Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wywiady. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wywiady. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 11 sierpnia 2014

Zaproszenie na czat

Dzisiaj, zamiast wpisu, zaproszenie na czat, który odbędzie się wieczorem na Facebooku, na stronie serwisu Książka zamiast kwiatka. Na pytania będę odpowiadał od 21.00 przez godzinę. Serdecznie zapraszam.

środa, 2 października 2013

Zasada dwóch płynów

Starsi stażem czytelnicy mojego bloga wiedzą, na czym polega zasada dwóch płynów, nowsi mogą się tego dowiedzieć z bloga Książki Oli.

Na tym samym blogu można przeczytać wywiad, jakiego udzieliłem na LiteraTurze.

Dałem się w końcu namówić na Facebooka i założyłem sobie pisarski profil, ale ustrojstwo jest tak nieintuicyjne, że nie mogę dociec, jaki link tam prowadzi :-( Domyślam się jednak, że odszukanie go starym bywalcom nie nastręczy problemu.

poniedziałek, 24 czerwca 2013

Film o Columbo

Nota na okładce nowego wydania „Kanalii”, napisana przez wydawcę, zaczyna się cytatem z książki, słowami, które stary wyjadacz Markowski kieruje do nowicjusza Lepki, kiedy ten ma swoją koncepcję, jakie działania popchną śledztwo do przodu: „Synek, to nie jest film o Columbo!”. Jakiś krytyk, mający tendencję do przypisywania autorowi poglądów bohaterów, mógłby uznać, że oceniam serial jako wydumany (i przeciwstawiam go realistycznemu śledztwu w „Kanalii”). Nic bardziej błędnego, „Columbo” to mój absolutny faworyt pośród seriali kryminalnych. I jedyny, który oglądam wciąż na nowo. Kto zabił, wiadomo i tak od samego początku, za to psychologiczny pojedynek między porucznikiem w prochowcu a zabójcą jest za każdym razem tak samo pasjonujący.

Co przenikliwsi czytelnicy już się pewnie domyślili, że będę ich katował wyliczaniem swoich ulubionych seriali kryminalnych. Tak, i to niemiłosiernie, bo z racji tego, że oglądam głównie niemiecką telewizję (polskiej unikam ze względu na niepunktualność, fatalne tłumaczenia i mordowanie gry aktorów lektorskim głosem) części z nich normalny człowiek w Polsce nie zna.

1. Pierwsze miejsce już podałem: „Columbo”.

2. Kto czytał „Między prawem a sprawiedliwością” albo jakiś wywiad na temat tej książki, wie, że jeśli nie na pierwszym miejscu, to najdalej na drugim musi być Law & Order. Z tym że tylko ten zasadniczy serial, spin-offy w postaci Criminal Intents albo Law Order Special Victims Unit średnio mi się podobają. Bardzo za to cenię niemiecką wersję tego serialu Im Namen des Gesetzes („W imieniu prawa”), bo Niemcom udało się atrakcyjnie pokazać europejski proces sądowy, nie odchodząc od realiów.

3. „Detektyw Monk” i od razu autopoprawka, ten serial też można oglądać wielokrotnie. Zwłaszcza dopóki znerwicowanym detektywem opiekowała się Sharona. Mam wrażenie, że kiedy zastąpiła ją bezbarwna Natalie, zmienili się też scenarzyści albo zabrakło im pomysłów na tak przemyślne zagadki jak wcześniej. Ale przedni humor pozostał, na przykład kiedy Monk żąda wysadzenia go z łodzi podwodnej, bo pływanie pod wodą wywołuje u niego klaustrofobię.

4. „Castle”. Za postać tytułowego bohatera, którego trzymają się takie pomysły, jak sprawienie sobie kuloodpornej kamizelki z napisem „Writer”. Za postać głównej bohaterki, która oprócz urody i inteligencji ma to coś. Za pomysłowe i misternie skonstruowane zagadki kryminalne.

