Poprzedni weekend, sobota, około południa. Czekając na start drugiej edycji LiteraTury, rozglądam się po strzelińskim rynku. Ludzi praktycznie nie ma, ale do imprezy jeszcze trochę czasu zostało. W knajpianym ogródku dostrzegam siedzące przy stoliku postaci w białych strojach: pisarze, bo na biało mieliśmy się ubrać. Podchodzę, żeby pogadać i lepiej się poznać. Odbyło się wprawdzie spotkanie zapoznawcze, ale jest nas za dużo, żeby wszystkich od razu spamiętać.
Jedna z pisarek, nazwisko raczej znane, pociąga piwo z kufla. To powoduje moją rezerwę, bo o ludziach, którzy piją od południa i na dodatek w pracy – a my, było nie było, jesteśmy w pracy – mam nie najlepsze mniemanie. Rezerwa objawia się tym, że się nie przysiadam, tylko przystaję. A po pięciu minutach odchodzę, bo tyle mi wystarczy, by się zorientować, z jakim typem mam do czynienia. Ze skrajną egocentryczką, która nie potrzebuje rozmówców, a jedynie słuchaczy, cudzej wypowiedzi słucha tylko po to, by się w odpowiednim miejscu móc wtrącić z tekstem „A ja…”, nigdy nie zadaje interlokutorowi pytań, bo i po co, skoro za grosz jej nie obchodzi, co ktoś poza nią ma do powiedzenia.
W ten sposób poznałem Wielką Pisarkę. Odwrotnie to nie zadziałało, bo przez te pięć minut nie wzbudziłem żadnego zainteresowania Wielkiej Pisarki, byłem jedynie kolejną parą uszu, które odeszły od stolika tak samo anonimowe, jak do niego podeszły. Ale przyszło mi zatęsknić za tym ignorowaniem mojej osoby, bo kiedy Wielkiej Pisarce podpadłem, usłyszałem, że włażę w dupę Wielkiemu K., czyli dowodzącemu zespołem organizującym całą imprezę, oraz zostałem nazwany pożytecznym idiotą, żeby zacytować tylko to, co nadaje się do cytowania.
Ale nie uprzedzajmy faktów. Zapomniawszy o Wielkiej P., w przekonaniu, że nie będę już miał z nią większego kontaktu, udaję się pod wieżę, gdzie organizatorzy ze stowarzyszenia Sztukater rozstawiają stoisko z naszymi książkami. Idzie im to jak po grudzie. Niewiele myśląc, organizuję sobie stolik i rozkładam na nim swoje książki. Okazuje się to doskonałym pomysłem, nie giną w masie pozostałych, informacja, że wyłożone kryminały są autorstwa tego gościa, który je sprzedaje, sprawia, że czytelnicy się zatrzymują. Opowiadam im o swojej twórczości, niektórzy kupują. Po jakimś czasie dołącza do mnie inna autorka, która przez Wielką P. też zostanie uznana za pożyteczną idiotkę. Dokłada swoje książki i teraz zachęcamy, że jeśli kogoś nie interesuje kryminał, może nabyć powieść obyczajową.
Nasze wysiłki, by nakłonić przechodniów do podejścia do stolika, parodiuje jedna z zaproszonych śpiewaczek, wołając „ciepłe bułeczki sprzedajemy”. Osobiście się nie gniewam, cieszę się, że śpiewaczce poprawił się humor, bo dziesięć minut wcześniej była pogrążona w czarnej rozpaczy, że organizatorzy przewidzieli jej występ na stojąco, a ona musi mieć krzesło. Jej dramatycznie ze łzami w oczach powtarzane „Jak ja będę śpiewała bez krzesła?” naprawdę chwytało za serce, bardziej niż żale dziecka, które od trzech dni nic nie jadło. Tylko proszę mnie nie pytać, dlaczego sobie tego krzesła nie skombinowała. Naprawdę nie wiem. Może dlatego, że w Carnegie Hall artystom przynoszą.
