piątek, 17 lipca 2026

Tłumaczyć każdy może

Tekst dla tych, dla których przebicie się przez Pięćset błędów Justyny Czechowskiej jest zadaniem ponad siły.

Ile błędów może zrobić tłumacz w przekładzie 186-stronicowej książki i to małego formatu? Okazuje się, że ponad 500! Ta rzadka sztuka udała się Justynie Czechowskiej, która miała przełożyć ze szwedzkiego na polski powieść Idy Linde pt. „Na północ jedzie się, by umrzeć” (wyd. Lokator, 2017). Miała przełożyć, ale ją zmasakrowała. Przez tę skrajną niekompetencję dostaliśmy powieść, która w zamyśle jest tragiczna, ale polski czytelnik wybucha śmiechem, kiedy czyta, że „Karim trzymał łosia w objęciach” (str. 42) albo że od karmiącej matki dochodzi „gdakanie z piersi” (str. 175). Karim trzyma mięso łosia w rękach, a z piersi dochodzi bulgotanie.

Tłumaczka nie zna języka szwedzkiego w stopniu pozwalającym zrozumieć jej tekst powieści. Zdanie „Jonson wysiadł z samochodu, kulejąc wskutek zużytych stawów” tłumaczy „Jonson wysiadł z auta, na którym widać było ślady korozji” (str. 22). Scenę z demonstracji, gdzie dziewczyna blokująca jezdnię rzuca się w bok, by nie rozjechał jej samochód, Czechowska przekłada: „Jakiś mały peugeot ruszył naprzód. Saskia skoczyła na niego” (str. 88). I zamiast ratującej się nastolatki, mamy wariatkę, skaczącą na samochody.

Za specjalność Justyny Czechowskiej można uznać frazy, gdzie w wyniku błędu powstaje kompletna brednia, ale nawet wtedy nie zapala się jej lampka, że coś z tłumaczeniem jest nie tak. Na str. 24 pisze ona o hokeistach wycinających w lodzie głębokie przeręble. Widział ktoś hokeistów na boisku zajętych nie grą, lecz łowieniem ryb? Czechowska najwyraźniej tak, bo nie sprawdza już w oryginale, że mowa o zwykłych dziurach.

Inną cechą charakterystyczną tłumaczenia Justyny Czechowskiej są liczne opuszczone zdania. To niechlujstwo świadczy o tym, że zrobiła ona jedną wersję przekładu i taką oddała wydawnictwu, bo tłumaczowi rzeczywiście zdarza się zgubić jakieś zdanie, ale przy sprawdzaniu zawsze ten brak zauważy. Dla przykładu na str. 34 mamy scenę, jak bohaterka wyobraża sobie, że mężczyzna zachowuje się tak, że ona „czuje się wybrana”. Po tych słowach w oryginale jest zdanie „pragnęła czuć się wybrana”, które Czechowska zgubiła.

Warsztat tłumaczeniowy leży. Na str. 51 jest frazeologizm „ja też potrzebuję jedzenia na stole” i tyle tłumaczka wie, że nie należy go tłumaczyć dosłownie. Poprawnie daje „ja też muszę zarabiać na chleb”. Szkopuł w tym, że słyszący te słowa chłopiec wyobraża sobie stół. I w oryginale, i w tłumaczeniu. A skoro w przekładzie stół zniknął, to chłopiec powinien wyobrażać sobie chleb.

Natomiast wiedzą, że poza frazeologizmami jeszcze szeregu innych pojęć nie można tłumaczyć dosłownie, Justyna Czechowska już nie dysponuje, więc w powieści czytamy o banderolach na pierwszego maja (chodzi o transparenty), o biurze pogrzebowym (choć to zakład), o teoriach konspiracyjnych (zamiast o spiskowych) i o częściach rezerwowych (czyli zamiennych) (strony odpowiednio 93, 101, 92 i 124).

