poniedziałek, 1 lutego 2016

Bardzo to nie warto

Jestem wielkim orędownikiem self-publishingu, wyłączywszy sytuację, kiedy korzystają z niego grafomani, by wciskać czytelnikom żenujące płody swojej pisarskiej nieudolności. Ale będę odradzał zostanie self-publisherem. Odnoszę się tutaj do tekstu Bartosza Adamiaka, który do tego zachęca.

Adamiak wskazuje, że profesjonalne przygotowanie książki to obecnie stosunkowo niewielki wydatek. To prawda. Myślę, że mając powieść średniej objętości, w cenie kilku tysięcy złotych zmieścimy się z redakcją i składem na przyzwoitym poziomie, ładną okładką i drukiem normalnego nakładu (nie kilkuset czy w ogóle kilkudziesięciu egzemplarzy na cyfrze). Problem zaczyna się później: gdzie to sprzedać? Adamiak jest świadom, że autor-wydawca ze swoją książką nie przebije się ani do księgarni, ani do mediów. I rozwiązuje problem bardzo prosto: jest internet. „Przepotężne” narzędzie, w którym są social media i Allegro. Kwestia marketingu, który my, dzieci sieci, wyssaliśmy z mlekiem matki. Pytanie: skoro to takie proste, dlaczego nikomu się nie udaje? Odpowiedź też jest prosta: bo to myślenie życzeniowe. Można sobie cytować zen i inne tego typu sentencje, do których rzekomo wystarczy się zastosować, by zrealizować swoje pragnienia, a przykra życiowa prawda jest taka, że wyżej dupy nie podskoczysz.

Okoliczności są takie, że obecnie nie da się w Polsce zaistnieć w zbiorowej świadomości jako pisarz, próbując robić karierę przez internet. Książki cały czas sprzedają się głównie w księgarniach stacjonarnych, owszem, sprzedaż w internecie rośnie, ale nawet wtedy czytelnik najczęściej kupuje książkę autora, o którym dowiedział się z prasy, a nie z blogów. Zresztą nie ma nawet specjalnie innej możliwości, bo żeby trafić do księgarni internetowej, na ogół trzeba się najpierw znaleźć w stacjonarnej hurtowni. A na Allegro to można odnieść sukces, sprzedając majtki, a nie własną książkę. To tłumaczy, dlaczego żadnemu self-publisherowi działającemu jedynie czy głównie w internecie nie udało się nawet uzyskać nakładu, jaki bez problemu uzyskują pisarze publikujący w wydawnictwach. Nie uwzględniam oczywiście przypadków, kiedy self-publisher jest znany np. jako bloger, bo to bardziej odpowiada sytuacji celebryty niż pisarza. Jeśli ktoś najpierw wydał książkę, a potem założył bloga, żeby ją wypromować, to poległ.

Adamiak upatruje przyczyny nędzy polskiego self-publishingu w tym, że źle się o nim pisze. I liczy na to, że będzie lepszy PR, kiedy pojawi się polska Amanda Hocking. Moim zdaniem to całkowicie błędna diagnoza. Słusznie pisze się źle, skoro to głównie deska ratunku dla grafomanów, których odrzuciły normalne wydawnictwa. Ale self-publishing nigdzie nie ma dobrej opinii. Niemiecka platforma self-publishingowa Tolino ma kilku dystrybutorów, którzy rozprowadzają również książki wydawnictw. Część z nich książki z Tolino umieściła w dziale „Self-publishing”. Efekt? Śladowa sprzedaż. Tymczasem self-publishing ma się w Niemczech doskonale. Zawdzięcza to Amazonowi. W ogóle w każdym kraju, w którym self-publishing zaistniał, stało się to dzięki Amazonowi. Bez Amazonu nie byłoby Amandy Hocking. I dlatego żadnej Amandy Hocking w Polsce nie będzie, dopóki nie będzie Amazonu.

Nie chodzi oczywiście o sam Amazon jako firmę, tylko o stosowany przez niego system sprzedaży. A konkretnie ranking sprzedaży i rządzące nim zasady. Przede wszystkim ranking jest uczciwy, nie jest to lista bestsellerów Empiku, gdzie książka zostaje bestsellerem, bo wydawca zapłacił, żeby ją tak nazywano. Amazon koryguje „ręcznie” ranking tylko w jeden sposób: nie umieszcza w nim tytułów z kategorii „Erotyka”. Ranking uwzględnia sprzedaż z danego okresu, a nie całościową, co powoduje, że lista nie zostaje zabetonowana przez najsłynniejsze bestsellery. I, co dla self-publisherów najważniejsze, nie rozróżnia między tytułami opublikowanymi samodzielnie a wydanymi przez wydawnictwa.
Sprzedane egzemplarze windują książkę w rankingu, co z kolei skutkuje tym, że jest ona również częściej pokazywana czytelnikowi w samym Amazonie (np. polecana tym, którzy kupili książkę o podobnej tematyce). Promocyjne działania autora dają więc sprzężony efekt, bo nie kończy się na zakupie książek przez te osoby, które zachęcił. Do tego w kategoriach mniej obleganych (bo ranking jest nie tylko globalny, lecz także dla każdej kategorii z osobna) można się znaleźć wysoko z naprawdę niewielką liczbą sprzedanych książek, co może stanowić trampolinę do spektakularnego awansu. Jeden z początkujących niemieckich autorów napisał powieść z akcją w czasie wojen krzyżowych. Jako debiutant w kategorii „Powieści historyczne” prawdopodobnie by przepadł ze względu na dużą konkurencję, ale dodał swoją książkę również do kategorii „Religia”. I na długo zagościł do czołówki, co, również wedle jego oceny, było skutkiem tego, że w tej niszowej kategorii wysforował się na pierwsze miejsce.
Pozycja książki podawana jest zawsze, a nie tylko, kiedy autor jest w puli najlepszych. Na przykład moje dwa opowiadania kryminalno-sądowe „Tödliches Gebot” i „Die Rivalin”, które napisałem po niemiecku i obecnie udostępniam łącznie, były wczoraj na miejscu 151 903, co oznacza, że znalazły się w tak zwanej nirwanie i się nie sprzedają. Niemcy przyjmują, że książka jest widoczna i schodzi, kiedy jest w pierwszych dziesięciu tysiącach. Samo „Tödliches Gebot” było w pewnym momencie w okolicach siedmiotysięcznego miejsca z kawałkiem.

Opisany system spowodował, że w pierwszej setce bestsellerów niemieckiego Amazonu regularnie połowę stanowią książki self-publisherów. Proszę zgadnąć (to nie retoryczny zwrot, proszę podać jakąś liczbę przed przewinięciem w dół), ile egzemplarzy _dziennie_ trzeba sprzedawać, żeby wylądować w pierwszej setce.

N
A
J
P
I
E
R
W

Z
G
A
D
N
I
J

Dane zaczerpnąłem z serwisu Die Self-Publisher-Bibel prowadzonego przez Matthiasa Mattinga, pochodzą one ze stycznia 2013 r.:

Miejsca 1-1o: znacznie ponad 1000
Miejsca 11-30: 200 egzemplarzy dziennie
Miejsca 31-60: 120 egzemplarzy dziennie
Miejsca 61-100: 80 egzemplarzy dziennie

Wśród polskich self-publisherów sprzedanie łącznie 500 egzemplarzy uchodzi za gigantyczny sukces, a sprzedaż kilkudziesięciu egzemplarzy z całą powagą podawana jest jako dobry rezultat.

Nie ma żadnego powodu, żeby Amazon nie zadziałał w ten sam sposób, jeśli wszedłby do Polski, chociaż Adamiak twierdzi inaczej. Nie ma tu żadnej zdecydowanej konkurencji, o którą mógłby się rozbić, jak E-bay o Allegro. Skala byłaby mniejsza niż w Niemczech, skoro rynek książki jest dużo mniejszy, ale wystarczająca, by self-publishing stał się atrakcyjny dla autorów potrafiących pisać, a nie tylko dla grafomanów. A to poprawiłoby opinię o self-publishingu. Tylko właśnie kolejność jest odwrotna. Najpierw dobrzy pisarze publikujący samodzielnie muszą mieć realną możliwość dotarcia do czytelników, a nie zmiana opinii wskutek jednego spektakularnego sukcesu á la Amanda Hocking spowoduje, że czytelnicy zaczną kupować te książki. W tej chwili takiej możliwości nie mają, o czym już pisałem. Na to, że jakaś polska księgarnia, gdzie rzeczywiście są kupujący, np. Publio, wprowadzi system podobny do tego w Amazonie, nie ma co liczyć. Pozostaje czekać na Amazon. Tyle że może być to czekanie do usranej śmierci.

poniedziałek, 25 stycznia 2016

Sądowa wolnoamerykanka

Jeśli sądy kojarzą się komuś ze stosowaniem prawa, to naoglądał się za dużo amerykańskich filmów. Ponieważ thrillery prawnicze oglądam i czytam pasjami, też mam takie skojarzenie, ale dość regularnie jestem wyprowadzany z błędu.

Sytuacja pierwsza. Dostaję z sądu do przełożenia pozew w sprawie gospodarczej. Polska spółka domaga się, żeby szwedzka zapłaciła jej za wykonaną usługę. Nic ciekawego, nic trudnego, standard. Poza żądaniem, żebym przełożył na szwedzki również postanowienie o przyznaniu mi wynagrodzenia. Postanowienie, którego nie ma, bo tłumaczenia jeszcze nie zrobiłem. Takie postanowienie wydawane jest dopiero po wykonaniu przez tłumacza pracy (nieraz długo po), co ma sens choćby dlatego, że ze względu na sposób obliczania honorarium (od liczby znaków gotowego tłumaczenia) nie da się z góry określić, ile owo honorarium wyniesie.