5. Tatort („Miejsce zbrodni”). Pierwszy z tych seriali niemieckich. „Miejsce zbrodni” to dość nietypowe przedsięwzięcie, bo pod tym tytułem wyświetlane są de facto różne seriale kryminalne, których akcja toczy się w poszczególnych niemieckich miastach. Na początku (a Tatort ma długą tradycję, bo pierwszy odcinek wyemitowano w 1970 r.) taka była zresztą idea, że film ma bardziej opowiadać o miastach niż o ludziach, więc prowadzący śledztwo się zmieniali. Teraz śledczy są już powiązani z miastami, ale w każdym pracuje oczywiście inna ekipa. I zwykle to ona przesądza o charakterze filmu. Moją ulubioną (i większości Niemców, patrząc na statystyki oglądalności) jest ta z Münsteru. Śledztwa tam prowadzi komisarz Frank Thiel, a wtrąca mu się lekarz sądowy Karl-Friedrich Boerne. Na scharakteryzowanie Thiela można użyć słów hot dog, rower, mecz, lumpeks, a że Boerne to zadufany w sobie snob, komicznych spięć nie brakuje. Do tego ojcem Thiela jest były hippis i syn policjant ma pewien problem z tym, że tatuś pali trawkę i nią handluje. Film wyśmiewa też poprawność polityczną: Boerne ma za asystentkę karlicę, z której wzrostu ciągle się jednak naigrawa. Zwraca się do niej per „Alberich” (Alberyk), ci, którzy znają się na operze, wiedzą, o co chodzi. Ja się nie znam i musiałem sprawdzić, przyznam się zresztą do takiej ignorancji, że na początku myślałem, iż to jej nazwisko.

6. „Morderstwa w Midsomer”. Sielska angielska prowincja i gęsto ścielący się trup. Chociaż zauważyłem, że ten serial jest rekordzistą, jeśli chodzi o czas oczekiwania na pierwsze zwłoki. Ale potem worek się rozwiązuje. Znakomite jest tło muzyczne, o czym świadczy fakt, że je zauważyłem, bo jako żem niemuzykalny zwykle przelatuje mi ono koło uszu.

7. „Kryminalne zagadki Las Vegas”. Pokazanie wagi śladów kryminalistycznych w ujęciu zabójcy i przy ustalaniu, jaki był przebieg zdarzeń. To wiadomo. Ale ten serial jest też przykładem, jak daleko można odejść od realiów, zachowując wrażenie realizmu. Główne postaci to skrzyżowanie technika kryminalistycznego, laboranta i policjanta (zwłaszcza w nowojorskiej wersji), czyli coś, co w naturze nie występuje, a mimo to technik/laborant zakładający przestępcy kajdanki nie razi.

8. „Wilsberg”. Niemiecki serial, tytułowy Wilsberg to właściciel antykwariatu (choć przez cały serial nie sprzedał chyba ani jednej książki) i prywatny detektyw, ale zwykle nie chce od klientów pieniędzy i żeruje na swoim przyjacielu, urzędniku skarbowym, regularnie pożyczając od niego komórkę i samochód. Do tego irytuje zaprzyjaźnioną panią komisarz, bo ciągle pojawia się w prowadzonych przez nią sprawach i na ogół jest krok do przodu.

9. „Jesse Stone”. Też prowincja, tyle że amerykańska. Zakochany w byłej żonie policjant (w tej roli rewelacyjny Tom Selleck) zbyt często zagląda do kieliszka i zostaje z tego powodu zesłany przed emeryturą do małomiasteczkowego komisariatu. Napisałem „też prowincja”, ale atmosfera serialu jest całkowicie odmienna od tej w „Midsomer”. Posępna, depresyjna.

10. „Nowojorscy gliniarze”. W tej chwili też już klasyka, dla mnie najlepszy serial z tych pokazujących rzeczywistą pracę policjantów.

11. (nigdy nie mówiłem, że będzie tylko dziesięć) „Przekręt” (Hustle). Brytyjski serial o grupie oszustów, w przemyślny sposób naciągających bogatych drani.

12. „Jedwabne pończoszki”. Morderstwa w high society w Palm Beach. Wystarczy obejrzeć czołówkę i wiadomo, o czym będzie. Ale ze swoim zamiłowaniem do kiczu nigdy nie się kryłem.

13. Der Alte, czyli „Stary” i chodzi o wiek komisarza. Życiowe doświadczenie pomaga rozwiązywać życiowe sprawy.

14. Death in Paradise. Na ostatnim miejscu, bo świeża rzecz, ale chyba szybko poszybuje w górę. Na tropikalnej wyspie sztywny Anglik, wbity mimo rozkładającego go upału w przepisowy garnitur (chociaż teraz, kiedy żar za oknem, przestaje to być śmieszne), rozwiązuje tak zaskakujące zagadki, że rozdziawiałem buzię ze zdumienia. A jestem nie tylko wytrawnym oglądaczem kryminałów, co widać z powyższego, ale i autorem, który, jak do mnie dociera, potrafił czytelników nieźle zaskoczyć.

