Zackiewicz nie zauważył, że świeci, więc miota się dalej:
Widzę, że polemika nabiera tempa. I bardzo dobrze – niektórzy może się rozwiną intelektualnie.
Masz pan jeszcze nadzieję?
(…) nic nigdy nie płaciłem żadnemu wydawnictwu zarówno w Polsce jak i za granicą (…)
Ani w Polsce, ani za granicą.
Ja się pytam, jaki ma Pan dowód, na to, że wydaję swoje dzieła za pieniądze. Jeśli Pan oskarża kogoś, powinien Pan mieć ku temu podstawy. Jeśli Pan nie ma, to siłą rzeczy nie powinien Pan się nawet odzywać, gdyż się Pan zwyczajnie kompromituje.
Mam podstawy. Wydałeś pan książkę w „wydawnictwie”, które drukuje książki wyłącznie za pieniądze autorów. Nawet jeśli taka firma deklaruje, że może ponieść koszty wydania, w praktyce nigdy tego nie robi (w Novae Res nie płaci jedna autorka, w innych firmach takie nazwiska nie są znane). Wszedłeś pan do burdelu, to nie opowiadaj ludziom bajek, że na romantyczną randkę. A tym bardziej nie oczekuj, że ci uwierzą.
Wyciąg z umowy (…): 3. Całkowity koszt przygotowania książki do dystrybucji elektronicznej, w postaci ebook wynosi 500 zł brutto, przy czym Autor nie ponosi żadnych kosztów, jako że wybrany został wariant pełnego finansowania przez Wydawnictwo.
No i proszę, jak Zackiewicz przestał drzeć japkę, że za wydanie wcale nie płacił, a pokazał fragment umowy, to wynika z niego, że żadnej książki nie wydał, tylko mu e-booka wypuścili. Łaskawie nie biorąc od niego pięciu stów, które rzekomo przygotowanie e-booka kosztuje. Swoją drogą, piękny zapis, tradycyjne wydawnictwa powinny go wykorzystać: „wydawnictwo wykona redakcję wartą sto tysięcy, ale nie weźmie od autora tej kasy, bo pokrywa koszty wydania”.
Mam nadzieję, że to wystarczy i nie muszę cytować dalej. Wszystkie umowy z Wydawnictwem “Psychoskok” zawierają ten tekst i jestem gotów pokazać umowy publicznie z pieczątkami i naszymi podpisami.
Nie wystarczy, pokaż pan te umowy.
(…) wielka literatura powstaje z pijackich fantazji i wychodzi spod delirycznej ręki, tworzona często przez wykolejonych samotników nie potrafiących nawet zawiązać rodziny, a najlepiej jak się jest “tęczowym” i nosi czapkę stylizowaną na wojskową z symbolem SS.
Rodzinę się zakłada, panie Zackiewicz, zawiązać to możesz pan sobie buty. Salieri w „Amadeuszu” (genialny film, kto nie widział, niech pędzi do wypożyczalni) jest rozgoryczony, że taki nędzny chłystek jak Mozart został obdarzony boskim talentem, a on, prawy, zasłużony, bogobojny poddany Jego Cesarskiej Mości, nie. Tutaj mamy identyczne tony: Jerzy Pilch, pijaczyna bez rodziny, Michał Witkowski, ekscentryczny pedał, dlaczego oni są wybitnymi pisarzami, a ja, Tomasz Zackiewicz, mąż żonie, ojciec dzieciom, uczciwy niepijący heteryk muszę się tułać po jakichś Psychoskokach?
(…) “wielki talent” zawsze znajdzie ujście i zostanie doceniony przez “wielkie wydawnictwo”, prowadzone przez kolegę lub koleżankę “wielkiego literata”.
I na powyższe pytanie prosty umysł znalazł prostą odpowiedź.