Całkowicie bezradna jest Czechowska w sytuacji, gdy szwedzka autorka pisze o rzeczach, które w polskiej rzeczywistości nie występują. Tłumaczenie jest wtedy niezrozumiałe albo nonsensowne. Młodzi bohaterowie spędzają „popołudnie w sali z kuchnią” (str. 70). Czyli gdzie? Chodzi o salę lekcyjna, w której odbywają się lekcje gotowania. I tak można to ująć, żeby było zrozumiałe dla polskiego czytelnika: po południu lekcja gotowania. W Polsce nie mamy też czegoś takiego jak proszek czekoladowy, z którego bohaterka robi sobie czekoladę. Tę scenę Czechowska przekłada więc następująco: „Dodała kakao. Zaczęło śmierdzieć, gdy czekolada się przypaliła” (str. 86). Bohaterka dodała kakao, ale przypaliła się jej czekolada.

Powiedzieć, że polszczyzna Justyny Czechowskiej szwankuje, to nic nie powiedzieć. Mamy w powieści i huk, który chodzi („Schodząc po schodach, nagle z kuchni dobiegł huk”, str. 37), i wyrok, który padł (str. 170), choć nawet nieprawnicy wiedzą, że wyroki zapadają, a nie padają. Mamy i bibliotekę, która „zniknął” („zniknął sklep i biblioteka”, str. 59), i „okna, na których można było siedzieć” (str. 128), chociaż ludzie to nie muchy i na oknach jako żywo siedzieć nie potrafią. Mamy i frazeologizm „za pomocą żelaznej dłoni” (str. 61) zamiast „żelazną ręką”, i kostkę Rubika, „którą można ustawić” (str. 113), choć normalnie się ją układa. Mamy „próżność’ w znaczeniu „próżnowanie” (str. 163, 179), no bo skoro słowa brzmią podobnie, to zdaniem Czechowskiej znaczą to samo.

„To pierwsza rzecz, jakiej nauczyła się na studiach, że dostarczanie tlenu do płuc jest ważne” (str. 20). W oryginale jest „syre till hjärnan”, czyli „tlenu do mózgu”. I chyba jedynie brak dopływu tlenu do właściwego organu może wyjaśniać poziom tego przekładu.

sobota, 11 lipca 2026

Forum Obrońców Literackiej Fuszerki

Analizę tłumaczeń Lodu Ulli-Leny Lundberg i Na północ jedzie się, by umrzeć Idy Linde w wykonaniu Justyny Czechowskiej zamieściłem na Forum Tłumaczy Literatury. Jest ono zamknięte, trzeba się wykazać dorobkiem w postaci przełożonych książek, by zostać tam wpuszczonym. Z tego względu spodziewałem się, że jest to miejsce, gdzie będzie możliwa rzeczowa dyskusja, na co normalnie w internecie nie ma szans. Okazało się, że to wybijające szambo, gdzie można co najwyżej zostać opryskanym gównem.

Czytam teraz powieść Bengta Ohlssona pt. „Jej najłagodniejszy głos” (na szczęście mogę literaturę szwedzką czytać w oryginale i nie jestem skazany na pseudotłumaczenia Czechowskiej) i natrafiłem w niej na frazę „najgorszy sort ludzkich mętów”. Dość dobrze oddaje to poziom dwóch pań, z których jedna nazwała mnie „bucem”, a druga przeprowadziła dogłębną analizę psychologiczną mojej osobowości. W świetle ich wypowiedzi określenia „frustrat” i „zawistnik” (to o mnie) czy „chamstwo” albo „obrzydlistwo” (to o krytyce), użyte przez pozostałych, należy uznać wręcz za wersal.

