Sztuczna inteligencja sprawiła, że uczenie się na tłumacza ma mniej więcej tyle samo sensu, co zdobywanie kwalifikacji na serwisanta maszyn do pisania. Bronią się jeszcze tłumacze ustni, przysięgli i literaccy. W przypadku tych ostatnich perspektywę przejęcia ich zadań przez AI przedstawia się jako czarny scenariusz, ponieważ przekład literacki to po części dziedzina sztuki, a ChatGPT jako żywo artystą nie jest.
Postanowiłem więc przyjrzeć się na przykładzie powieści szwedzkiej pisarki Ulli-Leny Lundberg pt. „Lód” (wydawnictwo Marpress, 2022), jak wypadają różnice między tłumaczeniem wspomnianej aplikacji a tym wykonanym przez uznaną tłumaczkę Justynę Czechowską, nagrodzoną za swoje przekłady przez Akademię Szwedzką.
Tłumaczka posługuje się artystyczną polszczyzną w stylu: „W naszym luterańskim kościele mają być też żona i dzieci, umeblowanie, które go uwiązują i zabierają mu czas” (str. 10). ChatGPT, który o artyzmie nie ma zielonego pojęcia, ujął to tak: „W naszym luterańskim Kościele to żona, dzieci i domowe sprzęty mają go wiązać i pochłaniać jego czas”. „Kościół” po szwedzku pisze się zawsze małą literą, którą Czechowska bezmyślnie skopiowała, a AI dostrzegła, że tu jest znaczenie wymagające w polskim dużej litery.
Z opisu mężczyzn idących na plebanię dowiadujemy się, że „są tak młodzi, że nawet ich powolność nadrabia drogi” (str. 90). ChatGPT postawił nie na komunikat artystyczny, lecz na zrozumiały: „Na tyle młodzi, że nawet ich powolność niesie ich naprzód”.
Jak wiadomo, piękno artystycznego języka najpełniej uwidacznia się w filozoficznych sentencjach. Takoż i w nich Czechowska sięga wyżyn swoich umiejętności: „Człowiek często chodzi o własnych nogach aż do śmierci, ale wtedy koniec” (str. 262). W zasadzie powstaje pytanie, kto od kogo powinien się uczyć, skoro ChatGPT tłumaczy: „Często człowiek może iść o własnych siłach aż do samej śmierci, ale tam następuje kres”.
Żeby przetłumaczyć powieść dobrze na polski, trzeba najpierw zrozumieć, co autor w języku obcym pisze, z czym Justyna Czechowska ma niejakie trudności. Dowiadujemy się od niej na przykład, że „kantor dopilnował, by łodzie, którymi przybyli, wyciągnąć na skały” (str. 8). Chodzi o zrobienie miejsca przy pomoście dla kolejnych napływających. I nikt w tym celu nie wyciąga łodzi z wody, zresztą takiego czasownika w ogóle w oryginale nie ma, co trafnie rozpoznaje ChatGPT: „Dzwonnik zadbał o to, żeby łodzie, którymi przybyli, były przy skałkach”. Najlepsze tłumaczenie brzmiałoby „na wysokości skałek”, ale przynajmniej aplikacja oddaje sens szwedzkiego tekstu.
Jedna z bohaterek „wpada do sąsiadki, którą ledwo zna, i pyta, czy tamta mogłaby posiedzieć u nich przez godzinę” (str. 33). Chodzi o zajęcie się chłopcem. Osoba, którą Czechowska określa mianem „tamta”, to w oryginale „on”, czyli ten chłopiec. Tłumaczka nie zorientowała się, do kogo odnosi się zaimek, przypisała go sąsiadowi, a że nie pasowało jej, by dzieckiem zajmował się mężczyzna, po prostu zmieniła sobie na „ona”. Ignorując przy tym inną wskazówkę, że źle tłumaczy. Czasownik „mogłaby” to w oryginale „får”, a nie „kan”. Na polski oba przekłada się tak samo, ale w szwedzkim pierwszy wyraża zezwolenie, drugi możliwość. I matka dziecka nie pyta sąsiadów, czy mają możliwość do niej przyjść, lecz czy pozwolą, by zostawiła u nich syna. ChatGPT też nie zdołał przełożyć tego passusu poprawnie: „wpada się tylko do sąsiada, którego ledwie się zna, i pyta, czy może posiedzieć u nich przez godzinę”.
