środa, 31 lipca 2013

Papier wartościowy

Po zakończonym parkowaniu chciałem wyrzucić bilet, ale na szczęście popatrzyłem, co wyrzucam:

Można w szufladzie czy musi być kasa pancerna?

poniedziałek, 29 lipca 2013

Fakty znane i nieznane

Swego czasu uczyłem w szkole (niemieckiego) i muszę powiedzieć, że uczniowie w wymyślaniu wyjaśnień, dlaczego nie odrobili zadań domowych, wykazywali się znacznie większą inwencją niż sędziowie wskazujący powody, dlaczego tłumacz musiał czekać wieki na honorarium. Ale ostatnio dostałem pisemko, które inwencją tej uczniowskiej dorównało (cytuję w całości, bo na całości numer polega):

Prezes Sądu Rejonowego w L., L. dnia 13 czerwca 2013 r.

W odpowiedzi na Pana skargę z dnia 21 maja 2013 r., która wpłynęła do Prezesa Sądu Rejonowego w L. w dniu 5 czerwca 2013 r. za pośrednictwem Ministerstwa Sprawiedliwości w Warszawie uprzejmie informuję, że skargę uznaję za zasadną.

Hura!

Sąd zlecił Panu jako tłumaczowi przysięgłemu tłumaczenie dokumentów w sprawie o sygn. akt XXX w miesiącu lutym 2013 r. W dniu 21 marca 2013 r. przesłał Pan przetłumaczone dokumenty.

Wiem, że sąd zlecił mi tłumaczenie, wiem, że jestem przysięgłym, wiem, w jakiej sprawie tłumaczyłem, wiem, kiedy przesłałem tłumaczenie, i wiem, że luty jest miesiącem.

Do chwili złożenia skargi, to jest do dnia 21 maja 2013 r. Sąd nie wydał postanowienia o przyznaniu wynagrodzenia tłumaczowi przysięgłemu i nie wypłacił wynagrodzenia.

A pani prezes myśli, że dlaczego składałem skargę?

W chwili obecnej skutki uchybienia zostały usunięte, ponieważ w dniu 28 maja 2013 r. wydano postanowienie o przyznaniu tłumaczowi przysięgłego wynagrodzenia. Odpis postanowienia został Panu wysłany w dniu 3 czerwca 2013 r. i po uprawomocnieniu się postanowienia wynagrodzenie niezwłocznie zostanie wypłacone.

Wiem, że wydano postanowienie, bo je dostałem, a z faktu, że je dostałem, wnioskuję, że je wysłano.

Pani prezes słowa „skargę uznaję za zasadną” podkreśliła i wytłuściła (o rozstrzelonym druku jednak zapomniała), co w połączeniu z przytaczaniem znanych mi świetnie faktów miało zapewne na celu zatuszowanie, że nie poinformowała mnie o fakcie mi nieznanym, a mianowicie, dlaczego sąd przed dwa miesiące nie tylko nie zapłacił, ale nawet nie wydał postanowienia.

PS. Gdyby kogoś interesowało, ile w sądzie trwa „niezwłocznie”, to informuję, że płatność wpłynęła na mój rachunek 19 lipca.

poniedziałek, 15 lipca 2013

Cywilizacja życia (wiecznego)

Jestem zdecydowanym zwolennikiem cywilizacji śmierci. I wcale nie chodzi o to, że w swoich książkach zabiłem ponad dwadzieścia osób. Nawiasem mówiąc, usiłowałem policzyć dokładnie, ale natrafiłem na spore trudności: czasami są kłopoty z definicją (czy jak bohater opowiada o zabitych w przeszłości, to też ich liczyć?) albo w ogóle brak konkretnych danych. W „Złodzieju trumien” ze zbioru „Między prawem a sprawiedliwością” występuje seryjny morderca, ale autor nie uznał za stosowne podzielić się z czytelnikiem informacją, ile tenże ma ofiar na sumieniu (że wygłoszę tę samokrytykę).

W realnym życiu stanięcie po stronie cywilizacji śmierci oznacza opowiadanie się za tym, by kobieta mogła usunąć niechcianą ciążę, a nie topiła niechcianego noworodka w beczce, by zgwałcona przez ojczyma jedenastolatka nie musiała donaszać ciąży, by młoda kobieta nie umierała, bo musi urodzić bezmózgi płód, by ciężko chorzy i kalecy mogli korzystać z terapii opartych na komórkach macierzystych, by bezpłodne pary mogły zaznać radości rodzicielstwa. Gdzie tu śmierć, zapyta ktoś z innej planety. Spokojnie, nie uciekła. Przy takim zestawie jest duże prawdopodobieństwo, że będę zwolennikiem eutanazji, a to śmierć w czystej postaci. Czyli, jak widać, etycznie całkowita degrengolada, dosłownie tanatofilia w przeciwieństwie do wysokiego morale przedstawicieli cywilizacji życia, sprzeciwiających się temu, by człowiek spokojnie umarł, skoro może jeszcze pocierpieć. Przecież wiadomo, że przez cierpienie dotyka się istoty życia. Poza tym każde życie ma wartość bez względu na jego jakość, więc jest sens, by taki bezmózgi płód pożył pół godziny. Dodatkowo zyska dzięki temu prawo do pochówku w poświęconej ziemi zaraz obok grobu matki. Tego prawa nie mają embriony, ale przecież też żyją, a nawet – zamrożone – krzyczą i chyba oczywiste jest, że krzycząca forma życia nie może być poświęcana, by ktokolwiek wstał z wózka inwalidzkiego. Od uzdrawiania jest ojciec Bashobora, a nie medycyna. A gdyby Pan Bóg nie chciał, żeby jedenastolatki rodziły dzieci, to nie byłyby do tego fizycznie zdolne.

Przedstawiciele cywilizacji życia nie tylko głoszą wysoce etyczne poglądy, oni je też realizują w codziennym życiu. Weźmy katechetkę Ewę T., która wpaja dzieciom, że nie można grzeszyć, popierając cywilizację śmierci, gdyż za grzechy spotyka człowieka kara. Ewa T. wie, o czym mówi, jej sześcioletni pasierb zgubił sznurówki i zakatowała go za to na śmierć. Niech teraz dzieci sobie wyobrażą, co je spotka za poważniejsze przewinienia.

Albo taki ksiądz Wiesław Madziąg. Poświęcił się i poszedł na czołówkę z samochodem 22-letniego chłopaka. Sam się przy tym zabił, ale czyż ofiara z własnego życia nie jest tą najbardziej wartościową? I o co te pretensje, że miał dwa promile alkoholu w krwi? Nie każdy jest zdolny do takich bohaterskich czynów na trzeźwo. A przecież, jak wyjaśnił biskup w liście do rodziców chłopaka, ten ma teraz lepiej, bo jest u Jezusa. W niebie przecież ludzie są szczęśliwsi niż na tym padole łez. Doceńmy też skromność przedstawicieli cywilizacji życia, w liście ani słowa przechwałki, czyja to zasługa, że młodzieniec już cieszy się życiem wiecznym.

poniedziałek, 8 lipca 2013

Testament Gowina

Pozytywny szajbus z ministerstwa odszedł, ale deregulacja różnych zawodów ma być dalej przeprowadzana i doszły mnie słuchy, że w tej grupie jest również zawód tłumacza przysięgłego. Przeczytałem więc sobie projekt ustawy deregulującej, by stwierdzić, że ministerstwo obwieściło, iż wypuszcza króliczka na wolność, a tymczasem wsadziło go po prostu do większej klatki: egzamin na przysięgłego zostaje, ale by do niego przystąpić, wystarczy ukończyć szkołę średnią, a nie studia jak poprzednio. A dlaczego szkoła średnia jest wystarczająca? Bo „tłumacze przysięgli, wykonując swoje czynności, nie muszą dokonywać naukowych analiz”. Z idiotyzmami trudno polemizować, interesowałby mnie jednak mechanizm ich powstawania: czy w Polsce rzeczywiście można zostać ministerialnym urzędnikiem, będąc inteligentnym inaczej, czy też ci ludzie wypisują kosmiczne bzdety w pełni świadomie, zakładając, że kompletnie nie ma znaczenia, co wymyślą, bo skoro jest polityczna większość, by przepchnąć ustawę, uzasadnienie pisze się pro forma. A im większy nonsens, tym lepsza zabawa, kiedy będzie się o nim opowiadało znajomym przy piwku.