To by było na tyle. Jeśli kogoś nie znużył ten egocentryczny wpis, to na blogu Pasje i fascynacje mola książkowego może przeczytać wywiad, w którym między innymi wyjaśniam, jak to faktycznie jest z tym realistycznym śledztwem w „Kanalii”.

poniedziałek, 22 października 2012

Wrocławska Mediateka

…przy placu Teatralnym 5 to miejsce mojego kolejnego spotkania autorskiego w najbliższy czwartek, 25 października, o godz. 18. Jak się dowiedziałem ze strony Mediateki, mam mówić o kryminale i Wrocławiu :-) Serdecznie zapraszam.

Staram się nie katować czytelników mojego bloga linkami do recenzji moich książek. Na początku miałem taki zamiar, ale w praniu wyszło inaczej. Po części dlatego, że sam jako czytelnik zacząłem unikać recenzji internetowych przed przeczytaniem książki ze względu na beztroskie ujawnianie kluczowych faktów. O czym jest powieść, lubię się dowiadywać z powieści, a nie z recenzji. Do tego w spoilerach niekoniecznie celują tylko kiepscy blogerzy. Ostatnio przeczytałem pewien beznadziejny polski kryminał. Tytułu nie podam, gdyż jestem zwolennikiem zasady, że pisarz nie powinien być krytykiem, a już na pewno nie na własnym podwórku, poza tym uważam, że polskie kryminały generalnie prezentują wysoki poziom, więc nie ma co się rozwodzić nad jedną czy drugą wpadką. Przeczytawszy, zajrzałem do Internetu, jak to mam teraz w zwyczaju, żeby porównać swoje i cudze wrażenia, i odszukałem recenzję na Portalu Kryminalnym. Muszę powiedzieć, że nieźle bym się wkurzył, gdybym trafił na nią przed lekturą: recenzentka, słusznie krytykując autora za potwornie wydumany motyw zabójstwa, ten motyw ujawnia. Jej się książka nie podobała, to uważa, że może ją dla innych zniszczyć, bo jaki jest sens czytania kryminału, jeśli znamy motyw zabójstwa? Ujawnia też śmierć jednego z bohaterów pod koniec powieści, jedyne naprawdę dramatyczne wydarzenie w tej książce. Normalnie takim krytykom to kazałbym spożyć resztę niesprzedanego przez nich nakładu. Ocena powieści jest rzeczą zawsze subiektywną, negatywna bynajmniej nie oznacza, że powieść nie spodoba się komu innemu, i recenzent musi przecież umożliwić czytelnikowi przeczytanie książki bez znajomości tych faktów, które autor zataił. Wydawałoby się, że to oczywistość, ale jak się okazuje oczywistość, którą trzeba powtarzać nawet recenzentom fachowego portalu.

Dobra, bo mi dygresja wyszła. Chciałem napisać, że nie katuję, a właśnie dzisiaj będę katował, bo znalazłem dwie naprawdę profesjonalne (o książce się pisze, a nie ją opowiada) i rozpływające się w zachwytach recenzje, więc oczywiście odczuwam potrzebę pochwalenia się. Jedna dotyczy Niepełnych, a druga Gdzie mól i rdza.

Jeśli ktoś jednak woli utwory od recenzji, to od jutra udostępniam w Amazonie w trzydniowej promocji za darmo opowiadania kryminalne Czysta arytmetyka i The Plan of the Day oraz humoreskę Propozycja wydawnicza. E-booki powinny być dostępne od ósmej rano, ale różnie z tym bywa, Amazon miewa nawet kilkugodzinne poślizgi. Nie trzeba posiadać Kindle’a, żeby skorzystać z tej promocji, Amazon udostępnia programy, dzięki którym e-booki można przeczytać na praktycznie wszystkich urządzeniach.

Ponieważ dzisiaj taki wpis bardziej linkujący, to zapraszam również do lektury wywiadu dla stowarzyszenia Sztukater.

wtorek, 20 marca 2012

Mały maraton

Przez najbliższe dwa tygodnie będę miał cztery spotkania autorskie, co istotne, także poza Wrocławiem.

