Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hjalmar Söderberg. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hjalmar Söderberg. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 14 marca 2016

Pies w ogrójcu

Właściwie miałem napisać powieść, ale nie mam na to siły. Jedną zacząłem, ale nie pociąga mnie… Ciąć się samemu na paski i kawałki i z tych kawałków kleić postaci: urzędnika, lekarza, dziennikarza, polityka i innych… Nie mam już siły na tę komedię.

Tak skarżył się Hjalmar Söderberg w wydanej w 1909 roku książce pt. „Niepokój serca” (Hjärtats oro), która była po prostu zbiorem tekstów publicystycznych.

Powieść, którą wspomina, nosiła roboczy tytuł „Potknięcie Lydii” (Lydias felsteg). Choć Söderberg mówi tylko o jej rozpoczęciu, z listów do Emilie (jego przyszłej drugiej żony), siostry Fridy i do wydawcy wynika, że pracował nad nią intensywnie przez blisko rok. Dość prawdopodobne jest, że była to pierwsza wersja „Niebłahych igraszek”, które wyszły w 1912 roku. Pierwszy rozdział jest na pewno identyczny, ukazał się on w 1910 r. drukiem w czasopiśmie „Idun” pod tytułem „Młodzieńcze dni” (z tym, że Lydia nosi tutaj imię Paula). „Niebłahe igraszki” inspirowane są tym samym wydarzeniem w życiu pisarza – romansem z Marią von Platen – co dramat „Gertruda”, a ten Söderberg opublikował w 1906 r. Ponadto w papierach Söderberga nie ma rękopisu „Potknięcia Lydii”. Ponieważ jego archiwum jest w zasadzie kompletne, a brak w nim jedynie rękopisów wydanych utworów, bo autor „Doktora Glasa” nie widział powodu, by je przechowywać, stanowi to dodatkową poszlakę, że chodzi o dwie wersje tej samej książki.

Z jednej strony należy się cieszyć, że „na tę komedię” Söderberg jeszcze znalazł siły, bo „Niebłahe igraszki” są po prostu powieścią doskonałą, z drugiej strony pozostaje żałować, że nie starczyło ich na więcej, bo są też powieścią w jego dorobku ostatnią, a przecież w tym momencie pisarz miał przed sobą jeszcze prawie trzy dekady życia (zmarł w 1941 roku).

Ostatnią „normalną” powieścią, żeby uściślić, bo Söderberg zajął się studiami religioznawczymi, a ich rezultaty raz opublikował w formie powieściowej. Mowa tu o „Jezusie Barabaszu” (Jesus Barabbas) z 1928 roku. Aczkolwiek bardzo żałuję, że Söderberg nie napisał więcej klasycznych powieści, to muszę przyznać, że przerzucił się na temat szalenie mnie interesujący, więc „Jezusa Barabasza” z chęcią przeczytałem, a później przełożyłem i samodzielnie wydałem. W Polsce, niestety, książka nie wzbudziła żadnego zainteresowania, czego nie mogę kłaść na karb słabości mojego wydawnictwa, bo wydane również jego nakładem „Opowiastki” i „Niebłahe igraszki” znalazły znacznie szerszy oddźwięk. Tym bardziej ucieszyła mnie recenzja „Jezusa Barabasza” na blogu Koczowniczki.

Mam trochę wrażenie, że książka jest z góry odrzucana z założeniem, że oto kolejny fantasta wymyślił i obwieszcza światu jakąś cudaczną historię typu „Jezus tak naprawdę pochodził z Indii”. Nie. Söderberg rzetelnie zapoznał się z źródłami, z opracowaniami religioznawców i przedstawił własną wersję ewangelicznych wydarzeń. Można się z nią nie zgadzać, ale trzeba przyznać, że jest przemyślana, udokumentowana i pod względem logicznym bez zarzutu (jak zresztą wszystkie wywody Söderberga). Celem książki było nie tylko podjęcie próby ustalenia, jakie historyczne wydarzenia rzeczywiście kryją się za religijnym przekazem, ale też udowodnienie, że Jezus był postacią realną. W owym czasie w Szwecji szerzył się pogląd, podzielany nawet przez duchownych (!), że to postać mityczna. Oczywiście Söderberg, konsekwentny ateista, nie uważał Jezusa za Boga. Nie zgadzał się też z Ernestem Renanem, który wprawdzie w „Żywocie Jezusa” odmówił Jezusowi boskości, ale uznał go za człowieka doskonałego.

Niezbyt pochlebnie (czy raczej: mocno niepochlebnie) pokazana postać Jezusa i podważanie dogmatów chrześcijaństwa przestraszyły wydawcę Karla Ottona Bonniera, który obawiał się, że Söderberg zostanie, podobnie jak August Strindberg w latach 80. XIX wieku za „Historie małżeńskie”, postawiony przed sądem za bluźnierstwo. Sam autor nie miał takich obaw, poza tym wskazywał, że Strindberg został uniewinniony. I rzeczywiście, do oskarżenia nie doszło, w XX-wiecznej Szwecji już po ten paragraf nie sięgano (w przeciwieństwie do XXI-wiecznej Polski), za to prasa napadła na Söderberga bez pardonu. Z braku lepszych argumentów krytycy ni w pięć, ni w dziewięć przyczepili się do wieku autora (miał wówczas 59 lat): „szyderczo uśmiechnięty stary satyr, który bezzębnie bełkocze na kupie śmieci”, „stary człowiek (…) w skisłej i zatęchłej atmosferze”, „jałowy dowcip i ordynarne żarty podstarzałego, zgnuśniałego ulicznika”. W tym świetle określenie „zawodowy bluźnierca” należy uznać za merytoryczną krytykę. A za poetycką: „jak pies zanieczyszcza ziemię w ogrójcu Getsemani”. Cel wydania książki oryginalnie podsumował anonimowy krytyk z göteborskiej gazety: „wzorem Strindberga wywalić własne flaki na zewnątrz, by inne snoby mogły się cieszyć słodkawym zapachem”. Jak widać, hejtu nie wynaleziono wraz z internetem, choć ówcześni „hejterzy” byli zdecydowanie bardziej pomysłowi w dyskredytowaniu niepodobających się im poglądów.

