Jestem wielkim orędownikiem self-publishingu, wyłączywszy sytuację, kiedy korzystają z niego grafomani, by wciskać czytelnikom żenujące płody swojej pisarskiej nieudolności. Ale będę odradzał zostanie self-publisherem. Odnoszę się tutaj do tekstu Bartosza Adamiaka, który do tego zachęca.
Adamiak wskazuje, że profesjonalne przygotowanie książki to obecnie stosunkowo niewielki wydatek. To prawda. Myślę, że mając powieść średniej objętości, w cenie kilku tysięcy złotych zmieścimy się z redakcją i składem na przyzwoitym poziomie, ładną okładką i drukiem normalnego nakładu (nie kilkuset czy w ogóle kilkudziesięciu egzemplarzy na cyfrze). Problem zaczyna się później: gdzie to sprzedać? Adamiak jest świadom, że autor-wydawca ze swoją książką nie przebije się ani do księgarni, ani do mediów. I rozwiązuje problem bardzo prosto: jest internet. „Przepotężne” narzędzie, w którym są social media i Allegro. Kwestia marketingu, który my, dzieci sieci, wyssaliśmy z mlekiem matki. Pytanie: skoro to takie proste, dlaczego nikomu się nie udaje? Odpowiedź też jest prosta: bo to myślenie życzeniowe. Można sobie cytować zen i inne tego typu sentencje, do których rzekomo wystarczy się zastosować, by zrealizować swoje pragnienia, a przykra życiowa prawda jest taka, że wyżej dupy nie podskoczysz.
Okoliczności są takie, że obecnie nie da się w Polsce zaistnieć w zbiorowej świadomości jako pisarz, próbując robić karierę przez internet. Książki cały czas sprzedają się głównie w księgarniach stacjonarnych, owszem, sprzedaż w internecie rośnie, ale nawet wtedy czytelnik najczęściej kupuje książkę autora, o którym dowiedział się z prasy, a nie z blogów. Zresztą nie ma nawet specjalnie innej możliwości, bo żeby trafić do księgarni internetowej, na ogół trzeba się najpierw znaleźć w stacjonarnej hurtowni. A na Allegro to można odnieść sukces, sprzedając majtki, a nie własną książkę. To tłumaczy, dlaczego żadnemu self-publisherowi działającemu jedynie czy głównie w internecie nie udało się nawet uzyskać nakładu, jaki bez problemu uzyskują pisarze publikujący w wydawnictwach. Nie uwzględniam oczywiście przypadków, kiedy self-publisher jest znany np. jako bloger, bo to bardziej odpowiada sytuacji celebryty niż pisarza. Jeśli ktoś najpierw wydał książkę, a potem założył bloga, żeby ją wypromować, to poległ.
Adamiak upatruje przyczyny nędzy polskiego self-publishingu w tym, że źle się o nim pisze. I liczy na to, że będzie lepszy PR, kiedy pojawi się polska Amanda Hocking. Moim zdaniem to całkowicie błędna diagnoza. Słusznie pisze się źle, skoro to głównie deska ratunku dla grafomanów, których odrzuciły normalne wydawnictwa. Ale self-publishing nigdzie nie ma dobrej opinii. Niemiecka platforma self-publishingowa Tolino ma kilku dystrybutorów, którzy rozprowadzają również książki wydawnictw. Część z nich książki z Tolino umieściła w dziale „Self-publishing”. Efekt? Śladowa sprzedaż. Tymczasem self-publishing ma się w Niemczech doskonale. Zawdzięcza to Amazonowi. W ogóle w każdym kraju, w którym self-publishing zaistniał, stało się to dzięki Amazonowi. Bez Amazonu nie byłoby Amandy Hocking. I dlatego żadnej Amandy Hocking w Polsce nie będzie, dopóki nie będzie Amazonu.
Nie chodzi oczywiście o sam Amazon jako firmę, tylko o stosowany przez niego system sprzedaży. A konkretnie ranking sprzedaży i rządzące nim zasady. Przede wszystkim ranking jest uczciwy, nie jest to lista bestsellerów Empiku, gdzie książka zostaje bestsellerem, bo wydawca zapłacił, żeby ją tak nazywano. Amazon koryguje „ręcznie” ranking tylko w jeden sposób: nie umieszcza w nim tytułów z kategorii „Erotyka”. Ranking uwzględnia sprzedaż z danego okresu, a nie całościową, co powoduje, że lista nie zostaje zabetonowana przez najsłynniejsze bestsellery. I, co dla self-publisherów najważniejsze, nie rozróżnia między tytułami opublikowanymi samodzielnie a wydanymi przez wydawnictwa.
