sobota, 24 września 2011

Głębokie zaburzenie stosunku

Tytułowe sformułowanie pochodzi z listu protestacyjnego arcybiskupa Sławoja Leszka Głodzia, ale duchowny wyjątkowo nie zajmuje się seksem ani prokreacją, tylko - co należy uznać za miłą odmianę - muzyką. I protestuje przeciwko zasiadaniu Nergala w jury programu „The Voice of Poland”, co ma być „głębokim zaburzeniem stosunku (...) Spółki [TVP] do misji społecznej”, bo „nie może iść komercja przed dbałością o tkankę życia społecznego”. Dbałością o tkankę języka polskiego arcybiskup głowy sobie nie zaprząta. Równie uroczą polszczyzną posługuje się biskup Wiesław Mering, który uznał, że zatrudnienie Nergala „bije wszelkie granice przyzwoitości”, choć granice się przekracza, a bije rekordy (wtedy nieprzyzwoitości). „Dla wielu Obywateli Polski Chrystus, Jego Ewangelia, Dziedzictwo Chrześcijańskie – są wartościami tak ważnymi, że nie mogą brać udziału w podtrzymywaniu działalności programów telewizyjnych, które do tych wartości odnoszą się z pogardą i szyderstwem”. Wartości biorące udział i podtrzymujące działalność, ale nie wprost, tylko przez to, że są atakowane. I biskupi dziwią się, że ludzie ich nie słuchają. Nadąż człowieku za takim wywodem, kiedy nie jest na piśmie, tylko spływa z ambony.

Mering zagroził, że wezwie do akcji obywatelskiego nieposłuszeństwa i niepłacenia abonamentu, bo „dla mnie najistotniejszym zastrzeżeniem jest, że ja zostaję zmuszony do utrzymywania z moich pieniędzy kogoś, kogo poglądy są mi całkowicie obce, co więcej, kto otwarcie odnosi się z pogardą do ludzi wierzących, a więc i do mnie, do Kościoła i bluźni przeciw mojemu Bogu!” Ja zostaję, moje pieniądze (nie przypadkiem wiernych, którzy położyli je na tacę?), do mnie odnosi się z pogardą (Kościół i Bóg na dalszych miejscach w charakterystycznej kolejności). Ale trzeba docenić uczciwość tej wypowiedzi, że sam Nergal biskupowi aż tak bardzo nie przeszkadza, najgorsze jest, że za pracę w jury dostanie wynagrodzenie z abonamentu płaconego przez biskupa. O ile ten rzeczywiście go płaci. Wziąwszy pod uwagę, że mało kto jeszcze to robi, z chęcią zobaczyłbym skan książeczki albo potwierdzenie przelewów, powiedzmy za ostatnie pół roku. W samą deklarację nie wierzę, bo księża deklarują jeszcze parę rzeczy (np. niewywyższanie się nad innych czy niegonienie za dobrami materialnymi), których wcale nie przestrzegają. Chciałbym również od biskupa Meringa dowiedzieć się, dlaczego z kolei Nergal ma być zmuszony do utrzymywania ze swoich pieniędzy kogoś, kogo poglądy są mu całkowicie obce, co więcej, kto otwarcie odnosi się z pogardą do ludzi niewierzących, a więc i do niego.

Abstrahując jednak od nierozumienia idei podatku (abonament na TVP jest de facto podatkiem) i uderzania w bogoojczyźniane tony, należy biskupom w sprawie Darskiego przyznać rację. Telewizja publiczna ma ustawowy obowiązek przestrzegać wartości chrześcijańskich i choć wprawdzie nie do końca wiadomo, czy tych deklarowanych (miłość bliźniego), czy tych stosowanych w codziennym życiu (bij pedała, ateusza, aborcjonistę), to nie ulega wątpliwości, że drący Biblię i nazywający Kościół zbrodniczą sektą Nergal krzewicielem wartości chrześcijańskich nie jest. Nawiasem mówiąc, złamania prawa można dopatrzeć się również w nazwie programu, bo zgodnie z ustawą o języku polskim podmiot publiczny, jakim jest telewizja, ma obowiązek dbać o polszczyznę, a trudno za taką dbałość uznać nadawanie programom angielskojęzycznych tytułów. Tłumaczenia TVP, że Adam Darski został wybrany na jurora ze względu na swoje kwalifikacje muzyczne, a nie satanistyczne, są równie wiarygodne co tłumaczenia złodzieja, który przyłapany na okradaniu wystawy, wyjaśnia, że zastał rozbitą szybę i chciał zabezpieczyć towar. Muzyków czy krytyków muzycznych w tym kraju nie brakuje, ale nie każdy wsławił się chodzeniem z Dodą, wygranym procesem o obrazę uczuć religijnych i nie każdy ma odwagę chlapnąć coś kontrowersyjnego, co przyciągnie widzów.

Atak biskupów na muzyka pokazuje, że należy wreszcie zlikwidować wszelkie przepisy, których celem jest umocnienie dominacji katolicyzmu. Inaczej sytuacje takie jak tutaj będą się powtarzać: prawo jest ignorowane, a telewizja publiczna, która powinna uczyć, że dura lex, sed lex, demonstruje społeczeństwu, że prawa można nie przestrzegać. Oczywiście przestrzeganie zapisu o propagowaniu wartości chrześcijańskich doprowadziłoby nas prostą drogą do państwa wyznaniowego, stąd postulat jak wyżej.

Biskupi w swoich protestach ustawiają się na czele Katolickiego Społeczeństwa, Katolickiego Narodu i milionów Katolików kochających Świętą Trójcę, czyli Jana Pawła II, Jezusa i Maryję. Jeśli stoi za nimi taki tłum, to co im przeszkadza Nergal w programie? Przecież każdy Prawdziwy Katolik na widok tego diabła wcielonego przełączy na telewizję Trwam i show zostanie zdjęty z anteny, bo sataniści, ateiści, heretycy i innowiercy, stanowiący wedle twierdzeń Kościoła nieistotny statystycznie odłamek polskiego społeczeństwa, nie zapewnią programowi wystarczającej oglądalności.

Głównym sprawcą konfliktu jest TVP, ale wcale nie dlatego, że zatrudniła Nergala, tylko dlatego, że nadaje komercyjny show. Zaproszenie Darskiego do jury było już tylko logicznym następstwem takiej polityki programowej. Tymczasem telewizja publiczna, zamiast konkurować ze stacjami prywatnymi o widza żądnego nieskomplikowanej rozrywki, powinna nadawać koncerty Filharmoników Wiedeńskich, relacje z Carnegie Hall czy z Opery Narodowej. We wpisie Książki a sznurek do snopowiązałek postulowałem odebranie telewizji prawa do nadawania reklam, ale doszedłem do wniosku, że to nie uzdrowi sytuacji. TVP bez reklam i tak będzie pompowała oglądalność w nadziei, że po filmie klasy B z odpowiednią dawką mordobicia spora część widzów z rozpędu obejrzy polityka, którego będzie chciała lansować rządząca akurat w telewizji partia. Zlikwidujmy fikcję, którą utrzymujemy od dwudziestu lat, bo te dwie dekady jednoznacznie dowiodły, że do posiadania telewizji publicznej nie dojrzeliśmy. Na razie jesteśmy na poziomie wieśniaka, który po przeprowadzce ze wsi do miasta uważa, że wanna służy do trzymania w niej kur. Jak za jakieś pół wieku mentalnie dogonimy Brytyjczyków czy Niemców, wtedy zafundujemy sobie telewizję na poziomie BBC czy ARD. Finansowanie z pieniędzy podatników programów typu „The Voice of Poland” jest tych pieniędzy defraudacją, już bez względu na to, czy w jury zasiada Nergal, czy nie.

środa, 21 września 2011

O miłości najpiękniej

W ramach akcji TOP10 blogerzy wskazują dziesięć powieści miłosnych, które im się najbardziej podobały. I ja się dołączę. Kolejność alfabetyczna, bo przydzielanie miejsc byłoby bluźnierstwem. Większość czytałem bardzo dawno temu, więc uwagi mogą mieć niewielki związek z treścią, piszę po prostu, jakie zostało wrażenie, co zachowało się w pamięci.

„Bóg rzeczy małych” Arundhati Roy - duszna atmosfera, zakazana miłość.

„Giaur” George Gordon Byron - czytałem i myślałem „Boże, ale to piękne”.

„Komu bije dzwon” Ernest Hemingway - niektórym dane były tylko trzy dni. Chociaż jak się czyta „Lalkę”, to widać, że aż trzy. No i ziemia się ruszyła.

„Lalka” Bolesław Prus - powieść o miłości niespełnionej też jest o miłości. Lepsza taka niż żadna?

„Między nami nic nie było” Adam Asnyk - często wierszem można powiedzieć więcej.

„Niebłahe igraszki” Hjalmar Söderberg - czy kobiety muszą być takie podłe?

„Pierwszy krok w chmurach” Marek Hłasko - intymna chwila.

„Poniedziałki z Fanny” Per Gunnar Evander - szare dni, szare życie, szarzy ludzie, miłość też szara, a jednak piękna.

„Romeo i Julia” William Szekspir - nie przypadkiem imiona symbole.

„Wichrowe wzgórza” Emily Brontë - pamiętam tylko, że mnie urzekła.

sobota, 17 września 2011

Pirożyńskie Maryjanny

Po tym jak polskim feministkom podpadł Hjalmar Söderberg powieścią wydaną w 1912 roku, bo opisał ówczesne społeczeństwo i nie wziął pod uwagę przemyśleń Lizy Marklund i Magdaleny Środy, to, że i ja podpadnę, miałem jak w banku. Nie zawiodłem się, wrocławska bibliotekarka Irena Brojek wzięła na tapet (sic!) „Niepełnych” i oskarżyła mnie o „przebijający z kart powieści antyfeminizm” (cała recenzja tutaj). Bo „wszystkie występujące w niej kobiety są głupie albo bardzo głupie”. Hm. No to spójrzmy. Główna bohaterka czyta na potęgę i to nie tylko dlatego, że jako osoba samotna, rzadko wychodząca z domu ma dużo wolnego czasu, pochłaniała książki również przed wypadkiem, kiedy jeszcze, jak to młoda dziewczyna, prowadziła intensywne życie towarzyskie. Edyta preferuje przy tym takie autorki jak Janko czy Tokarczuk, a z pewnej sytuacji, którą przeżył Jacek, możemy domyślić się, że nie jest miłośniczką Coelho. Wiadomo jednak, że czytanie, zwłaszcza poważnej literatury, prowadzi prostą drogą do odmóżdżenia, bibliotekarki wiedzą o tym najlepiej, codziennie widują tych głupich albo bardzo głupich ludzi pożyczających książki. Idźmy dalej. Bratowa Jacka jest lekarką. Trudno o wyrazistszy dowód głupoty tej kobiety, przecież niskie IQ jest warunkiem przyjęcia na studia medyczne, członkowie Mensy odpadają w przedbiegach. A do końcowych egzaminów docierają już tylko naprawdę nieprzeciętni idioci. Jakby tych dowodów na antyfeminizm autora było mało, to ukoronowaniem niech będzie Anka, tworząca z Jackiem i jeszcze dwoma kolegami zespół informatyków w firmie programistycznej. Powiedzieć o kobiecie, która wybiera karierę informatyka, że jest bezdennie głupia, to eufemizm, bo naprawdę bystra i inteligentna kobieta zamiast konkurować z mężczyznami, wykorzystuje ich, łapie bogatego męża i żyje na jego koszt.