Söderberg krytyką specjalnie się nie przejął, w swoich dziennikach odnotował krótko: „’Jezus’ wyszedł i został obsmarowany”. Zebrał zresztą również dobre opinie: „umiejętności egzegezy większe niż u całej dziesiątki zawodowych szwedzkich teologów”.

Do tematu Söderberg wrócił po czterech latach, już bez powieściowej otoczki, książką „Mesjasz przeobrażony” (Den förvandlade Messias). Co może zaskakiwać, to fakt, że „Mesjasz” w 2007 r. doczekał się drugiego wydania, „Jezus Barabasz”, który poza wszystkim jest dobrą powieścią, nigdy.

Na koniec propozycja małego konkursu. Proszę w komentarzu sformułować taką hejterską opinię o jakiejś znanej książce, jak te zacytowane powyżej. Z opinii powinno wynikać, o jakiej powieści mowa. Na nagrody przewiduję książki Söderberga: 1. miejsce: „Jezus Barabasz”, „Opowiastki”, „Niebłahe igraszki”; 2. miejsce: „Jezus Barabasz”, „Opowiastki”; 3. miejsce: „Jezus Barabasz”. Jurorem będę ja albo wskazana przeze mnie osoba. Czas trwania: do niedzieli włącznie. Wysyłka książek na terenie Polski bezpłatna.

poniedziałek, 2 lutego 2015

Anty-Grey

HJALMAR SÖDERBERG

POCAŁUNEK

Kyssen

ze zbioru „Mrok zapada na drodze” (1907)

przekład ze szwedzkiego Paweł Pollak

Pewnego razu młoda dziewczyna i młodziutki chłopiec siedzieli na kamieniu na przylądku wybiegającym w jezioro. Fale docierały aż do ich stóp. Siedzieli w milczeniu, zatopieni w swoich myślach, obserwując zachodzące słońce.
On myślał o tym, że chętnie by ją pocałował. Kiedy patrzył na jej usta, wydawały mu się do tego stworzone. Widział już chyba ładniejsze dziewczyny i właściwie był zakochany w innej, ale tamtej nie mógłby nigdy pocałować, ponieważ była ideałem, gwiazdą, a „die Sterne, die begehrt man nicht”.
Ona myślała o tym, że chętnie dałaby mu się pocałować. Miałaby powód, żeby się na niego obrazić i pokazać, jak głęboko nim pogardza. Podniosłaby się, ujęła spódnice, obrzuciła go spojrzeniem zaprawionym zimnym szyderstwem i odeszła bez zbytniego pośpiechu, wyprostowana, spokojna. Nie chcąc jednak, by odgadł jej myśli, powiedziała wolno i cicho:
– Czy sądzi pan, że po tym życiu będzie jakieś następne?
Pomyślał, że łatwiej byłoby ją pocałować, gdyby przytaknął. Ale nie pamiętał dokładnie, co mówił na ten temat przy innych okazjach, a bał się, że samemu sobie zaprzeczy. Dlatego popatrzył jej głęboko w oczy i odrzekł:
– Są chwile, gdy w to wierzę.
Ta odpowiedź ją oczarowała, pomyślała: „W każdym razie lubię jego włosy, także jego czoło. Szkoda tylko, że ma bardzo brzydki nos, a ponadto nie doszedł do żadnej pozycji – jest zaledwie świeżo upieczonym studentem”. Nie takim narzeczonym miała rozzłościć swoje przyjaciółki.
On pomyślał: „Teraz na pewno mogę ją pocałować”. Ale i tak strasznie się bał. Nigdy wcześniej nie całował żadnej dziewczyny z dobrego domu i zastanawiał się, czy to może być niebezpieczne. Jej ojciec, burmistrz tego miasta, spał w pobliżu w hamaku.
Ona pomyślała: „A może będzie lepiej, jeśli wymierzę mu policzek, kiedy mnie pocałuje”.
A zaraz potem: „Dlaczego on mnie nie całuje, czy jestem tak brzydka i nieprzyjemna?”.
I pochyliła się nad wodą, żeby zobaczyć swoje odbicie, ale rozmyły je fale.
„Ciekawe, jakie by to było uczucie, gdyby mnie pocałował?”. W rzeczywistości całowała się tylko raz, z jednym lejtnantem po balu w hotelu. Ale pachniał on tak nieprzyjemnie arakiem i cygarami, że chociaż trochę jej schlebił – zawsze to lejtnant – nie uznawała tego za prawdziwy pocałunek. Zresztą nienawidziła go za to, że się jej potem nie oświadczył ani w ogóle się nią nie interesował.
Podczas gdy tak siedzieli zatopieni w swoich myślach, zaszło słońce i zapadł zmrok.
On pomyślał: „Siedzi wciąż przy mnie, mimo że słońce już zaszło, może więc nie ma nic przeciwko temu, żebym ją pocałował”.
I objął ją ostrożnie ramieniem.
Tego w ogóle nie przewidziała. Spodziewała się, że ją pocałuje bez niczego, a ona wymierzy mu policzek i odejdzie jak księżniczka. Teraz nie wiedziała, jak postąpić; chciała się na niego obrazić, ale jednocześnie nie chciała przegapić pocałunku. Dlatego się nie poruszyła.
Wtedy ją pocałował.
To było znacznie przyjemniejsze, niż się spodziewała. Czuła, że robi się blada, że omdlewa. Zupełnie zapomniała, że miała go spoliczkować, że on jest zaledwie świeżo upieczonym studentem.
Za to on przypomniał sobie fragment książki pewnego religijnego lekarza „Życie rodzinne kobiety”: „I przystoi uważać, coby do objęć małżeńskich za panowania pożądania nie dopuścić”. I uznał, że to uważanie musi być bardzo trudne, skoro już jeden pocałunek mógł sprawić tak wiele.
*
Kiedy wzeszedł księżyc, siedzieli wciąż jeszcze i całowali się.
Szepnęła mu do ucha:
– Kochałam cię od pierwszej chwili, gdy cię zobaczyłam.
Odpowiedział:
– Nikt nigdy nie istniał dla mnie na świecie poza tobą.