Sprzedane egzemplarze windują książkę w rankingu, co z kolei skutkuje tym, że jest ona również częściej pokazywana czytelnikowi w samym Amazonie (np. polecana tym, którzy kupili książkę o podobnej tematyce). Promocyjne działania autora dają więc sprzężony efekt, bo nie kończy się na zakupie książek przez te osoby, które zachęcił. Do tego w kategoriach mniej obleganych (bo ranking jest nie tylko globalny, lecz także dla każdej kategorii z osobna) można się znaleźć wysoko z naprawdę niewielką liczbą sprzedanych książek, co może stanowić trampolinę do spektakularnego awansu. Jeden z początkujących niemieckich autorów napisał powieść z akcją w czasie wojen krzyżowych. Jako debiutant w kategorii „Powieści historyczne” prawdopodobnie by przepadł ze względu na dużą konkurencję, ale dodał swoją książkę również do kategorii „Religia”. I na długo zagościł do czołówki, co, również wedle jego oceny, było skutkiem tego, że w tej niszowej kategorii wysforował się na pierwsze miejsce.
Pozycja książki podawana jest zawsze, a nie tylko, kiedy autor jest w puli najlepszych. Na przykład moje dwa opowiadania kryminalno-sądowe „Tödliches Gebot” i „Die Rivalin”, które napisałem po niemiecku i obecnie udostępniam łącznie, były wczoraj na miejscu 151 903, co oznacza, że znalazły się w tak zwanej nirwanie i się nie sprzedają. Niemcy przyjmują, że książka jest widoczna i schodzi, kiedy jest w pierwszych dziesięciu tysiącach. Samo „Tödliches Gebot” było w pewnym momencie w okolicach siedmiotysięcznego miejsca z kawałkiem.
Opisany system spowodował, że w pierwszej setce bestsellerów niemieckiego Amazonu regularnie połowę stanowią książki self-publisherów. Proszę zgadnąć (to nie retoryczny zwrot, proszę podać jakąś liczbę przed przewinięciem w dół), ile egzemplarzy _dziennie_ trzeba sprzedawać, żeby wylądować w pierwszej setce.
N
A
J
P
I
E
R
W
Z
G
A
D
N
I
J
Dane zaczerpnąłem z serwisu Die Self-Publisher-Bibel prowadzonego przez Matthiasa Mattinga, pochodzą one ze stycznia 2013 r.:
Miejsca 1-1o: znacznie ponad 1000
Miejsca 11-30: 200 egzemplarzy dziennie
Miejsca 31-60: 120 egzemplarzy dziennie
Miejsca 61-100: 80 egzemplarzy dziennie
Wśród polskich self-publisherów sprzedanie łącznie 500 egzemplarzy uchodzi za gigantyczny sukces, a sprzedaż kilkudziesięciu egzemplarzy z całą powagą podawana jest jako dobry rezultat.
Nie ma żadnego powodu, żeby Amazon nie zadziałał w ten sam sposób, jeśli wszedłby do Polski, chociaż Adamiak twierdzi inaczej. Nie ma tu żadnej zdecydowanej konkurencji, o którą mógłby się rozbić, jak E-bay o Allegro. Skala byłaby mniejsza niż w Niemczech, skoro rynek książki jest dużo mniejszy, ale wystarczająca, by self-publishing stał się atrakcyjny dla autorów potrafiących pisać, a nie tylko dla grafomanów. A to poprawiłoby opinię o self-publishingu. Tylko właśnie kolejność jest odwrotna. Najpierw dobrzy pisarze publikujący samodzielnie muszą mieć realną możliwość dotarcia do czytelników, a nie zmiana opinii wskutek jednego spektakularnego sukcesu á la Amanda Hocking spowoduje, że czytelnicy zaczną kupować te książki. W tej chwili takiej możliwości nie mają, o czym już pisałem. Na to, że jakaś polska księgarnia, gdzie rzeczywiście są kupujący, np. Publio, wprowadzi system podobny do tego w Amazonie, nie ma co liczyć. Pozostaje czekać na Amazon. Tyle że może być to czekanie do usranej śmierci.