Nie krytykuję samej zmiany, tylko uzasadnienie, bo zmiana jest w mojej opinii bez znaczenia. Nie powinien obowiązywać wymóg ani ukończenia szkoły średniej, ani studiów wyższych, bo to jest bariera czysto uznaniowa i nie ma nic wspólnego ze sprawdzaniem kwalifikacji kandydata. Absolwent liceum i magister inżynier dokładnie tak samo nie potrafią tłumaczyć, więc skoro pozwalamy do egzaminu przystępować inżynierowi, to nie ma przeszkód, by przystępował do niego absolwent. Wymóg ukończenia dowolnych studiów wyższych studiów nie został zresztą do ustawy wprowadzony w sposób przemyślany. Najpierw od kandydatów wymagano ukończenia filologii lub podyplomowych studiów translatorskich. Było to (teoretycznie) bardzo rozsądne rozwiązanie: nie ograniczano zawodu do absolwentów filologii, ci, którzy nauczyli się języka gdzie indziej, mogli stosunkowo niewielkim nakładem czasu uzupełnić kwalifikacje. Niestety, nikt nie organizował studiów podyplomowych z rzadkich języków i możliwość była czysto teoretyczna. Problem rozwiązano po polsku, czyli bez sensu, zniesiono po prostu wymóg odbycia studiów podyplomowych i dano absolwentom wszystkich kierunków możliwość bezpośredniego przystąpienia do egzaminu na przysięgłego. A to jest złe rozwiązanie. Na egzaminie, który jest jednak swego rodzaju loterią, braki w wiedzy kandydata niekoniecznie muszą wyjść na jaw. Stąd wymagamy od ludzi zdających na prawo jazdy, by wyjeździli trzydzieści godzin, a chętnym do zawodu lekarza nie pozwalamy przystępować z marszu do LEP-u, tylko każemy im najpierw ukończyć studia medyczne. Skoro uznajemy, że zawód tłumacza przysięgłego ma być regulowany (a obecny projekt przecież tej regulacji nie znosi, zresztą nie bardzo się da, co wykazałem we wpisie Tłumacz przysięgły – zawód (nie)regulowany), to powinni być do niego dopuszczani wyłącznie kandydaci rzeczywiście merytorycznie przygotowani. A odsiew jest tym bardziej potrzebny, że każdy kto liźnie języka, pracując przez pół roku za granicą na zmywaku, uważa się za wykwalifikowanego tłumacza. To jest zresztą dla mnie niepojęte: nikt, dosłownie nikt z dwudziestu paru milionów dorosłych Polaków nie uważa, że ma kwalifikacje do nauczania języka polskiego z racji tego, że od urodzenia mówi po polsku. Na taką ofertę pracy większość by się zapewne żachnęła, wyjaśniając, że jeszcze jakieś szkoły trzeba skończyć, żeby wiedzieć, jak nauczać. Za to każdy, dosłownie każdy Polak, który pomieszkał za granicą, uważa, że nabył w ten sposób umiejętności pozwalające mu tłumaczyć.

Trochę się nad tym zastanawiałem, jaki wymóg można by postawić, by z jednej strony nie dopuszczać do egzaminu praktycznie wszystkich chętnych, a z drugiej nie zawężać nadmiernie grupy kandydatów, i doszedłem do wniosku, że poza filologią i translatorskimi studiami podyplomowymi przepustką winno być ukończenie przyzwoitych zagranicznych szkół językowych. Kto się uczył języka metodą „chałupniczą”, tłumaczem być nie musi. W każdym razie przysięgłym. Poza tym zawód tłumacza jest całkowicie otwarty i każdy może próbować swoich sił.

Rzekoma deregulacja nie jest jedyną zmianą wprowadzaną przez ministerstwo. Zmiany (zaraz je omówię) są zasadne, ale zamiast wpisać je do ustawy o zawodzie tłumacza przysięgłego, ministerstwo wprowadza je ową ustawą deregulacyjną. Bo potrzebuje propagandowego sukcesu, że zderegulowało zawód. W efekcie przepisy dotyczące przysięgłego będą rozrzucone. Ot, polska kultura tworzenia prawa.

Przywrócona zostaje (bo kiedyś była) możliwość zawieszenia działalności. Tylko temu przyklasnąć, gdyż jak na razie tłumacz, który na przykład złamie sobie rękę, musi być do dyspozycji sądu, a jego odmowa wykonania tłumaczenia może zostać zakwestionowana, gdyby na przykład sędzia uznał, że do wykonania tłumaczenia jedna ręka w zupełności wystarczy. To oczywiście czysto teoretycznie, bo sądy nie egzekwują obowiązku tłumaczenia.

Do katalogu kar za łamanie ustawy zostają wprowadzone kary pieniężne. Słusznie, bo między niedolegliwą naganą a dolegliwym zawieszeniem czy w ogóle drakońskim wydaleniem z zawodu powinno być coś pośredniego. Problem w ustalaniu wysokości tych kar: ma to być nie mniej „od jednej dziesiątej przeciętnego miesięcznego wynagrodzenia”. Przeciętne wynagrodzenie stale rośnie, więc będzie rosła i wysokość kar. A zarobki tłumaczy stoją w miejscu od ośmiu lat i wszystko wskazuje na to, że będą tak stały przez następne osiem. Może więc, panie ministrze łaskawy, powiązałby pan kary ze stawkami albo stawki z przeciętnym miesięcznym wynagrodzeniem.

Kolejna zmiana to kary za nieaktualizowanie swoich danych na liście tłumaczy przysięgłych prowadzonej przez Ministerstwo Sprawiedliwości. Szkoda, że dopiero teraz: rzecz dotyczy bowiem cwaniaczków, którzy nie chcą, by sądy mogły do nich dotrzeć i zlecać im tłumaczenia za urzędowe stawki. Nieaktualne dane na liście nie są barierą dla prywatnych klientów, bo ci o jej istnieniu nie wiedzą i szukają tłumacza innymi kanałami. Ale muszę dodać drugie szkoda: pewnie pozostanie to martwym zapisem i cwaniaczki będą miały się tak dobrze, jak mają się dotąd.

Wspomnianej listy dotyczy jeszcze jedna zmiana: będzie ona publikowana wyłącznie w formie elektronicznej. To, że ministerstwo zauważyło rzeczywistość, cieszy, szkoda, że jest to widzenie tunelowe. Bo skan i e-mail spowodowały, że obowiązek zaznaczenia na tłumaczeniu, czy wykonano je z kopii, czy z oryginału, stał się kłopotliwy. Klient zamiejscowy słysząc, że jeśli nie dośle oryginału tradycyjną pocztą, będzie miał na tłumaczeniu zaznaczone, że wykonano je z kopii, rezygnuje. Nie z tłumaczenia, tylko z tłumacza. Zwraca się do takiego, który tego obowiązku nie przestrzega. Nie musi specjalnie szukać, spora grupa przysięgłych – przypomnijmy: osoby zaufania publicznego – nie widzi problemu w tym, że łamie prawo. Trudno zresztą, żeby widzieli problem, skoro dzięki temu zdobywają klientów, a żadna krzywda im się nie dzieje: Ministerstwa Sprawiedliwości kompletnie nie obchodzi, że do obiegu wprowadzane są dokumenty obarczone wadą prawną. Swego czasu Kierzkowska, prezeska (dożywotnia) TEPIS-u wysmażyła interpretację wskazanego przepisu, która sprowadzała się do takiej konkluzji: ja wprawdzie nie widziałam oryginału, ale widział klient, który zapewnił mnie, że oryginał ma, więc jeśli do tego klienta mam zaufanie, mogę na tłumaczeniu zaznaczyć, że wykonałam je z oryginału. Z Kierzkowskiej taka prawniczka, jaka tłumaczka, ale ponieważ ukazało się to chyba w oficjalnym biuletynie i dla nieuczciwej konkurencji stanowiło pożywkę, posłałem tę interpretację do ministerstwa z zapytaniem, czy tak jest rzeczywiście. Z dwojakim zamysłem: albo dostanę odpowiedź, że tak, i, chociaż to bzdura, będę miał podkładkę, by móc ignorować przepis, albo ministerstwo zaprzeczy i weźmie się za ukrócenie takich praktyk, bo przecież jasne jak słońce jest, że pani Kierzkowska nie napisała interpretacji sobie a Muzom, tylko zgodnie z nią postępuje. Dostałem odpowiedź, że nie. Ale ministerstwo najwyraźniej uznało, że Danuta Kierzkowska co innego pisze, a co innego robi, bo z tego, co wiem, nie uznało za potrzebne, by skontrolować, czy poświadczała ona tłumaczenia z oryginałów, mimo że nie widziała tych oryginałów na oczy.

