sobota, 25 czerwca 2011

Pisarzu, nie zostawaj indie

Indie (independent writer) to pisarz odżegnujący się od głównego nurtu wydawniczego i publikujący samodzielnie w Internecie. Jednym z nich jest Piotr Kowalczyk, który na swoim blogu zachęca do pójścia w swoje ślady cyklem „Pisarzu, zostań indie”.

We wstępie dowiadujemy się, dla kogo cykl nie jest przeznaczony. Jeśli twoim marzeniem jest być pisarzem spoczynkowym w powyciąganym szarym swetrze i gierkowskich denkach, któremu przeznaczone jest wylądować za młodu w więzieniu, szpitalu psychiatrycznym albo na cmentarzu, możesz przestać czytać już teraz. Osobiście chciałbym się dowiedzieć, co to za gatunek pisarza „spoczynkowy” i dlaczego jest predestynowany do wylądowania, i to już za młodu, w więzieniu, psychiatryku albo na cmentarzu. Frapuje też mnie, co to są owe „gierkowskie denka”. Nigdy w życiu tego określenia nie słyszałem, Google takiego połączenia nie zna. Domyślam się, że okulary, ale dlaczego gierkowskie? Gierek okularów nie nosił, z okularami kojarzy się Jaruzelski.
Jeżeli uważasz, że samodzielne wydawanie książek to obciach i zwykłe odzieranie postaci pisarza z magii materializowanej dymem papierosowym i okresami niemocy twórczej – daj sobie spokój . Proszę państwa, czy to nie skandal? Mamy naukowe odkrycie, może nie na Nobla, ale na artykuł w „Nature” czy „Science” na pewno, a tymczasem cisza. Wybitny znawca tematu Piotr Kowalczyk odkrywa, że niemoc twórczą powoduje publikowanie książek w wydawnictwach, pisarze samodzielnie wydający swoje książki na niemoc twórczą nie cierpią, przyczyny blokady prowadzącej do depresji, alkoholizmu czy samobójstwa wyjaśnione i nikt o tym nie mówi? Co się stało? Czy tłumacz przysłany przez „Nature” odmówił tłumaczenia tekstu, kiedy przeczytał o „magii materializowanej okresami”? Albo jakiś zawistny konkurent, który sam szuka rozwiązania zagadki, zyskał posłuch dla swego kłamliwego i oszczerczego twierdzenia, że indie nie cierpi na niemoc twórczą, bo to zwykle grafoman, a ci, jak wiadomo, bez trudu zapełniają „myślami, które cisną ich pod czaszką” tysiące stron? Bez względu na przyczyny jest to skandal, który natychmiast należy wyjaśnić!

W drugiej części (wstęp jest pierwszą, wstęp to wstęp, ale Kowalczyk ma hinduską numerację) autor dowodzi, że poszukiwanie wydawcy jest błędem, bo a) wydawcy nie mają czasu na czytanie nadesłanych tekstów; b) nie chcąc czytać, wolą twórców z dorobkiem. Pisarz z dorobkiem jest o niebo lepszy niż pisarz bez dorobku. Jeśli na twoim koncie jest ‘jedynie’ świetna powieść, to jest to stanowczo za mało. O tym, że powieść jest świetna wydawca nie wie, a czytać mu się nie chce, bo nie masz dorobku. Koło się zamyka – i jest to koło z rodzaju tych najbardziej absurdalnych.
Powieść na koncie to już wprawdzie dorobek, ale zdaje się, że Kowalczyk rozumie przez to pojęcie powieść napisaną, ale jeszcze niewydaną. I konkluzja jest taka, że debiut to kwadratura koła. Rzecz niewykonalna. Szkoda, że Kowalczyk nie zechciał wyjaśnić, skąd się w takim razie biorą pisarze z dorobkiem. Pilch przyleciał z Marsa, Gretkowska urodziła się jako autorka trzech książek, Krajewski zaczął od wydania swojej piątej książki, a potem wrócił do pierwszej? I jakim cudem w ostatnich latach zadebiutowali Sylwia Kubryńska, Szymon Bogacz, Marek Wiśniewski, Wiktor Hagen, Maria Ulatowska wraz z wieloma innymi? Aha, Kowalczyk twierdzi, że problemu nie ma, jeśli w wydawnictwie pracuje wuj lub kumpel debiutanta. Z tego, co wiem, Krajewski w Wydawnictwie Dolnośląskim nie miał znajomych ani rodziny, podobnie ja w Santorskim czy Kubryńska w Nowym Świecie. I tak jest w przypadku znakomitej większości debiutantów, zarzuty Kowalczyka są typowe dla nieudacznika, który nie może dostać pracy, więc żeby nie przyznawać się do własnej nieudolności, tłumaczy sobie, że to przez brak pleców. Kowalczyk podaje przykład kilku słynnych pisarzy, którzy długo dobijali się do wydawnictw. Bywa i tak, ale nierzadko książka debiutanta jest przyjmowana od ręki. Przykładem niech będzie tu Gaja Grzegorzewska. Posłała swojego „Żniwiarza” do wydawnictwa EMG (i nigdzie więcej), Irek Grin (niewujek, niekumpel) przeczytał, spodobało mu się i wydał. Nie chodziła, nie prosiła się, nie czekała latami na wydanie. Owszem, żeby tak trafić, trzeba mieć trochę szczęścia, owszem, wydawcy lekceważą autorów, nie czytają wszystkich propozycji wydawniczych (ale że nie czytają w ogóle, jest twierdzeniem nieprawdziwym), generalnie rzeczywiście jest to droga przez mękę, ale droga, wbrew twierdzeniom Kowalczyka, do przejścia. Zresztą jaka jest alternatywa?

Alternatywę przedstawia Kowalczyk w części trzeciej. Jest nią publikowanie samodzielne, a dzięki Internetowi można robić to bez kosztów i dzięki temu samemu Internetowi można dotrzeć do czytelników. Ale żeby publikować samodzielnie, trzeba mieć określone cechy, pierwszą z nich jest wszechstronność: pisarz (...) przyjmuje nowe role (...) wykonuje zadania redaktora, korektora czy grafika. Po tym stwierdzeniu wyraźnie widać, że ci tak zwani autorzy 2.0 nie mają bladego pojęcia o warsztacie pisarskim. Pisarz nie może sam sobie być redaktorem i korektorem. Człowiek nie wyłapie wszystkich swoich błędów, potrzebne jest świeże spojrzenie. Publikacja to nie tylko udostępnienie tekstu czytelnikom, to również opracowanie tego tekstu, by był na odpowiednim poziomie.
Inną cechą indie ma być proaktywność. W odróżnieniu od pisarza tradycyjnego, za którego wszystko załatwia wydawnictwo, indie działa, nie czeka na cud, na szczęśliwy zbieg okoliczności. Nie bardzo rozumiem, dlaczego scedowanie działań promocyjnych i dystrybucyjnych na osoby, które się na tym znają i mają opracowane skuteczne procedury, miałoby być czekaniem na cud. Czy lepiej powierzyć coś fachowcom, czy wyważać otwarte drzwi? Kowalczyk twierdzi, że indie musi codziennie podejmować decyzje dotyczące swojej książki (stąd pewnie proaktywność, a nie zwykła aktywność), a tych, których może to zniechęcać, dopinguje: w swojej książce co chwila każesz bohaterom podejmować decyzje. Jako indie sam jesteś bohaterem swojej historii. Brzmi wzniośle, tylko sensu za grosz nie ma. Decyzja, na jakiej platformie mam jako indie opublikować swoją książkę, czy promować ją intensywniej na Twitterze czy Facebooku, nie jest żadną zmieniającą życie decyzją, jedną z wielu, jakie się podejmuje w każdej działalności. Kowalczyk jako przykład „odważnej decyzji” przytacza pomysł autora, który postanowił się promować, pisząc powieść w trzy dni, a czytelnicy na bieżąco śledzili postęp prac w Internecie. Dlaczego pomysł happeningu miałby być „odważną decyzją”? No chyba, że Kowalczykowi chodzi o odwagę robienia z siebie głupka, bo pisanie powieści w trzy dni ma tyle samo sensu co próba przebiegnięcia maratonu w kwadrans.
Ale najwspanialszą cechą pisarzy niezależnych jest kreatywność. Jak wiadomo, pisarze zależni są tego atrybutu całkowicie pozbawieni. [Niezależni] Nie mają pieniędzy na wielką premierę w salonach prasowych, nie stać ich na zorganizowanie okazałego spotkania z dziennikarzami, po którym można przy lampce wina zrobić dobre wrażenie. Nie mają środków na realizację trailera książkowego. Co pozostaje? Kreatywność. Chociaż wiek debiutantów ostatnio mocno się obniżył, to wciąż jednak pisarstwo pozostaje zawodem, w którym debiut w wieku dojrzałym a nawet podeszłym jest czymś naturalnym, więc widać, że pisarze niezależni rekrutują się z biedoty albo z ludzi, którzy nie potrafią się dorobić. Można by zapytać, dlaczego nie wykorzystali swojej kreatywności.
Dwie kolejne cechy, które Kowalczyk podziwia u pisarza niezależnego (czyli u siebie), to ekspansywność i otwartość. Pisarze niezależni szukają okazji, trampoliny, która pozwoli im szybko dotrzeć do nowych czytelników. No jak książek pisarzy niezależnych nie uświadczy się w księgarniach ani bibliotekach, czyli tam, gdzie szuka ich znakomita większość czytelników, to rzeczywiście potrzebna trampolina. Nie ma to nic wspólnego z wycofanym geniuszem, który generalnie pije wódkę i od czasu do czasu zabiera się za napisanie wiersza, który to wiersz będąc jeszcze w formie białej kartki, już jest arcydziełem. Wycofany geniusz to taki, który już nie jest w obiegu, czy taki, któremu poziom inteligencji się cofnął? A po sarkastycznej uwadze o wierszu widać, że cechą pisarza niezależnego (niewymienioną przez Kowalczyka) są ciężkie kompleksy i zawiść wobec pisarza prawdziwego. Pisarz ze wspomaganiem wydawniczym ma tę przewagę, że może być wykreowany – czasem na kogoś zupełnie innego, niż jest w rzeczywistości. Czy masz tyle pieniędzy, żeby być kimś innym? Lepiej jest być autentycznym. Jak jest dobrze – pisać, że jest dobrze. Jak jest źle – pisać, że jest źle. Pisarz ze wspomaganiem to niemal jak sportowiec na dopingu. Ale skoro jest wspomaganie, to po co pieniądze? I pisanie powieści to nie jest relacja z własnego życia, na tym właśnie polega cała sztuka, żeby umieć napisać tragedię, mając wyśmienity nastrój, a w podłym stworzyć taką komedię, że czytelnik popłacze się ze śmiechu. Nie masz żadnej gwarancji, że czytelnik polubi w tobie kogoś innego, ale masz szansę, że polubi cię takim, jakim naprawdę jesteś. Kowalczykowi pisarz wyraźnie myli się z celebrytą. Dla czytelnika pisarz może być jedynie pustym nazwiskiem na okładce, ważne jest, czy spodoba mu się jego utwór.