Powieść antyfeministyczna oczernia kobiety, a wybiela mężczyzn i moja to kryterium spełnia. „Mężczyźni zaś, w zdecydowanej większości, są wrażliwi, mądrzy i opiekuńczy, a jeśli robią coś niewłaściwego, to z powodu złej kobiety”. Opis „wrażliwi, mądrzy i opiekuńczy” pasuje do dwóch mężczyzn w książce: do Jacka i ojca Edyty. Ten robiący „coś niewłaściwego” to przyjaciel Jacka, Romek. Dwóch w stosunku do jednego to jest sto procent więcej, czyli niewątpliwie „zdecydowana większość”. „Coś niewłaściwego” polega na tym, że Romek traktuje kobiety wyłącznie jako obiekty seksualne, do tego stopnia, że nawet ich imiona uznaje za mało istotne plakietki. „Coś niewłaściwego” pasuje jednak znacznie lepiej do tezy, że obraz mężczyzn w książce jest wyidealizowany, niż epitet „prymitywny samiec”. No i - jakżeby inaczej w powieści antyfeministycznej - źródłem zła i tak jest kobieta. Bo Romek jest rozwodnikiem, a jego eks-małżonka to „megiera”. Wiemy o tym wprawdzie tylko od niego, ale dlaczego męski szowinista miałby niepochlebnie wyrażać się o swojej eks-żonie, gdyby nie była to szczera prawda? Przecież po rozstaniu ludzie na ogół postrzegają swojego dawnego partnera przez różowe okulary.

Ponieważ Brojek nie znalazła w powieści uzasadnienia dla wygłaszanych przez siebie arcypiramidalnych bzdur, poszukała go sobie gdzie indziej: „Może nie uwierzyłabym w swoje odczucia, gdybym nie przeczytała jednego z wpisów na blogu autora. Potwierdził nim moją opinię”. Chodzi zapewne o wpis Parytetowe przywileje, w którym sprzeciwiałem się parytetom dla kobiet na listach wyborczych i w zarządach firm. Dowód nie do obalenia, bo przecież jeśli ktoś protestuje przeciwko bombardowaniu Strefy Gazy przez Izrael, jest antysemitą, jeśli nie zgadza się z papieską wizją świata, jest antyklerykałem, a jeśli pasjonuje się Ligą Mistrzów zamiast Tour de France, antycyklistą. Mając tak ustawionego przeciwnika, recenzentka wyprowadza ostateczny cios, przy którym to, co Adamek zainkasował od Kliczki, należy uznać za muśnięcia: „Kolejny mężczyzna bojący się, że faktyczne równouprawnienie obnaży jego słabość?” Buch, autor leży na deskach.

Przed wojną redemptorysta (proszę nie kojarzyć) Marian Pirożyński opublikował poradnik „Co czytać”. O poradniku pewnie nikt by dziś nie pamiętał, gdyby w dwóch genialnych tekstach nie rozprawił się z nim Tadeusz Boy-Żeleński. Ksiądz Pirożyński wszystkie przeczytane przez siebie książki oceniał pod jednym kątem: czy w powieści się całują albo nie daj Boże uprawiają seks i te klasyfikował jako nieodpowiednie dla młodzieży, pozostałe, z opisami morderstw, oszustw, a nawet apostazji uważał za „moralnie obojętne”. Obecnie duchowni książkami się nie interesują, tylko telewizją, a polszczyzna listów protestacyjnych przeciwko zasiadaniu Nergala w jury muzycznego show pokazuje, że literaturę dawno przestali czytać. W miejsce księży polską krytykę literacką obsiadły feministki, które na wzór ojca Pirożyńskiego wertują powieści w poszukiwaniu niecnych fragmentów, przy czym grzechem nie jest już opis sceny miłosnej, tylko negatywnie pokazana kobieta albo pozytywnie przedstawiony mężczyzna. Znalazłszy coś takiego na kartach powieści, oburzone krytyczki obwieszczają: antyfeminista!

Co ma więc zrobić biedny pisarz, który chciałby znaleźć uznanie w oczach tego opiniotwórczego gremium? Pochlebna recenzja w „Wysokich Obcasach” to gwarantowana dobra sprzedaż, ale autor antyfeminista nie może na nią liczyć, „jeśli krytyczny tyłek wyroczni w Delfach języczkiem po pośladkach nie przeciągnie”, żeby zacytować znawcę. Parę wskazówek, jak krytyka płci żeńskiej połechtać, można w recenzjach powieści mojej i Söderberga znaleźć. I tak kobieca bohaterka, by odpowiednio została podkreślona jej inteligencja, powinna być co najmniej fizykiem jądrowym (przepraszam: fizyczką jądrową) z najmarniej dwoma Noblami na koncie. Oczywiście nie mogą być to właśnie Noble, bo natychmiast zostaniemy oskarżeni, że promujemy osiągnięcia wrednego mężczyzny, który dokonanie takiej liczby wynalazków zawdzięcza wyłącznie temu, że nie dopuszczał, by dokonały ich kobiety. Musimy wymyślić fikcyjną nagrodę, na przykład Curie. Ryzykujemy co prawda, że krytyczki odczytają to jako przytyk, że mężczyzna w rzeczywistości nagrodę ufundował, a kobieta nie i oskarżą nas o imputowanie Marii Skłodowskiej-Curie skąpstwa, ale nikt nie powiedział, że podlizywanie się feministkom to łatwy kawałek chleba. Jeśli będziemy opisywać perypetie uczuciowe fizyczki jądrowej, musimy mieć na uwadze, że nigdy, przenigdy nie może ona krzywdzić mężczyzn. Kobiety krzywdzące mężczyzn w przyrodzie nie występują, kobiety są generalnie dobre, kochane i do rany przyłóż, a wszystko inne to propaganda pisarzy antyfeministów. No i pamiętajmy, że jeśli zechcemy dać scenę, jak mężczyzna przynosi tej kobiecie prezent, to nie dlatego, że ona jest taka kochana, tylko dlatego, że ją wcześniej pobił i chce na nowo wkupić się w jej łaski.

Że co? Że to będzie nierealistyczne, nieżyciowe, niestrawne, że to już nie literatura, tylko feminorealizm? Ale jakie pochwały zbierzemy. Liza Marklund nie potrafi sklecić sensownej akcji, w takim „Raju” nic się kupy nie trzyma, jej bohaterowie (w tym serbscy zbrodniarze wojenni) wzdychają co trzy strony (wzdychający w przerwie między gwałtem a morderstwem żołdak jest tak zwaną psychologicznie prawdziwą postacią), bo autorka nie ma innych pomysłów na ekspresję uczuć, pisze tak prymitywnym językiem, że tłumacze rwą sobie włosy z głowy, ale przez polskie krytyczki jest wychwalana pod niebiosa, bo prezentuje zdrowy feminizm: wszystko, co złe, to mężczyźni, z którymi muszą zmagać się przebojowe kobiety. Dla odmiany polskie autorki kryminałów są sekowane, bo co z tego, że prowadzą logicznie akcję, ciekawie zarysowują charaktery, piszą ładną polszczyzną, kiedy za cholerę nie chcą wleźć na barykady feminizmu. I o ile jeszcze pisarz „antyfeminista” może liczyć na stosunkowo łagodne potraktowanie, bo skoro mężczyzna to na pewno, jeśli chodzi o prawa kobiet, mentalnie jest na poziomie społeczności neandertalskiej i trudno czegoś od niego oczekiwać, o tyle pisarki mają przerąbane, bo zaprzańcom się nie wybacza. To, że idee feministyczne większości autorów i autorek nie obchodzą, podobnie jak nie obchodzą ich boje Murzynów o zniesienie niewolnictwa i segregacji rasowej i z tego powodu się do nich nie odnoszą, a nie dlatego, że są rasistami, do pań krytyczek nie dociera i najwyraźniej szans na dotarcie nie ma. Jak Marian Pirożyński nie rozumiał, że pisarze opisują miłość fizyczną, bo to część życia, a pisarze zawsze piszą o życiu, tak Pirożyńskie Maryjanny nie rozumieją, że literaturę tworzy się nie penisem ani waginą, tylko głową.

sobota, 10 września 2011

Nie płacić artystom!

Pan X. odkrył, że żywność jest niezbędna ludziom do życia. Po przemyśleniu swojego odkrycia doszedł do wniosku, że zmuszanie ludzi do płacenia za coś, bez czego nie mogą się obejść, jest niemoralne. Zwłaszcza że takie zboże samo rośnie, świnia też sama nabiera ciała, pompować jej nie trzeba, więc z jakiego tytułu rolnik ma otrzymywać wynagrodzenie? Oburzony złą organizacją świata, pan X. założył fundację, której celem było doprowadzenie do tego, by żywność była za darmo, a rolnicy pracowali za wdzięczność i szacunek (skoro żywność będzie za darmo, z głodu nie umrą). Może państwu się wydaje, że inicjatywa pana X. spotkała się z pukaniem w czoło, a on sam został zlekceważony jako fantasta, na szczęście obecnie już nieszkodliwy, bo sto lat temu tacy fantaści stanowili sporą grupę i zafundowali nam system ekonomiczny, którego skutki odczuwamy do dziś, a wspaniałe efekty nadal możemy podziwiać na Kubie i w Korei Północnej? Nie. Pan X. jest zapraszany na różne sympozja, gdzie domaga się, by, jeśli się tylko da, rozdawać żywność za darmo i w miarę możliwości rolnikom nie płacić. Jeśli ktoś ukradnie bochenek chleba, poważne gazety zapraszają pana X., żeby skomentował zajście, a pan X. udowadnia, że nie mamy do czynienia z kradzieżą, tylko z niemoralnością systemu, w którym za jedzenie trzeba płacić.

Pan X. nazywa się Jarosław Lipszyc, żywność to kultura, a rolnicy to artyści. Raz już Lipszyca krytykowałem, kiedy postulował taką zmianę prawa, by dzieła trafiały do domeny publicznej zaraz po śmierci autora, a nie były chronione jeszcze przez 70 lat (przy czym nie jest to żadne „jeszcze”, a „tylko”, innego majątku nie odbiera się rodzinie 70 lat po śmierci spadkodawcy), wskazałem, że twórcy staliby się w ten sposób obywatelami drugiej kategorii, bo jako jedyni nie mogliby zabezpieczyć w testamencie swoich dzieci. Lipszyc przyjął ten argument i zaapelował na jednej z konferencji o taką zmianę prawa, by uprawnione do dziedziczenia po twórcy były wyłącznie jego dzieci. Jak widać, Lipszyc nie rozumie, że twórca to taki sam obywatel jak każdy inny. Siostra przedsiębiorcy ma prawo po nim dziedziczyć, z jakiego tytułu siostra twórcy miałaby być tego prawa pozbawiona? Powiedzmy, że mam chorą, niepracującą siostrę, którą utrzymuję i której pomagam. Jeśli jestem przedsiębiorcą, po mojej śmierci dziedziczy ona po mnie majątek lub jego część, jeśli jestem twórcą, w rozwiązaniu proponowanym przez Lipszyca zostaje bez środków do życia. I podobnie aberracyjne pomysły Lipszyc wygłasza całkiem na poważnie, a poważna prasa („Magazyn Literacki Książki”) je referuje bez żadnych komentarzy.