Owszem, sprawdzenie tego jest trudne. Ale też, jeśli ministerstwo nie chce znieść tego anachronicznego przepisu, to powinno go egzekwować, a nie udawać, że problem nie istnieje. Zresztą nie zawsze egzekwowanie jest trudne. Część tłumaczy, nie chcąc wprost poświadczać nieprawdy, stara się przepis obchodzić i na tłumaczeniu zamieszcza formułę, że jest zgodne „z okazanym dokumentem”. Urzędnik dopowie sobie, że z oryginalnym. Tłumacz nie skłamał, ale też nie wypełnił dyspozycji przepisu, bo tam jest jasno powiedziane, że ma podać, czy zgodne z oryginałem, czy z kopią. A skoro tłumacz nie zrobił tego, co mu ustawa nakazuje, to jest podstawa, by go ukarać, dowód przeciwko sobie sam dostarczył.

piątek, 5 lipca 2013

Sagi nieskandynawskie

„Gazeta Wyborcza” (4.07.13):

Proponujemy, by bohaterami trzeciej edycji były literatura słowiańska i rosyjska.

czwartek, 4 lipca 2013

„Niepełni” w Amazonie

Postępowanie wydawnictwa, które opublikowało „Niepełnych”, opisane w poprzednim poście, uniemożliwia wznowienie tej powieści. Wydanie, kiedy reszta poprzedniego nakładu będzie w taniej księgarni, byłoby ekonomicznym samobójstwem. Oficynka jest zainteresowana książką, ale trzeba jakiś czas odczekać. Na razie więc udostępniam „Niepełnych” w wersji elektronicznej w Amazonie (kliknięcie na tytuł przekieruje do Amazonu).

Ze względu na politykę cenową Amazonu jest to niestety propozycja głównie dla Polaków mieszkających w tych krajach, w których Amazon działa. Wiem, że czytelnicy oczekują, iż wersja elektroniczna książki będzie tańsza od papierowej (cena nie wyższa niż 15 zł) i jestem w stanie do tych oczekiwań się dostosować. Nie chcę robić kokosów na „Niepełnych” i nie chcę też, żeby osoba książką zainteresowana musiała rezygnować z powodu zbyt wysokiej ceny. Tę ustaliłem więc na 3,99 USD. Niestety, Amazon klientów w Polsce obciąża narzutem, który wynosi prawie drugie tyle, stąd osoby logujące się z Polski widzą (i płacą) cenę 7,37 USD.

Może się zatem pojawić pytanie, dlaczego umieszczam książkę w Amazonie i nigdzie indziej. Z prostego powodu: sprzedaż gdzie indziej jest żadna. Chętniej publikowałbym na Smashwordsie, bo nie wprowadza on ograniczeń językowych i książka jest we wszystkich formatach, a nie tylko na Kindle’a, ale fakty są takie, że na kilkaset egzemplarzy sprzedanych w Amazonie w Smashwordsie sprzedaje się… jeden. Na polskich platformach sprzedaż jest tak samo nieznaczna na dodatek notorycznie pojawiają się jakieś przeszkody przy publikacji. Zgodnie z hasłem „polskie, więc nie działa”. Mimo przeszkód i niewielkiej sprzedaży gra byłaby może warta ogarka, gdyby nie to, że Amazon daje świeczkę: jeśli dostanie wyłączność, umożliwia czytelnikom nieodpłatne wypożyczenie książki, a autorowi płaci od tych wypożyczeń tantiemy.

Jeśli ktoś chce przeczytać „Niepełnych”, a nie posiada Kindle’a, to… powinien go nabyć :-). Muszę powiedzieć, że jak z początku byłem sceptyczny i traktowałem czytnik raczej jako gadżet, to w końcu musiałem uznać go za niezbędny, kiedy umożliwił mi dotarcie do książek, które w wersji papierowej były z różnych względów niedostępne. Ale z tym nabyciem to trochę żart, z Amazona można bezpłatnie pobrać odpowiednią aplikację, umożliwiającą przeczytanie książki na komputerze. Żart trochę, bo komfort czytania jest nieporównywalny, ekran czytnika (niepodświetlany, technologia e-papieru) w ogóle nie męczy wzroku.

Okej, technikę załatwiliśmy, pozostaje zachęcić do treści. Co prawda zdziwiłbym się, gdyby jacyś czytelnicy mojego bloga mieli jeszcze wątpliwości, że to świetna książka :-), ale jeśli tacy się uchowali, to ta pani im wytłumaczy, że są to wątpliwości nieuzasadnione :-)

poniedziałek, 1 lipca 2013

Z pozycji siły

Na rozprawie w związku z opatrzeniem „Niepełnych” podtytułem, na który nie wyraziłem zgody, wiceprezes zarządu wydawnictwa Anna D. wskazała sądowi, że ona postawy autora (czyli mojej) w ogóle nie rozumie, bo jeśli współpraca z wydawnictwem mu nie odpowiada, to przecież może i mógł w każdej chwili rozwiązać umowę. Nie udało mi się wprawdzie dociec, co dałoby mi rozwiązanie umowy, skoro podtytuł dopisano podstępem i dowiedziałem się o nim dopiero z wydrukowanych egzemplarzy, ale deklaracja, że wydawnictwo nikogo na siłę nie trzyma, bardzo mnie ucieszyła, bo na wygaśnięcie umowy i zwrot praw do ksiażki musiałbym czekać jeszcze cztery lata. Czym prędzej napisałem więc do Anny D., poinformowałem, że współpraca z wydawnictwem mi nie odpowiada, i poprosiłem o rozwiązanie umowy, wskazując na jej sądową deklarację, złożoną, było nie było, do protokołu.

Wtedy okazało się, że całkowicie odmiennie rozumiemy pojęcie „w każdej chwili”. Pani wiceprezes odpisała mi bowiem, że najpierw musi się zakończyć sprawa sądowa. A potem wydawnictwo może ewentualnie rozważyć zwrócenie mi praw do książki. Dostrzegają państwo różnicę między deklaracją złożoną w sądzie a tym „ewentualnie może”? Pytam, bo różnica jest tak subtelna, że pani wiceprezes najwyraźniej jej nie dostrzegała.

Niemniej jednak po zakończeniu sprawy napisałem ponownie, ciekaw, jakie teraz nowe warunki będą musiały zostać spełnione, by rozwiązać umowę. Okazało się, że muszę przystać na zachowanie przez wydawnictwo prawa do wyprzedania reszty nakładu (po obniżonej cenie). Pani wiceprezes miała pełną świadomość, że dopisanego mi przez nią i jej ekipę podtytułu nie tylko nie akceptuję, ale odbieram go jako ośmieszający powieść, że jestem głęboko rozgoryczony prezentowaniem jednej z dwóch najważniejszych książek w mojej twórczości jako szmirowatego romansidła, ale mimo to upierała się, by powieść z tym podtytułem nadal rozprowadzać. Zresztą „upierała się” to nie jest właściwe słowo, bo zakłada, że toczyła się jakaś rozmowa, jakaś dyskusja, tymczasem pani wiceprezes zwyczajnie postawiła mi ultimatum. W jej wydawnictwie z autorem się nie negocjuje: może przystać na podane warunki albo spadać. Nie usiłuje się zresztą nawet zachowywać pozorów: pani wiceprezes przesłała mi maila z załączonym tekstem porozumienia określającego warunki rozwiązania umowy, polecając, bym go podpisał i odesłał. Nie zapoznał się, zgłosił swoje uwagi, propozycje i zastrzeżenia, tylko podpisał i odesłał. Autor nie jest partnerem, któremu przedstawia się propozycję umowy, jest petentem, który ma podpisywać to, co wydawnictwo mu podsunie.