poniedziałek, 3 marca 2014

Szachista Söderberg w Amazonie

Hjalmar Söderberg był szachistą i tej jego pasji Jesper Hall poświęcił opracowanie „Hjalmar Söderberg i szachy”, wydane jako dwudziesta publikacja w serii pism Towarzystwa Literackiego zajmującego się propagowaniem twórczości tego autora.

Zdjęcie na okładce przedstawia zawodników międzynarodowego turnieju szachowego rozgrywanego w Sztokholmie w lutym 1906 roku. Ciekawe, czy ówczesna męska moda przewidywała wąsy, czy też akurat wśród szachistów były szczególnie popularne.

Söderberg grał dobrze, choć nie na mistrzowskim poziomie. Przez wiele lat jego szachowym partnerem był Ernest Thiel, mecenas i przyjaciel. Po przeprowadzce pisarza ze Sztokholmu do Kopenhagi grali korespondencyjnie. Te szachowe partie podtrzymywały Ernesta na duchu, bo po pierwszej wojnie światowej zbankrutował, a Hjalmar był jednym z niewielu, których przyjaźń nie wygasła wraz ze strumieniem gotówki. Gdyby nie to, że swą najsłynniejszą sentencję o szachach Söderberg wygłosił dużo wcześniej, można by podejrzewać, że Thiela miał na myśli, pisząc: „Szczęście mają ci niezliczeni, którzy nie potrafią żyć, a nie chcą umierać: mogą wybrać drogę pośrednią – spędzać swoje dnie nad szachownicą”.
Poza praktyczną grą Söderberg zajmował się też układaniem zadań szachowych, które bez żadnej taryfy ulgowej dla sławnego pisarza przechodziły weryfikację redaktorów kącików szachowych i były publikowane w prasie.

Mimo tych zainteresowań szachy pojawiają się w twórczości Söderberga dość rzadko, do szachownicy zasiadają albo poboczne postaci, albo motyw gry nie jest rozwijany. Wyjątek potwierdzający regułę stanowi opowiadanie „Grota Sybilli” ze zbioru „Zmrok zapada na drodze” (kiedyś się za nie wziąłem, ale na razie mam tylko surową wersję przekładu). Hall usiłuje wprawdzie wykazać paralelę między szachami a konstrukcją dramatu „Godzina prawdy”, ale moim zdaniem paralela jest wydumana i równie dobrze można by zamiast szachów wziąć chińczyka albo halmę.

Ja za to pozwolę sobie przeprowadzić paralelę między moją nieskromną osobą a mistrzem. W przeciwieństwie do Söderberga szachy (choć aktywnie od dawna nie gram, a zadań nigdy nie układałem, tylko je rozwiązywałem) pojawiają się w mojej twórczości często i odgrywają daleko bardziej znaczącą rolę. Największą w opowiadaniu „Fair play”, gdzie cała intryga kryminalna jest powiązana z partią szachów. W „Kanalii” szachy okazują się kluczowe pod koniec książki (proszę się nie obawiać, nic nie zdradzam, nie dzięki nim łapią mordercę, jest to subtelniejsze). W „Gdzie mól i rdza” komisarz Przygodny rozgrywa partię szachów z psychiatrą, a jej następstwa będą miały znaczenie dla śledztwa.

Z Söderbergiem łączą mnie nie tylko szachy, łączy mnie też to, że z sześciu jego książek, które ukazały się po polsku, przełożyłem pięć. I teraz te pięć udostępniłem jako e-booki w Amazonie.

Debiut Söderberga. Niektórzy krytycy stawiają „Zabłąkania” na równi z „Czerwonym Pokojem” (prozatorski debiut Augusta Strindberga) czy „Göstą Berlingiem” (debiut Selmy Lagerlöf), ale trzeba przyznać, że nie było to takie mocne wejście na scenę literacką, jak w przypadku tamtej dwójki. Niemniej jednak uznanie „Zabłąkań” za książkę wartą przeczytania tylko po to, by mieć pełen obraz twórczości Söderberga, byłoby niesprawiedliwe.

