wtorek, 16 lutego 2016

Czytaj Greje, debilko!

Z zasady nie zamieszczam na swoim blogu linków do innych wpisów, jeśli sam o danej sprawie nie piszę. Tym razem robię wyjątek, bo sprawa jest bulwersująca, a zarazem oczywista, i niespecjalnie można coś dodać.

Autorka bloga przysłała mi maila z opisem sytuacji. Z początku wyglądał na maila w stylu: to i to mnie bulwersuje, weź pan o tym napisz, bo ja to wolę siedzieć jak mysz pod miotłą i patrzeć jak inni nadstawiają tyłek (takie maile dostaję od czasu do czasu, druga część jest oczywiście moją interpretacją). Ale nie. Blogerka wzięła sprawy we własne ręce. Pod jej recenzją książki Dariusza Rekosza pt. „Sanktuarium śmierci” ktoś zamieszczał obraźliwe komentarze. Kiedy pojawił się ten, który cytuję w tytule, postanowiła wytropić anonima. Rezultaty śledztwa tutaj.

poniedziałek, 15 lutego 2016

Salieri z Psychoskoka

Zackiewicz nie zauważył, że świeci, więc miota się dalej:

Widzę, że polemika nabiera tempa. I bardzo dobrze – niektórzy może się rozwiną intelektualnie.

Masz pan jeszcze nadzieję?

(…) nic nigdy nie płaciłem żadnemu wydawnictwu zarówno w Polsce jak i za granicą (…)

Ani w Polsce, ani za granicą.

Ja się pytam, jaki ma Pan dowód, na to, że wydaję swoje dzieła za pieniądze. Jeśli Pan oskarża kogoś, powinien Pan mieć ku temu podstawy. Jeśli Pan nie ma, to siłą rzeczy nie powinien Pan się nawet odzywać, gdyż się Pan zwyczajnie kompromituje.

Mam podstawy. Wydałeś pan książkę w „wydawnictwie”, które drukuje książki wyłącznie za pieniądze autorów. Nawet jeśli taka firma deklaruje, że może ponieść koszty wydania, w praktyce nigdy tego nie robi (w Novae Res nie płaci jedna autorka, w innych firmach takie nazwiska nie są znane). Wszedłeś pan do burdelu, to nie opowiadaj ludziom bajek, że na romantyczną randkę. A tym bardziej nie oczekuj, że ci uwierzą.

Wyciąg z umowy (…): 3. Całkowity koszt przygotowania książki do dystrybucji elektronicznej, w postaci ebook wynosi 500 zł brutto, przy czym Autor nie ponosi żadnych kosztów, jako że wybrany został wariant pełnego finansowania przez Wydawnictwo.

No i proszę, jak Zackiewicz przestał drzeć japkę, że za wydanie wcale nie płacił, a pokazał fragment umowy, to wynika z niego, że żadnej książki nie wydał, tylko mu e-booka wypuścili. Łaskawie nie biorąc od niego pięciu stów, które rzekomo przygotowanie e-booka kosztuje. Swoją drogą, piękny zapis, tradycyjne wydawnictwa powinny go wykorzystać: „wydawnictwo wykona redakcję wartą sto tysięcy, ale nie weźmie od autora tej kasy, bo pokrywa koszty wydania”.

Mam nadzieję, że to wystarczy i nie muszę cytować dalej. Wszystkie umowy z Wydawnictwem “Psychoskok” zawierają ten tekst i jestem gotów pokazać umowy publicznie z pieczątkami i naszymi podpisami.

Nie wystarczy, pokaż pan te umowy.

(…) wielka literatura powstaje z pijackich fantazji i wychodzi spod delirycznej ręki, tworzona często przez wykolejonych samotników nie potrafiących nawet zawiązać rodziny, a najlepiej jak się jest “tęczowym” i nosi czapkę stylizowaną na wojskową z symbolem SS.

Rodzinę się zakłada, panie Zackiewicz, zawiązać to możesz pan sobie buty. Salieri w „Amadeuszu” (genialny film, kto nie widział, niech pędzi do wypożyczalni) jest rozgoryczony, że taki nędzny chłystek jak Mozart został obdarzony boskim talentem, a on, prawy, zasłużony, bogobojny poddany Jego Cesarskiej Mości, nie. Tutaj mamy identyczne tony: Jerzy Pilch, pijaczyna bez rodziny, Michał Witkowski, ekscentryczny pedał, dlaczego oni są wybitnymi pisarzami, a ja, Tomasz Zackiewicz, mąż żonie, ojciec dzieciom, uczciwy niepijący heteryk muszę się tułać po jakichś Psychoskokach?

(…) “wielki talent” zawsze znajdzie ujście i zostanie doceniony przez “wielkie wydawnictwo”, prowadzone przez kolegę lub koleżankę “wielkiego literata”.

I na powyższe pytanie prosty umysł znalazł prostą odpowiedź.

Ja Panu powiem tak, ta Pańska wielka współczesna polska literatura to rynsztok i żul spod budki ma więcej do powiedzenia niż “literat” taki jak Pan. (…) Problem jest jednak taki, że owy żul nie należy do towarzystwa wzajemnej adoracji i raczej jego historia nie ujrzy światła dziennego.

Ja bym się jednak upierał, że historie żuli spod budki (telefonicznej?) nie ukazują się w formie powieści, gdyż żule nie próbują ich spisywać. Po prostu realistyczniej niż pan oceniają swoje literackie umiejętności.

I tu ma Pan odpowiedź, kto Panu “pozwolił” być literatem. Tajemnica została rozwiązana. Nie kosmici, tylko znajomości jak wszędzie w Polsce.

Ja się pytam, jaki ma Pan dowód, na to, że wydaję swoje dzieła po znajomości. Jeśli Pan oskarża kogoś, powinien Pan mieć ku temu podstawy. Jeśli Pan nie ma, to siłą rzeczy nie powinien Pan się nawet odzywać, gdyż się Pan zwyczajnie kompromituje.

Dawno temu w jakimś telewizyjnym programie Jerzy Pilch powiedział, że żeby nie znajomi z wydawnictwa (…), prawdopodobnie nigdy by nie został pisarzem.

I jak tu nie podziwiać Zackiewicza i jemu podobnych? Z pogardą wypowiadają się o prawdziwych pisarzach, ale jak tylko któryś powie coś, co da się dopasować do spiskowych teorii, dlaczego wydawnictwa nie chcą grafomanów, natychmiast spijają im słowa z ust.

“Grafomani”, jak Pan ich nazywa, przynajmniej są ciekawi, pochodzą z różnych środowisk i mają różne punkty widzenia (…)

Tak, taka fajna menażeria.

Kto to [wielką literaturę] w ogóle czyta? Zakompleksione panny z kilkoma magistrami, przekonane o swojej wyjątkowości, nie mogące sobie znaleźć chłopa?

Pilch bez rodziny, panny bez chłopa. Czyli argument o niewyżyciu albo niedorżnięciu. Ale trudno się dziwić, że autor Psychoskoka dyskutuje na poziomie spod budki (telefonicznej).

Czy też inni pseudointelektualiści chcący się dowartościować przez pochłanianie tej Pana “literatury”? Któż to doznaje owej “ekstazy” przy czytaniu Pana tekstów? Niech Pan mnie oświeci z łaski swojej.

Oświecam pana, panie Zackiewicz, że o ekstazie to pan pisałeś, nie ja. Czy pana teksty po wklepaniu do komputera znikają z pana mózgu, bo, jak u Kelly Bundy, się nie mieszczą i muszą ustąpić miejsca nowym informacjom?

Otóż dla Pana wiadomości powiem, że w Wydawnictwie “Psychoskok” spotkałem się z uprzejmością i zrozumieniem, a także – uwaga! – profesionalizmem.

Ależ ja od dawna utrzymuję, że Psychoskok to pełen profesionalizm. Na przykład korektę mają bardzo profesionalną.

Dodam jeszcze tylko, że zanim trafiłem do “Psychoskoku”, wydałem dwie książki z Wydawnictwem “Nowy Świat”, a więc już coś miałem swojego wydanego.

To też były e-booki?

Pan Prezes Wydawnictwa “Psychoskok” to przede wszystkich dobry biznesmen (…) I jeśli on uznał, że dla dobra Wydawnictwa korzystne jest napisanie czegoś od wydawanych autorów, to widocznie miał rację.

Wreszcie mamy informację z pierwszej ręki, jak te wazeliniarskie laurki powstały. Prezes uznał, że „korzystne jest napisanie czegoś od wydawanych autorów”. Dał wam to potem do przeczytania czy już nie?