Jeśli ktoś przeszedł powyższy test psychologiczny (zauważmy, że taka cecha jak umiejętność pisania nie jest konieczna), może wstąpić w szeregi elity i zyskać dumne miano autora 2.0. A wiążą się z tym same korzyści. Przede wszystkim zdobędzie się wiedzę o rynku wydawniczym, gdy tymczasem pisarz podłączony do wydawcy zdobywa ją wolniej lub nie zdobywa wcale. A jeśli już zdobywa, to jest ona obciążona punktem widzenia wydawcy, bo, jak wiadomo, pisarz podłączony do wydawcy (czym podłączony? kablem?) to taka sierota, która nie potrafi czerpać wiedzy z innych źródeł. Poza tym taki pisarz [taki, czyli podłączony] uczy się przestarzałych zasad funkcjonowania rynku. Święta prawda. Po co uczyć się prowadzenia samochodu, zasad ruchu drogowego, wydawać szmal na przestarzały wynalazek i być kierowcą 1.0, kiedy przyszłością są poduszkowce, którymi będą jeździć kierowcy 2.0.
Kolejną korzyścią, jaką nęci Kowalczyk, jest szansa na większy dorobek. Dlaczego? Bo jak odpadnie użeranie się z wydawcami, będzie się miało więcej czasu na pisanie? Nie. W świecie 1.0 dorobkiem jest recenzja w Newsweeku, notka o książce w katalogu Empiku, nominacja do środowiskowej nagrody literackiej. W świecie 2.0 dorobkiem jest recenzja znanego blogera, komentarze w serwisie książkowym, liczba pobrań darmowego fragmentu czy liczba fanów na Facebooku. W świecie języka polskiego dorobkiem jest „ogół dzieł stworzonych przez pisarza”, ale Kowalczyk posługuje się polszczyzną 2.0 i przez dorobek rozumie reakcje na książkę. Kowalczyk nie dostrzega, że znani blogerzy piszą niemal wyłącznie o książkach wydanych w świecie 1.0, że komentarze w serwisach książkowych dotyczą tytułów papierowych, podobnie jak dyskusje na forach. Natomiast odwrotna sytuacja rzeczywiście nie zachodzi: recenzentów „Newsweeka” książki indie nie interesują, do nagród literackich nie bywają nominowane.
Ale „dorobek” to same zalety:
1 :. Wysyłasz książkę do recenzenta lub wydawcy – jedynie z twoim opisem
2 :. Wysyłasz tę samą książkę – z opisem, informacją, że została pobrana kilka tysięcy razy i opiniami czytelników.
Jak myślisz, która wersja ma większe szanse wzbudzić zainteresowanie?

Kowalczykowi wydaje się, że zadaje pytanie retoryczne, tymczasem odpowiedź jest taka, że dla wydawcy tekst pobrany kilka tysięcy razy jest spalony, bo oznacza kilka tysięcy potencjalnych nabywców mniej. No ale Kowalczyk zbędnej wiedzy o przestarzałym rynku wydawniczym nie ma, więc wybaczmy mu banialuki. Ciekawsza jest inna kwestia: po co posyłać tekst do wydawcy? Przecież już ustaliliśmy, że bycie indie to same zalety, a bycie pisarzem wycofanym, spoczynkowym i podłączonym wstyd i żenada. To jak, indie ma być jednak platformą do zostania pisarzem tradycyjnym? Kowalczyk chwali się liczbą pobrań swoich opowiadań, o których jeszcze trzy lata temu jedno z wydawnictw odpisywało w mailu „nikt teraz nie czyta opowiadań”. Czyli wydawnictwo się nie poznało. Kowalczykowi umyka, że to, co czytelnik chętnie weźmie za darmo, niekoniecznie kupi, zwłaszcza jeśli są to opowiadania autora stosującego konstrukcje „o których odpisywało”. Ciekawe jednak, że Kowalczyk starał się o wydanie w tak przez niego pogardzanym tradycyjnym obiegu. Jakoś trudno oprzeć się wrażeniu, że największym marzeniem autorów 2.0 jest degradacja do roli pisarza 1.0.
No i wisienka na torcie: jako indie na pewno będziesz lepiej radzić sobie z krytyką. Jak cudownie autorzy 2.0 radzą sobie z krytyką, można było zobaczyć po opublikowaniu przeze mnie recenzji poradnika Sowy.

Podsumujmy. Cały swój cykl Kowalczyk buduje na fałszywej opozycji pisarz tradycyjny (1.0) – pisarz nowoczesny (2.0), przy czym wyobrażenie o tym pierwszym ma co najmniej dziwaczne: to gość w szarym swetrze (ja akurat mam parę kolorowych), zaczadzony dymem papierosowym alkoholik, który zamknął się na odludziu (na odludziu można się tak zamknąć jak na oceanie, ale nie wymagajmy za wiele od autora, który sam jest sobie redaktorem) i o takim zjawisku jak Internet nie słyszał, natomiast pisarz nowoczesny to człowiek orkiestra, który na wszystkim się zna, a najlepiej na nowoczesnych technologiach. Tymczasem pisarze współpracujący z wydawnictwami też korzystają z Internetu, piszą blogi, zakładają konta w portalach społecznościowych, zamieszczają w sieci fragmenty swojej twórczości (i Kowalczyk nawet to zauważa, tylko wniosków z tego nie potrafi wyciągnąć). A ci, którzy tego nie robią, wcale na tym nie tracą. Jerzy Pilch, Olga Tokarczuk, Zbigniew Kruszyński i inni czołowi polscy autorzy nie są aktywni w Internecie, a jednak to oni, a nie Kowalczyk z Sową decydują o obrazie polskiej literatury współczesnej. Internet, zarówno jeżeli chodzi o reklamę, jak i sprzedaż książek, w Polsce jest na razie ubogim krewnym tradycyjnych mediów i kanałów dystrybucji, waga zamieszczanych w nim recenzji też jest daleko mniejsza niż waga recenzji publikowanych w prasie.
Kowalczyk pokazuje indie jako człowieka aktywnego, otwartego na czytelników (bo debatuje z nimi o swojej twórczości bezpośrednio w Internecie), piszącego pod tychże czytelników, a nie pod wydawcę albo dla siebie, rodzaj self-made mana świetnie radzącego sobie w rzeczywistości i przeciwstawia go pisarzowi tradycyjnemu, który nic więcej poza pisaniem książek nie umie, ot taka niedojda, która gryzmoli coś tam w swojej samotni, nie mając bladego pojęcia, czego czytelnicy oczekują, która bez wydawcy by zginęła, a że od tego wydawcy jest całkowicie zależna, to chodzi na jego pasku.
Akurat pisarz poza pisaniem nic więcej umieć nie musi, jest to warunek wystarczający, ale też konieczny, a tymczasem właśnie indie jakoś rzadko go spełniają. Gdyby więc nawet obraz pisarza tradycyjnego narysowany przez Kowalczyka był prawdziwy, to w niczym by to tej postaci nie ujmowało. Ale oczywiście nie jest, pisarze tradycyjni równie dobrze potrafią zadbać o swoje interesy i promocję własnej twórczości. Przekonanie, że wydawnictwo odwala całą robotę, może żywić tylko autor, który nigdy nie wydał tam książki. Ale nawet gdyby tak się działo, to byłaby to sytuacja idealna i wskazana. Pisarz jest od pisania, nie od sprzedawania swoich powieści. A aktywność indie bardzo często przeradza się w zwykłą nachalność, w próbę wciskania swojej twórczości wszystkim i za wszelką cenę. Kowalczyk, starając się zdeprecjonować pisarzy publikujących w tradycyjnym obiegu, wyraźnie leczy własne kompleksy, że nie udało mu się do tego grona załapać.
Przeciwstawianie pisania dla czytelników pisaniu pod wydawcę albo dla siebie jest nietrafne, bo pisanie pod wydawcę i pod czytelnika jest de facto tym samym. Pisze się wtedy pod gusta jakiegoś odbiorcy. Twierdzenie, że te gusta poznamy lepiej wtedy, gdy kilkaset osób skomentuje pisaną przez nas powieść w Internecie, niż gdy zdefiniuje je wydawca, który wie, co kupują czytelnicy, bo sprzedał im kilkaset tysięcy książek, jest nieuprawnione. A w pisaniu dla siebie nie ma nic nagannego, przeciwnie, z takiej motywacji powstały najwybitniejsze arcydzieła literatury. Kiedy pisarz nie patrzył, co inni chcą od niego dostać, tylko pokazywał czytelnikom coś oryginalnego. Co oczywiście nie oznacza, że wśród książek pisanych na przykład na zamówienie nie było arcydzieł. Nie ma żadnej recepty na dobrą książkę, pisarstwo jest rzeczą indywidualną, więc wszelkie pogardliwe uwagi o wycofanych pisarzach pokazują, że Kowalczyk nie za bardzo tę sztukę rozumie. Jeden do pisania potrzebuje świętego spokoju, pustelni, nie chce widzieć ludzi, z nimi rozmawiać, drugi musi podróżować, szukać wrażeń, trzeciemu najbardziej odpowiada normalne mieszczańskie życie i pisanie od ósmej od piętnastej, czwarty nie napisze pół zdania, jeśli nie podyskutuje w Internecie, ale każdy z nich stworzy dobrą powieść pod warunkiem, że ma predyspozycje. To jest słowo klucz. Bo różnica między autorem 1.0 a 2.0 przebiega w zupełnie innym miejscu, niż chce ją widzieć Kowalczyk. Ten pierwszy umie pisać i autorem 1.0 zostaje z wyboru, może oczywiście również odrzucić współpracę z wydawnictwami i zostać autorem 2.0, ale o takich przypadkach jakoś nie słychać (jeśli odrzuca współpracę z wydawnictwami, to zakłada własne, ale nadal tradycyjne), autor 2.0 to zwykle grafoman, którego wydawnictwa nie przyjęły, więc z konieczności zostaje indie, po czym dorabia do tego ideologię, że tak jest lepiej. Jeśli pisarz chce być w obiegu, chce być czytany, chce, żeby o jego książkach dyskutowano, chce na tych książkach coś zarobić, w Polsce Anno Domini 2011 musi publikować w tradycyjnych wydawnictwach na papierze. Oczywiście nie ma żadnego powodu, żeby się na e-booki zamykać, ale dla polskiego autora mają one obecnie sens jedynie jako uzupełniająca forma publikacji.

