poniedziałek, 7 lipca 2014

Kwesta na pseudowydawnictwo

Usłyszałem o wspieramkulture.pl, polskim serwisie finansowania społecznościowego (crowdfunding) przeznaczonym dla twórców, i chociaż sam na nic nie chcę zbierać, z ciekawości tam zajrzałem.

Interesuje mnie przede wszystkim literatura, kliknąłem więc na projekty wydawnicze i natrafiłem na prośbę o wsparcie debiutanckiej powieści pt. „Miłość za rogiem” autorstwa Agnieszki Podgórnej:

Jestem tutaj, bo potrzebuję pomocy Wspierających. Zebrałam swoje przeżycia w jedną całość i Wydawnictwo zechciało mi pomóc wydać książkę, ale jest jeden warunek. Potrzebuję pieniędzy na dofinansowanie mojego projektu. Potrzebuję 7000 tysięcy złotych.

Z powyższego jasno wynika, że dziewczyna trafiła nie do żadnego wydawnictwa, tylko do firmy publikującej za pieniądze autorów. Z jednej strony trudno się dziwić, że debiutant jest naiwny i wyciąganie kasy uznaje za pomoc, a do naciągacza ma tak nabożny szacunek, że pisząc o nim, używa dużej litery, ale z drugiej strony, na litość boską, przecież jest internet, z którego podobno tylko seniorzy nie potrafią korzystać. Ile to wpisać odpowiednią frazę do wyszukiwarki i zorientować się, na czym polega wydawanie książek? Ale jedno trzeba sprostować. Choć te firmy są pazerne, to z pewnością nie wołają za wydanie siedmiu milionów złotych, które pani Agnieszka chce uzbierać.

To, że Podgórna nie odróżnia normalnego wydawnictwa od pseudowydawnictwa, pokazuje jej reakcja: Popłakałam się kiedy otrzymałam informację, że moja książka nadaje się do opublikowania. Autorce wydaje się, że wydawnictwo doceniło jej talent literacki, gdy w rzeczywistości pseudowydawnictwo doceniło możliwość wysupłania przez nią siedmiu tysięcy.

Podgórna przytacza e-mail z wydawnictwa, zapewne, by pokazać ewentualnym darczyńcom, iż dadzą swoje pieniądze nie grafomance, tylko osobie mającej zadatki na prawdziwą pisarkę: Uprzejmnie informujemy, że zapoznaliśmy z przesłanym przez Panią materiałem. W opinii wydawnictwa tekst jest ciekawy i wartościowy. Przede wszystkim na uwagę zasługuje fakt, że czyta się go płynnie. To duża zaleta w przypadku współczesnej literatury. Kolejnym plusem Pani dzieła jest chwytliwy, marketingowo atrakcyjny gatunek literacki oraz dobry warsztat literacki.

Ktoś mógłby się na ten dobry warsztat literacki nabrać, na szczęście Podgórna, być może chcąc opinię wydawnictwa podeprzeć dowodem, przytacza fragment swojej prozy:

– Zobaczysz, że będziesz ze mną szczęśliwa. Masz szczęście, że mnie poznałaś. A Ty mówisz, że masz pecha.
– To Ty masz szczęście, że poznałeś mnie.
– Lubisz mnie choć trochę?
– Mam ambiwalentne odczucia co do Twojej osoby.
– Ale gdybyś mnie nie lubiła, to byś nie odbierała ode mnie telefonów.
– A Ciebie gdyby do mnie nie ciągnęło, to byś do mnie nie dzwonił. Czego ode mnie oczekujesz?
– Bliskości, czułości, zaangażowania, opiekuńczosci.

Fragment wprawdzie króciutki, ale wystarczający do oceny, że młoda autorka pojęcie o warsztacie literackim ma takie samo, jak o matematyce. Zacznijmy od tego, że w rozmowie nie słychać, czy partner zwraca się do nas małą czy dużą literą, więc stosowanie pisowni rodem z epistolografii nie ma sensu. Ale to ledwie wykroczenie, prawdziwym przestępstwem jest, że dialog dwójki ludzi, czujących do siebie miętę, przypomina oficjalną rozmowę dwojga aparatczyków na plenum KC PZPR: Mam ambiwalentne odczucia co do Twojej osoby. Nawet kobieta żołnierz po połknięciu kija do szczotki nie wygłosi takiej kwestii. Nie umiem nazwać swoich uczuć, moje uczucie do ciebie każdego dnia jest inne, w jednej godzinie cię lubię, w drugiej nie itd. Albo ta wyliczanka na końcu (to mówi facet!). Dlaczego taka krótka? Przecież on ma na pewno więcej oczekiwań i jeszcze z pięć rzeczowników można by dopisać, żeby ten dialog w pełni dawał złudzenie naturalnej, spontanicznej rozmowy.