Podobnie nie poradził sobie ze zdaniem „rower może załadować do wózka i przewieźć przez małą przełęcz” i zrobił w nim aż dwa błędy: nie do wózka, tylko na łódkę i nie przez przełęcz, lecz przez cieśninę. Do tego żadne z oryginalnych słów nie ma znaczenia, które im przypisał, więc trudno też powiedzieć, skąd błędy się wzięły. Zwłaszcza ten drugi. Przy pierwszym można się domyślać, że nie rozpoznał regionalizmu, bardzo rzadko używanego „öka” w miejsce ogólnoszwedzkiego „eka”. Czy tłumaczka była lepsza? Trochę. Poprawnie informuje, że mieszkańcy wyspy muszą pokonać przesmyk, żeby dostać się na sąsiednią, ale jej zdaniem dokonywali tego na tratwie (str. 13).
W języku szwedzkim forma czasownika nie wskazuje na aspekt dokonany bądź niedokonany. Wynika on z kontekstu, czasami jest wyrażany dodatkowym orzeczeniem, np. „siedział i czytał”, co niektórzy zresztą dokładnie tak tłumaczą. Lekarka z powieści „Lód” uciekła do Finlandii ze Związku Radzieckiego, przy czym krążą różne wersje, jak się jej to udało. Jedna z nich, według AI, brzmi: „Zeskoczyła na spadochronie nad lasami Karelii”. Co uważa Czechowska? Ano że bohaterka „skakała ze spadochronem nad karelskimi lasami” (str. 30). Cztery razy skoczyła i wróciła z Karelii do ZSRR, a za piątym razem została czy jak?
Głównym bohaterem powieści jest luterański duchowny, ale Czechowska, która podjęła się jej przekładu, nie ma wiedzy, że protestantyzm to nie rodzaj katolicyzmu, w którym ksiądz nazywa się pastorem i dlatego może się ożenić. I tak na stronie 249 czytamy, że z powodu złej pogody zagrożona jest frekwencja na „wczesnej mszy”, chociaż msze odprawia się wyłącznie w Kościołach prawosławnym i katolickim, u luteranów są nabożeństwa. Niesprzyjający klimat stanowi również przyczynę, że „na Örlandii nie odprawia się pasterki” (też str. 249). Wyłącznie zdaniem Czechowskiej, gdyż w rzeczywistości nie jest to kwestia klimatu, lecz wyznania. Ale ChatGPT popełnia identyczny błąd i ową „wczesną mszę” (po szwedzku „julotta”) tłumaczy jako „pasterkę”. Tymczasem taki przekład byłby uzasadniony wyłącznie przy słowie „julnattsmässa”, które w tym fragmencie powieści się nie pojawia.
Przed prawdziwą zagwozdką czytelnik staje na stronie 155, gdzie dowiaduje się, że pastor wyciągnął z szopy sanie i popędził nimi „po zamarzniętym świecie jak kometa”. No bo skoro duchowny jedzie na saniach po zamarzniętej cieśninie, a cieśniny raczej nie zamarzają z góry na dół, to jaki napęd mają te sanie. Odrzutowy? Czy po prostu psy je ciągną? Chyba jednak nie, skoro chwilę później jest mowa o tym, że żona pastora z córką usiądzie na saniach, a on będzie je popychał. Co też brzmi dziwacznie, skoro na równej przestrzeni sanki się ciągnie, a nie pcha. Zagadkę częściowo wyjaśnia ChatGPT, który „sparkkälke” tłumaczy jako „sanki typu spark”. Nie jest to też dobry przekład, ale przynajmniej wiadomo, że chodzi o jakiś nieznany u nas typ. Poprawnie to sanki fińskie. Z opisu w powieści można się zorientować, jak wyglądają i jak się ich używa, ale Czechowska przerabia ten opis (pastor np. „pędzi”, a nie „odpycha się nogą”), żeby polski czytelnik nie zauważył, że to nie są znane mu sanki.
Czechowska żywi co najmniej dziwne jak na tłumacza literackiego przekonanie, że perspektywa, z której prowadzona jest narracja, to rzecz całkowicie obojętna, i dowolnie ją sobie w powieści zmienia. I tak na przykład na stronie 384 podaje, że „więcej niż o pastorze mówi się o statku”, a „pastorowa odgrzewa zupę rybną”. Tymczasem w oryginale ta scena pokazana jest oczami ich dziecka i autorka używa słów „tata” i „mama”. Nawet nie sprawdzałem, jak ChatGPT by je przełożył, bo to oczywiste, z całą pewnością nie żywi przekonań, pozwalających mu zmieniać założoną przez pisarza perspektywę.