Posądza Pan o “wazeliniarstwo”, a sam Pan jest w doskonałych kontaktach ze swoimi wydawcami, z którymi Pan zapewne wiedzie przyjacielskie rozmowy i spotyka się pewnie przy lampce wina. Przecież wszyscy się dobrze znacie, tworzycie zamknięty krąg, do którego nie wskoczy się ot tak z ulicy, choćby nie wiem jaki to byłby talent. Musi być zawsze namaszczenie.

Jakiej lampce wina, panie Zackiewicz? Wódę razem chlejemy. Toż znamy się od dzieciństwa, ze wszystkimi razem do szkoły chodziłem, dzieci im do chrztu trzymałem, do mnie jak w dym walą, kiedy problemy mają. A mnie przykro, że pomóc im nie umiem, kiedy żalą się, że świetny tekst dostali, poprawną polszczyzną napisany, ciekawy, ze zwrotami akcji i pomysłowym zakończeniem, dużą sprzedaż rokuje, ale nijak wydać nie mogą, bo człowieka nie znają, z ulicy przyszedł, do kręgu nie należy, nienamaszczony jest, wódki z nami nie pije.

(…) Roy C. Booth, dla którego miałem przyjemność tłumaczyć teksty, to znana osobistość w USA z ogromnym dorobkiem, którego utwory tłumaczone są na wiele języków. Dokonałem przekładu na język polski nie dla “Psychoskoku”, ale dla Pana Bootha i z jego polecenia.

W tym przekładzie też pan stosowałeś takie gramatyczne konstrukcje jak „osobistość, którego”?

Powoływanie się na moją frustrację świadczy o braku konkretnych argumentów w sprawie.

Twierdzisz pan, że zarzucanie oponentowi frustracji (nie powołujemy się na morderstwo, jeśli kogoś o nie oskarżamy, panie wybitny pisarzu z Psychoskoka) świadczy o braku argumentów? No to pytanie do pana, panie Zackiewicz: kto napisał „A że błądzić jest rzeczą ludzką, potraktowałem z początku pisaninę Pana Pollaka jako żart, ot taki tekścik sfrustrowanego pisarza, któremu zwyczajnie nie idzie w swoim rzemiośle” i „ambitni ludzie wyjeżdżają z tego kraju i odnoszą sukcesy, o jakich literacki mainstream może sobie pomarzyć. I to jest źródło frustracji takich jak Pan, Panie Pawle”?
Aha, i nie ja zarzucałem panu frustrację, tylko jedna z komentujących, więc bądź pan łaskaw zwracać się do niej, a nie do mnie. Ja rozumiem, że pojęcie pewnych rzeczy zdecydowanie przekracza możliwości pańskich szarych komórek, ale komentarze ludzie zamieszczają na swój własny rachunek, a nie na mój.

Poza tym, różnica między kimś, co wygrał kiedyś konkurs literacki a kimś, co też wygrał jest taka, że ten pierwszy został z niczym, a ten drugi całkiem nieźle sobie radzi i z tego żyje.

Kimś, kto wygrał. Poza tym piękna sentencja. Zdradzę panu, panie Zackiewicz, pewną tajemnicę: wydawcy biorą ludzi z ulicy, ale nigdy autorów takich baboli.

Bo wie Pan, Panie Pollak, książki to trzeba umieć pisać i trzeba je też umieć sprzedać. I to się liczy.

Naprawdę trzeba umieć pisać książki? A ja myślałem, że trzeba być namaszczonym i należeć do zamkniętego kręgu.

Aha, dziękuję za wytłumaczenie mi jak działają firmy w dobie kapitalizmu, gdyż nie miałem o tym bladego pojęcia. Jestem Panu dozgonnie wdzięczny. To dzięki Panu stałem się współwłaścicielem firmy informatycznej.

I tyle potrafi Zackiewicz odpowiedzieć na argumenty, że model działania Psychoskoka nie jest wcale właściwym dla kapitalizmu, lecz patologią w branży wydawniczej. Chociaż bardziej by dziwiło, gdyby zdołał przedstawić jakąkolwiek sensowną kontrargumentację.

poniedziałek, 8 lutego 2016

A bo ja piszę lepiej od kangura

Wierzący w reinkarnację dużą wagę przywiązują do tego, kim byli w poprzednich wcieleniach, tymczasem czasami więcej by się o sobie dowiedzieli, ustalając, kim nie byli. I tak na przykład możemy domyślać się, że Tomasz Zackiewicz, autor Psychoskoka, nie był w poprzednim wcieleniu szczurem. Szczury są bowiem na tyle inteligentne, że potrafią się uczyć, a porażone prądem nie dotykają drugi raz dźwigni pod napięciem.

Zackiewicz, który kilkaset woltów we wpisie Zagęszczenie okonia na centymetr kwadratowy zebrał, podniósł się jednak z dymiącą fryzurą i wytrzeszczem oczu i wysmażył (dwuznaczność zamierzona :-) polemikę, w której powtarza te same „argumenty”, bo nie dotarło do niego, że zostały w moim wpisie skompromitowane. I tak mój „żałosny i śmieszny” blog jest teraz „nudny”, jako pisarz, któremu „brak czytelników”, jestem „sfrustrowany”, w ramach pełnienia nie wiadomo jakiego urzędu, bo Zackiewicz nie zechciał tego wyjaśnić, nie „pozwalam” na pisanie, lecz „zatwierdzam pisarzy”, a państwo „klakierzy”, czytając moje wpisy, popadacie „w ekstazę”. Ponadto Zackiewicz oświadczył, że powyrywałem jego zdania z kontekstu, co jest koronnym „argumentem” każdego cytowanego grafomana, i jak każdy cytowany grafoman, Zackiewicz przezornie nie pokusił się o wykazanie, że zmieniłem sens którejkolwiek z jego wypowiedzi.

Zarzuca mi także (nie tylko mi zresztą), iż pochlebnie wyraziłem się o moim Wydawcy. Sorry Winnetou, ale dlaczego mam się wyrażać negatywnie? Po wielu próbach wreszcie moje książki zostały wydane w Polsce. (…) spotkałem się ze zrozumieniem i szacunkiem do mojej osoby (…). Dlatego myślę, że takie tam przynajmniej „dziękuję” chyba Wydawcy się należy. Od dobrego słowa chyba krzywda się nie stanie.

Wielkość ego Zackiewicza jest odwrotnie proporcjonalna do jego IQ, w związku z czym wpis, w którym jest wymieniony jako jeden z wielu, i to wcale nie primus inter pares, traktuje jako wymierzony głównie przeciwko niemu (reszta jest na marginesie), i nie pojął, że krytyka nie dotyczy tego, że ktoś kogoś chwali, lecz tego, że kierdel grafomanów, wywlekając na światło dzienne swoją kulawą polszczyznę i braki intelektualne, zachwyca się, że pseudowydawnictwo wzięło od nich kasę za pokazanie światu, że nie potrafią pisać. I tego, że właściciele Psychoskoka nie mają poczucia obciachu ani alergii na wazelinę.

Wydawnictwo to firma, a firma powinna przynosić zyski w czasach kapitalizmu. Nie ma zysków, nie ma firmy. Mało tego, Wydawnictwa przynoszą straty i wiele z nich po prostu upada. Utrzymanie więc się na rynku jest nie lada wyzwaniem. Dlatego rozumiem postępowanie Wydawnictwa „Psychoskok” czy też innych tego typu oficyn. Czasy państwowego garnuszka dawno się skończyły i trzeba wyżyć w niekorzystnych warunkach. Dlatego zrozumiałym dla mnie jest fakt, iż „Psychoskok” proponuje niektórym autorom finansowanie czy współfinansowanie swoich książek.

