Pokazywanie postów oznaczonych etykietą spotkania autorskie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą spotkania autorskie. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 6 czerwca 2016

O pewnym typowym spotkaniu autorskim

Autorka bloga Read with Nefmi przeżywa, że jako jedyna przyszła na spotkanie autorskie ze mną we wrocławskiej kawiarni kulturalnej Barbara. Szuka przyczyn tego szokującego ją stanu rzeczy, a spotkanie nazywa nietypowym. No cóż. Blogerce po pierwsze umknęło, że wcale by jej na tym spotkaniu nie było, gdyby wydawnictwo Oficynka, z którym nawiązała współpracę, nie poprosiło jej o napisanie z niego relacji. Pojawiła się tam niejako służbowo, więc trudno uznać ją za zwykłego uczestnika, a co za tym idzie, jeśli uczciwie podać liczbę tych, którzy chcieli mnie posłuchać, wyniosła ona zero. Po drugie gdyby blogerka chodziła na spotkania z nieznanymi pisarzami – a najwyraźniej ma pretensje, że inni tego nie robią – wiedziałaby, że jeden uczestnik czy pusta sala nie jest niczym nietypowym. Przy czym wiem to nie tylko jako ten nieznany pisarz, ale właśnie też jako taki uczestnik, któremu zdarzało się tworzyć jednoosobową widownię.

Ba, bywa, że nawet popularni pisarze ściągają niewiele większą publiczność. Niestety, jesteśmy w Polsce, gdzie większość woli posłuchać, co ma do powiedzenia polityk, który nie ma nic do powiedzenia, tylko karmi swój elektorat formułkami, żeby dostać jego głos, albo aktor, który też nie ma nic do powiedzenia, bo sam jeszcze nic nigdy wymyślił, tylko odtwarza, co mu inni napisali. Gdyby ktoś kazał mi zgadywać, ilu czytelników przychodzi na spotkania z Olgą Tokarczuk, to strzeliłbym, że nie mniej niż setka. W każdym razie zanim na spotkanie z nią poszedłem i ze zdumieniem doliczyłem się góra dwudziestu osób. Na Festiwalu Kryminału w Pile pierwszy występował Marek Krajewski, a ja z przerażeniem rozglądałem się po pustawej sali i obliczałem, jakie niedobitki dotrą na spotkanie ze mną, biorąc uwagę przepaść, jaka nas dzieli, jeśli chodzi o popularność. Potem okazało się, że nie było tak źle, ale co się strachu najadłem, to moje. Strachu, bo to był festiwal, na „zwykłym” spotkaniu zerowa frekwencja wprawdzie niczym przyjemnym nie jest, ale też nie rozpaczam z tego powodu, traktuję ją jako jeden z przykrych przejawów rzeczywistości, na który nic nie mogę poradzić. Tym mniej dotkliwy, że się z taką sytuacją liczę i jestem na nią przygotowany. Przed spotkaniem w Barbarze bałem się czegoś innego. Otóż jeśli spotkanie ma się odbyć na przykład w bibliotece i nikt nie przyjdzie, sprawa jest jasna: nie wypaliło, pakuję manatki i wracam do domu. W kawiarni kulturalnej mogą siedzieć ludzie, których status jest niejasny. Nie wiadomo, czy chcą mnie posłuchać, czy jedynie wypić kawę. Zaczynam mówić, a okazuje się, że tylko im przeszkadzam w delektowaniu się cappuccino. I to jest sytuacja, w której człowiek naprawdę głupio się czuje. Kiedy więc dotarłem na miejsce i odkryłem, że w Barbarze część gastronomiczna i kulturalna są wyraźnie rozgraniczone, odetchnąłem z ulgą. Potem moja uwaga skupiła się na tym, że organizatorzy nie zapewnili prowadzącego, a według informacji z wydawnictwa takowy miał być. To mnie zdenerwowało, bo generalnie nie lubię występować sam, a co dopiero kiedy dowiaduję się o tym pięć minut przed spotkaniem. Uważam, że spotkanie z prowadzącym wypada znacznie żywiej i ciekawiej, jest interakcja, którą nie zawsze udaje się uzyskać z publicznością. Moje wypowiedzi są bardziej spontaniczne, bo reaguję na pytania prowadzącego, a nie mówię według przygotowanego scenariusza. I nie czuję żadnej presji, bo nie ja odpowiadam za przebieg spotkania. To prowadzący musi zadbać, żeby wszystko poszło gładko i sprawnie, postarać się wciągnąć publiczność do rozmowy i pacyfikować tych, którzy przyszli nie po to, by pisarza posłuchać, ale żeby mu coś opowiedzieć. Tacy ludzie są zmorą spotkań autorskich, niby zadając pytanie, potrafią wygłaszać długie tyrady i to wcale niekoniecznie o literaturze.

Kiedy studiowałem na UAM, przyjechał do nas Stanisław Barańczak (wtedy uniwersytecka aula była wypełniona po brzegi). Do dziś pamiętam swój podziw, jak facet od głupiego pytania studenta potrafił przejść do sensownej i ciekawej wypowiedzi, nie ujawniając przy tym pytającemu, że zadał głupie pytanie. Okazało się, że mam tę samą umiejętność i z tego względu kiepski prowadzący niespecjalnie mi przeszkadza, a z powodów wskazanych wyżej uważam, że lepszy kiepski niż żaden. Chociaż na ogół miewałem dobrych prowadzących, zresztą wiele nie trzeba, żeby dobrze poprowadzić spotkanie z pisarzem. Jeśli zna się jego książki, ma się przygotowane pytania, ale nie zadaje się ich punkt po punkcie, tylko reaguje na to, co autor mówi, to trudno zawalić sprawę. Ostatecznie esencję spotkania tworzą wypowiedzi pisarza i wystarczy dać mu podkładkę, by wyszło ciekawie. Właściwie tylko raz prowadzący naprawdę mi podpadł, był to gość z wydawnictwa Branta, które opublikowało „Między prawem a sprawiedliwością”. Najpierw wygłosił tak długi wstęp, że zirytowany zwróciłem mu uwagę, że spotkanie jest ze mną, a nie z nim, a potem przeczytał fragment jednego z opowiadań, ujawniając wynik opisywanego w nim procesu (a każdy, kto czyta mojego bloga, wie, że mało co mnie tak wkurza jak spojlerowanie). Dlaczego nie czytałem sam? Bo nie mam za grosz zdolności aktorskich i twardo odmawiam czytania publicznie swoich tekstów. Zawsze mówię prowadzącemu, że albo czyta on, albo nie czytamy w ogóle.