Na tej samej konferencji jeden z uczestników stwierdził, że chciałby mieć możliwość udostępniania swoich dzieł za darmo. Że jest to niemożliwe uważa (chyba) też Lipszyc:
„Wprowadzić mechanizmy wyłączania utworów spod prawa autorskiego, jeśli taka jest wola twórcy, bo dziś twórca nawet tego nie może zrobić”.
Chyba, bo Lipszyc pisze jak zwykle mało precyzyjnie i nie bardzo wiadomo, czy chodzi mu o prawa osobiste czy majątkowe. Jeśli o te pierwsze, to rzeczywiście twórca nie może się ich zrzec, tylko do czego doprowadziłaby możliwość, że każdy mógłby utwór danego autora dowolnie zmienić i podpisać własnym nazwiskiem? Jeśli chodzi o prawa majątkowe, to można udowadniać, że autor nie ma możliwości ich zrzeczenia się (http://prawo.vagla.pl/node/7424), tyle że trudno dopatrzeć się, jaki przepis zostaje złamany, kiedy autor udostępnia swój utwór na przykład w Internecie i zezwala na darmowe pobranie go przez każdego chętnego. Zresztą w swoim wywodzie Waglowski podaje, na jakiej zasadzie autor może bezpłatnie udostępnić swój utwór (wolna licencja), tyle że go to nie satysfakcjonuje, bo licencję można wypowiedzieć, a on chciałby, żeby licencjobiorca „czuł się bezpieczny, miał pewność co do prawa, mógł spać spokojnie”. Wziąwszy pod uwagę, że wypowiedzenie licencji rodzi skutki dopiero na przyszłość i nie działa wstecz, a więc wykorzystanie utworu w czasie obowiązywania licencji nie mogłoby zostać uznane post factum za nielegalne, nie bardzo wiadomo, dlaczego licencjobiorca miałby się niepokoić. Waglowski chce tu obwarowania, które nie występuje w żadnej innej dziedzinie życia społecznego, to tak jakby domagał się, żeby ustawa zapewniała właścicielom mieszkań możliwość ich wynajmowania na wieczność, bez prawa zmiany zdania i wypowiedzenia najmu. Człowiek, dopóki żyje, ma prawo zmienić zdanie w każdej kwestii i inaczej rozporządzić swoim majątkiem. I w żadnej dziedzinie życia nie ma stuprocentowej pewności, że stosunki prawne nie ulegną zmianie, dlaczego miałby ją mieć akurat licencjobiorca korzystający z utworu?

W jednym Waglowski i Lipszyc mają rację, że krytykują opłatę na Fundusz Promocji Twórczości. Jeśli chcę wydać książkę czy płytę na przykład w celach charytatywnych, mogę zgłosić się do twórcy i poprosić, by zrezygnował z honorarium. W większości wypadków zapewne się zgodzi. W przypadku książki czy płyty, do której prawa wygasły (nazywając rzecz po imieniu: którą znacjonalizowano), muszę zgodnie z art. 40 ustawy o prawie autorskim zapłacić państwu 5-8 procent od wpływów (nie od zysków, od wpływów brutto, czyli gigantyczny podatek!). I żadna prośba do ministra finansów nic nie da, wiadomo, jak chętnie ten zwalnia obywateli z obciążeń podatkowych (a pomijając już chęci, takie zwolnienie wymaga przejścia całej biurokratycznej procedury). Nie można nawet negocjować niższej stawki, którą w tej chwili rozporządzenie określa na 8%, czyli maksymalną z określonego w ustawie przedziału. Kiedy mamy jako kontrahenta twórcę (albo jego spadkobierców), negocjacje zawsze są możliwe.

Zwolennicy korzystania z pracy twórców za darmo, którzy nie wiadomo dlaczego nie domagają się prawa do korzystania za darmo z pracy lekarzy, piekarzy i murarzy (choć zdrowia, chleba i mieszkania człowiek potrzebuje bardziej niż kultury) posługują się kilkoma stałymi argumentami.

Pierwszym z nich jest, że Internet umożliwiający swobodną wymianę plików zmienił rzeczywistość i prawo autorskie do tej nowej rzeczywistości nie przystaje. Jest to argument typu: skoro wynaleziono pistolet, mogę zabijać ludzi. To, że pojawiło się narzędzie ułatwiające kradzież (nazywajmy rzeczy po imieniu), nie oznacza, że należy ją zaakceptować. Wtedy na tej samej zasadzie należałoby zaakceptować pedofilię, skoro Internet ułatwił pedofilom życie. Albo faktycznie strzelanie do ludzi, bo Internet ma jeszcze parę innych zastosowań poza popełnianiem przestępstw, a pistolet do niczego poza zabijaniem nie służy.

Innym ulubionym argumentem złodziei jest stwierdzenie, że udostępniając utwór za darmo, reklamują twórczość autora, na czym ten tylko może zyskać. Bo jak komuś utwór się spodoba, to go kupi. Ankieta z pytaniem, ile książek z tych, które mu się spodobały, kupił w ostatnim roku użytkownik biblioteki, wykazałaby, że to nieprawdziwa teza. Ale nawet gdyby była prawdziwa, jest to bez znaczenia, bo nie można zmuszać autora, żeby reklamował się wbrew swojej woli. On jest właścicielem swojego dzieła i wyłącznie on decyduje o formie jego udostępnienia, ma przy tym pełne prawo podejmować decyzje dla siebie niekorzystne. Jeśli więc nawet ktoś uważa, że autor postępuje nierozsądnie, to nie daje mu to prawa do rozporządzania jego dziełem. A poza tym artyści to wbrew pozorom ludzie mocno stąpający po ziemi, jeśli spostrzegą, że darmowe udostępnianie utworów w Internecie rzeczywiście przynosi korzyści, będą to robić.

Specyficzną grupą są złodzieje mający świadomość, że z kwoty, którą należy zapłacić za utwór, ledwie skromny procent trafia do twórcy, resztę biorą pośrednicy. I uważają za moralnie usprawiedliwione niepłacenie, żeby nie nabijać kabzy pośrednikom. W tym rozumowaniu pomijają taki drobny szczegół, że w ten sposób pozbawiają twórcę nawet tej niewielkiej kwoty i utrudniają mu publikację kolejnego utworu, bo im mniej pośrednik zarobi, tym mniej chętnie opublikuje kolejny utwór autora.

Za drogie, to kolejny argument. Kiedy zamknięto pasera, który zorganizował platformę, gdzie można było wymieniać się ukradzionymi utworami, „Gazeta Wyborcza” udostępniła swoje łamy na dyskusję, czy można kraść. Jakaś studentka napisała, że kompletne wydanie piosenek Beatlesów kosztuje bodajże 60 zł i to jest na studencką kieszeń stanowczo za dużo. Tej samej studentce nie przeszkadza, że butelka markowego wina kosztuje znacznie więcej i nie uważa, że uprawnia ją to do wyniesienia chyłkiem jednej z winnicy, z usprawiedliwieniem, że bogaty winiarz bynajmniej nie zbiednieje. I tu od razy przechodzimy do kolejnego argumentu czy raczej wyobrażenia, że twórca to człowiek majętny, nie ubędzie mu, jak wysłuchamy za darmo jego piosenki. W przypadku Beatlesów to prawda (że majętni), w przypadku innych twórców nie. Znakomita większość to finansowi przeciętniacy, dla których to, czy odbiorca kupi płytę czy nie, może rozstrzygać, czy zjedzą obiad, zapłacą rachunki i będą mieli czas na nagranie następnej. Jedna płyta powie ktoś, co to znaczy. Więcej niż jeden głos w wyborach. Ale nawet jak twórca jest sławny i bogaty, to też nie usprawiedliwia korzystania z jego pracy za darmo. Jeśli ktoś swoim talentem doszedł do takiej pozycji, że może zarobić na wyspę, to nikt nie ma prawa go tej wyspy pozbawiać.

Wspomniany Lipszyc uparcie lansuje postulat, że niekomercyjne wykorzystanie utworu winno być wyłączone spod ochrony prawa autorskiego. Pomija tu coś, co się nazywa utracone korzyści. Jeśli ktoś zniszczy nam maszynę do robienia lodów, to będzie musiał zapłacić nie tylko za naprawę, ale i za lody, które moglibyśmy sprzedać w czasie potrzebnym na naprawienie maszyny. Darmowa projekcja filmu spowoduje, że na płatną przyjdzie znacznie mniej ludzi. Poza tym, o czym pisałem w swoim artykule Monopol prawa autorskiego (przytaczam go poniżej), finanse to nie jedyna rzecz, która interesuje twórcę, równie ważne, a często ważniejsze dla niego jest, czy utwór wykonuje się, publikuje zgodnie z jego artystycznym zamysłem. Powiedzmy, że na dany utwór artysta nabywców nie ma, a ten, kto, wbrew jego woli albo nie informując go o tym, wykorzystał utwór w celach niekomercyjnych, zadbał, by ani na jotę nie odstąpić od oryginału. Czy wtedy wszystko będzie w porządku? Nie, bo utwór jest własnością autora, a z cudzej własności korzystamy wyłącznie za zgodą właściciela. Powiedzmy, że sąsiad dał nam na przechowanie komplet drugich kluczyków do samochodu. Wyjechał na urlop, a my w tym czasie postanowiliśmy korzystać z jego samochodu. Nawet jeśli nie spowodujemy żadnej szkody, zatankujemy mu z naddatkiem i wymienimy świece na nowe, to nie będziemy w porządku, bo sąsiad może być na przykład emocjonalnie mocno związany z samochodem i nie życzyć sobie, by prowadził go ktoś inny. Dla każdego jest oczywiste, że w takiej sytuacji trzeba zapytać o zgodę, tymczasem coś, co w świecie własności materialnej jest oczywiste, przestaje takie być w świecie własności niematerialnej, i w sumie nie bardzo wiadomo dlaczego.

Monopol prawa autorskiego

Disney, właściciel praw autorskich do „Kubusia Puchatka”, nie zgadza się na wystawianie prozy Milne'a, a Aleksandra Iwanowska, właścicielka praw autorskich do utworów księdza Twardowskiego, chce, żeby za korzystanie z tych utworów jej płacono.

Te dwa fakty skłoniły Jarosława Lipszyca do postawienia w „Życiu Warszawy” (16-17.02) i w „Gazecie Wyborczej” (22.02) tezy, że mamy do czynienia z nową cenzurą „opartą na przymusie ekonomicznym i monopolu prawa autorskiego”. Gdyby przeczytać tylko artykuł w „Wyborczej” trudno byłoby zrozumieć, o co autorowi chodzi. Sformułowanie „monopol prawa autorskiego” ma taki sam sens jak sformułowanie „monopol kodeksu karnego”. W „Życiu Warszawy” Lipszyc wyjaśnia jednak, że pod pojęciem „prawo autorskie” rozumie nie ustawę, tylko majątkowe prawa autorskie: „Podstawową zasadą prawa autorskiego jest monopol na wykorzystanie dzieła, przysługujący aktualnym posiadaczom tego prawa”. Jest to poniekąd prawda, tak samo jak prawdą jest, że właściciel samochodu ma monopol na jego wykorzystanie. Prawo autorskie opiera się bowiem na założeniu, że utwór z ekonomicznego punktu widzenia jest takim samym dobrem jak rzecz materialna i za jego stworzenie i sprzedaż należy się wynagrodzenie, a właścicielem utworu jest jego twórca i wyłącznie on decyduje (z pewnymi wyjątkami) o jego wykorzystaniu lub scedowaniu tego uprawnienia na kogoś innego. Lipszyc nazywając prawo własności „monopolem”, dokonuje manipulacji, bo wiadomo, że monopol jest zjawiskiem niekorzystnym z punktu widzenia konsumenta (w tym przypadku, skoro mówimy o prawie autorskim: odbiorcy kultury) i należy z nim walczyć.