Państwo wybaczą, że będę teraz Zackiewiczowi tłumaczył rzeczy oczywiste. Niestety, dostęp do internetu (podobnie jak do wydawnictw „ze współfinansowaniem”) jest uzależniony od posiadanych środków finansowych, a nie od poziomu umysłowego.
W czasach kapitalizmu firmy żyją z wytwarzania i sprzedaży produktów. Każda firma płaci wynagrodzenie osobom, które tworzą produkt, sprzedawany przez tę firmę, a nie osoby tworzące produkt opłacają się firmie. Wydawnictwo to firma, która żyje z produkcji i sprzedaży książek. Pisarz jest twórcą produktu, sprzedawanego przez wydawnictwo, w związku z tym to jemu należy się wynagrodzenie. Wydawnictwa płacące pisarzom i żyjące ze sprzedaży książek doskonale radzą sobie na rynku, o czym świadczy fakt, że zarówno ich łączna liczba, jak i wolumen wydawanych przez nich książek ma stałą tendencję wzrostową (jeśli jakieś upadnie, zostaje zastąpione przez inne, ale w kapitalizmie nie chodzi o to, by firma X przetrwała za wszelką cenę, lecz by w każdej chwili mogła ją zastąpić lepiej zarządzana i wydajniejsza firma Y).
Psychoskok nie jest wydawnictwem. To patologia branży wydawniczej. Firma, która żeruje na tym, że grafomani chcą pisać i chcą być publikowani. Która cynicznie wmawia im, że mają talent. I Psychoskok publikuje każdy grafomański tekst, jeśli tylko autor mu zapłaci. Czytelnikom wciska się produkty książkopodobne. I nie ma to nic wspólnego z disco polo, do którego porównujesz pan twórczość Psychoskokowych autorów. Piosenkarze disco polo nie fałszują, grafomani z Pyschoskoka nie potrafią z sensem napisać kilku zdań, czego pan swoimi wpisami jednoznacznie dowodzisz.

NIE ZAPŁACIŁEM ANI ZŁOTÓWKI Z WŁASNEJ KIESZENI ZA WYDANIE MOICH KSIĄŻEK – WSZYSTKIE KOSZTY POKRYTE ZOSTAŁY PRZEZ WYDAWNICTWO. Ja wiem, że pisanie wielkimi literami oznacza w internecie krzyk i należy używać tego z rozwagą, ale może dzięki temu ten fakt wreszcie dotrze do Pana Pollaka.

I w tym swoim krzyku jesteś pan równie wiarygodny jak gość stojący pod burdelem i krzyczący, że jest tak dobry w te klocki, że wszystkie dały mu za darmo, może inni muszą płacić, ale on na pewno nie. I nie, nie porównuję w ten sposób Psychoskoka do burdelu, ale rzeczywiście nie wiem, dlaczego od gościa, który nie umie użyć adekwatnego porównania, miałbym wymagać, żeby te porównania rozumiał.

Co do mnie I mojej twórczości, to mogę dodać, iż przeszedłem do ścisłego finału (chociaż rzecz jasna nie wygrałem) konkursu literackiego dla Polonii w Australii z fragmentem mojej powieści. Recenzentami i jurorami były znane nazwiska z tytułami naukowymi.

Za przejaw pisarskiego geniuszu możemy oczywiście uznawać różne osiągnięcia, ale żadne nie będzie umywało się do miejsca w ścisłym finale konkursu literackiego dla australijskiej Polonii za fragment powieści, oceniony przez znane nazwiska z tytułami naukowymi. Uważam, że awans Tomasza Zackiewicza z fragmentem powieści do ścisłego finału konkursu literackiego dla australijskiej Polonii powinien mnie i państwa wprawić w zbiorową ekstazę.

Dlatego [odrzuceni przez normalne wydawnictwa] wydają gdzie się da i jak się da. Kto ma prawo zabronić im tego? I na mocy czego? Bo się komuś to nie podoba? Podobnie jest też w innych zawodach, zwłaszcza tych prestiżowych. Ale wbrew temu naszemu polskiemu betonowi (…)

Może państwo mi podpowiedzą, jak wytłumaczyć betonowi, że nikt niczego mu nie zabrania, bo ja już raz mu tłumaczyłem, ale nie pojął.

Są tacy jak Pan, którym pozwolono (z różnych względów) być pisarzem w naszym kraju i których obdarowuje się nagrodami i zaszczytami, choćby nie wiem jakie grafomaństwo uprawiali. I są tacy, co wcale nie są gorsi niż mainstream, a odmawia się im prawa dołączenia do zaszczytnego grona twórców literackich, bowiem stanowicie zamknięty krąg.

Sam pan pisałeś, że cenzury już nie ma i czasy państwowego garnuszka się skończyły, więc zechciej pan objaśnić, kto i z jakich względów zezwolił mi na zostanie pisarzem. Bo dotąd myślałem, że zostałem pisarzem dlatego, że napisałem dobrą powieść i jedno z wydawnictw postanowiło ją wydać, płacąc mi honorarium. Ale najwyraźniej się myliłem. No, panie Zackiewicz, bo normalnie padnę trupem, że tak ważnej rzeczy o swoim życiu nie wiem. Od kogo dostałem pozwolenie? Od prezesa Kaczyńskiego, od żydowskich bankierów, od facetów w czerni, od templariuszy, od Ku Klux Klanu, od masonów czy od E.T.? I czym się zasłużyłem? Tym, że czytam „Wyborczą”, że popieram Balcerowicza, że nie daję w kościele na tacę, że przerabiam chrześcijańskie dzieci na macę, czy tym, że zmieniam codziennie skarpetki? I skąd wydawnictwo, w którym zadebiutowałem, wiedziało, że jestem z zamkniętego kręgu, bo żadnego zaświadczenia im nie dawałem? Czekam na odpowiedź, panie Zackiewicz, bo rozumiem, że powyższy wywód nie jest wynikiem tego, że w Australii za dużo pan na słońcu z gołą głową chodziłeś, tylko oparłeś go pan na faktach i bez trudu potrafisz je pan wskazać.
A tak z ciekawości, skąd przekonanie, że pan jesteś tak samo dobry, jak pisarze, którzy publikują w Znaku, Prószyńskim, W.A.B., Literackim, Muzie? Bo mnie się wydaje, że skoro te wydawnictwa pana odrzuciły i został panu tylko Psychoskok, to jesteś pan zwyczajnie jako pisarz do bani. A, przepraszam, głupie pytanie, już pan na nie odpowiedziałeś: wygrałeś pan w konkursie z kangurami.

sobota, 6 lutego 2016

Nasi górą

Z niemieckiej telewizji dowiedziałem się, że niemiecka tenisistka Angelique Kerber wygrała Australian Open i że Niemcy zostali mistrzami Europy w piłce ręcznej.

Z polskiej prasy dowiedziałem się, że Kerber nie jest żadną Angelique, tylko Andżeliką, rodowitą Polką, bo bez akcentu mówi w języku Mickiewicza „ja pierdolę”. Do tego nawet chciała grać dla naszego kraju, ale Polski Związek Tenisowy nie był zainteresowany. Nie szkodzi. Moralnie to my wygraliśmy Australian Open, nawet jeśli niemieccy komentatorzy nie są tego świadomi. A że wygraliśmy za niemieckie pieniądze, to świadczy tylko o naszej przemyślności.

Niemieccy kibice piłki ręcznej poza piłką ręczną interesują się głównie polską polityką, w związku z czym podczas gali medalowej wygwizdali premier pacynkę. Żeby nie było wątpliwości, kto gwiżdże, gwizdali z niemieckim akcentem. Szkoda, że pani poseł Krystyna Pawłowicz pośpieszyła się z bojkotem niemieckich towarów, bo teraz nie mamy już po co sięgać w ramach retorsji. No chyba, że za takie uznamy zabranie Niemcom Kerber.

W ramach retorsji za nazwanie PiS-landii państwem mafijnym PiS podało „Wyborczą” do sądu. „Wyborcza” uznała, że po zlikwidowaniu mediów publicznych jest to próba zastraszenia mediów prywatnych. W razie przegrania procesu „Wyborcza” będzie musiała opublikować przeprosiny na swoich łamach (koszt 0 zł), na swojej stronie internetowej (koszt 0 zł) i przesłać je listem do siedziby PiS-u (koszt poleconeg0 4,20 zł). Rzeczywiście PiS dokonuje zamachu na ekonomiczne podstawy bytu prywatnej prasy.

Po udanym zamachu na polsko-słowackie centrum NATO PiS obawia się odwetu ze strony Słowaków. W tym celu musi odzyskać kolejkę na Kasprowy, by na granicy z potencjalnym agresorem nie działała obca firma. Może szpiegować dla wroga, a więc stanowi zagrożenie dla Polski.

Macierewicz, który będzie nas bronił przed Słowakami (piechotą, bo francuskich helikopterów nie chce), powołał podkomisję z wybitnymi specjalistami od parówek i puszek aluminiowych, mającymi ustalić prawdę o zamachu smoleńskim. Do ustalania przystępują bez wyrobionej z góry opinii, jak ta prawda wygląda, to, co wcześniej głosili w ramach pracy zespołu parlamentarnego Macierewicza, poszło w niepamięć.