Ze spotkania autorskiego w wieży wychodzi jedna z pisarek starszego pokolenia. Kręci głową i wyraźnie zdegustowana mruczy pod nosem, że młodziutka wolontariuszka, które je prowadziła, robiła to „nieprofesjonalnie”. Nie wiem, kim jest ta pisarka, jej nazwisko podczas prezentacji nic mi nie powiedziało, ale to wcale nie znaczy, że normalnie nie udziela wywiadów Beresiowi i Szczuce. Pytam Pożyteczną Idiotkę, która ma już swoje spotkanie za sobą, jak ocenia prowadzenie. Dowiaduję się, że dziewczyna nie ma wprawdzie doświadczenia, w tym wieku trudno mieć, ale jest solidnie przygotowana, stara się i ogólnie wypada pozytywnie. Moje spotkanie w niedzielę potwierdzi opinię Pożytecznej Idiotki: wolontariuszka chce się uczyć, korzysta z udzielanych jej wskazówek i ma dryg do prowadzenia takich rozmów. Ale oczywiście doświadczenie powinna zdobywać gdzie indziej, a nie na imprezach typu LiteraTura, które swoją obecnością zaszczyca pisarska crême de la crême.
Pytam też o frekwencję. Jest źle. Ludzi praktycznie nie ma, wygląda na to, że chodzimy sami na swoje spotkania. Zresztą widać to też na dole, rynek jest pustawy, mało kto przychodzi zajrzeć na stoiska. Organizatorzy mimo że mają nagłośnienie, nie zapowiadają poszczególnych spotkań, nie rozdają żadnych ulotek je reklamujących. Następnego dnia odkryję kolejną przyczynę tej nikłej frekwencji: plakat imprezy jest fatalny, zapowiada wielkie wydarzenie kulturalne, wymienia uczestników, tyle że nie ma słowa gdzie, kogo i o której godzinie można spotkać. Czytelnik albo słuchacz ma sam sobie ustalić.
Czas na posiłek. Serwują w miejscowym liceum, idziemy tam. Na miejscu chlew. Jedzenie wyłożone na ławkach w foliowych workach w postaci zmarzniętych brył, które po rozłupaniu mamy sobie podgrzać w mikrofalówce. Do rozłupywania są plastikowe łyżki i nożyki, zużyte wszędzie się walają. Konsystencja potraw jest taka, że trudno ustalić, co przygotowano, nie ma nikogo, kto by informował, posprzątał, podawał, by całej tej, nomen omen, kuchni nie było widać. Ironizuję, że prawdziwy Hilton, ale zostaję.
Pod wieczór łapie nas deszcz, zwijam swoje stoisko, bo nie mam parasola, i idę na spotkanie autorskie jednego z kolegów. Niestety, nie ma gdzie usiąść, bo organizatorzy uznali, że widzowie będą stać (poroniony pomysł), do tego odbywają się dwa spotkania równolegle, a akustyka wieży jest taka, że jedno zagłusza drugie. W parę osób uznajemy, że wolimy pogadać ze sobą przy piwie. Trudno też, żeby autor miał do nas o to pretensje, wiadomo, że tak naprawdę liczy się obecność ludzi z zewnątrz, a to, czy ktoś z „białych” przyszedł, czy nie, jest bez znaczenia, cały czas rozmawiamy przecież ze sobą prywatnie, wymieniamy doświadczenia i poglądy.