Zamiast postanowienia o przyznaniu mi wynagrodzenia sąd załączył więc wzorek postanowienia z zostawionymi pustymi miejscami. Oczywistym było, że sędzia zamierza na moim tłumaczeniu dopisać sobie odpowiednie kwoty i daty i przystawić na nim pieczątkę. Byłoby to po pierwsze przestępstwo sfałszowania mojego tłumaczenia, które przestałoby odpowiadać oryginałowi, a po drugie bezprawne sporządzenie przez polski sąd dokumentu w języku innym niż urzędowy tego kraju (niestety, w przeciwieństwie do Finlandii Polska nigdy nie należała do Szwecji, więc na szwedzki urzędowy się nie załapaliśmy). Żeby uchronić sędzię przed popełnieniem przestępstwa i bezprawnym działaniem, mogłem przełożyć wzorek, starannie zakreskowując puste miejsca, by nie dało się nic dopisać. Ale uznałem, że byłoby to działanie nieuczciwe, sąd musiałby mi zapłacić za nieprzydatne i niepotrzebne tłumaczenie. Odesłałem więc wzorek nieprzetłumaczony, wyjaśniając, że mogę sporządzić uwierzytelnione tłumaczenie dopiero gotowego postanowienia.

W reakcji sąd do mnie zatelefonował. Najpierw w osobie oburzonej sekretarki, która chciała się dowiedzieć , dlaczego nie wywiązałem się z nałożonego przeze mnie na sąd obowiązku. Jej ton nie pozostawiał wątpliwości, że dopuściłem się czynu co najmniej na miarę rzezi niewiniątek. Po wyjaśnieniu, na które nie potrafiła odpowiedzieć, pani sekretarka spuściła z tonu i połączyła mnie z sędzią. Pani sędzia poinformowała mnie, że ona musi wliczyć koszt tłumaczenia do kosztów sprawy, w związku z tym mam przetłumaczyć wzorek, na którym ona wpisze przecież „tylko kwotę”. A nie może mi dać do przetłumaczenia dopiero gotowego postanowienia o przyznaniu mi płatności, bo postanowienie nie będzie obejmowało kosztów tłumaczenia tego postanowienia, więc trzeba będzie wystawić kolejne, które znowu trzeba będzie przetłumaczyć, za co znowu trzeba będzie zapłacić, co będzie wymagało wydania nowego postanowienia, które też trzeba będzie przetłumaczyć, i tak się będziemy wozili dłużej nawet niż przewidywany czas grania Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy.

Poinformowałem sędzię, że mechanizm tego błędnego koła doskonale rozumiem (mam nadzieję, że państwo też załapali :-), ale złamanie prawa jest kiepskim pomysłem na jego przerwanie. Sędzia miała chyba inne zdanie, bo przekonywała mnie, że takie są wytyczne sądu wyższej instancji i inni tłumacze nie robią problemu, tylko przesyłają przetłumaczone wzorki, które ona uzupełnia. Innymi słowy argument: wszyscy tu, człowieku, łamią prawo, albo z ignorancji, albo mają je gdzieś, więc przestań cudować, dopasuj się i nie utrudniaj innym życia.

Sytuacja druga. Odbieram telefon z wrocławskiego sądu:
– Czy podczas mistrzostw w piłce będzie pan we Wrocławiu?
Najpierw zdurniałem, bo co sąd może obchodzić, gdzie ja będę, jak polscy piłkarze będą zbierać baty we Francji (sorry, ale w żaden sukces nie wierzę). Potem jednak jako jednostka wybitnie inteligentna załapałem, że musi chodzić nie o Mistrzostwa Europy w piłce nożnej, tylko jakieś inne. I rzeczywiście. Po moich pytaniach wyjaśniło się, że sąd miał na myśli nie piłkę kopaną, tylko rzucaną kończynami górnymi. Najwyraźniej sąd uważał, że każdy wrocławianin w ramach lokalnego patriotyzmu będzie wiedział, że Wrocław mistrzostwa piłki rzucanej organizuje, i znał ich terminarz.

Nadal jednak pozostała do wyjaśnienia kwestia, co sąd obchodzi, gdzie ja będę podczas jakiejś imprezy sportowej. Oczywiście jako jednostka wybitnie inteligentna natychmiast domyśliłem się, że sąd obawia się, że jakiś szwedzki zawodnik zgwałci polską cheerleaderkę, bo polski sąd siedzi jeszcze w jaskini i nie wie, że szwedzcy zawodnicy na cheerleaderki patrzeć nie mogą, i wtedy będę potrzebny, by zeznania Szweda przetłumaczyć. Ale pozwoliłem sobie to wyjaśnić, by zapytać, czy sąd oczekuje, że będę w trakcie mistrzostw do jego dyspozycji, a jeśli tak, to na jakiej podstawie prawnej i czy zamierza mi za tę gotowość zapłacić.

Okazało się, że sąd nie zamierza zapłacić, tylko bez podstawy prawnej sporządza listę, którzy tłumacze będą na miejscu, a którzy na przykład wyjeżdżają. Oświadczyłem sądowi, że na razie nie planuję wyjeżdżać, ale być może zmienię zdanie w czasie mistrzostw, więc żadnej deklaracji sądowi nie złożę, zresztą nie muszę, bo mam obowiązek stawić się na wezwanie do tłumaczenia, ale nie mam obowiązku pozostawać w gotowości do dyspozycji sądu. Jeśli w chwili wezwania będą miał wyłączony telefon, znajdował się na drugiej półkuli albo będę cierpiał na chorobę filipińską, to sądowi nic do tego, bo kiedy tylko najdzie mnie ochota, mogę, bez informowania sądu, odciąć się od świata, wsiąść w samolot czy wychylić pół litra. Żadna z tych czynności nie jest przez prawo zabroniona, zabronione przez prawo jest wykonywanie obowiązków zawodowych pod wpływem alkoholu, nie licząc oczywiście obowiązków prezydenckich. Sąd się z moim stanowiskiem w całej rozciągłości zgodził, po czym zapisał sobie, że na czas mistrzostw nigdzie nie wyjeżdżam i pozostaję do jego dyspozycji.

poniedziałek, 18 stycznia 2016

GNIOT KILER

Przecztałem właśnie pana quasi-recenzje o mojej wybitnej powieści i wogle sie dziwie, że ty bezmózga kreaturo umisz czytać, bo inni blogerzy zobaczyli czym się trzeba zachwycać a ty nie. Jak można tak hejtować i obrzucać pisaża błotem, kiedy się nie ma pojęcia o pisaniu recenzji tylko się stosuje chwyty poniżej pasa. Cały ten cytat jest zmanipulowany, bo tam nie stoi że „Ludzie wsiadali i wysiadali do tramwajów i autobusów", tylko „Ludzie wsiadali i wysiadali do tramwajów i trolejbusów”. Czy ty wypierdku kozie z pod ogona wogle wiesz, co to jest trolejbus?!!! To jest tło historyczne! I nic z akcji nie zrozumiałeś! Tam jest wojna! A na wojnie ludzie szczelają. I się zaszczeliwują. Więc to jest logiczne, że nikt nie przeżył. Jak ja cie za tą quasi-recenzję zaszczelę, to też nie przeżyjesz, debilu jeden! I wogle jak śmiesz się na mnie mścić? Kup sobie psa i na nim się mścij, a w internecie to ludzie czytają te twoje flaki na wierzchu bo pisaniem tego nazwać nie można! To jest żałosne! Ordynarne!! Chaniebne!!! Czy ty wszawy palancie wesz, że ja za tą powieść polskiego nobla dostałem? To znaczy pierwszą nagrodę w portalu granice. Co żiri się nie zna a ty kutasie złamany może sie znasz?! Czytelnicy mi pisza że im sie strasznie podoba, sto tysiecy kupili, a ty jesteś mondrzejszy niż sto tysięcy?! I teraz jak nie będą przez ciebie kupować to cie pozwe do sądu, bo straciłem zaufanie jako pisaż! Jak dostaniesz wyrok to odechce ci sie pisania takich kłamiących paszkwili!

E-maile takie jak powyżej (wszelkie podobieństwa do prawdziwych e-maili, wysyłanych przez tak zwanych niezależnych autorów do blogerów, przypadkowe) są efektem choroby o dość skomplikowanej nazwie: Agresja Lub Ekstremalna Kurwica Spowodowana Acefalią Niedouczonych Debili Epatujących Recenzjami. Choroba dotyka głównie self-publisherów i grafomanów. Dotąd nie było na nią lekarstwa i w zasadzie dalej nie ma, ale że słynę ze swojej wynalazczej inwencji, skonstruowałem Specjalny Ochronny Wyłącznik Agresji, w skrócie… ożeż, ku… no, dobra, skrótu nie używamy. Wyłącznik składa się z obudowy i dwóch długich rur i zapobiega wysłaniu tego rodzaju maila do adresata, co pozwala self-publisherowi uniknąć kompromitacji i ośmieszenia się. Wynalazek ma, niestety, jedną wadę, wymaga pomocy drugiej osoby, ale będę go doskonalił, i mam nadzieję, że w przyszłości będzie to Samoczynny Ochronny Wyłącznik Agresji, w skrócie… ku… skrót cały czas taki sam.