O powstaniu podkomisji poinformowała radiowa Trójka. Zacytowała dra Macieja Laska, że nie ma w niej osób posiadających doświadczenie w badaniu katastrof lotniczych. Potem lektor wymienił kwalifikacje dwóch członków podkomisji (z dwudziestu jeden), mające sugerować coś przeciwnego. Przesłanie: Lasek mija się z prawdą. Rządowe media nie. Tylko nią manipulują.

poniedziałek, 1 lutego 2016

Bardzo to nie warto

Jestem wielkim orędownikiem self-publishingu, wyłączywszy sytuację, kiedy korzystają z niego grafomani, by wciskać czytelnikom żenujące płody swojej pisarskiej nieudolności. Ale będę odradzał zostanie self-publisherem. Odnoszę się tutaj do tekstu Bartosza Adamiaka, który do tego zachęca.

Adamiak wskazuje, że profesjonalne przygotowanie książki to obecnie stosunkowo niewielki wydatek. To prawda. Myślę, że mając powieść średniej objętości, w cenie kilku tysięcy złotych zmieścimy się z redakcją i składem na przyzwoitym poziomie, ładną okładką i drukiem normalnego nakładu (nie kilkuset czy w ogóle kilkudziesięciu egzemplarzy na cyfrze). Problem zaczyna się później: gdzie to sprzedać? Adamiak jest świadom, że autor-wydawca ze swoją książką nie przebije się ani do księgarni, ani do mediów. I rozwiązuje problem bardzo prosto: jest internet. „Przepotężne” narzędzie, w którym są social media i Allegro. Kwestia marketingu, który my, dzieci sieci, wyssaliśmy z mlekiem matki. Pytanie: skoro to takie proste, dlaczego nikomu się nie udaje? Odpowiedź też jest prosta: bo to myślenie życzeniowe. Można sobie cytować zen i inne tego typu sentencje, do których rzekomo wystarczy się zastosować, by zrealizować swoje pragnienia, a przykra życiowa prawda jest taka, że wyżej dupy nie podskoczysz.

Okoliczności są takie, że obecnie nie da się w Polsce zaistnieć w zbiorowej świadomości jako pisarz, próbując robić karierę przez internet. Książki cały czas sprzedają się głównie w księgarniach stacjonarnych, owszem, sprzedaż w internecie rośnie, ale nawet wtedy czytelnik najczęściej kupuje książkę autora, o którym dowiedział się z prasy, a nie z blogów. Zresztą nie ma nawet specjalnie innej możliwości, bo żeby trafić do księgarni internetowej, na ogół trzeba się najpierw znaleźć w stacjonarnej hurtowni. A na Allegro to można odnieść sukces, sprzedając majtki, a nie własną książkę. To tłumaczy, dlaczego żadnemu self-publisherowi działającemu jedynie czy głównie w internecie nie udało się nawet uzyskać nakładu, jaki bez problemu uzyskują pisarze publikujący w wydawnictwach. Nie uwzględniam oczywiście przypadków, kiedy self-publisher jest znany np. jako bloger, bo to bardziej odpowiada sytuacji celebryty niż pisarza. Jeśli ktoś najpierw wydał książkę, a potem założył bloga, żeby ją wypromować, to poległ.

Adamiak upatruje przyczyny nędzy polskiego self-publishingu w tym, że źle się o nim pisze. I liczy na to, że będzie lepszy PR, kiedy pojawi się polska Amanda Hocking. Moim zdaniem to całkowicie błędna diagnoza. Słusznie pisze się źle, skoro to głównie deska ratunku dla grafomanów, których odrzuciły normalne wydawnictwa. Ale self-publishing nigdzie nie ma dobrej opinii. Niemiecka platforma self-publishingowa Tolino ma kilku dystrybutorów, którzy rozprowadzają również książki wydawnictw. Część z nich książki z Tolino umieściła w dziale „Self-publishing”. Efekt? Śladowa sprzedaż. Tymczasem self-publishing ma się w Niemczech doskonale. Zawdzięcza to Amazonowi. W ogóle w każdym kraju, w którym self-publishing zaistniał, stało się to dzięki Amazonowi. Bez Amazonu nie byłoby Amandy Hocking. I dlatego żadnej Amandy Hocking w Polsce nie będzie, dopóki nie będzie Amazonu.

Nie chodzi oczywiście o sam Amazon jako firmę, tylko o stosowany przez niego system sprzedaży. A konkretnie ranking sprzedaży i rządzące nim zasady. Przede wszystkim ranking jest uczciwy, nie jest to lista bestsellerów Empiku, gdzie książka zostaje bestsellerem, bo wydawca zapłacił, żeby ją tak nazywano. Amazon koryguje „ręcznie” ranking tylko w jeden sposób: nie umieszcza w nim tytułów z kategorii „Erotyka”. Ranking uwzględnia sprzedaż z danego okresu, a nie całościową, co powoduje, że lista nie zostaje zabetonowana przez najsłynniejsze bestsellery. I, co dla self-publisherów najważniejsze, nie rozróżnia między tytułami opublikowanymi samodzielnie a wydanymi przez wydawnictwa.
Sprzedane egzemplarze windują książkę w rankingu, co z kolei skutkuje tym, że jest ona również częściej pokazywana czytelnikowi w samym Amazonie (np. polecana tym, którzy kupili książkę o podobnej tematyce). Promocyjne działania autora dają więc sprzężony efekt, bo nie kończy się na zakupie książek przez te osoby, które zachęcił. Do tego w kategoriach mniej obleganych (bo ranking jest nie tylko globalny, lecz także dla każdej kategorii z osobna) można się znaleźć wysoko z naprawdę niewielką liczbą sprzedanych książek, co może stanowić trampolinę do spektakularnego awansu. Jeden z początkujących niemieckich autorów napisał powieść z akcją w czasie wojen krzyżowych. Jako debiutant w kategorii „Powieści historyczne” prawdopodobnie by przepadł ze względu na dużą konkurencję, ale dodał swoją książkę również do kategorii „Religia”. I na długo zagościł do czołówki, co, również wedle jego oceny, było skutkiem tego, że w tej niszowej kategorii wysforował się na pierwsze miejsce.
Pozycja książki podawana jest zawsze, a nie tylko, kiedy autor jest w puli najlepszych. Na przykład moje dwa opowiadania kryminalno-sądowe „Tödliches Gebot” i „Die Rivalin”, które napisałem po niemiecku i obecnie udostępniam łącznie, były wczoraj na miejscu 151 903, co oznacza, że znalazły się w tak zwanej nirwanie i się nie sprzedają. Niemcy przyjmują, że książka jest widoczna i schodzi, kiedy jest w pierwszych dziesięciu tysiącach. Samo „Tödliches Gebot” było w pewnym momencie w okolicach siedmiotysięcznego miejsca z kawałkiem.

Opisany system spowodował, że w pierwszej setce bestsellerów niemieckiego Amazonu regularnie połowę stanowią książki self-publisherów. Proszę zgadnąć (to nie retoryczny zwrot, proszę podać jakąś liczbę przed przewinięciem w dół), ile egzemplarzy _dziennie_ trzeba sprzedawać, żeby wylądować w pierwszej setce.

N
A
J
P
I
E
R
W

Z
G
A
D
N
I
J

Dane zaczerpnąłem z serwisu Die Self-Publisher-Bibel prowadzonego przez Matthiasa Mattinga, pochodzą one ze stycznia 2013 r.:

Miejsca 1-1o: znacznie ponad 1000
Miejsca 11-30: 200 egzemplarzy dziennie
Miejsca 31-60: 120 egzemplarzy dziennie
Miejsca 61-100: 80 egzemplarzy dziennie

Wśród polskich self-publisherów sprzedanie łącznie 500 egzemplarzy uchodzi za gigantyczny sukces, a sprzedaż kilkudziesięciu egzemplarzy z całą powagą podawana jest jako dobry rezultat.

Nie ma żadnego powodu, żeby Amazon nie zadziałał w ten sam sposób, jeśli wszedłby do Polski, chociaż Adamiak twierdzi inaczej. Nie ma tu żadnej zdecydowanej konkurencji, o którą mógłby się rozbić, jak E-bay o Allegro. Skala byłaby mniejsza niż w Niemczech, skoro rynek książki jest dużo mniejszy, ale wystarczająca, by self-publishing stał się atrakcyjny dla autorów potrafiących pisać, a nie tylko dla grafomanów. A to poprawiłoby opinię o self-publishingu. Tylko właśnie kolejność jest odwrotna. Najpierw dobrzy pisarze publikujący samodzielnie muszą mieć realną możliwość dotarcia do czytelników, a nie zmiana opinii wskutek jednego spektakularnego sukcesu á la Amanda Hocking spowoduje, że czytelnicy zaczną kupować te książki. W tej chwili takiej możliwości nie mają, o czym już pisałem. Na to, że jakaś polska księgarnia, gdzie rzeczywiście są kupujący, np. Publio, wprowadzi system podobny do tego w Amazonie, nie ma co liczyć. Pozostaje czekać na Amazon. Tyle że może być to czekanie do usranej śmierci.

poniedziałek, 25 stycznia 2016

Sądowa wolnoamerykanka

Jeśli sądy kojarzą się komuś ze stosowaniem prawa, to naoglądał się za dużo amerykańskich filmów. Ponieważ thrillery prawnicze oglądam i czytam pasjami, też mam takie skojarzenie, ale dość regularnie jestem wyprowadzany z błędu.

