poniedziałek, 10 listopada 2014

Jak kobra w najczulszy punkt, czyli zachwyt nad bolącym umysłem

Do tanga, jak wiadomo, trzeba dwojga, a do trójkąta trojga. Oprócz grafomanów, niestrudzenie przelewających na papier bezładny tok swoich myśli, i wydawnictw ze współfinansowaniem, które te wypociny publikują, mamy jeszcze blogerów zachwyconych bełkotem. I dzisiaj będzie o tych, którzy grafomańskie płody zachwalają nam jako znakomite powieści

Wybraliśmy recenzje „Obsesji” Marty Grzebuły, gdyż ta książka zebrała sporo pozytywnych opinii, a tymczasem, żeby dostrzec, że jej autorka nie potrafi pisać, wystarczy ukończyć liceum z oceną dobrą z języka polskiego. Z fragmentem powieści można się zapoznać, pobierając go ze strony „wydawnictwa” E-bookowo (z działu "Pliki"), a dla tych, którzy z polskiego mieli trójkę i nie potrafią sami rozpoznać, że to bełkot, kilka uwag do tekstu:

(…) wszystko to, co może ofiarować nam miłość. Zarówno piękno emocji, jak i ogromną tęsknotę oraz to, czego boimy się najbardziej; zdradę, upokorzenie, czy odrzucenie.

Ofiarować można wyłącznie coś, co obdarowanemu potencjalnie sprawi radość. Nie można ofiarować zdrady, upokorzenia czy odrzucenia. Zdradą można zranić, na upokorzenie można narazić, ale nie są to rzeczy, które się ofiarowuje.

Główny bohater Aleks i one kobiety; romans i miłość

One kobiety.

Rozczarowanie, zdrada, poniżenie i porzucenie, to również jest składowa tego uczucia. Uczucia miłości.

Co jest tą składową? Rozczarowanie, zdrada, poniżenie czy porzucenie? Czy też chodzi o to, że rozczarowanie, zdrada, poniżenie i porzucenie są składowymi tego uczucia?

Gruba warstwa śniegu pokryła uliczki, szczelnie otulając dachy domów.

Chodzi oczywiście o domy krasnoludków.

Jej piękne spojrzenie odbijające się w lustrze, zdradzało stanowczość i pewność.

Jak wygląda piękne spojrzenie?

Nigdy też nie był na tak szaleńczej imprezie, jaką zorganizował kolega. Śmiech, muzyka, kulig, petardy, zimne ognie i lejący się strumieniami alkohol, było to w takim samym stopniu fascynujące, co niebezpieczne.

Ponieważ śmiech, muzyka, petardy, zimne ognie i lejący się strumieniami alkohol to składowa… znaczy się składowe każdego sylwestra, więc rozumiemy, że o szaleńczym charakterze przesądza kulig. Kulig jest też niebezpieczny, bo można z sań wylecieć i fizjonomią w zaspę zaryć.

Zwłaszcza alkohol.

Aha, jednak nie kulig jest niebezpieczny, tylko alkohol. Tak, setki milionów ludzi na sylwestrowych balach nie mają świadomości, w jakim niebezpieczeństwie się znajdują. Można powiedzieć, że cała planeta jest zagrożona.

Śnieg skrzył się równie mocno jak gwiazdy na granacie nieba. (…) – Grace. – Kobieta niemal wyszeptała swoje imię, podając mu rękę. (…) On wiedział, że nie tylko podmuchy porywistego wiatru kołyszą nim na boki. Alkohol robił swoje.

Parka rozmawia sobie spokojnie na tarasie, słysząc nawet słowa wypowiadane niemal szeptem, ale szaleje taka wichura, że facetem kołysze na boki. Nie podrywając przy tym tumanów śniegu, który spokojnie się skrzy.

(...) zrozumiał, że alkohol zaczyna rządzić także jego umysłem, siejąc w nim spustoszenie.

Tak. Liczba neuronów niszczonych w mózgu przez alkohol jest potworna.

Widział przepływające przed oczami obrazy, rozmyte kształty, wirujące kolory,

Na nasz gust ktoś mu do szampana prochów dosypał.

Dziewczyna otworzyła drzwi wozu. Nakazała, skinieniem głowy, by wsiadł. Nie protestował, o nic nie pytał, był jej posłuszny. A może nie? Może czuł, jak alkohol obezwładnia nie tylko jego ciało, ale i w pełni przejmuje władzę nad umysłem?

Spustoszył, a potem przejął władzę.

Dojechali pod jej dom. Wokół, las, cisza, i śnieg aż po kolana. Z nieba już nie pojedyncze płatki, a niemal ściana śnieżnych gwiazd płynęła ku Matce Ziemi. A on siedząc w ciepłej, małej kuchni pił gorącą kawę.

Z samochodu do kuchni się teleportował i w ten sposób sforsował ścianę śnieżnych gwiazd płynącą ku Matce Ziemi.

Wielkie łóżko, ciepła pościel (…) Zapadła głęboka noc. Gdy otworzył oczy, dostrzegł na kominku, w którym wesoło hasały płomienie (…) Wychodząc do łazienki, spojrzał jeszcze raz w jej kierunku. (…) Tulił ją do siebie, jakby miał zamiar jej rozgrzanym ciałem stłamsić wędrujące po swoim ciele miliony szpilek zimna. Zima tego roku była wyjątkowo mroźna.

Podsumujmy: facet wypił gorącą kawę, przespał parę godzin w ciepłej pościeli w sypialni z kominkiem, na którym buzował ogień, po czym po wyjściu do łazienki musiał się ogrzać przy babce, bo zima była wyjątkowa mroźna. Czy ta łazienka znajdowała się pod gołym niebem?

Teraz, leżąc obok Grace mógł w pełni się rozgrzać, a ona niebywałą namiętnością umiała skutecznie wzniecić w nim płomień. Żar, jakże mu teraz miły. Ogień ten pochłaniał go i jednocześnie unosił na końcówkach swoich metaforycznych języków aż pod sam granat nieba.

Na czym ta „niebywała” namiętność polegała, się nie dowiadujemy. Wcześniej Grace jest opisana jako „niesamowicie piękna kobieta”. Typowe dla grafomana posługiwanie się pompatycznymi przymiotnikami, zamiast konkretnym opisem, czyli informowanie, chociaż powinno się pokazywać. Końcówką swojego metaforycznego języka.

A ona, dziewczyna o włosach czarnych, jak bezgwiezdna noc, spojrzeniu anioła i ciele bogini posiadła go tak, jak czyni to najlepsza mistrzyni w ujeżdżaniu.

Jakieś szczegóły można prosić? Czy anielskie spojrzenie to to samo, co piękne spojrzenie? Ciało której bogini? Kali? Jak posiadają mężczyzn najlepsze mistrzynie w ujeżdżaniu?

Kochali się, czy uprawiali seks? Nie wiedział, ale nie zależało mu w tej chwili na poznaniu odpowiedzi.

Umówmy się, że nas w takiej sytuacji ta akademicka kwestia też by mało interesowała.

Zacisnęła nogi na jego biodrach. Poczuł się jak w żelaznym uścisku. Zasygnalizowała zmianę pozycji. Zwinnym ruchem przerzuciła go na łóżku.

Bo to była mistrzyni olimpijska w dżudo.

Aleks opadł niczym liść na pełne gorąca ciało dziewczyny, po którym między okrągłymi, kształtnymi piersiami spływały kropelki potu.

Piersi miała silikonowe, więc siłą rzeczy nie zaliczamy ich do ciała. A między tymi piersiami leżał mężczyzna, który posuwistym ruchem spłynął z sufitu.

Delikatnym ruchem dłoni nakazałaby położył się na brzuchu. Usłuchał. (…) Grace całując jego plecy, muskając po nich raz piersiami, to znów językiem, drugą ręką delikatnie podążała w okolice krocza.

My się za bardzo na anatomii nie znamy, więc nie będziemy się upierać, że jak człowiek leży na brzuchu, to wzdłuż pleców podążamy w okolice inne niż krocze.

Zniżając się coraz bardziej, znalazła się pomiędzy jego umięśnionymi udami. Nic nie mówiąc, rozchyliła je, a jej oddech; szybki, urywany, zdradzał napięcie i podniecenie. Aleks rozłożył odruchowo ręce, jakby jego kończyny były ze sobą sprzężone.

Chodzi o to, że górne z dolnymi.

Niczym wąż wiła się po jego rozgorączkowanym ciele. Czuł nabrzmiałe piersi, rozgrzany brzuch i lekko drapiące, pięknie podstrzyżone włoski z jej wzgórka łonowego.

To, że pięknie podstrzyżone, rozpoznał po równomiernym drapaniu.

Znów leżał na plecach. A ona raz jak wąż, raz jak kocica, pląsała nad nim, prawie rozbudzając wściekłość.

Pląsawica jedna.

Wtedy właśnie rozpoczynała ten swój osobliwy taniec węża, który trwał aż do momentu, gdy wyginając się jak kotka,

Wężokotka.

A ona dociskając się wciąż do jego podbrzusza, zagarniała każdy centymetr naprężonej męskości w siebie. (…) Widziała w jego oczach pożądanie. Dostrzegała to dzięki subtelnej łunie światła lampki nocnej.

Widocznie tych centymetrów męskości było tak subtelnie mało, że po nich nie zorientowała się, że jej pożąda.

Miał ją na wyciągnięcie ręki, a nawet języka. Odruchowo przesunął nim po swoich spierzchłych wargach.

Co za palant, ma ją na wyciągnięcie języka, a liże siebie.

Grace co rusz odsuwała tę chwilę, której szaleńczo pragnął Aleks. Bolało go nie tylko ciało, ale i umysł.

Bolący umysł to jest kliniczny objaw zbyt długo powstrzymywanej ejakulacji.

– Wejdź we mnie, ale tak jakbyś miał wyważyć drzwi, z impetem. Zobaczysz, co się stanie.

My się domyślamy, co się stanie, jak facet będzie usiłował wyważyć drzwi penisem.

Autorką pierwszej recenzji, na jaką natrafiliśmy, jest niejaka Mystic, która informuje nas, że Grzebuła „świetnie opisała sceny zbliżeń, nie zapominając o najdrobniejszych szczegółach”. Tak, nas szczególnie zachwycił ten szczegół, że mężczyzna może spadać jak liść. Poza tym upieralibyśmy się, że sceny zbliżeń z najdrobniejszymi szczegółami to pornografia, a nie literatura. „Jest to kolejny przykład, jak świetnych autorów mamy i jak świetnie wciągają czytelnika w swój, wykreowany świat”. Tak, świat, w którym alkohol jest niebezpieczny, wiatr nie podrywa śniegu, a człowiek, siedząc w ciepłym pomieszczeniu, marznie, bo za oknem jest zima. „I mimo, że nie są tak doceniani jak zagraniczni autorzy, piszą dla nas dalej i nie poddają się i za to bardzo dziękuję Pani Marcie, która zauroczyła mnie swoją twórczością”. Osoba zauroczona twórczością Grzebuły za motto swojego bloga obrała słowa Wisławy Szymborskiej, która przewróciłaby się w grobie, gdyby zobaczyła, że pod jej aforyzmem ktoś wychwala tego rodzaju grafomanię. Pewne wyjaśnienie, dlaczego wychwala, wystawiając maksymalną notę, znajdujemy w języku recenzji: „Kobiecego umysłu nikt, nie jest w stanie odszyfrować. Co skrywa się w jej głowie, wie tylko ona”. W czyjej głowie? W głowie umysłu? Może jeszcze bolącego? „Lektura jest tak wciągająca, że nie ma czasu na oderwanie się od niej”. Bo żeby się od czegoś oderwać, trzeba na to znaleźć czas. „Czytelniku jeżeli jesteś gotowy, przenieść się w ten świat i sprawdzić o czym pisze, nie czekaj, tylko zabieraj się za czytanie!”. Kto pisze? Świat? Można przy pisaniu robić błędy, mimo to, czytając, dostrzegać cudze, jednak Mystic najwyraźniej tego nie potrafi.

Przy kawie z książką używa takich sformułowań, że przez chwilę podejrzewaliśmy, że to blog samej Grzebuły. „Ktoś, kto kochanie wykorzystuje tylko do seksu, nie gra na uczuciach. Pożądanie to gra umysłu, dzięki której druga osoba osiąga to, czego pragnie”. Niewątpliwie w tych słowach została zawarta wielka mądrość życiowa, inspirowana wybitną powieścią „Obsesja”, ale nam nie udało się pojąć ani jednej, ani drugiej. „Ciągle myśli o Grace, jego sny o niej zakrawają o nutkę perwersji”. Zakrawają o nutkę? „Sytuacja Aleksa staje się na tyle skomplikowana, że doprowadza do obłędu, w którego sidłach ciężko się ogarnąć”. Nie wiemy wprawdzie, kogo sytuacja Aleksa doprowadza do obłędu, ale przyznajemy, że w sidłach rzeczywiście trudno się ogarnąć.

Niespodziewanie w recenzji natykamy się na nutkę krytyki: „Najczęściej seks w książkach balansuje na granicy pornolowatości do nad wyraz przesłodzonej tandety, gdzie każda część ciała jest opisana pod postacią metafory. Jeśli scena łóżkowa napisana jest z wyczuciem, to nie widzimy w tym nic złego. Tu w pewnym sensie tego wyczucia nie ma”. Ale chociaż recenzent (mężczyzna) dostrzega, że tekst Grzebuły to skrzyżowanie „pornolowatości” i przesłodzonej tandety, momentalnie się z tej nieśmiałej krytyki wycofuje, stawiając tezę, że to świadomy zamysł autorki. W efekcie książka dostaje osiem punktów na dziesięć. Tę wysoką ocenę i niechęć do zauważenia grafomanii może wyjaśnia następujący passus: „Jeśli coś czytamy to staramy się utwierdzić w przekonaniu, że czas na to poświęcony nie został zmarnowany”.

Autorka bloga Licencja na czytanie polszczyzną posługuje się trochę sprawniej niż dwójka wyżej wymienionych blogerów, jednak o języku powieści ma do powiedzenia tyle, że „jedyną wadą były lekkie powtórzenia, które rzuciły mi się w oczy. Nie psuły jednak one całkowitego odbioru, nie wpływały na gorszy całokształt powieści”. Jedyną wadą Quasimodo było to, że miał trochę za szeroki nos.

Lekko już zdeprymowani, weszliśmy na Blog kulturalny. Kulturalny, noblesse oblige, pomyśleliśmy sobie, może ktoś wreszcie dostrzegł, że to grafomańskie wypociny. Nic z tego. Blogerka nawet recenzji nie umie napisać ani swojej opinii przedstawić, książkę wyłącznie streszcza, z własnych refleksji ograniczając się praktycznie do krótkiego „książka bardzo wciągająca”. To już trzeba było dodać, że zasysa czytelnika jak pochwa Grace członka Aleksa.

Jedno z praw Murphy’ego mówi, że nigdy nie jest tak źle, żeby nie mogło być jeszcze gorzej, więc z bloga kulturalnego trafiamy do monweg, która w ogóle nie potrafi sklecić dwóch słów od siebie, i jej opinię poznajemy dopiero w odpowiedzi na komentarze. Oczywiście pozytywną. Zapewnia, że po książkę warto sięgnąć. Książkę, której „główny bohater to londyńczyk Aleks i jego kobiety”. Mamy Boga w trzech osobach, możemy mieć głównego bohatera składającego się z mężczyzny i iluś tam kobiet.

Na szczególną uwagę zasługuje recenzja niejakiej Natalii Z.

On jednak pozostaje niewzruszony na ich wdzięki a łączy go z nimi tylko dziki i namiętny sex.

Obecnie niewzruszenie na wdzięki nie jest problemem, można łyknąć viagrę.

(…) spotkane na jego drodze dziewczyny są wyłącznie przygodami i odskocznią od kompletnego zwariowania.

Po przespaniu się z dziewczyną wraca do psychiatryka.

Jego sny w którym upojnie i dziko kocha się z nieznajomą, popędzają go niemal w obłęd. Czy przerwie swoją tyranię?

Precz z gramatyką, interpunkcją, leksyką i logiką!

Od samego jej zaczęcia pomyślałam sobie „Tak, to jest coś.”

To i tak dobrze, że nie od poczęcia.

Jak każdy facet kierował się żądzą, która odwróciła się od niego i niczym kobra zaatakowała go w najczulszy jego punkt.

Tak, panowie, jak żądza się od was odwróci, to patelnią zasłaniać najczulszy punkt, bo kobry atakują.

Pierwszy raz czytałam książkę która miała w sobie tyle scen erotycznych zawartych w sobie. (…) Dzięki temu też, książka stała się niemal bardziej zrozumiana przez czytelnika, (…).

Bo nic tak nie rozjaśnia umysłu jak zawarta w powieści „pornolowatość” zawarta w powieści.

Ocena to oczywiście entuzjastyczne pięć punktów na sześć możliwych: „Gratuluję takiej książki i jak najbardziej podpisuję się pod tym, by było takich pozycji więcej.”

Nie wątpimy, iż Grzebuła ten postulat spełni, ale przerażające jest co innego. Młoda recenzentka informuje nas, że jest pisarką, przy czym nie chwali się żadną książką (nawet wydaną ze współfinansowaniem). Rozumiemy, że tą pisarką ma zamiar dopiero zostać, ale ponieważ to pojęcie uległo ostatnio potężnemu rozszerzeniu, absolutnie nic nie stoi na przeszkodzie, by przyznać sobie tytuł awansem. I dla pisarskiej kariery Natalii Z. punktem odniesienia będzie pseudotwórczość Grzebuły oraz, jak można wnioskować z zamieszczonej na blogu listy wydawnictw, podobnych Grzebule autorów. Lwią część czytanych utworów stanowią dzieła wydane ze współfinansowaniem i na poważnie się zastanawiamy, czy Natalia Z. nie ma za grosz talentu, czy też jej językowa nieporadność wynika z tego, że czyta głównie utwory osób, które są z polszczyzną na bakier. To możliwe, skoro cała masa pisarzy nauczyła się pisać, po prostu czytając dobrą literaturę. Nie dość, że Grzebuła pisze, to jeszcze najwyraźniej chowa sobie następców, którzy przejmą od niej pałeczkę.

Szukamy dalej, natrafiamy na blog Cyrysi i przeczytawszy opinię „autorka doskonale operuje piórem i nadaje słowom niebywałą lekkość”, spadamy z krzesła. Może i doskonale operuje piórem, jak ma pacjentowi coś przetkać, ale na pewno nie, pisząc powieści. Jeśli zaś cokolwiek nadaje słowom, to nie lekkość, tylko niewłaściwe znaczenia. Potem kojarzymy, że Cyrysia to blogerka, która zachwycała się książką, gdzie narrator był wzywany przed oblicze waginy, co wyjaśnia tę pochlebną ocenę: Cyrysia jest literacką daltonistką i śmiało każdy grafoman w poszukiwaniu pozytywnych recenzji może słać jej swoje wypociny.

Autorka bloga Druga Nibylandia informuje nas, że Grzebuła to taka wybitna pisarka, która w tyle zostawia nie tylko polską, lecz także zagraniczną konkurencję:

Miałam do czynienia z erotykami i... były koszmarem. Nie dość, że postacie co stronę uprawiały seks, to jeszcze słownictwo okazywało się skandaliczne. W tym przypadku seksu nie brakuje, ale - choć opisany odważnie - to jednak ze smakiem i klasą, jakich brakuje rzekomym amerykańskim bestsellerom. Cóż, autorki tamtych, pożal się Boże, dzieł powinny uczyć się od Pani Grzebuły.

W pełni się zgadzamy, że passusy w rodzaju „raz jak wąż, raz jak kocica, pląsała nad nim, prawie rozbudzając wściekłość” to jest klasa sama w sobie. Byśmy nawet powiedzieli, że w szkole pisarstwa to jest klasa pierwsza. Podstawowa. Kiedy jeszcze nie umie się pisać. W pełni się też zgadzamy, że to skandal, że w erotykach bohaterowie co stronę uprawiają seks. W erotykach bohaterowie powinni uprawiać kapustę. I w pełni się zgadzamy, że „rzekome amerykańskie bestsellery” są pozbawione smaku i klasy i należy je wytępić. Zmuszenie autorek tamtych, pożal się Boże, dzieł, żeby uczyły się od pani Grzebuły, wydaje się nam zresztą dość skuteczną metodą, by „rzekome amerykańskie bestsellery” przestały nimi być.

„Cała historia opowiedziana jest pięknym, literackim językiem i pozbawiona nudnych dłużyzn, będących zmorą wielu psychologicznych powieści”. Na taką opinię natrafiamy w serwisie Szufladanet. Jeśli ten opis stosunku Aleksa i Grace nie jest nudną dłużyzną, to my jesteśmy Trójca Święta. Ciekawsze jednak jest, kto wystawił tę laurkę. Otóż niejaka Luiza „Eviva” Dobrzyńska. Domorosła pisarka, która uwielbia twierdzić, że wśród pozycji wydanych „ze współfinansowaniem” jest wiele bardzo dobrych, podczas gdy tradycyjne wydawnictwa wypuszczają chłam i bełkot. Poproszona jednak o wskazanie, pod jakim konkretnie względem powieści publikowane przez te tradycyjne nie spełniają wydawniczych standardów, nabiera wody w usta. No i teraz widzimy, jaką twórczość uznaje za bardzo dobrą. Pozostaje pytanie, czy nie potrafi dostrzec, że język Grzebuły z literaturą na najmierniejszym poziomie nie ma nic wspólnego (co odpowiednio świadczy o jej własnych językowych kwalifikacjach), czy też kierując się self-publisherską solidarnością, świadomie wprowadza czytelników w błąd. W tym miejscu warto spojrzeć na stronę redakcyjną „Obsesji”. Otóż okazuje się, że redakcję robiła inna self-publisherka, niejaka Pola Pane. Trochę jesteśmy zdziwieni, bo pani Pane ze swym ogromnym doświadczeniem jednej wydanej za własne pieniądze książki pouczała nas, jak się pisze powieści, więc byliśmy przekonani, że zredagowany przez nią tekst będzie przynajmniej akceptowalny, ale widać, że z Pane taka sama redaktorka, jak pisarka. Owszem, dostrzegamy, że nazwisko Pane widnieje w rubryce „Korekta”, ale korekta jest równie fatalnie zrobiona („Grace? To nie jest Polskie imię”), poza tym z zapisu wnioskujemy, że wydawca nie zna pojęć edytorskich. W tej samej rubryce jest informacja „Autorska”, co zdaje się ma znaczyć, że redakcję zrobiła sama Grzebuła (jeden z absurdów self-publishingu, pisarz nie może sam poprawiać swojego tekstu), tymczasem „korekta autorska” to konkretne pojęcie, oznaczające proces akceptowania lub odrzucania przez autora redaktorskich poprawek.