Jak korzystać z tego wynalazku? Wyłącznik uruchamia któryś z domowników, zaalarmowany objawami choroby. Są to: próba pobiegnięcia dokądś mimo tkwienia przy komputerze, bordowy kolor twarzy, nabrzmiałe żyły na czole, dym wydobywający się z uszu lub owłosienia głowowego, wulgaryzmy rzucane w stronę monitora (w świetle pozostałych symptomów zespół Tourette’a można wykluczyć), w przerwie między wulgaryzmami sapnięcia, chrząknięcia, świsty lub gwizdy, generalnie jakieś dźwięki, w bardziej zaawansowanym stadium może się pojawić piana wokół ust. Do tego tempo uderzania w klawiaturę pozwalające napisać w miesiąc nie trzy powieści, lecz trzydzieści. Wtedy należy podejść, wziąć jedną rękę chorego i wsunąć ją w rurę Specjalnego Ochronnego Wyłącznika Agresji. Nie powinien protestować, gdyż druga ręka do redagowania maila mu wystarczy. Ale żeby pozwolił na włożenie tej drugiej do drugiej rury, trzeba go jakoś od mailowania oderwać. Dobrym pretekstem jest otwarcie strony, na której miałaby znajdować się entuzjastyczna recenzja jego książki. Na pewno w taki bajer uwierzy i zanim się zorientuje, że krytyk roznosi jego dzieło w puch, będzie miał obie ręce w Wyłączniku. Ale jeśli jego wściekłość okaże się tak silna, że nie skusi go nawet pochwalna recenzja, wówczas trzeba w pierwszej rurze zrobić otwór na dłoń, by dalej mógł klepać w klawiaturę. Bez obaw, konstrukcja Specjalnego Ochronnego Wyłącznika Agresji jest tak pomyślana, że otwór w żaden sposób nie obniży funkcjonalności urządzenia. Dzięki zastosowanym rozwiązaniom obudowa Wyłącznika automatycznie przylgnie do tułowia chorego i wtedy obie rury należy zespolić ze sobą za jego plecami, uniemożliwiając mu nie tylko wysłanie, lecz także napisanie czegokolwiek. Z tego względu Specjalny Ochronny Wyłącznik Agresji można stosować również profilaktycznie, żeby nie dopuścić do powstania powieści, która padnie pastwą krytyków. W tej funkcji bardziej adekwatną nazwą będzie: Grafomanii Niszczyciel Interwencyjny Oraz Tępiciel Kalectwa Intelektualnego Lokalnie Efektywnie Reagujący, w skrócie GNIOT KILER.

piątek, 15 stycznia 2016

Z języczkiem

Ale czy lektura niektórych dzieł Mickiewicza i Słowackiego może być przyjemna? Przez Krzyżaków w latach młodości nie przebrnąłem. Pana Tadeusza liznąłem tylko pobieżnie. (Łukasz Migura, wpis Czy warto zmuszać się do czytania?)

„Krzyżaków” napisał Mickiewicz czy Słowacki? I przykro nam, że amory z panem Tadeuszem zakończyły się tylko lizaniem.

poniedziałek, 11 stycznia 2016

Logik ze spluwą, czyli Jezus polskiej literatury

Czytając recenzję „Za krawędzią nocy” na blogu Koczowniczki, nie mogłem oczywiście przeoczyć nieco wcześniejszego wpisu o kuriozalnym zachowaniu Aleksandra Sowy. Moją uwagę zwróciła informacja, że przerobił on post, do którego odnosiłem się w tekście Biadolenia i banialuki pana grafomana. Zajrzałem tam i odkryłem, że Sowa pozmieniał lub pousuwał niektóre krytykowane przeze mnie fragmenty, poprawił wskazane błędy (jeśli nie wskazałem, na czym konkretnie polega błąd, to poprawił tak, że nadal jest źle, jak w zdaniu „Wielu stawia znak równości pomiędzy niezależnym pisarstwem a grafomanią bez jakiegokolwiek zastanowienia”, ale chwała mu, że próbował :-) i, co najważniejsze, zamieścił polemikę z moim wpisem. Przerobienie w tym celu starego posta, co do którego wiadomo, że ponownie go czytał nie będę (ponownie można czytać teksty zgrabnie napisane, a nie takie, po których bolą człowieka zęby), i staranne unikanie mojego nazwiska świadczy o tym, że Sowa jak ognia boi się mojej odpowiedzi. Schował się ze swoją polemiką głęboko do dziupli i popiskuje z niej cichutko, żeby adwersarz nie usłyszał.

„Polemika” to zresztą za dużo powiedziane, zrozumienie argumentów i przedstawienie kontrargumentów przekracza możliwości intelektualne pana Sowy. Nie byłoby w tym nic sensacyjnego, bo na tym poziomie jest – tak lekko licząc – jakieś 80% „dyskutujących” w internecie, gdyby nie fakt, że Sowa chce uchodzić za pisarza. A od pisarza można by oczekiwać trochę więcej niż sowiego móżdżku, jak Sowa zarzuca mi, że napisałem, chociaż to była oczywista literówka (niestety, Word, nie wyłapuje błędu, kiedy zamiast „swoim” jest „sowim”).

Jeśli postarać się o wyłuskanie czegoś z jego bełkotu, to najciekawsze jest chyba zaprzeczenie, że wcale nie straszy krytyków sądem. Tak się zachłysnął tym, że ma dowód na kłamliwość mojego zarzutu, że dwukrotnie zamieszcza skan wyroku w sprawie, w której go pozwałem. Z tromtadrackim nagłówkiem „zobacz jaka jest prawda” (oczywiście z bykiem interpunkcyjnym, bo jakżeby inaczej). Dowód jest bezwartościowy, bo z faktu, że go pozwałem, bynajmniej nie wynika, że nie straszy on ludzi sądem, ale jest to wyższa logika, której Sowa nie ogarnia. Mógłby mi co najwyżej zarzucać hipokryzję, że sam robię to, o co go oskarżam. Dostrzeżenie, że moje postępowanie jest zupełnie inne, wymagałoby z kolei procesu myślowego, który groziłby mu chyba przegrzaniem synaps i wyparowaniem kory mózgowej.

Po pierwsze pozwanie do sądu a grożenie sądem to dwie diametralne różne rzeczy. Sądy zostały ustanowione w cywilizowanych społeczeństwach do cywilizowanego rozstrzygania sporów między cywilizowanych ludźmi. Wniesienie sprawy do sądu nie jest w żaden sposób naganne, nieprzyzwoite czy niemoralne. Naganne, nieprzyzwoite i niemoralne jest grożenie sądem, żeby wymóc na adwersarzu określone zachowanie, kiedy z góry się wie, że albo sprawa na proces się nie nadaje, albo wcale nie ma się zamiaru z drogi sądowej korzystać. Ja nie rzucam pustymi groźbami, jeżeli uważam, że sprawa kwalifikuje się do sądu, po prostu składam pozew. Sowa ciągle krzyczy, że kogoś pozwie, ale jeszcze nigdy tego nie zrobił, bo jego celem jest wyłącznie zastraszenie krytyków i zmuszenie ich do milczenia, a nie dochodzenie sprawiedliwości.

Po drugie jest diametralna różnica między pozwem o stek wyzwisk a pozwem z powodu prześmiewczej recenzji. Według norm kulturowych i prawnych obowiązujących w naszym społeczeństwie wyzywać innych ludzi nie wolno, za to ich utwory można wyśmiewać do woli. Sowa i inni grafomani nie tylko chcieliby, żeby było odwrotnie, lecz także stosują te odwrotne zasady w praktyce. Pozwałem Sowę z powodu następującego komentarza pod recenzją jego poradnika:

Jacy wielcy? Chłopie! Trzepnij się w czoło!
Nie rób idioty ze mnie i z Czytelnika. Przyłbica? Przyłbice mieli rycerze, Ty zaś jesteś małym człowiekiem, robiącym z siebie publicznie błazna nieudolną kreacją na wielość. Pisarze o uznanym dorobku mają więcej pokory. Czym sobie zasłużyłeś na wielkość? Staraniami by kompromitować innych? Brakiem kultury? Megalomanią, kompleksami i chamstwem? Bo, na pewno nie twórczością. Twoje powieści nie czynią Cię Hemingwayem, Forsythem a nawet Pilchem. Nie do Ciebie należy ocena, czy jesteś wielki, a do Czytelnika. Opluwanie innych w kłamliwych anty-recenzjach może i jest fajne, ale moralnie świadczy jakim prymitywem jesteś i literackiej gwiazdy z Ciebie nie zrobi.
Ubliżasz Layer-Sarzotti, Towarnickiej, Jasińskiej-Brunnberg, Jodełkce i innym. Teraz mnie. Napisz coś wartościowego. Na razie nic takiego nie napisałeś. Jedynie paszkwile, pozwy i stenogramy szczeknięć cienkim głosem w imię niskich, prostackich pobudek małego człowieka.
Jeśli myślisz, że Czytelnik to idiota i nie widzi, jak robisz szum koło siebie w nadziei, że sprzedaż Ci wzrośnie, to podpowiadam: choćbyś opluł pół Polski, Nike za to nie dostaniesz. To Czytelnicy mają prawo do nazywania autora wielkim. Oni o tym decydują. Downy, grafomani, ignoranci (jak piszesz). Nie Ty.

Komentarza już nie ma, bo kiedy Sowa dostał pozew, zrobił w portki i usunął wszystkie swoje komentarze (czy raczej wszystkie, które podpisał własnym nazwiskiem). To wiadro pomyj, które na mnie wylał, było odpowiedzią na następującą wymianę zdań:

Anonim (kryje się za nim Skajstop z forum „Wydawnictwa i ich obyczaje”, który tutaj nie ma odwagi podpisać się nawet pseudonimem): Buta i pieniactwo, a rozumek malutki. Styl też taki sobie, potwornie przegadany. Po kilku zdaniach zaczyna boleć głowa.
Ogólnie pan Pollak okazuje się po raz kolejny malutkim, zakompleksionym człowieczkiem, który lubi czasem dołożyć komuś zza węgła. Tak dla sportu. Kiedyś gościł na forum GW, ale pożegnał się w niesławie, bo generował bardzo negatywne emocje.

Ja: Jak widać, wielcy, niezakompleksieni ludzie potrafią wystąpić z pełną kulturą i otwartą przyłbicą.