Niezależnie od tej manipulacji artykuły Lipszyca padną na podatny grunt, bo dla wielu Polaków wspomniane założenie wcale nie jest oczywiste. Twórca w polskiej mentalności, a zwłaszcza poeta i pisarz to ktoś, kto powinien przymierać głodem, bo wiadomo, że wtedy tworzy najlepsze dzieła (dowód: „Głód” Hamsuna), a podstawowym zadaniem poety i pisarza jest zbawianie narodu, zbawiać zaś za pieniądze się nie godzi. Tymczasem znakomita większość twórców nie ma takich ambicji. Autor romansideł pisze je dla zarobku, bo lubi, bo akurat to umie, bo ma dwie lewe ręce i nie potrafi układać cegieł i w związku z tym jako murarz nie utrzymałby rodziny. Na swoje nieszczęście, bo nikomu nie przychodzi do głowy, żeby z artykułu 75 Konstytucji RP, mówiącego o zaspokojeniu potrzeb mieszkaniowych obywateli, wywodzić, że murarz powinien pracować za darmo albo żeby jego życiowy dorobek wszedł w skład majątku publicznego, jeśli nie jego decyzją (skoro woli zapisać go swoim dzieciom), to na mocy ustawy.

Tymczasem takiej kuriozalnej interpretacji konstytucji dokonuje grupa artystów teatralnych Indeks 73, o której pisze Lipszyc, i powołując się właśnie na artykuł 73, gwarantujący „wolność twórczości artystycznej” i „wolność korzystania z dóbr kultury”, domaga się prawa do wystawiania „Kubusia Puchatka” bez zgody właściciela praw autorskich. Autorzy tej inicjatywy przeczytali konstytucję dość wybiórczo, bo spełnienie ich postulatów byłoby złamaniem z kolei 64 artykułu konstytucji mówiącego o prawie własności. Poza tym wolność korzystania z dóbr kultury nie oznacza, że każdy ma prawo do zapoznania się z każdym utworem. Poeta może napisać wiersz przeznaczony wyłącznie dla wybranki serca, a muzyk wpuścić na swój występ tylko znajomych. Podobnie wolność twórczości artystycznej nie oznacza prawa do tworzenia dzieł zależnych (w tym przypadku przedstawienia teatralnego na podstawie książki) bez zgody autora oryginału. Pisarz może nie zgodzić się, żeby scenarzysta napisał na podstawie jego powieści scenariusz. Z dowolnego powodu: bo oferują mu za niską stawkę, bo uważa, że jego książka nie nadaje się na film, dlatego, że scenarzysty nie lubi albo po prostu ma taką fanaberię (artyści, jak wiadomo, miewają). I w żaden sposób nie ogranicza to wolności twórczej scenarzysty, bo nikt mu nie broni napisać oryginalnego scenariusza. Natomiast każda inna konstrukcja przepisów ograniczałaby prawa pisarza jako właściciela swego dzieła.

Te prawa i tak są ograniczone, bo przysługują autorowi i jego spadkobiercom tylko przez okres życia autora plus 70 lat po jego śmierci. Co by powiedziała rodzina, gdyby do jej domu zapukał urzędnik i oświadczył: „Dzisiaj mija 70 lat od śmierci waszego pradziadka, który zbudował ten dom, w związku z tym od 1 stycznia przyszłego roku przechodzi on na własność Skarbu Państwa i do tego czasu musicie się wyprowadzić”. Powiedziałaby, że to czystej wody bolszewizm. Dokładnie ten bolszewizm jest jednak sankcjonowany w prawie autorskim, a Lipszyc (i podobne mu głosy) opowiada się za tym, żeby go jeszcze zwiększyć.

Jakie rozwiązanie proponuje? Żeby niekomercyjne wykorzystanie utworu nie wymagało zgody właściciela praw autorskich. Twierdzi przy tym, że w żaden sposób nie naruszy to „zasady, iż uzyskanym dochodem należy się podzielić z twórcą”. Niby słusznie, wykonawca piosenki nie zarobił, nie ma się czym dzielić z autorem tekstu i kompozytorem. Tyle że taka zasada nie istnieje, twórca ma prawo do zarabiania na swoim dziele, a nie do tego, żeby wykorzystujący coś mu odpalił, jeśli sam zarobi. Bezpłatny koncert spowoduje, że organizowanie płatnego będzie mijało się z celem, co oznacza dla twórcy realną stratę. Poza tym finanse nie są jedyną kwestią braną pod uwagę przez twórcę, kiedy wyraża zgodę na wykorzystanie utworu. Autor tekstu piosenki może uważać, że dany piosenkarz nie będzie w stanie jej zinterpretować zgodnie z jego intencjami, i dlatego mu odmówić. Gdyby piosenkarz mimo to miał prawo zaśpiewać ją na koncercie, wyłącznie dlatego, że koncert jest charytatywny, oznaczałoby to pozbawienie autora kontroli nad jego własnym dziełem. A przecież często zdarza się, że twórcy udzielają zgody na wykorzystanie swoich dzieł nieodpłatnie, ale starannie pilnują, żeby utwór był wykorzystywany zgodnie z ich artystycznym zamysłem.

Przejdźmy teraz od ogółu do szczegółu i skupmy się na księdzu Twardowskim. Spadkobierczyni - tak to przedstawia prasa - jest pazerna i chce pieniędzy za udostępnianie utworów, które ksiądz udostępniał za darmo, a tym samym „zawłaszcza” - to już arcybiskup Życiński - jego poezję. Dołóżmy do tego biedne dziatki, którym zabrania się śpiewać poezję księdza, i oburzenie kilkudziesięciu intelektualistów, że pani Iwanowska podjęła kroki prawne przeciwko Wydawnictwom Uniwersytetu Warszawskiego, które nielegalnie opublikowały książkę „Otulona dobrocią”, i już mamy wroga publicznego numer 1.

Przyjmijmy, że pani Iwanowska rzeczywiście chce się na poezji księdza Twardowskiego wzbogacić. Trudno, jej prawo. Wszystkim oburzonym należy przypomnieć, że dał jej to prawo sam ksiądz Twardowski, dobrowolnie i będąc w pełni władz umysłowych. Ks. Twardowski mógł równie dobrze powołać testamentem fundację non profit, która wydawałaby między innymi jego utwory. Albo zastrzec w testamencie, że Aleksandra Iwanowska jest wprawdzie dysponentem praw do jego utworów, ale ma obowiązek udzielać zgody na ich wykorzystanie nieodpłatnie. Z jakiegoś powodu tego nie zrobił. Krytycy Iwanowskiej twierdzą, że działa ona niezgodnie z intencjami księdza Twardowskiego. Może. Tyle że kiedy syn wyprzedaje kolekcję obrazów odziedziczoną po ojcu, a ciotki uważają, że wolą ojca byłoby, żeby również po jego śmierci kolekcja pozostała nienaruszona w rodzinie, to nie wzywają do rewolucji i nie wypisują nonsensów o monopolu prawa spadkowego (że niby podstawową zasadą prawa spadkowego jest monopol na wykorzystanie spadku, przysługujący aktualnym spadkobiercom), tylko co najwyżej wnoszą pozew do sądu, kwestionując testament. Tymczasem krytycy Iwanowskiej wzywają właśnie do rewolucji. Lipszyc postuluje zmianę prawa, bo „jest niemoralne” i nie wystarczy apelować do „poczucia przyzwoitości winnego”. Na marginesie zauważmy, że winnym jest tu pani Iwanowska, która nie złamała żadnego przepisu, natomiast całkowicie w porządku są Wydawnictwa Uniwersytetu Warszawskiego, które wydały książkę, nie mając do niej praw, co jest zwykłą kradzieżą, i chociaż kraść zabrania siódme przykazanie, jakoś potępienia tego uczynku ze strony kościelnej nie słychać. Wracając do sformułowań Lipszyca: nie dowiadujemy się, na czym polega niemoralność prawa, która pozwala pisarzowi czy poecie zabezpieczyć w testamencie swoje dzieci (w większości twórcy jednak nie są księżmi) i zapewnić im dochody ze swoich dzieł. Zmiana tego prawa oznaczałaby, że twórcy byliby jedyną kategorią obywateli, po których rodzina nie mogłaby w pełni dziedziczyć. W przypadku księdza Twardowskiego (jeśli zarzuty wobec Iwanowskiej są prawdziwe, o czym nie wiemy, bo dziennikarze ani nie przedstawiają jej wyjaśnień, ani nie informują, że udzielenia takich wyjaśnień odmawia) mamy po prostu do czynienia z rozminięciem się intencji spadkodawcy z działaniami spadkobiercy. Zdarza się. Nie jest to powód ani do wywracania całego systemu prawnego, ani do bolszewickich działań, jakie proponują intelektualiści w swoim liście protestacyjnym, żeby odebrać Aleksandrze Iwanowskiej prawa do utworów ks. Twardowskiego (jak rozumiem, dekretem, a nie decyzją sądu) i przekazać je w zarząd jakiejś komisji.

Larum świętego oburzenia na Iwanowską zawiera sugestię, że spadkobierczyni pozbawia Naród należnej mu Poezji, tymczasem nic takiego nie ma miejsca. Iwanowska nie odmawia zgody na wydawanie utworów ks. Twardowskiego (do czego też miałaby prawo), a jedynie chce, żeby jej za tę zgodę płacono. Jarosław Lipszyc i arcybiskup Życiński uważają to za degrengoladę i upadek moralny, nie uważają natomiast za degrengoladę i upadek moralny faktu, że na tej samej poezji, na której chce zarobić Iwanowska, zarabia wydawca. Bo Wydawnictwa Uniwersytetu Warszawskiego książki „Otulona dobrocią” bynajmniej nie rozdają bezpłatnie, tylko sprzedają w księgarniach, kasując po 28 złotych od egzemplarza, co, wziąwszy pod uwagę, że za prawa autorskie nie zapłaciły ani złotówki, jest ceną nie tylko pokrywającą koszty wydania, ale i dającą zysk. Dlaczego w jednym przypadku chęć zarobku jest czymś zdrożnym, a w drugim nie? Bo każdy ma prawo zarobić na książce - wydawca, księgarz, redaktor - tylko poeta, kiedy chce za swoją książkę dostać przyzwoite wynagrodzenie, jest z gruntu podejrzany? Wiem, wiem, pani Iwanowska nie jest poetką. Ale poeta scedował na nią prawo zarabiania na jego utworach, więc na jedno wychodzi.