Nie znaleźliśmy żadnej negatywnej recenzji „Obsesji”, choć normalnie nigdy nie ma takiej sytuacji, by książka podobała się wszystkim recenzentom. Wymieniona wyżej dziewiątka zachwala kompletną grafomanię jako doskonałą literaturę. Nikt nie dostrzegł i nie ostrzegł czytelników, że wciska im się żenujące wypociny. Dlaczego? Czy potrafiący pisać po polsku, renomowani blogerzy dzieł selfów w ogóle nie biorą do ręki? Biorą, ale jeśli to chała, odstępują od recenzowania, żeby nie urazić autora? Czy też po paru stronach, dostrzegając, że chała, rzucają w kąt? Ale kto ma wtedy przeciwstawić się lansowaniu par excellence grafomanów jako normalnych, a do tego dobrych pisarzy?

208 komentarzy:

  1. Co się stało? Statystyki bloga spadły? Uciekamy się do sprawdzonych metod przyciągania komentarzy?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Podziwiam tę niezachwianą wiarę anonimów, które nie potrafią odpowiedzieć merytorycznie na moje teksty, że jak zarzucą mi pisanie dla rozgłosu, to je zdyskredytują. To ja już się przyznam: tak, napisałem ten tekst, żeby mieć więcej komentarzy i lepsze statystyki. I dokładnie w tym celu uznałem wybitną powieść za grafomańską, a w pełni zasłużone zachwyty za nieuprawnione.

      Usuń
    2. Nie dla rozgłosu, tylko dla poprawienia statystyk. Stary znany sposób pozycjonowania własnej strony. Gdy liczba komentarzy siada, publikuje się artykuł na nośny temat. A co do doboru tematów - zapewne zauważył Pan już, że atakowanie self-publiszerów budzi szeroki odzew. No i widzę, że jak zawsze gdy brakuje Panu argumentów ucieka się Pan w swojej odpowiedzi do ironii.

      Usuń
    3. Ah, i jeszcze jedno - na jakiej podstawie sądzi Pan, że nie potrafię odpowiedzieć merytorycznie na Pana tekst? Na takiej, że ograniczyłam się do wskazania pewnej prawidłowości, którą zauważyłam? Nie wpadła Panu do głowy myśl, że osoba komentująca ma dowolność w kwestii zakresu swojego komentarza i gdy czegoś nie komentuje, to może znaczyć, że nie ma ochoty bić piany, a nie, że nie potrafi?

      Usuń
    4. No, zdemaskowała mnie pani. I co wynika z ustalonego przez panią faktu, że napisałem artykuł dla poprawienia statystyk?
      Ma pani rację, polemizowanie z tezami artykułu jest biciem piany, ustalanie, z jakich (niecnych) motywów autor artykułu go napisał, i zamieszczanie w tej kwestii trzech komentarzy oczywiście nie.

      Usuń
    5. Biciem piany jest publikowanie kolejnego artykułu na ten sam, mocno już przez Pana wyeksploatowany temat.

      Usuń
    6. Ale czym innym ten biedny Pawełek Pollak może zaistnieć jak nie w kółko wałkowaniem tego samego tematu? Tłumaczem jest takim sobie, pisarzem jeszcze słabszym, a blogerem żadnym. I co innego mu pozostało? To udowadnia całemu światu, że jego racja jest „najmojsza”.

      Usuń
    7. A cóż to, punktów w IQ zabrakło i są trudności ze zdefiniowaniem tematu, chociaż został wprost sformułowany: „Dzisiaj będzie o tych, którzy grafomańskie płody zachwalają nam jako znakomite powieści”? A o blogerskim zachwalaniu grafomanii jeszcze nie pisałem. Ale przyjmijmy pani urojenia za rzeczywistość i załóżmy, że piszę po raz pięćdziesiąty. Czy jakieś ograniczenia są? Limity na dany temat? Roczne, kwartalne? Kto je wyznacza? Pani? A co z blogami tematycznymi, które z definicji o jednym? Czy już zgłosiła pani do właściwej komórki, że należałoby je zlikwidować? I niech się pani zdecyduje, czy temat wyeksploatowany, czy jednak to złoże tak bogate, że sięgam do niego, by poprawiać statystyki. Á propos, nie odpowiedziała pani na pytanie, co wynika z faktu, który panią tak oburzył, że napisałem artykuł po to, by te statystyki skoczyły w górę.

      Usuń
    8. Być może nie jestem najlepszym sędzią w tej sprawie, ale uważam, że pan Pollak blogerem jest całkiem niezłym. Nie we wszystkimi wpisami się zgadzam, ale miło poczytać opinie kogoś, kto jest je w stanie przedstawić w tak nietuzinkowy sposób. W dzisiejszych czasach, gdy byle kretyn może tytułować się felietonistą, blog ten stanowi miłą odskocznię.
      Kolejny raz okazuje się też, że snobowanie się na nałogowego czytelnika książek często równa się nałogowemu pochłanianiu ton bezwartościowego chłamu...

      Usuń
  2. Szykuje się kolejna aferka. Podrzuciłam tego linka Poli Pane. Myślę, że sama Pola powinna w tej sprawie zabrać głos, bo ktoś tutaj sobie wyciera nią gębę. I obawiam się, że robi to autorka "Obsesji" . Wątpię, aby Pola przepuściła takie wpadki, przecież interpunkcja w tym tekście, mówiąc kolokwialnie, leży i kwiczy. Autorka "Obsesji" szuka naiwniaków, którzy robiliby jej redakcję za darmo. Podejrzewam, że Pola jej napisała, że tekst nadaje się do... ponownego napisania. Ale poczekajmy na Polę, niech się wypowie, bo zdaje się, że tutaj zostały naruszone jej interesy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oho, kulisy self-publishingu. To rzeczywiście jestem ciekaw. A interpunkcja jest czysto autorska, Grzebuła ma po prostu własną.

      Usuń
  3. To nie kulisy tylko selfu, to normalne, że autorzy sobie podrzucają teksty, nienormalnie jest, kiedy nadużywa się koleżeńskiej pomocy.

    OdpowiedzUsuń
  4. Ajaj, że też się Panu jeszcze nie znudziły te analizy tekstów :D
    Czyżby to była obsesja? ;)
    Nawet bym tu nie zajrzała, gdyby znajoma nie podrzuciła mi linka.
    Przyznaję, robiłam wstępne czyszczenie "Obsesji", jednak usunięcia rażących błędów ortograficznych oraz zrobienia kilkunastu uwag nie określiłabym mianem korekty czy redakcji, byłoby to nadużyciem. Tekst wymagał jeszcze kilkukrotnej ingerencji. Nie wiem, czy ktokolwiek po mnie do niego zaglądał. W każdym razie nie widziałam ostatecznej wersji, by z czystym sumieniem móc się pod nią podpisać.

    Pozdrowionka,
    Pola Pane

    P.S. I uprzejmie proszę nie zawracać mi już głowy pierdołami.


    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I nie widzi Pani nic niestosownego w publikacji tekstów autorstwa osoby robiącej rażące błędy ortograficzne i określaniu jej mianem pisarki?

      Usuń
    2. To chyba znajomą powinna pani o to prosić, nie autora tego bloga.

      Usuń
    3. No tak, jak się nie potrafi zakwestionować tekstu, to się kwestionuje potrzebę jego napisania.
      Co to jest „wstępne czyszczenie”? Nowy etap pracy nad tekstem, niezbędny przy publikacji grafomanii? Doprowadzenie od stanu tragicznego do beznadziejnego? Kiedy to można zostawić brednie w rodzaju, że umysł boli, albo frazeologizmy typu „na wyciągnięcie języka”?

      Usuń
    4. Panie Pawle, posuwa się Pan za daleko. Pola pisze, że pomogła znajomej, a Pan dorabia do tego ideologię. Sporo autorów tak robi, na prośbę kolegi/koleżanki daje uwagi do podesłanego tekstu (co nie znaczy, że od razu go redaguje i robi korektę całości), ale Pan najwyraźniej żyje na Marsie albo krucjata na self przesłania Panu wszystko inne. A to nieładnie, bo na Targach w Krakowie podpisywał Pan książki przy jednym stoisku z inną autorką selfu. Nie pomógłby Pan znajomej, gdyby go poprosiła, aby spojrzał na tekst i wyłapał kilka błędów? Czy to jest jednoznaczne z tym, że odpowiada Pan za jego dalsze losy? Publikację?

      Usuń
    5. W czym posuwam się za daleko? W tym, że chcę ustalić, jaką rolę odegrała Pane w poprawianiu tego tekstu? Pane pisze, że poprawiała błędy ortograficzne i zgłosiła kilkanaście uwag. To jest redakcja. Niech będzie, że niepełna. Tylko ja się pytam, jak się taką niepełną redakcję robi, wedle jakiego kryterium jedne błędy się poprawia, a inne zostawia (zakładając, że się je w ogóle widzi, o czym w przypadku Pane wcale nie jestem przekonany).
      A jeśli do mnie zgłosiłby się znajomy z takim tekstem, to usłyszałby, że ma przestać pisać, a jeśli chce to nadal robić, to beze mnie. Przykładanie ręki do promowania grafomanii i do narażania znajomego na śmieszność jest moim zdaniem nieetyczne.
      Za tekst odpowiada ten, kto się pod nim podpisał. Nazwisko Pola Pane widnieje na stronie redakcyjnej, a Pane nie wydaje się wcale mieć pretensji do Grzebuły, że się tam znalazło.

      O obsadzie stolików na targach decyduje właściciel stoiska, a nie ja. I nie wiem, dlaczego podpisywanie książek przy tym samym stoliku z selfem miałoby być akceptacją tej formy wydawania. Czy jak obok mnie posadzą autora horrorów, to będzie oznaczało, że stałem się zwolennikiem tego gatunku, choć normalnie go nie znoszę? Albo czy to, że nie znoszę horrorów, miałoby być powodem, żebym nie siadał przy jednym stoliku z ich autorem? Co więcej, ja się wcale ze swoją opinią na temat wydawania ze współfinansowaniem nie kryję i selfy, których spotykam osobiście, doskonale tę moją opinię znają. Nie przeszkadza nam to normalnie rozmawiać czy nawet darzyć się sympatią.

      Usuń
    6. Jako że też czasem zdarza mi się "betować" teksty znajomych, to może odpowiem na niektóre zarzuty:

      "Tylko ja się pytam, jak się taką niepełną redakcję robi, wedle jakiego kryterium jedne błędy się poprawia, a inne zostawia"

      Czasem stężenie błędów jest tak wielkie, że w pewnym momencie przestaje się zauważać te mniej rażące.

      "A jeśli do mnie zgłosiłby się znajomy z takim tekstem, to usłyszałby, że ma przestać pisać, a jeśli chce to nadal robić, to beze mnie."

      A to ciekawe, ode mnie by usłyszał, że tekst wymaga jeszcze wiele pracy, a jeśli znajomy jest wystarczająco zdeterminowany by ją w niego włożyć, to trzymam kciuki, a najlepiej niech pokaże swoją twórczość jeszcze paru osobom, bo zwiększa to szanse, że wyłapią mu błędy które ja przegapiłam i będą mieli jakieś inne, sensowne uwagi.
      Nikt się jeszcze mistrzem pióra nie urodził. Są osoby, które startują z poziomu niższego niż zaprezentowany powyżej, ale dzięki ciężkiej pracy i braniu sobie do serca uwag "bet" robią ogromne postępy. Nie podoba mi się idea skreślania kogoś na amen, bo jego surowy tekst zawierał błędy (jestem przekonana, że mnóstwo surowych, przedredakcyjnych tekstów uznanych dziś autorów je zawierało). Skreślić można dopiero, kiedy autor nie chce swoich wypocić poprawić, przekonany o ich doskonałości albo próbuje to robić już od bardzo dawna, tyle że z mizernym efektem.

      Ale rzeczywiście, gdyby ktoś mnie po wstępnym zerknięciu na tekst i poczynieniu uwag podpisywał jako "redaktora" albo "korektora", to bym się na taką osobę wściekła.

      Usuń
    7. "Ale rzeczywiście, gdyby ktoś mnie po wstępnym zerknięciu na tekst i poczynieniu uwag podpisywał jako "redaktora" albo "korektora", to bym się na taką osobę wściekła"
      Dlatego autorka "Obsesji" powinna koleżankę publicznie przeprosić, skoro to nie była pełna redakcja i nie zapytała o zgodę na użycie PP w redakcyjnej stopce. Trudno, żeby to PP się za autorkę tłumaczyła. To nie ona dała tutaj "ciała" :(.

      Usuń
    8. Jestem tego samego zdania. Dlatego dziwię się pani Poli, że się nie wścieka. To wygląda, jakby dawała przyzwolenie na takie wykorzystanie swojego nazwiska i dobrych chęci.

      Usuń
    9. „Bolący umysł” i „mieć coś na wyciągnięcie języka” to są mniej rażące błędy?
      Czy jak do Pani zgłosi się facet na wózku z pomysłem, że będzie uprawiał biegi przez płotki, to mu też Pani powie, że jeśli tylko trochę poćwiczy, będzie to możliwe? Nikt się nie rodzi mistrzem pióra, ale jedni rodzą się z predyspozycjami, żeby tym mistrzem zostać, a inni nie. I fachowiec potrafi ocenić, czy liczba i rodzaj błędów są wynikiem braku doświadczenia, czy braku predyspozycji. Grzebuła nie pisze też od wczoraj, „Obsesja” to jej nasta powieść, więc jeśli ktoś próbuje ratować jej tekst, to albo jest samobójcą, albo nie odróżnia grafomanii od literatury.

      Usuń
    10. "„Bolący umysł” i „mieć coś na wyciągnięcie języka” to są mniej rażące błędy?"

      Nie znamy "pierwotnej" wersji tekstu (sprzed wstępnego czyszczenia przez Polę Pane), może na tle błędów "wyczyszczonych" te rzeczywiście były mniej rażące.

      "Czy jak do Pani zgłosi się facet na wózku z pomysłem, że będzie uprawiał biegi przez płotki, to mu też Pani powie, że jeśli tylko trochę poćwiczy, będzie to możliwe?"

      Faceta na wózku, który kocha sport, zachęcałabym, żeby się nie poddawał i dalej go uprawiał, w końcu istnieje coś takiego jak paraolimpiada, niemożność chodzenia wcale nie wyklucza możliwości zdobycia medalu, może niekoniecznie w biegu przez płotki, ale jest mnóstwo innych fascynujących sportów, które mogą uprawiać (i uprawiają!) ludzie na wózkach. Poza tym niekoniecznie trzeba się wybierać od razu na olimpiadę (w tym przypadku: do wydawnictwa), są osoby, które piszą dla samej przyjemności pisania i dla rozrywki grona znajomych, bez żadnych ambicji wydawniczych, nawet jeśli im to z profesjonalnego punktu widzenia słabo wychodzi, dlaczego od razu kazać im odkładać pióro, jeśli tworzenie sprawia im przyjemność, a ich znajomym sprawia ją czytanie tych wypocin? Sama tak robiłam w czasach szkolnych.
      Nie można też wykluczać, że niepełnosprawny po żmudnej rehabilitacji odzyska w końcu władzę w nogach. Pewnego dnia może rzeczywiście być zdolny skakać przez te płotki. Miałam już okazję pracować z osobami startującymi z poziomu absolutnie nie nadającego się do druku i ledwie do czytania. Niektórzy w zaskakująco krótkim czasie dzięki ciężkiej pracy awansowali na poziom "bez szału, ale da się czytać bez zgrzytania zębami", co pozwala mi przypuszczać, że przy tak gigantycznych postępach poziom druku nie pozostaje poza zasięgiem przynajmniej części z tych osób.

      "ale jedni rodzą się z predyspozycjami, żeby tym mistrzem zostać, a inni nie"

      Te predyspozycje rzadko są zerojedynkowe (tj. żadne lub wybitne), ci o ciut mniejszych dzięki ciężkiej pracy są zdolni dobić do poziomu tych bardziej uzdolnionych, ale wierzących wyłącznie we własny talent.

      "I fachowiec potrafi ocenić, czy liczba i rodzaj błędów są wynikiem braku doświadczenia, czy braku predyspozycji."

      Jak rozumiem, ma się Pan za takiego fachowca?

      "Grzebuła nie pisze też od wczoraj, „Obsesja” to jej nasta powieść"

      Akurat panią Grzebułę, która próbuje od lat, natrzaskała już tyle powieści, a wciąż sadzi kwiatki jak wyżej zaliczam do tych osób, które "Skreślić można (...) kiedy autor (...) próbuje to robić już od bardzo dawna, tyle że z mizernym efektem." Pan chyba nie doczytał mojego komentarza do końca ze zrozumieniem ;)

      Usuń
    11. Jeśli w tym tekście były gorsze błędy, to tym bardziej należało trzymać się od niego z daleka, a nie próbować go poprawiać. Co do reszty, straciłem rozeznanie, co tak właściwie próbuje mi Pani udowodnić. Że z każdego da się zrobić lepszego lub gorszego pisarza?

      Usuń
    12. ...że z bardzo wielu osób, które byśmy o to nie podejrzewali po zobaczeniu pierwszych, surowych próbek ich twórczości, jeśli tylko będą wystarczająco zdeterminowane, by ten cel osiągnąć ;) Dlatego zamiast "odłóż pióro, idź i nie czyń więcej, bo się nie nadajesz" bezpieczniej i uczciwiej jest moim zdaniem pisać: "Twój tekst w obecnej formie się nie nadaje". Kiedy ktoś, pomimo starań, usłyszy to po raz kilkunasty, to chyba sam dojdzie do wniosku, że powinien się zająć czymś bardziej konstruktywnym. A ktoś inny zepnie tyłek i dostarczy tekst, który w kontekście jego poprzednich wypocin mocno zaskoczy. Może niekoniecznie olśniewający stylem, ale napisany poprawną polszczyzną i być może z rewelacyjną fabułą albo ciekawymi bohaterami.

      Usuń
    13. Pola Pane zamieściła na moim fejsbukowym profilu screen rozmowy z autorką, z którego jednoznacznie wynika, że Grzebuła podała jej nazwisko jako redaktorki „Obsesji”, nie uprzedzając i nie pytając o zgodę. Tym samym ta kwestia byłaby wyjaśniona.

      Rozmowa niesie jednak wiele innych ciekawych informacji:
      P. Pane: „Jak tam są jakieś babole, a zapewne są, to nie będzie to o mnie najlepiej świadczyło (…)”.
      Jak widzimy, Pola Pane nie ma złudzeń co do poziomu twórczości Grzebuły.

      M. Grzebuła: „(…) ja jestem jako pierwsza a TY jako osoba która mi pomagała nic ponad to”.
      Kłamstwo, nie ma nic o podrzędnej roli drugiej redaktorki. Grzebule częściej zdarza się kłamać, rozgłaszała na przykład, że obrażam ją na forach, choć w żadnych dyskusjach na forach nie biorę udziału. Wszyscy lubią podkreślać, jaka to z Grzebuły sympatyczna osoba. Taka sympatyczna kłamczuszka.

      M. Grzebuła: „ponadto tekst wzięła do obróbki pani Krzan wydawca oraz jej redektorka Długoczewska Maria”.
      Jakie wydawnictwo, takie redektorki.

      Usuń
    14. Panie Pawle, sprawa wygląda o wiele gorzej. Te panie posłużyły się osobą Poli, aby nie szargać swojej reputacji, podpisując się pod gniotem. A kwalifikacje mają, przynajmniej ta pierwsza osoba. Cynicznie zaśmiecają rynek, dla kasy. Nie pochwalam Pana metod walki z tym zjawiskiem (wyśmiewanie konkretnych osób), ale chyba zmienię zdanie. Byleby Pana energia nie szła w gwizdek. Bo zdaje się, że Obsesja była wydana bez współfinansowania i to wydawca odpowiada za jakość tego tekstu.

      Usuń
    15. Masakra. Oficjalnie zacznę się bać betować ludziom teksty. Na miejscu Poli bym się przeszła do sądu, tylko z jakiego paragrafu w ogóle taką sprawę wszczynać? ...ze zniesławienia? :P Pierwszy raz słyszę o tak absurdalnej sprawie. Ludzie to jednak niewyczerpania kopalnia pomysłów, o których nie śniło się filozofom o_O

      Usuń
    16. Blanka, Pola do chwili obecnej nie usłyszała od Marty Grzebuli przeprosin, nie przeprosił jej też wydawca 'Obsesji".

      Usuń
    17. Blanka, nie lubię prać publicznie brudów, chyba że nie ma innego wyjścia. Sądziłam, że autorka postąpiła tak w dobrej wierze, tylko jej nie wyszło, jednak okazało się, że byłam w błędzie. Teraz dostała szansę wyjaśnienia sprawy. Jeśli nie wykorzysta - trudno. Ale... moje sprostowanie będzie bolesne.

      Usuń
  5. Myślę, że większość blogerów po prostu takich "książek" nie czyta. Mnie by było szkoda czasu, serio. Stąd brak negatywnych opinii. A Pana tekst przedni, uśmiałam się:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No, ale żeby nie było ani jednej recenzji wskazującej, że grafomanka dorwała się do pióra? Ani jednego komentarza przy tych dziewięciu recenzjach prostującego jawne nonsensy o znakomitym piórze autorki?