Naprawdę obok Strindberga i Lagerlöf postawiła Söderberga „Młodość Martina Bircka”, dla mnie przede wszystkim powieść o utracie wiary. Zachwyt czytelników, a właściwie czytelniczek przyniósł Söderbergowi kłopoty, bo list jednej z nich, Marii von Platen, okazał się pierwszym krokiem na drodze do ich romansu. Burzliwego romansu, który zaowocował powieścią Niebłahe igraszki.

Söderberg pisał nie tylko powieści, równie chętnie, jeśli nie chętniej, sięgał po krótsze formy. Bo nigdy nie potrzebował wielu słów, by celnie wyrazić to, co chciał powiedzieć. Ze zbioru „Opowiastki” pochodzi opowiadanie pt. „Futro”, które jest w Szwecji tak powszechnie znane jak w Polsce „Janko Muzykant”. Różnica polega na tym, że Szwedzi nie mają obowiązkowego kanonu lektur szkolnych. Tę książkę udostępniam również w wersji dwujęzycznej, by od razu można było sprawdzić, iż mój przekład rzeczywiście jest kongenialny :-)

Z przełożonych przeze mnie utworów Söderberga z najmniejszym zainteresowaniem spotkał się Jezus Barabasz. Może powinno mnie dziwić, że w katolickim kraju osoba Jezusa mało kogo obchodzi, ale nie dziwi, bo polscy katolicy codziennie dostarczają dowodów, że Jezusa potrzebują tylko przybitego do krzyża, którym mogą przywalić politycznemu przeciwnikowi.

Nominalna cena wszystkich książek wynosi 2,99 USD, tylko „Niebłahe igraszki” są droższe – 3,99 USD. Amazon dokłada do tego narzut klientom z Polski, ale – tu dobra wiadomość – ten narzut uległ ostatnio znacznemu obniżeniu. Wcześniej za książkę kosztującą 2,99 dolara trzeba było zapłacić 6,14, teraz już tylko 3,68 (wiem, ile wcześniej, bo przy „Zabłąkaniach” pozostała, niestety, ta stara kwota). Książki z Amazonu przeznaczone są do czytania przede wszystkim na czytniku Kindle, ale można również ściągnąć bezpłatne aplikacje pozwalające czytać je na innych urządzeniach.

A na koniec o przekładach Söderberga na inne języki niż polski, bo to taki czytany klasyk, który z biegiem czasu cieszy się na świecie coraz większym zainteresowaniem. I tak w ostatnich latach do narodów, które mogą zapoznać się z jego twórczością, dołączyli Katalończycy, Chińczycy, Kurdowie, Chorwaci, Hindusi i Portugalczycy („Doktor Glas”, a w tym ostatnim przypadku też „Niebłahe igraszki”). „Opowiastki” zostały przełożone na estoński i francuski, „Niebłahe igraszki” na hiszpański, a debiutanckie „Zabłąkania” na angielski, czyli Söderberg swą „słabszą” książką osiąga to, o czym na próżno marzy wielu szwedzkich pisarzy. Pełną (przynajmniej w zamierzeniu) listę przekładów zawierającą nazwiska tłumaczy zamieściłem na tej stronie.

poniedziałek, 16 grudnia 2013

Bure Holmbäck

To nazwisko nic polskim czytelnikom nie mówi, nic dziwnego, skoro sam Söderberg nie zyskał w Polsce większej popularności. Bo Holmbäck to znawca i propagator twórczości Hjalmara Söderberga. Ale nie jakiś tam przeciętny znawca. Bez przesady można powiedzieć, że nie ma osoby, która wiedziałaby więcej o Söderbergu i która zrobiłaby więcej dla rozpropagowania jego twórczości niż Holmbäck. A zainteresował się i zafascynował autorem „Młodości Martina Bircka” dość późno. Kiedy jako literaturoznawca przystępował do pisania swojej pracy doktorskiej, pierwotnie planował zająć się Selmą Lagerlöf. Okazało się jednak, że wszedłby koledze w paradę, przerzucił się więc na Söderberga. Jako tłumacz mogę powiedzieć „na całe szczęście”, bo jego dysertacja poświęcona „Niebłahym igraszkom” okazała się nieocenioną pomocą, kiedy pracowałem nad przekładem tej książki.

Z kolei w bibliografii mojej pracy magisterskiej poświęconej Söderbergowi jedną z najważniejszych pozycji stanowiła 600-stronicowa biografia tego pisarza autorstwa właśnie Bure Holmbäcka. Badacz pisywał też pomniejsze opracowania, jak np. „Sztokholm Hjalmara Söderberga”, i liczne artykuły.

Bure Holmbäck urodził się 18 marca 1923 roku w Fjällsjö w regionie Ångermanland (to jeszcze nie sama północ Szwecji, ale mocno powyżej Sztokholmu). Z początku nie planował kariery historyka literatury, chciał pójść w ślady ojca i zostać leśnikiem, nawet zaczął kształcić się w tym kierunku, ale w końcu wybrał studia humanistyczne w Uppsali. Pracował jako bibliotekarz w Bibliotece Królewskiej, później w Szwedzkim Radiu, gdzie m.in. kierował działem kulturalnym.

W 1984 roku z inicjatywy Bure Holmbäcka odbyła się w Bibliotece Królewskiej w Sztokholmie wystawa poświęcona Söderbergowi. Jej sukces zainspirował Holmbäcka do założenia rok później Towarzystwa Literackiego im. H. Söderberga, któremu przez następne piętnaście lat przewodniczył. Holmbäck był również pomysłodawcą postawienia pomnika Söderberga, odsłoniętego w 2010 r. Poniżej na zdjęciu Bure Holmbäck na tle właśnie tego pomnika (zdjęcie ze szwedzkiej Wikipedii).