Lipszyc twierdzi, że przymus ekonomiczny jest nową formą cenzury. W domyśle, nie każdego stać, żeby zapłacić za prawo do wykorzystania utworu i trzeba coś z tym zrobić, bo jesteśmy pozbawiani dostępu do kultury. Biedny zespół dziecięcy, któremu straszna Iwanowska każe płacić za prawo śpiewania poezji ks. Twardowskiego, ilustruje tę tezę jak znalazł. Tak się składa, że przymus ekonomiczny czy raczej rachunek ekonomiczny rządzi tym światem. Są rzeczy, których człowiek potrzebuje bardziej od kultury, niezbędne do przeżycia, jak żywność, ubranie i miejsce do spania, a mimo to trzeba za nie płacić. Co więcej, przerabialiśmy już taki system, w którym człowiek miał dostawać wszystko, co mu niezbędne, nawet jeśli nie potrafił na to zarobić. Paradoksalnie okazało się, że dobra są łatwiej dostępne, jeśli trzeba za nie płacić, niż kiedy mają być za darmo, a system do dzisiaj odbija nam się czkawką. I propozycje Lipszyca nie są niczym innym jak postulatem wprowadzenia komunizmu w kulturze, zamiast kontyngentów nakładanych na chłopów mielibyśmy kontyngenty nakładane na twórców.

(2008)

sobota, 3 września 2011

„Kanalia” na Kindle

Proszę państwa, oto pisarz wycofany, spoczynkowy i podłączony, ryzykując ciężki szok poznawczy u panów Kowalczyka i Sowy, którym wydaje się, że tylko oni słyszeli o Internecie, zamieścił swoją książkę w Kindle Store. Amerykańska cena jest z narzutami dla Europejczyków (czytelnicy w Stanach widzą niższą), ale powieść, również w wersji bezpośrednio na Kindle’a, można nabyć taniej w mojej księgarni.



A teraz jak do tego doszło. Ponieważ interesuje mnie wszystko, co związane z książkami, także kwestie prawne i techniczne, zakupienie czytnika było tylko kwestią czasu. Zwlekałem z tym, bo wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazywały, że jako czytelnikowi to urządzenie niespecjalnie mi się przyda, aż trafiłem na blog Roberta Drózda Świat Czytników, będący po prostu kopalnią (rzetelnej) wiedzy o wszystkim, co związane z Kindle’em (pan Robert zdążył już zresztą napisać o „Kanalii”). Mając instrukcję typu idiotensicher, jak kupić Kindle’a, żeby nie przepłacić ani złotówki i jak potem się nim posługiwać, nie mogłem się już oprzeć, choć autor, sam ogromnie zafascynowany czytnikami, lojalnie uprzedzał, że dla niektórych mogą okazać się zbędnym gadżetem.

Kiedy już dostałem Kindle’a, najpierw zainteresował mnie jako pisarza. Od pewnego czasu próbuję znaleźć wydawnictwo, które zechciałoby wznowić „Kanalię”, ale że pierwsze wydanie sprzedało się średnio, o chętnych trudno. Miałem propozycję od wydawcy prowadzącego dystrybucję w kioskach, co na wznowienie jest niezłym pomysłem, bo kioskowa sprzedaż jest nieporównywalnie wyższa niż ta w tradycyjnych księgarniach, ale zażądał ode mnie skrócenia książki o… połowę. Mogłem się tylko popukać w czoło. Popukałem się zresztą też na swój rachunek, bo warunki oferował bardzo przyzwoite i rezygnowałem najwyraźniej z niezłych pieniędzy, ale są jakieś granice prostytuowania się. Przy braku perspektyw na papierowe wznowienie, uznałem, że nic nie stoi na przeszkodzie, by udostępnić „Kanalię” w formie elektronicznej. Przygotowując tekst do ponownej publikacji, odkryłem, że pierwsze wydanie zostało wydrukowane w… wersji redaktorskiej. Jak to się stało? Po dość pobieżnej redakcji dostałem książkę do korekty autorskiej, zrobiłem ją i odesłałem tekst, który powinien pójść do druku. Tymczasem zamiast do druku, trafił do ponownej redakcji (teraz znacznie dokładniejszej), w czym nie byłoby nic złego, gdyby tylko ktokolwiek z wydawnictwa zechciał mnie poinformować, że jest robiona druga redakcja i pozwolił mi się do niej odnieść. Uznano jednak, że autor w procesie wydawniczym jest mało istotny i skierowano książkę bezpośrednio do druku, nie pytając mnie, czy te nowe redaktorskie poprawki mi odpowiadają. A ja oczywiście nie miałem żadnego powodu, żeby sprawdzać, czy gotowa książka odpowiada zaakceptowanej przeze mnie wersji. Podsumowanie mojej pisarskiej kariery wypada więc następująco: wydałem cztery książki swojego autorstwa, z czego przy trzech wydawnictwo albo mnie oszukało, albo w sposób rażący naruszyło moje prawa autorskie. Nie okantował mnie tylko wydawca poradnika, ale pewnie dlatego, że byłem nim sam i mogłem patrzeć sobie na ręce dwadzieścia cztery godziny na dobę.

Dopiero więc teraz miałem okazję zrobić korektę autorską i ta wersja „Kanalii”, która jest w postaci elektronicznej, jest tą „ortodoksyjną”. Poza opisami, które są w księgarniach, o „Kanalii” można poczytać też na blogu, pisałem wcześniej o tym, gdzie umiejscowiona jest akcja i jaki był odbiór powieści.

Ponieważ wydanie elektroniczne powstało głównie z myślą o czytelnikach posiadających Kindle’a, strzeliłbym sobie w kolano, odradzając zakup czytnika. Ale tak jednak zrobię, gdyż po trzech miesiącach użytkowania jestem raczej na nie. Nie mam wątpliwości, że czytniki w przyszłości wyprą papier, ale zanim to nastąpi, musi upłynąć znacznie więcej wody, niż to się apologetom e-booków wydaje. A na razie zwyczajnie nie ma czego na Kindle’u czytać (a konkurencyjnego polskiego czytnika nie ma). Polskie e-booki są drogie, często tak zabezpieczone, że nie da się ich na Kindle’u otworzyć, a jeśli niezabezpieczone, to w formacie dla Kindle’a nieodpowiednim. No i jest ich mało. Normalnie, dobierając sobie lekturę, rozglądam się za tytułami, które mogą mnie zainteresować, i jeśli na taki trafię, książkę po prostu kupuję, przy czym dotarcie do niej nie stanowi na ogół żadnego problemu, praktycznie wszystkie wydawnictwa prowadzą sprzedaż ze swoich stron internetowych, a jeśli nakład się wyczerpał, ratunkiem jest Allegro. W przypadku czytnika zauważyłem (też u innych) taką reakcję, że człowiek zaczyna się rozglądać: co tu by się dało na tym przeczytać. Czyli nie czyta się tego, co chce się czytać, tylko to, co jest dostępne. No i żeby znaleźć coś do czytania, często trzeba przebić się przez zalew grafomańskich pozycji, a ja zwyczajnie nie mam na to czasu. Jeśli wchodzę na jakąś platformę e-bookową i widzę nazwisko Aleksander Sowa, to robię w tył zwrot, bo nie mam ochoty sprawdzać, ilu jeszcze sowopodobnych „pisarzy” zamieściło tam swoje wypociny. Bo przecież znalezienie książki zdatnej do czytania nie oznacza jeszcze, że zainteresuje mnie ona ze względu na temat, ujęcie tematu, język, wrażliwość autora i tak dalej. Zdecydowanie wolę w tym czasie przejrzeć dziesięć papierowych pozycji, o których wiem, że wszystkie przeszły przez sito odsiewające grafomańskie płody, żeby z tych dziesięciu wyłuskać tę jedną, która do mnie trafi.

A z innymi językami wcale nie jest lepiej. Szwedzkie e-booki byłyby dla mnie zbawieniem, bo koszty wysyłki książek ze Szwecji do Polski są horrendalne, ale szwedzki rynek e-booków bardzo przypomina polski. E-booki są w cenie wydań kieszonkowych, które normalnie kupuję, albo często dwa, trzy razy droższe, zabezpieczone przed czytaniem na innych czytnikach niż ten powiązany z księgarnią. Znalazłem jedną stronę z darmowymi książkami, które wcześniej ukazały się na papierze, to wszystkie były w pdf. Ściągnąłem sobie książkę, przekonwertowałem, to mi ją pokaszaniło. Taka sama porażka w Niemczech. Zainteresowały mnie wydane przez W.A.B. opowiadania Ferdinanda von Schiracha pt. „Przestępstwo”. Ponieważ, jeśli ma się taką możliwość, lepiej czytać książkę w oryginale, a W.A.B. nie jest tym wydawnictwem, w którym najchętniej zostawiam swoje pieniądze, poszukałem niemieckiego e-booka. W amerykańskim Amazonie (polski właściciel Kindle’a w Amazon.de zakupów robić nie może) nie było. W efekcie kupiłem papierowe wydanie, będąc w Niemczech. Nawiasem mówiąc, opowiadania bardzo polecam, są rewelacyjne.

Powyższe zastrzeżenia nie dotyczą osób czytających po angielsku, bo tu wybór jest rzeczywiście bardzo duży, ostatecznie za Kindle’em stoi potężny Amazon. Ja angielskiego na tyle nie znam, w całym swoim życiu przeczytałem w tym języku dwie książki, przy czym „przeczytałem” nie jest tu właściwym słowem, przebiłem się przez nie ze słownikiem w ręku.

Dostępność książek z czasem będzie się oczywiście poprawiała, ale mam do czytnika też zastrzeżenia natury bardziej fundamentalnej. Podstawowe jest takie, że to urządzenie techniczne. A urządzenia techniczne się psują. Książka mi się nie zepsuje. Przez te trzy miesiące nastawiłem się na korzystanie z czytnika, więc wychodząc z domu brałem go zamiast książki. I przeżyłem niemiłe zaskoczenie, kiedy w kolejce do dentysty odkryłem, że rozładowała się bateria, która miała trzymać miesiąc czy dwa, i jestem skazany na czasopisma pisujące o majtkach czy braku majtek Dody. Poza tym, o ile sam czytnik rzeczywiście jest lekki i poręczny, o tyle w futerale wcale nie, waży chyba więcej niż przeciętna książka w miękkiej oprawie, ale nosić go bez futerału strach, bo można zarysować ekran. Natomiast na plus trzeba powiedzieć, że urządzenie jest wysokiej jakości i spełnia swoją rolę, to znaczy przy czytaniu nie męczy wzroku. Z ekranami wykonanymi w technologii e-papieru zetknąłem się już wcześniej, szukając antidotum na bóle głowy, które odczuwałem pracując przy komputerze. Znalazłem wtedy monitor 3Qi firmy Pixel Qi, będący połączeniem klasycznego LCD z e-papierem. Ponieważ 3Qi jest dosyć ciemny i wymaga skierowania nań jakiegoś źródła światła, Kindle’a kupiłem od razu z lampką, będąc przekonanym, że jest niezbędna. Tymczasem ekran Kindle’a okazał się dużo bardziej kontrastowy i spokojnie można z niego korzystać nawet przy słabym oświetleniu, lampka przydaje się tylko w (prawie) zupełnych ciemnościach (wreszcie będzie można czytać, kiedy wyłączą prąd). Nie wiem, czy lepszy ekran Kindle’a jest wynikiem tego, że technologia poszła do przodu, czy też to połączenie z LCD nie pozwala na osiągnięcie dobrego kontrastu.