I rzeczywiście, w lokalu koleżanka opowiada pasjonująco o swojej książce poświęconej haftom kaszubskim. Niestety, dosiada się do nas Wielka P. i informuje, że piękne hafty to wychodzą po paru piwach. Ale to dopiero początek. Wielka P. jest w wyśmienitym nastroju. Później przyzna się, że wypiła cztery piwa, a z mojego doświadczenia wynika, że oliwa, która daje sobie w szyję od południa, zwykle zaniża ilość wypitego alkoholu przynajmniej o połowę. Później też dowiemy się, że Wielka P. leczyła tymi piwami stres związany z fatalną organizacją imprezy (taki sposób radzenia sobie ze stresem jest objawem pewnej choroby; Wielka P. wprawdzie twierdzi, że normalnie nie pije, ale dla tej choroby to typowe, że człowiek się do niej nie przyznaje). Pierwsze kłopoty Wielkiej P. zaczęły się już przy dojeździe do Wrocławia, bo miała nienaładowaną komórkę, co spowodowało perturbacje w ustaleniu, z której stacji organizatorzy mają ją odebrać. Ktoś mógłby naiwnie uważać, że za ładowanie komórki odpowiada jej właściciel, ale dla Wielkiej P. jest oczywiste, że w chwili, kiedy informuje organizatorów o rozładowującej się baterii, z lądowiska przy siedzibie organizatora podrywa się helikopter, leci w stronę pociągu, a odpowiednio wyszkolony wolontariusz spuszcza się na drabince i przez okno podaje Wielkiej P. naładowaną komórkę. Na dworzec po Wielką P. przyjeżdża inny autor, co ją oburza. Ktoś inny może by się nawet ucieszył, że odbiera go człowiek, z którym z definicji ma więcej wspólnych tematów, uznał, że to przecież obojętne, jakim samochodem się jedzie, grunt, że jest transport, ale dla Wielkiej P. to najwyraźniej afront. Będąc Wielką Pisarką nie odebrał mię przędstawiciel organizatora. Następne pretensje dotyczą tego, że odcinek autostrady, którym można dojechać w stronę Strzelina, jest płatny, o czym nikt Wielkiej P. ani jej kierowcy nie uprzedził, w efekcie ani kierowca, ani pasażerowie nie mają gotówki. Nie da się co prawda wjechać na autostradę bez świadomości, że jest ona płatna, bo jeśli nawet nie zauważyło się znaku drogowego, który o tym informuje, to na bramce trzeba pobrać bilet, ale Wielkiej P. i jej towarzystwu najwyraźniej się to udało. I Wielka P. opisuje nam w formie thrillera szukanie drobnych, by zebrać na opłatę przy wyjeździe, chyba chcąc zasugerować, że gdyby nie zdołali ich znaleźć, samochód zostałby na wieki wieków na autostradzie. Niestety, organizator zawalił na całej linii i nie przekazał Wielkiej P., że również na dolnośląskiej prowincji można się posługiwać kartami płatniczymi. Nie chcę go tu bronić, bo taki brak informacji jest skandaliczny, ale niech na surowej ocenie jakoś zaważy fakt, że przynajmniej poinformował Wielką P., gdzie leży Strzelin, bo bez tego najwyraźniej nigdy nie zdołałaby tam dotrzeć.
„Nikt mi nie powiedział” jest częstym zarzutem Wielkiej P. Nikt jej na przykład nie powiedział, że w internacie, w którym mieszkamy, jest zakaz spożywania alkoholu, więc Wielka P. jest oburzona, że portierka grozi nam wezwaniem policji, kiedy w nocy mocno hałasujemy, a stołowa zastawa nie pozostawia wątpliwości pod wpływem czego. Co prawda wieczorem, kiedy decydujemy się przenieść z knajpy do internatu, o tym zakazie rozmawiamy (i świadomie decydujemy się go zignorować), ale Wielka P. nas nie słucha. Właśnie opowiada swój kolejny świński dowcip. Bo od haftów Wielka P. przeszła do tematyki seksualnej, ze szczególnym uwzględnieniem onanizmu. Sadzi jeden gruby dowcip za drugim, wtrąca, jakie skojarzenia wywołują u niej neutralne słowa w ustach rozmówców („jak okulista, to pewnie onanista”), popisuje się znajomością sprośnych wierszyków. Zdaje się w ogóle nie zauważać, że jej teksty kwitowane są nie śmiechem, tylko zażenowanym milczeniem, że nikt z towarzystwa nie podejmuje rękawicy i nie opowiada dowcipu z tej samej kategorii, że usiłujemy wrócić do rozmów o literaturze. Chociaż przepraszam, to ostatnie akurat zauważa, bo się włącza: „Nienacki miał kompleksy, dlatego jeździł czerwonym cabrio, wyrywał na nie laski i dymał je po spotkaniach autorskich”.