      Usuń
    2. Żeby skomentować i wyprostować nonsensy, należałoby czytać wymienione wyżej blogi. A to jest zdecydowanie ponad moje siły, o ile mogę zaliczać się do "potrafiących pisać po polsku" blogerów :)

      Usuń
    3. Zacofany - by skomentować i wyprostować cokolwiek najpierw musiałbyś czytać tego typu "dzieła". A na to jesteś jednak zbyt rozsądny i masz instynkt samozachowawczy ;)

      PS. Ja - tak, jak Anna - myślę, że zwyczajnie większość olewa istnienie tego typu książek i nawet do głowy by im nie przyszło to czytać.

      Usuń
    4. Czytanie dzieła to jedno (i fakt, mam na to za dużo instynktu samozachowawczego :P), a prostowanie poglądów wyśpiewujących peany blogerów to drugie. Nie bywam na blogach wychwalających takie produkty, więc prostować nie mogę.
      A co do piętnowania grafomanii, to od niszowej Marty Grzebuły dużo bardziej niebezpieczna jest best-niestety-sellerowa Michalak. A jej na szczęście obrywa się od czasu do czasu.

      Usuń
    5. ZwL ma rację, nie trzeba czytać książki, można na podstawie recenzji i ewentualnych cytatów już coś tam skrytkować ale ja zupełnie nie znałam tych blogów i po przejrzeniu ich stwierdzam, że szansa, że zacznę je czytać jst mniejsza niż zero. Zaskoczona byłam jednak ilością komentarzy pod postami, widać, że to jest zamknięte grono, które czyta się wzajemnie, trafia do siebie.

      Usuń
  6. Zajrzałam na jeden z podanych przez Pana linków: http://licencja-na-czytanie.blogspot.pt/2014/01/40-obsesja-marta-grzebua.html
    Autorka wypowiada się w komentarzach, w podobnym stylu jak w swojej powieści. A liczba obserwatorów tego bloga mnie zabiła!

    OdpowiedzUsuń
  7. Zasada "średnio trzy przecinki na zdanie, wszystko jedno, gdzie" jest - jak widać i po lyteratórze*, i po recenzjach - nieśmiertelna. Trudno też oprzeć się wrażeniu, że chałtorka** bardzo chciała napisać coś w rodzaju "50 twarzy Greya" (czy Graya? - naprawdę nie pamiętam), zapewne wierząc, że sprzeda taki sam nakład. Zresztą, nie tylko ona. Niejaka Felicjańska (kiedyś podobno modelka, dziś znana głównie z rozbicia kilku samochodów po pijaku) popełniła podobne arcydzieło (zanalizowane przez nieocenioną Niezatapialną). A już histeryczny język tej pisaniny może być przedmiotem rozprawy doktorskiej - zdanie bez dwóch porównań i jednej przenośni (im bardziej pretensjonalne, napuszone i bombastyczne, tym lepsze) nie liczy się. Ma być "ładnie", a "ładnie" oznacza w tym przypadku tysiąc kiczowatych ozdóbek wszędzie, gdzie można je wcisnąć (i gdzie nie można, też). Nosiciele takiego gustu zaśmiecili już przestrzeń publiczną polipowatymi "dworkami" z pustaków i styropianu, teraz biorą się za zaśmiecanie jej płodami swoich umysłów. Disco polo rządzi w każdej dziedzinie życia.

    *Pisownia zamierzona (wyjaśnienie dla zaglądających tu "pisarzy ze współfinansowaniem"; w Pana inteligencję, panie Pawle, wierzę :)).
    **Chała + autorka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Określenie „chałtorka” bardzo mi się podoba :-)

      Usuń
    2. Piękne słowo, dać mu miejsce w słowniku! :)

      Usuń
    3. Dziękuję w imieniu reszty ekipy Niezatapialnej i zapamiętamy "chałtorkę"! :)

      Usuń
    4. Nie za ma co :). Będę bardzo dumna, jeżeli mój neologizm się przyjmie. To w końcu też jakiś sposób na zapisanie się się w historii.

      Usuń
    5. Chałtorka! Śliczne określenie, muszę zapamiętać.
      Troszeczkę mnie jednak ubodła dedykacja. Zawsze byłam wrogiem stosowania odpowiedzialności zbiorowej. Zostałam niedawno wzmiankowaną "autorkę ze współfinansowaniem" i czytając tę dedykację poczułam się trochę niewyraźnie. Czy mam rozumieć, że teraz muszę dostosować się do opinii? Zapomnieć, że potrafię czytać ze zrozumieniem i umiem tak skonstruować zdanie, że czytający nie ma problemu ze stwierdzeniem, co kto zrobił i komu?
      Nie wiem, czy jest to obligatoryjne. Jeśli tak, to przestanę być autorką. Albo poddam się lobotomii.

      Usuń
    6. Sprostowanie:
      Oczywiście chciałam napisać "autorką". Zauważyłam błąd w momencie zatwierdzania, no i poszło.
      Piszę o tym, żeby ten błąd nie został potraktowany jako dowód w sprawie, że wszyscy azw nie potrafią posługiwać się ojczystym językiem.

      Usuń
  8. "Ale kto ma wtedy przeciwstawić się lansowaniu par excellence grafomanów jako normalnych, a do tego dobrych pisarzy?"

    Jak to kto? Oczywiście Leniwiec literacki. :D
    Leniwiecliteracki.pl

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Niezwykle żałosna auto-reklama.

      Usuń
    2. Anonimowy, Ciebie również zapraszam na stronę Leniwca literackiego. :D

      www.leniwiecliteracki.pl

      :>

      Usuń
    3. A żeby nie być gołosłownym. Ze strony Leniwca:

      "Nie interesuje nas gruby, szeroko reklamowany, popularny zwierz. Grzebiemy w mule i szperamy w leśnej ściółce. Pożeramy książki z niszowych wydawnictw oraz dzieła wydane w małych nakładach przez samych autorów. Selfpublishing nie nadaje się do jedzenia? Zobaczymy!"

      Widać więc drogi Anonimowy, że na stronie www.leniwiecliteracki.pl znajdziesz odpowiedź na pytanie autora wątku. :> Strona działa od ponad roku, wiele pozycji SP zostało już tam rozjechanych. Są też i całkiem ciekawe rzeczy. Zapraszam nawet anonimowych. :D

      Usuń
    4. Szkoda, że żałośnie się tutaj reklamujący LeniwiecLiteracki nie „zjechał” swojego, równie żałosnego self-publishing’owego gniotka.

      Usuń
    5. Drogi Anonimie, Leniwiec Literacki jest niezmiernie szczęśliwi, że cieszy się u Ciebie aż tak dużym zainteresowaniem. Śledzisz leniwcowe poczynania, to budujące! Jednak śpieszymy donieść, iż Leniwiec Literacki nie ma jeszcze na swoim koncie żadne pozycji, czy to wydanej tradycyjnie, czy w ramach sp. Mimo to pomysł wydaje się być bardzo ciekawy. :D

      Usuń
  9. Czy myślał Pan o nawiązaniu współpracy z M.G? Wydawać razem z egzegezą? Dawno się tak nie uśmiałam

    ~Natasza Hebart

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Świetny pomysł :-), obawiam się jednak, że Marta Grzebuła wcale by go za taki nie uznała.

      Usuń
  10. Panie Pawle. Dziękuję Panu za wspomnienie o moim blogu. Jak wszyscy wiemy najważniejsze, żeby o nas pisano. Nie ważne "w jaki sposób". Pozdrawiam ciepło.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Serio? Ja wolę żeby nikt o mnie nie pisał, niż żeby miał mi wytykać ewidentną nieumiejętność pisania czy grafomanię.

      Usuń
    2. Nieraz nie mamy wpływu na treść i "jakość" tego, co piszą o nas inni. Żyjemy w demokratycznym państwie i każdy ma prawo do wyrażania swoich myśli. Niestety nie można tu mówić o "woli", o której wspomniałaś. Przyjdzie taki dzień, że każdy z nas napotka tekst podobny do tego o sobie. Nie jest to miła chwila, ale można z tym żyć. Pozdrawiam.

      Usuń
    3. Zdecydowanie przyłączam się do opinii Agi.
      Także uważam, że każdy ma prawo do wyrażenia własnego zdania, czy się to komuś podoba, czy nie.

      Usuń
    4. Aga CM: To jest cały Pani komentarz do sprawy? Żadnej polemiki, jeśli nie zgadza się Pani z tezą, że rekomendowała Pani kompletnego gniota, żadnego posypania głowy popiołem, jeśli ta analiza otworzyła Pani oczy?

      Usuń
    5. Panie Pawle. Nie zamierzam ustosunkowywać się do Pana powyższego tekstu. Nie spotkałam się jeszcze na żadnym innym blogu z taką "analizą". Nie wiem i przyznam się szczerze to nie chcę dowiedzieć się co Panem kierowało, ani nie jestem w stanie odgadnąć pańskich pobudek. Mam nadzieję, że ani Pan ani nikt z Pana bliskich nie znajdzie się nigdy bohaterem podobnego tekstu. Pozdrawiam.

      Usuń
    6. Monweg: To nie jest kwestia opinii, czy tekst spełnia określone normy, tylko faktów. Błędy językowe, rzeczowe, logiczne są w tekście albo ich nie ma. W tym jest ich cała masa, a Pani ich nie dostrzegła. To tak, jakby zachwalała Pani komuś stół, nie dostrzegając, że każda noga jest innej długości. A dopiero, kiedy stół będzie miał równe nogi, można wyrażać o nim opinię, czy się komuś podoba, czy nie.

      Usuń
    7. Aga CM: To po co w ogóle Pani komentuje, skoro nie zamierza Pani odpowiadać na krytykę?

      Usuń
    8. Panie Pawle, mój pierwszy komentarz zawierał wszystko co pragnęłam tu zamieścić. Chciałam Panu podziękować za ten post i za wspomnienie o mojej skromnej osobie. Krytyka nie robi na mnie wrażenia, a szczególnie gdy wychodzi z ust nieznanej mi osoby. Pragnę jednak podkreślić, że "miło" mi było zagościć na Pana blogu i poznać Pana punkt widzenia. Pozdrawiam ciepło.

      Usuń
    9. No, że krytyka na tobie nie robi wrażenia, to wiadomo nie od dziś - zresztą, tyczy się to 90% blogerek, a potem się wszystkie dziwią,że ich nicki to synonimy grafomanii.

      Usuń
    10. Fenrir: Nie pamiętam od kiedy to jestem z Panem Szanownym na "Ty". Wypraszam sobie.

      Usuń
    11. Na "panowanie" to trzeba sobie zasłużyć i z pewnością przedstawiać sobą wyższy poziom. :)

      Usuń
    12. Nie, "panowanie", jeśli ktoś sobie go życzy, jest czymś oczywistym. Nie wiem, co trzeba mieć w głowie, by twierdzić, że na to trzeba sobie zasłuży.

      Usuń
    13. Niestety, nie odpowiem ci na to pytanie, bo mam zasadę, że tchórzom niepotrafiącym się podpisać nie odpisuję.

      Usuń
    14. Fenrir: A ja do tej pory żyłam w przeświadczeniu, że zwracanie się do kogoś obcego per "Pan/Pani" to oznaka dobrego wychowania...

      Usuń
    15. Aga CM: no jednak nie. W Internecie obowiązuje netykieta, wg której można do siebie mówić per "Ty". Zwłaszcza dotyczy to osób posługujących się nikami, Oczywiście, są wyjątki. Zgodzę się natomiast z tym, że wycieczki Fenrira są niekulturalne.

      Ale...
      Skoro śledzi Pani tak pilnie ten wątek, może zamiast pisać o urażonej dumie, zechciałaby Pani odpowiedzieć na merytoryczne zarzuty?

      Pełno tutaj cytatów wołających o pomstę do nieba, a Pani ani razu nie spróbowała polemizować z autorem, i tym co wykazał fragmentami tej nieszczęsnej prozy.
      Ma Pani prawo do własnego zdania, ale zaczynam się obawiać, czytając te dziwne wpisy, iż nie każdy owe własne zdanie posiada...
      "Krytyka nie robi na mnie wrażenia, a szczególnie gdy wychodzi z ust nieznanej mi osoby"
      Jezu, naprawdę?! W Internecie, z ust blogerki to brzmi niezwykle dziwnie, pisząc eufemistycznie.

      "Nie zamierzam ustosunkowywać się do Pana powyższego tekstu"
      A to już kompletna zagadka! Wpisów Pani jest coraz więcej, ale żaden nie będzie związany z postem?!
      Co więc Pani tutaj robi? I nie pytam się złośliwie: nie rozumiem zwyczajnie takiej postawy. O co chodzi?

      Usuń
    16. @ Aneta. Właśnie o to chodzi, że żaden (a właściwie żadna) ze święcie oburzonych nie odnosi się do treści wpisu, tylko daje upust rozszalałym emocjom. Tak to już jest, że im wrażliwsze ego, tym mniejsza umiejętność analitycznego myślenia, argumentacji i dyskusji.

      Usuń
    17. Pani Aneto. Autorka przesyłając mi swoją książkę w formie pdf poinformowała, że jest to utwór przed korektą. To chyba jasne, że w takiej sytuacji byłoby dziwne gdybym wymieniała błędy. Jednak jeśli w ostatecznej wersji tej pozycji pojawiły się w/w błędy to oznacza, że korektor/korektorka danej książki nie wykonała swej pracy należycie. Pozdrawiam.

      Usuń
    18. To są "arcydzieła" wydane na koszt własny, a firmy, które je drukują (bo trudno powiedzieć: wydają), z reguły nie robią ni redakcji, ni korekty. Czytelnik dostaje do ręki owe dzieła w dziewiczym stanie, czyli dokładnie tak, jak zostały napisane. A tytuł wydaje mi się bardzo adekwatny do uporu autorki, która niedługo prześcignie Kraszewskiego (chyba był najbardziej płodnym pisarzem polskim).

      Usuń
    19. Przepraszam, zapomniałam się podpisać, a nie uznaję anonimów - Małgorzata J. Kursa.

      Usuń
    20. Chce Pani powiedzieć, że czyta Pani o bolącym umyśle, o mężczyznach spadających jak liście, o wietrze, który nie podrywa śniegu, o człowieku marznącym w ciepłym pomieszczeniu, i zakłada, że to wszystko dopiero poprawi korekta? Nie razi Pani bombastyczny styl, bo tekst jest przed korektą? Nie wierzę w takie tłumaczenie. Gdyby Pani dostrzegła te błędy, to byłaby też świadoma, że ich żadna redakcja (nie korekta, to coś innego) nie zdoła poprawić, a jeśli zdoła, to wyjdzie zupełnie inny tekst, niż Pani dostała do recenzji.

      Usuń
    21. Panie Pawle. Uważam, że redaktor (jeśli jest dobry w swoim fachu) powinien poradzić sobie z każdym wyzwaniem. Tylko trzeba takiego znaleźć. Zapewne nie jest to proste zadanie.

      Usuń
    22. Niektóre wyzwania zasługują na ctrl+A, delete i napisanie od początku. A to już nie jest zadanie redaktora.

      Usuń
    23. To rzekłam ja, Elżbieta Sroczyńska, redaktor początkujący ;).

      Usuń
    24. Czyli co? Widziała Pani tragiczne błędy, ale uznała, że Grzebuła znajdzie dobrego redaktora, który je wszystkie poprawi? Po czym przyjęła Pani domniemanie, że takiego redaktora znalazła, i nie sprawdzając, czy tekst został poprawiony, zamieściła Pani pozytywną recenzję?

      Usuń
    25. Panie Pawle. Nie podejrzewałam, że książka zostanie wydana w "takim" stanie. Wierzyłam w to, że te błędy nie ujrzą światła dziennego. Nie można przecież zakładać, że książka nie zostanie poprawiona skoro sama autorka informuje, że jej utwór będzie jeszcze poprawiany. Jeśli ponownie zdarzy się taka sytuacja z pewnością nie omieszkam o tym wspomnieć.

      Usuń
    26. Aga CM: szukam proporcji pomiędzy "Nie podejrzewałam, że książka zostanie wydana w "takim" stanie" a zachwytami, jakie w komentarzach zaserwowano potencjalnym czytelnikom/nabywcom. Odczułam to jak hochsztaplerstwo, bo Pani WIE, że to jest słabo napisana książka, tak? Ale daje Pani wielokrotnie rękojmię.

      Natasza Hebart .

      Usuń
    27. Pani Nataszo. Nigdzie nie stwierdziłam, że książka jest napisana bezbłędnie i nie wspomniałam o tym, że jest "dobrze" czy też "słabo" napisana. Powtórzę po raz ostatni. Nie podejrzewałam, że książka zostanie wydana w "takim" stanie. Nie miałam przesłanek ku temu, aby tak myśleć. Na tym kończę swój wywód. Pozdrawiam wszystkich.

      Usuń
    28. Bardzo dobry komentarz, pozwala na przyszłość nie brać w ogóle recenzji wyżej wymienionej blogerki pod uwagę, skoro ocenia na podstawie tego, co jej się "wydaje". :)

      Usuń
    29. To jest rzeczywiście bardzo wiarygodne tłumaczenie: dostałam do ręki grafomański tekst, ale autorka zapewniła mnie, że zostanie poprawiony i przestanie być grafomański, więc nie miałam żadnych przesłanek, by zakładać, że tak się nie stanie, i z czystym sumieniem mogłam wystawić dziełu laurkę.

      Usuń
    30. Ależ Ago oczywiście, że nie mamy wpływu na to, co kto o nas pisze. Konstruktywna krytyka jest przeze mnie zresztą pożądana. Zaskoczył mnie raczej fakt, że przyjęłaś krytykę zupełnie bezrefleksyjnie, zakładając jeszcze, że jest ona dla Ciebie pozytywna, bo lepiej druzgocząca krytyka niż milczenie. Nie pojmuję.
      Co do błędów - zakładałaś, że redaktor je wyłapie i poprawi, czyli że napisze książkę od nowa? Tutaj nie da się nic poprawić, to tak jak poprawianie źle przetłumaczonego tekstu czyli orka na ugorze.

      Usuń
  11. Uważam, że jest Pan śmieszny. Bardzo mi Pana żal. Mógł się Pan ograniczyć do wyrażenia własnej opinii, a nie mieszać z błotem innych blogerów.
    Ja w przeciwieństwie do Agi życzę żeby i Pan znalazł się kiedyś na cenzurowanym.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ależ wciąż się znajduje: jako tłumacz i pisarz. Recenzowany przez nieznajomych, a nie przez kalekie literacko TWA. Stąd recenzje jego książek są raz dobre, raz złe, ale przynajmniej szczere, bo nie klakierskie, nie pisane w myśl zasady "lubię cię, to napiszę ci dobrą recenzję".

      Usuń
    2. Oho, widzę, że nie tylko grafomani charakteryzują się wysoką kulturą, lecz także ich poplecznicy. Do jakiej opinii miałem się ograniczyć? Na temat powieści? A blogerzy to co, święte krowy? Bzdur, które wypisują, nie wolno komentować?

      Usuń
    3. "I nie zauważę błędów kompromitujących szóstoklasistę".

      Usuń
    4. "Uważam, że jest Pan śmieszny." Ja też! Ja też! Że jest śmieszny! Tylko że to blogerzy karmią "śmieszne" racje pana Pollaka. To w sumie jest jako zjawisko bardzo smutne, że poziom niekompetencji językowej powieści PUBLIKOWANEJ jest taki sam, jak poziom chwalby. Bo koło się zamyka i autor NIE MA pojęcia, że napisał rzecz bez pojęcia, że robi błędy jak gimbaza.

      ~Natasza Hebart

      Usuń
  12. Dziwi mnie forma Pana wpisu, tak atakująca. A pamiętam jak we Wrocławiu na Literatura 2013 stał Pan wraz z Panią Martą i innymi wspaniałymi autorami i uśmiechał się. wówczas nie było w Panu takiej wrogości do autorki. Kiedy się zaczęła? Kiedy to Jej książki a nie Pana znalazły uznanie w oczach czytelników, kiedy zabrakło dla Pana czasu na spotkanie z nimi, bo spotkanie Pani Marty się przeciągnęło? Panie Pawle jest Pan stronniczy i nierzetelny. Ma Pan prawo do własnej oceny, jak każdy z tych przez Pana obrażanych recenzentów. A czy Pan wie, że książki Pani Marty czytane są przez aktorów, np Panią Annę Seniuk? A Pana są? Czy wie Pan że gdy do nas do Opola przyjeżdża ustawiają się kolejki? A czy Pan wie, że teksty Jej wierszy są wybierane przez muzyków i stanowią treść piosenek? Np zespół Metalica. Ile Pana tekstów ktokolwiek wykorzystał? Panie Pawle czytałam naprawdę dobre wartościowe książki Pana autorstwa i nie spodziewałam się, że pod tak inteligentnymi słowami, kryje się osoba potrafiąca tak niegodnie do własnego poziomu pisać, szkalować kogokolwiek. Panie Pawle na koniec napiszę Panu, że nie wiem w ilu egzemplarzach sprzedają się Pana, czy Pani Marty książki, ale jeśli cieszą się one takim zainteresowaniem jak u nas ( są zapisy na Jej książki) to mogę sobie wyobrazić różnicę między Wami w sprzedaży. Bardzo mnie Pan rozczarował, bo wartość słowa pisanego tu a w Pana książkach nie ma porównania. Tu zniżył się Pan do rangi pieniacza, a nie człowieka z klasą, a szkoda. Naprawdę Panie Pawle szkoda, bo nie wizerunek autorki Pan zniszczył a swój własny. Zakładam, że nie ujawni Pan tego wpisu, więc odnajdę Pana na FB i dam go raz jeszcze, bo tak nie można. W jednym ma Pan rację grafomanów nie brakuje, także pośród tych tzw. szanowanych bo wydawanych przez renomowanych. uważam, że definicja GRAFOMAN powinna być już dawno rozszerzona, uzupełniona. Panie Pawle niech Pan sobie nie urąga takimi wpisami, nie godne to Pana.
    Kamila Teresa Biedrzycka
    Ps a czy ma Pan świadomość że narusza Pan prawa autorskie osób wymienionych w tym wpisie?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Żadne prawo autorskie nie zostało naruszone, wystarczy tylko poczytać więcej na ten temat, a potem nie robić z siebie głupka.