Oczywiście to, że jakieś urządzenie może się zepsuć, nie jest powodem, żeby z niego nie korzystać. Ale wygoda, jaką zapewnia, rekompensuje zwykle z nawiązką uciążliwości, jakie powoduje konieczność napraw (choć czasami człowiek się zdumiewa, ile rzeczy i na ile sposobów potrafi się popsuć). Ale właśnie w przypadku wymiany książki papierowej na czytnik tych korzyści nie widzę. Zwolennicy czytników podkreślają na przykład, że można umieścić w nich całą bibliotekę. Tylko że ja nie potrzebuję chodzić z całą biblioteką po mieście, jedna książka na zajęcie czasu, kiedy trzeba na coś czekać, w zupełności wystarcza. Rzeczywiście trochę inaczej wygląda to w przypadku wyjazdu, na który nie można wziąć zbyt wiele bagażu. W filmie „Apollo 13” astronauci w uszkodzonej rakiecie muszą włożyć kwadratowe wkłady do okrągłych filtrów powietrza (albo odwrotnie). W centrum kontroli lotów jeden z szefów przygotowuje repliki wszystkich rzeczy, które astronauci mają na pokładzie, i demonstrując w jednej ręce kwadratowy, a w drugiej okrągły przedmiot, poleca pracownikom: „musicie włożyć to do tego za pomocą tego [co na stole]”. Szykując się do wyjazdu na dwutygodniową wycieczkę rowerową pod namiot, przygotowałem, co musiałem zabrać, wziąłem sakwy rowerowe, postawiłem jedno obok drugiego, popatrzyłem na bagaż znacznie przekraczający pojemność sakw, przypomniał mi się film i wydałem sobie polecenie: „teraz musisz włożyć to do tego”. Wtedy czytnik by mi się przydał. Tyle że rozwiązując jeden problem, stwarza nowe. Bo książka jako przedmiot jest generalnie mało warta, a w obcym kraju ma już w ogóle status makulatury, więc nikt mi jej nie ukradnie. Czytnika na plaży trzeba będzie pilnować.

Czytnik niezbyt też mnie zachwyca jako pisarza. No bo jak tu złożyć autograf czy napisać dedykację? No i papier jest trwalszy. Książki sprzed pięciuset lat wciąż mamy i możemy je czytać, czy za pięćset lat ktoś będzie w stanie odczytać cokolwiek z płyty CD, jeśli w tej chwili praktycznie przepadły rzeczy zapisane na dyskietkach? W „Apokryfie Agłai” Jerzy Sosnowski opisuje entuzjazm pisarza, który dostaje do ręki swoją pierwszą wydrukowaną książkę. To jest śmieszne, ale tak właśnie człowiek się zachowuje. Trudno mi sobie wyobrazić, by podobną euforię przeżywał pisarz, który swoją debiutancką powieść dostanie na Kindle’a. To jest trochę jak z pieniędzmi: sto tysięcy dolarów zapisane na koncie ma dokładnie taką samą wartość jak sto tysięcy dolarów w gotówce, ale wrażenie na widok banknotów jest zupełnie inne.

Ale żeby nie być tak zupełnie na nie (zresztą napisałem: raczej), to dwie zalety Kindle’a dostrzegam. Po pierwsze lepiej nadaje się do czytania kryminałów, bo ze względu na małe strony wzrok nie powędruje zbytnio naprzód i nie dowiemy się za wcześnie kto zabił. A po drugie, kiedy człowiek jest w takim nastroju, że nie ma ochoty na nic z domowego księgozbioru, wejście do księgarni i ściągnięcie nowej książki to kwestia kilku minut. No ale właśnie nie w Polsce.

PS. Czy jakiś fachman od grafiki mógłby mi wyjaśnić, dlaczego ta sama okładka, która na stronie wydawnictwa ma wyraźne napisy, po wrzuceniu tutaj zrobiła się rozmazana?

sobota, 27 sierpnia 2011

Leczenie krzyżem

Pacjent ateista leżący w szpitalu im. Witolda Orłowskiego w Warszawie, będący na sali sam, zdjął ze ściany krucyfiks i położył go stole. Oburzył tym salową, która uznała, że „pozycja pozioma krzyżowi uwłacza”, i pielęgniarkę, która pouczyła go, że na wiszący naprzeciw jego łóżka krzyż wcale nie musi patrzeć. Obie panie wyłuszczyły znajomej pacjenta, że „większość społeczeństwa jest katolicka, więc mógłby dać spokój i być choć odrobinę tolerancyjny”. „Gazeta Wyborcza”, która opisała zdarzenie, poprosiła o opinię Halinę Bortnowską, szefową Rady Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka oraz Marka Balickiego, byłego ministra zdrowia, obecnie posła SLD. Oboje byli zgodni, szpital to dla pacjenta przedłużenie czy namiastka domu, więc krzyż może w sali szpitalnej wisieć.

Zacznijmy od salowej i pielęgniarki. Formułowanie koncepcji, że pozycja pozioma krzyżowi uwłacza, świadczy o tym, że pani katoliczka salowa nie widziała pogrzebu Jana Pawła II (ani żadnego innego katolickiego pogrzebu albo w czasie mszy żałobnej zastanawiała się, jak będzie wyglądała jej następna fryzura), bo na wieku trumny papieża znalazł się krzyż właśnie w pozycji horyzontalnej. I taką pozycję zwykle na trumnach przyjmuje. Pani salowa powinna więc złożyć doniesienie do prokuratury, że Kościół w czasie swoich ceremonii obraża jej uczucia religijne i zażądać również ścigania Watykanu (prokuratura ma już doświadczenie, skoro zajmowała się ochroną dobrego imienia głowy Państwa Watykańskiego). Powoływanie się na fakt, że większość społeczeństwa jest katolicka, pokazuje, że obie panie katoliczki (podobnie jak znakomita większość ich współwyznawców) do dziś nie pojęły, że współczesna demokracja polega na poszanowaniu praw mniejszości.

Interesujący jest dobór przez gazetę ekspertów komentujących zdarzenie. Z jednej strony teolog, z drugiej poseł SLD. Teoretycznie więc eksperci z dwóch stron barykady, ale właśnie tylko teoretycznie, bo drugiej lewicowej partii tak gorliwie podlizującej się Kościołowi ze świecą szukać. Eksperci mają takie samo zdanie, co jednak nie skłania „Gazety” do zrezygnowania z publikacji opinii jednego z nich i poszukania eksperta, który przedstawiłby pogląd przeciwny.

Twierdzenie, że szpital jest przedłużeniem czy namiastką domu, jest nieprawdziwe: żaden pacjent nie traktuje szpitala jako domu. Przeciwnie, wie, że musi liczyć się z ograniczeniami i niedogodnościami, których w domu nie ma. I każdy chce ze szpitala jak najszybciej uciec. Ale nawet gdyby z twierdzeniem Bortnowskiej i Balickiego się zgodzić, to powstaje pytanie, dlaczego ma to być przedłużenie domu osoby wierzącej, a niewierzącej już nie. Zdjęcie ilustrujące artykuł przedstawia fronton szpitala z czytelnym napisem, że to szpital publiczny. Publiczny, czyli utrzymywany z podatków, publiczny, czyli taki, który ma obowiązek respektować konstytucyjną zasadę neutralności światopoglądowej, a więc być wolny od religijnych symboli. Jak pani pielęgniarka z salową zatrudnią się w szpitalu zakonnym czy prowadzonym przez jakąś katolicką fundację, wtedy będą mogły sobie protestować przeciwko zdejmowaniu krzyży.

Respektowanie neutralności światopoglądowej przez instytucję publiczną akurat w przypadku szpitala nie wiąże się z żadną niedogodnością dla katolików, gdyż każdy pacjent ma do swojej prywatnej dyspozycji kawałek przestrzeni – stolik, ścianę nad łóżkiem – w której może umieścić krzyży do woli. Choć podejrzewam, że gdyby taki pacjent zechciał sobie przybić krzyżyk nad łóżkiem, wtedy panie salowa z pielęgniarką zmieniłyby front i zabroniły mu tego, krzycząc, że nie ma zgody na dziurawienie ścian. Bo w całej tej sytuacji nie chodzi o komfort pacjentów (zresztą żadnych innych poza tym niechcącym krzyża nie było), tylko o pokazanie, że w tym miejscu rządzą katolicy. I dlatego krzyż musi wisieć tak, by niejako obejmował całą salę. Krucyfiks na stoliku nie miałby już tej wymowy, byłby prywatnym wyrazem wiary, a więc nie spełniałby swej roli. Ateiści niech sobie gardłują o swoich prawach, ale Polska zawsze była katolicka, największy papież był Polakiem, więc nawet jeśli jakiś odmieniec nie wierzy, to i tak ma obowiązek być kulturowym katolikiem, a tych, do których to nie dociera, odpowiednio się spacyfikuje: powiesi się im krzyż w Sejmie, wprowadzi religię w szkole, na pogrzeb zawoła księdza.

Bortnowska stwierdza, że wiszący krzyż nie stanowi „ujmy dla ludzi niewierzących”. Polemizuje w ten sposób z wymyśloną przez siebie tezą (wygodne, gdyż dużo łatwiej obalić argument, który się adwersarzowi włoży w usta, niż ten naprawdę przezeń sformułowany), bo żaden niewierzący nie odbiera krzyża powieszonego w instytucji publicznej jako czegoś, co urąga jego godności. Krzyż przeszkadza, bo tworzy religijną atmosferę tam, gdzie jej nie powinno być, irytuje, bo stanowi jaskrawy dowód, że nie żyjemy w neutralnym światopoglądowo państwie, chociaż gwarantuje to konstytucja, ale przecież nie jest dla ateisty obraźliwy. Co najwyżej, jeśli jest to krucyfiks, powoduje nieprzyjemne wrażenia, bo przedstawia człowieka torturowanego i cierpiącego. No ale katolicy na cudze cierpienie, w tym założyciela ich własnej religii, są najwyraźniej wyjątkowo odporni. Swoją drogą ciekawe, że przedstawiciele religii, której „aktem założycielskim” była okrutna śmierć, w imię swej wiary przez stulecia mordujący współwyznawców i innowierców, nazywają teraz cywilizacją śmierci liberalny ustrój, w którym życie ludzkie jest szanowane jak nigdy dotąd w historii.

sobota, 20 sierpnia 2011

Szwedzi versus Polacy

Temat Szwedów zaproponował jeden z komentujących i propozycja przypadła mi do gustu, choć wyszło mi tak bardziej porównawczo.
Szwedów bardzo cenię i wiele ich cech z chęcią przeniósłbym na polski grunt. Na przykład świetną organizację państwa i społeczeństwa. Tłumaczyłem teraz dokumenty w sprawie kradzieży roweru, dokonanej przez Polaka w szwedzkim sklepie. Kradzież dokonana w ubiegłym roku 17 sierpnia, złodziej złapany na gorącym uczynku, akt oskarżenia skierowany do sądu 18 sierpnia, wyrok wydany 20 sierpnia. Bez żadnych ustaw o postępowaniu 24-godzinnym, po prostu szybko i sprawnie, bo duperelami nie ma co zajmować się całe wieki. Polski wymiar sprawiedliwości grzebie się z tą sprawą po roku i, jak ten wymiar znam, będzie się nią zajmował jeszcze długo. I nie jest to kwestia tylko pieniędzy albo nie przede wszystkim pieniędzy, lecz organizacji. Większość szwedzkich dokumentów jest na przykład znacznie krótsza niż ich polskie odpowiedniki, a więc potrzeba mniej czasu na ich sporządzenie. Treści jest oczywiście tyle samo, ale po polsku musi być długo, kwieciście i urzędowo, żeby dokument miał należytą wagę. Po szwedzku wystarczy napisać, że podejrzanego aresztowano, po polsku musi być, że „zastosowano środek zapobiegawczy w postaci tymczasowego aresztowania”. Szwedzki akt oskarżenia jest podsumowaniem śledztwa, bo przecież całą dokumentację sędziowie mają do wglądu, i jeszcze nie widziałem takiego, który miałby więcej niż dwie stroniczki (trzy przy najcięższych przestępstwach), w polskim przytacza się większość ustaleń ze śledztwa, więc powstają obszerne elaboraty. W efekcie w tym samym czasie, kiedy polski prokurator sporządzi dwa akty oskarżenia, jego szwedzki kolega napisze dziesięć czy piętnaście. Jakby się ktoś zastanawiał, dlaczego u nas procesy trwają latami, to tu ma jedną z przyczyn.