Podpisałem, bo wedle dotychczasowej umowy wydawnictwo i tak miało prawo rozprowadzić resztę nakładu po obniżonej cenie. Ale poinformowałem panią wiceprezes, że pieniędzy z dalszej sprzedaży książki nie chcę, może je sobie zatrzymać, i wyraziłem nadzieję, że staną jej kością w gardle, skoro do tego stopnia lekceważy ona prawo autora do decydowania o własnej książce. Nie bawiłem się przy tym w eufemizmy i użyłem dokładnie tego właśnie sformułowania.

W jednym z odcinków serialu „Las Vegas” do kasyna zgłasza się jakiś staruszek, twierdząc, że jest właścicielem działki, na której ono stoi. Prawnicy kasyna szybko ustalają, że to prawda, i przygotowują strategię, jak staruszka oszwabić. Tymczasem od szefostwa dostają polecenie, że mają przygotować ugodę i zaproponować mu odszkodowanie, bo „nic nie stoi na przeszkodzie, by postąpić uczciwie”. Pani wiceprezes Annie D. nie mieści się w głowie, że można wobec autora postąpić uczciwie. Że kiedy wydawnictwo naruszyło jego prawa, to niekoniecznie musi zmobilizować wszystkie siły, by nie ponieść konsekwencji.

Muszę powiedzieć, że mentalność takich ludzi jak Anna D. głęboko mnie zdumiewa. Kiedy w sądzie zgrywała idiotkę, demonstrując mi, że podtytułu nie ma na stronie przedtytułowej, więc ona nie rozumie, dlaczego uważam go za podtytuł, kiedy na pytanie, dlaczego jej kolega pisał, że to podtytuł, odpowiadała, że trzeba by jego zapytać, zastanawiałem się, czy ona rzeczywiście jest w stanie okłamać siebie do tego stopnia, że zapomniała, jak to jej własne wydawnictwo opublikowało liczne książki, w których podtytuł wystarczyło podać na stronie tytułowej, czy naprawdę nie wie, dlaczego jej kolega zgodził sie z moim zarzutem. A jeśli jest w pełni świadoma tego, że łże, to jak to godzi z elementarnym poczuciem przyzwoitości? Czy oddziela siebie, Annę D., prywatnie uczciwą i porządną kobietę, od wiceprezes Anny D., która działa jako przedstawiciel dużej firmy i nie ona gnoi autora, tylko firma? Prywatnie czyta książki i ogląda filmy, których bohaterowie walczą z podłymi korporacjami, wzrusza się, kibicuje tym słabszym, a potem wychodzi do pracy i nie odczuwa żadnego dysonansu, że jej firma, firma, w której ona współdecyduje, postępuje w sposób nieetyczny? Dysonansu między publikowaniem literatury potępiającej takie zachowania a działaniem dokładnie w krytykowany sposób?

Jest jeszcze jeden aspekt. W Polsce z pisania książek żyje bardzo niewielu autorów. Ta grupka ulegnie dodatkowo skurczeniu, jeżeli „żyć z pisania” utożsamimy z pojęciem „ze sprzedaży książek”. Bo autorzy, którzy utrzymują się z pisania, za dochody w tej kategorii uznają również na przykład honoraria za spotkania autorskie (czasami pisarz dostaje, nie zawsze) czy prowadzenie warsztatów creative writing. Ze sprzedaży książek dobrze jednak żyją duże wydawnictwa. Działa efekt skali: średnio sprzedająca się książka nie przyniesie autorowi dochodu, jaki można by uznać za ekwiwalentne wynagrodzenie za włożoną pracę, tysiąc średnio sprzedających się książek daje wydawnictwu godziwy zysk. Nie wiem oczywiście, ile zarabia pani wiceprezes zarządu, ale w przypadku wydawnictwa osiągającego przychód rzędu 30 milionów rocznie (dla porównania Czarna Owca z największym bestsellerem ostatnich lat, trylogią Stiega Larssona, która pociągnęła całą serię kryminałów skandynawskich, ma „ledwie” 18 milionów; dane z „Rzeczpospolitej” za Wikipedią) na pewno nie jest to głodowa pensja. Nie mówię, że człowiek pobierający przyzwoite wynagrodzenie dzięki temu, że szereg ludzi godzi się wykonywać jakąś pracę hobbystycznie czy za pół darmo, ma z tego powodu odczuwać dyskomfort. Ostatecznie ci zapaleńcy robią to dobrowolnie, a wydawnictwa potrzebują, by mieli gdzie efekty swojej pracy zaprezentować. Ale jakiś elementarny szacunek chyba im się należy, a nie postawa „naruszyliśmy pańskie prawa i co z tego, mu tu rządzimy”. Pani Anna D. rozwiązuje spory, stosując metodę zaprzeczania w żywe oczy faktom, a jeśli się autorowi nie podoba, niech idzie do sądu. Bo świetnie wie, jak dużo jej wydawnictwo gotowe jest zapłacić adwokatom, by zrobili wszystko, żeby nie dopuścić do uznania racji autora, i jak nędznie płaci pisarzom (za „Niepełnych” dostałemy tantiemy o 4 punkty procentowe niższe niż za debiutancką książkę w innym wydawnictwie, przy czym okres, na który musiałem oddać prawa, był półtora raza dłuższy) i że nie są to kwoty pozwalające na jakiekolwiek spory sądowe. Niech autor zgadnie, kto w tej sytuacji polegnie.

czwartek, 27 czerwca 2013

Partia Go Go

Partia Go Go (Godson & Gowin) wbrew możliwym skojarzeniom, jakie przywodzi ten skrót, jest głęboko religijna, jak na prawdziwie polską partię przystało. Dotąd, nie wiadomo dlaczego, się tego wstydziła, ale wreszcie postanowiła wystąpić z otwartą przyłbicą i ogłosiła, że związków partnerskich w Polsce nie będzie. Trzeba zresztą uczciwie przyznać, że zwolennicy związków mieli kiepskie argumenty. Na przykład taki, że związki wcale nie zagrażają tradycyjnej rodzinie, bo przecież mąż katolik nie porzuci żony i dzieci dlatego, że będzie mógł się ożenić z sąsiadem. Tymczasem zagrażają, bo homofobia występuje u mężczyzn, którzy nie są pewni swojej seksualności i przy odpowiedniej podniecie mogliby zmienić orientację. Taki poseł Gowin na przykład jest głęboko wierzącym katolikiem i nie uznaje życia na kocią łapę. Czyli obecnie związek z posłem Biedroniem nie wchodzi dla niego w grę. Ale gdyby mógł się z Biedroniem oficjalnie związać, znikłaby przeszkoda, która teraz nie pozwoliłaby mu odpowiedzieć na ewentualne zaloty. Nic dziwnego, że poseł Gowin woli nie kusić losu i broni się przed tą ustawą rękami i nogami. Zresztą dobrze się broni, wskazując, że przyznanie praw gejom naruszałoby konstytucję (lesbijki homofobów tak naprawdę nie obchodzą; jak wyjaśnił inny poseł z partii Go Go, na lesbijki mógłby patrzeć, za co oficjalnie z partii wyleciał, a nieoficjalnie jest przez nią utrzymywany). Konstytucjonaliści mają wprawdzie odmienne zdanie, ale w swoich wykładniach ignorują okoliczność, że intencje ustawodawcy są istotne dla interpretacji prawa. A intencja twórców konstytucji, starających się zadowolić Kościół, jest oczywista: nie chcieli dopuścić, by zboczenia rozpleniły się na taki moralny i cnotliwy kraj, jakim jest Rzeczpospolita. Bo jaki mieliby inny powód, by zaznaczać, że małżeństwo może być tylko związkiem mężczyzny i kobiety?