Zaczynamy w Milanówku, w najbliższy piątek 23 marca o godz. 17.00 w sali Milanowskiego Uniwersytetu Trzeciego Wieku przy ul. Spacerowej 4. Spotkanie poprowadzi Katarzyna Gacek, współautorka (z Agnieszką Szczepańską) „Zielonego trabanta” i „Zabójczego spadku uczuć”.

29 marca (czwartek) będę w Sopocie i Gdańsku (dokąd, korzystając z wojny cenowej na polskim niebie, będę dolatywał, co już powoduje u mnie gęsią skórkę, bo boję się latać – to znaczy, latać się nie boję, boję się, że samolot spadnie). Spotkanie w Sopocie odbędzie się w filii nr 2 Miejskiej Biblioteki Publicznej przy ul. Kraszewskiego 26 o godz. 15.30, a poprowadzi je Dagny Kurdwanowska z serwisu Czytam w wannie.
O osiemnastej rozpocznie się natomiast spotkanie w Oliwskim Klubie Kryminału (Filia nr 2 WiMBP; ul. Opata J. Rybińskiego 9, Gdańsk-Oliwa). Tutaj przepytywać mnie będzie Jolanta Świetlikowska, szefowa Oficynki.

Na koniec spotkam się z czytelnikami we wrocławskiej księgarnio-kawiarni Speakeasy (Rynek 8), we wtorek 3 kwietnia o godzinie 19. Spotkanie poprowadzi anglistka i tłumaczka literatury Alicja Borończyk-Lewandowska.

Serdecznie zapraszam, wstęp na wszystkie spotkania oczywiście bezpłatny. Tym, którzy nie dotrą, pozostaje namiastka w postaci krótkiego wywiadu, jakiego udzieliłem blogowi Coś na progu :-)

poniedziałek, 13 lutego 2012

Przeżyć to jeszcze raz

W akcji TOP10, w której raz już wziąłem udział, padło bardzo ciekawe pytanie: Jakie książki chciałbyś znów po raz pierwszy przeczytać? Oto moja dziesiątka:

1. „Niewiarygodne przygody Marka Piegusa”. Pierwsze spotkanie z Edmundem Niziurskim, świat dookoła nie istnieje, tylko pełne przejęcia podążanie za bohaterami. Potem oczywiście połknąłem całego Niziurskiego z nieśmiertelnym „Sposobem na Alcybiadesa” na czele, którego przeczytałem tyle razy, że nauczyłem się go prawie na pamięć. Z tej właśnie książki pochodzi miara „lec”, określająca stopień poczucia humoru, o którą pytałem we wpisie Polish jokes. Nawiasem mówiąc z opowiadania, o którym tam mowa, wyszła mini powieść „Stan Nowy Jork przeciwko…” i Oficynka przebąkuje coś o jej wydaniu.

2. „Psy wojny” Fredericka Forsytha. Czytelnik nieco starszy (ale niewiele), emocje równie ogromne, więc następnie „Dzień Szakala” i chociaż moim zdaniem takiego poziomu już później Forsyth nie sięgnął, to jednak z prawdziwą przyjemnością każda jego następna książka.

3. „Tomek w krainie kangurów” Alfreda Szklarskiego. Nauczycielka przeczytała nam na lekcji początek, a w domu doczytałem resztę i następne części. Nie wszystkie, bo wtedy Tomków nie można było tak łatwo dostać, i strasznie z tego powodu cierpiałem.

4. „W 80 dni dookoła świata” Juliusza Verne’a. Zdąży czy nie zdąży?

5. „W pustyni i w puszczy” Henryka Sienkiewicza. Staś i Nel porwani, na drodze karawany lew, Staś dostaje strzelbę do ręki, a ja mam zgasić światło, bo czas spać. „Mamo! Jeszcze tylko jedną stronę!”.

6. „Przypadki Robinsona Kruzoe” Daniela Defoe. Czytałem nie jakąś skróconą wersję, tylko pełne wydanie. Grube tomisko z białej serii PIW-u, w którym brakowało jednej strony (zostały chyba wydrukowane dwie takie same). Do dziś pamiętam, takie to było traumatyczne przeżycie.