Pytania na spotkaniach na ogół się powtarzają, zwłaszcza że ich tematem jest zwykle cała moja twórczość (również przekładowa), a nie pojedyncza książka. Nie mam tych spotkań tak wiele, by mnie to nużyło, do tego nie muszę przecież za każdym razem odpowiadać tak samo. Zawsze też pojawi się urozmaicenie w postaci pytania, którego nigdy wcześniej nie było (na ostatnim spotkaniu w Szczecinie mówiłem np. o planach tłumaczenia przeze mnie powieści „Ten kto ostrzy wilków kły” Cariny Rydberg, nikt wcześniej się tym nie interesował). Ale są standardowe pytania, których serdecznie nie trawię, a do nich należy „skąd bierze pan pomysły na swoje powieści?”. Ostatnio chyba odpowiadałem, że to tajemnica zawodowa. To też jest zaleta spotkania z prowadzącym, że na dane pytanie można odpowiedzieć krótko i węzłowato albo w ogóle nie odpowiedzieć. Mówię, że odmawiam odpowiedzi albo że nie umiem odpowiedzieć, i już. Prowadzącego czasami na takie dictum zatyka i nerwowo szuka na liście następnego pytania :-), ale uważam, że nie ma nic gorszego, jak udawać wszechwiedzącego albo silić się na odpowiedź na pytanie, którego się na przykład nie zrozumiało, zamiast poprosić o wyjaśnienie. Myślę też, że takie nastawienie przyczynia się do tego, że na spotkania chodzę na pełnym luzie, jest to dla mnie czysta przyjemność, a nie stresujący obowiązek.

czwartek, 5 maja 2016

Powrót do Wrocławia

Na Szczecinie wyjazdy w Polskę się skończyły i jutro, w piątek 6 maja, będę miał spotkanie znowu we Wrocławiu, w kawiarni kulturalnej Barbara przy Świdnickiej 8c, godzina 18.00. Serdecznie zapraszam.

czwartek, 21 kwietnia 2016

W Szczecinie

Jutro, tj. w piątek 22 kwietnia, będę miał spotkanie autorskie o godz. 18 w salonie ProMedia przy al. Wojska Polskiego 2 w Szczecinie. Serdecznie zapraszam. Spotkanie będzie tłumaczone na język migowy.

czwartek, 31 marca 2016

Radio Wrocław Kultura

Dzisiaj o godz. 20.00 będę gościł w „Wieczorze z Kulturą” na antenie Radia Wrocław Kultura i Radia Wrocław. Trochę odgrzewana sprawa, bo chyba będzie głównie o Przygodnym, ale zapraszam.

środa, 13 maja 2015

Spotkanie autorskie we Wrocławiu

Jutro, czyli w czwartek 14 maja, o godz. 18.00 będę miał spotkanie autorskie w filii nr 23 Miejskiej Biblioteki Publicznej we Wrocławiu przy bulwarze Ikara 29-31. Serdecznie zapraszam.

wtorek, 27 stycznia 2015

Samobójca z nożem w plecach

Pojutrze, w czwartek 29 stycznia, o godz. 18 będę gościem Oliwskiego Klubu Kryminału ( Biblioteka Oliwska, ul. Opata J. Rybińskiego 9, Gdańsk) z wykładem pt. „Samobójca z nożem w plecach, czyli jak uniknąć błędów przy pisaniu kryminałów”. Serdecznie zapraszam.

piątek, 21 listopada 2014

W Spodku

Jutro i pojutrze będę na Targach Książki w Katowicach. W sobotę będę na stoisku Sztukatera (nr 8) w godz. 13-15 i 16-17, a w niedzielę w godz. 11-13 i 15-16. Serdecznie zapraszam.

środa, 12 listopada 2014

Zamiast meczu

W najbliższy piątek o godz. 18.00 będę miał spotkanie autorskie w Dolnośląskiej Bibliotece Publicznej we Wrocławiu (Rynek 58). Sala American Corner, II piętro, pok. 20. Jeśli ktoś nie chce patrzeć, jak nasi będę się męczyć z Gruzją, to zapraszam.

poniedziałek, 3 listopada 2014

Pod Wawelem

Po krakowskich targach książki pojawiło się sporo głosów krytycznych, że komercja, spęd i pod względem estetyki też nie najpiękniej, ale muszę powiedzieć, że zupełnie tych głosów nie podzielam. Mnie się same targi podobały, trochę mniej mniej niż skromna moja na nich rola, ale powiedzmy, że pod tym względem zaskoczenia nie było.

Do wpadek organizatorskich się powoli przyzwyczajam, więc jakoś specjalnie mnie nie zmartwiło, że na stoisku zabrakło tabliczki z moim nazwiskiem, ani to, że po skończonej imprezie nie bardzo dało się wyjechać (podobno jeden z wydawców, który się poskarżył, że nikt nie kieruje ruchem, usłyszał, że jak mu się nie podoba, to może się nie wystawiać). Na plus zapisuję rozmowę z każdym czytelnikiem, który zechciał się przy naszym stoliku zatrzymać albo usiąść. Miło też było spotkać znajomych z branży, w tym blogerów, a pewną blogerkę proszę o wybaczenie, że się powtarzałem, wypominając jej, że bezskutecznie czekam na obiecaną recenzję. Najpierw spotkaliśmy się w przejściu, a później blogerka podeszła do naszego stolika i kiedy podawała nazwę swojego bloga mojej koleżance, ja nie mogłem się powstrzymać od uwagi, że to ten blog, na którym nie ma recenzji moich książek. Tak już mam, że jak złośliwość jest udana, to szkoda mi ją zachowywać dla siebie :-)

Targi może rzeczywiście trochę są kiermaszem, ale tłum przechodzący między stoiskami i gigantyczna kolejka do wejścia pokazały, że czytelnicy takiego kiermaszu potrzebują. Patrząc na tych ludzi, aż trudno było uwierzyć, że czytelnictwo w Polsce leży i kuleje. Zetknęliśmy się też z dowodem na to, że pisarzy jednak w Polsce się ceni, gospodyni agroturystyki, w której nocowaliśmy, na wieść o tym, że jej gośćmi są pisarze, przygotowała ręczniki (normalnie trzeba przywieźć własne) i mydło dla każdego z osobna :-)

Mniej udana była impreza o nazwie Kulturkampf, w której miało wziąć udział kilku autorów, przy czym nie wszyscy przyszli. To, że organizatorom nie udaje się ściągnąć publiczności na spotkanie bez znanych nazwisk, jest zrozumiałe, ale że nie udaje im się ściągnąć samych autorów, to swego rodzaju novum. Choć to, że nie wszyscy się pojawili, doceniłem, kiedy przyszło mi wysłuchiwać poematu jakiegoś domorosłego poety, który katował nas przez pół godziny (na prezentację miał być kwadrans) swoimi grafomańskimi wypocinami. Kiedy się nie zna gramatyki i uważa, że połączone bez ładu i składu obrazy, symbole i nawiązania biblijne dadzą coś mądrego, należy sobie odpuścić pisanie. Miałem ochotę wyjść albo poczytać sobie coś na smartfonie, jednak powstrzymała mnie myśl, że przecież poeta z kolei mnie będzie robił za publiczność. Tymczasem facet po swojej prezentacji bezczelnie oświadczył, że musi iść, i zabrał dupę w troki. Szczęście miała pewna czytelniczka, która przyjechała aż z Olkusza, bo przez spóźnienie nie musiała stawiać sobie pytania, dlaczego ludzie bez talentu koniecznie usiłują pisać. Czy ktoś pozbawiony talentu za wszelką cenę usiłuje wystartować w igrzyskach olimpijskich? Tak swoją drogą Olkuszankę też przepraszam za pewną zbyt osobistą uwagę – coś nie miałem dobrego dnia :-( – i jeśli przypadkiem czyta te słowa, to proszę ją o kontakt (mail w lewej kolumnie), bym mógł wyrazić skruchę bardziej personalnie.