Ja Panu powiem tak, ta Pańska wielka współczesna polska literatura to rynsztok i żul spod budki ma więcej do powiedzenia niż “literat” taki jak Pan. (…) Problem jest jednak taki, że owy żul nie należy do towarzystwa wzajemnej adoracji i raczej jego historia nie ujrzy światła dziennego.
Ja bym się jednak upierał, że historie żuli spod budki (telefonicznej?) nie ukazują się w formie powieści, gdyż żule nie próbują ich spisywać. Po prostu realistyczniej niż pan oceniają swoje literackie umiejętności.
I tu ma Pan odpowiedź, kto Panu “pozwolił” być literatem. Tajemnica została rozwiązana. Nie kosmici, tylko znajomości jak wszędzie w Polsce.
Ja się pytam, jaki ma Pan dowód, na to, że wydaję swoje dzieła po znajomości. Jeśli Pan oskarża kogoś, powinien Pan mieć ku temu podstawy. Jeśli Pan nie ma, to siłą rzeczy nie powinien Pan się nawet odzywać, gdyż się Pan zwyczajnie kompromituje.
Dawno temu w jakimś telewizyjnym programie Jerzy Pilch powiedział, że żeby nie znajomi z wydawnictwa (…), prawdopodobnie nigdy by nie został pisarzem.
I jak tu nie podziwiać Zackiewicza i jemu podobnych? Z pogardą wypowiadają się o prawdziwych pisarzach, ale jak tylko któryś powie coś, co da się dopasować do spiskowych teorii, dlaczego wydawnictwa nie chcą grafomanów, natychmiast spijają im słowa z ust.
“Grafomani”, jak Pan ich nazywa, przynajmniej są ciekawi, pochodzą z różnych środowisk i mają różne punkty widzenia (…)
Tak, taka fajna menażeria.
Kto to [wielką literaturę] w ogóle czyta? Zakompleksione panny z kilkoma magistrami, przekonane o swojej wyjątkowości, nie mogące sobie znaleźć chłopa?
Pilch bez rodziny, panny bez chłopa. Czyli argument o niewyżyciu albo niedorżnięciu. Ale trudno się dziwić, że autor Psychoskoka dyskutuje na poziomie spod budki (telefonicznej).
Czy też inni pseudointelektualiści chcący się dowartościować przez pochłanianie tej Pana “literatury”? Któż to doznaje owej “ekstazy” przy czytaniu Pana tekstów? Niech Pan mnie oświeci z łaski swojej.
Oświecam pana, panie Zackiewicz, że o ekstazie to pan pisałeś, nie ja. Czy pana teksty po wklepaniu do komputera znikają z pana mózgu, bo, jak u Kelly Bundy, się nie mieszczą i muszą ustąpić miejsca nowym informacjom?
Otóż dla Pana wiadomości powiem, że w Wydawnictwie “Psychoskok” spotkałem się z uprzejmością i zrozumieniem, a także – uwaga! – profesionalizmem.
Ależ ja od dawna utrzymuję, że Psychoskok to pełen profesionalizm. Na przykład korektę mają bardzo profesionalną.
Dodam jeszcze tylko, że zanim trafiłem do “Psychoskoku”, wydałem dwie książki z Wydawnictwem “Nowy Świat”, a więc już coś miałem swojego wydanego.
To też były e-booki?
Pan Prezes Wydawnictwa “Psychoskok” to przede wszystkich dobry biznesmen (…) I jeśli on uznał, że dla dobra Wydawnictwa korzystne jest napisanie czegoś od wydawanych autorów, to widocznie miał rację.
Wreszcie mamy informację z pierwszej ręki, jak te wazeliniarskie laurki powstały. Prezes uznał, że „korzystne jest napisanie czegoś od wydawanych autorów”. Dał wam to potem do przeczytania czy już nie?