Jedna z blogerek recenzujących „Kanalię” pouczyła mnie, że wprawdzie „piętnowanie pedofilii, nie tylko wśród księży, nie jest niczym złym” (co mnie uspokoiło, bo dotąd myślałem, że piętnowanie pedofilii wśród księży to grzech śmiertelny), „ale nie trzeba od razu pisać, że księża chodzą do agencji towarzyskich i opisywać ze szczegółami tych wizyt”, bo „żyjemy w kraju katolickim”. Przyjmuję tę diagnozę z pokorą i aprobuję, że pewna grupa ludzi nie dostanie w Polsce pełni praw obywatelskich, bo ich orientacja seksualna nie pasuje do katolickich wyobrażeń o moralności. A partia Go Go zadba już o to, by ta moralność stała się prawem. Czemu zresztą należy przyklasnąć, powinien być na przykład ustawowo wprowadzony nakaz miłowania bliźniego. Wtedy można by wsadzić do więzienia posłankę Kempę za jej uwagę w TVN24, że nie była w stanie oglądać relacji z gejowskiego ślubu, bo ją to brzydziło. Co konkretnie, posłanka Kempa nie zdradziła, ale można domyślić się, że wyobrażenie nocy poślubnej. Ciekawe, że posłance Klempie nie przyjdzie do głowy, że niektórych może brzydzić wyobrażenie, jak ona uprawia seks, ale dla nikogo nie jest to powodem, by zabraniać jej zalegalizowania związku z partnerem, z którym ten seks chce uprawiać. No, ale posłanka Kempa jest katoliczką, żyjemy w katolickim kraju, więc liczy się opinia posłanki Kempy (którą, miejmy nadzieję, partia Go Go przy takiej zgodności poglądów przyjmie do swojego grona, ratując od wypadnięcia ze sceny politycznej).

Skoro udało się spacyfikować gejów, partia Go Go powinna teraz wziąć się na przykład za antyklerykałów. Nie ma żadnego powodu, by ci w katolickim kraju bluźnili i opisywali w swoich książkach, jak księża chadzają do agencji towarzyskich. I to jeszcze ze szczegółami. A niby gdzie ten biedny ksiądz ma pójść, skoro nie ma żony? Poza tym, jeśli chodzi do agencji, to znaczy, że porządny, bo w agencjach nieletnie nie pracują. I w ogóle dyskusja na ten temat jest zbędna, skoro żyjemy w katolickim kraju. Należy wreszcie skończyć z półśrodkami w rodzaju dwóch lat więzienia za obrazę uczuć religijnych, z czego sądy orzekają tylko grzywny, zamiast posyłać bluźnierców za kratki. Autor, który zniesławia księży, choć mógłby pisać o „duchownych z powołania – dobrych i uczciwych”, powinien gnić w klasztornych lochach opalanych jego książkami.

poniedziałek, 24 czerwca 2013

Film o Columbo

Nota na okładce nowego wydania „Kanalii”, napisana przez wydawcę, zaczyna się cytatem z książki, słowami, które stary wyjadacz Markowski kieruje do nowicjusza Lepki, kiedy ten ma swoją koncepcję, jakie działania popchną śledztwo do przodu: „Synek, to nie jest film o Columbo!”. Jakiś krytyk, mający tendencję do przypisywania autorowi poglądów bohaterów, mógłby uznać, że oceniam serial jako wydumany (i przeciwstawiam go realistycznemu śledztwu w „Kanalii”). Nic bardziej błędnego, „Columbo” to mój absolutny faworyt pośród seriali kryminalnych. I jedyny, który oglądam wciąż na nowo. Kto zabił, wiadomo i tak od samego początku, za to psychologiczny pojedynek między porucznikiem w prochowcu a zabójcą jest za każdym razem tak samo pasjonujący.

Co przenikliwsi czytelnicy już się pewnie domyślili, że będę ich katował wyliczaniem swoich ulubionych seriali kryminalnych. Tak, i to niemiłosiernie, bo z racji tego, że oglądam głównie niemiecką telewizję (polskiej unikam ze względu na niepunktualność, fatalne tłumaczenia i mordowanie gry aktorów lektorskim głosem) części z nich normalny człowiek w Polsce nie zna.

1. Pierwsze miejsce już podałem: „Columbo”.

2. Kto czytał „Między prawem a sprawiedliwością” albo jakiś wywiad na temat tej książki, wie, że jeśli nie na pierwszym miejscu, to najdalej na drugim musi być Law & Order. Z tym że tylko ten zasadniczy serial, spin-offy w postaci Criminal Intents albo Law Order Special Victims Unit średnio mi się podobają. Bardzo za to cenię niemiecką wersję tego serialu Im Namen des Gesetzes („W imieniu prawa”), bo Niemcom udało się atrakcyjnie pokazać europejski proces sądowy, nie odchodząc od realiów.

3. „Detektyw Monk” i od razu autopoprawka, ten serial też można oglądać wielokrotnie. Zwłaszcza dopóki znerwicowanym detektywem opiekowała się Sharona. Mam wrażenie, że kiedy zastąpiła ją bezbarwna Natalie, zmienili się też scenarzyści albo zabrakło im pomysłów na tak przemyślne zagadki jak wcześniej. Ale przedni humor pozostał, na przykład kiedy Monk żąda wysadzenia go z łodzi podwodnej, bo pływanie pod wodą wywołuje u niego klaustrofobię.

4. „Castle”. Za postać tytułowego bohatera, którego trzymają się takie pomysły, jak sprawienie sobie kuloodpornej kamizelki z napisem „Writer”. Za postać głównej bohaterki, która oprócz urody i inteligencji ma to coś. Za pomysłowe i misternie skonstruowane zagadki kryminalne.

5. Tatort („Miejsce zbrodni”). Pierwszy z tych seriali niemieckich. „Miejsce zbrodni” to dość nietypowe przedsięwzięcie, bo pod tym tytułem wyświetlane są de facto różne seriale kryminalne, których akcja toczy się w poszczególnych niemieckich miastach. Na początku (a Tatort ma długą tradycję, bo pierwszy odcinek wyemitowano w 1970 r.) taka była zresztą idea, że film ma bardziej opowiadać o miastach niż o ludziach, więc prowadzący śledztwo się zmieniali. Teraz śledczy są już powiązani z miastami, ale w każdym pracuje oczywiście inna ekipa. I zwykle to ona przesądza o charakterze filmu. Moją ulubioną (i większości Niemców, patrząc na statystyki oglądalności) jest ta z Münsteru. Śledztwa tam prowadzi komisarz Frank Thiel, a wtrąca mu się lekarz sądowy Karl-Friedrich Boerne. Na scharakteryzowanie Thiela można użyć słów hot dog, rower, mecz, lumpeks, a że Boerne to zadufany w sobie snob, komicznych spięć nie brakuje. Do tego ojcem Thiela jest były hippis i syn policjant ma pewien problem z tym, że tatuś pali trawkę i nią handluje. Film wyśmiewa też poprawność polityczną: Boerne ma za asystentkę karlicę, z której wzrostu ciągle się jednak naigrawa. Zwraca się do niej per „Alberich” (Alberyk), ci, którzy znają się na operze, wiedzą, o co chodzi. Ja się nie znam i musiałem sprawdzić, przyznam się zresztą do takiej ignorancji, że na początku myślałem, iż to jej nazwisko.

6. „Morderstwa w Midsomer”. Sielska angielska prowincja i gęsto ścielący się trup. Chociaż zauważyłem, że ten serial jest rekordzistą, jeśli chodzi o czas oczekiwania na pierwsze zwłoki. Ale potem worek się rozwiązuje. Znakomite jest tło muzyczne, o czym świadczy fakt, że je zauważyłem, bo jako żem niemuzykalny zwykle przelatuje mi ono koło uszu.

7. „Kryminalne zagadki Las Vegas”. Pokazanie wagi śladów kryminalistycznych w ujęciu zabójcy i przy ustalaniu, jaki był przebieg zdarzeń. To wiadomo. Ale ten serial jest też przykładem, jak daleko można odejść od realiów, zachowując wrażenie realizmu. Główne postaci to skrzyżowanie technika kryminalistycznego, laboranta i policjanta (zwłaszcza w nowojorskiej wersji), czyli coś, co w naturze nie występuje, a mimo to technik/laborant zakładający przestępcy kajdanki nie razi.