Cechą sprzyjającą dobrej organizacji jest umiejętność dyskutowania i nastawienie w dyskusji na rozwiązanie problemu. Szwed, nie przerywając, wysłuchuje argumentów kontrdyskutanta, a potem się do nich odnosi. Polaka argumenty kontrdyskutanta nie interesują, bo jego celem jest zazwyczaj danie świadectwa własnym przekonaniom i wyłuszczenie przeciwnikowi, że nie ma racji. Stąd przerywanie w pół słowa i wygłaszanie monologów mających raczej luźny związek z kwestiami, jakie podnosił rozmówca. Raz zdarzyło mi się zaobserwować zderzenie tych dwóch stylów dyskusji w czystej postaci. Polak mówił i mówił, skoro rozmówca mu nie przerywał, a Szwed z coraz bardziej nietęgą miną czekał, aż ten skończy, najpierw przekonany, a potem już tylko mając nadzieję, że Polaka jego opinia w tej sprawie interesuje i dopuści go do głosu.

To dostrzeganie drugiej osoby, a nie skupianie się wyłącznie na sobie objawia się też w panującej w Szwecji ciszy. Hałas to jest coś, co innym przeszkadza, więc nie należy go bez potrzeby powodować. Impreza (w tym na przykład również wesele!) nie może trwać za długo w noc, bo inni muszą się wyspać. Kiedy mieszkałem w szwedzkim akademiku, co sobotę odbywała się impreza, muzyka na cały regulator, śmiechy, krzyki, ale zawsze o pierwszej w nocy jak nożem uciął zapadała cisza. Bez proszenia, wskazywania, że taki jest przepis, bez wzywania służb porządkowych. I kiedy człowiek do tej ciszy przywyknie, trudno wrócić tutaj, gdzie tramwaje przeraźliwie piszczą, bo nie wiadomo dlaczego szwedzkie mogą jeździć cicho, a polskie nie, gdzie dozorczyni drze jadaczkę o szóstej rano, bo „rozmawia” z kimś, kto stoi przy drugim końcu bloku, i do głowy jej nie przyjdzie, że nie wszyscy wstają o tej porze co ona, gdzie kundle ujadają dwadzieścia cztery godziny na dobę, bo „pies jest od tego, żeby szczekał”, gdzie świat należy do imprezowiczów, a nie do tych, którzy wstają do pracy.

Jak Szwed odbiera styl i hałaśliwość naszych rozmów, pokazują wrażenia Andersa Bodegårda, tłumacza literatury polskiej na szwedzki (przekładał m.in. Gombrowicza i Szymborską). Na początku lat 80. Bodegård został zatrudniony jako lektor na Uniwersytecie Jagiellońskim. Jeden z wykładowców zaprosił go do siebie do domu, a Bodegård tak później relacjonował tę wizytę: „Myślałem, że trafiłem akurat na jakąś dziką awanturę i kuliłem się ze strachu. Dopiero potem zorientowałem się, że chociaż oni na siebie krzyczą, to wcale się nie kłócą. Był to zupełnie normalny wieczór w zupełnie normalnym polskim domu, Polacy tak po prostu ze sobą rozmawiają”.

Szwedzkim pisarzom zazdroszczę nie tylko ciszy, w jakiej mogą tworzyć, ale też czytelników. Szwedzi kupują książki i je czytają, a przy tym pisarza traktują normalnie. Zawód jak każdy inny, ot, opowiadacz historii. Polacy stawiają pisarza na piedestale, ale z czytaniem już gorzej. Na Szwedzie informacja, że jestem pisarzem, nie robi większego wrażenia, niż gdybym powiedział, że jestem fizykiem czy pilotem, ale gdybym pisał po szwedzku, zapewne moją twórczość by znał, u rodaków dostrzegam wyraźny podziw, który jednak nie skłania ich do sięgnięcia po książkę.

Ze wskazaniem, co mi się u Szwedów nie podoba, mam natomiast spory kłopot. Z jednej strony dlatego, że ich charakter mi pasuje, z drugiej strony rzadko ostatnio w Szwecji bywam, co sprzyja idealizowaniu. Na pewno nie lubię ich poprawności politycznej. Szwed obawiając się zarzutu o rasizm, za nic nie zgłosi pretensji, że sąsiad Arab czy Murzyn hałasuje, choć przecież z kolorem skóry tamtego nie ma to żadnego związku. Przy czym jest w tym pełna hipokryzja, bo Szwedzi imigrantów wcale nie lubią, tyle że skrzętnie to ukrywają. Ale wielokrotnie mogłem zaobserwować, jak zmieniało się nastawienie rozmówcy, gdy dowiadywał się, że pierwsza ocena mojej osoby, jakiej dokonał (gość ma ciemne włosy i mówi po szwedzku, a nie po angielsku, ergo: pieprzony imigrant), jest błędna i wcale w Szwecji nie mieszkam. Po informacji, że filologię szwedzką studiowałem na polskim uniwersytecie, pojawiał się już niekłamany podziw, a jak doceniają, że tłumaczy się ich literaturę, najlepiej oddają słowa Stewe’a Claesona (szwedzkiego pisarza, na polski niestety, nie licząc fragmentów w jednej z antologii, nietłumaczonego): „My powinniśmy tym ludziom kłaniać się w pas i dziękować, że chcą uczyć się języka tak małego narodu i przekładać nasze książki”.

PS. Obie wypowiedzi, Bodegårda i Claesona, cytuję tak, jak je zapamiętałem ze spotkań z nimi.

sobota, 13 sierpnia 2011

Breivik a kara śmierci

Zbrodniczy czyn norweskiego terrorysty wywołał na nowo dyskusję o karze śmierci i uaktywnił przeciwników tej kary, którzy uznali za konieczne przeciwstawić się głosom, że więzienie dla kogoś, kto z zimną krwią morduje siedemdziesiąt siedem osób, w tym dzieci albo rodziców na oczach dzieci, jest daleko niewystarczającą sankcją.

Jednym z tych przeciwników jest teolog i filozof Halina Bortnowska, którą przepytała Ewa Siedlecka, wcielając się w zwolenniczkę kary śmierci, choć po pytaniach widać, że tylko na okoliczność tego wywiadu. Rzekomo zwolennicy kary śmierci mają cztery argumenty, Siedlecka po kolei je przedstawia, a Bortnowska obala.

Na zarzut, że więzienie jest w tym przypadku karą niewspółmierną do czynu, Bortnowska odpowiada, że „ogrom zbrodni bywa taki, że żadna kara nie jest odpowiednia”. A ja nie rozumiem, dlaczego z tego ma wypływać wniosek, że nie można zastosować najsurowszej kary, jaką dysponujemy. Skoro nawet kara śmierci jest niewspółmierna do czynu Norwega, to należałoby raczej rozejrzeć się za tym, jak ją zaostrzyć i zastanowić się, czy nie trzeba wrócić do darcia pasów przed egzekucją, a nie stosować karę łagodniejszą. Bo dlaczego w takim razie więzienie, które też jest dość opresyjne, a nie na przykład mandat?

Następnie Bortnowska kwestionuje „ideę sprawiedliwości jako prawa do odwetu czy (...) odpłaty”, bo „jedynym wyjściem jest wyrównywanie zła przez dobro”. Ciekawe, że Bortnowska tę ideę kwestionuje tylko w przypadku kary śmierci. Bo więzienie jest takim samym odwetem czy odpłatą. Gdyby ktoś z rodziny ofiar Breivika, zrozpaczony i zdesperowany, wymierzył teraz samodzielnie sprawiedliwość i pomścił śmierć swego dziecka, zabijając tego degenerata, Bortnowska zapewne nie protestowałaby przeciwko zamknięciu go do więzienia. A w tym przypadku kara więzienia nie spełniałaby nawet jednej ze swych zasadniczych roli, odizolowania niebezpiecznego przestępcy od społeczeństwa, bo byłoby aż nazbyt oczywiste, że ten człowiek nikomu więcej by nie zagrażał. A skoro mamy wyrównywać zło przez dobro, to dlaczego jakieś przesłuchania, trzymanie w zamknięciu, grożenie procesem? Więzienie to przecież też zło, pokaz siły państwa, „miażdżenie człowieka przez tryby sprawiedliwości”, żeby użyć sformułowania samej Bortnowskiej. Z tym że ona odnosi je tylko do kary śmierci. Nie protestuje przeciwko zamykaniu w więzieniu na przykład złodziei, choć tu prędzej za sprawiedliwe można by uznać odstąpienie od karania złodzieja, który zwrócił, co ukradł, i zapłacił poszkodowanemu nawiązkę. Ale jakoś nie widzę, by Bortnowska prowadziła krucjatę przeciwko karze pozbawienia wolności za czyny, w których następstwie pokrzywdzony poniósł tylko stratę materialną, a więc dającą się w pełni zrekompensować bez zamykania winnego w więzieniu.