A później był powrót do Wrocławia w gęstej mgle i chciałbym się dowiedzieć, kiedy w końcu policja zajmie się piratami drogowymi, którzy doskakują z prędkością stu osiemdziesięciu kilometrów na godzinę i światłami domagają się ustąpienia z drogi, wymuszające nerwowe reakcje.

czwartek, 23 października 2014

Doktor Jekyll w Krakowie

W najbliższy weekend wybieram się do Krakowa na targi, będzie mnie można spotkać na stoisku portalu Duże Ka (A42) w sobotę w godz. 17.00-18.00 i w niedzielę w godz. 11.00-12.00. Jak to ktoś powiedział, na blogu jestem Mr Hyde, w realu doktor Jekyll, więc bez obaw można podejść :-)

Uzupełnienie: W niedzielę będę też na imprezie o nazwie Kulturkampf.

poniedziałek, 1 września 2014

Będąc Wielką Pisarką, czyli o skutkach łączenia wody sodowej z alkoholem

Poprzedni weekend, sobota, około południa. Czekając na start drugiej edycji LiteraTury, rozglądam się po strzelińskim rynku. Ludzi praktycznie nie ma, ale do imprezy jeszcze trochę czasu zostało. W knajpianym ogródku dostrzegam siedzące przy stoliku postaci w białych strojach: pisarze, bo na biało mieliśmy się ubrać. Podchodzę, żeby pogadać i lepiej się poznać. Odbyło się wprawdzie spotkanie zapoznawcze, ale jest nas za dużo, żeby wszystkich od razu spamiętać.

Jedna z pisarek, nazwisko raczej znane, pociąga piwo z kufla. To powoduje moją rezerwę, bo o ludziach, którzy piją od południa i na dodatek w pracy – a my, było nie było, jesteśmy w pracy – mam nie najlepsze mniemanie. Rezerwa objawia się tym, że się nie przysiadam, tylko przystaję. A po pięciu minutach odchodzę, bo tyle mi wystarczy, by się zorientować, z jakim typem mam do czynienia. Ze skrajną egocentryczką, która nie potrzebuje rozmówców, a jedynie słuchaczy, cudzej wypowiedzi słucha tylko po to, by się w odpowiednim miejscu móc wtrącić z tekstem „A ja…”, nigdy nie zadaje interlokutorowi pytań, bo i po co, skoro za grosz jej nie obchodzi, co ktoś poza nią ma do powiedzenia.

W ten sposób poznałem Wielką Pisarkę. Odwrotnie to nie zadziałało, bo przez te pięć minut nie wzbudziłem żadnego zainteresowania Wielkiej Pisarki, byłem jedynie kolejną parą uszu, które odeszły od stolika tak samo anonimowe, jak do niego podeszły. Ale przyszło mi zatęsknić za tym ignorowaniem mojej osoby, bo kiedy Wielkiej Pisarce podpadłem, usłyszałem, że włażę w dupę Wielkiemu K., czyli dowodzącemu zespołem organizującym całą imprezę, oraz zostałem nazwany pożytecznym idiotą, żeby zacytować tylko to, co nadaje się do cytowania.

Ale nie uprzedzajmy faktów. Zapomniawszy o Wielkiej P., w przekonaniu, że nie będę już miał z nią większego kontaktu, udaję się pod wieżę, gdzie organizatorzy ze stowarzyszenia Sztukater rozstawiają stoisko z naszymi książkami. Idzie im to jak po grudzie. Niewiele myśląc, organizuję sobie stolik i rozkładam na nim swoje książki. Okazuje się to doskonałym pomysłem, nie giną w masie pozostałych, informacja, że wyłożone kryminały są autorstwa tego gościa, który je sprzedaje, sprawia, że czytelnicy się zatrzymują. Opowiadam im o swojej twórczości, niektórzy kupują. Po jakimś czasie dołącza do mnie inna autorka, która przez Wielką P. też zostanie uznana za pożyteczną idiotkę. Dokłada swoje książki i teraz zachęcamy, że jeśli kogoś nie interesuje kryminał, może nabyć powieść obyczajową.

Nasze wysiłki, by nakłonić przechodniów do podejścia do stolika, parodiuje jedna z zaproszonych śpiewaczek, wołając „ciepłe bułeczki sprzedajemy”. Osobiście się nie gniewam, cieszę się, że śpiewaczce poprawił się humor, bo dziesięć minut wcześniej była pogrążona w czarnej rozpaczy, że organizatorzy przewidzieli jej występ na stojąco, a ona musi mieć krzesło. Jej dramatycznie ze łzami w oczach powtarzane „Jak ja będę śpiewała bez krzesła?” naprawdę chwytało za serce, bardziej niż żale dziecka, które od trzech dni nic nie jadło. Tylko proszę mnie nie pytać, dlaczego sobie tego krzesła nie skombinowała. Naprawdę nie wiem. Może dlatego, że w Carnegie Hall artystom przynoszą.

Ze spotkania autorskiego w wieży wychodzi jedna z pisarek starszego pokolenia. Kręci głową i wyraźnie zdegustowana mruczy pod nosem, że młodziutka wolontariuszka, które je prowadziła, robiła to „nieprofesjonalnie”. Nie wiem, kim jest ta pisarka, jej nazwisko podczas prezentacji nic mi nie powiedziało, ale to wcale nie znaczy, że normalnie nie udziela wywiadów Beresiowi i Szczuce. Pytam Pożyteczną Idiotkę, która ma już swoje spotkanie za sobą, jak ocenia prowadzenie. Dowiaduję się, że dziewczyna nie ma wprawdzie doświadczenia, w tym wieku trudno mieć, ale jest solidnie przygotowana, stara się i ogólnie wypada pozytywnie. Moje spotkanie w niedzielę potwierdzi opinię Pożytecznej Idiotki: wolontariuszka chce się uczyć, korzysta z udzielanych jej wskazówek i ma dryg do prowadzenia takich rozmów. Ale oczywiście doświadczenie powinna zdobywać gdzie indziej, a nie na imprezach typu LiteraTura, które swoją obecnością zaszczyca pisarska crême de la crême.