Kontynuujemy imprezę w internacie, kiedy pojawia się Wielki K. Wielki K. jest, powiedzmy, bardzo specyficznym typem: do wszystkich o wszystko ma pretensje, naskakuje na ludzi często w nieprzyjemny sposób, nigdy nie przyzna się, że coś zrobił źle. Można sobie z nim poradzić, tylko trzeba się zorientować, co to za osobowość, i z jednej strony nie pozwolić sobie wejść na głowę (kto będzie pokornie wysłuchiwał, ma przerąbane), ale z drugiej nie reagować na pretensje, z których nic nie wynika i które nic nie wnoszą. Wielkiemu K. nie podoba się, że mieszkamy w innych pokojach, niż wcześniej przydzielone. Uprawia sztukę dla sztuki, bo nie ma to najmniejszego znaczenia, nie ma też zamiaru nas przenosić i temat zostałby zamknięty, gdyby puścić to mimo uszu, ale próba wyjaśniania, dlaczego tak się stało, prowadzi do dyskusji. Jałowej. Potem Wielki K. pyta, czy ktoś ma jakieś życzenia. Wielka P. zgłasza, że chce pomidorów i ogórków, i okrasza to pretensjami (skądinąd słusznymi), że wcześniej warzyw nie było. Wielki K. odrzuca zarzut, Wielka P. traktuje to chyba jako odmowę, bo zaczynają się kłócić. Wielka P. nie zna jeszcze dobrze Wielkiego K., nie wie, że ten werbalnie nie przyzna się do zarzutu, ale de facto tak i następnego dnia będzie czekała na nią skrzyneczka pomidorów i ogórków (rzeczywiście czekała, tylko nie było ich czym pokroić, bo nie dano nam noży :-).
W późniejszej relacji Wielka P. będzie twierdzić, że Wielki K. groził nam opublikowaniem jakichś zdjęć na Facebooku. Najwyraźniej w tym momencie jeszcze się ze mną solidaryzuje, bo Wielki K. wcale nie kieruje groźby pod naszym adresem, lecz wyłącznie pod moim, w reakcji na to, że dwukrotnie złośliwie zwracam mu uwagę, żeby nie mówił „Norwedzy”, tylko „Norwegowie” (złośliwie, bo niektóre słowniki dopuszczają tę pierwszą formę, ale Wielki K. o tym nie wie). Trzeba być naprawdę kiepskim psychologiem, żeby nie dostrzec, że po prostu nie umie znaleźć ciętej riposty (a do tego, że robi błędy, się nie przyzna), ale we wspomnieniach Wielkiej P. urasta to do rozmiarów groźby karalnej. Wielka P. zresztą szybko przestaje traktować mnie jako sojusznika, bo w pewnym momencie mam jej tak dosyć, że na nią naskakuję, ujawniając, co o niej myślę.
