanowi „ujmy dla ludzi niewierzących”. Polemizuje w ten sposób z wymyśloną przez siebie tezą (wygodne, gdyż dużo łatwiej obalić argument, który się adwersarzowi włoży w usta, niż ten naprawdę przezeń sformułowany), bo żaden niewierzący nie odbiera krzyża powieszonego w instytucji publicznej jako czegoś, co urąga jego godności. Krzyż przeszkadza, bo tworzy religijną atmosferę tam, gdzie jej nie powinno być, irytuje, bo stanowi jaskrawy dowód, że nie żyjemy w neutralnym światopoglądowo państwie, chociaż gwarantuje to konstytucja, ale przecież nie jest dla ateisty obraźliwy. Co najwyżej, jeśli jest to krucyfiks, powoduje nieprzyjemne wrażenia, bo przedstawia człowieka torturowanego i cierpiącego. No ale katolicy na cudze cierpienie, w tym założyciela ich własnej religii, są najwyraźniej wyjątkowo odporni. Swoją drogą ciekawe, że przedstawiciele religii, której „aktem założycielskim” była okrutna śmierć, w imię swej wiary przez stulecia mordujący współwyznawców i innowierców, nazywają teraz cywilizacją śmierci liberalny ustrój, w którym życie ludzkie jest szanowane jak nigdy dotąd w historii.