Pytam też o frekwencję. Jest źle. Ludzi praktycznie nie ma, wygląda na to, że chodzimy sami na swoje spotkania. Zresztą widać to też na dole, rynek jest pustawy, mało kto przychodzi zajrzeć na stoiska. Organizatorzy mimo że mają nagłośnienie, nie zapowiadają poszczególnych spotkań, nie rozdają żadnych ulotek je reklamujących. Następnego dnia odkryję kolejną przyczynę tej nikłej frekwencji: plakat imprezy jest fatalny, zapowiada wielkie wydarzenie kulturalne, wymienia uczestników, tyle że nie ma słowa gdzie, kogo i o której godzinie można spotkać. Czytelnik albo słuchacz ma sam sobie ustalić.

Czas na posiłek. Serwują w miejscowym liceum, idziemy tam. Na miejscu chlew. Jedzenie wyłożone na ławkach w foliowych workach w postaci zmarzniętych brył, które po rozłupaniu mamy sobie podgrzać w mikrofalówce. Do rozłupywania są plastikowe łyżki i nożyki, zużyte wszędzie się walają. Konsystencja potraw jest taka, że trudno ustalić, co przygotowano, nie ma nikogo, kto by informował, posprzątał, podawał, by całej tej, nomen omen, kuchni nie było widać. Ironizuję, że prawdziwy Hilton, ale zostaję.

Pod wieczór łapie nas deszcz, zwijam swoje stoisko, bo nie mam parasola, i idę na spotkanie autorskie jednego z kolegów. Niestety, nie ma gdzie usiąść, bo organizatorzy uznali, że widzowie będą stać (poroniony pomysł), do tego odbywają się dwa spotkania równolegle, a akustyka wieży jest taka, że jedno zagłusza drugie. W parę osób uznajemy, że wolimy pogadać ze sobą przy piwie. Trudno też, żeby autor miał do nas o to pretensje, wiadomo, że tak naprawdę liczy się obecność ludzi z zewnątrz, a to, czy ktoś z „białych” przyszedł, czy nie, jest bez znaczenia, cały czas rozmawiamy przecież ze sobą prywatnie, wymieniamy doświadczenia i poglądy.

I rzeczywiście, w lokalu koleżanka opowiada pasjonująco o swojej książce poświęconej haftom kaszubskim. Niestety, dosiada się do nas Wielka P. i informuje, że piękne hafty to wychodzą po paru piwach. Ale to dopiero początek. Wielka P. jest w wyśmienitym nastroju. Później przyzna się, że wypiła cztery piwa, a z mojego doświadczenia wynika, że oliwa, która daje sobie w szyję od południa, zwykle zaniża ilość wypitego alkoholu przynajmniej o połowę. Później też dowiemy się, że Wielka P. leczyła tymi piwami stres związany z fatalną organizacją imprezy (taki sposób radzenia sobie ze stresem jest objawem pewnej choroby; Wielka P. wprawdzie twierdzi, że normalnie nie pije, ale dla tej choroby to typowe, że człowiek się do niej nie przyznaje). Pierwsze kłopoty Wielkiej P. zaczęły się już przy dojeździe do Wrocławia, bo miała nienaładowaną komórkę, co spowodowało perturbacje w ustaleniu, z której stacji organizatorzy mają ją odebrać. Ktoś mógłby naiwnie uważać, że za ładowanie komórki odpowiada jej właściciel, ale dla Wielkiej P. jest oczywiste, że w chwili, kiedy informuje organizatorów o rozładowującej się baterii, z lądowiska przy siedzibie organizatora podrywa się helikopter, leci w stronę pociągu, a odpowiednio wyszkolony wolontariusz spuszcza się na drabince i przez okno podaje Wielkiej P. naładowaną komórkę. Na dworzec po Wielką P. przyjeżdża inny autor, co ją oburza. Ktoś inny może by się nawet ucieszył, że odbiera go człowiek, z którym z definicji ma więcej wspólnych tematów, uznał, że to przecież obojętne, jakim samochodem się jedzie, grunt, że jest transport, ale dla Wielkiej P. to najwyraźniej afront. Będąc Wielką Pisarką nie odebrał mię przędstawiciel organizatora. Następne pretensje dotyczą tego, że odcinek autostrady, którym można dojechać w stronę Strzelina, jest płatny, o czym nikt Wielkiej P. ani jej kierowcy nie uprzedził, w efekcie ani kierowca, ani pasażerowie nie mają gotówki. Nie da się co prawda wjechać na autostradę bez świadomości, że jest ona płatna, bo jeśli nawet nie zauważyło się znaku drogowego, który o tym informuje, to na bramce trzeba pobrać bilet, ale Wielkiej P. i jej towarzystwu najwyraźniej się to udało. I Wielka P. opisuje nam w formie thrillera szukanie drobnych, by zebrać na opłatę przy wyjeździe, chyba chcąc zasugerować, że gdyby nie zdołali ich znaleźć, samochód zostałby na wieki wieków na autostradzie. Niestety, organizator zawalił na całej linii i nie przekazał Wielkiej P., że również na dolnośląskiej prowincji można się posługiwać kartami płatniczymi. Nie chcę go tu bronić, bo taki brak informacji jest skandaliczny, ale niech na surowej ocenie jakoś zaważy fakt, że przynajmniej poinformował Wielką P., gdzie leży Strzelin, bo bez tego najwyraźniej nigdy nie zdołałaby tam dotrzeć.

„Nikt mi nie powiedział” jest częstym zarzutem Wielkiej P. Nikt jej na przykład nie powiedział, że w internacie, w którym mieszkamy, jest zakaz spożywania alkoholu, więc Wielka P. jest oburzona, że portierka grozi nam wezwaniem policji, kiedy w nocy mocno hałasujemy, a stołowa zastawa nie pozostawia wątpliwości pod wpływem czego. Co prawda wieczorem, kiedy decydujemy się przenieść z knajpy do internatu, o tym zakazie rozmawiamy (i świadomie decydujemy się go zignorować), ale Wielka P. nas nie słucha. Właśnie opowiada swój kolejny świński dowcip. Bo od haftów Wielka P. przeszła do tematyki seksualnej, ze szczególnym uwzględnieniem onanizmu. Sadzi jeden gruby dowcip za drugim, wtrąca, jakie skojarzenia wywołują u niej neutralne słowa w ustach rozmówców („jak okulista, to pewnie onanista”), popisuje się znajomością sprośnych wierszyków. Zdaje się w ogóle nie zauważać, że jej teksty kwitowane są nie śmiechem, tylko zażenowanym milczeniem, że nikt z towarzystwa nie podejmuje rękawicy i nie opowiada dowcipu z tej samej kategorii, że usiłujemy wrócić do rozmów o literaturze. Chociaż przepraszam, to ostatnie akurat zauważa, bo się włącza: „Nienacki miał kompleksy, dlatego jeździł czerwonym cabrio, wyrywał na nie laski i dymał je po spotkaniach autorskich”.