Do nocy dyskutujemy o imprezie. Bronię organizatorów. Nie mam w tym momencie świadomości, jaką organizacyjną katastrofą jest impreza, o wielu faktach dowiaduję się dopiero następnego dnia, zakładam, że pretensje wynikają z zetknięcia się z Wielkim K., które na początku rzeczywiście może być szokiem, z koncepcji imprezy (autorzy mają sami wychodzić do czytelników), która rzeczywiście pisarzowi nie musi się podobać, i zwykłych organizacyjnych niedoróbek, które pisarze z zadartym nosem potrafią rozdmuchać do niebotycznych rozmiarów. Ale uznaję racje Wielkiej P., że na przykład niedopuszczalne jest, by prowadzący spotkanie autorskie miał włączony telefon i odchodził porozmawiać, kiedy ktoś do niego dzwoni. W drugą stronę to nie działa. Wielka P. nie chce słuchać, że współpracuję z tymi ludźmi od dawna, że zorganizowali mi sporo udanych spotkań autorskich. Dowiaduję się, że uprawiam dumping, bo nie dostaję za te spotkania pieniędzy. Jakoś nie przypominam sobie, bym wysiudał Wielką P. z jakiegoś spotkania, dlatego że biblioteka czy szkoła musiała jej zapłacić, a mnie mogła zaprosić za darmo. Przypominam sobie za to całą trasę, w której uczestniczyłem razem z cenionymi autorem powieści dla młodzieży. Ceniony Autor ma od groma płatnych spotkań, ale przyjął zaproszenie od Sztukatera, uznając, że spotkanie bezpłatne jest formą reklamy. I jeśli wobec kogoś stosował dumping, to chyba sam wobec siebie.
To, że śmiem bronić organizatorów, zamiast bezwarunkowo i bezkrytycznie podporządkować się opinii Wielkiej P., w połączeniu z tym, że mam ją za osobę, która wyżej sra, niż dupę ma (wedle jej sformułowania, nie mojego), wywołuje jej niepohamowaną wściekłość. Moje relacje z Wielkim K. zostają określone zwrotami, które nie nadają się na tym blogu do powtórzenia, mimo że niejeden wulgaryzm można w moich tekstach znaleźć. Mogę tylko powiedzieć, że nikt mnie w życiu tak nie zjebał, żeby zastosować poetykę i sposób wyrażania się Wielkiej P. Mniej uwłaczające byłoby, gdyby mnie opluła. Przy tym wszystkim Wielka P. wyraża zatroskanie o moją godność, gdyż z drugiej ręki dowiedziała się, że Wielki K. pomiata mną na spotkaniach autorskich. No to chroń mnie, Panie Boże, przed takimi przyjaciółmi jak Wielka P., z wrogami, którzy mną „pomiatają”, radzę sobie sam.
Następnego dnia Wielka P. tokuje na ganku, po raz n-ty powtarza, że zmarnowała dwa dni, bo mogła przez ten czas pisać, po raz n-ty żali się, że wyłożyła pieniądze na pociąg, i informuje, że zabiera się z imprezy, ale nie autobusem organizatorów, bo nic więcej od nich nie przyjmie. Z tego też względu nie zjadła śniadania. Co prawda wypiła kawę, którą również dostarczyli nam organizatorzy, gdyż bez kawy nie może wytrzymać, jednak po wypiciu kawy mogła już w pełni zademonstrować swoją bezkompromisowość. Niestety, tylko współuczestnikom, gdyż nikogo z organizatorów nie ma. Też jestem świadkiem jej heroicznego protestu, ale już się nie odzywam, nie zamierzam więcej z Wielką P. rozmawiać, cieszę się, że to wulgarne, ordynarne babsko zniknie mi z oczu.
LiteraTura II była organizacyjną katastrofą i to trzeba przyznać. Warto jednak by się skupić na zarzutach rzeczywiście zasadnych, a nie mieć pretensje o to, że nie można się z organizatorem porozumieć, bo nie naładowało się komórki. Albo kręcić nosem, że warunki w szkolnym internacie nie odpowiadają tym w trzygwiazdkowym hotelu, skoro z góry było wiadomo, gdzie będzie się nocować. Albo robić z igły widły, że organizatorzy raz nie podstawili autobusu (mieszkamy sześć kilometrów od Strzelina), skoro tylu uczestników ma samochody, że z dojechaniem nie ma najmniejszego problemu. Albo zgłaszać pretensje, że na spotkaniu zapoznawczym nie ma widzów, bo nie wyczytało się w programie, że to spotkanie zapoznawcze, a nie dla publiczności.