8. „Wilsberg”. Niemiecki serial, tytułowy Wilsberg to właściciel antykwariatu (choć przez cały serial nie sprzedał chyba ani jednej książki) i prywatny detektyw, ale zwykle nie chce od klientów pieniędzy i żeruje na swoim przyjacielu, urzędniku skarbowym, regularnie pożyczając od niego komórkę i samochód. Do tego irytuje zaprzyjaźnioną panią komisarz, bo ciągle pojawia się w prowadzonych przez nią sprawach i na ogół jest krok do przodu.

9. „Jesse Stone”. Też prowincja, tyle że amerykańska. Zakochany w byłej żonie policjant (w tej roli rewelacyjny Tom Selleck) zbyt często zagląda do kieliszka i zostaje z tego powodu zesłany przed emeryturą do małomiasteczkowego komisariatu. Napisałem „też prowincja”, ale atmosfera serialu jest całkowicie odmienna od tej w „Midsomer”. Posępna, depresyjna.

10. „Nowojorscy gliniarze”. W tej chwili też już klasyka, dla mnie najlepszy serial z tych pokazujących rzeczywistą pracę policjantów.

11. (nigdy nie mówiłem, że będzie tylko dziesięć) „Przekręt” (Hustle). Brytyjski serial o grupie oszustów, w przemyślny sposób naciągających bogatych drani.

12. „Jedwabne pończoszki”. Morderstwa w high society w Palm Beach. Wystarczy obejrzeć czołówkę i wiadomo, o czym będzie. Ale ze swoim zamiłowaniem do kiczu nigdy nie się kryłem.

13. Der Alte, czyli „Stary” i chodzi o wiek komisarza. Życiowe doświadczenie pomaga rozwiązywać życiowe sprawy.

14. Death in Paradise. Na ostatnim miejscu, bo świeża rzecz, ale chyba szybko poszybuje w górę. Na tropikalnej wyspie sztywny Anglik, wbity mimo rozkładającego go upału w przepisowy garnitur (chociaż teraz, kiedy żar za oknem, przestaje to być śmieszne), rozwiązuje tak zaskakujące zagadki, że rozdziawiałem buzię ze zdumienia. A jestem nie tylko wytrawnym oglądaczem kryminałów, co widać z powyższego, ale i autorem, który, jak do mnie dociera, potrafił czytelników nieźle zaskoczyć.

To by było na tyle. Jeśli kogoś nie znużył ten egocentryczny wpis, to na blogu Pasje i fascynacje mola książkowego może przeczytać wywiad, w którym między innymi wyjaśniam, jak to faktycznie jest z tym realistycznym śledztwem w „Kanalii”.

poniedziałek, 17 czerwca 2013

Jeśli a, to b, czyli logika pani sędzi

Proces (opisany przed tygodniem) przegrałem.

Na ogłoszeniu wyroku nie byłem (musiałbym specjalnie jeździć do Warszawy), uzyskana telefonicznie informacja sprowadzała się do lakonicznego „pozew oddalony”. Bardzo niemile mnie to zaskoczyło, ale, chociaż byłem pewien wygranej, nie zaszokowało. Doszedłem do wniosku, że przeważyło owo nieszczęsne zezwolenie dla wydawcy na wykonywanie osobistych praw autorskich. Najwyraźniej sędzia uznała, że w jego ramach mieściło się uprawnienie do zmiany tytułu i chociaż aż rzucało się w oczy, że dla tonącego wydawnictwa była to jedna z wielu brzytew, których usiłowało się chwycić, to prawo – w opinii tej sędzi – nie zezwalało na inne rozstrzygnięcie. Byłem w stanie to zaakceptować.

Wystąpiłem jednak o uzasadnienie, żeby potwierdzić swoje przypuszczenia, no i zorientować się, jakie będą możliwości wniesienia apelacji. Musiałem odczekać dwa miesiące, gdyż tyle sędzia potrzebowała, żeby uzasadnienie napisać. A kiedy do mnie dotarło i je przeczytałem, wtedy pojawił się szok. Bo sędzia Monika D.* uznała, że dopisany podtytuł nie jest podtytułem, tylko hasłem reklamowym.

Z koronnym dowodem, że jako podtytuł zaklasyfikowały owo rzekome hasło reklamowe wszystkie biblioteki, sędzia rozprawiła się następująco:
(…) przedstawione przez powoda wydruki świadczące o tym, że w katalogach Biblioteki Narodowej i szeregu bibliotek uniwersyteckich jego książka została skatalogowana jako „Niepełni: o miłości wbrew przeciwnościom losu”, nie przemawiają za uznaniem, że fraza zamieszczona na stronie tytułowej stanowiła podtytuł książki (…)
Za czym przemawiają, skoro całość została umieszczona w polu „Tytuł”, sędzia nie zechciała wyjaśnić. Zaznaczyła jedynie, że z treści tych wydruków nie wynikało, że sporna fraza stanowi właśnie podtytuł książki. Co stanowi, też się z uzasadnienia nie dowiedziałem. Mogłem się tylko domyślić, że zdaniem pani sędzi bibliotekarze do rubryki „Tytuł” wpisali coś, co częścią tytułu nie jest. Wszyscy jak jeden mąż.

Pozwana konsekwentnie twierdziła, że przedmiotowa fraza nie była podtytułem, lecz stanowiła hasło reklamowe (…)
„Konsekwentnie” znaczy od początku do końca tak samo, tymczasem w jednym z maili wydawnictwo przyznało, że przez zamieszczenie tej frazy na stronie tytułowej stała się ona podtytułem, a od połowy procesu zaczęło udowadniać, że miało prawo ten podtytuł zamieścić.
W takim też charakterze [reklamowym] umieszczono to hasło, jak wynika (…) z treści maili przedstawicieli pozwanej z 2009 r. i 2011 r.
Sędzia Monika D. owych rzekomych treści nie przytacza, powtarza jedynie twierdzenia adwokata wydawnictwa, ignorując moje wskazanie, że jest to nieprawda, gdyż żaden pracownik Prószyńskiego w mailach do mnie takiej tezy, że hasło reklamowe przeniesione na stronę tytułową pozostało hasłem reklamowym, nie stawiał (świetnie wiedząc, że to bzdura). A kierownik redakcji literatury polskiej napisał expressis verbis coś dokładnie przeciwnego. Szukam w uzasadnieniu, jak sędzia zdołała ten dowód obalić. Bardzo prosto. Pominęła go. Jeden z dwóch kluczowych dowodów przedstawionych przez stronę sędzia zwyczajnie zbyła milczeniem. Rozumiem, że pomijali go moi przeciwnicy, nie będąc w stanie tego dowodu obalić, ale sędzia?

Ignorowanie moich argumentów okazało się zresztą częściej stosowaną przez sędzię metodą.
(…) omawiane hasło (…) zostało (…) zaczerpnięte z noty bibliograficznej opracowanej przez powoda (…) W sporządzonej przez niego nocie na temat książki zostały zawarte sformułowania, że utwór jest poruszającą historią miłości, która rodzi się wbrew przeciwnościom losu. Tak więc to sam powód twierdził, że jego utwór jest powieścią o miłości, która rodzi się wbrew przeciwnościom losu, co potwierdza treść noty zamieszczonej na tylnej okładce książki.
Wskazałem, że notę pisałem z założeniem, że nie będę uchodził za jej autora, i że dla danych treści istotny jest kontekst. Poza tym, owszem, nie kwestionowałem, że fraza pochodzi z mojej noty, ale wskazałem, że została przerobiona przez dodanie słówka „losu”, które nie pochodzi ode mnie, i że w tej formie, nadanej przez wydawnictwo, fałszuje mój przekaz. Sędzia wydaje się w ogóle nie wiedzieć, że słowo „losu” zostało dopisane przez Prószyńskiego, a do powyższych argumentów nie odnosi się nawet półsłówkiem. Rozumiem, że może ich nie podzielać, ale chyba powinna się do nich ustosunkować?