„Wyrównywanie zła przez dobro” brzmi szlachetnie i podnosi człowieka we własnych oczach, odróżnia go od tych krwiożerczych barbarzyńców dyszących zemstą. Tylko co to ma znaczyć w tym konkretnym przypadku? Przecież zamknięcie na dwadzieścia lat z możliwością przedłużania wyroku w nieskończoność, gdyby okazało się, że zagrożenie nie minęło, nie jest żadnym dobrem. Nawiasem mówiąc Bortnowska takie rozwiązanie pochwala, tymczasem taka konstrukcja prawa, w której skazany nie wie, ile będzie siedział, jest sprzeczna z zasadą, że pozbawionym wolności można być tylko na podstawie wyroku sądowego za konkretne przestępstwo. Nie wolno trzymać człowieka w zamknięciu dlatego, że może coś zrobić. Skoro za swoje winy odpokutował, trzeba go wypuścić. Jeśli uznaje się, że wystarczającą pokutą za zabicie 77 osób jest dwadzieścia lat więzienia, to po tych dwudziestu latach sprawcę należy bezwzględnie zwolnić. To jest czysta hipokryzja, jeśli się oświadcza „my jesteśmy tak humanitarnym i dobrotliwym społeczeństwem, że u nas morderca siedzi ledwie dwadzieścia lat, a mimo to mamy najniższą liczbę zabójstw na świecie”, gdy tymczasem w razie czego morderca może odsiedzieć dożywocie bez wyroku. Wracając jednak do tego odpłacania dobrem, to jeśli traktować te słowa poważnie, należałoby Breivika puścić wolno ze słowami „zastanów się, co zrobiłeś, idź i nie czyń tego więcej”. Taką filozofię, odpłacania dobrem za zło, można sobie stosować w życiu prywatnym, co więcej, nie jest to głupia filozofia, do zmniejszenia ogólnego poziomu agresji się przyczynia, ale to musi być wybór indywidualnego człowieka. Rodziny ofiar Breivika, jeśli chcą, mogą mu wybaczyć. Ale nie można od nich tego wymagać, nie można uważać, że ci, którzy nie wybaczą, są gorsi, mniej szlachetni, mnie ludzcy, takiego czynu człowiek ma prawo nie wybaczyć, nie tracąc przy tym nic ze swojego człowieczeństwa. A tym bardziej nie można oczekiwać, żeby wybaczało państwo. Państwo nie może kierować się zasadą, że za zło odpłacamy dobrem, bo to oznaczałoby konieczność zlikwidowania kodeksu karnego, więzień i policji.

Siedlecka przedstawia argument, że „przykładne ukaranie ma działać odstraszająco”. Po tym właśnie stwierdzeniu widać, że wcale nie jest zwolenniczką kary śmierci. Bo to jest argument, który przeciwnicy kary śmierci uporczywie wkładają w usta swoich adwersarzy, by potem z lubością go obalać, pokazując statystyki dowodzące, że kara śmierci wcale nie odstrasza. W każdym razie nie bardziej niż więzienie. Można się domyślić, że statystyki zabójstw nie zmieniłyby się również, gdyby karą za zabójstwo była konfiskata mieszkania, bo 99% ludności od zabójstwa powstrzymuje nie kodeks karny czy religia, tylko wewnętrzne przekonanie, że bliźnich się po prostu nie morduje. Ale jakoś przeciwnicy kary śmierci takiego dużo bardziej humanitarnego karania nie postulują. Nie postulują również zniesienia więzień i mandatów, chociaż ich działanie odstraszające także jest żadne. Bortnowska mówi, że w przypadku zwykłych zabójców, tj. niekierujących się jak Breivik jakąś ideologią, „każdy (...) uważa, że go nie złapią lub od tej kary się wykręci”. Ale dokładnie tak samo rozumują złodzieje i piraci drogowi, co jednak przeciwników kary śmierci nie skłania do żądań, by zlikwidować więzienia czy przestać wymierzać mandaty.

Sprawa Breivika dobitnie pokazuje, jak „humanitarne” ideały przeciwników kary śmierci nie przystają do współczesnego świata. Ich poglądy abstrahują całkowicie od ludzkiej natury podobnie jak chrześcijańskie „nadstaw drugi policzek”. Dopóki na świecie będą ludzie pokroju Breivika czy ben Ladena, z kary śmierci nie można zrezygnować. Bo zwyczajnie mamy prawo przed zwyrodnialcami się bronić, mamy prawo odpłacić im tą samą monetą, mamy prawo ich zlikwidować. Wystarczy, że będziemy wobec nich fair i uprzedzimy: „nie szanujesz cudzego życia, nie licz na to, że będziemy szanować twoje”.

sobota, 6 sierpnia 2011

Polnische Banditen

Analizując działania norweskiego masowego mordercy, jeden z psychologów powiedział, że rozpoznaje u niego syndrom Herostratesa, a rozmawiająca z psychologiem „Wyborcza” uznała za konieczne wyjaśnić w nawiasie, kim był Herostrates. Zastanawia mnie, skąd u redaktorów przekonanie, że trzeba wyjaśniać: czy sami po raz pierwszy usłyszeli to imię i musieli sprawdzić w Wikipedii, kto zacz, czy uznali, że czytelnikom obce są elementarne fakty historyczne. W tej sytuacji muszę pewnie redaktorom „Wyborczej” lub tym, dla których w swoim mniemaniu piszą, wyjaśnić, kim byli polnische Banditen. Otóż tak nazywali hitlerowcy (hitlerowcy od Hitler, Adolf, przywódca Trzeciej Rzeszy, który rozpętał II wojnę światową) polskich partyzantów walczących z okupantem.

Określenie przypomniało mi się, kiedy przeczytałem artykuł o niemożności ukarania taliba, który zastrzelił kapitana Daniela Ambrozińskiego. Niemożność polega na tym, że kiedy Polaka zabije obywatel obcego kraju, sprawa przechodzi z naszej prokuratury wojskowej do powszechnej, a ta w Afganistanie jest bezsilna, więc podobne sprawy umarza. Niemożność dałoby się łatwo zlikwidować, przenosząc takie sprawy pod jurysdykcję prokuratury wojskowej, ale tylko w teorii, bo jedyne, co potrafimy szybko, sprawnie i elegancko zorganizować to ładny pogrzeb, jak nam się rozbije samolot z wierchuszką na pokładzie. Zorganizowanie takiego szkolenia pilotów, żeby samolotów nie rozbijali, przerasta już nasze możliwości. Zresztą nie jest takie efektowne jak ładny pogrzeb, no i naród nie mógłby się jednoczyć (na parę dni) wokół kolejnego nieszczęścia, które go dotyka, a tak przecież lubimy być cierpiętnikami.

Ponieważ złudzeń co do polskiej nieudolności żadnych już nie mam (szczerze podziwiam tych naiwnych, którzy naprawdę wierzą w to, że raport komisji Millera cokolwiek w polskim lotnictwie zmieni), fakt, że ścigamy taliba nieskutecznie, mnie nie zdziwił, zdziwiło mnie to, że w ogóle ścigamy.

Bo w jakich okolicznościach Afgańczyk zabił Polaka? Czy zamordował turystę zwiedzającego jego kraj, bo chciał go ograbić? Nie. Zastrzelił żołnierza wrogiego wojska, które najechało jego ojczyznę i pozbawiło jego stronnictwo władzy. W sytuacji, gdy najeżdżający ma miażdżącą przewagę i nie można stworzyć linii frontu, opór przybiera formę partyzantki. Tak było właśnie w okupowanej przez Niemców Polsce. Oczywiście możemy sobie uważać, że talibowie są be, a my cacy, chociaż akurat motywowanych religijnie przepisów w naszym kraju nie brakuje. Ale nie jest to powód, by klasyfikować przeciwników jako bandytów, gdybyśmy uważali, że są cacy, to nie prowadzilibyśmy z nimi wojny. To jest ogólny obraz sytuacji. W szczególe wyglądało to tak, że polski patrol szukający wody został zaatakowany w wiosce przez talibów. Na atak polscy żołnierze odpowiedzieli ogniem: „Ambroziński postanawia go [snajpera] "zdjąć". Oddaje strzał i kryje się za narożnikiem murka. Potem wychyla się, by sprawdzić, czy unieszkodliwił snajpera. I wtedy dostaje. Dwa postrzały, jeden po drugim.”

Postrzały okazały się śmiertelne, więc polska prokuratura wszczęła śledztwo, jak rozumiem z art. 148 kk, a dziennikarze „Wyborczej” konsekwentnie nazywają taliba zabójcą. Tymczasem nie ma żadnych wątpliwości, że była to potyczka między dwoma uzbrojonymi oddziałami. Polscy żołnierze wiedzieli, że są na wrogim terenie, spodziewali się, że mogą zostać zaatakowani, wiedzieli, że mogą zginąć, na wojnie żołnierze giną. W walce jeden z nich poległ. Jeśli uważamy, że to jest morderstwo, to powinniśmy zrobić przegląd bitew, w których nasi rycerze i żołnierze zabijali wrogów i postawić ich przed sądem. Zawiszę Czarnego, Bartosza Głowackiego i księcia Józefa Poniatowskiego zaocznie, skoro już nie żyją. No i tych partyzantów, których hitlerowcy uważali za bandytów, bo w takim razie uznajemy faszystowskie myślenie za słuszne.

Podwójne standardy moralne, jakie tu stosują dziennikarze, widać wyraźnie w używanym przez nich słownictwie. Ambroziński chciał taliba „zdjąć” i „unieszkodliwić”. Nie zabić, zgładzić czy zastrzelić, tylko zdjąć i unieszkodliwić. W odwrotną stronę to już nie działa, talib Polaka nie zdjął czy unieszkodliwił, tylko zabił, więc jest zabójcą. Pytanie, co by było, gdyby Ambroziński trafił. Czy też zostałby uznany za zabójcę, którego należy stawiać przed sądem? Wiadomo, że nie. Uznano by, że wypełnił swój obowiązek, może nawet dostałby order za bohaterstwo i zachowanie zimnej krwi na polu walki.

Jak dziennikarze wartościują ludzkie życie, jaskrawo pokazuje też podsumowanie: „Straty: jeden zaginiony i czterech rannych Polaków. Do tego pięciu zabitych i kilkunastu rannych Afgańczyków”. Ci Afgańczycy to nie talibowie, tylko afgańscy policjanci, czyli sojusznicy. Dziennikarze nie podają więc po kolei strat po obu stronach, tylko szeregują, jak rozumiem, według ważności. Ranny Polak to dla nich większa strata niż martwy Afgańczyk. To nie jest człowiek, którego życie dobiegło końca, po którym ktoś będzie płakał, który może zostawił żonę i dziecko albo dopiero marzył o rodzinie i tego marzenia nigdy nie zrealizuje, tylko mało ważny trup, mniej przykry niż rana polskiego żołnierza. Ta hierarchia wyrażona została nie tylko kolejnością, ale i sformułowaniem. Nie „oraz”, tylko „do tego”. Śmierć na doczepkę.

Skończmy wreszcie z tym plemiennym myśleniem, że życie rodaka jest warte więcej niż życie Azjaty czy Afrykanina. Człowiek to człowiek i przedwczesna śmierć każdego jest nieodwracalną tragedią. Jeśli chodzi o ludzkie życie, przestańmy wreszcie być Europejczykami czy sojusznikami USA, a zacznijmy być ludźmi. Nie może być tak, że jak Amerykanie giną, to się emocjonujemy i wzruszamy, bo ładny film o tym zrobią, ale jak sami zabijają, to jest wszystko w porządku, bo to sprawiedliwa wojna. Nie może być tak, że jak Norwegowie padają ofiarą zamachowca, to publikujemy ich zdjęcia, imiona i nazwiska i relacje z ostatnich chwil, ale jak podobny zamachowiec zabija bombą na targu Irakijczyków, to jest to bezimienna tłuszcza, warta ledwie krótkiej notki na dziesiątej stronie gazety.

PS. W związku z pytaniami o blog poruszający sprawy wydawnicze, informuję, że pomysł zarzuciłem. Po części z braku czasu, po części dlatego, że tematy pokrywały się z tym blogiem i szykowanym nowym wydaniem poradnika.