Sytuacja pierwsza. Dostaję z sądu do przełożenia pozew w sprawie gospodarczej. Polska spółka domaga się, żeby szwedzka zapłaciła jej za wykonaną usługę. Nic ciekawego, nic trudnego, standard. Poza żądaniem, żebym przełożył na szwedzki również postanowienie o przyznaniu mi wynagrodzenia. Postanowienie, którego nie ma, bo tłumaczenia jeszcze nie zrobiłem. Takie postanowienie wydawane jest dopiero po wykonaniu przez tłumacza pracy (nieraz długo po), co ma sens choćby dlatego, że ze względu na sposób obliczania honorarium (od liczby znaków gotowego tłumaczenia) nie da się z góry określić, ile owo honorarium wyniesie.

Zamiast postanowienia o przyznaniu mi wynagrodzenia sąd załączył więc wzorek postanowienia z zostawionymi pustymi miejscami. Oczywistym było, że sędzia zamierza na moim tłumaczeniu dopisać sobie odpowiednie kwoty i daty i przystawić na nim pieczątkę. Byłoby to po pierwsze przestępstwo sfałszowania mojego tłumaczenia, które przestałoby odpowiadać oryginałowi, a po drugie bezprawne sporządzenie przez polski sąd dokumentu w języku innym niż urzędowy tego kraju (niestety, w przeciwieństwie do Finlandii Polska nigdy nie należała do Szwecji, więc na szwedzki urzędowy się nie załapaliśmy). Żeby uchronić sędzię przed popełnieniem przestępstwa i bezprawnym działaniem, mogłem przełożyć wzorek, starannie zakreskowując puste miejsca, by nie dało się nic dopisać. Ale uznałem, że byłoby to działanie nieuczciwe, sąd musiałby mi zapłacić za nieprzydatne i niepotrzebne tłumaczenie. Odesłałem więc wzorek nieprzetłumaczony, wyjaśniając, że mogę sporządzić uwierzytelnione tłumaczenie dopiero gotowego postanowienia.

W reakcji sąd do mnie zatelefonował. Najpierw w osobie oburzonej sekretarki, która chciała się dowiedzieć , dlaczego nie wywiązałem się z nałożonego przeze mnie na sąd obowiązku. Jej ton nie pozostawiał wątpliwości, że dopuściłem się czynu co najmniej na miarę rzezi niewiniątek. Po wyjaśnieniu, na które nie potrafiła odpowiedzieć, pani sekretarka spuściła z tonu i połączyła mnie z sędzią. Pani sędzia poinformowała mnie, że ona musi wliczyć koszt tłumaczenia do kosztów sprawy, w związku z tym mam przetłumaczyć wzorek, na którym ona wpisze przecież „tylko kwotę”. A nie może mi dać do przetłumaczenia dopiero gotowego postanowienia o przyznaniu mi płatności, bo postanowienie nie będzie obejmowało kosztów tłumaczenia tego postanowienia, więc trzeba będzie wystawić kolejne, które znowu trzeba będzie przetłumaczyć, za co znowu trzeba będzie zapłacić, co będzie wymagało wydania nowego postanowienia, które też trzeba będzie przetłumaczyć, i tak się będziemy wozili dłużej nawet niż przewidywany czas grania Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy.

Poinformowałem sędzię, że mechanizm tego błędnego koła doskonale rozumiem (mam nadzieję, że państwo też załapali :-), ale złamanie prawa jest kiepskim pomysłem na jego przerwanie. Sędzia miała chyba inne zdanie, bo przekonywała mnie, że takie są wytyczne sądu wyższej instancji i inni tłumacze nie robią problemu, tylko przesyłają przetłumaczone wzorki, które ona uzupełnia. Innymi słowy argument: wszyscy tu, człowieku, łamią prawo, albo z ignorancji, albo mają je gdzieś, więc przestań cudować, dopasuj się i nie utrudniaj innym życia.

Sytuacja druga. Odbieram telefon z wrocławskiego sądu:
– Czy podczas mistrzostw w piłce będzie pan we Wrocławiu?
Najpierw zdurniałem, bo co sąd może obchodzić, gdzie ja będę, jak polscy piłkarze będą zbierać baty we Francji (sorry, ale w żaden sukces nie wierzę). Potem jednak jako jednostka wybitnie inteligentna załapałem, że musi chodzić nie o Mistrzostwa Europy w piłce nożnej, tylko jakieś inne. I rzeczywiście. Po moich pytaniach wyjaśniło się, że sąd miał na myśli nie piłkę kopaną, tylko rzucaną kończynami górnymi. Najwyraźniej sąd uważał, że każdy wrocławianin w ramach lokalnego patriotyzmu będzie wiedział, że Wrocław mistrzostwa piłki rzucanej organizuje, i znał ich terminarz.

Nadal jednak pozostała do wyjaśnienia kwestia, co sąd obchodzi, gdzie ja będę podczas jakiejś imprezy sportowej. Oczywiście jako jednostka wybitnie inteligentna natychmiast domyśliłem się, że sąd obawia się, że jakiś szwedzki zawodnik zgwałci polską cheerleaderkę, bo polski sąd siedzi jeszcze w jaskini i nie wie, że szwedzcy zawodnicy na cheerleaderki patrzeć nie mogą, i wtedy będę potrzebny, by zeznania Szweda przetłumaczyć. Ale pozwoliłem sobie to wyjaśnić, by zapytać, czy sąd oczekuje, że będę w trakcie mistrzostw do jego dyspozycji, a jeśli tak, to na jakiej podstawie prawnej i czy zamierza mi za tę gotowość zapłacić.

Okazało się, że sąd nie zamierza zapłacić, tylko bez podstawy prawnej sporządza listę, którzy tłumacze będą na miejscu, a którzy na przykład wyjeżdżają. Oświadczyłem sądowi, że na razie nie planuję wyjeżdżać, ale być może zmienię zdanie w czasie mistrzostw, więc żadnej deklaracji sądowi nie złożę, zresztą nie muszę, bo mam obowiązek stawić się na wezwanie do tłumaczenia, ale nie mam obowiązku pozostawać w gotowości do dyspozycji sądu. Jeśli w chwili wezwania będą miał wyłączony telefon, znajdował się na drugiej półkuli albo będę cierpiał na chorobę filipińską, to sądowi nic do tego, bo kiedy tylko najdzie mnie ochota, mogę, bez informowania sądu, odciąć się od świata, wsiąść w samolot czy wychylić pół litra. Żadna z tych czynności nie jest przez prawo zabroniona, zabronione przez prawo jest wykonywanie obowiązków zawodowych pod wpływem alkoholu, nie licząc oczywiście obowiązków prezydenckich. Sąd się z moim stanowiskiem w całej rozciągłości zgodził, po czym zapisał sobie, że na czas mistrzostw nigdzie nie wyjeżdżam i pozostaję do jego dyspozycji.

poniedziałek, 18 stycznia 2016

GNIOT KILER

Przecztałem właśnie pana quasi-recenzje o mojej wybitnej powieści i wogle sie dziwie, że ty bezmózga kreaturo umisz czytać, bo inni blogerzy zobaczyli czym się trzeba zachwycać a ty nie. Jak można tak hejtować i obrzucać pisaża błotem, kiedy się nie ma pojęcia o pisaniu recenzji tylko się stosuje chwyty poniżej pasa. Cały ten cytat jest zmanipulowany, bo tam nie stoi że „Ludzie wsiadali i wysiadali do tramwajów i autobusów", tylko „Ludzie wsiadali i wysiadali do tramwajów i trolejbusów”. Czy ty wypierdku kozie z pod ogona wogle wiesz, co to jest trolejbus?!!! To jest tło historyczne! I nic z akcji nie zrozumiałeś! Tam jest wojna! A na wojnie ludzie szczelają. I się zaszczeliwują. Więc to jest logiczne, że nikt nie przeżył. Jak ja cie za tą quasi-recenzję zaszczelę, to też nie przeżyjesz, debilu jeden! I wogle jak śmiesz się na mnie mścić? Kup sobie psa i na nim się mścij, a w internecie to ludzie czytają te twoje flaki na wierzchu bo pisaniem tego nazwać nie można! To jest żałosne! Ordynarne!! Chaniebne!!! Czy ty wszawy palancie wesz, że ja za tą powieść polskiego nobla dostałem? To znaczy pierwszą nagrodę w portalu granice. Co żiri się nie zna a ty kutasie złamany może sie znasz?! Czytelnicy mi pisza że im sie strasznie podoba, sto tysiecy kupili, a ty jesteś mondrzejszy niż sto tysięcy?! I teraz jak nie będą przez ciebie kupować to cie pozwe do sądu, bo straciłem zaufanie jako pisaż! Jak dostaniesz wyrok to odechce ci sie pisania takich kłamiących paszkwili!