Z komentarza Sowy wynika (a pisma procesowe to potwierdziły), że nie pojął on, że słowa o wielkim, niezakompleksionym człowieku są ironiczną charakterystyką przedmówcy, i uznał, że odnoszę je do siebie. Oczywiście w żaden sposób nie usprawiedliwia to jego chamskiej napaści, po prostu uświadomiło mi, że facet jest kompletnie ślepy na sarkazm i ironię. Sprawę rzeczywiście przegrałem: Sowa twierdził w sądzie, że wystąpił w obronie rzekomo przez mnie obrażanych osób z zespołem Downa, a sędzia się z nim zgodziła, choć w rzeczonym komentarzu żadnej takiej obrony nie ma. No cóż, na to, że sędziny w polskich sądach posługują się logiką godną Aleksandra Sowy, nic nie mogę poradzić.

Po trzecie jest diametralna różnica między dochodzeniem swoich praw w procesie cywilnym a grożeniem sankcjami z przepisu kodeksu karnego, który to przepis pozostaje w jawnej sprzeczności z zasadą wolności słowa. Nie mówiąc o tym, że grożenie kodeksem karnym, kiedy żadne przestępstwo nie zostało popełnione, wypełnia znamiona groźby karalnej. Sowa, który został policjantem, powinien o tym wiedzieć. Swoją drogą jest przerażające, że w Polsce do policji może zostać przyjęty, a zatem dostać prawo noszenia broni, ktoś o takiej histerycznej osobowości. Urażony grafoman Sowa może sobie jedynie pokrzyczeć albo obrzucić krytyka obelgami, urażony policjant Sowa może kogoś zastrzelić. Chociaż skoro naszym arsenałem jądrowym ma zarządzać Macierewicz, to może jest w tym jakaś logika systemu.

Nie umiejąc odpowiedzieć na argumenty w moim wpisie, odnoszące się do meritum, czyli samego self-publishingu, Sowa stara się ten wpis zdezawuować typową dla grafomanów, choć mocno już wyświechtaną metodą: pan to napisał, żeby się wypromować i sprzedać swoje książki.

JA, JA drodzy państwo, JA, JA, to, ho, ho! JA to umiem pisać: sami zobaczcie - i tutaj frazeńka „MOJE UTWORY” z maciupeńkim sznureczkiem, tyci, tyci, do księgarenki. A w niej, o! Jak to się dzieje – same dobroci! A nuż ktoś kliknie, hyc i kupi ebooczek albo książeczkę? Może wpadnie troszeczkę pieniążków. Srebrniczek wpadnie, rączki będzie można zacierać i kombinować jak by tu znowu przyłożyć, statystyki sobie podnieść, oglądalność zwiększyć. Brawo będą bić, klaskać i chwalić, że tak Sowie dopie*** (...kłem) i komentować mój przeuroczy, kulturalny blogasek.

Cała ta parafraza odnosi się do jednego, jedynego zdania z mojego tekstu o brzmieniu: „Tymczasem na przykład moje surowe opowiadanie wygląda tak”. Z jednego „ja” Sowa zrobił pięć pisanych wersalikami, a sznureczek sobie domalował, bo link kierował do opowiadania, a nie do księgarni.

Interesujące jest, że zapłatą za moje książki są srebrniczki. Jak wiadomo, w tejże walucie Judasz dostał wynagrodzenie za zdradzenie Jezusa. Rozumiem więc, że jeśli sprzedaż napędza mi krytykowanie Sowy, dokonuję zdrady na miarę tej biblijnej. Czyli Aleksander Sowa uważa się za ni mniej, ni więcej, tylko Jezusa polskiej literatury. I nie pozostaje mi ani państwu nic innego, jak natychmiast postawić ołtarzyk z portretem tego wybitnego twórcy w wianuszku wiekopomnych dzieł, z „Umrzeć w deszczu” i „Requiem do miłości” (to „do” można przykryć jakimś kwieciem, żeby byk nie dawał po oczach) na poczesnym miejscu.

Formułując zarzut, że odniosłem się do wpisu, w którym wywoływał mnie do tablicy, bo chciałem się wypromować i sprzedać parę swoich książek, Aleksander Sowa dokonuje bardzo pięknego samozaorania. Gość o mentalności żydowskiego handlarza starzyzną, który swoje szmaty wciska każdemu, kto się tylko pojawi w zasięgu wzroku, nagle twierdzi, że promowanie się i sprzedawanie własnych książek to coś nagannego. Ciekawe, bo lodówkę rano jeszcze można spokojnie otworzyć, ale komputera już nie, wszędzie wyskakuje Sowa, wciskający swoje produkty książkopodobne. Żeby daleko nie szukać: na swoim blogu Sowa zamieszcza tekst, jakoby książka była złym prezentem. Ma to niby być przewrotne, bo odbiorca ma dojść do wniosku, że wcale nie, ale Sowa w swojej nachalności nie potrafi dostrzec, że musiałby zarekomendować książkę ogólnie jako prezent. Zamiast tego płaszczy się przed nabywcami i usiłuje wepchnąć im swoje pseudopowieści:

Gdyby po lekturze, tego co byłem bezczelny napisać powyżej jednak znalazł się desperat i uparciuch, który (ze)chce kupić książkę na prezent informuję: otóż moje książki można kupić w sprzedaży wysyłkowej w Empiku. I to nie tylko na prezent. Są również dostępne w księgarniach internetowych Amazon, Lulu oraz CreateSpace.

Z tym że przyznajmy: wpis jest tak drętwy, że szanse na dotarcie do tego akapitu czytelnik ma niewielkie (ja zdołałem zmusić się do przeczytania całości dopiero, kiedy postanowiłem ten wpis skomentować). A zatem można powiedzieć, że Sowa wprawdzie wciska swoje wypociny, ale jednocześnie uczciwie pokazuje, że tego, co pisze, czytać się nie da. W świetle policyjnej kariery pana grafomana nowego wymiaru nabiera dowcip o dwóch patrolujących policjantach, z których jeden nie potrafi pisać, a drugi czytać. Ten drugi nie nazywa się Sowa.

poniedziałek, 4 stycznia 2016

Głupiś pan jest

Przeczytałem „Boga urojonego” Richarda Dawkinsa. Dopiero teraz, bo niespecjalnie widzę potrzebę czytania książek, które potwierdzają moje poglądy. Tymczasem Dawkins powiedział mi wiele nowego, dlatego że przede wszystkim jest biologiem ewolucjonistą i o Bogu i religii pisze z punktu widzenia naukowca, a nie „wojującego ateisty”, jak go w sposób dyskredytujący przedstawiają kościelne kręgi.

Choć kilka rzeczy stricte związanych z religią, o których Dawkins pisze, nie jest wcale oczywistych także dla ateistów. Pierwsza, że religia wcale nie zasługuje na szacunek per se (który to szacunek w Polsce zarządzono w ogóle odgórnie kneblującym wolność słowa przepisem). Nie można nikomu zakazywać wyznawania dowolnych poglądów i wierzenia w dowolne nonsensy, ale polemika z tymi nonsensami i nazywanie ich bredniami musi na tej samej zasadzie być w pełni dozwolone i akceptowane (swoją drogą ciekawe, że brednie na temat Smoleńska doczekały się miana religii smoleńskiej). Druga, że moralność i etyka wcale nie są pochodną religii, tylko zachowaniem ewolucyjnym. Dawkins pięknie wskazuje, że w Biblii mamy przedstawione również jako właściwe zachowania, których w ogóle nie akceptujemy, co oznacza, że nie Biblia jest probierzem naszej moralności, tylko bierzemy go skądinąd i do Biblii przykładamy.

Byłem ciekaw, czy Dawkinsa czytają katolicy, czy z góry go odrzucają. Przejrzałem sobie opinie na „Lubimy czytać” i miłe zaskoczenie było takie, że czytają. Gotowość zapoznania się z odmiennymi poglądami i argumentami na ich rzecz dobrze świadczy o intelektualnych horyzontach odbiorcy. Gorzej takie polemiki, jak jedna z zamieszczonych:

Podstawą banialuk wypisywanych przez Dawkinsa jest twierdzenie, że kreacjonizmu i darwinizmu pogodzić się nie da. A to ściema!. Aby to wykazać, przyjmuję: nasz błogosławiony, a za niecałe dwa miesiące święty:
KAROL WOJTYŁA WIELKIM CZŁOWIEKIEM BYŁ!!
I właśnie ten aksjomat jest założeniem niniejszego dowodu.

Aksjomat założeniem dowodu, nieźle. A na hasło „Karol Wojtyła wielkim człowiekiem był”, napisane wersalikami i opatrzone dwoma wykrzyknikami, można tylko paść na kolana.

Wojtyła jako PAPIEŻ JAN PAWEŁ II uznał teorię ewolucji za słuszną, HOCHSZTAPLER DAWKINS, w tej omawianej właśnie książce nazwał szanowanego przeze mnie POLAKA - HIPOKRYTĄ.

Z faktu, że pan Wojciech Gołębiewski, autor tej polemiki, jakiegoś rodaka szanuje, nie wynika wcale, że ktoś inny nie może uznawać go za hipokrytę. Gołębiewski nie podaje niestety numerów stron, a przy 500-stronicowej książce (mam wersję papierową, nie elektroniczną) trudno odnaleźć fragment, do którego się odnosi. Odpowiadam więc z pamięci: Dawkins nie twierdzi, że Kościół nie uznaje teorii ewolucji za prawdziwą, twierdzi, że jest to próba dopasowania nauki Kościoła do naukowych faktów w sytuacji, gdy uczciwe byłoby przyznanie, że te fakty naukę Kościoła obalają, i dlatego Kościół na początku starał się im zaprzeczać.