Bure Holmbäck vid avtäckning av statyn - Hjalmar Söderberg.

Ostatnio Holmbäck pracował nad 17-tomowym wydaniem dzieł zbiorowych Hjalmara Söderberga. Ukazały się trzy tomy, czwartym miał być „Doktor Glas”, ale jego redakcję dokończy już ktoś inny. Bure Holmbäck odszedł 1 października.


PS. Tym smutnym akcentem kończę w tym roku blogowanie. Dziękuję wszystkim, którzy zechcieli mnie czytać, i zapraszam ponownie w styczniu.

piątek, 14 października 2011

70. rocznica śmierci Hjalmara Söderberga

Szykując się do pisania swojej pracy magisterskiej pt. „Problematyka religijna w twórczości Hjalmara Söderberga”, zakupiłem sobie w antykwariacie stare wydanie jego dzieł zebranych. W jednym z tomów znalazłem pożółkły wycinek gazetowy datowany na 15 października 1941 r. z nagłówkiem „Hjalmar Söderberg nie żyje”.



Kopenhaga, czternastego. Pisarz Hjalmar Söderberg zmarł we wtorek po południu w Kopenhadze, gdzie mieszkał od 1917 roku. Urodził się w Sztokholmie 2 lipca 1869 r.
Hjalmar Söderberg od kilku lat chorował na serce, co uniemożliwiało mu opuszczanie Østerbro. Zmarł w Szpitalu Gminnym, do którego został przewieziony przed kilkoma dniami. Przyczyną zgonu był paraliż serca. Obecni przy łożu śmierci byli jego druga żona Emilie Söderberg z domu Voss, oboje dzieci z pierwszego małżeństwa, syn dr Tom Söderberg i córka Dora, zamężna z Runem Carlstenem, którzy przyjechali ze Sztokholmu, oraz córka z drugiego małżeństwa aktorka pani Betty Söderberg, zamężna z historykiem literatury dr. Hakonem Stangerupem.

Te informacje nie są do końca prawdziwe. Dora i Tom dostali pozwolenie od Niemców okupujących Danię, by odwiedzili ojca w szpitalu, gdzie trafił jedenastego października po wylewie. Czy to z tego względu, że lekarze ocenili, że jego życiu nie zagraża niebezpieczeństwo, czy z innych powodów, nie pozwolono im jednak zostać i musieli wrócić do Sztokholmu. Dorę wiadomość o śmierci ojca zastała w drodze na próbę do teatru. Dora podobnie jak jej przyrodnia siostra Betty była aktorką. Doktorski tytuł Toma nie ma związku z medycyną, Tom był historykiem i redaktorem. Sformułowanie „oboje dzieci” może sugerować, że mowa o wszystkich dzieciach z pierwszego małżeństwa, ale Söderberg miał jeszcze jednego syna, Mikaela, którego niestety przeżył. Mikael, najmłodszy z całej trójki, o melancholijnej osobowości, jako jedyny z rodzeństwa próbujący swoich sił w pisarstwie, popełnił w styczniu 1931 roku samobójstwo, mając zaledwie 28 lat.

Hjalmarowi Söderbergowi przyszło umierać w fatalnym momencie. Był zagorzałym przeciwnikiem faszyzmu, w jego zwycięstwie widział upadek zachodniej kultury, dominację barbarzyńców, a w 1941 roku na to zwycięstwo się zanosiło. Wiosną, zrozpaczony sukcesami niemieckich wojsk, podjął nawet samobójczą próbę, niezbyt zdecydowaną i rany, które zadał sobie brzytwą, nie okazały się groźne, ale pokazuje to stan jego ducha. Dzisiaj sprzeciw wobec faszyzmu, jego negatywna ocena wydają nam się naturalne, ale w ówczesnej Skandynawii wcale nie była to oczywista postawa, wielu było zafascynowanych Hitlerem i Söderberg miał licznych oponentów. Jak zwykle zresztą.

Pisarz został pochowany 16 października na kopenhaskim cmentarzu Vestre Kirkegård (zdjęcie z Wikipedii).



Więcej o Söderbergu i dostępnych po polsku utworach na poświęconej mu stronie.

sobota, 14 maja 2011

Hjalle

Hjalle [czyt. Jalle] to zdrobnienie od Hjalmar, a wpis będzie głównie o „Zabłąkaniach” i jego autorze.


Dzięki sprawnym działaniom wydawnictwa Kojro debiutancka powieść Hjalmara Söderberga jest bardziej widoczna niż na przykład cięższe gatunkowo „Opowiastki”. Ale oczywiście nie narzekam, Söderberg pisał mało, tak starannie dopracowując swoje utwory, że właściwie nie ma wśród nich rzeczy słabych i każda jego książka jest warta polecenia. Anegdotkę o nikłej objętościowo twórczości Söderberga przytaczam w posłowiu do „Opowiastek”: pisarz nie pojawił się na obiedzie u swojego wydawcy Karla Ottona Bonniera, podając jako usprawiedliwienie wywichnięcie ręki, na co jeden z gości zareagował złośliwością: „Czyżby Hjalle próbował coś napisać?”. Ale jak zauważa jeden z badaczy Söderberga, krytyk literacki Kaj Attorps, do historii literatury nie trafia się dzięki płodności, i zestawia Söderberga z Ollem Hedbergiem, który przez ponad 40 lat wydawał jedną książkę rocznie, z taką punktualnością, jakby pisał nie powieści, tylko felietony do gazety: „Dzisiaj nikt poniżej pięćdziesiątki nie wie, kim był Olle Hedberg”.