E-maile takie jak powyżej (wszelkie podobieństwa do prawdziwych e-maili, wysyłanych przez tak zwanych niezależnych autorów do blogerów, przypadkowe) są efektem choroby o dość skomplikowanej nazwie: Agresja Lub Ekstremalna Kurwica Spowodowana Acefalią Niedouczonych Debili Epatujących Recenzjami. Choroba dotyka głównie self-publisherów i grafomanów. Dotąd nie było na nią lekarstwa i w zasadzie dalej nie ma, ale że słynę ze swojej wynalazczej inwencji, skonstruowałem Specjalny Ochronny Wyłącznik Agresji, w skrócie… ożeż, ku… no, dobra, skrótu nie używamy. Wyłącznik składa się z obudowy i dwóch długich rur i zapobiega wysłaniu tego rodzaju maila do adresata, co pozwala self-publisherowi uniknąć kompromitacji i ośmieszenia się. Wynalazek ma, niestety, jedną wadę, wymaga pomocy drugiej osoby, ale będę go doskonalił, i mam nadzieję, że w przyszłości będzie to Samoczynny Ochronny Wyłącznik Agresji, w skrócie… ku… skrót cały czas taki sam.

Jak korzystać z tego wynalazku? Wyłącznik uruchamia któryś z domowników, zaalarmowany objawami choroby. Są to: próba pobiegnięcia dokądś mimo tkwienia przy komputerze, bordowy kolor twarzy, nabrzmiałe żyły na czole, dym wydobywający się z uszu lub owłosienia głowowego, wulgaryzmy rzucane w stronę monitora (w świetle pozostałych symptomów zespół Tourette’a można wykluczyć), w przerwie między wulgaryzmami sapnięcia, chrząknięcia, świsty lub gwizdy, generalnie jakieś dźwięki, w bardziej zaawansowanym stadium może się pojawić piana wokół ust. Do tego tempo uderzania w klawiaturę pozwalające napisać w miesiąc nie trzy powieści, lecz trzydzieści. Wtedy należy podejść, wziąć jedną rękę chorego i wsunąć ją w rurę Specjalnego Ochronnego Wyłącznika Agresji. Nie powinien protestować, gdyż druga ręka do redagowania maila mu wystarczy. Ale żeby pozwolił na włożenie tej drugiej do drugiej rury, trzeba go jakoś od mailowania oderwać. Dobrym pretekstem jest otwarcie strony, na której miałaby znajdować się entuzjastyczna recenzja jego książki. Na pewno w taki bajer uwierzy i zanim się zorientuje, że krytyk roznosi jego dzieło w puch, będzie miał obie ręce w Wyłączniku. Ale jeśli jego wściekłość okaże się tak silna, że nie skusi go nawet pochwalna recenzja, wówczas trzeba w pierwszej rurze zrobić otwór na dłoń, by dalej mógł klepać w klawiaturę. Bez obaw, konstrukcja Specjalnego Ochronnego Wyłącznika Agresji jest tak pomyślana, że otwór w żaden sposób nie obniży funkcjonalności urządzenia. Dzięki zastosowanym rozwiązaniom obudowa Wyłącznika automatycznie przylgnie do tułowia chorego i wtedy obie rury należy zespolić ze sobą za jego plecami, uniemożliwiając mu nie tylko wysłanie, lecz także napisanie czegokolwiek. Z tego względu Specjalny Ochronny Wyłącznik Agresji można stosować również profilaktycznie, żeby nie dopuścić do powstania powieści, która padnie pastwą krytyków. W tej funkcji bardziej adekwatną nazwą będzie: Grafomanii Niszczyciel Interwencyjny Oraz Tępiciel Kalectwa Intelektualnego Lokalnie Efektywnie Reagujący, w skrócie GNIOT KILER.

piątek, 15 stycznia 2016

Z języczkiem

Ale czy lektura niektórych dzieł Mickiewicza i Słowackiego może być przyjemna? Przez Krzyżaków w latach młodości nie przebrnąłem. Pana Tadeusza liznąłem tylko pobieżnie. (Łukasz Migura, wpis Czy warto zmuszać się do czytania?)

„Krzyżaków” napisał Mickiewicz czy Słowacki? I przykro nam, że amory z panem Tadeuszem zakończyły się tylko lizaniem.

poniedziałek, 11 stycznia 2016

Logik ze spluwą, czyli Jezus polskiej literatury

Czytając recenzję „Za krawędzią nocy” na blogu Koczowniczki, nie mogłem oczywiście przeoczyć nieco wcześniejszego wpisu o kuriozalnym zachowaniu Aleksandra Sowy. Moją uwagę zwróciła informacja, że przerobił on post, do którego odnosiłem się w tekście Biadolenia i banialuki pana grafomana. Zajrzałem tam i odkryłem, że Sowa pozmieniał lub pousuwał niektóre krytykowane przeze mnie fragmenty, poprawił wskazane błędy (jeśli nie wskazałem, na czym konkretnie polega błąd, to poprawił tak, że nadal jest źle, jak w zdaniu „Wielu stawia znak równości pomiędzy niezależnym pisarstwem a grafomanią bez jakiegokolwiek zastanowienia”, ale chwała mu, że próbował :-) i, co najważniejsze, zamieścił polemikę z moim wpisem. Przerobienie w tym celu starego posta, co do którego wiadomo, że ponownie go czytał nie będę (ponownie można czytać teksty zgrabnie napisane, a nie takie, po których bolą człowieka zęby), i staranne unikanie mojego nazwiska świadczy o tym, że Sowa jak ognia boi się mojej odpowiedzi. Schował się ze swoją polemiką głęboko do dziupli i popiskuje z niej cichutko, żeby adwersarz nie usłyszał.

„Polemika” to zresztą za dużo powiedziane, zrozumienie argumentów i przedstawienie kontrargumentów przekracza możliwości intelektualne pana Sowy. Nie byłoby w tym nic sensacyjnego, bo na tym poziomie jest – tak lekko licząc – jakieś 80% „dyskutujących” w internecie, gdyby nie fakt, że Sowa chce uchodzić za pisarza. A od pisarza można by oczekiwać trochę więcej niż sowiego móżdżku, jak Sowa zarzuca mi, że napisałem, chociaż to była oczywista literówka (niestety, Word, nie wyłapuje błędu, kiedy zamiast „swoim” jest „sowim”).

Jeśli postarać się o wyłuskanie czegoś z jego bełkotu, to najciekawsze jest chyba zaprzeczenie, że wcale nie straszy krytyków sądem. Tak się zachłysnął tym, że ma dowód na kłamliwość mojego zarzutu, że dwukrotnie zamieszcza skan wyroku w sprawie, w której go pozwałem. Z tromtadrackim nagłówkiem „zobacz jaka jest prawda” (oczywiście z bykiem interpunkcyjnym, bo jakżeby inaczej). Dowód jest bezwartościowy, bo z faktu, że go pozwałem, bynajmniej nie wynika, że nie straszy on ludzi sądem, ale jest to wyższa logika, której Sowa nie ogarnia. Mógłby mi co najwyżej zarzucać hipokryzję, że sam robię to, o co go oskarżam. Dostrzeżenie, że moje postępowanie jest zupełnie inne, wymagałoby z kolei procesu myślowego, który groziłby mu chyba przegrzaniem synaps i wyparowaniem kory mózgowej.