Dawkins w wywiadzie dla telewizji Al-Jazeera stwierdził, że..
„.wychowanie w rodzinie katolickiej i straszenie piekłem może przynosić większą szkodę niż bycie ofiarą molestowania seksualnego”.

Dawkins stawia tę tezę również w książce, strzelając sobie w kolano. Nie da się tych szkód zestawić, a takie porównanie deprecjonuje cierpienie ofiar molestowania.

Dawkins twierdzi, że: „ateiści mogą być szczęśliwi, zrównoważeni, moralni i spełnieni intelektualnie” oraz, że „ateizm jest dowodem zdrowego i niezależnego umysłu, więc ateiści mogą być z niego dumni”.
To głupota, a ponadto „marketingowe” zagranie mające podtrzymać na duchu tych, którym wydaje się, że są ateistami. BO....

„To głupota” jest niepodważalnie niezbitym argumentem, tym bardziej, że ateistów, jak twierdzi Gołębiewski, wspierając się autorytetem księdza Twardowskiego, po prostu nie ma. Wierzą, tylko nie wiedzą, że wierzą, a dowiedzą się najpóźniej na łożu śmierci. Parę życiorysów (Christopher Hitchens, Hjalmar Söderberg, Marcel Reich-Ranicki) pokazuje, że to nieprawda, ale zastanawiające jest, że wierzący i księża zamiast polemizować z ateizmem, próbują zaprzeczyć jego istnieniu. Czyżby podstawy ich wiary w Boga były tak wątłe, że zagraża im samo istnienie ateistów?

Dalsze wywody Gołębiewskiego trudno uznać za polemikę z treścią książki Dawkinsa, bo chociaż wymienia jego nazwisko, do argumentacji w „Bogu urojonym” w ogóle się nie odnosi. Nawet kiedy wspomina zakład Pascala (wierząc w Boga, możesz uzyskać zbawienie, a nic nie tracisz; kiedy nie wierzysz, nieśmiertelność może ci przejść koło nosa), nie podaje, co Dawkins o tym zakładzie pisze, ani z tym nie polemizuje. Dawkins wskazuje, że to zwykłe kunktatorstwo, które niczego nie dowodzi. Z faktu, że ktoś uzna, że lepiej w Boga wierzyć, bo może mu się to opłacić, wcale nie wynika, że ten Bóg istnieje.

No, ale po co dyskutować, skoro KAROL WOJTYŁA WIELKIM CZŁOWIEKIEM BYŁ!!. W połączeniu ze złotymi myślami księży Twardowskiego i Tischnera daje to niezbity dowód, że Richard Dawkins nie grzeszy inteligencją, bo:

„PAN BÓG MA PRAWO NIE CHCIEĆ MIEĆ ZA SWOICH WYZNAWCÓW LUDZI GŁUPICH”.

Dawkins jest głupi i pisze głupoty. Quod erat demonstrandum.


PS. Z pewnym żalem rezygnuję z systemu komentarzy Disqusa. Mimo wielu zalet ma tę wadę, że komentarze nie są widoczne za granicą i najwyraźniej nie bardzo da się temu zaradzić. A okazuje się, że mam całkiem sporo czytelników spoza Polski, którzy są w ten sposób poszkodowani, nie mogąc zapoznać się z dyskusją pod wpisem. Komentarze, które od września były zamieszczane za pośrednictwem Disqusa, zamieszczę jeszcze raz (na razie zrobiłem to za grudzień), tak że jeśli ktoś będzie chciał, to będzie miał do nich dostęp.

poniedziałek, 28 grudnia 2015

Nikt mu nie wmówi, że białe jest białe, a czarne jest czarne

Niestety, moje prognozy, jak będą wyglądały rządu PiS-u, okazały się funta kłaków warte, rację w stu procentach miała „Wyborcza”, choć jej teksty sprzed wyborów sprawiały wrażenie histerycznych. I trudno mi się nawet pocieszać, że niektórzy byli jeszcze bardziej naiwni i uwierzyli, że PiS rzeczywiście będzie rządził w sposób umiarkowany. Że byli tacy, co za dobrą monetę wzięli zapewnienia, że Macierewicz wcale nie będzie ministrem obrony. W Gowina na tym stanowisku nie wierzyłem ani przez sekundę, choć oczywiście nie przypuszczałem, że nasz narodowy świr wypowie wojnę NATO, a nie Rosji.

Trudno się też pocieszać tym, że nawet w samym PiS-ie uwierzyli, że Kaczyński da im więcej swobody. Duda i Szydło nie mieli wprawdzie wątpliwości, że będą zależni od prezesa, ale byli jednak przekonani, że pewną autonomię z racji zajmowanych stanowisk dostaną. Szybko im Kaczyński pokazał, że są jedynie pacynkami. Przy czym w sytuacji pacynek występuje zasadnicza różnica: Szydło nie ma narzędzi, by się prezesowi przeciwstawić, może jedynie zrezygnować ze stanowiska na znak protestu, że premier w Polsce nie może być całkowicie ubezwłasnowolniony (oczywiście nie zrezygnuje, za stołek jest gotowa na każde upokorzenie, skoro dała się posłać na urlop, by nie przeszkadzała Naczelnikowi w tworzeniu jej rządu), Duda takie narzędzia ma. Ale za grosz charakteru. Człowiek niezłomny nie opowiada, że jest niezłomny, tylko pokazuje to w działaniu. Obserwując uległość Dudy, można się pytać, jak ktoś tak pozbawiony woli walki mógł trafić do polityki. Polityka jest zajęciem dla bokserów, a tymczasem tu na ring wszedł gość uprawiający gimnastykę artystyczną, przypadkiem znokautował swoją wstążką rywala i przerażony pomaga mu wstać, żeby ten mógł go walnąć kolejnym prawym sierpowym.

Byłem przekonany, że Kaczyński będzie działał tak jak poprzednio. Że będzie się rozpychał, naruszał demokratyczne procedury, ale nie, że wprost będzie je łamał. Że łatwość, z jaką ignoruje swoje obietnice wyborcze (co zresztą typowe dla wszystkich polskich polityków), pozwoli mu wycofać się z kosztownych prezentów dla wyborców. Na to zresztą wskazywały nominacje do resortów gospodarczych. Jeszcze wprawdzie te kosztowne prezenty nie zostały rozdane, ale raczej wygląda na to, że PiS nie zamierza się z nich wycofać.

Nawet jeśli się wycofa, to likwidacja państwa prawa jest już faktem. Kaczyński zaczyna przywracać stan sprzed roku 1989. Retoryka jest już w pełni komunistyczna (tylko określenia są inne, nie „zaplute karły reakcji”, lecz „Polacy najgorszego sortu”, nie „socjalistyczny”, lecz „narodowy”), wróciła nowomowa, mająca zatuszować, że działania rządzących stoją w całkowitej sprzeczności z głoszonymi ideami. Komuniści starali się udawać, że PRL jest krajem demokratycznym, PiS robiąc z Trybunału Konstytucyjnego instytucję pozbawioną realnej możliwości uznawania ustaw za niekonstytucyjne, nie likwiduje go, żeby móc twierdzić, że Polska pod rządami PiS-u jest demokratycznym państwem prawnym.

Co będzie dalej? Odpowiednio zmieniona ordynacja wyborcza, żeby PiS wygrywał wszystkie następne wybory? W obliczu zerowych szans Dudy na kolejną kadencję wybór prezydenta nie przez naród, a przez parlament (co z tego, że niekonstytucyjny, skoro nie ma kto tego stwierdzić, a PiS nie cofa się przed jawnym łamaniem konstytucji)? Wybór oczywiście nie Dudy, tylko Kaczyńskiego. Wystąpienie z Unii Europejskiej, bo wtrąca się w nasze wewnętrzne sprawy? Tak swoją drogą, czy ktoś kiedyś słyszał, żeby Francja, Wielka Brytania, Szwecja albo Kanada oskarżały inne państwa o wtrącanie się w ich wewnętrzne sprawy. To jest domeną krajów, w których rządzący łamią prawa człowieka lub rujnują gospodarkę, i Polska ustami ministra Waszczykowskiego właśnie dołączyła do chóru oburzonych, że ktoś im śmie wskazywać, jak mają postępować, który to chór tworzą m.in. Chiny, Białoruś i Grecja.

W tym, że człowiek działający w komunistycznej opozycji chce zaprowadzać dokładnie ten sam ustrój (zresztą przy pomocy jego funkcjonariuszy), generalnie nie ma nic zaskakującego. Niejeden rewolucjonista po obaleniu dyktatora sam się nim stawał. Pytanie, jak do tego doszło, że Polacy dali władzę człowiekowi, który politycznie i ekonomicznie chce im zafundować powtórkę z PRL-u. Bo Jarosław Kaczyński nie jest problemem. Problemem jest, że ma kilka milionów wyborców (tę kwestię poruszałem już we wpisie Tupolew a powstanie warszawskie).

Większość Polaków nie wie lub nie rozumie, jak działa demokracja. Świadczy o tym fakt, że połowa nie bierze udziału w wyborach, a część z biorących udział w wyborach nie respektuje demokratycznego werdyktu (vide: kwestionowanie wyboru Komorowskiego na prezydenta). Co za tym idzie, nie odwraca się od polityka, który zasady demokracji werbalnie odrzuca (bo dotąd Kaczyński tak robił, odrzucał je werbalnie, de facto szanował, odmawiał Komorowskiemu miana prezydenta, ale go nie obalał). Nawiasem mówiąc, doliczanie niegłosujących do przeciwników PiS-u i utrzymywanie, że na tę partię zagłosowało jedynie 18,5 % społeczeństwa, jest nieuprawnione. Po pierwsze najbardziej prawdopodobne jest założenie, że wśród niegłosujących sympatie rozkładają się podobnie jak wśród głosujących, a po drugie, jeśli ktoś nie poszedł na wybory, to sam zadecydował, że jego głos nie ma być liczony. PiS poparło 37,5%. Nie więcej i nie jest to żadna miażdżąca większość, ale też nie mniej.