      Usuń
    2. Trudno dyskutować z rozszalałymi emocjami, więc rzucę tylko kilka drobnych uwag (choć nie sądzę, żeby trafiły do celu - ach, ta moja nieprzezwyciężona skłonność do syzyfowych prac...).

      1. Pan Paweł nie narusza niczyich praw autorskich. Zanim znów kogoś Pani, droga imienniczko, oskarży o łamanie przepisów, sugeruję zapoznanie się z nimi.
      2. Z całym szacunkiem i sympatią dla wybitnej aktorki, w jaki sposób jej osoba ma świadczyć o jakości tekstów, które czyta? Helena Modrzejewska doprowadziła kiedyś słuchaczy do łez wzruszenia, licząc od jednego do stu. Czy to znaczy, że ta wyliczanka jest wybitną literaturą? Natomiast popularność wśród ludzi posługujących się nieporadną polszczyzną mówi o tej radosnej tfurczości bardzo wiele.
      3. Chętnie dowiem się czegoś o zespole Metalica, bo dotychczas słyszałam tylko o grupie Metallica. Zdziwiłabym się, gdyby ta ostatnia sięgała po teksty madame Grzebuły.
      4. Wielkość sprzedaży ma się nijak do wartości artystycznej. Disco polo też ma więcej słuchaczy niż Penderecki.

      Żeby nie było, że na wypowiedź sygnowaną nazwiskiem odpowiadam pod pseudonimem, niniejszym się podpisuję: Kamila Barbara Perczak, tłumacz języka angielskiego i francuskiego.

      Usuń
    3. 1. "A czy Pan wie, że książki Pani Marty czytane są przez aktorów, np Panią Annę Seniuk?" jakieś dowody?
      2. "teksty Jej wierszy są wybierane przez muzyków i stanowią treść piosenek? Np zespół Metalica." a tu już zdecydowanie poproszę dowody, że taka sytuacja miała miejsce.
      ponadto - to, co pisze Grzebuła, jest naprawdę ZŁE. i fakt posiadania mnóstwa czytelników nijak nie zmienia faktu, że szanowna "pisarka" nie ma ani talentu, ani warsztatu, ani nawet nie umie się poprawnie posługiwać językiem, w którym "tworzy".
      a uprawiane przez Panią osobiste niemerytoryczne wycieczki pod adresem autora niepochlebnej recenzji są niskie, obrzydliwe i fatalnie o pani świadczą. oraz Marta Grzebuła nie zostanie lepszą pisarką, kiedy obrazi Pani wszystkich, którym się jej ksiązki nie podobają, po prostu daje Pani świadectwo temu, jakiego pokroju czytelników ma Pani idolka.

      Usuń
    4. "teksty Jej wierszy są wybierane przez muzyków i stanowią treść piosenek"

      Chodzi pewnie o ten utwór:

      https://www.youtube.com/watch?v=xhSY2HACrMQ

      Robert

      Usuń
    5. "Panie Pawle na koniec napiszę Panu, że nie wiem w ilu egzemplarzach sprzedają się Pana, czy Pani Marty książki, ale jeśli cieszą się one takim zainteresowaniem jak u nas ( są zapisy na Jej książki) to mogę sobie wyobrazić różnicę między Wami w sprzedaży."

      Wspomniała Pani o Opolu, więc sprawdziłam sobie katalogi MBP. Jak Pani zapewne wie, ujęte tam są również katalogi wszystkich filii, czyli w sumie 19 placówek. I co? Dostępne są tylko dwa tytuły pani Grzebuły, w tym każdy w tej chwili można wypożyczyć. Nie ma kolejek!
      Idźmy dalej: obok głównej biblioteki, na Minorytów jest Wojewódzka Biblioteka. Zaglądam i tam, bo może to tutaj są te kolejki i zapisy: hmmm, też nie. Jest tylko 1 utwór, ale z przypisem: Nagrane w szyfrowanym formacie mp3 do odtwarzania wyłącznie na specjalnym dekoderze.

      Jak jeszcze sprawdzić ową niezwykłą popularnośc pani Grzebuły? Zaglądam do biblionetki: przy nazwisku autorki "Obsesji" znajduje się 5 książek i aż ... 2 oceny wystawione przez JEDNĄ osobę... Zajrzyjmy na stronę pana Pollaka: siedem książek a ocen równiutko 100.

      http://www.biblionetka.pl/author.aspx?id=76247
      http://www.biblionetka.pl/author.aspx?id=25580

      I stąd moje zdziwienie. Jak więc to jest z ową popularnością pani Grzebuły i zazdrością autora "Niepełnych", którą Pani wprost zarzuca?

      Usuń
    6. Moja wrogość do autorki jest zerowa, do jej tekstów stuprocentowa. Nie wiedziałem natomiast, że uśmiechanie się w czyimś towarzystwie skutkuje zakazem komentowania tekstów tej osoby.
      Zechciałaby Pani uzasadnić cytatami z mojego wpisu swoje twierdzenia, że szkaluję autorkę i obrażam recenzentów?
      Czy mogłaby Pani uzasadnić swoje zarzuty co do stronniczości i nierzetelności?
      Jeśli chodzi o Seniuk i Metallikę, to nie jest Pani na bieżąco. Ze swoich źródeł w Akademii Szwedzkiej wiem, że Grzebuła przegrała Nobla z Patrickiem Modiano zaledwie jednym głosem. Ale zostawmy tę jej szaloną popularność (chylę czoła) na boku. Czy zamiast wypisywać epistoły, jaka to słynna pisarka, jest Pani w stanie podjąć merytoryczną dyskusję o zacytowanym fragmencie jej twórczości?

      Usuń
    7. Jeśli chodzi o prawa autorskie, to istnieje coś takiego jak prawo cytatu. Następnym razem, zanim rzuci Pani fałszywym oskarżeniem, niech Pani ustali, co i jak.

      Usuń
    8. Aż sprawdziłem te siedem książek, bo tyle nie napisałem. „Wykluczony” to opowiadanie ze zbioru „Między prawem a sprawiedliwością”, a nie odrębny tytuł.

      Usuń
  13. Może nie wniesie to nic do dyskusji, ale MUSZĘ (inaczej się uduszę:) : przy "osobliwym tancu węża"po raz pierwszy od dawna popłakałam się ze śmiechu.
    Gratuluję cierpliwości, na przebrnięcie przez takie dzieło trzeba jej dużo!

    OdpowiedzUsuń
  14. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  15. ja takich książek po prostu nie tykam, sama bym nie kupiła, a jeśli mi ktoś proponuje to grzecznie odmawiam, bo szkoda mi czasu. gdy widzę nazwę nieznanego mi dotąd wydawnictwa, to najpierw sprawdzam zakładkę "publikuj z nami" i jeśli jest tam coś o współfinansowaniu, wyłączam stronkę. jeśli publikować może każdy, to łatwo się domyślić, co znajdziemy w ofercie. oczywiście, zawsze trafią się jakieś perełki, ale to naprawdę nieliczne przypadki. stąd brak recenzji negatywnych - osoby, które są świadome z czym mają do czynienia, pewnie postępują podobnie do mnie. średnio to eleganckie wytykać blogerkom ich recenzje i błędy, bo mamy prawo do własnej opinii, ale fakt że czasem naprawdę trzeba uważać... często jednak wystarczy przejrzeć takiego bloga, żeby wiedzieć, czy warto zaufać, czy nie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A niby dlaczego wskazywanie, że ktoś nie ma kwalifikacji do pisania recenzji, miałoby być „średnio eleganckie”? Państwo blogerzy chcecie najwyraźniej pod hasłem „każdy ma prawo do własnej opinii” zapewnić sobie nietykalność. Prawo do własnej opinii oznacza wyłącznie tyle, że nikt nie może wam zabronić jej wygłaszania czy wsadzać was za nią do więzienia, ale już sama opinia, jak i sposób jej formułowania, podlega krytyce, polemice, ocenie. Ktoś inny, w ramach prawa do wyrażania własnej opinii, może się z nią nie zgodzić, uznać, że jest niemądra, fałszywie diagnozująca stan rzeczy itd. Sorry, ale to tak nie działa, że chcecie publicznie wygłaszać swoje zdanie, ale jeśli o chodzi krytykę waszych tekstów, to inni mają was traktować, jakbyście prowadzili prywatny pamiętnik trzymany w szufladzie.

      Usuń
  16. Popłakałam się ze śmiechu, ale i tak śmiem twierdzić, że panie recenzentki wcale nie muszą znać się na literaturze. Pisarka to co innego, kopniaki za takie "dzieło" jak najbardziej jej się należą, skoro próbuje to sprzedać jako literaturę. Ale w erze internetu pisanie o książkach niekoniecznie jest tożsame z krytyką literacką czy nawet sprawnym posługiwaniem się polszczyzną. Taka pisanina po części zastąpiła plotki przy kawie. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu panie te po prostu opowiadałyby o swoim zachwycie koleżankom, dziś o tym piszą. Wolno im. Internet jest dla wszystkich i za darmo. Nikt ich przecież nie zatrudni w dziale literatura poczytnego dziennika. Część ludzkości zawsze lubiła kiepskie książki, tylko bez internetu nie była w stanie się tym podzielić ze światem. Anonimowe blogerki, pan Czesio budowlaniec... Czytanie takich rzeczy sprawia im przyjemność, więc czemu zabraniać?

    A co do braku negatywnych opinii, ja bym takiej książki nie wzięła. Blog prowadzę dla przyjemności, a nie żeby zbawiać świat. Niby dlaczego mam się męczyć?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nikt nie mówi o zabranianiu, tylko o uświadamianiu. Nie zgodzę się z Panią, że blogi odpowiadają ploteczkom przy kawie, to raczej fora. Blogi ciążą w kierunku krytyki literackiej: recenzje, współpraca z wydawnictwami i tak dalej. Pewnie, że można machnąć ręką, jak ktoś źle pisze i nie przejmować się opiniami. Tylko że ja pokazałem je jako element mechanizmu przyczyniającego się do rozwoju grafomanii (którą proszę odróżniać od kiepskiej literatury). Gdyby nie było druku cyfrowego, e-booków, gdyby Grzebuła nie miała gdzie publikować, nie widziałbym powodu, by zajmować się tym, że ci blogerzy kiepską polszczyzną zachwycają się jakimiś wampirami czy Coelho.

      Usuń
  17. Ja również pragnę podziękować za umieszczenie linku do mojego bloga. Ot, darmowa reklama. I nie, nie zamierzam komentować całej reszty pańskiej wypowiedzi. Bo po co? Nie warto spierać się z kimś, kto narzuca wszystkim swój punkt widzenia, nie dopuszczając do siebie jakże bolesnej myśli, iż ktoś może mieć inne zdanie.

    Pozdrawiam,
    Autorka bloga Druga Nibylandia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przecież właśnie czekamy na "inne zdanie".

      Usuń
  18. Czytając wpis nie wiem czy się śmiać, czy płakać? Po pierwsze wpis robi reklamę książce - nie czytałam jej, nie kojarzę tytułu - teraz przynajmniej poznałam ją bliżej.

    Jednak tak na dobra sprawę jaki procent czytelników zwraca uwagę na błędy? Liczy się fabuła. Gdybym ja miała skupić się na korekcie, a nie na treści, ciekawe ile bym zapamiętała z opisanych wydarzeń. Czytam dużo i czasem widzę "gafy" korekty, ale co mi to da, jeśli je wymienię? Chociaż czasem zdarza mi się o tym wspomnieć. Szczególnie jeśli chodzi o tłumaczenia. Raz w życiu spotkałam się z serią, która była okropna - chodzi o tłumaczenie. Więc dlaczego Pana wpis nic o tym nie wspomina - przecież tłumaczy też obowiązują zasady - poprawnego stylu, interpunkcji, itp.

    Nie ma ludzi nieomylnych, tak więc i książki maja błędy...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zapomniałam. Mam pytanie;
      Dlaczego Pan nie skrytykuje blogerów, którzy pisali opinie Pana książek? Przecież niektóre opinie - to przede wszystkim streszczenie - gdzie odczucia, gdzie wnioski? Gdzie krytyka ich wypowiedzi?
      Ja nie czytam kryminałów, więc raczej nie będę miała okazji poznać powieści Pana autorstwa.

      Usuń
    2. Ależ krytykuje,udało mi się znaleźć takie cóś.
      Nie podoba się panu Pollakowi blogerka krytykująca Jego książkę. Jak znajdę więcej to zapodam.
      A Aga z Bloga Kulturalnego to wspaniała godna zaufania blogerka.

      Usuń
    3. No i ma Pani odpowiedź, dlaczego nie krytykuję. Neutralne sprostowanie faktów jest od razu interpretowane jako atak na recenzenta.
      Dlaczego miałbym we wpisie poświęconemu reakcji na polską książkę zajmować się tłumaczeniami?

      Usuń
    4. Ponieważ tłumaczeniami zajmują się Polacy - zasady obowiązują chyba wszystkich. Skoro krytykuje Pan polską autorkę, blogerów, to czemu nie tych co przekładają (tłumaczą)? Tak samo jak autor potrafi zniszczyć swoje dzieło nadmiarem błędów, tak też tłumacz może zniszczyć powieść zagranicznego autora.

      Nie będę ukrywać, że dość rzadko sięgam po książki rodaków, ale - Pana wpis daje odpowiedz na to dlaczego mam opory.

      Usuń
    5. Ja nie muszę krytykować wszystkiego, co robią Polacy. Ale akurat pewną tłumaczkę krytykowałem, proszę zajrzeć do lipcowych wpisów (tekst "Rybka piła wali konika").

      Usuń
    6. "Jaki procent czytelników zwraca uwagę na błędy? " - poczułam się tym tekstem osobiście urażona. Choćby niewielki, należałoby ich uszanować. Chyba, że pisze się dla "specjalnej" grupy czytelników. Wtedy należy umieścić na okładce takiego "dzieła" dodatkową, dobrze widoczną informację: "Jeśli nie rażą Cię liczne błedy ortograficzne, gramatyczne, stylistyczne i logiczne - czytaj i ciesz się tą lekturą na zdrowie".

      Usuń
  19. O ile w dużej mierze zgadzam się z krytyką bezrefleksyjnego recenzowania i chwalenia, zaś reakcje wypowiadających się tu autorów owych tekstów, którzy nie pragną odnieść się do zarzutów merytorycznych traktując je jako atak na własne zdanie, wywołują we mnie co najmniej niesmak, tak kilka z zarzutów co do tekstu jest moim zdaniem kompletnie nietrafionych, gdyż nie brana jest w nich pod uwagę metonimia czy też metaforyczność języka. Pozwolę sobie wytłumaczyć autorkę, do której twórczości raczej nie zasiądę (ostatnio naciąłem się na "Omen nomen" Marty Kisiel, które było w blogosferze książkowej wychwalana pod niebiosa, a okazało się bardzo słabe).

    "Gruba warstwa śniegu pokryła uliczki, szczelnie otulając dachy domów." Chodzi oczywiście o domy krasnoludków.
    Tutaj uliczka nie musi być wyłącznie zdrobnieniem od ulicy, czyli jezdni i ewentualnie chodnika, a wyrażenia ulica zawierającego w sobie (metonomicznie, kocham to słowo) również przylegające domy wraz z ich dachami.

    "Nigdy też nie był na tak szaleńczej imprezie, jaką zorganizował kolega. Śmiech, muzyka, kulig, petardy, zimne ognie i lejący się strumieniami alkohol, było to w takim samym stopniu fascynujące, co niebezpieczne." Ponieważ śmiech, muzyka, petardy, zimne ognie i lejący się strumieniami alkohol to składowa… znaczy się składowe każdego sylwestra, więc rozumiemy, że o szaleńczym charakterze przesądza kulig. Kulig jest też niebezpieczny, bo można z sań wylecieć i fizjonomią w zaspę zaryć.
    Same w sobie elementy te nie muszą być niebezpieczne, ale jako całość ("było to", nie zaś "były one) jak najbardziej. Szczególnie biorąc pod uwagę, że taki na przykład śmiech może być w tym zdaniu synonimem beztroski, która jest jak najbardziej niebezpieczna.

    "(...) zrozumiał, że alkohol zaczyna rządzić także jego umysłem, siejąc w nim spustoszenie." Tak. Liczba neuronów niszczonych w mózgu przez alkohol jest potworna.
    Tym razem metafora. Alkohol siejący spustoszenie w mózgu jest jak najbardziej trafnym określeniem stanu po jego zażyciu. Przynajmniej ja tak to zaczynam odczuwać gdy sobie pofolguję :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pozwolę sobie wytłumaczyć autorkę, do której twórczości raczej nie zasiądę (ostatnio naciąłem się na "Omen nomen" Marty Kisiel, które było w blogosferze książkowej wychwalana pod niebiosa, a okazało się bardzo słabe).

      Też tego fenomenu nie rozumiem. Moja krytyczna recenzja się nie pojawiła, bo niestety bloga założyłam później. Na ten wpis patrzyłam przez pryzmat "Nomen Omen". Zastanawia mnie ta bezkrytyczność.

      Usuń

  20. Typowe dla grafomana posługiwanie się pompatycznymi przymiotnikami, zamiast konkretnym opisem, czyli informowanie, chociaż powinno się pokazywać.
    Niekoniecznie, show don't tell jest tylko jedną z technik budowy opisu. To, że obecnie święci triumfy, wcale nie oznacza, że inne są złe. Pozwolę sobie pominąć też kilka uwag odnośnie budowania opisów miłości czy seksu, ponieważ moim zdaniem taka a nie inna ich konstrukcja wynika z przyjętej stylistyki. Owszem, nie jest to stylistyka najwyższych lotów (sam nie mógłbym przeczytać książki konstruowanej z jej użyciem), ale dość oczywisty dla recenzenta czy też szperacza błędów powinien być fakt, że każde kolejne czepianie się jej integralnych elementów jest czepianiem się na siłę, sztuką dla sztuki.

    "Aleks opadł niczym liść na pełne gorąca ciało dziewczyny, po którym między okrągłymi, kształtnymi piersiami spływały kropelki potu." Piersi miała silikonowe, więc siłą rzeczy nie zaliczamy ich do ciała.
    Skąd wniosek, że okolicznik miejsca w zdaniu względno-przydawkowym musi być integralną częścią okolicznika w zdaniu nadrzędnym?

    "Delikatnym ruchem dłoni nakazałaby położył się na brzuchu. Usłuchał. (…) Grace całując jego plecy, muskając po nich raz piersiami, to znów językiem, drugą ręką delikatnie podążała w okolice krocza." My się za bardzo na anatomii nie znamy, więc nie będziemy się upierać, że jak człowiek leży na brzuchu, to wzdłuż pleców podążamy w okolice inne niż krocze.
    Też się kiepsko znam na anatomii, ale chciałbym wiedzieć skąd wyciągnięty został wniosek, że druga ręka podążała wzdłuż pleców?

    Dalej już mi się nie chciało, bo stężenie kiepskiej literatury na cale kwadratowe ekranu zaczęło niebezpiecznie zbliżać się do maksymalnych granic. Uważam po prostu, że w ogniu krytyki warto stawiać na, nie wiem czemu mi ta metafora przyszła do głowy po lekturze zaprezentowanych w notce fragmentów, pewniejsze konie.

    Z pozdrowieniami i nadzieją, że zadziałają w komentarzu znaczniki html oraz nie pomieszałem terminologii gramatycznej.
    Michał Małysa

    P.S. Musiałem rozbić komentarz na dwa, ponieważ wysłać można maksymalnie 4k znaków. Przepraszam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. 1) Uliczki metonomicznie pokryte śniegiem. No właśnie przez to zdrobnienie sensowna metonimia (bo rozumiem, że nie o metonomię chodzi) zanika. Gdyby było „warstwa śniegu pokryła ulice”, zdaniu nie dałoby się nic zarzucić, ale przy uliczkach czytelnik widzi małe domki. W każdym razie mnie się wyłonił taki obraz przy czytaniu tego tekstu.
      2) Niebezpieczny sylwester. Nonsens kompletny. Jakie niby niebezpieczeństwo grozi uczestnikom zabawy? Że komuś petarda palec urwie? Jakby go spędzali pod spadającymi bombami w Syrii, to można by napisać, że było niebezpiecznie. Zwykły sylwester nie jest ani szaleńczy, ani fascynujący (chyba że dla jakiegoś Indianina z Amazonii, ale nie dla londyńczyka), ani niebezpieczny.
      3) Mózg to ja napisałem, autorka pisze o spustoszonym umyśle. Niech będzie, że metafora, problem w tym, że przesadzona i że w tekście od takich metafor się roi.
      4) Show, don’t tell. Zgoda, autor nie musi się tego trzymać, ale jeśli dla autora wszystko jest przepiękne, niesłychane, straszne, wspaniałe, niebywałe, niesamowite itd., to nie jest to świadomy wybór metody, tylko brak warsztatu pisarskiego.
      5) Piersi i ciało. To jest zdanie typu: „Pot spływał mu po twarzy i po nosie”.
      6) Skąd wniosek, że druga ręka podążała wzdłuż pleców? Z braku innej informacji, którędy podążała, a reszta organów Grace podąża wzdłuż pleców, więc czytelnik automatycznie widzi też tam rękę.

      Z Pana komentarza wynika, że Pan zakłada, że Marta Grzebuła ma jakąś świadomość warsztatu, że zdaje sobie sprawę z tego, co pisze, że potrafi spojrzeć na swój tekst z boku, powiedzieć, co jest metaforą, co metonimią, że świadomie przyjmuje jakąś stylistykę, że zastanawia się, jak dane sceny odczyta czytelnik. Nic z tych rzeczy. To jest bezładny tok myśli przelewany na papier.
      I moje pytanie: Co chce Pan udowodnić? Że to jednak dobry tekst?