Kontynuujemy imprezę w internacie, kiedy pojawia się Wielki K. Wielki K. jest, powiedzmy, bardzo specyficznym typem: do wszystkich o wszystko ma pretensje, naskakuje na ludzi często w nieprzyjemny sposób, nigdy nie przyzna się, że coś zrobił źle. Można sobie z nim poradzić, tylko trzeba się zorientować, co to za osobowość, i z jednej strony nie pozwolić sobie wejść na głowę (kto będzie pokornie wysłuchiwał, ma przerąbane), ale z drugiej nie reagować na pretensje, z których nic nie wynika i które nic nie wnoszą. Wielkiemu K. nie podoba się, że mieszkamy w innych pokojach, niż wcześniej przydzielone. Uprawia sztukę dla sztuki, bo nie ma to najmniejszego znaczenia, nie ma też zamiaru nas przenosić i temat zostałby zamknięty, gdyby puścić to mimo uszu, ale próba wyjaśniania, dlaczego tak się stało, prowadzi do dyskusji. Jałowej. Potem Wielki K. pyta, czy ktoś ma jakieś życzenia. Wielka P. zgłasza, że chce pomidorów i ogórków, i okrasza to pretensjami (skądinąd słusznymi), że wcześniej warzyw nie było. Wielki K. odrzuca zarzut, Wielka P. traktuje to chyba jako odmowę, bo zaczynają się kłócić. Wielka P. nie zna jeszcze dobrze Wielkiego K., nie wie, że ten werbalnie nie przyzna się do zarzutu, ale de facto tak i następnego dnia będzie czekała na nią skrzyneczka pomidorów i ogórków (rzeczywiście czekała, tylko nie było ich czym pokroić, bo nie dano nam noży :-).

W późniejszej relacji Wielka P. będzie twierdzić, że Wielki K. groził nam opublikowaniem jakichś zdjęć na Facebooku. Najwyraźniej w tym momencie jeszcze się ze mną solidaryzuje, bo Wielki K. wcale nie kieruje groźby pod naszym adresem, lecz wyłącznie pod moim, w reakcji na to, że dwukrotnie złośliwie zwracam mu uwagę, żeby nie mówił „Norwedzy”, tylko „Norwegowie” (złośliwie, bo niektóre słowniki dopuszczają tę pierwszą formę, ale Wielki K. o tym nie wie). Trzeba być naprawdę kiepskim psychologiem, żeby nie dostrzec, że po prostu nie umie znaleźć ciętej riposty (a do tego, że robi błędy, się nie przyzna), ale we wspomnieniach Wielkiej P. urasta to do rozmiarów groźby karalnej. Wielka P. zresztą szybko przestaje traktować mnie jako sojusznika, bo w pewnym momencie mam jej tak dosyć, że na nią naskakuję, ujawniając, co o niej myślę.

Do nocy dyskutujemy o imprezie. Bronię organizatorów. Nie mam w tym momencie świadomości, jaką organizacyjną katastrofą jest impreza, o wielu faktach dowiaduję się dopiero następnego dnia, zakładam, że pretensje wynikają z zetknięcia się z Wielkim K., które na początku rzeczywiście może być szokiem, z koncepcji imprezy (autorzy mają sami wychodzić do czytelników), która rzeczywiście pisarzowi nie musi się podobać, i zwykłych organizacyjnych niedoróbek, które pisarze z zadartym nosem potrafią rozdmuchać do niebotycznych rozmiarów. Ale uznaję racje Wielkiej P., że na przykład niedopuszczalne jest, by prowadzący spotkanie autorskie miał włączony telefon i odchodził porozmawiać, kiedy ktoś do niego dzwoni. W drugą stronę to nie działa. Wielka P. nie chce słuchać, że współpracuję z tymi ludźmi od dawna, że zorganizowali mi sporo udanych spotkań autorskich. Dowiaduję się, że uprawiam dumping, bo nie dostaję za te spotkania pieniędzy. Jakoś nie przypominam sobie, bym wysiudał Wielką P. z jakiegoś spotkania, dlatego że biblioteka czy szkoła musiała jej zapłacić, a mnie mogła zaprosić za darmo. Przypominam sobie za to całą trasę, w której uczestniczyłem razem z cenionymi autorem powieści dla młodzieży. Ceniony Autor ma od groma płatnych spotkań, ale przyjął zaproszenie od Sztukatera, uznając, że spotkanie bezpłatne jest formą reklamy. I jeśli wobec kogoś stosował dumping, to chyba sam wobec siebie.

To, że śmiem bronić organizatorów, zamiast bezwarunkowo i bezkrytycznie podporządkować się opinii Wielkiej P., w połączeniu z tym, że mam ją za osobę, która wyżej sra, niż dupę ma (wedle jej sformułowania, nie mojego), wywołuje jej niepohamowaną wściekłość. Moje relacje z Wielkim K. zostają określone zwrotami, które nie nadają się na tym blogu do powtórzenia, mimo że niejeden wulgaryzm można w moich tekstach znaleźć. Mogę tylko powiedzieć, że nikt mnie w życiu tak nie zjebał, żeby zastosować poetykę i sposób wyrażania się Wielkiej P. Mniej uwłaczające byłoby, gdyby mnie opluła. Przy tym wszystkim Wielka P. wyraża zatroskanie o moją godność, gdyż z drugiej ręki dowiedziała się, że Wielki K. pomiata mną na spotkaniach autorskich. No to chroń mnie, Panie Boże, przed takimi przyjaciółmi jak Wielka P., z wrogami, którzy mną „pomiatają”, radzę sobie sam.

Następnego dnia Wielka P. tokuje na ganku, po raz n-ty powtarza, że zmarnowała dwa dni, bo mogła przez ten czas pisać, po raz n-ty żali się, że wyłożyła pieniądze na pociąg, i informuje, że zabiera się z imprezy, ale nie autobusem organizatorów, bo nic więcej od nich nie przyjmie. Z tego też względu nie zjadła śniadania. Co prawda wypiła kawę, którą również dostarczyli nam organizatorzy, gdyż bez kawy nie może wytrzymać, jednak po wypiciu kawy mogła już w pełni zademonstrować swoją bezkompromisowość. Niestety, tylko współuczestnikom, gdyż nikogo z organizatorów nie ma. Też jestem świadkiem jej heroicznego protestu, ale już się nie odzywam, nie zamierzam więcej z Wielką P. rozmawiać, cieszę się, że to wulgarne, ordynarne babsko zniknie mi z oczu.