Polscy politycy (wszystkich opcji), zamiast zadbać o stosowną edukację społeczeństwa, sami zasad demokracji nie rozumieją, a jeśli rozumieją, to nie mają specjalnej ochoty się ich trzymać. PiS chce zlikwidować służbę cywilną, będącą jednym z filarów demokratycznego współczesnego społeczeństwa? Jakoś trudno się dopatrzyć, by ta służba była oczkiem w głowie rządów SLD czy PO. Oczywiście wniosek/argument PiS-u, że skoro konkursy na stanowiska były obchodzone, to najlepiej je zlikwidować, przypomina rozumowanie, że jeśli pali nam się chałupa, najlepiej będzie dolać benzyny. Tyle że dyskusja nie toczy się już wokół tego, czy można kraść, czy nie, tylko wokół tego, ile można ukraść. „Pan ukradł telewizor”. „No, dobrze, ale to nie usprawiedliwia, żeby pan kradł samochód”. „Pan sam kradnie, więc proszę nie uczyć mnie moralności”, itd.

Duda łamie konstytucję, bo nie zaprzysięga sędziów wybranych przez Platformę? Ale to politycy PO dali mu pretekst, wybierając niekonstytucyjnie dwóch sędziów (i proszę mi nie mówić, że dowiedzieli się tego z orzeczenia Trybunału). PiS zlikwidował rotację na stanowisku przewodniczącego komisji ds. służb specjalnych, tak by nie zajmował go przedstawiciel opozycji? Ale tę rotację wprowadziła PO, wcześniej to stanowisko było zarezerwowane dla opozycji. PO konsekwentnie kruszyła fundamenty polskiego domu, więc średnio nadaje się na zgłaszającego pretensje, że ktoś inny rozwala te fundamenty z kopa. Oczywiście to rozwalania nie usprawiedliwia, bo nie będzie gdzie mieszkać. I wiadomo, że PiS rozwalałby tak czy tak, ale trudniej byłoby mu znaleźć wytłumaczenie albo mniej osób by je akceptowało.

Spora część Polaków (tych najgorszego sortu) nie ma ochoty żyć w kraju, w którym musi powstawać Komitet Obrony Demokracji, jakby były lata 70. ubiegłego wieku. Spora część Polaków (tych najgorszego sortu) uznaje demokratyczne standardy i prawa jednostki obowiązujące w Niemczech, Szwecji i Wielkiej Brytanii. Gdzie żadnemu politykowi nie mieści się w głowie, że można nie akceptować demokratycznego werdyktu, nie szanować praw mniejszości, nie uznawać ustanowionego prawa za nadrzędne. Gdzie człowiekowi nie odmawia się jego praw, dlatego że należy do mniejszości seksualnej czy religijnej. Spora część Polaków (tych najgorszego sortu) chce żyć w kraju podobnym do tych wymienionych, a nie w drugich Chinach (politycznie) i drugiej Grecji (ekonomicznie) pod rządami drugiego Łukaszenki. W związku z tym ponawiam swój wniosek, żeby się podzielić. Oddać Jarosławowi Kaczyńskiemu i jego zwolennikom 37,5% terytorium, gdzie będzie rządził do śmierci i gdzie nikt mu nie będzie wmawiał, że białe jest białe, a czarne czarne, bo wszyscy będą akceptować, że o tym, jaki widzą kolor, decyduje prezes.

poniedziałek, 21 grudnia 2015

Za krawędzią literatury

Z książek, które przełożyłem, powieści Hjalmara Söderberga, Johanny Nilsson i Cariny Rydberg ukazały się z mojej inicjatywy. Zachwycony twórczością tych autorów, robiłem wszystko, by trafiła do polskiego czytelnika. Pierwszą negatywną recenzją – „Za krawędzią nocy” Rydberg w „Nowych Książkach” – mocno się przejąłem, ale następne, mimo mojego emocjonalnego zaangażowania, zbywałem już tylko wzruszeniem ramion. Tarcza w postaci pozycji autora w Szwecji (czy, jak w przypadku Söderberga, na świecie) i wielu pozytywnych recenzji w Polsce chroniła nader dobrze. Zareagowałem tylko raz, ale nie dlatego, że recenzentka oceniła książkę – były nią „Niebłahe igraszki” – jako słabą, bo do takiej oceny każdy ma prawo, tylko dlatego, że przypisywała Söderbergowi nieprawdziwe motywacje i poglądy, ignorując zarówno datę powstania powieści, jak i fakty z życia autora. Moja odpowiedź odnosiła się do tego, że recenzentka atakowała pisarza za niepopełnione grzechy.

Ostatnio poczułem się wywołany do tablicy po raz drugi, przez panią Agnieszkę, która na swoim blogu Koczowniczka o książkach zjechała „Za krawędzią nocy”. Powieść Cariny Rydberg ją znudziła. Znudzenie przy odbiorze obiektywnie wartkiej narracji (zero opisów, język prosty, powieść skromnej objętości) może wynikać z dwóch przyczyn: czytający książki nie rozumie albo nie trafia ona do jego wrażliwości. To trochę jak z meczem futbolu amerykańskiego. Będzie on nudny dla kogoś, kto widzi tylko kotłujących się zawodników, ale również dany kibic po zapoznaniu się z zasadami może nie pojąć fascynacji innych tą dyscypliną i stwierdzić, że woli piłkę nożną.

Jeśli chodzi o opinię czytelnika, to w zasadzie jest wszystko jedno, z jakiego powodu powieść go znudziła. Znudziła i już. Wnioski z tego faktu będzie wyciągał wyłącznie sam zainteresowany. Bloger to jednak trochę więcej niż czytelnik, bo swoją opinię komunikuje nie tylko znajomym. Co więcej, komunikuje ją najczęściej nie jako stricte czytelniczą refleksję, lecz w formie czegoś na kształt recenzji. Nie jest z kolei i nie musi być krytykiem literackim, a zatem pretensje o brak warsztatu krytycznoliterackiego byłyby nieuzasadnione. Ale pewnego obycia literackiego można już wymagać, a w przypadku tej recenzji trudno jakiekolwiek dostrzec.

Autor pisze powieść, bo pragnie coś powiedzieć. Ma jakąś ideę, którą chce przedstawić, gnębią go jakieś demony, z którymi chce się rozprawić. Temu służy konstrukcja powieści. Dla oceny książki najważniejsze jest ustalenie, czy zastosowane środki wyrazu były adekwatne do tego, co pisarz chciał powiedzieć. Innymi słowy, czy udało mu się wyrazić to, co wyrazić próbował. Oczywiście żeby to ustalić, trzeba zrozumieć główną ideę utworu. Odpowiedzieć sobie na tak często wyśmiewane, a w sumie bardzo sensowne pytanie: co autor miał na myśli?

Pani Agnieszka na to pytanie sobie nie odpowiedziała i zarzuca autorce epatowanie nieszczęściami i opisami anomalii. Treść książki przedstawia jako ciąg ekscesów seksualnych, gejowskich lub kazirodczych. I tylko w tym kontekście wspomina brata głównej bohaterki, nie podając nawet, że to brat bliźniak. Tymczasem relacje łączące Marikę i Carla są w „Za krawędzią nocy” najważniejsze. Nie napisać o nich w recenzji tej książki, to tak jakby omawiając „Przypadki Robinsona Crusoe”, nie wspomnieć, że bohater przebywa na bezludnej wyspie. Miłość do brata, podziw dla niego, poczucie, że ona jest gorsza, to wszystko ukształtowało Marikę i oddziaływało na jej relacje z innymi ludźmi. Carl z jednej strony krzywdzi Marikę, robiąc z niej swoją kochankę, z drugiej chroni ją przed światem zewnętrznym (przed ojczymem pedofilem). I analizując tę powieść należy się zastanowić, w jakim stopniu nieszczęścia spotykające Marikę były wynikiem jej chorego związku z bratem.

Pani Agnieszka wyłapała, że każdy z mężczyzn w powieści (nie licząc pedofila) ma doświadczenia homoseksualne. Można pogratulować spostrzegawczości, bo chyba ona pierwsza to dostrzegła, tyle że robienie z tego zarzutu autorce świadczy właśnie o niezrozumieniu powieści. Taka krytyka jest całkowicie aliteracka. Gdyby spali ze sobą wszyscy męscy bohaterowie Balzaka, słusznie można by twierdzić, że nijak ma się to do realistycznego obrazu społeczeństwa, jaki starał się zarysować. Rydberg nie ma takich ambicji. Społeczeństwo jako takie jej nie obchodzi, interesują ją ludzie porąbani, mający coś z głową, nieradzący sobie ze sobą i swoją seksualnością. I o takich ludziach pisze. Blogerka równie dobrze mogłaby zgłaszać pretensje, że w powieści nie ma żadnych muzułmanów ani Murzynów. Podobnie jak czysto heteroseksualnych mężczyzn można ich spotkać w Sztokholmie na każdym kroku, a w książce Rydberg ich nie uświadczysz.

Carina Rydberg chciała napisać o chorej relacji między bliźniakami, rozważyć, skąd bierze się zło, opisać je, pokazać, jak zatruwa międzyludzkie stosunki. Założenie zrealizowała w stu procentach w misternie skonstruowanej powieści (tam nie można przestawić ani jednej sceny!). Jest to oczywiście bardzo specyficzne pisarstwo, nie każdemu musi się podobać, ale ogłaszanie, że to kiepska literatura, przypomina utrzymywanie przez kogoś, kto nie zna zasad, że futbol amerykański to głupia gra.