Sędzia nie przychyliła się również do mojego stanowiska, że skoro uczestnicy rynku książki zgodnie odczytali tę frazę jako podtytuł, to jest ona podtytułem. Bo przecież nie ma żadnych przepisów, które by określały, gdzie informację o podtytule trzeba dać, jest to sprawa zwyczajowa, a zatem odbiór czytelników należy uznać za miarodajny.
Podnieść należy, że jedynie niektóre osoby komentujące książkę powoda wskazywały, że fraza „O miłości wbrew przeciwnościom losu” stanowi podtytuł książki.
W s z y s t k i e osoby, które komentowały frazę, odczytywały ją jako podtytuł. Ż a d n a nie uznała jej za hasło reklamowe. Ale sędzia zastosowała taką logikę, że skoro ktoś tej frazy nie komentował, to znaczy, że nie uznał jej za podtytuł.

Żelazna logika przebijała też z innych argumentów pani sędzi.
Co prawda na stronie przedtytułowej zwyczajowo znajdują się okrojone dane o książce, lecz gdyby pozwanej zależało na uznaniu frazy „O miłości wbrew przeciwnościom losu” za podtytuł, to taką frazę zamieściłaby ona także na stronie przedtytułowej.
Innymi słowy: wydawnictwo nie musi podawać podtytułu na stronie przedtytułowej, ale żeby uznać, że opatrzyło książkę podtytułem, musiałoby go podać na stronie przedtytułowej. Brawo, pani sędzia!

Jeżeli więc tekst „O miłości wbrew przeciwnościom losu” zamieszczony na okładce bezpośrednio pod tytułem stanowił hasło reklamowe, a nie pełnił funkcji podtytułu książki, wobec tego identyczny tekst zamieszczony na stronie tytułowej książki również pełnił rolę hasła reklamowego, a nie pełnił funkcji podtytułu książki.
Do pani sędzi nie dotarło, że miejsce umieszczenia tekstu w książce determinuje charakter tego tekstu. Tytuł rozdziału przeniesiony na okładkę przeistoczy się w tytuł książki, a nie pozostanie tytułem rozdziału. Gdyby na okładce podano nazwisko redaktora (nie zaznaczywszy kto zacz), a pisarz wniósł pozew, że bezprawnie dopisano mu współautora, czy sędzia argumentowałaby, że „skoro pan Kowalski na stronie redakcyjnej wymieniony jest jako redaktor, to również w identycznej roli występuje na okładce, a nie jako współautor książki”?

Po wybraniu okładki na stronie tytułowej postanowiono odwzorować formę tej okładki, z wyjątkiem znajdującego się na niej zdjęcia.
Taki argument przytoczył adwokat wydawnictwa. Było to kolejne z wyjaśnień, które padało dopiero na rozprawie, czyli jawnie nieprawdziwe, wcześniej wydawnictwo twierdziło, że brak protestu przeciwko haśle na okładce uznano za moją zgodę na dołożenie podtytułu, a potem, że grafik omyłkowo skopiował hasło na stronę tytułową, nigdy nie było mowy o świadomym odwzorowaniu grafiki bez zdjęcia. Nie odpowiedziałem na to twierdzenie, gdyż uznałem, że są jakieś granice absurdu. Odwzorowanie grafiki bez zdjęcia, jedynie gołego tekstu, ma tyle samo sensu, co skopiowanie obrazu z zachowaniem wyłącznie podpisu malarza.
Ale najwyraźniej sędzia była skłonna zaakceptować każdą bzdurę wygłoszoną przez pełnomocnika Prószyńskiego. Na dodatek, żeby zaakceptować to wyjaśnienie, musiała zignorować nie tylko logikę (co w jej przypadku akurat wyraźnie nie stanowiło kłopotu), lecz także fakty. Najpierw powstała okładka, a dopiero potem strona tytułowa, nie odwrotnie. Człowieka, który potrafi ocenić, czy ktoś kłamie, czy nie (a sędzia rozstrzygający spory powinien chyba tę umiejętność posiadać), musiałoby zastanowić, dlaczego „odwzorowania grafiki bez zdjęcia” dokonano dopiero po przedstawieniu autorowi do akceptacji „nieodwzorowanej” strony tytułowej. I dlaczego uznano, że tej nowej, po „odwzorowaniu”, lepiej autorowi nie pokazywać.

Ponieważ przeciwko okładce nie zgłaszałem protestów, sędzia uznała, że z tych przyczyn tym bardziej pozwana była uprawniona do zamieszczenia hasła z okładki także na stronie tytułowej (…)
O tym, że zmieniało ono wtedy swój charakter, czego sędzia nie zdołała pojąć, już pisałem. Tu ciekawe jest co innego. Fakt, że respektowałem umowę z wydawnictwem, bo przecież protest przeciwko okładce byłby naruszeniem umowy, sędzia Monika D. interpretuje na moją niekorzyść. Chyba tylko w polskim sądzie prawnik może uznać, że ścisłe przestrzeganie umowy przez jedną ze stron, uprawnia drugą stronę do działań łamiących i tę umowę, i ustawę.

Przypomnijmy w tym miejscu, że sędzia przez cały czas broni stanowiska, z którego samo wydawnictwo na rozprawie de facto się wycofało, dostrzegłszy, że twierdzenie, iż hasło reklamowe przeniesione na stronę tytułową książki pozostało hasłem reklamowym, jest nie do utrzymania. Skoro wydawnictwo się wycofało, sędzia postanowiła je zastąpić.

Za uznaniem, że fraza ta nie była podtytułem, a hasłem reklamowym przemawia (…) także sam wygląd książki w wersji ostatecznie wydanej. Na grzbiecie okładki podano jedynie imię i nazwisko autora oraz tytuł książki. Nie dodano wówczas tekstu „O miłości wbrew przeciwnościom losu”, który miałby stanowić podtytuł. Gdyby tekst ten rzeczywiście był podtytułem, to na grzbiecie książki zostałby on zamieszczony.
Jest to taki nonsens, że nawet wydawnictwo tego nie twierdziło. Pani sędzia należy najwyraźniej do tych dwudziestu pięciu procent osób z wyższym wykształceniem, które nie czytają w ciągu roku ani jednej książki, w domu na półkach zamiast książek ma bibeloty i nie jest w stanie sobie sprawdzić, że podtytułów na grzbietach nie zamieszcza się praktycznie nigdy.

Na tylnej okładce w nocie biograficznej powoda podano, że „Niepełni” są jego drugą książką. Jeśli omawiana fraza stanowiłaby podtytuł książki, na tylnej okładce we wskazanym fragmencie przedmiotową książkę określono by nie jako „Niepełni”, ale jako „Niepełni. O miłości wbrew przeciwnościom losu”.
Na tylnej okładce powieści „Buddenbrookowie” Tomasza Manna, wydanej przez wydawnictwo Książka i Wiedza w 1988 r. czytamy: Trudno w istocie uwierzyć, że jego pierwsza powieść, „Buddenbrookowie”, jest dziełem dwudziestopięcioletniego mężczyzny. Czyli pani sędzia dokonała wiekopomnego dla historii literatury odkrycia, że powieść niemieckiego noblisty wcale nie nosi podtytułu „Dzieje upadku rodziny”, bo jeśli omawiana fraza stanowiłaby podtytuł książki, we wskazanym fragmencie przedmiotową książkę określono by nie jako „Buddenbrookowie”, ale jako „Buddenbrookowie. Dzieje upadku rodziny”.
Pani sędzia nie tylko nie orientuje się w kwestiach oczywistych dla każdego czytelnika, że podtytuł we wszelkiego rodzaju omówieniach jest najczęściej pomijany, ale łamie tutaj zasady procesu, bo ma oceniać dowody przedstawione przez strony, a nie wynajdywać – i to dopiero na etapie uzasadnienia – fakty przemawiające na korzyść jednego z uczestników sporu. Pół biedy, jakby rzeczywiście je wynajdywała, tymczasem ona je tworzy. Argument jest tak bzdurny, że na rozprawie nie wpadł na niego nawet adwokat wydawnictwa, zmuszony przecież do wymyślania nonsensów, skoro jego klient wdał się w proces, nie mając racji.