Gdybym krytykę tłumaczeń Czechowskiej zamieścił w Szwecji, za oczywiste przyjęto by, że musi mną powodować troska o jakość przekładów literackich, uznano by, że działam w interesie publicznym, gdyż społeczeństwo zyskuje na tym, że wszyscy (nie tylko tłumacze) rzetelnie wykonują swoją pracę i fuszerów należy eliminować. No ale jesteśmy w Polsce, która fuszerką stoi, a Polak nie jest w stanie wyobrazić sobie, że ktoś może działać z innych niż niskie pobudek. Hejterzy oczywiście nie zdołali odpowiedzieć na proste pytanie, czy kierując się frustracją i zawiścią, błędy Czechowskiej wymyśliłem.

Krytyka przekładu „Lodu” została zakwestionowana jako złośliwa. Sarkazm i przekąs są wprawdzie w pełni uznanymi środkami w krytyce literackiej, ale ponieważ tłumaczom, a jakże, literackim nie udało mi się tego, nomen omen, wytłumaczyć, postanowiłem przy powieści Linde ograniczyć się do suchego wypisania błędów. Nic to nie pomogło. Dowiedziałem się, że teraz krytyka jest obcesowa i napastliwa. Proste pytanie, na czym polega jej obcesowość i napastliwość, również pozostała bez odpowiedzi. Domyślam się, że gdyby podano moje nazwisko jako współtwórcy książki telefonicznej, ci państwo by orzekli, że chamstwo Pollaka sięgnęło zenitu.

Jedna z tłumaczek wyjaśniła mi, że nie powinienem był wypisywać wszystkich błędów, tylko zastanowić się nad przyjętą przez Justynę Czechowską strategią przekładu i, skoro ta nie wypaliła, zaproponować inną. Laikom wyjaśnię, że nad strategią przekładu można się zastanawiać, kiedy on jest dobry i trzeba pogłówkować, co zrobić, żeby był jeszcze lepszy. Czechowskiej można by co najwyżej zaproponować, żeby najpierw nauczyła się szwedzkiego i polskiego. Ale oddam sprawiedliwość tej tłumaczce: chociaż z zastrzeżeniami, jednak przyznała, że błędy dyskwalifikują przekład, i wezwała Justynę Czechowską do polemiki z moimi zarzutami. Proszę zgadnąć, jaka była reakcja na to wezwanie.

Strategia linczu nie okazała się skuteczna, bo zamiast udać się z wizytą do psychiatry, żeby wyjaśnił mi, dlaczego jestem taki sfrustrowany i zawistny, hejterom właśnie odpisywałem. Obrońcy pseudotłumaczki znaleźli więc inny sposób, by podważać krytykę. Polegał on na twierdzeniu, że to nie są błędy, tylko translatorskie wybory, a ja powinienem odróżniać jedno od drugiego, a skoro nie odróżniam, to się kompromituję. Doskonale odróżniam i ci państwo też, więc wezwani do wskazania, w których punktach przyczepiłem się do poprawnego przekładu, nabrali wody w usta. I znowu wyjaśnienie dla laików: często jest tak, że tłumacz daną frazę czy dane słowo może przetłumaczyć na kilka sposobów. Dopóki trzyma się ich znaczenia, wszystko jest w porządku. Ale jeśli to znaczenie zmienia, wtedy mamy do czynienia z błędem.

Język to nie matematyka, ja nie jestem nieomylny, więc było oczywiste, że nie wszystkie moje zarzuty przy przekładzie Linde się ostaną. Celowo sformułowałem ich z naddatkiem, żeby obrońcom Czechowskiej nie udało się zejść poniżej pięciuset. Wiedzą państwo, ile obalili? Cztery. Zgodnym wysiłkiem, szukając rozpaczliwie przed dwa dni, zdołali obalić cztery zarzuty. I uznali, że świadczą one o mojej niekompetencji, w związku z tym cała krytyka nadaje się do kosza. Serio. To jest poziom logiki uczestników Forum Tłumaczy Literatury. Czechowska zrobiła ponad pięćset błędów, ale nie ma się jej co czepiać, skoro krytyk w czterech przypadkach błąd zarzucił jej niesłusznie.