Pani Agnieszka rekomenduje książkę tym, którzy lubią sceny przemocy i gejowską pornografię. To nieprawdziwe referowanie treści bierze się albo z przewrażliwienia, albo z utajonej homofobii. Rydberg częściej stosunki seksualne sygnalizuje, niż opisuje, a najostrzejszy fragment brzmi następująco: „Jego zadek błyszczy jasno w ciemności. Widzę, jak Jonas rozpina spodnie, wyciąga swój przyrząd i wpycha go z impetem”. To nie była pornografia nawet w roku 1990, kiedy powieść się ukazała. Co do scen przemocy, to każdy, kto widział choć jeden film Tarantino, zdrowo by się uśmiał, że tak można zakwalifikować oględne opisy Rydberg.

Na osobny akapit zasługują komentarze pod wpisem. Krytykowałem już bezmyślne przytakiwanie blogerom, którzy zachwycają się grafomanią, tutaj mamy do czynienia z sytuacją odwrotną, bezmyślne przytakiwanie, że tak, książka na pewno do dupy, skoro blogerka ją w ten sposób przedstawiła. „Boże, co za koszmarna książka, podziwiam, że dotrwałaś do końca!”, pisze jedna z komentujących. A my rozumiemy, że również powieść przeczytała i zgadza się w jej ocenie z panią Agnieszką. Dopiero następne zdanie komentarza ujawnia, że wcale nie, że formułuje swoją opinię na podstawie wpisu. Pewnie w efekcie książki nie przeczyta, a szkoda, bo może po lekturze by napisała: „Boże, ale ze mnie koszmarna idiotka, recenzent nie musi mieć racji”.

poniedziałek, 14 grudnia 2015

Ejdżentki

W radiu usłyszałem wypowiadającą się panią z agencji. Potem Michał Szymański zapytał mnie na fejsie, co sądzę o agencjach. Wszedłem więc na stronę tejże agencji, żeby wyrobić sobie opinię. Na zdjęciu zobaczyłem trzy ładne, młode panie, które miały na głowach coś, co w pierwszej chwili wziąłem za królicze uszy (oglądało się tego „Playboya”, to i człowiek skojarzenia ma :-), ale to były obite materiałem aureolki. Panie noszą imiona Kamila, Maria, Magda i są założycielkami i współwłaścicielkami Liczereri Ejdżensy Macadamia. Bo my, mocium panie, obywatele, znaczy się Sitizeny tego, no, Werlda jesteśmy.

Żeby się dowiedzieć, co Ejdżensy może dla mnie jako pisarza zrobić, wszedłem w zakładkę „Dla autorów”:

(…) szukamy dla książki odpowiedniego wydawcy, negocjujemy warunki kontraktu, nadzorujemy terminowość i prawidłowość rozliczeń, egzekwujemy płatności, rozwiązujemy problemy na linii autor-wydawca – słowem: robimy wszystko, żeby nasi autorzy byli zadowoleni.

Hm, z miejsca mogłem sobie wyobrazić jeszcze parę aktywności tu niewymienionych, którym ejdżentki mogłyby się, a nawet powinny oddać, by autor był zadowolony. Kluczową zaś było promowanie książki i samego pisarza. W FAQ powiedziano mi, że fuck:

(…) nie jesteśmy agencją PR i nie zajmujemy się promowaniem książek już wydanych.

Gdyby ejdżentki napisały „nie jesteśmy agencją towarzyską i nie spotykamy się z panami na płatnych kolacjach”, to trudno byłoby mieć pretensje. Ale agencja literacka ma być właśnie dla autora agencją PR. Ma promować książkę i pisarza. Organizować mu spotkania autorskie, umawiać wywiady, załatwiać wejścia na imprezy, gdzie będzie mógł swoje wypociny opchnąć. Tymczasem panie Kanafa, Kabat i Cabajewska wymyśliły sobie, że wydawnictwo odwali całą robotę reklamowo-promocyjną, a one będą kasowały od tego prowizję, żeby mieć za co bawić się we Frankfurcie, nakładając sobie na czerepy aureolki.

Ale może należy uznać, że zasiały, więc czemu nie ma im rosnąć? Wynegocjują warunki kontraktu. To samo zrobi prawnik za jednorazową stawkę, a nie za stały procent. Co więcej, prawnik jest jakby bardziej predestynowany do oceny umowy wydawniczej niż anglistka, ekonomistka i miejska przewodniczka. Będą nadzorować terminowość i prawidłowość rozliczeń oraz egzekwować płatności. Zawsze bardzo mi się podoba, jak pośrednik z jednej czynności stara się zrobić trzy, żeby pokazać, jak ciężko haruje. A jak tej płatności nie wyegzekwują, to co? Pójdą do sądu? Czy spiszą swoją prowizję na straty i niech się autor martwi? Rozwiążą problemy na linii autor-wydawca. Na tej linii występują zwykle dwa problemy: wydawca nie płaci (czyli mamy to samo napisane po raz czwarty) i wydawca nie promuje książki (co będzie Ejdżensy wisiało, bo nie jest agencją PR).

Co powinno interesować mało znanego pisarza, kiedy rozważa współpracę z agencją literacką? Ano, jakie nazwiska ta agencja ma w swojej stajni. Bo każdy szanujący się agent prowadzi sprzedaż wiązaną. Chcecie, żeby Krajewski do was przyjechał? Nie ma sprawy, ale Krajewski jest tylko w pakiecie z Pollakiem. Pies z kulawą nogą go nie zna, ale świetnie gada, nie będziecie żałować. A jak Krajewskiemu zapłacicie dwa tysiące, to tych dwóch stówek dla Pollaka nawet nie zauważycie.

Sprawdzam więc, pod kogo mógłbym się podczepić w Ejdżensy. Szukam rubryki „Nasi autorzy”, „Reprezentujemy”, nie ma. Jest „Nasi klienci”. Autor klientem? hm, w sumie tak, no dobra, wchodzę. Ale nie wyświetla mi się lista nazwisk, tylko jakieś boksy z obcojęzycznymi nazwami. Cudzoziemskie agencje literackie. Super! Ejdżensy znajduje autorom wydawców za granicą. Bomba! Na przekładach można ładnie zarobić. Ale, chwila moment, czemu nie ma okładek z polskimi nazwiskami i obco brzmiącymi tytułami? Przewijam i przewijam, a kiedy dochodzę do Bonnier Rights, dociera do mnie, że ejdżentki chcą brać kasę za to, że jakiś polski wydawca kupi książkę szwedzkiego autora. Swego czasu, gdy prowadziłem wydawnictwo i chciałem opublikować szwedzką powieść, zgłaszałem się do Bonniera bezpośrednio, negocjowaliśmy warunki i podpisywaliśmy umowę, i żadna polska ejdżensy nie była nam do niczego potrzebna. Dalej nie jest potrzebna, ale wtryniła się między wódkę a zakąskę i bierze prowizję za nic. No, ale wycieczki do Frankfurtu kosztują, a drinkować – co, jak wynika z najnowszej relacji, było głównym zajęciem ejdżentek na ostatnich targach – za darmo też się nie da.

Jednym z zadań agenta literackiego, przynajmniej działającego w normalnym kraju, jest załatwianie autorowi zamówień na teksty. Pewnie się państwo nie zdziwią, że myśl, by taką usługę polskim pisarzom zaoferować, w głowach pań ejdżentek, otumanionych drinkami i ozdobionych aureolkami, w ogóle nie postała.

Podsumowując: pisarz z pewnym dorobkiem, niemający kłopotów ze znalezieniem wydawcy, lepiej wyda swoje pieniądze, płacąc za drinki paniom z innego rodzaju agencji.

Czy oferta Ejdżensy może być atrakcyjna dla debiutanta? Panie ejdżentki wymieniają rodzaje tekstów, jakie ich interesują (FAQ, pytanie „Jakich książek szukacie?”). Ktokolwiek odrobinę zorientowany na rynku od razu dostrzeże, że chcą dostawać wyłącznie rzeczy chodliwe. Coś, co wydawca weźmie i bez ich udziału. Reportaże, literatura dziecięca, kryminalna, obyczajowa dla kobiet – wszystko, jeśli tylko sprawnie napisane, samograje.

Jeśli napisaliśmy książkę z gatunku, na który wśród wydawców tak czy tak jest popyt, ale mamy dobre serce i poza górnikami chcemy wziąć na swoje utrzymanie również ejdżentki, musimy im wskazać, kto naszą książkę kupi. Odpowiedź, że właściwie napisaliśmy powieść dla siebie, i nie zastanawialiśmy się, kto ją kupi, panie ejdżentki nie urządza. Mamy im wyjaśnić, dlaczego kogoś poza nami miałaby ona zainteresować. Odpowiedź jest wprawdzie oczywista, dlatego że żaden człowiek nie jest takim odosobnionym przypadkiem, by jego problemów i zainteresowań nie podzielała jakaś tam grupa osób, ale ejdżentki chcą, żeby to autor ustalił im tę grupę. Innymi słowy, odwalił za nich ich robotę. Bo rolą pisarza jest pisać, a właśnie rolą agencji i wydawnictwa jest głowienie się nad tym, komu można jego teksty sprzedać. Jeśli autor ma sam sobie szukać nabywców, to Ejdżensy mu tak potrzebna, jak Jarkowi Trybunał Konstytucyjny.

Zresztą jeśli nawet debiutant przyniesie Ejdżensy w zębach odpowiednio komercyjną rzecz i wskaże potencjalnych czytelników (na plus trzeba ejdżentkom zapisać, że nie żądają, by autor przedłożył potwierdzenie odpowiedniej liczby wstępnych zamówień na swoją powieść), to i tak może się zdarzyć, że go nie przyjmą.