Po pierwsze pozwanie do sądu a grożenie sądem to dwie diametralne różne rzeczy. Sądy zostały ustanowione w cywilizowanych społeczeństwach do cywilizowanego rozstrzygania sporów między cywilizowanych ludźmi. Wniesienie sprawy do sądu nie jest w żaden sposób naganne, nieprzyzwoite czy niemoralne. Naganne, nieprzyzwoite i niemoralne jest grożenie sądem, żeby wymóc na adwersarzu określone zachowanie, kiedy z góry się wie, że albo sprawa na proces się nie nadaje, albo wcale nie ma się zamiaru z drogi sądowej korzystać. Ja nie rzucam pustymi groźbami, jeżeli uważam, że sprawa kwalifikuje się do sądu, po prostu składam pozew. Sowa ciągle krzyczy, że kogoś pozwie, ale jeszcze nigdy tego nie zrobił, bo jego celem jest wyłącznie zastraszenie krytyków i zmuszenie ich do milczenia, a nie dochodzenie sprawiedliwości.

Po drugie jest diametralna różnica między pozwem o stek wyzwisk a pozwem z powodu prześmiewczej recenzji. Według norm kulturowych i prawnych obowiązujących w naszym społeczeństwie wyzywać innych ludzi nie wolno, za to ich utwory można wyśmiewać do woli. Sowa i inni grafomani nie tylko chcieliby, żeby było odwrotnie, lecz także stosują te odwrotne zasady w praktyce. Pozwałem Sowę z powodu następującego komentarza pod recenzją jego poradnika:

Jacy wielcy? Chłopie! Trzepnij się w czoło!
Nie rób idioty ze mnie i z Czytelnika. Przyłbica? Przyłbice mieli rycerze, Ty zaś jesteś małym człowiekiem, robiącym z siebie publicznie błazna nieudolną kreacją na wielość. Pisarze o uznanym dorobku mają więcej pokory. Czym sobie zasłużyłeś na wielkość? Staraniami by kompromitować innych? Brakiem kultury? Megalomanią, kompleksami i chamstwem? Bo, na pewno nie twórczością. Twoje powieści nie czynią Cię Hemingwayem, Forsythem a nawet Pilchem. Nie do Ciebie należy ocena, czy jesteś wielki, a do Czytelnika. Opluwanie innych w kłamliwych anty-recenzjach może i jest fajne, ale moralnie świadczy jakim prymitywem jesteś i literackiej gwiazdy z Ciebie nie zrobi.
Ubliżasz Layer-Sarzotti, Towarnickiej, Jasińskiej-Brunnberg, Jodełkce i innym. Teraz mnie. Napisz coś wartościowego. Na razie nic takiego nie napisałeś. Jedynie paszkwile, pozwy i stenogramy szczeknięć cienkim głosem w imię niskich, prostackich pobudek małego człowieka.
Jeśli myślisz, że Czytelnik to idiota i nie widzi, jak robisz szum koło siebie w nadziei, że sprzedaż Ci wzrośnie, to podpowiadam: choćbyś opluł pół Polski, Nike za to nie dostaniesz. To Czytelnicy mają prawo do nazywania autora wielkim. Oni o tym decydują. Downy, grafomani, ignoranci (jak piszesz). Nie Ty.

Komentarza już nie ma, bo kiedy Sowa dostał pozew, zrobił w portki i usunął wszystkie swoje komentarze (czy raczej wszystkie, które podpisał własnym nazwiskiem). To wiadro pomyj, które na mnie wylał, było odpowiedzią na następującą wymianę zdań:

Anonim (kryje się za nim Skajstop z forum „Wydawnictwa i ich obyczaje”, który tutaj nie ma odwagi podpisać się nawet pseudonimem): Buta i pieniactwo, a rozumek malutki. Styl też taki sobie, potwornie przegadany. Po kilku zdaniach zaczyna boleć głowa.
Ogólnie pan Pollak okazuje się po raz kolejny malutkim, zakompleksionym człowieczkiem, który lubi czasem dołożyć komuś zza węgła. Tak dla sportu. Kiedyś gościł na forum GW, ale pożegnał się w niesławie, bo generował bardzo negatywne emocje.

Ja: Jak widać, wielcy, niezakompleksieni ludzie potrafią wystąpić z pełną kulturą i otwartą przyłbicą.

Z komentarza Sowy wynika (a pisma procesowe to potwierdziły), że nie pojął on, że słowa o wielkim, niezakompleksionym człowieku są ironiczną charakterystyką przedmówcy, i uznał, że odnoszę je do siebie. Oczywiście w żaden sposób nie usprawiedliwia to jego chamskiej napaści, po prostu uświadomiło mi, że facet jest kompletnie ślepy na sarkazm i ironię. Sprawę rzeczywiście przegrałem: Sowa twierdził w sądzie, że wystąpił w obronie rzekomo przez mnie obrażanych osób z zespołem Downa, a sędzia się z nim zgodziła, choć w rzeczonym komentarzu żadnej takiej obrony nie ma. No cóż, na to, że sędziny w polskich sądach posługują się logiką godną Aleksandra Sowy, nic nie mogę poradzić.

Po trzecie jest diametralna różnica między dochodzeniem swoich praw w procesie cywilnym a grożeniem sankcjami z przepisu kodeksu karnego, który to przepis pozostaje w jawnej sprzeczności z zasadą wolności słowa. Nie mówiąc o tym, że grożenie kodeksem karnym, kiedy żadne przestępstwo nie zostało popełnione, wypełnia znamiona groźby karalnej. Sowa, który został policjantem, powinien o tym wiedzieć. Swoją drogą jest przerażające, że w Polsce do policji może zostać przyjęty, a zatem dostać prawo noszenia broni, ktoś o takiej histerycznej osobowości. Urażony grafoman Sowa może sobie jedynie pokrzyczeć albo obrzucić krytyka obelgami, urażony policjant Sowa może kogoś zastrzelić. Chociaż skoro naszym arsenałem jądrowym ma zarządzać Macierewicz, to może jest w tym jakaś logika systemu.

Nie umiejąc odpowiedzieć na argumenty w moim wpisie, odnoszące się do meritum, czyli samego self-publishingu, Sowa stara się ten wpis zdezawuować typową dla grafomanów, choć mocno już wyświechtaną metodą: pan to napisał, żeby się wypromować i sprzedać swoje książki.

JA, JA drodzy państwo, JA, JA, to, ho, ho! JA to umiem pisać: sami zobaczcie - i tutaj frazeńka „MOJE UTWORY” z maciupeńkim sznureczkiem, tyci, tyci, do księgarenki. A w niej, o! Jak to się dzieje – same dobroci! A nuż ktoś kliknie, hyc i kupi ebooczek albo książeczkę? Może wpadnie troszeczkę pieniążków. Srebrniczek wpadnie, rączki będzie można zacierać i kombinować jak by tu znowu przyłożyć, statystyki sobie podnieść, oglądalność zwiększyć. Brawo będą bić, klaskać i chwalić, że tak Sowie dopie*** (...kłem) i komentować mój przeuroczy, kulturalny blogasek.

Cała ta parafraza odnosi się do jednego, jedynego zdania z mojego tekstu o brzmieniu: „Tymczasem na przykład moje surowe opowiadanie wygląda tak”. Z jednego „ja” Sowa zrobił pięć pisanych wersalikami, a sznureczek sobie domalował, bo link kierował do opowiadania, a nie do księgarni.

Interesujące jest, że zapłatą za moje książki są srebrniczki. Jak wiadomo, w tejże walucie Judasz dostał wynagrodzenie za zdradzenie Jezusa. Rozumiem więc, że jeśli sprzedaż napędza mi krytykowanie Sowy, dokonuję zdrady na miarę tej biblijnej. Czyli Aleksander Sowa uważa się za ni mniej, ni więcej, tylko Jezusa polskiej literatury. I nie pozostaje mi ani państwu nic innego, jak natychmiast postawić ołtarzyk z portretem tego wybitnego twórcy w wianuszku wiekopomnych dzieł, z „Umrzeć w deszczu” i „Requiem do miłości” (to „do” można przykryć jakimś kwieciem, żeby byk nie dawał po oczach) na poczesnym miejscu.