Z powyższego akapitu wynika, że jakaś merytoryczna polemika nastąpiła. Wprawdzie szczątkowa, ale tak. I w zasadzie co głos, to kompromitacja. Jedna z tłumaczek oznajmiła, że przeczytała „Lód” i do polszczyzny Czechowskiej nie miała najmniejszych zastrzeżeń. Innymi słowy pochwaliła się, że nie umie dostrzec błędów językowych w czytanym teście. Druga wygłosiła tezę, że błędy wynikającego z tego, że Czechowska jest na bakier z językiem polskim, „się nie liczą”, gdyż te miał obowiązek poprawić redaktor. Czyli zdaniem tej pani, tłumacz może przełożyć powieść dowolnym bełkotem, byleby zgodnie z oryginałem, a za formę językową odpowiada ktoś inny. Skoro takie twierdzenia wygłasza tłumaczka z dużym dorobkiem, nic dziwnego, że kiedy człowiek czyta wytwory produkcji tych państwa (bo przekładaniem literatury trudno to nazwać), to rwie sobie włosy z głowy.

Á propos produkcji. Kilka dni przed zamieszczeniem mojej krytyki przekładu Linde ci ludzie opowiadali sobie, w jakim tempie tłumaczą książki. I rekordziści (akurat ci sami, których krytyka Czechowskiej najbardziej bolała, ale nie umieli na nią odpowiedzieć) chwalili się, że potrafią przełożyć arkusz dziennie, czyli około 22 stron po 1800 znaków. I tym ludziom naprawdę wydaje się, że ich stachanowszczyzna jest tłumaczeniem literatury. A potem, kiedy ktoś z ich grona zostanie skrytykowany, rzucają się linczować krytyka, bo się boją, że weźmie na warsztat ich pseudoprzekłady, więc trzeba go zawczasu zniechęcić. Jakoś nie mam wątpliwości, że niektórzy z nich dopiero z mojej krytyki Czechowskiej dowiedzieli się, co jest w języku polskim albo w tłumaczeniu błędem.

Wróćmy do merytorycznej polemiki. W oryginale powieści Linde jest zdanie „Hordy dzikich koni, które całkowicie wolne galopują z łoskotem”. Czechowska przełożyła je: „Stada koni galopujące na wolności”, a państwo tłumacze uznali, że to dobry przekład. Konie w szwedzkiej powieści biegną, w polskiej też, czyta się bezproblemowo, o co ci, człowieku, chodzi? Ludziom mieniącym się tłumaczami literatury, którym wydaje się, że powieść można przekładać tak samo jak instrukcję obsługi tostera, musiałem wyjaśniać, że w literaturze liczą się środki wyrazu. Jeżeli pisarka stado koni nazywa hordą, to ma w tym jakiś cel i należy tak właśnie przełożyć. Skoro podkreśla łoskot, to nie wolno go opuszczać. Bo po przeróbce Czechowskiej mam jakieś tam biegające koniki, a nie pokazany przez autorkę rozszalały tabun.

Obrońcy Czechowskiej zapytali mnie, co ma na celu moja krytyka. Czy oczekuję, że wydawcy przestaną zlecać jej tłumaczenia książek. A to byłoby bardzo niedobrze, bo biedna Justynka może nie będzie miała z czego żyć. I w ogóle może się załamać krytyką. Zdumiałem się na takie dictum i zapytałem, co z pisarzami, których utwory Czechowska niszczy, co z czytelnikami, którzy chcieliby zapoznać się z twórczością danego autora, a dostają parodie jego utworów. Odpowiedź? Pisarz ani czytelnik nie załamie się z powodu źle przełożonej powieści. Serio. Ci państwo mają szczerze gdzieś ludzi, którzy de facto dają im pracę, czyli pisarzy i czytelników. Grunt, żeby koleżanka miała dochody. A że nie ma żadnych kwalifikacji do wykonywania swojego zawodu. Cóż, nie ona jedna (to już mój komentarz).