sobota, 18 czerwca 2011

List księdza wikarego

Jego Ekscelencja Biskup Mściwój Rinderwahn
Szanowny Księże Biskupie! Jestem tylko skromnym wikarym w wiejskiej parafii, ale pozwalam sobie do Jego Ekscelencji napisać co by powiedzieć że w sprawie tych związków partnerskich to Episkopat niesłusznie protestuje, bo by to z korzyścią dla księży wyszło. Jakby mogli swoje związki zarejestrować, to by wierni przestali plotkować a celibat, by został zachowany, bo małżeństwa dalej by nie zawierali. Ja wiem, że Ksiądz Biskup to zrozumie, bo te osiemnaste urodziny co to Jego Ekscelencja swojemu synowi wyprawił, były takie huczne, że cała diecezja o nich słyszała, ale czy jemu lepiej przez to że bękart? A tak by był z legalnego związku. No i to nie jest przyjemne jak mnie wójt obraża i hipokrytą nazywa, że ze swoją gosposią żyję, nawet jak wiem że jemu o tą ziemię chodzi, co to mu zabrałem, że niby pięćset lat temu do Kościoła należała. To znaczy nie zabrałem tylko, ta komisja majątkowa mi dała i przecież nie za darmo, musiałem temu esbekowi zapłacić, bo powiedział, że status ziemi wątpliwy i jak nie posmaruje, to nie pojedziemy. A jaki wątpliwy, jak sam autentyczne dokumenty znalazłem, że zawsze do Parafii należała, tylko że niewyraźne były, nie dziwota przez pięćset lat każdy atrament wyblaknie, to tylko poprawiłem żeby czytelne były, ale Bóg mi świadkiem, że nic nie fałszowałem. Nawet Antek co za policmajstra w gminie jest powiedział, że nic mi nie grozi bo na opinię grafologa tyle lat się czeka, że się przedawni. No to jak mnie nie ścigają to najlepszy dowód, że niewinny jestem. To właściwie nawet powinienem podać wójta do sądu, bo jak ochlapus w gospodzie się nażłopie, to krzyczy że wikary fałszerz. A przecież wszyscy wiedzą, że zwyczajnie wściekły jest, że trybunał orzekł co ziemi z powrotem nie dostanie, tylko może najwyżej odszkodowanie od państwa dostać. A to dobra ziemia, na tutejsze nieużytki pierwsza klasa, nie dziwota, że wolałby ziemię. Zresztą nie uważam, że jakieś odszkodowanie mu się należy bo to przecież nie państwo mu zapłaci, tylko my ze swoich podatków a przecież nie po to te 116 złotych co kwartał płacę, żeby wójtowi kabzę nabijać. Zwłaszcza co mi tę gosposię, wypomina a to z zazdrości tylko, bo sam smalił do niej cholewki i przeboleć nie może, że z księdzem przegrał, myślał że jak ksiądz w sukience to kobicie nie dogodzi, a dogodzi lepiej od niego bo ksiądz to mężczyzna jak każden inny. I dlatego jednak by trzeba te związki partnerskie wprowadzić, zwłaszcza że kobity jak to kobity jęzorami mielą i w gazetach opowiadają że z księżmi żyją. No i poruta jak taki się tłumaczy że mimo to swój zawód dobrze wykonuje a ksiądz to przecież nie zawód tylko powołanie. Nie uważa Ksiądz Biskup co by go opier… znaczy się ochrzanić trzeba było? No bo że sobie babeczkę przygruchał to jeszcze pół biedy ale powiedzieć, że ksiądz to zawód jak nie przymierzając zwykły cieśla, nic cieśli nie ujmując, sam ojciec Pana Jezusa cieślą był, znaczy się nie ten prawdziwy tylko przyszywany, to się nie godzi. Ksiądz misję ma owieczki prowadzić a nie jakieś usługi wykonywać. Ja to nawet za pogrzeb czy ślub nie biorę, żeby nie było, że usługa, tylko każę, na tacę na następnej mszy tyle położyć, żeby się wyrównało. To można by szerzej wprowadzić, jakby Jego Ekscelencja rozpropagował to nawet bym się nie upierał, żeby mówić, że to mój pomysł, ksiądz powinien być skromny i świecić przykładem. Ale właśnie trudno świecić, bo jak wójtowi mówię, że grzesznik, bo się rozwiódł i z drugą kobietą na kocią łapę żyje to on się w kułak śmieje, więc chciałbym z tą gosposią oficjalnie. Ja wiem, że Episkopat się tych pe…gejów boi ale w sumie czego się bać? Bo niech Jego Ekscelencja pomyśli, że arcybiskup Paetz byłby normalny to mógłby Jego Ekscelencji odbić kochankę, a tak ryzyka nie ma. Ja wiem, że najwięcej ci protestują co to ich Paetz do siebie zwabił, a kobiety nie mają i nie są siebie pewni, ale właśnie dla nich byłoby z największą korzyścią. A nawet teologicznie nie ma przeszkód, bo niech Jego Ekscelencja zobaczy: dwunastu apostołów dzień w dzień razem, razem w podróży, razem nocują, nie ma siły, żeby tam przynajmniej jednej pary nie było. To naturalne przecież człowiek swoje potrzeby ma, mnie samemu w seminarium zdarzyło się za przystojnym klerykiem obejrzeć, na szczęście u nas w sąsiedztwie ta agencja była a ja na parterze mieszkałem to dzięki Bogu wymknąć się mogłem i grzechu uniknąłem. Więc to można by zaakceptować zwłaszcza, że pegeje bogaci są, jakby zaczęli do kościoła chodzić to i na tacę więcej by było, bo u nas to coraz gorzej, ludzi na mszach nie tak dużo jak dawniej, a i skąpi się zrobili, mówię że na remont dzwonnicy trzeba a myśli Ksiądz Biskup, że jakieś banknoty położą, gdzie tam, moniaki same, a jeszcze niektórzy się tak bezczelni zrobili, że sobie potrafią resztę wydać. Ostatnio jeden piątaka położył i dwa złote reszty wziął, myślałem, że mu wyrżnę, ledwo się z chrześcijańskiego miłosierdzia powstrzymałem. A tak jakby pegeje do nas przyszli to i na dzwonnicę by było i kobity nie musiałbym pilnować, bo latawica jest i rogi mi przyprawia, a jak to tak ksiądz z rogami niczem diabeł, więc ja za tymi związkami jestem, bo jak będzie miała papiór, to też tak chybko z drugim nie pójdzie. Proszę żeby Episkopat wziął mój głos pod rozwagę, bo nie jestem żaden pegej, liberał czy żyd, tylko Eustachy Peczek głęboko wierzący ksiądz katolicki.
Niech będzie pochwalony Eustachy Peczek wikariusz parafii Hucułka

sobota, 11 czerwca 2011

Tłumacz jak kserokopiarka

W portalu Edusieć ukazał się wywiad, z którego bardzo się cieszę, dlatego że jestem odpytywany nie jako pisarz, tylko jako tłumacz. A o tłumaczach literackich, choć są tuż za pisarzem, mówi się niewiele, stawiając ich pracę gdzieś obok pracy redaktora i korektora. Jeśli ktoś chce zaprotestować, że to nieprawda, że bardzo sobie wysiłek tłumaczy ceni, to mały test: czy wiesz, jak nazywa się tłumacz ostatniej czytanej przez ciebie zagranicznej książki? Jeśli wiesz, zwracam honor, jeśli nie wiesz, kolejne pytanie: nazwisko wypadło ci z głowy czy nawet nie spojrzałeś, kto tłumaczył? Albo łatwiejsze pytanie: kto przełożył na polski następujące książki, „Komu bije dzwon”, „Lolitę”, „W poszukiwaniu straconego czasu”, „Giaura” i „Hamleta”? Jest pięć na pięć?

Tę różnicę w traktowaniu widać też we współpracy z wydawnictwami. Tłumacze powinni być dla nich bardziej cenni, bo więcej wydaje się tytułów zagranicznych niż rodzimych i są bardziej dochodowe, tymczasem byłem ogromnie zaskoczony, kiedy z tłumacza przeistoczyłem się w pisarza. Nagle ze zwykłego współpracownika przemieniłem się w VIP-a. Inna sprawa, że to VIP-owskie traktowanie objawiało się jedynie w kontaktach interpersonalnych, bo propozycja umowy zawierała tyle samo niekorzystnych zapisów, a tekstu musiałem tak samo pilnować do ostatniej chwili, żeby redaktor przed wysłaniem do drukarni czegoś sobie nie zmienił. No i VIP-owskie traktowanie natychmiast się skończyło, jak tylko zacząłem wnikać, dlaczego książki nie ma w księgarniach, promocja leży, a płatności na konto nie spływają.

No ale jak tu cenić tłumacza, jeśli, wedle panującego powszechnie przekonania, może nim zostać każdy, kto liznął języka. A jak pomieszkał rok na obczyźnie, to niech się schowają wszelkie uniwersytety. Żaden Polak nie czuje się wykwalifikowanym nauczycielem języka polskiego z racji tego, że od urodzenia mówi po polsku. Poproszony, żeby nauczał, odrzuci propozycję jako absurdalną, słusznie zauważając, że jeszcze musiałby mieć jakieś przygotowanie pedagogiczne i teoretyczną wiedzę o własnym języku. Każdy Polak uważa natomiast, że dłuższy zagraniczny pobyt, nie mówiąc o mieszkaniu na stałe za granicą, czyni go wykwalifikowanym tłumaczem. Tu już żadna wiedza, żadne dodatkowe umiejętności nie są potrzebne. Panie dwojga nazwisk, nudząc się przy mężu, biorą się do przekładania książek bez świadomości, że tłumacząc literaturę trzeba przede wszystkim biegle posługiwać się polskim, a umiejętność dogadania się na zakupach ze sprzedawcą niekoniecznie oznacza umiejętność zrozumienia powieści w stopniu wystarczającym do jej przełożenia.

Ale nic dziwnego, że łatwo jest zostać tłumaczem, skoro ten właściwie nie wykonuje żadnej pracy, a jeśli już chcemy upierać się, że jakąś wykonuje, to prostą, łatwą i przyjemną. To przekonanie objawia się czasami w następującej prośbie o tłumaczenie: „czy mógłby mi pan _przepisać_ ten tekst na polski?” A jaskrawe odbicie znajduje w porównaniu, z którym kiedyś się zetknąłem, że tłumacz literacki to taka lepsza kserokopiarka z funkcją konwersji z jednego języka na drugi.

Przy takim podejściu ogromnie cieszy, jeśli ktoś docenia pracę tłumacza literatury i interesuje się jej tajnikami. Wspaniałą robotę robi tu serwis Zbrodnia w Bibliotece, który regularnie przeprowadza wywiady z tłumaczami. Przydałby się jeszcze jeden taki, który rozmawiałby z tłumaczami innych książek niż kryminały.


PS. Wywiad w Edusieci został połączony z konkursem, do wygrania jest „Między prawem a sprawiedliwością”, udział można wziąć jeszcze do jutra, przy czym wygrana zależy od pomyślunku, jest to prawdziwy konkurs, a nie zakamuflowana loteria.

sobota, 4 czerwca 2011

Kup pan książkę!

Dostałem maila od czytelnika, który, rozpływając się w zachwytach nad „Kanalią”, pytał mnie, czy i kiedy napiszę i wydam następny kryminał, bo chciałby coś takiego jeszcze poczytać, a podobnych rzeczy w bibliotece nie ma.

Normalnie taki e-mail to miód na serce autora, ale ten mnie zirytował. Bo akurat byłem w trakcie pielgrzymowania od drzwi do drzwi z tym następnym kryminałem, ale „Kanalia” za słabo się sprzedała (w czym lwią zasługę miała fatalna polityka promocyjna wydawnictwa, ale przyczyny mało kogo obchodzą, ważne są liczby) i wydawcy dziękowali odmownie. Miałem ochotę wziąć egzemplarz „Kanalii”, udać się do tego czytelnika i niczym warszawski cwaniaczek z cegłą zachrypniętym głosem złożyć ofertę nie do odrzucenia: „Kup pan książkę!”

Nie oczekuję od każdego czytelnika, który wypożyczył książkę z biblioteki, by ją kupił, ale od tego, który jest zachwycony, chce, żeby autor napisał następną, nie może się jej doczekać, chyba mogę? Ktoś skorzystał z efektów mojej pracy, przypadły mu do gustu, chce, żebym dalej tę pracę wykonywał, ale o zapłacie nie ma mowy. Dlaczego? Bo artysta będzie tworzył bez względu na to, czy mu zapłacą czy nie? Prawda, nie piszę dla pieniędzy i nie przestanę pisać, nawet jeśli za moje pisanie nie zobaczę złotówki. Tylko co z tego, że będę pisał, kiedy nie zdołam mojej pisaniny wydać? Wydawcy w znakomitej większości nie działają dla idei, dla nich liczy się zarobek. Jeśli czytelnik nie kupuje książki, w najlepszym razie wydłuża czas oczekiwania na następną, bo autor musi jeść i płacić rachunki, więc jeśli nie zarobi na książce, musi poświęcić czas, żeby zarobić na czym innym, a w najgorszym razie następna w ogóle się nie ukaże, bo wydawca powie, że nic go tak mało nie obchodzi jak entuzjastyczne opinie bibliotecznych czytelników.