LiteraTura II była organizacyjną katastrofą i to trzeba przyznać. Warto jednak by się skupić na zarzutach rzeczywiście zasadnych, a nie mieć pretensje o to, że nie można się z organizatorem porozumieć, bo nie naładowało się komórki. Albo kręcić nosem, że warunki w szkolnym internacie nie odpowiadają tym w trzygwiazdkowym hotelu, skoro z góry było wiadomo, gdzie będzie się nocować. Albo robić z igły widły, że organizatorzy raz nie podstawili autobusu (mieszkamy sześć kilometrów od Strzelina), skoro tylu uczestników ma samochody, że z dojechaniem nie ma najmniejszego problemu. Albo zgłaszać pretensje, że na spotkaniu zapoznawczym nie ma widzów, bo nie wyczytało się w programie, że to spotkanie zapoznawcze, a nie dla publiczności.

Drugą kategorią zarzutów są pretensje o koncepcję imprezy. Autorzy mają być ubrani na biało, mają być aktywni, zachęcać czytelników, spotkania autorskie odbywają się na stojąco. Tak sobie wymyślili organizatorzy. Można tej koncepcji nie akceptować i po prostu odrzucić zaproszenie. Można akceptować częściowo i wziąć w imprezie udział, uznając, że plusy przeważają minusy. Można z koncepcją polemizować, wskazywać na jej praktyczne niedogodności (biały strój zbyt szybko się brudzi) czy że nie daje zamierzonych wyników, ale trudno zakwalifikować niepodobającą się komuś koncepcję jako złą organizację. To tak, jakby Wielka P. została zaproszona na wesele abstynentów, po czym urządziła dziką awanturę, że nikt jej nie uprzedził, że abstynenci nie piją, ona wprawdzie też nie pije, ale na weselu wóda musi być, bo zawsze na weselach jest, i ona jak do państwa młodych nie przepije, to będzie nieszczęśliwa.

I wreszcie zarzuty zasadne. Jedna sprawa to posiłki, rzecz mniej ważna, bo można było na Hilton machnąć ręką i pójść na pizzę, i tak następnego dnia wszyscy zrobili. Druga, kluczowa, to niemal całkowity brak publiczności. Przyjechaliśmy, żeby zaprezentować swoje książki, opowiedzieć o swojej twórczości, i nie mieliśmy komu. A organizatorzy mieli w ręku samograj, ich zaproszenie przyjął zagraniczny autor poczytnych horrorów, nazwisko z pierwszej światowej ligi. Tymczasem na pierwszym spotkaniu z Zagranicznym Autorem we wrocławskiej księgarni, jeśli nie liczyć osób powiązanych z LiteraTurą (pisarzy lub organizatorów), było mniej ludzi, niż przychodzi na spotkania autorskie nieznanego szerszej publiczności Pawła Pollaka. Skoro organizatorzy nie potrafią przy bardzo głośnym nazwisku przyciągnąć setki osób, żeby potem dla innych autorów siłą inercji pozostało po piętnaście, to jest to wyłącznie ich nieudolność, której żadne zewnętrzne okoliczności nie usprawiedliwiają.

Ale jest też kwestia reakcji. Człowiek przyjeżdża, orientuje się, że nic nie działa. Zaproszeni muzycy dowiedzieli się na przykład, że nie ma sprzętu, który im obiecano, i nie mają na czym grać. Czy siedli w knajpie i wściekając się na organizatora, tankowali jak Wielka P.? Która zresztą swoje tankowanie wyjaśnia dosyć oryginalnie, że nie miała co pić, bo w knajpie nie podawano kawy (dla tych, którzy nie orientują się w strzelińskiej gastronomii: dwieście metrów dalej znajdował się lokal z kawą). Nie. Zakasali rękawy i załatwili sobie sprzęt we własnym zakresie. Pisarka, która ma mieć spotkanie równolegle ze mną, widząc, jak te spotkania wyglądają, proponuje, żebyśmy połączyli siły: nie będziemy rozbijać na dwie grupy skąpej publiczności i nie będziemy się nawzajem zagłuszać. A też mogłaby, zamiast szukać rozwiązań, uznać, że nic tylko się uchlewać.

Powiedzmy, że ktoś jest niezaradny albo, jak Wielka P., przyzwyczajony, że wszystko podsuwa mu się pod nos. W porządku. No to niech postawi na imprezie krzyżyk, weźmie swojego laptopa, którego ma ze sobą, i niech pisze, skoro goni go termin oddania książki. Zamiast biadolić i w kółko powtarzać każdemu, kto chce słuchać i kto nie chce słuchać, że organizatorzy zmarnowali mu dwa kluczowe dni życia i niemal pozbawili środków do życia, zmuszając do wydania własnych pieniędzy na pociąg. Swoją drogą ciekawe, że tak bezkompromisowo zwalczająca „dumping” Wielka P. przyjeżdża z dość daleka na imprezę, za którą nie tylko nie dostanie honorarium, ale nawet zwrotu kosztów podróży (a zwrot kosztów jest standardem; miałem blisko, to pojechałem, gdyby impreza odbywała się w miejscu zamieszkania Wielkiej P., nie przyjąłbym zaproszenia).

Moje osobiste plusy i minusy LiteraTury. Sprzedałem trochę swoich książek, przy czym bywałem już na imprezach, gdzie zeszło mniej, czyli plus. Liczyłem jednak, że sprzedam więcej, że Zagraniczny Autor okaże się magnesem dla czytelników, a mnie skapnie. Czyli minus. Spotkanie autorskie na minus, nie licząc „białych”, była jedna osoba, czyli na mnie i koleżankę wypadło po pół, co stanowi frekwencyjny rekord na dole skali. Spotkanie z Wielkim K., które dla Wielkiej P. okazało się traumą, dla mnie jest neutralne, Wielki K. nie waży się na mnie krzyczeć. Odnowienie znajomości z ludźmi, których poznałem podczas pierwszej edycji, oraz nawiązanie nowych trzy plusy. Spotkanie z Wielką P. minus jak stąd do Moskwy. Mimo to towarzysko do przodu, bo każda z osób, którą polubiłem, jest tak ciekawym i fantastycznym człowiekiem, że jej poznanie warto było okupić nawet spotkaniem z kimś do tego stopnia nieprzyjemnym co Wielka P. Zawodowo raczej kiepskawo, ale w przypadku nieznanego autora spotkanie, na którym pojawia się jeden czytelnik albo żaden, jest przykrym chlebem powszednim. I dlatego nie ma powodu, żeby rozdzierać szaty. A kiedy człowiek widzi, jak Wielka P., która zna tylko aule nabite publicznością po brzegi, której normalnie spotkania organizuje zawodowa agencja PR, a nie amatorskie stowarzyszenie, która nocuje w Astoriach, a nie w internatach, którą ugaszczają francuskimi specjałami, a nie łazankami z mikroweli - toczy pianę i histeryzuje, jakby ktoś jej wymordował rodzinę albo wybuchła trzecia wojna światowa, to przesłania mu to skalę organizacyjnych niedoróbek. Bo wtedy cała uwaga skupia się na histeryczce, całość z rzeczy wkurzającej staje się śmieszna i groteskowa.