Bardzo ciekawą recenzję „Zabłąkań” pt. „Na sztokholmskim bruku” zamieścił Bartosz Staszczyszyn w „Tygodniku Powszechnym”. Swoją drogą jest w tym pewna ironia, że od współpracującego z różnymi gazetami recenzenta teksty o Söderbergu przyjmuje katolicki tygodnik. Bo Söderberg był ateistą (swoją utratę wiary opisał w „Młodości Martina Bircka”), a o chrześcijaństwie miał jak najgorsze zdanie: „Żydzi przez dwa tysiące lat byli znienawidzeni i prześladowani, bo uważano, że ukrzyżowali Jezusa. Jeśli świat ostanie się przez następne dwa tysiące lat, będą może prześladowani za to, że ściągnęli nam chrześcijaństwo na głowę”.

O „Zabłąkaniach” piszą też blogerzy, ciekawe recenzje zamieściły Kornwalia, Scathach i Kasandra_85. Szkoda, że autorka tej ostatniej uznała, że ważniejsze od tego, kto książkę przełożył, są dane dotyczące formatu i numeru ISBN. Mimo że nazwisko tłumacza znalazło się na okładce (jak do tego doszło, pisałem tu) i po stronach tytułowych szukać nie trzeba, nadal o podawanie tej prostej informacji, kto jest autorem przekładu, nie można się doprosić. Informacji, dodajmy, całkowicie wystarczającej, bo choć oczywiście uśmiecham się na pochwały, to mam świadomość, że osoba nieznająca oryginału nie jest w stanie miarodajnie ocenić tłumaczenia.
Chwalona jest również okładka (jak powstała, pisałem tu) i niestety również w tym przypadku najwyraźniej panuje przekonanie, że wypluł ją automatycznie jakiś program komputerowy, bo nazwiska graficzki przy tych pochwałach nie uświadczysz. Oddajmy więc należne honory: autorką tej fantastycznej okładki jest Anna Tomaszek-Walczak.

Główny bohater „Zabłąkań” o zarobkowaniu nie myśli, odkłada to na później, kiedy będzie lekarzem, a że wina z kolegami lubi się napić, cygaro wypalić, pannę do kawiarni zaprosić, eleganckie rękawiczki sobie sprawić, to ciągle brakuje mu pieniędzy. Söderberg był w podobnej sytuacji, i to nie tylko w młodości, ale przez większość życia. Utrzymywał się jedynie z pisania, choć nie tylko książek, był również dziennikarzem i recenzentem. W szczególnie trudnym położeniu znalazł się po rozpadzie swojego pierwszego małżeństwa i wyprowadzce ze Sztokholmu do Danii. Wiosną 1909 roku pisał do Bonniera: „No i znowu zostałem bez środków do życia. Słońce oświetla bezlitośnie moje stare ubranie, trzewiki się rozpadają, płaszcz jest w lombardzie, a na czynsz zabrakło. Czy mógłbyś mi przesłać 200 koron? Najlepiej telegraficznie, bom spłukany do cna”. O jaką kwotę prosił Söderberg swego wydawcę? Pierwsze wydanie „Zabłąkań” kosztowało 2 korony i 75 öre, więc jeśli odniesiemy to do ceny polskiego wydania (28,50 zł), wyjdzie nam, że o sumę odpowiadającą dwóm tysiącom złotych. I Bonnier mu te pieniądze przesłał, choć żadnego tekstu nie dostał i nie wiadomo było, kiedy dostanie, trudna sytuacja rodzinna pozbawiła Hjallego weny: „Sił do pracy brak: ledwie pamiętam, o czym była książka, którą miałem skończyć”.
Ciekawe, co by było, gdybym napisał do swojego wydawcy, od którego nie mogę się doprosić należności nawet za sprzedane książki, żeby poratował mnie sumą dwóch tysięcy, bo jestem bez grosza i nie mam za co żyć. Podejrzewam, że gdyby ktoś w wydawnictwie przejął się losem pisarza, to ta troska wyraziłaby się telefonem do psychiatry w głębokim przekonaniu, że autor zwariował.

Na blogach książkowych nowości wypierają ostatnio niemal wszystko inne, więc może zainteresowania „Opowiastkami” nie będzie, bo to ani szwedzka (rok wydania 1898) ani polska (2003) nowość, ale jednak zaproponuję pięć egzemplarzy recenzenckich. Dla blogerów, którzy piszą co najmniej od pół roku i przez ostatnie pół roku zamieścili co najmniej dwanaście recenzji. Chęć wzięcia książki należy zasygnalizować komentarzem i jeśli będzie się w pierwszej piątce (kto pierwszy, ten lepszy), proszę podać mailowo adres do wysyłki (ze względu na koszty, tylko na terenie Polski).