Drugą kategorią zarzutów są pretensje o koncepcję imprezy. Autorzy mają być ubrani na biało, mają być aktywni, zachęcać czytelników, spotkania autorskie odbywają się na stojąco. Tak sobie wymyślili organizatorzy. Można tej koncepcji nie akceptować i po prostu odrzucić zaproszenie. Można akceptować częściowo i wziąć w imprezie udział, uznając, że plusy przeważają minusy. Można z koncepcją polemizować, wskazywać na jej praktyczne niedogodności (biały strój zbyt szybko się brudzi) czy że nie daje zamierzonych wyników, ale trudno zakwalifikować niepodobającą się komuś koncepcję jako złą organizację. To tak, jakby Wielka P. została zaproszona na wesele abstynentów, po czym urządziła dziką awanturę, że nikt jej nie uprzedził, że abstynenci nie piją, ona wprawdzie też nie pije, ale na weselu wóda musi być, bo zawsze na weselach jest, i ona jak do państwa młodych nie przepije, to będzie nieszczęśliwa.
I wreszcie zarzuty zasadne. Jedna sprawa to posiłki, rzecz mniej ważna, bo można było na Hilton machnąć ręką i pójść na pizzę, i tak następnego dnia wszyscy zrobili. Druga, kluczowa, to niemal całkowity brak publiczności. Przyjechaliśmy, żeby zaprezentować swoje książki, opowiedzieć o swojej twórczości, i nie mieliśmy komu. A organizatorzy mieli w ręku samograj, ich zaproszenie przyjął zagraniczny autor poczytnych horrorów, nazwisko z pierwszej światowej ligi. Tymczasem na pierwszym spotkaniu z Zagranicznym Autorem we wrocławskiej księgarni, jeśli nie liczyć osób powiązanych z LiteraTurą (pisarzy lub organizatorów), było mniej ludzi, niż przychodzi na spotkania autorskie nieznanego szerszej publiczności Pawła Pollaka. Skoro organizatorzy nie potrafią przy bardzo głośnym nazwisku przyciągnąć setki osób, żeby potem dla innych autorów siłą inercji pozostało po piętnaście, to jest to wyłącznie ich nieudolność, której żadne zewnętrzne okoliczności nie usprawiedliwiają.
Ale jest też kwestia reakcji. Człowiek przyjeżdża, orientuje się, że nic nie działa. Zaproszeni muzycy dowiedzieli się na przykład, że nie ma sprzętu, który im obiecano, i nie mają na czym grać. Czy siedli w knajpie i wściekając się na organizatora, tankowali jak Wielka P.? Która zresztą swoje tankowanie wyjaśnia dosyć oryginalnie, że nie miała co pić, bo w knajpie nie podawano kawy (dla tych, którzy nie orientują się w strzelińskiej gastronomii: dwieście metrów dalej znajdował się lokal z kawą). Nie. Zakasali rękawy i załatwili sobie sprzęt we własnym zakresie. Pisarka, która ma mieć spotkanie równolegle ze mną, widząc, jak te spotkania wyglądają, proponuje, żebyśmy połączyli siły: nie będziemy rozbijać na dwie grupy skąpej publiczności i nie będziemy się nawzajem zagłuszać. A też mogłaby, zamiast szukać rozwiązań, uznać, że nic tylko się uchlewać.