Zauważyć też należy, że pomiędzy tytułem książki „Niepełni” a frazą „O miłości wbrew przeciwnościom losu” na stronie tytułowej nie ma powiązania za pomocą znaków interpunkcyjnych takich jak kropka, myślnik czy dwukropek, co (…) potwierdza, że omawiana fraza nie została zamieszczona na stronie tytułowej wkładu w charakterze podtytułu.
Trzeci argument sędzi z tej samej serii. Nie stosuje się znaków interpunkcyjnych między tytułem a podtytułem na stronach tytułowych. Ale wiem, skąd ona tę bzdurę wzięła. W piśmie procesowym wskazałem, że zasady zapisu bibliograficznego przewidują, że o podtytule informuje się po dwukropku stojącym za tytułem właściwym (i biblioteki tak właśnie odnotowały rzeczoną frazę). Dotyczyło to katalogów bibliotecznych, ale pani sędzi się pomerdało.

W ramach opracowania redakcyjnego utworu (…) pozwana była uprawniona do wprowadzenia takich zmian na stronie tytułowej, aby zachować tożsamość między tą stroną tytułową a okładką (…)
W Prószyńskim pewnie by się zdziwili, że istnieje taki wymóg jak „zachowanie tożsamości” między stroną tytułową a okładką. I że jest to element opracowania redakcyjnego utworu. A nawet gdyby był, to przecież Sąd Najwyższy orzekł, że opracowanie redakcyjne za plecami autora jest z definicji bezprawne. Wydawnictwo wcale nie próbowało twierdzić, że miało moją zgodę albo że starało się ją uzyskać, ale najwyraźniej orzeczenia Sądu Najwyższego pani sędzia ma w nosie.

Po rozstrzygnięciu, że podtytuł nie jest podtytułem, tylko hasłem reklamowym, sędzia w dalszej części uzasadnienia przeszła do udowadniania, że wydawnictwo miało prawo je zamieścić. Wywód w świetle jej rozstrzygnięcia całkowicie bezprzedmiotowy, bo uprawnień wydawnictwa do opatrywania książki dowolnymi hasłami reklamowymi nigdy nie kwestionowałem.

Po otrząśnięciu się z szoku zacząłem analizować, dlaczego przegrałem tę sprawę. Pierwsza przyczyna była oczywista. Sędzią mianowano osobę, która w ogóle nie powinna dostać dyplomu ukończenia studiów prawniczych, skoro trzeba na nich zaliczyć logikę. To jednak nie wyjaśniało, dlaczego przyjęła ona wszystkie twierdzenia jednej strony za dobrą monetę, ignorując kontrargumenty, ani dlaczego wspomagała tę stronę wymyślonymi przez siebie nonsensami. Pomyślałem, że wzięła łapówkę, choć zwykle jestem daleki od dopatrywania się wszędzie korupcji. Zaraz zresztą tę teorię odrzuciłem. Przyjęcie łapówki to przestępstwo, trzeba je zatuszować, tymczasem taki stronniczy, ordynarnie ignorujący fakty werdykt byłby w zasadzie gotowym aktem oskarżenia.

Moją uwagę zwróciły wywody sędzi na temat zmiany tytułu. Otóż w uzasadnieniu przeczytałem, że wydawnictwo zażądało ode mnie tej zmiany dwukrotnie: pierwszy raz przed zawarciem umowy, w styczniu 2009 r., i ponownie po zawarciu umowy. Sędzia myliła fakty, i to fakty, które w pismach procesowych nie były wspomniane na marginesie, tylko szczegółowo omówione. Prószyński domagał się zmiany tytułu rzeczywiście dwukrotnie, ale dopiero po zawarciu umowy. Tymczasem sędzia znała nawet datę wydarzenia, które nie miało miejsca. Nie przeczytała mojego pisma (albo przeczytała je bardzo nieuważnie), w którym wywodziłem, że gdyby wydawnictwo zażądało ode mnie zmiany tytułu przed podpisaniem umowy, to tej umowy bym nie podpisał (i żeby nie być gołosłownym wskazałem na casus „Gdzie mól i rdza”: wolałem odczekać, i to sporo, niż wydać wcześniej kosztem zmienionego tytułu). W tej sytuacji można się domyślić, dlaczego sędzia nie wiedziała, co było w mailach Prószyńskiego: najwyraźniej w ogóle się z nimi nie zapoznała. Adwokat wydawnictwa zreferował jej treść, więc uwierzyła mu na słowo, do moich zaprzeczeń już nie dotarła albo umknęły jej przy nieuważnej lekturze. Wszystko wskazuje na to, że sędzia Monika D. zapoznała się z materiałem dowodowym po łebkach i na tej podstawie wydała wyrok. Że wyrobiła sobie pogląd na sprawę po pierwszych dwóch pismach, resztę czytała już tylko pobieżnie, wyłapując z nich fakty, które ten jej pogląd potwierdzały, a ignorując te, które mu przeczyły. Większość ludzi tak się zachowuje, że kiedy zajmie już stanowisko w jakiejś sprawie, często zresztą bez głębszego namysłu, to się go trzyma, dopuszczając do siebie tylko zgodne z nim informacje. Jednak ktoś, kto chce pełnić rolę sędziego i rozstrzygać spory, powinien chyba być świadom, że taki psychologiczny mechanizm istnieje i mu się opierać.

Myślę też, że na wyroku zaważył jeszcze jeden aspekt, niekoniecznie nawet na zasadzie chłodnej kalkulacji. Otóż po zaangażowaniu wydawnictwa w proces widać było wyraźnie, że będzie ono walczyć do upadłego. Że nie ma takiej możliwości, by przyznało się do błędu, że nie pogodzi się z porażką przed orzeczeniem ostatecznej instancji. A to oznaczało dla sędzi konieczność pisania uzasadnienia po niekorzystnym dla wydawnictwa wyroku (strata czasu), tymczasem w przypadku autora można było liczyć na to, że z apelacji zrezygnuje ze względów finansowych.

I tak się stało, bo chociaż uzasadnienia zażądałem, musiałem pogodzić się z faktem, że na dalszą walkę mnie nie stać. Wygrałem jeden proces, ale na ściągnięcie wygranych pieniędzy nie ma szans, drugi okazał się kosztowniejszy, niż myślałem, bo trzeba powołać biegłych, nie miałem na to, by inwestować w trzeci. Zresztą nawet gdybym miał, to jaki sens ma prowadzenie sporu w systemie, w którym sędziowie nie interpretują faktów, tylko te fakty mylą i przekręcają? W którym sędzia nie rozstrzyga, czy powodowi należy się odszkodowanie za to, że pozwany pomalował mu ściany na czarno, choć umówili się na białe, ani czy umowa ewentualnie dopuszczała zmianę koloru, tylko zgadza się ze stanowiskiem pozwanego, że ściany są białe, bo pozwany tak je widzi i tak twierdził w mailu do powoda, choćby w tym mailu pisał, że przeprasza, ale biała farba mu się skończyła, więc pomalował na czarno. I nie ma znaczenia, że wszyscy goście widzą czarne ściany, bo to nie jest żaden dowód, gdyż chodzi o osoby nieposiadające specjalistycznej wiedzy w zakresie kolorystyki. Zresztą tylko niektórzy mówili, że widzieli czarne, inni dyskretnie milczeli, co znaczy, że widzieli białe. Wprawdzie jest jeszcze opinia malarzy, którzy również dostrzegli czarne, ale to wcale nie przemawia za uznaniem, iż rzeczywiście są czarne. Owszem, można powiedzieć, że trafiłem na wyjątkowo niekompetentną sędzię. Tylko na jakiej podstawie miałem przyjąć, że w sądzie apelacyjnym zasiadają sędziowie o wyższych kwalifikacjach, skoro osoba bez umiejętności i predyspozycji do wykonywania tego zawodu orzeka nie w kolegium w Koziej Wólce, tylko w warszawskim sądzie okręgowym?

*Nazwiska sędzi nie podaję z dwóch powodów: pierwszy to istnienie artykułu 212 kodeksu karnego, de facto eliminującego w Polsce wolność słowa. Drugi wynika z tekstu powyżej: co z tego, że w sądzie udowodnię swoją niewinność, skoro sędzia może wydać wyrok od czapy, ignorując fakty i dowody?