7. „Niebo w płomieniach” Jana Parandowskiego. Szok, że moje podejrzenia, że z tym Bogiem to jest coś nie tak, wcale nie są takie absurdalne, jak mi się wydawały (później te moje wrażenia opisał Hjalmar Söderberg w „Młodości Martina Bircka” - to znaczy, opisał wcześniej, tylko ja później przeczytałem). Od Parandowskiego dowiedziałem się, że Herod Wielki zmarł w 4 roku przed naszą erą. Ponieważ Parandowski nie wyjaśnił, skąd to się wzięło, byłem przekonany, że mam w ręku najlepszy dowód, że te wszystkie opowieści o Jezusie to bzdurne bajeczki. Sprawdziłem w encyklopedii, że data się zgadza i pokazałem koledze. Wtedy szoku doznał on - pierwszy raz w życiu widziałem tak roztrzęsionego człowieka.

8. „Prawiek i inne czasy”. Nie mam tej książki Olgi Tokarczuk, bo co sobie kupię egzemplarz, to natychmiast daję w prezencie (to znaczy, pożyczam, ale w praktyce wychodzi na prezent), jeśli tylko się zorientuję, że ktoś tego nie czytał. Mól książkowy, który nie zna „Prawieku”, to jak himalaista, który nie wszedł na żaden ośmiotysięcznik.

9. „Doktor Glas” Hjalmara Söderberga. Lektura na studiach, ale wiedziałem, że spotkałem bratnią duszę. Ale rzeczywiście przeczytam go powtórnie po raz pierwszy, bo chcę go przełożyć (mimo że polski przekład już jest), a tłumaczenie to inny rodzaj lektury. Tak miałem z „Kochającymi na marginesie” Johanny Nilsson. Kiedy ich przeczytałem, książka mi się nie spodobała, dopiero przy przekładzie, o który poprosiło wydawnictwo, odkryłem, że jest naprawdę znakomita.

10. „Mistrz i Małgorzata” Michaiła Bułhakowa.

Dominują książki przeczytane w dzieciństwie i młodości, ale tak już jest, że wtedy po prostu wszystko mocniej na człowieka oddziałuje.

Ciekawe, czy doczekam, że ktoś w takim zestawie zamieści „Gdzie mól i rdza”. Promocja nadal trwa, zapraszam do lektury wywiadów, których udzieliłem portalom iWiesz24 i Zbrodnicze Siostrzyczki.

środa, 1 lutego 2012

Promujemy się

Czysto informacyjnie, bo promocja „Mola” idzie pełną parą i całkowicie mnie absorbuje. W dzisiejszym dolnośląskim dodatku do „Gazety Wyborczej” ukazał się wywiad, który przeprowadziła ze mną Dorota Wodecka, a w piątek o godz. 11 będę gościł w Radiu Wrocław. I jeszcze zdjęcie z sobotniego spotkania autorskiego w Matrasie:


sobota, 11 czerwca 2011

Tłumacz jak kserokopiarka

W portalu Edusieć ukazał się wywiad, z którego bardzo się cieszę, dlatego że jestem odpytywany nie jako pisarz, tylko jako tłumacz. A o tłumaczach literackich, choć są tuż za pisarzem, mówi się niewiele, stawiając ich pracę gdzieś obok pracy redaktora i korektora. Jeśli ktoś chce zaprotestować, że to nieprawda, że bardzo sobie wysiłek tłumaczy ceni, to mały test: czy wiesz, jak nazywa się tłumacz ostatniej czytanej przez ciebie zagranicznej książki? Jeśli wiesz, zwracam honor, jeśli nie wiesz, kolejne pytanie: nazwisko wypadło ci z głowy czy nawet nie spojrzałeś, kto tłumaczył? Albo łatwiejsze pytanie: kto przełożył na polski następujące książki, „Komu bije dzwon”, „Lolitę”, „W poszukiwaniu straconego czasu”, „Giaura” i „Hamleta”? Jest pięć na pięć?

Tę różnicę w traktowaniu widać też we współpracy z wydawnictwami. Tłumacze powinni być dla nich bardziej cenni, bo więcej wydaje się tytułów zagranicznych niż rodzimych i są bardziej dochodowe, tymczasem byłem ogromnie zaskoczony, kiedy z tłumacza przeistoczyłem się w pisarza. Nagle ze zwykłego współpracownika przemieniłem się w VIP-a. Inna sprawa, że to VIP-owskie traktowanie objawiało się jedynie w kontaktach interpersonalnych, bo propozycja umowy zawierała tyle samo niekorzystnych zapisów, a tekstu musiałem tak samo pilnować do ostatniej chwili, żeby redaktor przed wysłaniem do drukarni czegoś sobie nie zmienił. No i VIP-owskie traktowanie natychmiast się skończyło, jak tylko zacząłem wnikać, dlaczego książki nie ma w księgarniach, promocja leży, a płatności na konto nie spływają.