Formułując zarzut, że odniosłem się do wpisu, w którym wywoływał mnie do tablicy, bo chciałem się wypromować i sprzedać parę swoich książek, Aleksander Sowa dokonuje bardzo pięknego samozaorania. Gość o mentalności żydowskiego handlarza starzyzną, który swoje szmaty wciska każdemu, kto się tylko pojawi w zasięgu wzroku, nagle twierdzi, że promowanie się i sprzedawanie własnych książek to coś nagannego. Ciekawe, bo lodówkę rano jeszcze można spokojnie otworzyć, ale komputera już nie, wszędzie wyskakuje Sowa, wciskający swoje produkty książkopodobne. Żeby daleko nie szukać: na swoim blogu Sowa zamieszcza tekst, jakoby książka była złym prezentem. Ma to niby być przewrotne, bo odbiorca ma dojść do wniosku, że wcale nie, ale Sowa w swojej nachalności nie potrafi dostrzec, że musiałby zarekomendować książkę ogólnie jako prezent. Zamiast tego płaszczy się przed nabywcami i usiłuje wepchnąć im swoje pseudopowieści:

Gdyby po lekturze, tego co byłem bezczelny napisać powyżej jednak znalazł się desperat i uparciuch, który (ze)chce kupić książkę na prezent informuję: otóż moje książki można kupić w sprzedaży wysyłkowej w Empiku. I to nie tylko na prezent. Są również dostępne w księgarniach internetowych Amazon, Lulu oraz CreateSpace.

Z tym że przyznajmy: wpis jest tak drętwy, że szanse na dotarcie do tego akapitu czytelnik ma niewielkie (ja zdołałem zmusić się do przeczytania całości dopiero, kiedy postanowiłem ten wpis skomentować). A zatem można powiedzieć, że Sowa wprawdzie wciska swoje wypociny, ale jednocześnie uczciwie pokazuje, że tego, co pisze, czytać się nie da. W świetle policyjnej kariery pana grafomana nowego wymiaru nabiera dowcip o dwóch patrolujących policjantach, z których jeden nie potrafi pisać, a drugi czytać. Ten drugi nie nazywa się Sowa.

poniedziałek, 4 stycznia 2016

Głupiś pan jest

Przeczytałem „Boga urojonego” Richarda Dawkinsa. Dopiero teraz, bo niespecjalnie widzę potrzebę czytania książek, które potwierdzają moje poglądy. Tymczasem Dawkins powiedział mi wiele nowego, dlatego że przede wszystkim jest biologiem ewolucjonistą i o Bogu i religii pisze z punktu widzenia naukowca, a nie „wojującego ateisty”, jak go w sposób dyskredytujący przedstawiają kościelne kręgi.

Choć kilka rzeczy stricte związanych z religią, o których Dawkins pisze, nie jest wcale oczywistych także dla ateistów. Pierwsza, że religia wcale nie zasługuje na szacunek per se (który to szacunek w Polsce zarządzono w ogóle odgórnie kneblującym wolność słowa przepisem). Nie można nikomu zakazywać wyznawania dowolnych poglądów i wierzenia w dowolne nonsensy, ale polemika z tymi nonsensami i nazywanie ich bredniami musi na tej samej zasadzie być w pełni dozwolone i akceptowane (swoją drogą ciekawe, że brednie na temat Smoleńska doczekały się miana religii smoleńskiej). Druga, że moralność i etyka wcale nie są pochodną religii, tylko zachowaniem ewolucyjnym. Dawkins pięknie wskazuje, że w Biblii mamy przedstawione również jako właściwe zachowania, których w ogóle nie akceptujemy, co oznacza, że nie Biblia jest probierzem naszej moralności, tylko bierzemy go skądinąd i do Biblii przykładamy.

Byłem ciekaw, czy Dawkinsa czytają katolicy, czy z góry go odrzucają. Przejrzałem sobie opinie na „Lubimy czytać” i miłe zaskoczenie było takie, że czytają. Gotowość zapoznania się z odmiennymi poglądami i argumentami na ich rzecz dobrze świadczy o intelektualnych horyzontach odbiorcy. Gorzej takie polemiki, jak jedna z zamieszczonych:

Podstawą banialuk wypisywanych przez Dawkinsa jest twierdzenie, że kreacjonizmu i darwinizmu pogodzić się nie da. A to ściema!. Aby to wykazać, przyjmuję: nasz błogosławiony, a za niecałe dwa miesiące święty:
KAROL WOJTYŁA WIELKIM CZŁOWIEKIEM BYŁ!!
I właśnie ten aksjomat jest założeniem niniejszego dowodu.

Aksjomat założeniem dowodu, nieźle. A na hasło „Karol Wojtyła wielkim człowiekiem był”, napisane wersalikami i opatrzone dwoma wykrzyknikami, można tylko paść na kolana.

Wojtyła jako PAPIEŻ JAN PAWEŁ II uznał teorię ewolucji za słuszną, HOCHSZTAPLER DAWKINS, w tej omawianej właśnie książce nazwał szanowanego przeze mnie POLAKA - HIPOKRYTĄ.

Z faktu, że pan Wojciech Gołębiewski, autor tej polemiki, jakiegoś rodaka szanuje, nie wynika wcale, że ktoś inny nie może uznawać go za hipokrytę. Gołębiewski nie podaje niestety numerów stron, a przy 500-stronicowej książce (mam wersję papierową, nie elektroniczną) trudno odnaleźć fragment, do którego się odnosi. Odpowiadam więc z pamięci: Dawkins nie twierdzi, że Kościół nie uznaje teorii ewolucji za prawdziwą, twierdzi, że jest to próba dopasowania nauki Kościoła do naukowych faktów w sytuacji, gdy uczciwe byłoby przyznanie, że te fakty naukę Kościoła obalają, i dlatego Kościół na początku starał się im zaprzeczać.

Dawkins w wywiadzie dla telewizji Al-Jazeera stwierdził, że..
„.wychowanie w rodzinie katolickiej i straszenie piekłem może przynosić większą szkodę niż bycie ofiarą molestowania seksualnego”.

Dawkins stawia tę tezę również w książce, strzelając sobie w kolano. Nie da się tych szkód zestawić, a takie porównanie deprecjonuje cierpienie ofiar molestowania.

Dawkins twierdzi, że: „ateiści mogą być szczęśliwi, zrównoważeni, moralni i spełnieni intelektualnie” oraz, że „ateizm jest dowodem zdrowego i niezależnego umysłu, więc ateiści mogą być z niego dumni”.
To głupota, a ponadto „marketingowe” zagranie mające podtrzymać na duchu tych, którym wydaje się, że są ateistami. BO....

„To głupota” jest niepodważalnie niezbitym argumentem, tym bardziej, że ateistów, jak twierdzi Gołębiewski, wspierając się autorytetem księdza Twardowskiego, po prostu nie ma. Wierzą, tylko nie wiedzą, że wierzą, a dowiedzą się najpóźniej na łożu śmierci. Parę życiorysów (Christopher Hitchens, Hjalmar Söderberg, Marcel Reich-Ranicki) pokazuje, że to nieprawda, ale zastanawiające jest, że wierzący i księża zamiast polemizować z ateizmem, próbują zaprzeczyć jego istnieniu. Czyżby podstawy ich wiary w Boga były tak wątłe, że zagraża im samo istnienie ateistów?

Dalsze wywody Gołębiewskiego trudno uznać za polemikę z treścią książki Dawkinsa, bo chociaż wymienia jego nazwisko, do argumentacji w „Bogu urojonym” w ogóle się nie odnosi. Nawet kiedy wspomina zakład Pascala (wierząc w Boga, możesz uzyskać zbawienie, a nic nie tracisz; kiedy nie wierzysz, nieśmiertelność może ci przejść koło nosa), nie podaje, co Dawkins o tym zakładzie pisze, ani z tym nie polemizuje. Dawkins wskazuje, że to zwykłe kunktatorstwo, które niczego nie dowodzi. Z faktu, że ktoś uzna, że lepiej w Boga wierzyć, bo może mu się to opłacić, wcale nie wynika, że ten Bóg istnieje.

No, ale po co dyskutować, skoro KAROL WOJTYŁA WIELKIM CZŁOWIEKIEM BYŁ!!. W połączeniu ze złotymi myślami księży Twardowskiego i Tischnera daje to niezbity dowód, że Richard Dawkins nie grzeszy inteligencją, bo:

„PAN BÓG MA PRAWO NIE CHCIEĆ MIEĆ ZA SWOICH WYZNAWCÓW LUDZI GŁUPICH”.

Dawkins jest głupi i pisze głupoty. Quod erat demonstrandum.


PS. Z pewnym żalem rezygnuję z systemu komentarzy Disqusa. Mimo wielu zalet ma tę wadę, że komentarze nie są widoczne za granicą i najwyraźniej nie bardzo da się temu zaradzić. A okazuje się, że mam całkiem sporo czytelników spoza Polski, którzy są w ten sposób poszkodowani, nie mogąc zapoznać się z dyskusją pod wpisem. Komentarze, które od września były zamieszczane za pośrednictwem Disqusa, zamieszczę jeszcze raz (na razie zrobiłem to za grudzień), tak że jeśli ktoś będzie chciał, to będzie miał do nich dostęp.