Powiedzmy, że ktoś jest niezaradny albo, jak Wielka P., przyzwyczajony, że wszystko podsuwa mu się pod nos. W porządku. No to niech postawi na imprezie krzyżyk, weźmie swojego laptopa, którego ma ze sobą, i niech pisze, skoro goni go termin oddania książki. Zamiast biadolić i w kółko powtarzać każdemu, kto chce słuchać i kto nie chce słuchać, że organizatorzy zmarnowali mu dwa kluczowe dni życia i niemal pozbawili środków do życia, zmuszając do wydania własnych pieniędzy na pociąg. Swoją drogą ciekawe, że tak bezkompromisowo zwalczająca „dumping” Wielka P. przyjeżdża z dość daleka na imprezę, za którą nie tylko nie dostanie honorarium, ale nawet zwrotu kosztów podróży (a zwrot kosztów jest standardem; miałem blisko, to pojechałem, gdyby impreza odbywała się w miejscu zamieszkania Wielkiej P., nie przyjąłbym zaproszenia).
Moje osobiste plusy i minusy LiteraTury. Sprzedałem trochę swoich książek, przy czym bywałem już na imprezach, gdzie zeszło mniej, czyli plus. Liczyłem jednak, że sprzedam więcej, że Zagraniczny Autor okaże się magnesem dla czytelników, a mnie skapnie. Czyli minus. Spotkanie autorskie na minus, nie licząc „białych”, była jedna osoba, czyli na mnie i koleżankę wypadło po pół, co stanowi frekwencyjny rekord na dole skali. Spotkanie z Wielkim K., które dla Wielkiej P. okazało się traumą, dla mnie jest neutralne, Wielki K. nie waży się na mnie krzyczeć. Odnowienie znajomości z ludźmi, których poznałem podczas pierwszej edycji, oraz nawiązanie nowych trzy plusy. Spotkanie z Wielką P. minus jak stąd do Moskwy. Mimo to towarzysko do przodu, bo każda z osób, którą polubiłem, jest tak ciekawym i fantastycznym człowiekiem, że jej poznanie warto było okupić nawet spotkaniem z kimś do tego stopnia nieprzyjemnym co Wielka P. Zawodowo raczej kiepskawo, ale w przypadku nieznanego autora spotkanie, na którym pojawia się jeden czytelnik albo żaden, jest przykrym chlebem powszednim. I dlatego nie ma powodu, żeby rozdzierać szaty. A kiedy człowiek widzi, jak Wielka P., która zna tylko aule nabite publicznością po brzegi, której normalnie spotkania organizuje zawodowa agencja PR, a nie amatorskie stowarzyszenie, która nocuje w Astoriach, a nie w internatach, którą ugaszczają francuskimi specjałami, a nie łazankami z mikroweli - toczy pianę i histeryzuje, jakby ktoś jej wymordował rodzinę albo wybuchła trzecia wojna światowa, to przesłania mu to skalę organizacyjnych niedoróbek. Bo wtedy cała uwaga skupia się na histeryczce, całość z rzeczy wkurzającej staje się śmieszna i groteskowa.
PS. To miała być pointa, ale okazuje się, że Wielka P. nie ograniczyła się do obsmarowywania organizatorów (do czego ma święte prawo). Podobno grozi im sądami i prokuratorem, choć żadnego przestępstwa nie popełnili (jeśli ktoś naruszył przepisy, to Wielka P. pijąc w internacie), podobno udało się jej też doprowadzić do tego, że jedna z sieci księgarskich zerwała ze stowarzyszeniem współpracę. Jeśli to prawda, oznacza to, że Wielka P. małostkowo mści się za… no właśnie, za co? Organizatorzy nikogo nie oszukali ani nie działali w złej wierze, nie zorganizowali tej imprezy, żeby się kosztem pisarzy wzbogacić, tylko chcieli zrobić coś dobrego dla kultury, zebrać pieniądze na dom dziecka. Zgoda, totalnie im nie wyszło, położyli imprezę koncertowo, ale jeśli dla Wielkiej P. jest to powód, żeby ich niszczyć, to powiem tak: Sztukater organizacją LiteraTury II owszem sięgnął dna, ale Wielka P. przez swoją reakcję plasuje się pod trzymetrową warstwą mułu.
PS II. Będę kasował wszystkie komentarze, pozwalające zidentyfikować Wielką P., więc proszę bez nazwisk i linków.