No ale jak tu cenić tłumacza, jeśli, wedle panującego powszechnie przekonania, może nim zostać każdy, kto liznął języka. A jak pomieszkał rok na obczyźnie, to niech się schowają wszelkie uniwersytety. Żaden Polak nie czuje się wykwalifikowanym nauczycielem języka polskiego z racji tego, że od urodzenia mówi po polsku. Poproszony, żeby nauczał, odrzuci propozycję jako absurdalną, słusznie zauważając, że jeszcze musiałby mieć jakieś przygotowanie pedagogiczne i teoretyczną wiedzę o własnym języku. Każdy Polak uważa natomiast, że dłuższy zagraniczny pobyt, nie mówiąc o mieszkaniu na stałe za granicą, czyni go wykwalifikowanym tłumaczem. Tu już żadna wiedza, żadne dodatkowe umiejętności nie są potrzebne. Panie dwojga nazwisk, nudząc się przy mężu, biorą się do przekładania książek bez świadomości, że tłumacząc literaturę trzeba przede wszystkim biegle posługiwać się polskim, a umiejętność dogadania się na zakupach ze sprzedawcą niekoniecznie oznacza umiejętność zrozumienia powieści w stopniu wystarczającym do jej przełożenia.

Ale nic dziwnego, że łatwo jest zostać tłumaczem, skoro ten właściwie nie wykonuje żadnej pracy, a jeśli już chcemy upierać się, że jakąś wykonuje, to prostą, łatwą i przyjemną. To przekonanie objawia się czasami w następującej prośbie o tłumaczenie: „czy mógłby mi pan _przepisać_ ten tekst na polski?” A jaskrawe odbicie znajduje w porównaniu, z którym kiedyś się zetknąłem, że tłumacz literacki to taka lepsza kserokopiarka z funkcją konwersji z jednego języka na drugi.

Przy takim podejściu ogromnie cieszy, jeśli ktoś docenia pracę tłumacza literatury i interesuje się jej tajnikami. Wspaniałą robotę robi tu serwis Zbrodnia w Bibliotece, który regularnie przeprowadza wywiady z tłumaczami. Przydałby się jeszcze jeden taki, który rozmawiałby z tłumaczami innych książek niż kryminały.


PS. Wywiad w Edusieci został połączony z konkursem, do wygrania jest „Między prawem a sprawiedliwością”, udział można wziąć jeszcze do jutra, przy czym wygrana zależy od pomyślunku, jest to prawdziwy konkurs, a nie zakamuflowana loteria.

czwartek, 10 lutego 2011

Sława, proszę państwa!

O wywiady mnie proszą, to chyba taki trochę sławny jestem, nie? Ociupinkę, odrobinkę :-) A rzeczonego wywiadu udzieliłem Zbrodni w Bibliotece w związku z ukazaniem się „Między prawem a sprawiedliwością”, choć tematyka jest trochę szersza. Pytany o umieszczanie akcji na sali sądowej, mówię, że w „Kanalii” „to morderca zaprowadził mnie na salę sądową, a nie odwrotnie”. Potem się zorientowałem, że to zdanie jest dwuznaczne, w zależności, czy ktoś książkę zna, czy nie.

Przy okazji przypomnienie wywiadu udzielonego Matyldzie, bo go jeszcze na blogu nie reklamowałem. Tu również punktem wyjścia były opowiadania, więc skoro przy nich jesteśmy, to parę linków do recenzji. Skarletka nazwała je opowiadaniami kryminalno-moralnymi, z której to etykiety dumny jestem jak paw, Clevera dała mi do myślenia, a jak przeczytałem recenzję samej Zbrodni w Bibliotece pt. Kiedy prawo nie wystarcza, musiałem sprawdzić na okładce, czy to rzeczywiście ja taką mądrą książkę napisałem*. Tak więc zapraszam do lektury.


*Kryguję się oczywiście, wiadomo, że jestem mądry :-)