W cywilizowanych krajach udało się pogodzić zasadę, że czytelnicy powinni mieć bezpłatny dostęp do książek z zasadą, że za twórczą pracę też należy się zapłata. W Polsce jeszcze nie dojrzeliśmy do powszechnego respektowania tej drugiej zasady, więc o cywilizowanych rozwiązaniach nie ma mowy. Polegają one na tym, że kiedy książki danego autora są wypożyczane z biblioteki, otrzymuje on tantiemy od każdego wypożyczenia. Są to oczywiście drobne kwoty, rzędu groszy, a nie złotówek, ale ziarnko do ziarnka, płacone ze specjalnych funduszy, czyli nie skutkuje to wprowadzeniem opłat za korzystanie z biblioteki.

W niebiednym kraju przyjmującym zasadę, że kultury nie zostawia się grze rynkowej, tylko ją wspiera, pisarz nie powinien też być uzależniony od sprzedaży swoich książek. Johanna Nilsson, którą tłumaczę, nie jest bestsellerową autorką, ale dzięki rozmaitym stypendiom nie musi wykonywać innej pracy, może skupić się na pisaniu. U nas system stypendialny dla twórców istnieje w formie karykaturalnej. Słynna jest sprawa Stanisława Srokowskiego, któremu Ministerstwo Kultury zaofiarowało stypendium w wysokości 2500 zł. Niby sporo, gdyby nie była to kwota na cały rok (szprycująca się narciarka dostałaby 4000 zł miesięcznie, gdyby nie dała się złapać). Przy czym rok to maksymalny okres na jaki można dostać stypendium z polskiego ministerstwa, dla porównania Szwedzki Fundusz Pisarski przyznaje stypendia na rok, dwa, pięć i dziesięć lat (oczywiście nie w kwocie dwustu złotych z groszami miesięcznie). Inna różnica jest taka, że szwedzki pisarz (albo tłumacz, bo z tego samego funduszu stypendia dostają też tłumacze literatury) nie musi się spowiadać urzędnikom z tego, co będzie robił w czasie pobierania stypendium. Na rozpatrzenie podania czeka się pół roku, przez ten czas można zarzucić niejeden pomysł, a wpaść na inny. Dawanie pieniędzy na napisanie konkretnej książki jest więc nonsensem, o wiele rozsądniejsza jest zasada, że stypendium twórca dostaje, by mógł spokojnie pracować nad czym chce. A że przyznaje się je niejako za zasługi (trzeba mieć pewien dorobek, by stypendium otrzymać), nie będzie nieszczęścia, w każdym razie z takiego założenia wychodzą Szwedzi, jeśli nawet nie będzie nic robił. Po prostu nie dostanie następnego. Zresztą nicnierobienie w przypadku pisarza jest pojęciem względnym. Bo niech nawet przepije całe stypendium, może później napisze „Pod Mocnym Aniołem”.

W wielu krajach głównym dawcą stypendiów są samorządy, które dostrzegają, że pisarz dodaje regionowi splendoru. U nas nieliczne uznały, że można się wykosztować na nagrody literackie. A jaką pułapką są nagrody bez stypendiów pokazuje przykład Tamary Bołdak-Janowskiej. Nominowana do większości prestiżowych nagród, nie dostała żadnej i bieduje. Pisarka tej klasy (skoro była nominowana wszędzie, układy towarzyskie są wykluczone) opowiada w wywiadzie, jak nie dojada, żeby mieć możliwość korzystania z Internetu. W jednym z zamożniejszych państw świata wybitna artystka staje przed alternatywą: jedzenie albo Internet. Minister kultury po przeczytaniu tego wywiadu powinien, gdyby miał odrobinę honoru, nie podać się do dymisji, tylko sobie w łeb strzelić.

sobota, 28 maja 2011

Podwójne tytuły

Michael Connelly należy do tych pisarzy, których kupuję w ciemno. Jeśli mam do autora zaufanie, nie sprawdzam, o czym jest następna książka, nie czytam nawet opisu na okładce. Lubię zanurzyć się w powieści, zupełnie nie wiedząc, o czym będzie. I kupiłbym „Prawnika z lincolna”, zakładając, że to może druga część „Adwokata”, gdyby charakterystyczny oryginalny tytuł nie utkwił mi w pamięci. Bo jeśli tylko moje językowe umiejętności albo posiadane słowniki na to pozwalają, z zawodowego nawyku sprawdzam, jak tytuł przekładu ma się do oryginalnego (a jak różnie to wygląda, opisałem w notce pt. Tytułomania). Gdybym w tym przypadku nie sprawdził albo tytuł okazał się mniej zapadający w pamięć, o tym, że „Prawnik z lincolna” wydany przez Albatrosa to właśnie „Adwokat” opublikowany wcześniej przez Prószyńskiego, dowiedziałbym się dopiero po wyrzuceniu w błoto trzydziestu paru złotych.

I powiem, że taką praktykę wypuszczania starej książki pod nowym tytułem trudno mi ocenić. Powinna obowiązywać zasada, że książka funkcjonuje pod tym samym tytułem. Właśnie dla wygody czytelnika, żeby miał konkretną informację, a nie musiał ustalać, czy przypadkiem powieść nie ukazała się wcześniej, tylko inaczej się nazywała. Ale co zrobić w takiej sytuacji jak tutaj, kiedy pierwsze wydawnictwo nie dość, że odchodzi od oryginału, to zastępuje dobry, frapujący tytuł całkowicie mdłym i nijakim (pewnie fachowcy z działu handlowego Prószyńskiego znów doszli do wniosku, że coś nietypowego się nie sprzeda)? Trzeba uznać, że Albatros naprawia błąd poprzednika, więc pretensje byłyby nie na miejscu. Zwłaszcza że odpowiednia informacja o zmianie tytułu w książce się znalazła. Sęk w tym, że umieszczono ją tam, gdzie żaden czytelnik, decydując się na zakup, nie zagląda: na stronie redakcyjnej. A ktoś kupujący przez Internet w ogóle nie ma szans się z tą informacją zapoznać, bo księgarnie internetowe podają tylko dane bibliograficzne i kopiują opisy z okładki, strony redakcyjnej już nie. Ponadto Albatros uznał swoją edycję za pierwsze wydanie, co dodatkowo wprowadza w błąd.

Z identyczną sytuacją mamy do czynienia w przypadku tłumaczonej przeze mnie książki Lizy Marklund. Książnica wydała ją pod tytułem „Rewanż”, fatalnym i nijak mającym się do oryginalnego. Wydawałoby się, że wznowienie tej powieści jako „Zamachowiec” przez Czarną Owcę było dokonaniem jedynie stosownej korekty, ale znowu informacja, że mamy do czynienia z książką, która już była na polskim rynku, podana jest „małym drukiem” czyli na stronie redakcyjnej.

W obu przypadkach formalnie wszystko jest w porządku, ale trudno uniknąć brzydkiego podejrzenia, że zmiana tytułu nie jest wyłącznie poprawką, lecz próbą naciągnięcia czytelników, którzy nie zorientują się, że mają do czynienia z tą samą książką. I czy naprawdę podnosi to o tyle sprzedaż, że warto tracić zaufanie tychże czytelników?

Cały festiwal tytułów mamy, jeśli chodzi o książkę Audrey Niffenegger: „Żona podróżnika w czasie“, "Miłość ponad czasem“ i „Zaklęci w czasie“. Ten ostatni to podczepianie się pod film, co jeszcze można zrozumieć, bo wiadomo, że nic tak nie ciągnie sprzedaży jak ekranizacja. Ale po co wcześniejsze zmiany? Przecież to dobra książka, oparta na oryginalnym pomyśle, powinna trafić do czytelników bez żadnych sztuczek. I trafiła.

Ale jeśli rzeczywiście jest to sposób na podniesienie nakładu, to dlaczego ograniczać się do zagranicznych autorów? „Zaginiony żydowski chłopiec”, „Tajny współpracownik”, „Od lotniska do lotniska”, „Samobójstwo pisarza”, „Cud na Capri”, „Cztery pory roku” (a co, muzyka też może pociągnąć sprzedaż, nie tylko film) mogłyby stanąć obok dotychczasowych tytułów (jakich? mała zagadka wyszła), nabijając wydawcom kabzę. Panowie edytorzy, do dzieła!

sobota, 21 maja 2011

Uczciwy wydawca poszukiwany

No i znowu zostałem oszukany przez wydawnictwo. Ręce opadają. Przecież to jest branża _kulturalna_, z definicji nie powinno być w niej oszustów, a jeśli już, to mniej niż gdzie indziej. Tym razem poszło o nakład, miało być 5x, wydawnictwo wydrukowało 1x. I nie jest to zmiana tylko ilościowa, lecz przede wszystkim jakościowa. Nakład 1x jest za mały, by książka „chwyciła”, nie jest dostępna w tylu księgarniach, by mogła wywołać szersze zainteresowanie. W nakładach 1x drukuje się tomiki poezji i hermetyczną prozę z założeniem, że więcej nabywców i tak nie będzie. Nakład dający szansę na większą sprzedaż to minimum 2x.

Ale zacznijmy od początku. Po numerze z podtytułem „Niepełnych” (opisanym tu i tu) z następną książką, nazwijmy ją „Między platformą a obywatelami”, postanowiłem spróbować w małym wydawnictwie. Zdążyłem ją wprawdzie zaproponować jeszcze Prószyńskiemu, bo była gotowa, zanim ukazali się „Niepełni”, ale oczywiście nie miałem zamiaru sprawdzać, co tym razem zechcą mi dopisać. Gwoli sprawiedliwości dodajmy, że Prószyński książki wcale nie chciał, co zakomunikowano mi w sposób typowy dla polskiego wydawnictwa, czyli w ogóle nie udzielając odpowiedzi (współpracującemu autorowi!).

”Między platformą” wysłałem m.in. do wydawnictwa… nazwijmy je Bernikla. Reakcją był telefon z podziękowaniami za przesłanie propozycji, więc aż usiadłem z wrażenia. Zwykle wydawnictwa nawet nie potwierdzają otrzymania tekstu. Ale ta reakcja też mnie zaniepokoiła, że małe wydawnictwo nie jest w stanie zaproponować przyzwoitego nakładu ani zaliczki i stara się nadrobić uprzejmością. A te dwie rzeczy były rozstrzygające. Niszowy nakład mnie nie interesował, nie byłem też skłonny oddawać wydawnictwu książki bez zaliczki. Wyjaśnienie dla niezorientowanych, czym jest zaliczka. Autor jako wynagrodzenie otrzymuje pewien procent od sprzedanych egzemplarzy swojej książki. Ale wydawnictwo, przyjmując książkę do wydania, wypłaca autorowi awansem określoną kwotę. Powiedzmy, że jest to kwota, jaką autor otrzymałby za sprzedaż dwóch tysięcy egzemplarzy. Następne pieniądze dostanie, jeśli sprzedaż przekroczy te dwa tysiące, ale jeśli do tej granicy nie dobije, zaliczka nie podlega już zwrotowi. Dzięki takiemu systemowi autor ma zagwarantowane honorarium za napisanie książki bez względu na wyniki sprzedaży, szybciej dostaje pieniądze, poza tym ma gwarancję, że wydawnictwo będzie się starało książkę sprzedawać, żeby zwróciła mu się wyłożona kwota.