Swego czasu w sztokholmskim antykwariacie zobaczyłem napis, który szalenie mi się spodobał: „Książka niewarta przeczytania po pięciu latach, nie jest też warta przeczytania jako nowa”. „Opowiastki” są warte przeczytania po stu trzynastu latach.

sobota, 6 listopada 2010

Pomnik Söderberga

Hjalmar Söderberg dotąd nie miał pomnika. Może wydawać się to dziwne, skoro chodzi o czołowego przedstawiciela nurtu dekadenckiego w literaturze szwedzkiej, pisarza, który na trwale zapisał się w jej historii. Ale znaczenie Söderberga rosło z czasem. Nie był za swego życia postacią nieznaną, wręcz przeciwnie, ale budził tyle kontrowersji, że współcześni nie potrafili docenić wartości jego pisarstwa. Wytarte określenie „wyprzedzał swoją epokę” pasuje do Söderberga jak ulał. Jego chłodny racjonalizm, ateizm, opowiadanie się za aborcją i prawem kobiet do realizowania własnej seksualności działały na ówczesnych Szwedów jak czerwona płachta na byka (ktoś kojarzy, jaki naród jest dzisiaj na etapie Szwedów z przełomu XIX i XX wieku?).

Inna sprawa, że dla pisarza pomnikiem są jego książki i często ten z brązu zastępuje papierowy. Klasyk trafia na cokół, kiedy jego utwory czytają już tylko historycy literatury i studenci filologii. Z Söderbergiem jest inaczej, jego książki są regularnie wznawiane, liczba ich wypożyczeń w zwykłych bibliotekach konkuruje z nowościami, coraz częściej są tłumaczone na świecie (od USA po Japonię).

Ale choć Söderbergowi pomnik właściwie niepotrzebny, takiego wielbiciela jego twórczości jak ja raduje, że jednak w końcu mu go postawiono. Z inicjatywy Towarzystwa Literackiego im. H. Söderberga, o którym wspominałem we wpisie Jubileusz, 11 września odsłonięto pomnik autora „Doktora Glasa” w Humlegården koło Biblioteki Królewskiej. Choć może powinienem napisać „autora ›Zabłąkań‹”, bo wyobrażona postać trzyma w ręce czerwone rękawiczki, o których mowa w pierwszym zdaniu tej powieści: „Młody mężczyzna w granatowym wiosennym płaszczu i czerwonych rękawiczkach wyszedł ze sklepiku przy Arsenalsgatan”.

Autorem pomnika jest Peter Linde. Nie dysponuję niestety zdjęciami, które mógłbym zamieścić bez naruszania praw autorskich, ale sporo zdjęć można zobaczyć na tej stronie (jest to relacja gazety „Dagens Nyheter” z odsłonięcia pomnika).

sobota, 28 sierpnia 2010

Nowy Söderberg

Wreszcie, bo od Niebłahych igraszek minęły już cztery lata. Niestety, tłumaczenie Söderberga jest tak pracochłonne, że muszę traktować je jako hobby, bo poświęcony temu czas nijak ma się do honorariów czy zysków. Nad przekładem Zabłąkań pracowałem tyle samo co nad trzykrotnie obszerniejszym Rewanżem Lizy Marklund. A nie mam niestety mecenasa, dzięki któremu mógłbym w pełni poświęcić się swojemu hobby. Takiego mecenasa w pewnym okresie swego życia miał Söderberg, który poza pisaniem nic innego nie robił, a że pisał niewiele, często brakowało mu pieniędzy. Jego dobroczyńca nazywał się Ernest Thiel i przez swą szczodrość znalazł miejsce w historii literatury szwedzkiej. Tak więc jeśli są chętni do zapisania się w historii literatury polskiej, to zapraszam :-)

Nowa książka Söderberga po polsku to właśnie Zabłąkania, które ukazują się pod egidą wydawnictwa Kojro.


Małe wydawnictwo, ale jestem zadowolony, bo miałem spory wpływ na ostateczny kształt książki, między innymi na wybór okładki (o konkursie na tę okładkę można przeczytać we wpisie Zabłąkani Jezus i Barabasz). Na okładce znalazło się nazwisko tłumacza, a duże wydawnictwo zapewne nie zgodziłoby się na ten pomysł. Chodziło to za mną, odkąd zobaczyłem angielski przekład Młodości Martina Bircka z 2004 r. i nie musiałem otwierać książki, by dowiedzieć się, że dokonał go Tom Ellett.


Nieporęcznie jednak było wprowadzać mi ten zwyczaj we własnym wydawnictwie. Nie mówiąc już o tym, że "życzliwi" by mnie zjedli, udowadniając wszem i wobec, jakich to kompleksów w ten sposób nie leczę. Przy Zabłąkaniach sytuacja wydała mi się jednak optymalna, by taki zwyczaj spróbować zapoczątkować: skoro bywam również autorem, nie ma mowy o niezaspokojonej chęci zobaczenia własnego nazwiska na okładce, a pani Bożena Kojro sama jest tłumaczką (z języka fińskiego) i powinna przyjąć taki pomysł życzliwie, co też się stało. Chciałbym, żeby inni wydawcy poszli w nasze ślady i również docenili w ten sposób wkład tłumacza w powstanie książki. Nie jest to zresztą żadna rewolucja, swego czasu nazwisko tłumacza na okładce zamieszczało Wydawnictwo Literackie.