PS. To miała być pointa, ale okazuje się, że Wielka P. nie ograniczyła się do obsmarowywania organizatorów (do czego ma święte prawo). Podobno grozi im sądami i prokuratorem, choć żadnego przestępstwa nie popełnili (jeśli ktoś naruszył przepisy, to Wielka P. pijąc w internacie), podobno udało się jej też doprowadzić do tego, że jedna z sieci księgarskich zerwała ze stowarzyszeniem współpracę. Jeśli to prawda, oznacza to, że Wielka P. małostkowo mści się za… no właśnie, za co? Organizatorzy nikogo nie oszukali ani nie działali w złej wierze, nie zorganizowali tej imprezy, żeby się kosztem pisarzy wzbogacić, tylko chcieli zrobić coś dobrego dla kultury, zebrać pieniądze na dom dziecka. Zgoda, totalnie im nie wyszło, położyli imprezę koncertowo, ale jeśli dla Wielkiej P. jest to powód, żeby ich niszczyć, to powiem tak: Sztukater organizacją LiteraTury II owszem sięgnął dna, ale Wielka P. przez swoją reakcję plasuje się pod trzymetrową warstwą mułu.

PS II. Będę kasował wszystkie komentarze, pozwalające zidentyfikować Wielką P., więc proszę bez nazwisk i linków.

środa, 21 maja 2014

Spotkania z okazji premiery

Jak już wspominałem i podawałem na Facebooku, z okazji premiery „Zbyt krótkiego szczęścia” jutro, tj. w czwartek 22 maja o godz. 17.00 będę miał spotkanie autorskie w bibliotece przy ul. Grabiszyńskiej 236a we Wrocławiu.

W piątek 23 maja w godz. 18.00-19.30 nową książkę będę promował we wrocławskim Matrasie przy ul. Świdnickiej. W oba miejsca serdecznie zapraszam.

poniedziałek, 28 kwietnia 2014

Poślizg

Ponieważ zapowiadałem nowego Przygodnego na kwiecień, kwiecień zbliża się do końca, Przygodnego nie ma, dostaję zapytania, co z nim. Niestety, jest poślizg, nowa data premiery została wyznaczona na 22 maja. Ale wydawnictwo zapewnia, że dalszej obsuwy nie będzie, bo na dwudziestego drugiego jest już zaplanowane spotkanie autorskie (we Wrocławiu, w bibliotece na Grabiszyńskiej) powiązane właśnie z premierą „Zbyt krótkiego szczęścia”.

Książka jest już złożona (będzie miała 442 strony), mam jeszcze dostać tekst do ostatecznej akceptacji, potem pójdzie do druku. Na razie mozolimy się nad blurbem, rozglądamy się też, czy jakaś sława nie chciałaby zarekomendować książki, więc jeśli ktoś z państwa jest sławny, czytał „Gdzie mól i rdza” i mu się podobało, to proszę się zgłaszać :-)

Posiadacze „Gdzie mól i rdza” spojrzeli może, że „Zbyt krótkie szczęście” ma być dłuższe, ale to złudzenie spowodowane tym, że „Mól” został wydrukowany małą czcionką. Generalnie, składając książkę, można ją tak ścieśnić albo rozdąć, że liczba stron często nie niesie żadnej informacji o faktycznej objętości powieści (ostatnio w modzie jest rozdymanie). Jak grube są więc moje książki? Obiektywną miarą są arkusze (jeden arkusz to 40 000 znaków), ale to przelicznik dla światka wydawniczego, dla przeciętnego czytelnika raczej kłopotliwy, więcej powie mu liczba słów.

Najcieńsze jest „Między prawem a sprawiedliwością”, które ma tych słów około 70 000. Taka książka bez ścieśniania i rozdymania powinna mieć 300 stron, miała 378. Druga w kolejności „Kanalia” jest ciut większa, 73 000 słów, pierwsze wydanie miało 256 stron, drugie 400. „Gdzie mól i rdza” liczy sobie prawie 96 000 słów, co powinno dać 400 stron, łamacz zmieścił się na 382. Najbardziej rozpisałem się przy „Niepełnych”, przekraczając magiczną setkę, wyszło 102 000 słów. W tym przypadku 424 wydrukowanych stron odpowiada niemal dokładnie tej modelowej książce. Gdzie jest w tym wszystkim „Zbyt krótkie szczęście”? Dokładnie pośrodku. Ma trochę ponad 80 000 słów.

Zacząłem pisać kolejną książkę – na razie nie ujawnię jaką, choć nawet tytuł już mam – i przez dwa dni napisałem dokładnie 2149 słów. Zakładając, że objętościowo wyjdzie jak ta ostatnia, do końca zostało niecałe 78 tysięcy słów. Wydaje się, że to tylko 78 dni, ale choć zdarzało się mi się napisać jednego dnia nawet 1700 słów, to jednak znaczniej częściej ta liczba oscyluje wokół pięciuset. Oczywiście to jest dopiero pierwsza wersja, wymagająca ponownego przeczytania, niekiedy tylko doszlifowania, ale często przerobienia lub dopisania całych fragmentów. Wziąwszy pod uwagę, że nie pisze się każdego dnia, bo zwykle pisarz ma inne obowiązki, a i odpocząć potrzebuje, stanie się jasne, że tworzenie literatury to nie jest zajęcie dla niecierpliwych i chcących od razu widzieć rezultat.

I jeszcze o tym, że będzie mnie można spotkać w dwóch miejscach. 2 maja w piątek w Parku Miejskim w Strzelinie odbędzie się Piknik Rodzinny, będący finałem akcji charytatywnej na rzecz chorej Ani Kuczery, i gdzieś tam przy jakimś stoliku będę ze swoimi książkami. Początek pikniku o godz. 15.00. Też o godzinie piętnastej, ale w czwartek ósmego maja będę miał spotkanie autorskie w bibliotece w miejscowości Gać.

sobota, 23 listopada 2013

Wrocław – spotkanie autorskie

Miejska Biblioteka Publiczna zorganizowała mi spotkanie autorskie, które odbędzie się w najbliższą środę, 27 listopada, o godz. 17.00 w filii przy ul. Roosevelta we Wrocławiu. Poprowadzi je Alicja Borończyk-Lewandowska. Wbrew wrażeniu, jakie mogę sprawiać na blogu, nie gryzę, więc bez obaw można przyjść :-)

czwartek, 19 września 2013

Autor dostępny w weekend

W najbliższy weekend będę dostępny dla moich czytelników, którzy chcieliby chwilę pogawędzić, o coś zapytać albo otrzymać autograf. W sobotę we wrocławskiej Galerii Dominikańskiej w ramach imprezy Moda na książkę. Od tabliczki glinianej do e-booka opowiem czytelnikom, jak wygląda tłumaczenie książek. To spotkanie rozpocznie się o godz. 14.45, zakończy około wpół do czwartej. Zdaje się, że jest ono przewidziane dla młodszych czytelników, ale po spotkaniu chętnie zostanę dłużej, jeśli ktoś będzie chciał porozmawiać.