      Usuń
    2. Może być bez "Pan", jestem młodym szczawiem. Nie chcę udowodnić, że to jest tekst dobry, chcę natomiast udowodnić, że pod względem merytorycznym wskazane błędy nie są błędami. To, czy Marta Grzebuła jest świadoma istnienia takiego czegoś jak metonimia nie ma nic do rzeczy. Nie trzeba znać nazw przypadków aby poprawnie deklinować.

      1. Mi uliczka nie kojarzy się z niewielkimi domami, a z, hmmmm, pewnym ich ściśnięciem, śródziemnomorskim układem spotykanym w małych miasteczkach, choćby w Hiszpanii czy Włoszech. Podejrzewam, że docelowa grupa autorki (czytelniczki lubiące takie klimaty) ma za sobą lekturę mnóstwa książek rozgrywających się w tych krajach, więc ich skojarzenie również pójdzie w odpowiednią stronę. Zdrobnienie jak najbardziej może sugerować ograniczenie innych parametrów niż wysokość.
      2. Obiektywnie rzecz biorąc nagromadzenie czynników takich jak alkohol, beztroska oraz sztuczne ognie jest niebezpieczne.
      3 i 4. Hiperbolizacja też jest zabiegiem stylistycznym. Wybór metody w procesie pisania wcale nie musi być świadomy.
      5. Nie, to jest zdanie typu "Spojrzał jej prosto w twarz, po której wzdłuż nosa spływały łzy." Jeden okolicznik do jednego czasownika ze zdania nadrzędnego, drugi okolicznik do drugiego czasownika ze zdania względno-przydawkowego. Nigdzie nie ma logicznej dziury, a jak pozwala mi sądzić moja skromna wiedza krytyczno-literacka, nie ma również w tym miejscu błędu warsztatowego.
      6. Czytelnik automatycznie zakłada, że jeśli ręka gdzieś jest to musiała tam wcześniej powędrować. Taka jest pierwsza, automatyczna myśl. Dopiero analizując zdanie i chcąc w nim znaleźć na siłę błąd może sobie pomyśleć "aha! ale jak ta ręka się tam znalazła!". To tak jakby zdanie "Wpuściła do domu policjanta, a gdy ten zdjął w końcu kurtkę oraz buty, po czym z notesem w ręku zasiadł przy skromnym stole, podała mu szklankę z sokiem" napisać "ale to jak, wszedł i nie zapytał czy może zdjąć buty? i notes miał cały czas w ręku? no i ten sok, czemu mu tak nagle podała, nie powinna najpierw wyjąć szklanki z kredensu, a napoju z lodówki?". Jeżeli autor pomija jakąś informację czytelnik automatycznie zakłada, że wszystko potoczyło się naturalnie. W podanym przykładzie dość logicznym wydaje się wniosek, że skoro druga ręka znajdowała się w innym miejscu, to nie było jej na plecach.

      Usuń
    3. Pan Pollak stosuję tę metodę dyskredytacji swoich ofiar od lat. Wyrywa z kontekstu czyjś cytat, a następnie okrasza go niby-ironicznym komentarzem. I czeka na poklask i komentarze. To mu napędza statystyki wejść na ten blog. Zaraz po wpisie (na którym kogoś „zjedzie”) pojawia się informacja o czymś na czym na nadzieję zarobić (spotkanie autorskie, nowa książka itp.) I tak w kółko. Mechanizm żywcem zaczerpnięty z komedii Saramonowicza (w „Testosteronie „pamiętamy, że potrzebny jest ivent). Tymczasem sam w swoich książkach sadzi takie babole, że hej. Dla przykładu (Kanalia) pisze: „pogwizdując fałszywie”. Nie pogwizduje fałszując, albo fałszuje gwizdając, ale jego bohater idzie „pogwizdując fałszywie”. Przypomnijmy, że synonim „fałszywie” to: „bałamutnie, bełkotliwie, bez pokrycia, bez skrupułów, bez szczerego przekonania, bezecnie, bezprawnie, blagiersko, błędnie, chytrze” i tak dalej. Kilka akapitów dalej czytamy „w lesie rozległo się pohukiwanie puszczyka” a zaraz potem „ (…) z wierzchołka drzewa rozległ się głośny, melodyjny śpiew drozda”. Uhm. Zatem u Pollaka w nocy pohukuje puszczyk i śpiewa drozd, co jest bzdurą wierutną, bo drozdy śpiewają, lecz przed wschodem słońca. Policjanci rozpoczynają służbę w wieku lat dwunastu, a w „budynki mieszczą filologię” zamiast wydziały filologii. Ofiary zostają giną na miejscu od strzału z pistoletu w głowę, a potem wciąż żywe wpadają do wody, aby dopiero tam zejść. A propos naskórek u Pollaka „Naskórek złuszcza się pod wpływem nacisku, ale nie schodzi w postaci rękawiczek. I tak dalej, i tak dalej… Wszystko po weryfikacji przez wydawnictwo (rzekomo odróżniające pana Pollaka od grafomanów) oraz redakcji oraz korekcie przeprowadzonej przez profesjonalistów. I złośliwym chichotem autora nad wyśmiewaniem innych.

      Usuń
    4. No już wykazałem pod praktycznie takim samym komentarzem zamieszczonym w innym miejscu, że manipulujesz pan cytatami, a na poparcie oskarżenia, że wyrywam cytaty z kontekstu, nie podałeś pan nawet pół zdania dowodu.

      Usuń
    5. Nie trzeba znać nazw przypadków, żeby poprawnie deklinować, szkopuł w tym, że Grzebuła deklinuje niepoprawnie. Zgoda, że autor nie musi znać nazw środków stylistycznych, ale powinien intuicyjnie je rozpoznawać. Przy zdaniu z uliczkami powinien się zatrzymać i zastanowić, jak to zdrobnienie wpłynie na odbiór, a wątpię, by Grzebuła poświęciła temu zdaniu więcej czasu, niż wymagało wstukanie go do komputera (wnioskując z tempa, w jakim wydaje książki).

      1. Akcja dzieje się akurat w Karpaczu, a nie w rejonach śródziemnomorskich, więc nawet jeśli czytelniczki Grzebuły rzeczywiście siedzą w klimatach śródziemnomorskich (co jednak jest założeniem wziętym przez Pana z powietrza), to przy opisie zaśnieżonego Karpacza tych włoskich uliczek nie zobaczą. No, ale żeby to ustalić, trzeba by zrobić badania.
      2. Nikła liczba zgonów i ciężkich obrażeń w trakcie zabaw sylwestrowych nie potwierdza tej Pańskiej tezy.
      3 i 4. Dobrze, hiperbolizacja jest zabiegiem stylistycznym, kwestia, co z tego zabiegu wychodzi. Sprzeciwia się Pan twierdzeniu, że ta hiperbolizacja w tekście Grzebuły jest niestrawna?
      5. Przekonał mnie Pan.
      6. Ale tej ręki wcale nie ma w okolicach krocza, ona dopiero tam „podąża” i jest kwestia którędy. I moim zdaniem w wyniku opisu w pierwszej części zdania w połączeniu z brakiem odpowiedniej informacji, czytelnik widzi tę rękę też sunącą wzdłuż pleców.

      Usuń
    6. 1. Czy opisując zaśnieżony szczyt w Himalajach muszę posługiwać się terminologią taterniczą czy ważne jest, aby korzystać z obrazów znajomych czytelnikom? Moim zdaniem to drugie i słowo "uliczka" doskonale się w nie wpasowuje. Założenie nie jest wzięte z powietrza, gdyż jest tylko przykładem na to, jak i z jakiego powodu czytelnik może na widok słowa "uliczka" zadziałać w wyobraźni - nie zobaczy w wyobraźni włoskiej uliczki umiejscowionej w Karpaczu, zobaczy za to stłoczone i ciasno przystające do siebie budynki w Karpaczu. Taki jest sens mojej wypowiedzi.
      2. Tutaj chyba nie dojdziemy do konsensusu, moim zdaniem połączenie alkoholu, fajerwerków oraz beztroski jest obiektywnie niebezpieczne. Nawet jeżeli z wielu względów nie kończy się olbrzymią liczbą zgonów i ciężkich obrażeń.
      3 i 4. Nie twierdzę, że jest strawna, ale nie mogę też jednoznacznie stwierdzić, że jest niestrawna, książki bowiem nie czytałem. Twierdzę za to, że jest częścią przyjętej przez autorkę stylistyki.
      5. Fajnie.
      6. Jeżeli nie ma dokładnego oznaczenia którędy, czytelnik zakłada (a przynajmniej powinien), że sprawa przebiega naturalnie.

      Usuń
  21. Otwieram powieść Pollaka pt. „Kanalia” i czytam: „Budynek uniwersytecki mieszczący filologie znajdował się nad samą rzeką, ale ustawiony był do niej bokiem”. Uhm. Znaczy, że znajdował się (bo nikt go tam nie wybudował) nad samą rzeką (czyżby na brzegu?) miał jednak przód i tył. Frontu nie miał, przynajmniej nic o tym nie wiadomo. Ale bok owszem, miał (prawdopodobnie prawy i lewy) bo ustawił się (może się wypiął skoro mieścił naukę badającą język?) bokiem. Dobrze, że tego boku ze śmiechu nie zerwał czytając jego blog. Hm… dajmy spokój. Weźmy się za popisy wiedzy naszego pisarza: W tej samej „Kanalii” charakteryzując swojego bohatera, aspiranta nazwiskiem Krzysztof Lepka Paweł Pollak pisze: „zarozumiała mina dwudziestopieciolatka”. Zatem nasz lepka ma 25 lat. Uhm. To oznacza, że mając stopień aspiranta musiał zgodnie z art. 52 ustawy o Policji przesłużyć od co najmniej lat 11, a być może nawet 14. Zatem bohater wstąpił do Policji gdzieś w okolicy 6 klasy szkoły podstawowej. No chyba, że czegoś nie wiemy… Dość! Wraz z kolejnym takim postem nabieram chęci, aby wziąć się za któreś z wiekopomnych dzieł naszego Nieustraszonego Łowcę Grafomanów i w jemu podobnej retoryce go skrytykować. Szkoda tylko, że nie byłoby to uczciwe, bo: primo – przecież jego dzieła profesjonalną redakcję przeszły, secundo – Pollak pisarzem jest i basta, a jego blog mu Nobla z literatury zapewni. Panie Pollak! Kto mieczem…

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Już analiza pierwszego zdania, całkowicie poprawnego, pokazuje, że gonisz pan w piętkę, a twierdzenie, że stopnie policjantów w powieści kryminalnej muszą być zgodne z ustawą o Policji, jest niezłym idiotyzmem. Idiotyzmem, który może wygłosić tylko ktoś z grafomańskiej kliki, kto nie będąc w stanie bronić skrytykowanego tekstu kolegi po piórze (proszę sobie spojrzeć na komentarz Michała Małysy, tak powinna wyglądać obrona), stara się odwrócić od niego uwagę, atakując mój. Ale przyjmijmy pańską tezę, że jestem grafomanem. Chciałem napisać „takim samym jak Grzebuła”, ale właśnie pytanie brzmi: czy przez udowodnienie mi grafomanii tekst Grzebuły stanie się wybitną literaturą?

      Usuń
    2. Iitam, że całkowicie ;)

      „Budynek uniwersytecki mieszczący filologie znajdował się nad samą rzeką, ale ustawiony był do niej bokiem”.
      znajdował się - jest lekko niefortunnie wybrane (blisko wieloznaczności - że się znalazł). Lepsza by była strona bierna np. był usytuowany
      ;)

      ~Natasza Hebart

      Usuń
    3. Nie mam zamiaru bronić skrytykowanego tekstu pani Grzebuły. Wskazuję jednak, że i panu zdarzają się wpadki. A, że widać (z pana tekstów oraz komentarzy) jak bezkrytyczny ma pan stosunek do siebie i swojej twórczości, dałem temu przykład. Każdy tekst można wyśmiać i zmanipulować w pana stylu. Martwi mnie tylko, poklask pana makiawelicznym działaniom. Cóż ludzie nie zauważają różnicy między panem a pana ofiarami: pan jest profesjonalistą i pańskie błędy ktoś kilkakrotnie już poprawił. Smutne to, ale cóż… Tak już jest, że gawiedzi podoba się obrzucanie błotem. „Kanalia” przeszła profesjonalną redakcję, korektę a mimo tego puścił pan błąd merytoryczny, że boki zrywać. I jest ich więcej. Pisanie jakoby dwudziestopięciolatek był aspirantem w polskiej policji jest robieniem z czytelnika idioty i chwaleniem się skrajną niewiedzą jako pisarza kryminałów. Dwudziestopięciolatek może być co najwyżej starszym sierżantem. Będąc pisarzem kryminalnym, tłumaczem, wydawcą i wytykającym błędy innym winien pan to wiedzieć. Tymczasem z pana książki wynika, że Lepka został stróżem prawa w wielu 12, 13 albo 14 lat, co w świetle tego jak pisze pan o nim jako „smarkaczu” by się akurat zgadzało. Skoro, zgodnie z pana twierdzeniem, stopnie policjantów w powieści kryminalnej nie muszą być zgodne z Ustawą o Policji (a propos: radzę zwracać uwagę na wielkie litery) proponuję wprowadzenie zamiast komisarza ogniomistrza, a zamiast aspiranta kanoniera. Nie dziwi mnie jednak arogancki styl pana riposty. Czytelnik debil to się nie zorientuje, prawda?
      Jak napisałem, panu też zdarzają się wpadki i można je w identycznym, manipulanckim stylu wytknąć: oto kolejne: w tej samej powieści pisze pan: „Naskórek złuszcza się pod wpływem nacisku, ale nie schodzi w postaci rękawiczek.” Rękawiczek? A może naskórek ma zjeść w postaci spodni, albo kurtki? Bo wiadomo, że naskórki schodzą w postaci rękawiczek. Ale nie, napisał pan „naskórek nie schodzi” mając zapewnie na myśli zejście (czyli zgon) a spawa naskórka wyjaśni się jeśli napiszemy „Naskórek.” No! Tenże, przypomnę ogniomistrz Naskórek pracuje od pierwszej klasy podstawówki, w Wrocławskiej Komendzie Stołecznej (w Sanoku, oddział zamiejscowy). Dalej czytamy „Przyczyna śmierci to strzał w głowę z niewielkiej odległości. Choć jak została wrzucona do rzeki to jeszcze żyła.” Aha. Przyczyna dostała kulkę w głowę, ale wrzucono ją do rzeki (przypomnę, we Wrocławiu mamy Dunajec). Tyle, że kilka akapitów dalej mamy: „Śmierć na miejscu od strzału”. Aaaa. Pani przyczyna została zabita, ale potem uciekła. Dlatego inspektor (oho, szkoda, że nie marszałek polny albo Oberführer) pojechał za „rogatki miasta” i „Krew zagrała mu z żyłach”. Ciekawe, co mu zagrała? Kiszki mu się zagotowały z głodu to krew mu zagrała. Może tę samą zgraną, nudna melodię. Pollak krytykuje wszystkich wokół, ale od niego to wara.

      Usuń
    4. Tak tak... To tak samo jak niewidomy widzący kolory w "Nieełnych" na co słusznie zwróciła uwagę pana Pollaca jedna z blogerek z tej podlinkowanej recenzji, na co pan Pollac zareagował szyderczo i agresywnie.
      Z tamtej recenzji wynika że pan Polac pisze nie lepiej, niż Pani Grzebula. Która nota bene lepiej znosi krytykę i nie pluje jadem na blogerki które źle się o jej książce wyraziły. Kultury trochę panie Polac, kultury!
      Podpisano -czytelniczka. Nazwiska nie wymienię bo w internecie nie obowiązuje zwyczaj podawania nazwisk.

      Usuń
    5. Bo pan Pollak nie musi. On co może...

      Usuń
    6. No właśnie nie każdy tekst można wyśmiać w moim stylu, co dość dobitnie pokazują pańskie żenujące próby wyśmiania „Kanalii”.
      Tak, autor nie musi stosować rzeczywistych stopni policyjnych i nie potrafi pan na ten argument odpowiedzieć inaczej, niż sprowadzając sprawę do absurdu, że w takim razie można stosować stopnie ze straży pożarnej czy armii. Według ustawy śledztwo powinno prowadzić trzech komisarzy, co dla czytelnika byłoby niestrawne i nieczytelne.
      Naskórek schodzący w postaci rękawiczek to fachowe określenie z zakresu medycyny sądowej. Szukanie w tym kontekście innych znaczeń słowa „schodzić” świadczy o tym, że miota się pan jak ryba w sieci, żeby do czegokolwiek się przyczepić.
      Co do przyczyny zgonu, to dokonał pan ordynarnej manipulacji, bo patolog najpierw podaje nieprawdziwą, gdyż razem z komisarzem chcą aspirantowi zrobić kawał, a dopiero później tę właściwą. Twierdzi pan, że ja podobnie manipuluję tekstem Grzebuły, byłby pan łaskaw wykazać mi tak manipulację, jak ja panu wykazałem?
      Przytoczona kwestia jest kwestią dialogową, która w całości brzmi jak niżej i w której odstępstwo od reguł gramatycznych jest uzasadnione, dlatego że ludzie nie mówią hiperpoprawnie (aż mnie dziwi, że się pan nie przychrzanił, że Markowski mówi „tą”, a nie „tę”): – Pierwsza ofiara to młoda kobieta, wiek między dwadzieścia pięć a trzydzieści, choć jest tak drobna, że pewnie dawano jej mniej. Przyczyna śmierci to strzał w tył głowy z niewielkiej odległości. Choć jak została wrzucona do rzeki, jeszcze żyła.
      A co do Dunajca, to akcja powieści nie dzieje się we Wrocławiu. Ale po pańskich tekstach wcale mnie nie dziwi, że nie zdołał pan tego zauważyć.

      Usuń
    7. Niewidomy nie widzi kolorów, tylko używa ich nazw, a ponieważ blogerka twierdziła, że to błąd wynikły z mojej nieuwagi i nieumiejętności logicznego myślenia, wskazałem jej, że w książce jest wyjaśnienie, dlaczego to robi: „Jacek wyraźnie zaznacza (str. 149-150), że niewidomi mogą używać i używają nazw kolorów i pojęć, które pozornie przy braku wzroku nie mają sensu – to niezgoda na ograniczanie ich świata z racji tego, że nie widzą”. Czy czytelniczka krzycząca o kulturę mogłaby wskazać, w którym miejscu to wyjaśnienie jest szydercze, agresywne i ociekające jadem? Niech zgadnę. Nie doczekam się ani wskazania, ani przeprosin za te fałszywe oskarżenia.
      Pani Grzebuła nie może pluć jadem na blogerki za krytyczne recenzje, bo tego właśnie dotyczył ten wpis, że takich nie ma, zresztą nie musi, bo wystarczająco dużo jadu mają takie jej obrończynie jak pani czy pani Biedrzycka, która też rzuciła paroma obelgami, po czym uznała, że nie ma potrzeby, by je uzasadniać czy za nie przeprosić.

      Usuń
    8. Pani Nataszo, głupoty Pani pisze: „znajdować się” to tyle, co „gdzieś się mieścić”. A takie komentarze są wodą na młyn dla grafomańskiej kliki, bo przecież im chodzi o to, żeby zasugerować, że robię tyle samo błędów co Grzebuła.

      Usuń
    9. Moje próby skrytykowania próbek pańskiej twórczości nie są bardziej „żenujące” czy „ordynarne” niż pana krytyka twórczości innych. Są dokładnie na podobnym, acz przyznaję, że niskim poziomie. Wyłuskałem fragmenty z pana książki, zacytowałem je tutaj i obarczyłem stosownym, ironicznym i absurdalnym komentarzem. Zrobiłem dokładnie to samo, co pan uskutecznia na tym blogu. Na początku widzi pan ten absurd, a zaraz potem twierdzi, że nie zdołałem zauważyć iż we Wrocławiu nie ma Dunajca. To pana odpowiedź jest „żenująca”. Obaj wiemy, że nie może pan merytorycznie odpowiedzieć na bzdury i gramatyczne wpadki jakie umiesił pan wraz z wydawcą i redaktorem w swojej, nawiasem mówiąc miernej powieści. Pana metodą na polemikę jest odwrócenie kota ogonem, bo – zamiast odpowiedzieć rzeczowo – cytuje pan samego siebie i wyjaśnia, że ziemia jest okrągła. Ja wiem, co to język potoczny. Ale wali pan byki i klasą byłoby przyznanie się do tego. Wciskanie kitu czytelnikowi (i nam tutaj), że aspirat jest stopniem „smarkacza” w Policji to ordynarne kłamstwo, że pozwolę sobie zapożyczyć pana krasomówczy styl. Tak samo kitem jest, jakoby według ustawy śledztwo prowadzić miało trzech komisarzy, bo akurat Kodeks Postępowania Karnego pisze wyraźnie o „prokuratorze”, który ewentualnie śledztwo „może powierzyć Policji” a nie jakimś tam, wymyślonym przez pana aspirantom. Proszę też nie pisać o „fachowych określeniach z zakresu medycyny sądowej”, o których nie pa pan zielonego pojęcia, bo albo się sadzi błąd, albo go tłumaczy językiem potocznym, fachowym, albo jeszcze czymś innym zamiast odnieść się do faktycznej krytyki. Nadal nie wiemy jaką melodię grała pana bohaterowi krew w żyłach? Bo przecież tak pan pisze: „Krew zagrała mu z żyłach”. I jak to jest z tym drozdem? Śpiewa u pana po nocy, czy może to gawrony w mroku śpiewają? Bo przecież tak pan pisze, że w nocy z „z wierzchołka drzewa rozległ się głośny, melodyjny śpiew drozda”. Pana casus polega na tym, że nie ma pan absolutnie dystansu do tego, co pan wyprawia i jest to wątpliwe etycznie. Ktoś nazwał pana słynnym awanturnikiem. Trudno się z tym nie zgodzić. Zastanowił się pan, że żaden z polskich pisarzy się tak nie zachowuje? Czy tym się pan chce zapisać w almanach polskiej literatury?