Posądza Pan o “wazeliniarstwo”, a sam Pan jest w doskonałych kontaktach ze swoimi wydawcami, z którymi Pan zapewne wiedzie przyjacielskie rozmowy i spotyka się pewnie przy lampce wina. Przecież wszyscy się dobrze znacie, tworzycie zamknięty krąg, do którego nie wskoczy się ot tak z ulicy, choćby nie wiem jaki to byłby talent. Musi być zawsze namaszczenie.
Jakiej lampce wina, panie Zackiewicz? Wódę razem chlejemy. Toż znamy się od dzieciństwa, ze wszystkimi razem do szkoły chodziłem, dzieci im do chrztu trzymałem, do mnie jak w dym walą, kiedy problemy mają. A mnie przykro, że pomóc im nie umiem, kiedy żalą się, że świetny tekst dostali, poprawną polszczyzną napisany, ciekawy, ze zwrotami akcji i pomysłowym zakończeniem, dużą sprzedaż rokuje, ale nijak wydać nie mogą, bo człowieka nie znają, z ulicy przyszedł, do kręgu nie należy, nienamaszczony jest, wódki z nami nie pije.
(…) Roy C. Booth, dla którego miałem przyjemność tłumaczyć teksty, to znana osobistość w USA z ogromnym dorobkiem, którego utwory tłumaczone są na wiele języków. Dokonałem przekładu na język polski nie dla “Psychoskoku”, ale dla Pana Bootha i z jego polecenia.
W tym przekładzie też pan stosowałeś takie gramatyczne konstrukcje jak „osobistość, którego”?
Powoływanie się na moją frustrację świadczy o braku konkretnych argumentów w sprawie.
Twierdzisz pan, że zarzucanie oponentowi frustracji (nie powołujemy się na morderstwo, jeśli kogoś o nie oskarżamy, panie wybitny pisarzu z Psychoskoka) świadczy o braku argumentów? No to pytanie do pana, panie Zackiewicz: kto napisał „A że błądzić jest rzeczą ludzką, potraktowałem z początku pisaninę Pana Pollaka jako żart, ot taki tekścik sfrustrowanego pisarza, któremu zwyczajnie nie idzie w swoim rzemiośle” i „ambitni ludzie wyjeżdżają z tego kraju i odnoszą sukcesy, o jakich literacki mainstream może sobie pomarzyć. I to jest źródło frustracji takich jak Pan, Panie Pawle”?
Aha, i nie ja zarzucałem panu frustrację, tylko jedna z komentujących, więc bądź pan łaskaw zwracać się do niej, a nie do mnie. Ja rozumiem, że pojęcie pewnych rzeczy zdecydowanie przekracza możliwości pańskich szarych komórek, ale komentarze ludzie zamieszczają na swój własny rachunek, a nie na mój.
Poza tym, różnica między kimś, co wygrał kiedyś konkurs literacki a kimś, co też wygrał jest taka, że ten pierwszy został z niczym, a ten drugi całkiem nieźle sobie radzi i z tego żyje.
Kimś, kto wygrał. Poza tym piękna sentencja. Zdradzę panu, panie Zackiewicz, pewną tajemnicę: wydawcy biorą ludzi z ulicy, ale nigdy autorów takich baboli.
Bo wie Pan, Panie Pollak, książki to trzeba umieć pisać i trzeba je też umieć sprzedać. I to się liczy.
Naprawdę trzeba umieć pisać książki? A ja myślałem, że trzeba być namaszczonym i należeć do zamkniętego kręgu.
Aha, dziękuję za wytłumaczenie mi jak działają firmy w dobie kapitalizmu, gdyż nie miałem o tym bladego pojęcia. Jestem Panu dozgonnie wdzięczny. To dzięki Panu stałem się współwłaścicielem firmy informatycznej.
I tyle potrafi Zackiewicz odpowiedzieć na argumenty, że model działania Psychoskoka nie jest wcale właściwym dla kapitalizmu, lecz patologią w branży wydawniczej. Chociaż bardziej by dziwiło, gdyby zdołał przedstawić jakąkolwiek sensowną kontrargumentację.