Moje obawy co do możliwości wydawnictwa okazały się jednak nieuzasadnione, bo Bernikla, uznawszy „Między platformą” za świetną książkę, zaproponowała wydanie w nakładzie 5x. Byłem tak mile zaskoczony, że wyraziłem na głos zdziwienie wielkością nakładu, na co usłyszałem: „To nie jest duży nakład”. Dobra nasza, nikt nie drukuje do magazynu, więc ta liczba oznaczała, że wydawnictwo miało doskonale zorganizowaną sieć dystrybucji. Zaliczka też była, w przyzwoitej wysokości, tyle że płatna dopiero w chwili wydania, a nie podpisania umowy. Mogłem zażądać przesunięcia płatności, ale kiedy zobaczyłem propozycję umowy, zrezygnowałem. Wszystkie zapisy fair, żadnych prób pozbawiania autora jego praw i unikania obowiązków nałożonych na wydawcę przez ustawę. Ludziom, którzy są tak w porządku, z chęcią idę na rękę (a niestety uczciwe umowy to wyjątek, a nie norma). Bernikla poinformowała mnie też, że chce wydać książkę w koedycji z innym małym wydawnictwem. Nie widziałem powodu, by się temu sprzeciwiać. Ustaliliśmy, że książka ukaże się we wrześniu 2010 r.

Latem zadzwonił do mnie pan M. z informacją, że jest kłopot, bo koedytor się wycofał, a samej Bernikli brakuje pieniędzy na terminowe wydanie. I zaproponował spotkanie, żeby rzecz dokładniej omówić. Mogłem oczywiście powiedzieć, że nic mnie to nie obchodzi, jest umowa, proszę jej dotrzymać, ale nie mam mentalności związkowca, który krzyczy, że chce wyższą pensję, chociaż firma nie zarabia. I po raz kolejny doceniłem, że wydawnictwo gra fair, bo miałem już doświadczenie (jako tłumacz) z takimi, dla których termin wydania określony w umowie był pustym zapisem i o tym, że mają zamiar go przekroczyć, nawet nie raczyły mnie zawiadamiać.

Spotkaliśmy się z panem M., który zaproponował przesunięcie wydania na następny rok, bo w tym budżet im się nie dopina. Zapytałem, co z drugą książką, którą tymczasem przedłożyłem wydawnictwu. Czy są nią zainteresowani, a jeśli tak, kiedy planowaliby ją wydać. Pan M. odparł, że są zainteresowani, a wydaliby ją pod koniec 2011 roku. Niezbyt mi to odpowiadało, bo oznaczało szesnaście miesięcy czekania na wydanie książki, no i zależało mi, żeby „Między platformą” ukazało się jednak zgodnie z planem. Zapytałem, czy jeśli zrezygnuję z zaliczki (w tym roku), to budżet im się dopnie. Pan M. powiedział, że tak, chociaż będą musieli przesunąć książkę z września na koniec października. Taki poślizg nie robił mi różnicy, więc zaproponowałem następujący układ: ja rezygnuję z zaliczki (w tym roku), w zamian wydawnictwo wydaje „Między platformą” do końca października 2010, a drugą książkę do końca maja 2011. Pan M. przystał na te warunki i zapowiedział przysłanie aneksu do umowy dotyczącej „Między platformą” i propozycji umowy na drugą książkę, choć w tym przypadku poprosił, żeby dać mu trochę czasu. Nie widziałem problemu.

Aneks przyszedł i mnie wkurzył, bo wpisano w nim, że z zaliczki rezygnuję w ogóle, a nakład książki zostaje obniżony do 1x. Odpisałem, że zaliczka miała być przesunięta na nowy rok budżetowy, a o zmniejszaniu nakładu w ogóle nie było mowy. Pan M. wskazał, że nic nie mówiłem o przesuwaniu zaliczki, tylko o rezygnacji, a jeśli chodzi o nakład, to 5x jest nakładem docelowym i taki mają zamiar osiągnąć, tyle że zaczną od 1x. W pierwszym punkcie musiałem przyznać mu rację. Faktycznie, mając na myśli przesunięcie zaliczki, mówiłem o rezygnacji. Jak się nie potrafiłem wysłowić, mogłem mieć pretensje tylko do siebie. W drugim punkcie pan M. robił ze mnie kretyna, który nie odróżnia nakładu podstawowego od docelowego, i to był sygnał, że postępowanie fair ze strony wydawnictwa się skończyło. Nakładu docelowego nie wpisuje się do umowy, bo jest on zależny od popytu i w żaden sposób nie da się go zadekretować. A gdyby rzeczywiście owo 5x z umowy było nakładem docelowym, a nie podstawowym, to nie trzeba by mi było podsuwać do podpisania aneksu z nakładem 1x.

W tym duchu panu M. odpowiedziałem, stwierdzając, że albo zostajemy przy starych ustaleniach, to znaczy, ja rezygnuję z zaliczki, bo skoro tak to sformułowałem, to będę konsekwentny, a nakład pozostaje bez zmian, bo nie było o nim mowy, albo czynimy nowe, a wtedy proponuję obniżenie nakładu do 3x (dodałem, że 1x w żadnym wypadku nie wchodzi w grę, gdyby wydawnictwo zaproponowało mi taki nakład na początku, książki bym u nich nie wydał) w zamian za przywrócenie zaliczki płatnej w nowym roku budżetowym.
Odpowiedź dostałem pocztą zwrotną, a brzmiała ona:
„Wycofałem zapis o zmniejszeniu nakładu. Nie zmniejszamy wielkości nakładu zapisanego w umowie. Jest zapisane 5x egz. i tak będzie. Wydajemy 5x egz. (...) Nie ma więc tematu, nakład się nie zmienia".
Powiem, że skwapliwość, z jaką pan M. ustąpił, nastroiła mnie podejrzliwie. Bo moja kompromisowa propozycja, nakład 3x i zaliczka, była tańsza niż druk 5x. No ale skoro padła jasna i jednoznaczna deklaracja, nie miałem powodu, by ciągnąć temat, którego już nie było. Ale maila sobie zachowałem.

Dalsze przeszkody się nie pojawiły i „Między platformą a obywatelami” zostało wydane. Wciąż jednak nie nadeszła umowa na drugą książkę, więc zapytałem, skąd ta zwłoka, i ku swojemu zdziwieniu dowiedziałem się od pana M., że decyzja w sprawie wydania drugiej książki jeszcze nie zapadła. Miałem czarno na białym, że pojęcie gentlemen's agreement jest panu M. obce. To wzmogło moje podejrzenia, że pan M. nie dotrzymał i od początku nie miał zamiaru dotrzymać swojej deklaracji w sprawie nakładu. Podejrzenia potwierdzał też fakt, że „Między platformą a obywatelami” nie było w większości księgarń. Nie bardzo miałem jednak pomysł, jak sprawdzić, ile wydawnictwo wydrukowało. Mogłem zażądać wglądu w papiery, bo takie prawo daje mi ustawa, ale byłoby to przyznaniem się do podejrzeń. Spaliłbym się ze wstydu, gdyby okazały się nieprawdziwe, ostatecznie człowiek napisał mi jasno i wyraźnie „wydajemy 5x”, pokazanie, że mu nie wierzę, byłoby równoznaczne z powiedzeniem „miałem pana za kłamcę i oszusta”.

Z pomocą przyszło mi… samo wydawnictwo, przysyłając pierwsze rozliczenie sprzedaży. Zwykle pierwszą rubryką takiego rozliczenia jest „liczba egzemplarzy wydrukowanych”, a w tym przysłanym przez Berniklę jak byk widniało 1x. Inteligenci z wydawnictwa po prostu się pochwalili, że złamali umowę. Zażądałem wyjaśnień i dowiedziałem się, że owszem, nie kwestionują, że wydrukowali 1x, a w umowie jest 5x, ale jest to… nakład docelowy, który mają obowiązek osiągnąć przez cały okres obowiązywania umowy. „Nie mieliśmy zamówień uzasadniających potrzebę druku całego nakładu. Łączy nas umowa na x lat, jeżeli będzie zainteresowanie dodrukujemy”.
Czyli wydawnictwo powtórzyło tę samą argumentację, którą pan M. usiłował mnie nakłonić do podpisania aneksu zmniejszającego nakład. Wskazałem więc, że temat raz już przerabialiśmy, interpretację, jakoby nakład określony w umowie był nakładem docelowym, obaliłem jako bzdurną, a wydawnictwo samo potwierdza, że w umowie określony jest nakład podstawowy, pisząc, że książkę będzie dodrukowywało w zależności od popytu. No bo jeśli przyjąć ich wyjaśnienia za dobrą monetę, zasadnym stawało się pytanie, jak zamierzają się z umowy wywiązać, jeśli zainteresowania nie będzie. Czy w ostatnim dniu obowiązywania umowy dodrukują brakujący nakład, chociaż od następnego dnia nie będą już mieli prawa go sprzedawać? Poprosiłem o odpowiedź na to pytanie, zapytałem również pana M., jak wydrukowanie 1x ma się do jego jednoznacznej deklaracji „wydajemy 5x”, którą w całości mu przytoczyłem. Odpowiedź pana M. brzmiała: „W temacie drukowanego nakładu nie mam nic więcej do dodania”. Co przekładając na niedyplomatyczny język, znaczyło: „Bujaj się pan, oczywiście, że umowę złamaliśmy, ale możesz nam pan skoczyć”.
No to zobaczymy, czy mogę skoczyć, bo idę do sądu. Było już takich dwóch, którzy uważali, że wydawca może sobie wybrać, jakich punktów umowy będzie przestrzegał, i dołożyli mi się do samochodu.

Podsumowanie? Zasada pacta sunt servanda w Polsce nie istnieje. Umowy są pozbawionymi znaczenia świstkami papieru, strony umowy (obie, zaraz to wykażę) są zdania, że obowiązują je te zapisy, których mają ochotę przestrzegać. Jeden wydawca się wycofuje, drugi, zamiast domagać się wywiązania się z umowy, akceptuje to od ręki, w razie czego oszuka się autora. Nie kombinuje się, jak mimo nieprzewidzianych trudności umowy dotrzymać, tylko, jak się wywinąć. Nakład energii w drugim przypadku często nie mniejszy, ale jak to tak, starać się dotrzymać umowy? Żadnego perspektywicznego myślenia, że jak się kogoś oszuka, to się pali mosty, żadnej refleksji, że na przestrzeganiu umów wszyscy byśmy zyskali. Poszukiwanie, zasygnalizowane w tytule, najwyraźniej w Polsce nie ma szans powodzenia. Ale winni są nie tylko oszuści prowadzący wydawnictwa. Winni są tak samo autorzy i tłumacze, którzy na taki stan rzeczy się godzą. W opisanej powyżej sytuacji 99 osób na 100 odpuściłoby wydawnictwu. Kiedy sądziłem się z wydawcą, który mimo umowy w ogóle nie wydał książki, ten zdumiony pisał do sądu, że on nie wydał kilkudziesięciu innych książek, a tylko ja wytaczam mu proces. Kilkadziesiąt osób odpuściło. A nie sądziliby się dla idei, bo za niewydanie książki należy się odszkodowanie o równowartości dwukrotnego wynagrodzenia. Parę miesięcy temu duże wydawnictwo zaproponowało mi tłumaczenie powieści i przysłało umowę skonstruowaną pod hasłem: tłumacz nie ma żadnych praw, a wydawnictwo żadnych obowiązków. I w wydawnictwie zapanowała ogromna konsternacja, kiedy nie odesłałem podpisanej umowy, tylko wykaz punktów, na jakie się nie zgadzam, jakie należy dodać i jakie są w ogóle niezgodne z prawem. Konsternacja, bo wszyscy inni tłumacze taką skrajnie niekorzystną umowę podpisywali w ciemno. Wydawca Kanciarz i autor (lub tłumacz) Filonek Podogonek to nader często spotykana para.