W powyższym fragmencie jeszcze dobrze, że Czechowska używa istniejących rzeczowników, bo nie jest to u niej regułą. Na stronie 10 nazywa szypra „okrętowym”. Na stronie 11 pisze o nim „skiper”, czyli chodzi jej o kapitana. Jak należy rozumieć, dowódcę okrętu. Pytanie wtedy tylko, dlaczego Czechowska statek, którym bohaterowie przypłynęli, nazywa „łodzią”, a nie „okrętem”. ChatGPT tłumaczy już lepiej, „szkiper”, choć stosuje właśnie taką dziwną pisownię.
W tłumaczeniu Czechowskiej przedmioty przechodzą zadziwiające metamorfozy. I tak mężczyźni znoszą na pomost kredens (str.10), ale kiedy później pastorowa przy nim stoi ten jest już szafką (str. 17). W oryginale autorka używa tego samego słowa, „skänk”, i AI tłumaczy je każdorazowo tak samo i poprawnie jako „kredens”. W oborze znajdują się wymyte kanki (str. 25), które już w następnym akapicie stają się „wiaderkami”. AI ponownie jest konsekwentna, natomiast nie radzi sobie z oryginalnym „kanna”, używanym współcześnie głównie w znaczeniu „dzbanek”, i tak właśnie to przekłada. Odwrotnością tego zjawiska zachodzącego w tłumaczeniu Czechowskiej jest zlewanie się dwóch desygnatów w jeden. Pastorostwo wylicytowali na aukcji sieć na okonie (str. 18), co jest zgodne z oryginałem, ale kiedy podają gościom smażonego szczupaka, w polskiej wersji serwują im okonia (str. 273). No bo skoro mają sieć na okonie, to przecież nie złapali w nią szczupaka, logiczne, czyż nie? Tej logiki nie podziela jednak ChatGPT, dla którego „gädda” to „szczupak”.
Jak wynika z powyższego, białkowa tłumaczka nie radzi sobie ze stylem, leksyką i frazeologią. Co z gramatyką? „Jest herbata, którą ona i pastor będą wieczorem pić przy stole w salonie, oraz sucharki cukrowe, które od razu rozmacza w odrobinie mleka podgrzanego na posłusznym piecu i karmi nimi Sannę”. To przekład sztucznej inteligencji. Czechowska (nie) radzi sobie z tym fragmentem następująco: „Jest herbata, którą razem z pastorem będzie wieczorem popijać przy stole w salonie, są sucharki. Natychmiast namacza je w mleku, podgrzewa na kuchence i karmi nimi córkę” (str. 20). Z jej wersji wynika, że pastorowa podgrzewa nie mleko, lecz sucharki.
Czechowska stosuje dwa sposoby, kiedy nie ma pomysłu, jak dany passus przełożyć. Pierwszym jest zmiana treści utworu. O wyładowywanych na pomost meblach pisze, że stoją tam „jakby były właśnie obudzone” (str. 10). W oryginale tego „jakby” nie ma. ChatGPT rozwiązuje problem rzeczywiście trudnej frazy jak utalentowany tłumacz z wieloletnim doświadczeniem: „odświeżone porankiem”. Drugim sposobem na sprawiające trudności zwroty jest ich opuszczanie, co widać przy owym „posłusznym” piecu, „kuchenka” Czechowskiej nie ma żadnego określenia. Ale, gwoli sprawiedliwości, aplikacja (która też tego dobrze nie przełożyła) stosuje identyczną taktykę. Na str. 164 czytamy o posiadłości „zasiedlonej przez szkodniki”, w oryginale jest słowo „husbocksätna”, co znaczy „nadgryzionej przez spuszczele pospolite”. Polski czytelnik w odróżnieniu od szwedzkiego nie wie, co to jest spuszczel, i musiałby sprawdzać, żeby otrzymać ten sam komunikat, więc zmiana jest uzasadniona, ale nie na „szkodniki”, lecz na „korniki”. A tak tłumaczka nie przekazała informacji z oryginału, że drewno domu jest nadwerężone. ChatGPT przy tłumaczeniu całego zdania to słowo pominął.
Konkluzja? W chwili obecnej nie otrzymamy dobrze przetłumaczonej powieści przez ChatGPT. Ale w porównaniu z przekładem, który dostarczyła Justyna Czechowska, wielkiej tragedii nie ma, przeciwnie, wiele passusów zostało przełożonych zdecydowanie lepiej. No i sztuczna inteligencja jest cały czas rozwijana i będzie tłumaczyła na coraz wyższym poziomie. Tymczasem przekład „Lodu”, bynajmniej nie debiutancki w dorobku Czechowskiej, jest tak żenująco słaby, że przeskok na przyzwoity poziom tłumaczenia jawi się jako niewykonalny.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Komentarze anonimowe są niemile widziane i zastrzegam sobie prawo do ich kasowania bez dalszych wyjaśnień.