Książki odrzucamy w dwóch przypadkach – gdy uważamy, że rzecz napisana jest słabo albo gdy po prostu nie skradła naszego serca (…)

Sorry, ale tą metodą wybiera się narzeczonego, w agencji jest klient, który płaci, i zapewnia mu się usługę bez względu na uczucia.

Do tego trzeba ejdżentkom przedłożyć streszczenie powieści. Rzekomo chcą sprawdzić, czy autor ogarnia swoją książkę. Jak wiadomo, książki zwykle piszą debile, którzy mają z tym problem. I którzy nabiorą się na takie idiotyczne uzasadnienie i nie dostrzegą, że ejdżentkom zwyczajnie nie chce się czytać wszystkich nadsyłanych tekstów. Autor ma je najpierw przekonać, że to akurat jego utwór się sprzeda, wtedy one łaskawie go przeczytają, z tych przeczytanych wybiorą rodzynki i zaproponują wydawnictwom. Biznes jak ta lala.

Interesujące jest wezwanie, by przysyłane książki były napisane poprawną polszczyzną:

Teksty, w których roi się od literówek, błędów ortograficznych, czy brakuje przecinków w „podstawowych” miejscach (przed „który”, „ale”) już na wstępie zniechęcają czytelnika.

No cóż, mnie jako autora do ejdżentek zniechęca to, że w zdaniu, wzywającym do poprawnego stosowania przecinków, walą dwa byki interpunkcyjne.

Podsumowanie dla debiutantów: jeśli macie tekst, który spełnia wymagania Ejdżensy, prędzej czy później znajdziecie wydawcę sami. I z pewnością prędzej od Ejdżensy, wziąwszy pod uwagę liczbę książek polskich autorów, jaka dotąd (czyli przez dwa lata działalności) ukazała się za jej pośrednictwem. A nie będziecie ejdżentkom fundować wycieczek po świecie, jak panie ejdżentki chcą sobie pojechać na wycieczkę do Bolonii czy Londynu, niech sfinansują ją z pieniędzy zarobionych gdzie indziej (czy nawet w agencji, ale w takiej, gdzie wykonuje się uczciwą pracę), a nie z części waszego i tak nader skromnego honorarium.

Muszę powiedzieć, że jestem pod wrażeniem tej hucpy, bo dotąd myślałem, że tak bezczelnymi pośrednikami, którzy biorą kasę, dokładnie nic nie robiąc, a jedynie ustawiając się w miejscu, gdzie ta kasa przepływa, są tylko właściciele biur tłumaczeń. Właścicielki Macadamii oczekują, że autor przyniesie im pewniaka, powie, gdzie go sprzedać, a one łaskawie wezmą za to od niego prowizję.

poniedziałek, 7 grudnia 2015

Zagęszczenie okonia na centymetr kwadratowy

Natrafiłem na wpis niejakiego Tomasza Zackiewicza pt. „Paweł Pollak wielkim pisarzem jest i basta!”. Niestety, Zackiewicz wcale nie zachwycał się moją twórczością, tylko miał pretensje, że uznałem go za grafomana. Musiałem ustalić, o co chodzi, bo nie przypominałem sobie, bym kiedykolwiek recenzował książki gościa nazwiskiem Zackiewicz, a Alzheimera jeszcze nie mam. Okazało się, że to jeden z tych, którzy dali wyraz zachwytowi, że mogli Psychoskokowi zapłacić za publikację swoich wypocin.

Od jakiegos czasu nie zajmuję się już pisarstwem, gdyż moja praca pochłania mój cały czas.

Może państwo nie wiedzą, ale Zackiewicz jest już słynnym pisarzem. Karierę zrobił w Chinach i Australii, a teraz robi ją w Polsce w Psychoskoku. Nikt nie jest prorokiem we własnym kraju, ale żeby po zawojowaniu Chin i Australii musieć płacić za wydawanie swoich książek, to skandal.

Jednak mam cichą nadzieję na powrót do tej szlachetnej aczkolwiek niewdzięcznej roboty. Tylko problem jest, czy niejaki Paweł Pollak mi na to pozwoli, gdyż zostałem przezeń zaliczony do grona “grafomanów” (…)

Dlaczego w cudzysłowie? I nic mi nie wiadomo o tym, bym sprawował jakiś urząd, który dawałby mi prerogatywę do wystawiania komukolwiek zezwoleń na pisanie.

Można się spierać o to, jaką politykę prowadzi “Psychoskok”, jednak prawdą jest, że nikt nikogo do niczego nie zmusza.

Chodzi o to, że te lizusowskie laurki zostały wystawione dobrowolnie? Czy o to, że Psychoskok żadnemu autorowi pistoletu do głowy nie przystawia, by płacił mu za wydanie książki? Bo nie przypominam sobie, bym twierdził, że przystawia.

Jeśli jest co wydać i kto wydać, nie widzę problemu.

No, i tutaj się różnimy w ocenie, bo jeśli autor powyższej frazy może wydawać książki, to ja widzę problem.

Może to być coś naprawdę grafomańskiego i trudnego do przełknięcia dla “prawdziwego pisarza”. Jednak nie mnie to oceniać. Oceny dokonają czytelnicy.

„Prawdziwy pisarz” nie może być czytelnikiem? I dlaczego krytycy nagle zostali pozbawieni głosu?

Jednak Paweł Pollak mieni się sędzią jedynym i nieomylmnym w kwestii literatury i pewną twórczość nazywa “grafomańską”.

Gdzie i kiedy mieniłem się sędzią jedynym i nieomylnym w kwestii literatury? Zechce pan zacytować, panie Zackiewicz?

W tej “recenzji” wspiera go grupa klakierów przyklaskujących mu przy każdym wpisie na jego mizernym blogu.

Jesteście państwo klakierzy. Którzy, jak to klakierzy, przyklaskują.

Dla mnie to, co Pan wypisuje na pańskim blogu, jest śmieszne, a nawet żałosne.

Prawo Murphy’ego mówi, że poziom inteligencji na planecie jest stały, a liczba ludności ciągle rośnie, natomiast powyższa argumentacja jest dowodem na prawdziwość tego prawa. Zackiewicz, który nie umie odnieść się do tematyki wpisu, w charakterze argumentów potrafi posługiwać się wyłącznie epitetami.

Pana zdanie na temat moich książek obchodzi mnie tyle, co zeszłoroczny śnieg.

Nie wyrażałem swojego zdania o książkach Zackiewicza, ale znamienne jest, że rzeczom, które obchodzą go tyle, co zeszłoroczny śnieg, Zackiewicz poświęca całe wpisy na swoim blogu.

Martwię się zwyczajnie o Pana, bowiem z Pana jest “rasowy pisarz” i kiedy brak czytelników, grozi Panu pisarska śmierć, czego Panu oczywiście nie życzę.

Ach, jak mnie ta troska wzruszyła. Aż łzę uroniłem, że są tacy serdeczni ludzie jak Zackiewicz. Nie wiem wprawdzie, czym się rasowy pisarz różni od nierasowego, ale domyślam się, że Zackiewicz przeczytał moje narzekania na słabą sprzedaż i z tego wysnuwa wnioski o braku czytelników. No cóż, panie Zackiewicz, ja, narzekając, porównuję się do autorów bestsellerowych, w porównaniu z nakładami Psychoskoka to sam jestem bestsellerowym autorem.

Nie znam Pana książek, więc nie będę się wypowiadał na temat Pana grafomaństwa.

Już ten dowcip opowiadałem, ale ponieważ nadaje się tu idealnie, powtórzę:
Siedzą dwie sowy na drzewie. Nagle jedna spogląda na drugą i mówi: „Weź mnie pocałuj w dupę”. Zaczepioną najpierw zatyka oburzenie, a potem ripostuje: „A ty mnie w… DUPĘ!”.

W zamian, jeśli Pan nie przeczytał nic mojego, proszę także nie krytykować mojej prozy.

Nie przypominam sobie, bym to robił. A że zaliczyłem Zackiewicza do grafomanów... No cóż, jak ładna młoda dziewczyna wchodzi do burdelu, to oczywiście istnieje możliwość, że jest córką właściciela, sprzątaczką albo zakonnicą, która chce się pomodlić za kobiety upadłe, ale przyjęcie założenia, że to prostytutka, będzie uprawnione.

A tak poza tym, wolny rynek, Panie Pawle, czasy “komuny” oraz wszędobylskich i wszechwładnych cenzorów już się chyba dawno skończyły.

Prawo Murphy’ego mówi, że poziom inteligencji na planecie jest stały, przy czym gęstość zaludnienia jest różna. Człowiek, który nie widzi elementarnej różnicy między cenzorem a krytykiem, musi mieszkać w Chinach. Albo przynajmniej często tam przebywać.

Musi Pan to w końcu zaakceptować i stawanie przysłowiowym okoniem nic nie da.

O jakie przysłowie z okoniem chodzi, bo nie wiem? „Okonia kują, żaba nogę podstawia” czy „okoń ma cztery nogi i też się potknie”?

Panie Pawle, głowa do góry! Będzie dobrze!

Państwo klakierzy pewnie dziwicie się, dlaczego polemizuję z wpisem, którego poziom argumentacji, choć wydawało się to niemożliwe do osiągnięcia, zszedł poniżej dna prezentowanego normalnie przez grafomanów (czego podsumowaniem są te dwa wykrzyknienia). Otóż ta logika, ta umiejętność odczytania zarzutów i ich odparcia, godna przysłowiowego okonia, charakteryzuje nie wyłącznie pisarza Zackiewicza, lecz także _naukowca_ Zackiewicza. Który swe naukowe dzieła też publikuje w Psychoskoku. I te dwa fakty, że gość, wokół którego bardzo tłoczno, podobno jest doktorem oraz że Psychoskok poza polską literaturą również polską naukę wprowadza na nowe wody, wydały mi się godne odnotowania.