I drugi wniosek. Swego czasu na forum Wydawnictwa i ich obyczaje miałem dyskusję z ignorantem o pseudonimie skajstop (dlaczego ignorant i jakie metody stosuje, żeby przeszkodzić tym, którzy wykazują jego ignorancję, opisałem w artykule Uczył Marcin Marcina…), który twierdził, że zapis o wysokości nakładu jest w umowie wydawniczej zbędny. Gdyby ktoś go posłuchał, mógłby w powyższej sytuacji tylko pluć sobie w brodę. Ba, wydawca miałby prawo wydrukować nakład 0,01x i wszystko byłoby w porządku.

Żeby nie kończyć w minorowym nastroju, anegdotka. Od jednego z tych wydawców, którzy przegrali ze mną proces, musiałem ściągać pieniądze przez komornika. We wniosku nie podałem numeru konta, będąc przekonanym, że potrwa to tak długo, że nie wiadomo, czy nadal będę miał ten sam rachunek. Założyłem, że jak już komornik ściągnie dług, to o numer konta zapyta. Toteż listonosz, który może dwa tygodnie później wręczał mi listy polecone, ogromnie zaskoczył mnie słowami:
- Panie Pawle, mam jeszcze dla pana przekaz od komornika, ale pieniądze musi pan sam odebrać jutro na poczcie.
- Wolał pan nie chodzić z taką kwotą? – wykazałem się zrozumieniem, to i owo o napadach się słyszało, zwłaszcza w okresie wypłat emerytur.
Listonosz, chłop na schwał, machnął lekceważąco ręką.
- Ja bym tam panu te pieniądze przyniósł, ale poczta nie była finansowo przygotowana.

Dopisek 9.02.2013: A dalej sprawa potoczyła się tak.

sobota, 14 maja 2011

Hjalle

Hjalle [czyt. Jalle] to zdrobnienie od Hjalmar, a wpis będzie głównie o „Zabłąkaniach” i jego autorze.


Dzięki sprawnym działaniom wydawnictwa Kojro debiutancka powieść Hjalmara Söderberga jest bardziej widoczna niż na przykład cięższe gatunkowo „Opowiastki”. Ale oczywiście nie narzekam, Söderberg pisał mało, tak starannie dopracowując swoje utwory, że właściwie nie ma wśród nich rzeczy słabych i każda jego książka jest warta polecenia. Anegdotkę o nikłej objętościowo twórczości Söderberga przytaczam w posłowiu do „Opowiastek”: pisarz nie pojawił się na obiedzie u swojego wydawcy Karla Ottona Bonniera, podając jako usprawiedliwienie wywichnięcie ręki, na co jeden z gości zareagował złośliwością: „Czyżby Hjalle próbował coś napisać?”. Ale jak zauważa jeden z badaczy Söderberga, krytyk literacki Kaj Attorps, do historii literatury nie trafia się dzięki płodności, i zestawia Söderberga z Ollem Hedbergiem, który przez ponad 40 lat wydawał jedną książkę rocznie, z taką punktualnością, jakby pisał nie powieści, tylko felietony do gazety: „Dzisiaj nikt poniżej pięćdziesiątki nie wie, kim był Olle Hedberg”.

Bardzo ciekawą recenzję „Zabłąkań” pt. „Na sztokholmskim bruku” zamieścił Bartosz Staszczyszyn w „Tygodniku Powszechnym”. Swoją drogą jest w tym pewna ironia, że od współpracującego z różnymi gazetami recenzenta teksty o Söderbergu przyjmuje katolicki tygodnik. Bo Söderberg był ateistą (swoją utratę wiary opisał w „Młodości Martina Bircka”), a o chrześcijaństwie miał jak najgorsze zdanie: „Żydzi przez dwa tysiące lat byli znienawidzeni i prześladowani, bo uważano, że ukrzyżowali Jezusa. Jeśli świat ostanie się przez następne dwa tysiące lat, będą może prześladowani za to, że ściągnęli nam chrześcijaństwo na głowę”.

O „Zabłąkaniach” piszą też blogerzy, ciekawe recenzje zamieściły Kornwalia, Scathach i Kasandra_85. Szkoda, że autorka tej ostatniej uznała, że ważniejsze od tego, kto książkę przełożył, są dane dotyczące formatu i numeru ISBN. Mimo że nazwisko tłumacza znalazło się na okładce (jak do tego doszło, pisałem tu) i po stronach tytułowych szukać nie trzeba, nadal o podawanie tej prostej informacji, kto jest autorem przekładu, nie można się doprosić. Informacji, dodajmy, całkowicie wystarczającej, bo choć oczywiście uśmiecham się na pochwały, to mam świadomość, że osoba nieznająca oryginału nie jest w stanie miarodajnie ocenić tłumaczenia.
Chwalona jest również okładka (jak powstała, pisałem tu) i niestety również w tym przypadku najwyraźniej panuje przekonanie, że wypluł ją automatycznie jakiś program komputerowy, bo nazwiska graficzki przy tych pochwałach nie uświadczysz. Oddajmy więc należne honory: autorką tej fantastycznej okładki jest Anna Tomaszek-Walczak.

Główny bohater „Zabłąkań” o zarobkowaniu nie myśli, odkłada to na później, kiedy będzie lekarzem, a że wina z kolegami lubi się napić, cygaro wypalić, pannę do kawiarni zaprosić, eleganckie rękawiczki sobie sprawić, to ciągle brakuje mu pieniędzy. Söderberg był w podobnej sytuacji, i to nie tylko w młodości, ale przez większość życia. Utrzymywał się jedynie z pisania, choć nie tylko książek, był również dziennikarzem i recenzentem. W szczególnie trudnym położeniu znalazł się po rozpadzie swojego pierwszego małżeństwa i wyprowadzce ze Sztokholmu do Danii. Wiosną 1909 roku pisał do Bonniera: „No i znowu zostałem bez środków do życia. Słońce oświetla bezlitośnie moje stare ubranie, trzewiki się rozpadają, płaszcz jest w lombardzie, a na czynsz zabrakło. Czy mógłbyś mi przesłać 200 koron? Najlepiej telegraficznie, bom spłukany do cna”. O jaką kwotę prosił Söderberg swego wydawcę? Pierwsze wydanie „Zabłąkań” kosztowało 2 korony i 75 öre, więc jeśli odniesiemy to do ceny polskiego wydania (28,50 zł), wyjdzie nam, że o sumę odpowiadającą dwóm tysiącom złotych. I Bonnier mu te pieniądze przesłał, choć żadnego tekstu nie dostał i nie wiadomo było, kiedy dostanie, trudna sytuacja rodzinna pozbawiła Hjallego weny: „Sił do pracy brak: ledwie pamiętam, o czym była książka, którą miałem skończyć”.
Ciekawe, co by było, gdybym napisał do swojego wydawcy, od którego nie mogę się doprosić należności nawet za sprzedane książki, żeby poratował mnie sumą dwóch tysięcy, bo jestem bez grosza i nie mam za co żyć. Podejrzewam, że gdyby ktoś w wydawnictwie przejął się losem pisarza, to ta troska wyraziłaby się telefonem do psychiatry w głębokim przekonaniu, że autor zwariował.

Na blogach książkowych nowości wypierają ostatnio niemal wszystko inne, więc może zainteresowania „Opowiastkami” nie będzie, bo to ani szwedzka (rok wydania 1898) ani polska (2003) nowość, ale jednak zaproponuję pięć egzemplarzy recenzenckich. Dla blogerów, którzy piszą co najmniej od pół roku i przez ostatnie pół roku zamieścili co najmniej dwanaście recenzji. Chęć wzięcia książki należy zasygnalizować komentarzem i jeśli będzie się w pierwszej piątce (kto pierwszy, ten lepszy), proszę podać mailowo adres do wysyłki (ze względu na koszty, tylko na terenie Polski).



Swego czasu w sztokholmskim antykwariacie zobaczyłem napis, który szalenie mi się spodobał: „Książka niewarta przeczytania po pięciu latach, nie jest też warta przeczytania jako nowa”. „Opowiastki” są warte przeczytania po stu trzynastu latach.

sobota, 7 maja 2011

Dzwonię do pana/pani we wkurzającej sprawie

Za problem uznaje się spam mailowy, tymczasem dla mnie znacznie bardziej uciążliwy jest spam telefoniczny. Ten pierwszy ograniczają filtry i trochę prawo (trochę, bo powtarzany mail z pytaniem, czy mogą mi przysłać ofertę handlową, jest takim samym spamem jak oferta), poza tym spływa do mnie, kiedy ściągam pocztę, a więc w chwili przeze mnie wybranej, ustalenie, co jest spamem i wykasowanie to kwestia sekund. Telefon odrywa mnie od innych zajęć, nie zawsze też od razu wiadomo, że to akwizytor. Owszem, są dość charakterystyczni, ale jednak za wstępem „dzwonię z firmy” może kryć się i chęć sprzedania czegoś, i zlecenia tłumaczenia.

Ponieważ właśnie telefon służy mi do pracy, wyłączyć go nie mogę, sekretarki nie mam, a że numer jest stary i figuruje we wszelkich możliwych spisach, akwizytorzy dzwonią bez przerwy.

Jakoś byłbym tam jeszcze w stanie zrozumieć, że to ich praca i muszą coś sprzedać, gdyby miało to cywilizowaną formę. Ale jeśli odpowiadam grzecznie, że nie jestem zainteresowany usługą, a potem przez następne dziesięć dni odbieram pięć kolejnych telefonów z tej samej firmy, to w końcu rzucam słuchawką. Komunikat jest jednoznaczny, ale na przykład pracownicy firmy Netia (wyjątkowo upierdliwej) dzwonią po raz kolejny, bo „przerwało połączenie”. Wiadomo już, że klient nic nie kupi, ale trzeba go wychować i pokazać, że nikt nie będzie im bezkarnie rzucał słuchawką.

Mam koleżankę Szwedkę, która lubi się z takimi akwizytorami podroczyć. Jak dzwonią do niej, żeby zaproponować jej na przykład tańszy abonament na komórkę, ona oświadcza, że tak jest zadowolona z usługi, że byłoby niemoralne, gdyby przyjęła obniżkę, przeciwnie, gotowa jest płacić więcej. Jak tylko akwizytor orientuje się, że pada ofiarą kpin i nic nie sprzeda, grzecznie dziękuję za rozmowę i rozłącza się. On nie ma czasu na udowadnianie klientowi, że ten nie szanuje jego pracy. I myślę, że ta różnica w podejściu bierze się nie tylko z faktu, że szwedzki akwizytor (najwyraźniej) ma płacone od efektów, a polski ryczałtem, ale też z mentalności. Moja szwedzka koleżanka może sobie też pozwolić na dobry humor, gdyż odbiera takie telefony tylko dlatego, że chce. Bo gdyby zastrzegła sobie, że nie wyraża zgody na taką formę sprzedaży, nikt by do niej nie dzwonił.

U nas problem prawnie też rozwiązano, ale typowo po polsku, to znaczy ustawa niczego nie załatwia, a ci, których dotyczy, kompletnie się nią nie przejmują. Bo natrętne oferowanie usług przez telefon podobnie jak spam jest zakazane, o czym mało kto wie. Mówi o tym ustawa o przeciwdziałaniu nieuczciwym praktykom rynkowym (konkretnie art. 9 ust. 3). I taka organizacja call center, że po jednym telefonie numer klienta nie jest usuwany z listy, tylko dzwoni na niego pięciu kolejnych pracowników, jest naruszeniem tej ustawy. Co z tego, kiedy poszkodowany może się domagać wyłącznie nawiązki na cel społeczny. Nikt nie będzie tracił czasu i nerwów na prawnicze batalie, żeby wygrać parę złotych dla jakiejś fundacji. Gdyby można było żądać odszkodowania dla siebie, kilka osób zrobiłoby sobie z tego źródło dochodu i natrętne firmy przyjęłyby do wiadomości, że nękanie telefonami klientom się nie podoba.