      Usuń
    10. Obarczył pan komentarzem? Znaczy się pan ten komentarz temu fragmentu na barki włożył? Ironii nie dostrzegłem, trzeba ją umieć stosować. Ale co do absurdalności pańskich komentarzy całkowicie się zgadzam.
      Wie pan, mnie przy pisaniu książki niespecjalnie interesuje, co pisze Kodeks Postępowania Karnego (to jakiś inny autor kryminałów?), bo jak ja sobie zechcę, żeby w mojej powieści śledztwo prowadzili pospołu inspektor, komisarz i aspirant, to mogą prowadzić, a pomimo że piszę to po raz trzeci, to pan nadal nie potrafisz znaleźć innego argumentu niż machanie ustawą. Ustawy, szanowny panie, to mają zastosowanie w sądzie, a nie przy pisaniu powieści.
      „Proszę też nie pisać o fachowych określeniach z zakresu medycyny sądowej, o których nie ma pan zielonego pojęcia”. Jest to z pańskiej strony bardzo rzeczowe obalenie argumentu, że naskórek schodzący w postaci rękawiczek jest pojęciem z medycyny sądowej. Jeśli nie wolno mi pisać, to jakie możliwości argumentowania mi dajesz, łaskawco? Mam panu wysłać podręcznik, żebyś pan sobie bez mojego pośrednictwa przeczytał?
      Co tam jeszcze mamy? Aha, kwestię dialogową. Ale językiem potocznym tłumaczyć jej nie wolno. Nie wolno. Zakaz jest. No, dobrze. Jak jest zakaz, to ja nie mam innych argumentów. To masz pan rację. Błąd jest. Gramatyczny. Straszny. Potworny. Pisarz walnął byka, trzech redaktorów przegapiło. I jakie z tego wnioski?
      Pan masz pretensje, że do krwi, ptaszków, rogatek i tak dalej się nie odniosłem. No wiesz pan, „Kanalia” ma ponad siedemdziesiąt tysięcy słów, jak pan do każdego (vide „znajdował się”) zgłaszasz zastrzeżenia, a moje wyjaśnienia kwitujesz, że mam nie pisać i nie tłumaczyć tym czy tym, bo pan przecież masz rację, chociaż bez argumentów, to ja nie widzę sensu klepania w klawiaturę.
      Zapomniał pan napisać, w jaki sposób zmanipulowałem cytaty z Grzebuły. Dwa czy trzy razy mi to pan zarzucił. Chociaż może pan nie zapomniał, bo jakoś milczy pan na temat tego, że udowodniłem panu ordynarne manipulowanie cytatami z mojego tekstu. Pamięta pan jeszcze czy już wyrzucił niewygodne fakty z pamięci? Rzekomo sprzeczne informacje co do przyczyny zgonu, tyle że za pierwszym razem patolog se w kulki leciał, co pan żeś tak ładnie i dyskretnie czytelnikom przemilczał, twierdząc, że w odstępie kilku akapitów podałem dwie wykluczające się przyczyny zgonu. I wychodzi mi na to, że pan uważasz, że możesz pan rzucać fałszywymi oskarżeniami, a samemu bezkarnie robić to, o co oskarżasz innych.
      Dziękuję za pouczenie mnie, że to, co wyprawiam, jest wątpliwe etycznie. Jakby pan jeszcze sprecyzował, co wyprawiam, żebym wiedział, czego nie wyprawiać. Bo te almana to groźnie brzmią i nie chciałbym się w nich zapisać. Ale na pewno się poprawię, bo jak taki autorytet moralny, który nie umie się przedstawić, manipuluje cytatami i rzuca fałszywymi oskarżeniami, mówi, że coś jest wątpliwe etycznie, to niewątpliwie kto jak kto, ale on wie, co jest wątpliwe etycznie.

      Usuń
    11. Panie Pawle, czekamy na jasną odpowiedź, bez owijania w bawełnę. Jak to jest z tym drozdem?

      Usuń
    12. Nie wiem, rzeczywiście nie widzę sensu, bym tracił czas na ponowne sprawdzanie w źródłach, skoro ten człowiek nie podejmuje dyskusji. Z tego, co pamiętam, przy pisaniu korzystałem z atlasu ptaków polskich, więc prawdopodobnie znowu czepia się czegoś, o czym nie ma bladego pojęcia, albo świadomie kłamie jak przy tej przyczynie zgonu.

      Usuń
    13. Ja jednak nalegam na odpowiedź w kwestii drozda. Bardzo Pana proszę o wyjaśnienie. Naigrywa się Pan z drobiazgów u innych a nie chce wyjaśniać swoich lapsusów - jeśli to oczywiście jest lapsus. Jak widzę nie tylko mnie to zainteresowało. Więc jak to jest z tym drozdem?

      Usuń
    14. Nie naigrawam się z drobiazgów, chyba że tych drobiazgów jest zatrzęsienie.
      Cytat z książki brzmi „Nieruchome powietrze potęgowało wrażenie spokoju nadchodzącego z zapadającym zmrokiem. (…) Gdzieś z wierzchołka drzewa rozległ się głośny, melodyjny śpiew drozda. Przylatywały już po zimie”. Proszę sobie samemu sprawdzić, czy się rąbnąłem, czy nie. Nie mam ochoty czytać ponownie komentarzy tej mendy i sprawdzać, co mi zarzucała, ani zajmować się sprawą wywołaną przez mendę. Jeśli się rąbnąłem, przyznaję się do błędu. Nigdy nie twierdziłem, że nie robię błędów, to, że menda coś takiego o mnie pisze, nie znaczy, że jest to prawdą.

      Usuń
    15. Do mendy: nie zamierzam więcej z panem debatować, proszę się wynieść z mojego bloga, wszelkie komentarze, które zidentyfikuję jako pańskie, będę kasował.

      Usuń
  22. Na stronie:

    Budynek uniwersytecki mieszczący filologie znajdował się nad samą rzeką, ale ustawiony był do niej bokiem” - Wrocław? Nankiera?

    Natasza Hebart

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. "Znajdował się" budynek OK. Że "nad samą rzeką" też OK, bo to skrót. Ktoś tu zabiera się za coś, o czym nie ma bladego pojęcia. Bloger, który ocenia teksty? Wrrrr.... Nic dziwnego,że ktoś taki nie dostrzega wpadek u autorki "Obsesji". On nie jest w stanie odróżnić dobrze i źle napisanego tekstu. Tylko całe zdanie wycięte z kontekstu wygląda źle. Mieszczący, znajdował, ustawiony. "Ustawiony" - można już było zacząć nowe zdanie.

      Usuń
    2. Powiedzmy, że budynek z Nankiera, ale przeniesiony do fikcyjnego miasta.
      http://pawelpollak.blogspot.com/2010/07/powiesciowe-miejsca-akcji.html

      Usuń
  23. Nie zamierzam wyrokować, co - według mnie - kierowało panem, by taki post stworzyć. Może to prowokacja, by statystyki poszły w górę, a może rzeczywiście jest pan oburzony i zniesmaczony tym, o czym zdecydował się pan napisać. Ja podążałam za zapachem krwi i surowego mięsa, więc jestem zachwycona, że choć ta afera mnie nie ominęła.
    Nie mogę się jednak z panem nie zgodzić. Osobiście nie wytykam innym blogerom błędów, nie krytykuję, nie rzucam kamieniami. Wyrażam tylko swoją opinię odnośnie recenzowanej książki. To czytelnicy są sędziami. Nie ma znaczenia czy innym "rekinom" blogosfery dany blog się podoba, czy szanuje autora ów bloga lub czy też uważa jego opinie za słuszne i poprawne pod względem ortograficznym, składniowym, logicznym, itd. Najlepszym krytykiem jest czytelnik, bo to on decyduje czy na ten lub tamten blog wejdzie i zasugeruje się publikowanymi na nim opiniami.
    "Obsesji" nie czytałam i wystarczają mi zamieszczone przez pana cytaty, by stwierdzić, że strasznie bym się przy tej lekturze męczyła. A język, jakim została napisana... to tragedia. Jednak, jak widać, są osoby, które w tej książce coś dla siebie znalazły. I bardzo dobrze. W końcu pisze się książki po to, by robić czytelnikom dobrze. :P
    O self-publishingu nie wiem nic, więc ten wątek pominę.
    Ja czytając ten wpis bawiłam się znakomicie! Analiza doskonała, a dawka jadu została wyważona idealnie. Dziękuję za umilenie mi wieczoru.
    Uprzedzając ewentualne ataki: tak, byłoby mi bardzo niemiło, gdyby to moją powieść lub recenzję wyśmiano, jednak jestem fanką myśli: "Co nas nie zabije, to nas wzmocni" i krytykę uważam za o wiele przydatniejszą dla autorów niż pochwałę, choć miłym słowem także nie należy gardzić.
    Pozdrawiam serdecznie nie tylko pana Pawła, ale i panią Martę Grzebułę.

    OdpowiedzUsuń
  24. Ponieważ dostaję komentarze na prywatny adres, informacja dla ich autorów: nie prowadzę dyskusji poza blogiem, jeśli ktoś chce uzyskać odpowiedź na swój komentarz, proszony jest o zamieszczenie go tutaj.

    OdpowiedzUsuń
  25. Pytanie do Anonimowego Znawcy Ustawy o Policji: skoro śp. Komendant Główny Papała został mianowany na stopień generalski, mając lat 38 - to w jakim wieku został aspirantem? I jak się to ma do wspomnianej ustawy.

    OdpowiedzUsuń
  26. Kiedy Ustawa o Policji zaczęła obowiązywać, Papała od 11 lat był milicjantem. Przez ten czas dzisiaj obowiązująca ustawa go nie obejmowała. W jakim wieku Papała został aspirantem to nie wiem, w Milicji takiego stopnia nie było. Tak się to ma do tego, co napisałem, drogi Anonimowy. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  27. Ogromnie mi się podobalo. Komentarz "My się za bardzo na anatomii nie znamy, więc nie będziemy się upierać, że jak człowiek leży na brzuchu, to wzdłuż pleców podążamy w okolice inne niż krocze." godny pióra Jaroslava Haska. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  28. Witam. Kobieta z okna Marta Grzebuła. Czyta Anna Seniuk

    http://opac.biblioteka.rybnik.pl/cgi-bin/wspd_cgi.sh/wo2_wszm21.p?ID1=KOJEKPMINQBDLGQQHO&ln=pl&RodzWysz=WZL&InSzIdx1=m21t&TxtSz1=kobieta+z+okna&SzOp1=i&InSzIdx2=if100a&TxtSz2=marta+grzebu%C5%82a&SzOp2=i&InSzIdx3=ioprz&TxtSz3=&SzOp3=i&InSzIdx4=m21ser&TxtSz4=&doktype=1&doktype=2&doktype=6&doktype=7&doktype=13&doktype=15&doktype=20&doktype=30&doktype=60&biblio=54&szukaj=Szukaj#koniecstronytestpozyc


    link do płyty zespołu metalica 26, nazwy dokładnie nie pamiętam. Niestety to nie jest muzyka dla moich uszu.

    https://www.youtube.com/watch?v=B2q066Zz78s

    K.T. Biedrzycka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czyli pani Seniuk - tak jak podejrzewałam - czyta to wiekopomne dzieło w ramach pracy zawodowej, nie dla przyjemności wynikającej z obcowania z arcydziełem literatury. Co do tekstu zalinkowanej pieśni, trudno mi go ocenić, bo niewiele zrozumiałam z bełkotliwego śpiewu kobiety, która jest taką wokalistką, jak madame Grzebuła pisarką, ale to, co do mnie dotarło, jest w najlepszym razie banalne. Zresztą, teksty piosenek może dziś pisać (niestety) każdy, żadnego odsiewu według kryterium poprawności gramatycznej i stylistycznej, jakości literackiej tudzież zwykłego sensu i kupy-się-trzymania nikt nie dokonuje, więc wykorzystanie tfurczości pani G. akurat w ten sposób naprawdę o niczym nie świadczy i niczego nie dowodzi. A jeżeli kapela rzeczywiście nazywa się tak, jak Pani twierdzi (pod podanym linkiem nazwy nie ma), to współpraca z nią jest - przepraszam za kolokwializm okropny - przypałem po maksie, tak jak używanie "perfum" Poisson czy butów Adodas

      Usuń
    2. Jezusie Świebodziński, toż to jest jakaś amatorska piosenka jakiegoś amatorskiego zespołu "Wilczyca". Ja nie wiem, może pani Biedrzycka myśli, że na świecie tylko jeden zespół gra na gitarach i jest to akurat słynna na cały świat Metallica, no ale jednak nie.

      Usuń
  29. Chyba faktycznie chodziło Panu aby poprawić sobie frekwencję na blogu. I udało się Panu. Szkoda, że trzeba było komuś po drodze dokopać...

    OdpowiedzUsuń
  30. Sądzę, że dla ludzi tego pokroju, co autor tego blogu to, że trzeba komuś dokopać nie jest problemem. Wszak posty na tym blogu dzielą się na dwa rodzaje: 1) dokopujące komuś, a potem kopiące leżącego, 2) promujące autora bloga jako wspaniałego pisarza oraz utalentowanego tłumacza. A, że chodzi o statystyki, każdy to wie… Zobaczymy jak autor zareaguje, jak na blogach zaczną się pojawiać recenzje jego przewspaniałych powieści, w podobnym co tutaj tonie.

    OdpowiedzUsuń
  31. W sumie ciekawy tekst, choć jak dla mnie trochę za długi. Wystarczyłoby kilka przykładów bez dokładnie podanego źródła (to nie artykuł naukowy, żeby się tak nad tym spuszczać), żeby bez sensu nie obrażać nieznanych sobie ludzi, ale pal to sześć, nie moja broszka. Sam nie lubię zachwalania grafomanii i tych wszystkich pseudo-autorów (ja nie umiem pisać, więc sam się w to nie pcham, ale od ludzi, którzy się tym zajmują oczekuję fachowości - w końcu pisarz to zawód, a nie hobby).

    Zastanawia mnie natomiast zasadność użycia w tekście liczby mnogiej (wszystkie te: "zgadzamy", "znaleźliśmy" etc.), skoro autorem tekstu jest jedna osoba: Paweł Pollak?

    Może tu jest podobnie jak w książce, w której głównym bohaterem jest Aleks i jego kobiety? A może ja po prostu czegoś nie doczytałem.

    Podsumowując, fajny tekst, ale nie zaszkodziłoby więcej pokory ;) Bo, w sumie, zdarza się, że ludzie określają mnie przymiotnikiem bezczelny, ale czegoś takiego bym nie napisał.

    Pisjoł!

    OdpowiedzUsuń
  32. Ta liczba mnoga to takie pluralis majestatis w wydaniu Pawła Pollaka. Nie domyślił się Pan? ;-))

    OdpowiedzUsuń
  33. Wie pan co, panie Pollak? Przypomina mi pan - jako żywo! - niektórych polskich antyklerykałów, na czele z prof. Magdaleną Środą. Mimo iż ich krytyka Kościoła jest na pewno w wielu punktach słuszna, topią ją w tak wielkiej dawce jadu i obsesyjnej nienawiści, iż czuję się zwolniony z merytorycznego traktowania ich argumentów. Tak jak i pańskich. A szkoda, bo dość długo uważałem, że robi pan sporo dobrej roboty - mimo lekkiej fiksacji (w końcu któż na jakąś nie cierpi?). Po tym wpisie straciłem resztki złudzeń. I niech pan się nie usprawiedliwia, że to dla dobra literatury, bo brzmi to najzwyczajniej żałośnie. Felietony Środy w GW - jak i całą tę gazetkę - przestałem traktować poważnie jakieś półtora roku temu, teraz to samo czynię z panem.

    Proszę więc dalej kisić się w swoich obsesjach - że odwołam się do głównego tematu wątku.

    A występuję jako Anonimowy, bo:
    a) nie mam ochoty stać się obiektem pańskich "analiz", choć babole sadzę jak każdy i w dwóch książkach, które dotychczas wydałem, na pewno jakieś by się znalazły... mimo profesjonalnej obróbki
    b) wolno mi - pan sam wystawił mi takie zaproszenie, zezwalając na tę opcję w ustawieniach komentarzy bloga (jeśli pan nie chce ataków anonimowych i niemerytorycznych nienawistników, najlepiej ją po prostu wyłączyć, a może nawet w ogóle zablokować możliwość komentowania)

    P.S. Od teraz, gdy ktoś wytknie mi błędy rzeczowe, będę mógł się powoływać na Pawła Pollaka. Skoro ON mówi, że wolno, to wolno :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pan jesteś tym zerem moralnym, które zmanipulowało moje cytaty i mimo kilkukrotnych wezwań nie uzasadniło swoich fałszywych oskarżeń, tchórzem, który nie ma odwagi wystąpić z krytyką pod własnym nazwiskiem (dziękuję za wyjaśnienie, że boi się pan analizy swojej twórczości), a ten komentarz to pańska rejterada po tym, jak pan nie potrafisz odpowiedzieć na merytoryczne kontrargumenty? To wybacz pan, ale pańska opinia na mój temat obchodzi mnie – jako żywo! – tyle, co opinia tego pana, który u mnie pod oknami zasysa od rana z butelki, a potem obszczywa murek.

      Usuń
    2. Niestety, nie jestem TYM moralnym zerem. Ale skoro czuje się pan skonfundowany, to może jednak warto by skorzystać z mojej rady. Chwila klikania i problem znika. A ja ujawniać się nie muszę, bo - powtarzam jeszcze raz - sam pan mi na to pozwolił. Natomiast co do meritum. Nie znam się na procedurach policyjnych ani na ptakach, a we Wrocławiu byłem wszystkiego trzy razy w życiu po kilka dni. Jakkolwiek podzielam pogląd, że w literaturze liczy się bardziej prawdopodobieństwo niż zgodność z faktami rzeczywistymi, to słyszałem, że akurat autorzy powieści kryminalnych research na ogół robią solidnie. Ale to już na marginesie, bo w kryminałach nie gustuję, a też odrobinę się czepiam oczywiście. Liczy się co innego. Mianowicie to, że gdy przeciwko panu wytoczono te same działa, co pan wytoczył przeciw Marcie Grzebule, raptem pańscy polemiści stali się "moralnymi zerami". Tutaj od razu uprzedzam pański ewentualny zarzut: owszem, działa są te same, choć oczywiście skala inna. Problemy Grzebuły i jej podobnych są zupełnie podstawowe - pańskie nieco subtelniejsze, w każdym razie na tyle, na ile lepiej włada pan warsztatem pisarskim. Niemniej podstawowa kwestia jest tutaj niezmienna. Poddany identycznemu zabiegowi wścieka się pan. Choćby z tego względu Marta Grzebuła stoi moralnie kilka klas wyżej od pana. Pan umie pisać - może nie rewelacyjnie, jednak na tyle znośnie, by sobą zainteresować "normalne" wydawnictwo - Marta Grzebuła nie umie, więc żyje marzeniami i daje zarabiać zwykłym hochsztaplerom. I co z tego? Czy to jest powód, żeby się nad nią pastwić, wyśmiewać ją, lżyć? Czy jest pan aż tak małostkowy, by nie móc odróżnić krytyki od pospolitego dręczenia? Jakimś Marcelem Reichem-Ranickim polskiej blogosfery planuje pan zostać czy co? Bo jeżeli tak, to kiepski wzór, zważywszy choćby na to, jak brzydko się ten pan bawił w młodości i jaki rodzaj "literatury" wówczas uprawiał. To jest główną przyczyną mojego wpisania się u pana. Bo doprawdy nie potrafię pojąć, co panem kieruje. Przecież nie ma pan żadnego interesu w tym, żeby takich ludzi jak Grzebuła niszczyć. Oni w niczym pani nie mogą zagrażać. A to, co pan robi, w moim odczuciu przekracza już ramy zwykłej krytyki czy walki z patologią. Pan chyba znajduje jakąś sadystyczną przyjemność w zadeptywaniu słabszych. Czuje się pan dzięki temu dowartościowany? O co tu, do cholery, chodzi? Może jednak o te statystyki i komentarze, jak ktoś sugerował. To by zresztą wyjaśniało, dlaczego wciąż się pan buja z anonimami, skoro tak pana brzydzą.