W niedzielę odwiedzę Targi Książki w Katowicach, w godz. 12.00-13.00 będę okupował stolik na stoisku Granic.pl (nr 17) i jeśli ktoś się dosiądzie, to będzie mi miło.

środa, 28 sierpnia 2013

LiteraTura

W najbliższą sobotę, 31 sierpnia, odbędzie się we Wrocławiu chyba dość nowatorska impreza literacka pod nazwą LiteraTura. Generalnie ma to być spotkanie czytelników z większą grupą pisarzy, wśród których będę i ja. Całość rozpoczyna się o godz. 14.00 wspólnym spacerem po Parku Teatralnym i potrwa do późnych godzin wieczornych. O godz. 19.00 będę miał indywidualną prezentację w Teatrze Arka. Szczegółowy harmonogram i opis poszczególnych punktów programu można znaleźć na stronie organizatora, Stowarzyszenia Sztukater. Serdecznie zapraszam.

wtorek, 19 marca 2013

Kryminalna Piła

Jutro rusza Festiwal Kryminału w Pile, którego będę gościem. Moje spotkanie autorskie przewidziano na czwartek 21 marca na godzinę 16.30. Poprowadzi je Jolanta Świetlikowska z Oficynki, a odbędzie się – jak większość imprez – w Regionalnym Centrum Kultury „Fabryka Emocji” przy pl. Staszica 1. Serdecznie zapraszam.

poniedziałek, 22 października 2012

Wrocławska Mediateka

…przy placu Teatralnym 5 to miejsce mojego kolejnego spotkania autorskiego w najbliższy czwartek, 25 października, o godz. 18. Jak się dowiedziałem ze strony Mediateki, mam mówić o kryminale i Wrocławiu :-) Serdecznie zapraszam.

Staram się nie katować czytelników mojego bloga linkami do recenzji moich książek. Na początku miałem taki zamiar, ale w praniu wyszło inaczej. Po części dlatego, że sam jako czytelnik zacząłem unikać recenzji internetowych przed przeczytaniem książki ze względu na beztroskie ujawnianie kluczowych faktów. O czym jest powieść, lubię się dowiadywać z powieści, a nie z recenzji. Do tego w spoilerach niekoniecznie celują tylko kiepscy blogerzy. Ostatnio przeczytałem pewien beznadziejny polski kryminał. Tytułu nie podam, gdyż jestem zwolennikiem zasady, że pisarz nie powinien być krytykiem, a już na pewno nie na własnym podwórku, poza tym uważam, że polskie kryminały generalnie prezentują wysoki poziom, więc nie ma co się rozwodzić nad jedną czy drugą wpadką. Przeczytawszy, zajrzałem do Internetu, jak to mam teraz w zwyczaju, żeby porównać swoje i cudze wrażenia, i odszukałem recenzję na Portalu Kryminalnym. Muszę powiedzieć, że nieźle bym się wkurzył, gdybym trafił na nią przed lekturą: recenzentka, słusznie krytykując autora za potwornie wydumany motyw zabójstwa, ten motyw ujawnia. Jej się książka nie podobała, to uważa, że może ją dla innych zniszczyć, bo jaki jest sens czytania kryminału, jeśli znamy motyw zabójstwa? Ujawnia też śmierć jednego z bohaterów pod koniec powieści, jedyne naprawdę dramatyczne wydarzenie w tej książce. Normalnie takim krytykom to kazałbym spożyć resztę niesprzedanego przez nich nakładu. Ocena powieści jest rzeczą zawsze subiektywną, negatywna bynajmniej nie oznacza, że powieść nie spodoba się komu innemu, i recenzent musi przecież umożliwić czytelnikowi przeczytanie książki bez znajomości tych faktów, które autor zataił. Wydawałoby się, że to oczywistość, ale jak się okazuje oczywistość, którą trzeba powtarzać nawet recenzentom fachowego portalu.

Dobra, bo mi dygresja wyszła. Chciałem napisać, że nie katuję, a właśnie dzisiaj będę katował, bo znalazłem dwie naprawdę profesjonalne (o książce się pisze, a nie ją opowiada) i rozpływające się w zachwytach recenzje, więc oczywiście odczuwam potrzebę pochwalenia się. Jedna dotyczy Niepełnych, a druga Gdzie mól i rdza.

Jeśli ktoś jednak woli utwory od recenzji, to od jutra udostępniam w Amazonie w trzydniowej promocji za darmo opowiadania kryminalne Czysta arytmetyka i The Plan of the Day oraz humoreskę Propozycja wydawnicza. E-booki powinny być dostępne od ósmej rano, ale różnie z tym bywa, Amazon miewa nawet kilkugodzinne poślizgi. Nie trzeba posiadać Kindle’a, żeby skorzystać z tej promocji, Amazon udostępnia programy, dzięki którym e-booki można przeczytać na praktycznie wszystkich urządzeniach.

Ponieważ dzisiaj taki wpis bardziej linkujący, to zapraszam również do lektury wywiadu dla stowarzyszenia Sztukater.

czwartek, 21 czerwca 2012

Świdnica, Legnica

W najbliższą sobotę, 23 czerwca, będę miał dwa spotkania autorskie, w Świdnicy o godz. 11.00 i w Legnicy o godz. 16.00. Oba w księgarniach Matrasu, serdecznie zapraszam.

Dopisek 22.06: Właśnie otrzymałem telefon od organizatora, że spotkania wypadły, będą w tych miejscowościach w późniejszym terminie.

wtorek, 1 maja 2012

Spotkanie autorskie w Strzelinie

Jutro (2 maja, środa) będę miał dwa spotkania autorskie, ale czytelników mojego bloga zaproszę tylko na jedno. Biletem wstępu na drugie jest skazujący wyrok sądu, gdyż odbędzie się ono w więzieniu :-). Tych, którzy nie weszli w konflikt z prawem, zapraszam na godzinę 18.00 do Strzelińskiego Ośrodka Kultury przy ul. Brzegowej 10a.