Ponieważ wspomniana ustawa uznaje takie nękanie za wykroczenie zagrożone karą grzywny, czasami natręta informuję, że łamie prawo i proszę o podanie nazwiska w celu zgłoszenia owego wykroczenia. Reakcje są dwie: albo wtedy to dzwoniący rzuca słuchawką, albo unosi się świętym oburzeniem: „proszę pana, ja nie łamię prawa, ja wykonuję swoją pracę!” Aż dziw, że na tak oczywiste usprawiedliwienie nie wpadli dotąd płatni zabójcy. Zabił pan tego gościa? No tak, ale to przecież moja praca.

sobota, 30 kwietnia 2011

Zapach świeżej śmierci, czyli histeria autora

Wybitny pisarz Aleksander Sowa, autor bestsellerowych esejów w rodzaju „Jak wymienić uszczelkę w maluchu”, dwa tygodnie temu, po wydaniu swojej 19 książki, dowiedział się, że na świecie istnieją recenzenci i że opublikowanie książki oznacza również poddanie jej publicznej ocenie. Ta wiedza była dla autora szokiem, który objawił się rozdziesiątkowaniem jaźni, tabuny osobowości pognały na blog recenzenta, żeby zaznaczyć, że tekst jest ohydny i zachwalić geniusz pisarski Aleksandra Sowy. Sam autor w głębokim poczuciu krzywdy pytał żałośnie: „Czym zasłużyłem sobie, na tę recenzję?” (proszę spojrzeć na ten pozornie błędny przecinek, tak naprawdę dodający pytaniu niesłychanego dramatyzmu) albo ogarnięty żądzą zemsty wydzwaniał do recenzenta, grożąc mu sądem.

Kiedy szok powoli ustąpił, Aleksander Sowa postanowił na wrażą recenzję odpowiedzieć. Ripostę zapowiadał z hukiem, stopniując napięcie, nie ulegało wątpliwości, że punkt po punkcie udowodni, że napisał rzeczowy poradnik, a nazywanie go grafomanem jest rażącą niesprawiedliwością. I rzeczywiście już na samym początku Sowa potwierdził swój pisarski kunszt zdaniem: I tak oto znalazłem się na samym dnie faktu dokonanego. Podziwiałem je przez dobry kwadrans, jak abstrakcyjne malowidło czy rzeźbę, treści brak, nie wiadomo, co znaczy, ale człowiek podświadomie czuje, że ma do czynienia z pięknym dziełem sztuki, i pytałem się „kurczę, jak on to robi?” Bo przyznam się, że w celach parodystycznych usiłowałem skopiować jego styl i ni chu… Nie da się, nie umiem. Sowa nie jest jakimś tam przeciętnym grafomanem, to mistrz, co ja mówię, arcymistrz grafomanii (tak, wiem, że on będzie cytował to jako komplement).

Sam manipuluje cytatami. Pisze na przykład, że „Sowa zamiast pisać na temat czyli o twórcach, publikujących w Internecie…” Po pierwsze napisałem „internecie”. Po drugie o takich właśnie o twórcach piszę (Piotr Kowalczyk, Cory Doctorow itp.). Po trzecie, cytat jest wyrwany z fragmentu o cechach wyróżniających pisarza niezależnego.
No i gdzie jest ten cytat, który zmanipulowałem? Czy tylko ja mam wrażenie, że mam polemizować z tym, co się dzieje w głowie tego pana, a czego nie potrafi przelać na papier? O Kowalczyku i Doctorowie Sowa rzeczywiście pisze. Poświęcił im całe półtora zdania. A jeśli cechą wyróżniającą pisarza niezależnego (publikującego w Internecie) jest to, że może zamieszkać na wsi, to rozumiem, że pisarz „zależny”, zdaniem Sowy, musi każdego dnia chodzić do wydawnictwa i tam w godzinach między ósmą a szesnastą pisać swoją książkę.

Sowa kwestionuje moje twierdzenie, że żadnej pozycji beletrystycznej nie udało mu się opublikować w klasycznym wydawnictwie. Rzekomo nie rozumie tego pojęcia. Klasyczne wydawnictwo to takie, które dokonuje selekcji, rzeczy grafomańskie odrzuca, przyjętemu autorowi płaci zaliczkę za książkę, płaci redaktorowi za jej opracowanie, drukuje ją na papierze i wprowadza do stacjonarnych księgarń. Nieklasyczne to takie, które bierze wszystko jak leci, bo albo każe autorowi pokrywać koszty wydania książki (w przypadku wersji papierowej) albo publikuje ją tylko w formie e-booka, czyli minimalnym kosztem. Trudno poważnie traktować autora, który może publikować tylko tam, gdzie nikt nie sprawdza jakości jego tekstów. Bo to, że Sowa publikuje swoją beletrystykę w formie e-booków albo własnym sumptem, nie jest jego wyborem, chciał publikować normalnie na papierze, o czym informuje w swoim poradniku: „wysłałem wydrukowane manuskrypty [powieści „Umrzeć w deszczu”] do kilkunastu wydawnictw i dostałem od nich w zęby” (str. 27).

Sowa uważa, że jako autor 2.0 jest „twórcą nowego pokolenia”, podczas gdy pisarze 1.0 (co, zdaje się, uważa za określenie pogardliwe) toną właśnie na Titanicu, kompletnie nie zdając sobie z tego sprawy. Zdaniem Sowy papierowa książka umarła (chociaż fizjologicznie jeszcze żyje), a przyszłość to e-book. Udział e-książek w ogólnej sprzedaży książek ciągle rośnie i to dynamicznie, a sprzedaż papierowych spada. Sęk w tym, że nawet dynamicznie rosnąca mrówka jest cały czas mniejsza od słonia. Rynek książki papierowej w Polsce wart jest ok. 2,9 mld złotych, a sprzedaż e-booków szacuje się na 11-12 mln. Niecałe cztery promile. W najbardziej zaawansowanych pod tym względem Stanach Zjednoczonych udział e-booków to niecałe 9% (dane dotyczące e-booków zaczerpnąłem z artykułu Rzeczpospolitej, dane o wartości rynku książki papierowej z branżowego „Magazynu Literackiego Książki”). A należy wziąć pod uwagę, że spora, jeśli nie przeważająca część tych e-booków jest po prostu dodatkową wersją książki papierowej. W Polsce żaden autor, który wydał swoją powieść jedynie w formie e-booka, nie trafił na listy bestsellerów, nie zdobył znaczącej nagrody literackiej, nie wywołał swoją książką debaty. E-booki jako forma publikacji są całkowitą niszą, niszą, w której zagnieździli się grafomani. Aleksander Sowa nie ma elementarnej wiedzy o rynku wydawniczym, nie przytacza żadnych danych, wydaje mu się, że postrzegany przez niego świat jest tym realnym i na tej podstawie oskarża mnie o oszukiwanie czytelników i dwukrotnie o kłamstwo.

Aleksander Sowa uważa za obrzydliwość, że zaglądam mu do kieszeni. Byłoby to nieeleganckie, gdyby sam nie otworzył tej furtki. Autor poradnika nie może mówić: zarobiłem na swoich książkach, więc wiem, jak to zrobić, podzielę się z tobą tą wiedzą, jeśli mi zapłacisz 34,70 (tak, wiem, będzie gardłował, że nigdy tego nie powiedział), a potem ciężko się oburzać, kiedy ktoś sprawdza, czy faktycznie zarobił. Sowa oblicza, że do osiągnięcia postulowanego przeze mnie dochodu 3000 zł trzeba sprzedać miesięcznie tysiąc sto egzemplarzy. Dla mnie to nieprawda. Co jest nieprawda, diabli wiedzą, ale Sowa niechcący ujawnia tutaj swoje prawdziwe zarobki. Gdyby podał okrągłą liczbę tysiąca egzemplarzy, trzeba by uznać, że przyjmuje wartości szacunkowe, to, że jest precyzyjniejszy, pokazuje, że po prostu policzył sobie, ile musiałby sprzedać książek, żeby zarobić trzy tysiące. To oznacza, że na książce zarabia średnio nie prawie pięć złotych, jak wyszło mi z moich obliczeń, tylko 2,75 zł. Co do składki zusowskiej, to rzeczywiście od przychodów z tytułu praw autorskich obowiązkowo się jej nie płaci. Ale też nigdzie tego nie napisałem. Składkę można zapłacić dobrowolnie, a przyjąłem, że twórca chciałby jednak mieć ubezpieczenie zdrowotne i emerytalne, a nawet gdyby nie chciał, to przy takich obliczeniach trzeba patrzeć, czy zarobki dają twórcy to, co ma zapewnione przeciętny obywatel. Nie wiedziałem też, że Sowa pracuje na pół etatu i z tego tytułu ZUS ma już opłacony. Zarówno z treści poradnika (pardon: eseju), jak i reklam odnosi się wrażenie (choć wprost faktycznie takie stwierdzenie nie pada), że Sowa utrzymuje się z pisania. Ale to też jest bardzo ciekawa informacja: okazuje się, że Sowa pisze jedną książkę w niecałe trzy i pół miesiąca, pracując do tego na pół etatu! Bije w ten sposób na głowę nawet Pilipiuka, którego przywołuje jako dowód, że pisanie więcej niż dwóch książek rocznie wcale nie jest chałturzeniem ani zarzynaniem się. Sowa nie doczytał w wywiadach z Pilipiukiem, jak ten pracuje: minimum osiem godzin dziennie, często więcej, świątek czy piątek, rok na okrągło. To jest zarzynanie się. Owszem, paru pisarzy ma chęć i siły, żeby pisać w morderczym tempie i do tego potrafią utrzymać poziom, ale trudno przyjmować za normę coś, co normą nie jest.

Sowa ma jakieś kłopoty z odróżnianiem założeń hipotetycznych od faktów. Założenie, że pisarz powinien zarabiać trzy tysiące miesięcznie, pisząc dwie książki rocznie, uznaje za deklarację, że ja tyle zarabiam i z zapałem udowadnia, że to nieprawda. Kuriozalna jest pretensja, że jego dorobek rozłożyłem na dłuższy okres zgodnie z powyższym założeniem, że dwie książki to maksimum: Zmienia moją biografię i pisze, że moje zyski „powinniśmy rozłożyć na 9 lat”. Dlaczego powinniśmy? Jakim prawem Pan Pollak zmienia rzeczywistość? Boskim, panie Sowa, boskim.

Czytam także „prosimy, żeby Aleksander Sowa zainteresował się…” W czyim imieniu Pan Pollak się wypowiada? Na pewno nie w moich czytelników. Nie bardzo rozumiem, dlaczego jestem wykluczany z grona czytelników Sowy. Przecież uprzednio twierdził, że jego czytelnikiem jest ten, kto nabył jego książkę. Nie dostałem poradnika (pardon: eseju) w prezencie, tylko zapłaciłem za niego z własnych pieniędzy, więc spełniłem ten wymóg. Choć w przypadku wskazanego cytatu rzeczywiście nie wypowiadam się w imieniu pana czytelników, panie Sowa, to jest forma pluralis maiestatis, ze względu na swoje przerośnięte ego czasami używam.