      Usuń
    3. Zezwolenie w ustawieniach na anonimowe komentarze jest daniem możliwości komentowania tym, którzy nie mają kont w Google, a nie akceptacją anonimowych komentarzy. Ja piszę pod nazwiskiem, więc zwykła kultura wymaga, by, przystępując do rozmowy ze mną, się przedstawić. A już przy takich oceniających komentarzach, gdzie nie ma dyskusji o faktach, tylko moralne osądy, powinno być to poza wszelką dyskusją.
      To, że autor odstępuje od stanu rzeczywistego w ramach przyjętej konwencji literackiej, nie jest brakiem researchu. Gdyby poważnie traktować uwagi, że kryminał ma być zgodny z kpk i ustawą o policji, to należałoby do kosza wyrzucić praktycznie wszystkie istniejące kryminały.
      Moi polemiści nie stali się moralnym zerami, kiedy wytoczyli przeciwko mnie te same działa, co ja przeciwko Grzebule. Podjąłem polemikę, wykazałem, że zarzuty są nieprawdziwe, świadczące o nieznajomości tematu i warsztatu literackiego, oparte na manipulacji. Uznałem mendę za mendę dopiero wtedy, kiedy uznała, że ze swoich manipulacji nie musi się tłumaczyć, nie raczyła podjąć dyskusji, tylko zastosowała metodę, że będzie zarzucać mnie kolejnymi rzekomymi błędami, ja mam udowadniać, że to nie są błędy, a ona na moje argumenty nie będzie reagować, tylko sięgać po kolejne cytaty – kiedy zarzuciła mi manipulowanie cytatami bez cienia dowodu, działanie nieetyczne bez cienia uzasadnienia, a na koniec przysłała kilka komentarzy w stylu „chuj ci w dupę, Pollak”.
      Nie pastwię się nad Martą Grzebułą, nie wyśmiewam Marty Grzebuły i nie lżę Marty Grzebuły. To ostatnie jest w ogóle oszczerstwem powtarzanym przez takich jak pan na okrągło, w myśl goebbelsowskiej zasady, że jak coś się będzie często powtarzało, to w końcu zostanie uznane za prawdę, o czym świadczy to, że moje wezwania, by to oskarżenie udowodnić, pozostają wołaniem na puszczy, a formułujący takie oskarżenie nie raczą za nie przeprosić. I domyślam się, że pan również nie zechce wskazać, w którym miejscu Grzebułę zelżyłem, a przeprosiny za fałszywe oskarżenie nie przejdą panu przez gardło.
      Pastwię się nad _tekstami_ Marty Grzebuły, wyśmiewam _teksty_ Marty Grzebuły. Teksty publicznie przez nią udostępnione, a nie takie, które jej wykradłem. Każdy, kto publikuje, musi liczyć się z krytyką swoich tekstów. Również prześmiewczą. Jeśli grafoman chce funkcjonować jako pisarz, to musi akceptować, że jego teksty będą brane pod lupę. A może ja czegoś nie wiem i wraz z wydawnictwami ze współfinansowaniem i wpuszczeniem grafomanów do obiegu literackiego weszło jakieś prawo nakazujące ich oszczędzać, ograniczać liczbę recenzji, łagodzić krytykę?
      I do tego, żeby zajmować się grafomańskimi tekstami, nie muszę mieć powodu ani usprawiedliwienia. Mogę to robić z nudów albo dlatego, że taką mam fantazję. Mogę to robić dla podbicia statystyk, a pan podobnie jak inni stawiający ten zarzut, też mi nie odpowie, dlaczego niby miałoby to dyskredytować moją krytykę. Mogę to robić w ramach zwalczania grafomanii wchodzącej do normalnego obiegu literackiego, bo uważam to zjawisko za wyjątkowo szkodliwe. Grafomanii we właściwym tego słowa znaczeniu, a nie słabych książek.
      W pańskiej ocenie moje teksty przekraczają ramy zwykłej krytyki czy walki z patologią. Mocą swojego anonimowego autorytetu ocenił pan, że przekraczają. No to muszę ukorzyć się przed autorytetem, bo po co pisać jakieś uzasadnienia, dlaczego przekraczają. Roma locuta, causa finita.

      Usuń
    4. Drogi panie, dyskusji o faktach nie ma, bo nie ma co do nich sporu. Dałem to do zrozumienia w moim pierwszym poście, pisząc, iż uważałem, że wykonuje pan dobrą robotę. Tak, w ramach wolności słowa ma pan prawo do krytyki, drwin i nabijania sobie statystyk, ale ja mam takie samo prawo, by pana za to ocenić. Ot i szczęście - lub w niektórych wypadkach nieszczęście - demokracji, która ponoć nam miłościwie panuje. Pan, podobnie jak Marta Grzebuła, ogłasza swoje słowa publicznie, więc - tak jak ona - musi się pan zgodzić na poddawanie ich ocenie. W tym anonimowej.
      Za jedną rzecz pana przepraszam. I to zupełnie szczerze. A mianowicie za użycie słowa "lżyć". Tak, ma pan rację, było nie na miejscu. Poniosło mnie.
      Natomiast dziwi mnie, że pan nie potrafi - a może celowo nie chce - zrozumieć subtelnego niuansu, jakim jest oddzielenie nagich faktów - w tym przypadku niskiej jakości pisarstwa pewnych osób - od sposobu, w jaki się o tym mówi. Zamiast tego woli pan uprawiać jakąś tanią kazuistykę, wzywa mnie do udowodnienia konkretnymi cytatami, gdzie to rzekomo się pan nad Grzebułą pastwi itp. Przykro mi, ale nie dam się w tę zabawę wciągnąć. Pan powtarza tu dokładnie ten sam błąd co w tekście o poradniku Sowy, pod którym komentujący nie odmawiali panu racji co do merytorycznej oceny, jednak przy tym wyrażali oburzenie porównywaniem czytelników tegoż Sowy do ludzi z zespołem Downa. Pana tłumaczenia, że to dla efektu, bo inaczej byłoby nudno, były zaiste żałosne. Już lepiej, gdyby szedł pan konsekwentnie w zaparte.
      Właśnie to staram się panu unaocznić. Bo rzeczywistość nie jest czarno-biała, nie poddaje się zasadom logiki formalnej. W świecie rzeczywistym można mieć rację i jednocześnie jej nie mieć. Bo słuszność sprawy można utopić w niesłusznych metodach walki o nią.
      A co do Goebbelsa... cóż, może czasem, gdy parę osób mówi ci, że jesteś pijany, to może zamiast reanimować upiory Trzeciej Rzeszy, po prostu warto im uwierzyć i na przykład nie siadać za kółkiem. Nie sądzi pan?

      A poza tym. Ja, podobnie jak inny Anonimowy, który tu się wpisał poniżej, też uważam, że przeszacowuje pan problem inwazji self-publishingu i vanity publishingu na literaturę. Większość czytelników w ogóle nie ma o tym zjawisku pojęcia, a ludzie pokroju Grzebuły czy Sowy i tak będą wydawać kasę na oszustów. Pana "misja" na pewno ich od tego nie odwiedzie. Tym bardziej że - według mnie - ma jednak głęboko osobiste i fanatyzujące podłoże.
      Ja na przykład uważam, że większą krzywdą dla kultury niż wszystkie Sowy tego świata, był fenomen Coelho z tą jego pop-duchowością. W ogóle krzywo patrzę na cały nurt sentymentalno-kiczowaty - zresztą nader hojnie wspierany przez tzw. normalne wydawnictwa i blogerów takich jak Piter Murphy. Więcej szkód niż Grzebuła czy Sowa robi na przykład Katarzyna Emmerlich i Anna Ficner-Ogonowska. I co? Ano muszę jakoś z tym żyć. Nie zżymać się, że mają nakłady i rzesze czytelników. I robić swoje.
      Te wszystkie przepisy na szczęście, czary prowincji i hektolitry herbat z cytryną też zostaną w bibliotekach. Też będą świadczyć o naszej epoce. Z tym pan nie powalczy? Nie, bo przeszło przez "normalne" wydawnictwa, co - jak wnoszę z wielu wpisów na tym blogu - jest pańskim fetyszem.

      Usuń
    5. "Gdyby poważnie traktować uwagi, że kryminał ma być zgodny z kpk i ustawą o policji, to należałoby do kosza wyrzucić praktycznie wszystkie istniejące kryminały."

      Jako zwolenniczka szeroko zakrojonego researchu i die-hardowego trzymania się realiów, nawet kosztem fajerwerków fabularnych, proszę o podanie kilku przykładów współczesnych kryminałów wraz z faktograficznymi babolami, jakie w nich wystąpiły. Czytywałam już polskie kryminały, w których procedury były zgodne z kapekiem, a przynajmniej takie się wydawały, ale z drugiej strony nie na wszystkim się znam (np. medycynie sądowej), więc coś mi mogło umknąć.
      Na razie stoję na stanowisku, że da się napisać kryminał w zgodzie z wszystkimi procedurami, topografią, realiami itd. Co więcej: tylko takie się pisać powinno (co zresztą dotyczy wszystkich gatunków literackich, może z wyjątkiem fantastyki). Jeśli się mylę, proszę mi tu udowodnić.

      Usuń
    6. Przypisywanie mi niecnych pobudek, z jakich miałbym dany tekst napisać, nie jest oceną tego tekstu, jest potwarzą, zwłaszcza kiedy przypisujący wcale nie troszczy się, by swoje twierdzenie udowodnić. Jest też różnica między autorytatywną oceną wygłaszaną ex cathedra (tekst jest niedopuszczalny), a oceną uargumentowaną (tekst jest niedopuszczalny, bo). Tej drugiej moi krytycy unikają jak ognia.
      I nie, na anonimową ocenę wcale nie muszę się godzić, mam prawo oczekiwać, że krytyk będzie występował z otwartą przyłbicą, że będzie brał odpowiedzialność za swoje słowa.
      Sposób, w jaki komentuję teksty Grzebuły, jest w pełni uprawniony, ironia, drwina, szyderstwo nie są w żaden sposób naganne, nie naruszają żadnych zasad, w krytyce te środki wyrazu stosowane są od zawsze. Żądania, bym formułował swoją krytykę tak, jak pan uważa, że będzie właściwie, są śmieszne.
      A skoro moja misja – o głęboko osobistym i fanatyzującym podłożu (widzę, że nie może pan się powstrzymać, znowu kalumnia bez cienia dowodu) – i tak jest bez szans, to czemu martwi pana, że stosuję nieskuteczne, w pańskim mniemaniu, metody walki?

      Nie porównałem czytelników Sowy do osób z zespołem Downa i byłbym wdzięczny, gdyby pan tego kłamstwa nie powtarzał, napisałem, że Sowa pisze tak, _jakby_ jego docelowym czytelnikiem była osoba z zespołem Downa. To, że autor jakoś wyobraża sobie swoich czytelników i do nich dopasowuje poziom swojego tekstu, wcale nie znaczy, że oni tacy są. Nie wiem już, jak mam to wytłumaczyć takim ciężko pojmującym jak pan. Czy jak sformułuję tezę, że powiedzmy Liza Marklund pisze tak prosto, jakby pisała dla dzieci, to z tego wynika, że porównuję jej czytelników do dzieci albo że dzieci czytają jej książki?
      (A Sowa, co mu trzeba oddać, nie jest pod tym względem idiotą i nie daje kasy oszustom, sam się wydaje).

      Jest diametralna różnica między kiepską literaturą wydawaną przez normalne wydawnictwa a grafomanią wydawaną ze współfinansowaniem. W tym pierwszym przypadku mamy przygotowany przez fachowców, spełniający określone normy jakościowe produkt, który zaspokaja niewyszukane gusta odbiorcy, w tym drugim bubla świadomie wciskanego przez oszustów czytelnikom. Przy czym do oszustów nie zaliczam grafomana, on zwykle wierzy, że dobrze pisze, krzywdę robią mu ludzie, którzy go w tej wierze utwierdzają – w tym zwalczający tutaj moją krytykę. Takie głosy jak pańskie utwierdzają Grzebułę w przekonaniu, że Pollak jest be i się czepia, a ona w rzeczywistości pisze na akceptowalnym poziomie.

      Usuń
    7. Szczegółowo Pani nie podam, bo nie czytam obecnie żadnego kryminału, a kiedy czytam, to oczywiście nie wynotowuję sobie takich rzeczy, skoro nie uważam ich za babole. Ale ogólnie: np. zgodność z procedurami. No więc procedury są takie, że policja nie łazi za świadkami po mieście, tylko wzywa ich na przesłuchania do siebie, najczęściej pisemnie. Czyli akcja takiego kryminału, jak Pani postuluje, powinna toczyć się głównie za biurkiem, pisarz musiałby relacjonować, jak policjant wypisuje wezwania na przesłuchanie. To samo z dowodami. Ekspertyzy sporządza się na piśmie, na pisemne polecenia. Czyli rozmowy policjantów z ekspertami powinny zostać zastąpione opisami, jak śledczy czyta ekspertyzy biegłych. Dalej: policjant nie może sobie tak po prostu porozmawiać ze świadkiem, on jego zeznanie musi zaprotokołować, czyli znowu wracamy do kryminału biurkowego.
      Jeśli mamy pretensje o nazewnictwo, to zdaje się, że większość komisarzy w polskich kryminałach pracuje w Wydziale Zabójstw, tymczasem to jest Sekcja ds. Zwalczania Przestępczości Przeciwko Życiu i Zdrowiu albo jakoś tak.
      Jeśli chodzi o technikę kryminalistyczną, to, z tego co kojarzę, większość autorów nie przejmuje się na przykład tym, że na miejscu zbrodni zabezpiecza się nie tylko odciski palców, lecz także ślady zapachowe. I słusznie, że się nie przejmuje, bo wiedza o śladach zapachowych nie przebiła się do powszechnej świadomości.
      Ustalanie czasu zgonu, na ile mogę ocenić, zwykle oparte jest na wiedzy wyniesionej z „CSI”, a nie z podręcznika medycyny sądowej. I trudno mieć o to pretensje, skoro to jest wiedza, którą dysponuje przeciętny czytelnik.
      Kluczem jest sformułowanie, którego Pani użyła „wydawały się zgodne”. Powieść kryminalna to nie reportaż, autor nie ma opisywać śledztwa zgodnego z kpk, tylko wywołać u czytelnika wrażenie, że takie śledztwo opisuje. Jak to zrobi, jego broszka, pewnie, że research temu sprzyja, broń Boże nie jestem przeciwnikiem researchu, ale zmuszenie autora, żeby trzymał się faktów, jeśli może od nich odejść, pozostając wiarygodnym dla czytelnika, a chce w ten sposób osiągnąć jakiś efekt literacki, byłoby zarżnięciem literatury. Gdyby przyjąć pani postulat, nie mógłby powstać na przykład wspomniany „CSI”, bo takiego tworu jak policjant, technik i laborant w jednym nie ma w żadnej ustawie. Ba, to jest nieprawdopodobne psychologicznie, bo gość, który łapie przestępców z bronią w ręku, nie będzie cierpliwie dłubał w jakichś włóknach, a ten, który z lubością dłubie, pistoletem zrobi prędzej krzywdę sobie niż przestępcy. A tymczasem widzowie tę konwencję kupili i tylko o to chodzi. John Grisham połowę przepisów, którymi prawnicy przerzucają się na sali sądowej w jego powieściach, po prostu sobie wymyśla, a wiarygodność powieści nie cierpi na tym ani na jotę. Dla mnie jako autora jest ważne, w co mi czytelnik uwierzy, co zaakceptuje w ramach konwencji, a nie treść ustawy. Jeśli czytelnik bez problemu kupi mi inspektora, komisarza i aspiranta prowadzących śledztwo, a ja z różnych względów tych trzech potrzebuję (bo chcę pokazać zależności między nimi, bo książkę będzie się lepiej czytało, kiedy będą różne stopnie), to spokojnie mogę ich wprowadzić. I „Kanalia” jest dość zgodnie oceniana jako niezwykle realistyczna, to ja w wywiadach i na spotkaniach autorskich opowiadam, gdzie od tych realiów odszedłem.

      Usuń
    8. Po wpisaniu w google hasła „pollak sowa” pojawia się m.in. link do strony, gdzie jest zrzut z Pana wpisu. W zaznaczonym fragmencie czytamy: „Jak widzimy, odbiorca Sowy nie tylko ma Downa, ale jest też pozbawiony pamięci krótkoterminowej”. Proszę zobaczyć: http://www.passwordincorrect.com/wp-content/uploads/2011/04/Pawel_Pollak_1.jpg

      Usuń
    9. To ja, ten Anonimowy od umoralniania :) Wpisuję nick dla rozróżnienia, bo straszliwie nas się tu namnożyło.

      Myli się pan. Grzebuły i ludzi jej pokroju nic i nikt - może poza debetem na koncie, ale przecież są chwilówki - nie odwiedzie od pisania i wydawania. Niezależnie od tego, jakie opinie będą o panu krążyć. I gdzież to niby ja napisałem, że pański tekst jest niedopuszczalny? Cytat proszę! W żadnym razie też pisać tego, co pan chce i jak pan chce, panu nie zabraniam. Skoro jednak jestem pana czytelnikiem, mam prawo wyrazić swój pogląd - tu akurat ujemny - na to, co pan napisał. W tym anonimowo. Przywilej internetu oraz - będę się upierał - ustawień tego bloga. Sposób, w jaki pan komentuje teksty Grzebuły, może i jest w pełni uprawniony (znając pana quasi-prawnicze podejście, powinienem teraz prześmiewczo zapytać o regulującą tę kwestię ustawę i poprosić o jej numer w dzienniku ustaw), ale niekoniecznie smaczny. Niekoniecznie smaczny dla mnie. Bo też w swoim własnym imieniu tu mówię. Racz pan to z łaski swej wbić sobie do głowy.

      I nie, w mojej ocenie nie ma żadnej fundamentalnej różnicy między zalewaniem literatury chybionymi płodami a podcinaniem jej skrzydeł poprzez wprowadzanie do niej poślednich jakości. Nawet jeśli wszystkie przecinki mają na miejscu. Zgadzam się w tym względzie z prof. Czaplińskim, który - bodaj w recenzji "Zbrodniarza i dziewczyny" Witkowskiego - zauważał, że skrajne urynkowienie literatury powoduje zanik interpretacji na rzecz wąsko pojętej estetyki. Innymi słowy: już nikogo nie obchodzi, co pisarz miał do przekazania, ani specyfika tego przekazu, a liczy się jedynie zabawa, jakiej pisarz może dostarczyć w ramach świadczonych przez siebie usług, oraz to, czy daną rzecz akceptuję czy odrzucam. To widać choćby po recenzjach w mediach, czy raczej po tych nędznych resztkach, które jeszcze z nich (recenzji) tam zostały. Oraz po nagrodach, które dziś albo są stricte środowiskowe i rozdawane za "słuszne" poglądy albo służą co najwyżej w charakterze chwytu marketingowego. I temu są również współwinne tak przez pana sławione "normalne" wydawnictwa.

      Do zespołu Downa chyba już nie muszę się odnosić, jak widzę powyżej.

      Usuń
    10. Po pierwsze nie potrzebuję żadnych zrzutów, bo tekst jest w archiwum bloga (kwiecień 2011, pt. „Zapach świeżej śmierci, czyli co kogo ciśnie pod czaszką”), a po drugie nie wiem, na co mam patrzeć. Na to, że pan nie widzi, że piszę tu z perspektywy Sowy ?

      Usuń
    11. Jeśli coś jest niesmaczne, to narusza jakieś normy. Skoro nie potrafi pan wskazać, jakie normy narusza moja krytyka, to coś z pana smakiem jest nie tak. Może by pan to dostrzegł, gdyby spróbował pan swoją ocenę uzasadnić, ale nie ma pan takiego zwyczaju. Moralizuje pan z pozycji anonimowego autorytetu, chociaż panu napisałem, że mnie anonimowe pozbawione uzasadnień osądy nie interesują. Co więcej, w zasadach zamieszczania komentarzy wyraźnie proszę, żeby się od takowych powstrzymać. Pan to ignoruje. I dla mnie to jest niesmaczne.

      Usuń
    12. Panie Pawle, kultura osobista jest trudno definiowalna. Najważniejszym wyróżnikiem osoby kulturalnej jest jej stosunek do drugiego człowieka - życzliwość wobec innych, poszanowanie godności (nie tylko własnej, ale i innych osób), dążenie do stworzenia dobrej atmosfery w swoim otoczeniu - to cechy człowieka kulturalnego. Znajdzie to Pan w podręcznikach Savoir Vivre jako elementy składowe definicji kultury osobistej. I przypuszczam, że wiele, wiele innych cech, które wszyscy wyczuwamy, ale nie wszyscy potrafią przełożyć na papier w formie argumentu. Zresztą nawoływanie do wskazania "normy" to dość socjopatyczna technika, bo normy kulturalnych zachowań bywają płynne, a Pan o tym wie.
      I proszę albo skasować możliwość anonimowego wypowiadania się albo przestać obrażać swoich anonimowych gości, których Pan tu zaprasza prowadząc powszechnie dostępny blog i umożliwiając anonimowe jego komentowanie.

      Usuń
    13. Rozumiem, że pańskie sformułowania, bym kisił się we własnych obsesjach, oraz uwagi, że Grzebuła stoi moralnie kilka klas wyżej ode mnie, miały na celu stworzenie dobrej atmosfery i były przejawem pańskiej życzliwości wobec mnie. Mam pytanie, co te pańskie podręczniki mówią o stosunku osoby kulturalnej do _tekstów_ drugiego człowieka, bo o takiej relacji tu mówimy, czego pan ani pozostali krzyczący o obrażaniu wyraźnie nie rozumiecie. Że atak na tekst nie jest atakiem na człowieka. Że krytyka tekstu w żaden sposób nie odnosi się do takich czy innych cech autora. Że człowiek nie jest tekstem ani nie jest z nim zrośnięty. A ponieważ tego nie rozumiecie, to w reakcji na mój tekst, zamiast atakować tekst, atakujecie mnie personalnie. Oczywiście z kulturą i bez obrażania.
      Normy nie zmieniają się co pół godziny, jakieś w danym czasie obowiązują i spokojnie można się na nie powołać. Albo na takie, które, zdaniem dyskutanta, obowiązują, co najwyżej zostanie to przez oponenta zakwestionowane. Twierdzenie, że naruszam jakieś normy, przy unikaniu podania jakie, to sąd kapturowy. A jeśli ktoś nie potrafi pisemnie formułować argumentów, to nie powinien w ogóle komentować, bo w komentarzu nie da się wyrazić swojego stanowiska chrząkając, mrucząc czy jakich tam środków komunikacji ten niepiśmienny używa.
      I nie zmienię ustawień bloga, co nie daje panu prawa do ignorowania jasnego komunikatu, że nie życzę sobie anonimowych moralistów na swoim blogu. Arogancją z pana strony jest domaganie się, bym określił ramowe zasady zamieszczania komentarzy w taki sposób, jaki pan uznaje za właściwy, bo jeśli nie, to nie będzie się pan do nich stosował.

      Usuń
  34. Nareszcie ktoś, kto mówi szczerze co myśli, co więcej, mówi prawdę. Oprócz całej rzeszy blogerek opiewających dziadostwo, trzeba jeszcze wspomnieć o wydawnictwach pokroju NR, które promują fantastyczne gnioty za kasę autorów.

    Coraz częściej myślę, że jak ktoś wydał się sam lub przez współfinansowanie, i to w wydawnictwie, o którym w ostatnim czasie jest tak głośno, nie jest pisarzem. To biznesmen, który ma w głębokim poważaniu literaturę; szuka tylko łatwej drogi, żeby zarobić pieniądze. Self-publishing dla mnie to droga na skróty, a jak wiemy, w życiu wszystko co przychodzi łatwo, nie jest godne uwagi.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Łukasz Migura, interesująca teza:
      "Coraz częściej myślę, że jak ktoś wydał się sam lub przez współfinansowanie, i to w wydawnictwie, o którym w ostatnim czasie jest tak głośno, nie jest pisarzem. To biznesmen, który ma w głębokim poważaniu literaturę; szuka tylko łatwej drogi, żeby zarobić pieniądze."
      To ja poproszę o jakiś konkret, o przynajmniej jedno nazwisko autora, któremu nie dość, że się to współfinansowanie zwróciło, to jeszcze na tym zarobił.