Zabłąkania to debiutancka powieść Söderberga. Posłał ją najpierw do wydawnictwa Wahlström & Widstrand (obecnie macierzyste wydawnictwo m.in. Johanny Nilsson), ale książka została odrzucona. Drugim wielkim nazwiskiem, na którym w tamtym okresie nie poznali się właściciele W&W, był Gustaf Fröding (po polsku jego wiersze można przeczytać w zbiorku Rytmy i obrazy w tłumaczeniu Anny Fiutak). W&W przyjęło jednak inną pracę Söderberga, którą przesłał im anonimowo i za którą nigdy nie dostał nawet korony, a mianowicie propozycję logo. To znane całej Szwecji jabłuszko jest właśnie autorstwa Söderberga, choć mało kto wiąże je z jego nazwiskiem.


sobota, 21 sierpnia 2010

Jubileusz

Towarzystwo Literackie im. H. Söderberga obchodzi 25-lecie swojego istnienia. Założono je wiosną 1985 r., a w sierpniu odbyło się spotkanie to zatwierdzające. Inspiratorem i pierwszym przewodniczącym był literaturoznawca Bure Holmbäck (swoją pracę doktorską poświęcił Niebłahym igraszkom), autor monumentalnej biografii Söderberga, opublikowanej w 1988 r. Obecnym przewodniczącym jest Nils O. Sjöstrand. Towarzystwo organizuje liczne imprezy i wydaje publikacje związane z pisarzem (niekoniecznie tylko o nim, wznowiło np. obie książki syna Söderberga, Mikaela, który w wieku 28 lat popełnił samobójstwo). Więcej o tej działalności osoby szwedzkojęzyczne mogą poczytać na stronie www.soderbergsallskapet.se.

Na literackiej mapie Szwecji takie towarzystwo nie jest niczym niezwykłym, ma je praktycznie każdy pisarz o jakim takim znaczeniu w historii literatury szwedzkiej. I nie są to twory, które po zarejestrowaniu i założeniu strony internetowej zapadają w stan hibernacji, tylko zwykle bardzo prężnie działające stowarzyszenia. Naocznie się o tym przekonałem, bywając na targach książki w Göteborgu, gdzie zawsze sporą część przestrzeni wystawowej zajmują właśnie ich stoiska.

Ciekawostką może być fakt, że swoje towarzystwo ma również Johan Kristian Homan, który nie jest pisarzem, tylko postacią literacką, antykwariuszem rozwiązującym zagadki kryminalne w liczącej sobie 38 tomów (!) serii autorstwa Jana Mårtensona. Jak z dumą podkreśla sam autor, jeszcze tylko jedna fikcyjna postać jest honorowana w podobny sposób, a mianowicie Sherlock Holmes. Książki z Homanem Mårtenson publikuje z niesłychaną regularnością co roku, zaczął w 1973 i ani razu nie wypadł z tego rytmu, żartobliwie mówi, że jako ONZ-owski urzędnik ma dużo czasu na pisanie. W latach 90. próbowałem zainteresować polskich wydawców jego kryminałami, ale bezskutecznie.

sobota, 17 lipca 2010

Zabłąkani Jezus i Barabasz

Okładki do wydawanych przez siebie książek, począwszy od „Jezusa Barabasza” Hjalmara Söderberga, wybieram w drodze konkursu. Obserwując przy tym zjawisko, które najpierw mnie zdumiewało, a teraz bawi (choć nadal jest dla mnie niepojęte). Otóż sporej części grafików nie chce się popatrzeć przed wysłaniem propozycji konkursowej, czy poprawnie napisali nazwisko autora i tytuł. Dowiadywałem się, że mój ulubiony pisarz nazywa się Soderberg, Södeberg czy Söderbeg, że napisał książki pod tytułem „Jezus i Barabasz” albo „Niebłache igraszki”.

Oczywiście taka propozycja z bykiem ortograficznym czy jakimkolwiek innym przekłamaniem odpada w przedbiegach, bo nie będę przecież ryzykował, że grafik niechluj pośle do drukarni okładkę z błędami. Oczywistością jest też, że o dyskwalifikowaniu prac z błędami nie uprzedzam, żeby mieć możliwość wyłapania niechlujów.

Ponieważ graficy zdołali się rąbnąć nawet przy tak - wydawałoby się - łatwym nazwisku jak Nilson (Nelson) czy tytule „Jak wydać książkę” („Jak napisać książkę”), nie miałem wątpliwości, że w konkursie na okładkę powieści „Zabłąkania” Söderberga będzie festiwal błędów. I rzeczywiście, zaproponowano mi tytuły „Zabłąkana” (3 razy), „Zabłąkanie”, „Zbłąkania”, a nawet „Zagubienia”. Autor tradycyjnie nazywał się Soderberg, ale pokazano mi też nowe możliwości przerobienia nazwiska, na Shoderberg (sic!), a jeden z grafików wziął się za nieprzekręcane dotąd imię i zaproponował „Hijalmar”.

Co ciekawe, ci, którym obca jest elementarna solidność, domagają się najwyższych honorariów. Graficzka od Shoderberga zaśpiewała sobie za okładkę pięć razy więcej, niż wynosiło średnio żądane honorarium (oscylujące rzeczywiście wokół kwoty, jaką wydawnictwa płacą za okładki), a jeden z tych od „Zabłąkanej” dziesięć razy więcej!

W sumie na dwadzieścioro dwoje grafików, którzy zgłosili się konkursu, okładki z błędami przysłało ośmioro, co stanowi 36%! Śmiem postawić tezę, że jest to obraz polskiej (nie)rzetelności w ogóle.

Przy tak umiarkowanym zainteresowaniu konkursem (zwykle było znacznie więcej propozycji, pewnie sezon urlopowy nie sprzyjał) i tylu pracach odrzuconych z powodu błędów, wyglądało na to, że po raz pierwszy ta forma wyłaniania wykonawcy zawiedzie. Jeszcze w ostatnim dniu konkursu wśród nadesłanych nie było okładki, która idealnie pasowałaby mi do książki. Przyszła na dwie minuty przed północą. Na zdjęciu poniżej zwycięska okładka.