Pan Pollak wielokrotnie nazywa moją książkę poradnikiem. Skandaliczne, bo zdaniem Sowy o tym, jak zaklasyfikować książkę, decyduje Sowa (tak jak na przykład o znaczeniu słowa „pisarz”). Jeśli Sowa uzna, że jego poradnik jest romansem historycznym albo sonetem, nie waż się napisać, że to poradnik. W tym przypadku Sowa miał fantazję uznać swoją książkę za esej (co nie przeszkadza mu sprzedawać jej na Allegro w dziale „poradniki”) i rzekomo ja się z tym zgadzam: Co ciekawe, sam przyznaje również, że „można się zgodzić z Sową, że jego poradnik jest esejem”. Inny passus z tej samej bajki: Dalej pisze, że „Złote Myśli, które uczciwie ostrzega, że autor nie ma bladego pojęcia, jak na książce przyzwoicie zarobić”. To jeszcze jedna manipulacja. Nic takiego ZM nie piszą. Poddaję się. Naprawdę nie wiem, czy facet zarzucając mi manipulację, sam świadomie manipuluje (wyciął dalsze fragmenty pokazujące, że w obu przypadkach to ironia) czy ma uszkodzone płaty w mózgu odpowiedzialne za tejże ironii odczytywanie. Wyliczenia Pana Pollaka, na których owe rzekome ostrzeżenie opiera są również nieprawdziwe. 25 tysięcy nakładu podzielone przez 18 tytułów nie daje mniej niż 1400 egzemplarzy na tytuł? Czy chodzi o to, że zawyżyłem zarobki?

Sowa oczywiście nie wytrzymał i zajął się moim poradnikiem, który według jego wyliczeń ma tylko 33 strony właściwej treści. Do rzeczy nie na temat, jeśli chodzi o wydawanie książek, Sowa zalicza umowy wydawnicze i prawo autorskie. To mniej więcej tak, jakby autor poradnika „Jak dolecieć na Księżyc” uznał, że fragmenty o budowie rakiety są zbędne. Ważniejsza będzie opowieść, że kandydat na kosmonautę pracował jako stróż nocny i kupił komputer na Allegro (str. 23 poradnika Sowy). Pytanie też, dlaczego Sowa omawia (z tak wielką niechęcią) umowy w swoim poradniku, skoro to rzecz poza tematem. Do dowodów, że omawiając te umowy, wykazał się skrajną niekompetencją, oczywiście się nie odnosi.
Na 25 stronach (tak!) autor relacjonuje sądowo-wydawnicze przygody z dialogami jak w powieści. Tak, te dialogi są oburzające. Z wydawniczych przygód można się na przykład dowiedzieć, jak wyglądają losy maszynopisu w wydawnictwie i jak trzeba wydzierać redaktorowi z gardła odpowiedź. Jest to opis realiów wydawniczych, dla Sowy rzecz bez związku z tematem, na temat są jego urojenia, że redaktorzy wyrzucają maszynopisy przez okno. Ale co innego może napisać człowiek, którego jedyną przygodą wydawniczą był lot maszynopisu do kosza, jedyną kwestią dialogową, jaką usłyszał od prawdziwego redaktora, odgłos tego maszynopisu lądującego w koszu, człowiek, który wymyślił sobie nieistniejącą rzeczywistość, żeby wyjaśnić, dlaczego odrzucają go tradycyjne wydawnictwa. To jeszcze pół biedy, dla zdrowia psychicznego nawet wskazane, ale zarówno on, jak i inni „niezależni” rysując taki obraz, że debiutanci są przez tradycyjne wydawnictwa sekowani, że te biorą tylko znane nazwiska, opowiadając dyrdymały o zawistnych redaktorach, wprowadzają debiutantów w błąd, a namawiając do zostania indie, do publikowania na „dynamicznie” rozwijającym się rynku e-booków, skazują ich na niszę. Sowa i ci, którzy podobnie tłumaczą się ze swojej porażki, zamykają oczy na fakt, że pisarze mający znane nazwiska też kiedyś debiutowali. Spora część całkiem niedawno. Bo owszem, debiutant musi swoje przejść, ale polscy adepci pisarstwa chyba jeszcze nigdy nie mieli tak sprzyjających warunków do debiutu. Rynek książki papierowej, wbrew twierdzeniom Sowy, rośnie z roku na rok (tylko na czas kryzysu przypadło niewielkie załamanie), Polacy chcą czytać rodzimych autorów (w przeciwieństwie do takich lat 90., kiedy to czytali niemal wyłącznie zagranicznych), wydawcy szukają dobrych tekstów. Tylko właśnie tu jest pies pogrzebany: dobrych. Tymczasem książkom Sowy wcale nie „przydałaby się lepsza okładka, reklama, większy nakład albo jeszcze jedna korekta”, jedyne, co może jego książki doprowadzić do poziomu drukowalności, to nowy autor.
Sowa zestawił listy wydawnictw z mojego i swojego poradnika i nie dostrzegł w nich zasadniczej różnicy, że na jego liście nie ma informacji, jakiego rodzaju książki dane wydawnictwo publikuje. Ktoś chcący wydać tomik poezji, musiałby wejść na 160 stron internetowych, żeby wyłuskać te pięć oficyn, które publikują poezję. Oczywiście nie będzie tego robił, tylko wpisze sobie odpowiednie zapytanie do wyszukiwarki.

W swojej „ripoście” Sowa nie wziął w obronę ani pół zdania z tych, które zacytowałem z jego poradnika i powieści. Przy żadnym nie stara się udowodnić, że nie jest to grafomańska fraza, tylko poprawna i sensowna polszczyzna. O przepraszam, do jednej rzeczy się odnosi: cała ta tzw. recenzja. Może teraz jaśniejszy będzie kontekst użycia przez mnie skrótowca „tzw.”, do czego też się Pan Pollak podłącza. Prosimy (pluralis maiestatis, panie Sowa) o podłączenie się tych, dla których kontekst jest jaśniejszy. Odpowiedź, dlaczego Sowa nie broni tego, co napisał, znajduje się w reakcji na komentarze do jego riposty. Poprawiał konkretnie wskazane błędy, ale gdy krytyka była ogólna, poprawek już nie nanosił. Zdania z faktami dokonanymi nie zmienił. On po prostu nie wie, dlaczego jest ono nie do przyjęcia. Pisarze robią błędy, rzecz naturalna, dlatego postawiono między nimi a czytelnikami redaktorów, ale pisarzowi zwykle wystarcza podkreślenie błędu przez redaktora, by zorientował się, co jest nie tak. Grafoman nie jest w stanie dostrzec, co źle napisał. Innym dowodem na grafomaństwo Sowy (i absolutnym kuriozum w dyskusji, jeszcze się z tym nie zetknąłem) jest atak na stosowane przeze mnie środki stylistyczne. Sowa ich nie rozpoznaje i traktuje je dosłownie (jak właśnie stosowanie liczby mnogiej w miejsce pojedynczej). Nie chodzi oczywiście o to, by taki środek stylistyczny potrafił nazwać, to domena językoznawcy, ale intuicyjnie powinien go rozpoznawać. Jak ma go używać, kiedy nie widzi go podczas czytania?

Z błędów logicznych, które wskazałem (jest ich oczywiście dużo więcej, ale nie będę robił Sowie darmowej redakcji, zresztą i tak były zarzuty, że za długi tekst napisałem), Sowa tłumaczy się brakiem logiki u mnie, co jest nielogiczne. Jeśli między twierdzeniami A i B nie ma związku, to nielogiczne twierdzenie A nie stanie się logiczne przez to, że udowodni się nielogiczność twierdzenia B. Czy raczej: nawet jeśli się udowodni, bo moją „nielogicznością” jest zarzut, że Sowa publikuje własnym sumptem, gdy tymczasem sam to robię. Owszem robię, bo w przeciwieństwie do Sowy nie pozwalam sobie dyktować, co mam napisać i jak mi wydawnictwo każe dopisać drugą część, bo inaczej nie wydadzą, to nie kładę uszu po sobie i nie piszę bzdur na temat, o którym nie mam bladego pojęcia, tylko odwracam się na pięcie. Mogę sobie pozwolić na samodzielne wydawanie, bo parokrotnie moje teksty przeszły weryfikację na normalnej ścieżce wydawniczej, Sowy (jeśli chodzi o beletrystykę) nigdy.

Z zarzutami nieprawdziwego przedstawiania realiów wydawniczych i historii pisarzy Sowa w ogóle nie polemizuje: nie broni twierdzenia, że redaktorzy w wydawnictwach to potwory, że opowiadanie sławnego już Kinga ktoś odrzucił, że o Masłowskiej pisano przed debiutem i dlatego udało się jej wydać „Wojnę polsko-ruską”. Potrzeby umieszczenia tekstów o grafomanii, o sapiących krytykach i innych tego rodzaju też nie uzasadnił.

Co się robi, jak się nie ma argumentów? Atakuje się adwersarza z pozycji moralnych. To zadanie ułatwia Sowie typowo polska reakcja na mój tekst. W Polsce nie dyskutuje się o tym, co ktoś napisał czy powiedział, tylko dlaczego to napisał albo powiedział. Argumenty są mało ważne, ważne jest, czy ten, kto je przedstawił, miał moralne prawo to zrobić. A ja nie miałem moralnego prawa, bo jako autor konkurencyjnego poradnika jestem z definicji podejrzany. Czy moje wraże intencje oznaczają, że o Masłowskiej pisał już „Merkuriusz Polski”, nieprawomocne wyroki mają skutki prawne, a polszczyzna Sowy urzeka swoim pięknem? A może jakąś czarownicę wynająłem, żeby na Sowę urok rzuciła? Musiałem przecież jakoś sobie zagwarantować, że konkurent napisze gniota. No bo jakby napisał rzecz dobrą albo bardzo dobrą, wtedy byłoby widać, że szukam dziury w całym (tak jak widać, że Sowa szuka dziury w całym, krytykując teraz mój poradnik). Sowa, mając przygotowany grunt, pokazuje atmosferę mojego moralnego upadku, jakim było napisanie recenzji jego poradnika: obrzydliwości, świnie tarzające się w błocie, chore wykwity. I jak zwykle w takich przypadkach moralności uczy ten, któremu brakuje moralnego kręgosłupa: grożenie sądem (za recenzję), komentowanie wpisu jako dziesięć różnych osób, odwet w postaci wystawiania negatywnych ocen książkom recenzenta, z których jedną oceniał wcześniej jako fantastyczną, a drugiej nie przeczytał, obrzucanie recenzenta wyzwiskami. A że nie da się tego położyć tylko na karb histerii i szoku, że jego fuszerka została zdemaskowana, pokazuje fakt, że Aleksander Sowa sam pisuje sobie entuzjastyczne recenzje. W tej branży niżej nie można upaść.

poniedziałek, 25 kwietnia 2011

Zemsta

Otrzymałem maila od czytelniczki, żebym wszedł sobie na stronę serwisu Lubimy czytać. Okazuje się, że przed sześcioma dniami zarejestrowała się tam niejaka Malwina, która oceniła na jedynkę dwie moje książki "Niepełnych" i "Jak wydać książkę". Komentarz do poradnika przypomina bliźniaczo ten, który Aleksander Sowa zawarł w swojej odpowiedzi na moją recenzję. Ulubionym pisarzem Malwiny jest oczywiście Aleksander Sowa.

Coś przyjemniejszego: na Portalu Kryminalnym jest do wygrania „Między prawem a sprawiedliwością”. Jakby ktoś był zainteresowany, to wystarczy odpowiedzieć na dwa proste pytania.


PS. Nie popatrzyłem dokładnie. Sprzed sześciu dni są oceny moich książek, a Malwina zarejestrowała się wcześniej, zaczynając od entuzjastycznych recenzji książek Aleksandra Sowy. Tytuł tego postu nie powinien brzmieć “Zemsta”, tylko “Żenada”.