      Kiepski Biznesmen

      Usuń
  35. Panie Pawle,
    jak zwykle świetny wpis, dziękuję za sporą dawkę dobrego humoru :-)
    Nurtuje mnie tylko jedna kwestia. Czy zechciałby Pan wyjaśnić, dlaczego uważa grafomanię za wyjątkowo szkodliwe zjawisko? Co to właściwie znaczy, że „grafomania wchodzi do normalnego obiegu literackiego”? Przecież siła rażenia tych pseudoutworów jest bardzo mocno ograniczona. Nie znajdzie ich Pan raczej w księgarniach, a i w Internecie trudno na nie przypadkiem trafić. Właściwie do mojego pierwszego kontaktu z wypocinami grafomanów doszło na Pańskim blogu, którego czytuję jako fanka Pańskiej twórczości. Gdyby Pan o tym zjawisku nie wspomniał, to prawdopodobnie nigdy w życiu bym się z nim nie zetknęła jako czytelnik.

    Ma Pan rację, że w erze druku cyfrowego i e-booków grafomani mogą łatwo publikować swoje wypociny, natomiast w przeszłości byli zmuszeni schować swój rękopis lub maszynopis do szuflady. Czy jednak naprawdę możliwość łatwej publikacji tak dużo zmieniła? Podobnie jak w erze rękopisów i maszynopisów, głównymi odbiorcami takiej twórczości są rodzina i znajomi grafomanów. Wydaje mi się, że bez promocji i dystrybucji oferowanej przez normalne wydawnictwa szansa, by te publikacje zaczęły docierać do masowej publiczności i przez to stały się zjawiskiem szkodliwym, jest zerowa. A te wszystkie drukarnie (bo tym de facto są wydawnictwa ze współfinansowaniem) nigdy przecież nie będą oferować takich usług.

    Grafomani moim zdaniem nie zagrażają pozycji prawdziwych pisarzy, podobnie jak fałszujący niemiłosiernie wokaliści nie są w stanie zagrozić pozycji profesjonalnych piosenkarzy, mimo że mogą wrzucać swoje MP3 do internetu, a nawet występować w programach telewizyjnych ku uciesze gawiedzi :-) Śpiewać każdy może, więc i pisać (oraz publikować) każdy może. Jednak sam fakt publikacji swojej MP3, zdjęcia czy powieści nie jest równoznaczny z nadaniem autorowi statusu muzyka, fotomodelki czy pisarza i jest to oczywiste dla każdego – no, może niekiedy nie jest to oczywiste dla samych zainteresowanych, ale to już ich problem.

    Według mnie użytkownicy Internetu są świadomi tego, że oprócz treści wartościowych znajduje się w nim również sporo chłamu i amatorszczyzny. Nawet jeżeli jakimś cudem natrafią na „Obsesję”, to nie będą mieli trudności z odróżnieniem tego od prawdziwej literatury.

    Pozdrawiam,
    Wierna czytelniczka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Obawiam się, niestety, że zasięg tych utworów nie jest tak mały, jak Pani pisze. Pojedynczych autorów na pewno, ale w swej masie już nie. Np. na Targach Książki w Krakowie wydawnictwa ze współfinansowaniem miały swoje stoiska i to wcale nie gdzieś po kątach. W internecie ma Pani takie inicjatywy jak „Polacy nie gęsi i swoich autorów mają”, ponad trzy tysiące polubień, a promowana jest głównie grafomania, w tym właśnie Grzebuła, która bardzo sobie tę inicjatywę chwali. A moja ocena jest taka, że zasięg tych utworów będzie się powiększał: autorzy przestaną się zadowalać samym wydaniem, będą chcieli wejść do księgarń, te firmy będą zmuszone o to zadbać, żeby nie stracić klientów. Do tego tych klientów będzie coraz więcej, bo bogacimy się jako społeczeństwo, a im więcej zamożnych ludzi z wolnym czasem do zagospodarowania, tym więcej grafomanów.
      Analogia z muzyką wydaje mi się nietrafna. Słuchacz wie, że ma do czynienia z amatorem, czytelnik natomiast jest informowany, że ma do czynienia z pisarzem wydanym przez wydawnictwo. Do tego łatwiej chyba usłyszeć, że śpiewak fałszuje, niż dostrzec błędy językowe w piśmie. I taki czytelnik przesiąka tymi błędami. Z tych blogów, które wskazałem, ta Natalia Z. wydaje mi się np. osobą, która mogłaby pisać z sensem, gdyby czytała właściwe rzeczy. A nawet jeśli czytelnik dostrzeże, że ma w ręku gniota, to, nie znając przecież kulis, za drugim, trzecim czy czwartym razem dojdzie do wniosku, że polscy pisarze nie potrafią pisać i bezpieczniej sięgać po pisarzy zagranicznych.

      Usuń
    2. Niewątpliwie poważną inicjatywą jest portal "Książka zamiast kwiatka", na którym recenzje są rzetelne, a nie podyktowane tym kto kogo lubi. Takie natomiast wrażenie odnoszę w przypadku wspomnianej przez Pana "akcji".

      Usuń
  36. Dziękuję za ten wpis, ubawiłam się :D Sama takich blogów nie czytam, ale widzę, że sporo mnie omija, dzisiaj się popłakałam.

    Przy okazji pozwolę sobie zabrać głos w dwóch kwestiach: dziwi mnie co prawda, że nie było ANI JEDNEJ negatywnej recenzji, ale z drugiej strony - czemu ktoś z głową na karku miałby w ogóle to cudo czytać? Mnie na przykład szkoda czasu i nerwów na tego typu książki, jak coś mi się nie podoba, rzucam i nie wracam. Nie mam poczucia misji ani wyrzutów sumienia, że przeze mnie nikt się nie dowie, że do danej książki lepiej się nie zbliżać.
    I druga sprawa - tu jako redaktor, bo widzę ostatnio niepokojącą tendencję: najłatwiej wszystko zrzucić na redakcję i korektę. Bardzo to wygodne, tylko pytanie brzmi: czy naszą (redaktorów) rolą jest pisać za kogoś, kto uważa, że ma światu coś do powiedzenia? Sama czasem dostaję do opracowania takie teksty, że nie wiadomo, z której strony się za to zabrać. I ani dwa, ani nawet trzy czytania tam nie pomogą... Przecież pisarz to nie ten, kto ma jakiś pomysł na powieść, tylko ten, kto ma pomysł i umie go ubrać w słowa. Redaktor nie jest od tego, żeby poprawiać każde zdanie po kimś, kto myśli, że jest artystą... A dzisiaj każdemu się wydaje, że napisze jak umie, a resztę po nim poprawią, i jeśli książka jest słaba, to wina redakcji (?!).

    Pozdrawiam i jeszcze raz dziękuję za wieczorną dawkę humoru, będę zaglądać :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadzam się z Twoim każdym słowem.
      Kiedyś, wydaje mi się, było inaczej, a teraz blogi książkowe są pełne achów i ochów nad tworami podobnymi do wyżej wspomnianej przez p. Pollaka książki.

      Przez jakiś czas byłam wierną czytelniczką pewnego bloga, kiedy natrafiłam tam na mega pozytywną recenzję Greya, zwiałam czym prędzej. Odtąd omijam go szerokim łukiem.

      Usuń
    2. Droga Książkozaurze! :D (fajny nick) ...co do zwalania wszystkiego na redakcję i korektę - zawsze uważałam, uważam i będę uważać, że za wszelakiego rodzaju błędy w tekście odpowiada wyłącznie jego autor... ale tylko do momentu, w którym ktoś nie podpisze się pod owymi wypocinami jako "redaktor". Bo to redaktora zadaniem jest wyeliminowanie baboli. Ja Ci szczerze wierzę, że miewasz do czynienia z tekstami, którym nic już nie jest w stanie pomóc, bo niejeden już taki widziałam, ALE...

      "Redaktor nie jest od tego, żeby poprawiać każde zdanie po kimś, kto myśli, że jest artystą... "

      Redaktor jest od tego, żeby wyeliminować błędy z tekstu, który przyjmie do redakcji. Wszystkie. Jeżeli tekst jest takiej "jakości", że trzeba w nim poprawiać każde zdanie, to powinno się go z miejsca odrzucić. Albo nie dać się pod nim podpisać jako redaktor. Przepuszczenie przez redaktora błędu w tekście (jaki by on nie był) to taka sama fuszerka, jak dostarczenie przez samozwańczego pisarza najeżonego bykami "dzieła". No chyba, że taki ałtor się uprze, że błąd ma zostać. Ale i tak przyjmuję domniemanie winy redaktora :D Sorry.

      Usuń
    3. Oczywiście! W żadnym razie nie chciałam powiedzieć, że redaktor ma prawo przepuszczać błędy, jeśli jest ich dużo :) Chodziło mi raczej o dziwne oczekiwania autorów i wydawców - że do pisania wystarczy pomysł na książkę (zwykle i tak słaby), bo całą resztę roboty odwali redaktor. Niestety nie raz i nie dwa się z tym spotkałam. A większość tych tekstów naprawdę nie powinna oglądać światła dziennego, przynajmniej póki sam autor ich kilkukrotnie nie poprawi (czytaj: nie napisze jeszcze raz).

      Usuń
    4. Miałam na myśli dokładnie to, o czym piszesz - te teksty powinno się odrzucać, tymczasem coraz powszechniejsze jest mniemanie, że wszystko jest w porządku, że właśnie po to są redaktorzy. Bo przecież nikt nie będzie płacił za poprawienie kilku przecinków, prawda?

      Usuń
  37. Jak zwykle u Pana zgadzam się z treścią wpisu. Jak zwykle szokuje mnie forma wypowiedzi. Zastanawiam się, jakim cudem wykształcony człowiek może tak dalece nie być świadom rażącego braku kultury swojej wypowiedzi. Zapewne zaraz zostanę wyzwana od "mend" lub wezwana do wskazania konkretnego fragmentu wypowiedzi, gdzie tej kultury rzekomo zabrakło... Eh... Forma, panie pisarzu, forma.... Powiedzieć drugiemu człowiekowi można wszystko, rzecz w tym, żeby wiedzieć nie tylko CO, ale i JAK to powiedzieć...

    OdpowiedzUsuń
  38. Podobna sprawa jest z wydaną całkiem niedawno książką Ewy Seno "Cena odwagi". Trochę czytam blogi recenzenckie i mam pewne zestawienie. Niestety wszystkie recenzje pisane są pod "jedno kopyto". Dowiemy się że to fantastyczna książka i że w ogóle najlepsza książka młodzieżowa EVER (dosłowna pisownia) LINK:
    https://www.google.pl/search?q=cena+odwagi+recenzja&oq=cena+odwagi+recenzja&aqs=chrome..69i57.3207j0j1&sourceid=chrome&es_sm=93&ie=UTF-8#q=cena+odwagi+ewa+seno+recenzja
    Moje odczucia są jednak takie że główna bohaterka tejże książki jest głupowata, kapryśna i odrealniona, a autorka książki to tak jak w artykule spełnia wszelkie kryteria grafomanki.
    Jednak wydawnictwo Feeria próbuje wpompować "arcydzieło" jak się da. Zastanawia mnie jedno - dlaczego nie przeznacza się środków na coś lepszego - naprawdę nie trzeba być absolwentem liceum jak to wspomniał autor artykułu żeby zauważyć że ta czy inna książka to gniot.

    Jak widać proceder takiego słodzenia i dostawania darmowych egzemplarzy za wychwalającą pod niebiosa książkę jest dość szeroki. Czy naprawdę to już upadek blogów recenzenckich? Jak tak dalej pójdzie wszyscy stracą wiarygodność bo środowisko będzie skompromitowane przez kilkanaście osób.

    OdpowiedzUsuń
  39. Bardzo, bardzo wszystkim Państwu dziękuję za wypowiedzi, a szczególnie Autorowi postu za to, że mogłam aż tyle dowiedzieć się na temat pisarstwa.

    OdpowiedzUsuń
  40. Ja bym tylko spytał, dlaczego na forum Wery podaje się Pan za młodą grafomankę? :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z tego samego powodu, dla którego w telewizji występuję przebrany za Ewę Kopacz.

      Usuń
    2. Czyli nie przyznaje się Pan? Wpis mimo wszystko ciekawy:
      "Dostrzegam zaskakujące podobieństwo pomiędzy stylem Dark Angel:

      "Witam !
      Napisałam moją pierwszą powieść pod tytułem ,,Mroczne dziedzictwo Samanty" jest to powieść z gatunku romantik fantasy . Wysłałam ją do wydawnictw i aż trzy z nich odpowiedzialy pozytywnie co daje mi szanse na udany debiut !
      Sa to: Radwan ,Psychoskok i Ebookowo . Raczej skłaniam się do tych pierszych dwóch bo chce zeby moja ksiazka była wydana na papieże . Chce was spytac o rade czy znacie moze te wydawnictwa czy ktoś z was już tam wydawał ?
      Pytam bo słabo sie w tym orientuje a nie chce zmarnować mojej pierwszej powieści gdyż wydawcy mowia, ze fabula jest dobra."

      "Myśle że w dzisiejszych czasach płatne wydawnictwa to często może być jedyna szansa , by zaistnieć , gdyz znane wydawnictwa żadko publikują debiutantów. pczytałam komentarze o psychoskoku i radwanie na te chwile radwan wydaje mi się podejrzany gdyż toczy sie przeciwko niemu postepowanie w sadzie natomiast poznalałam autora który mowi że wydawał swoje opowiadania w psychoskoku i mówi że jest okej.To chyba bardziej sprawdzona firma.
      Zastanawiają mnie tylko koszty gdyż 6 tysięcy złotych za 300 egzemplarzy to dla mnie studentki zarabiającej najniższa krajowa dość duża kwota , ale rodzice mowia że skoro mam talent to mogliby sie dolozyc."

      I stylem zastosowanym w świetnej prowokacji Pawła Pollaka:

      "Witam! Nazywam się Adam Sobieski, napisałem kryminał i chciałem zapytać czy państwo chcą go wydać i ile by to kosztowało. Kryminał ma tytuł „Torowy zabójca”, to jest mój debiut, ale znajomi mówią, że nie można odgadnąć kto zabił i dlatego pomyślałem, że warto go wydać."

      http://pawelpollak.blogsp...yli-znajdz.html

      "Bardzo dziękuję za odpowiedź, nie spodziewałem się tak szybko. Czy to znaczy, że ten fragment się państwu spodobał? Bo całości to bym nie chciał wysyłać, jeśli nic nie wiem, to znaczy ile mniej więcej by kosztowało wydanie, bo przecież nie musi być dokładnie i czy mi państwo zabiorą prawa autorskie, bo słyszałem, że jest takie ryzyko. Nie mówię, że nie mam do państwa zaufania, ale jeszcze nie wydawałem książek i chociaż akurat o państwu czytałem, że są państwo pożądni to wolę być ostrożny. Mam nadzieję, że się państwo nie pogniewają, ale mój znajomy, który mnie ostrzegał mówi, że na początku trzeba wydawnictwo sprawdzić, bo ma złe zdanie o wydawnictwach, chociaż państwa to nie dotyczy."

      http://pawelpollak.blogsp...iego-czyli.html

      "Komisaż" w tekście P. Pollaka bardzo przypomina mi "papieże" i żadko" w tekście Dark Angel.

      W obu tekstach bardzo często jest używane słowo "mówić" (w czasie teraźniejszym), w podobny, charakterystyczny sposób :) "

      Usuń
    3. Dowód zaiste powalający. Autor niech się zgłosi do Macierewicza, facet tworzy zespół, który będzie udowadniał sfałszowanie wyborów. Pan ze swoją metodą zadawania pytań sugerujących winę oskarżonego też tam winien zostać przyjęty z otwartymi rękami.

      Usuń
    4. Ponieważ wybory były krystaliczne czyste, przejrzyste i nie ma nawet cienia podejrzeń, prawda? A były doradca Putina, który oświadcza - o zgrozo! - że żadna brzoza nie może uszkodzić samolotu, a te - niewiarygodne! - nie rozpadają się same z siebie na maluteńkie kawałeczki, też pogrąża się w odmętach szaleństwa! Fakt, jak ktokolwiek śmie mieć własne zdanie, gdy prezydent jedynej słusznej, najjaśniej nam panującej partii wydał już instrukcje, jak należy myśleć! Skandal!

      Usuń
  41. Panu to pewnie nie pomoże, ale może komuś klapka się odblokuje - jak trup leży i ma dziurę w głowie, to trzeba o tym mówić, zgadzam się: https://www.youtube.com/watch?v=kt8P1Ok_MYI

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A wie pan, z czym ja się zgadzam? Że skłonność do wyznawania teorii spiskowych należałoby uznać za jednostkę chorobową i zacząć leczyć.

      Usuń
  42. Cytowana "tfurczość" jest żenująca. Niby śmieszne, ale nie mogłem uwierzyć, że coś takiego może być wydawane.Brawo Panie Pawle! Popieram tego rodzaju demaskowanie grafomaństwa. Swoją drogą, sądziłem, że autorka recenzowanego "dzieła" jest jakąś zupełnie niedojrzałą i niedoświadczoną nastolatką. Mocno się zdziwiłem, kiedy zobaczyłem, że to pani po 50tce. Pani autorki nawet trochę mi żal, choć to i tak irytujące obserwować kogoś zupełnie pozbawionego samokrytycyzmu. Jednak najgorsze w tym wszystkim są recenzentki pozbawione honoru, które po prostu kłamią.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I szkodzą w ten sposób samej autorce. Chwalona za słabą rzecz, nigdy nie napisze dobrej.

      Usuń
  43. Przyznam, że mnie ten tekst rozbawił ;) i w sumie nawet w wielu kwestiach się z Tobą zgadzam. Nie do końca jednak podoba mi się wyśmiewanie tekstów innych blogerów. W końcu każdy może mieć inny gust, inną opinię o tym, jak można blogować. Nikt nie jest doskonały. Nadmierne wytykanie sobie błędów tylko tworzy w blogosferze kwaśną atmosferę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jasne. Nie psujmy atmosfery jakąś tam krytyką literacką! Po co komu rzetelne recenzje? Przecież może być tak miło... Twórcy szczęśliwi, recenzenci usatysfakcjonowani. A czytelnik? Najwyżej wyrzuci w błoto pieniądze. No i kogo to? Life is brutal.

      Usuń
  44. Rozczuliły mnie "wesoło hasające płomienie". Tyle niebiańskich uniesień, tyle wyszukanych metafor, tyle wysiłku autorki, a ogień robi swoje i - jakby nigdy nic - zwyczajnie hasa. Daje do myślenia.

    OdpowiedzUsuń
  45. Niestety to prawda. Pani Marta jest totalną grafomanką, a blogerki, które o niej piszą też niestety sprawiają, że nasze "hobby" traci na wartości, kiedy zajmują się nim tak bardzo nie znający się na rzeczy ludzie(blogerzy i vlogerzy). Najbardziej przerażające jest śledzenie jej na facebooku. Pisze dziesięć książek naraz i rozpoczyna kolejne zanim porządnie poprawi poprzednie. Z czystej ciekawości; czytał Pan coś jeszcze tej autorki? Jak wrażenia?

    OdpowiedzUsuń
  46. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O jakim wydarzeniu Pani pisze? Jakie granice przekraczam? Stronniczy jestem? To może porozmawiamy o konkretach? Proszę mnie i czytelnikom na przykład wyjaśnić, jak boli umysł, co to za frazeologizm „mieć coś na wyciągnięcie języka” i jak można „ofiarować upokorzenie”.

      Wrogowie, szanowna Pani, to są na wojnie. W literaturze są co najwyżej niezadowoleni czytelnicy i surowi krytycy. Siłą do gardła rzeczywiście swojej twórczości nikomu Pani nie wciska, ale ją Pani promuje i zachęca do jej czytania, choćby odsyłając do pozytywnych recenzji czy dając swoje książki przychylnym recenzentom. A poza wolnością słowa mamy wolność korzystania z dóbr kultury i skoro Pani swoje powieści upublicznia, to może je czytać każdy, kto chce, nawet wtedy, jeśli mu się nie podobają. I każdy ma prawo je skrytykować (również wyśmiewając), co nie jest żadną nagonką. Chce być Pani na rynku literackim, to proszę zacząć respektować jego reguły, a nie histerycznie atakować tych, którzy wyrażają opinię, że nie potrafi Pani pisać, bo każdy do takiej opinii w ramach przywołanej przez Panią wolności słowa prawo ma.

      Usuń
    2. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
  47. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aha, czyli ja nie znam sensu i powodu, przez który Panią „znieważam”? Czy też to kolejny przykład zdania, w którym nie potrafi Pani z sensem wyrazić swoich myśli? Rozumiem, że to oskarżenie o podszywanie się pod anonima ma takie same głębokie merytoryczne podstawy, jak oskarżenie, że obrażam Panią na forach, chociaż na żadnych forach się nie udzielam?
      I o dokończeniu jakiej polemiki Pani pisze? Żeby coś dokończyć, trzeba zacząć, tymczasem Pani nie zdołała napisać nawet pół linijki w obronie swojego tekstu (a chyba ktoś mający się za pisarza i przekonany do swoich rozwiązań powinien umieć swojego tekstu bronić). A jeśli wydaje się Pani, że pozwami zamknie mi Pani usta, żeby w spokoju wpychać czytelnikom swoje grafomańskie utwory, to jest Pani w błędzie. W najbliższy poniedziałek zamieszczam kolejny wpis, analizujący Pani „wybitną” twórczość.

      Usuń

Komentarze anonimowe są niemile widziane i zastrzegam sobie prawo do ich kasowania bez dalszych wyjaśnień.