Dobra. Dziewczyna nie umie pisać, ale napisała książkę. Zjawisko powszechne i do XX wieku niepociągające za sobą żadnych konsekwencji, manuskrypt znalazłby się wśród szpargałów na strychu, kiedy autorka zajęłaby się prawdziwym życiem i tym, co potrafi robić. Niestety, obecnie mamy „wydawnictwa ze współfinansowaniem”. „Wydawnictwo” wciska naiwnej kit, że stworzyła dobrą powieść, bo chce na niej zarobić. Nawiasem mówiąc, wypełnia to chyba znamiona przestępstwa doprowadzenia innej osoby do niekorzystnego rozporządzenia własnym mieniem. Naiwna nie ma jednak pieniędzy, z czego taka firemka zdaje sobie sprawę, bo doradza jej, gdzie znaleźć kasę (jedno z tych pseudowydawnictw rozsyła newsletter z takimi poradami): właśnie przez finansowanie społecznościowe. Autorka szuka więc odpowiedniego portalu, zamieszcza stosowną prośbę i wychodzi na to, że darczyńcy mają się zrzucić nie na projekt spełniający marzenia młodej osoby, bo ten odbije się jej czkawką, kiedy wydana książka trafi w ręce takiego złośliwca jak Paweł Pollak, tylko na sowite apanaże dla cwaniaczków żerujących na cudzych marzeniach.

16 komentarzy:

  1. Współfinansowanie to rzeczywiście szemrany biznes, ale patrząc, że zostało 8 dni do końca akcji, a Pani nie dobiła nawet do 3 procent, wątpię, żeby się udało. Być może inni też dostrzegli braki w jej warsztacie literackim. "Mądrość ludu"?

    OdpowiedzUsuń
  2. Czemu mój komentarz został usunięty?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ze względu na passus o chorobach psychicznych. Komentarze, w których mnie pan personalnie obraża albo, jak poprzednio, wyzywa, będę kasował, nie oglądając się na pańskie wrzaski o cenzurze.

      Usuń
  3. Masz mentalność sowieckiego politruka. To prawda, że cierpisz na jakąś manie na punkcie wydawnictw ze współfinansowanie. Taki Pilipiuk też nie jest ich specjalnym zwolennikiem, ale nie poświęca całego życia na krucjatę przeciwko nim. Może zamiast pisać głupoty na blogu wziąłbyś się za pisanie własnych książek? Bo na razie monarchista Andrzejek przewyższa cię pracowitością i samozaparciem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Komentarz tak typowy, że aż nudny. Nie umiem zanegować krytyki, która mnie drażni, to staram się ją zdezawuować epitetami i wzywam blogera, żeby o tym nie pisał, tylko zajął się czymś pożyteczniejszym.

      Usuń
  4. Wspominałem, że nazwisko Pollak bardzo do ciebie pasuje? Brakuje ci tylko wąsów (chyba, że zdjęcia w sieci są już deczko nieaktualne i zdążyłeś zapuścić bujny zarost) oraz kapci Kubota (może są na dnie twojej szafy?). Ty, jak typowy Polak, jak coś sobie uroisz, to przez lata będziesz to maglował. Co ci tak zawadzają wydawnictwa ze współfinansowaniem? Krótka piłka - nie chcesz, nie współpracujesz. Fakt, że zdarzają się w nich grafomanii (tacy sami jak w tradycyjnych). Poza tym dzięki reklamie na twoim blogu skażonej mickiewiczowsko-słowackim szambem Grzebule (tak, mam ją za grafomankę) bardzo skoczyła swego czasu sprzedaż. Twoja krucjata odnosi skutki odwrotne od zamierzonych. Tak więc sam się przyczyniłeś do rozpowszechniania grafomaństwa :D .

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A co jakiemuś tam Tiki tak zawadza, że piszę o wydawnictwach ze współfinansowaniem? Krótka piłka - nie chcesz, nie czytasz.

      Usuń
    2. Napisałam lepszą literacko książkę. Skończyłam fakultet humanistyczny a zatem w swoim życiu czytałam wielu autorów i tych z lektur nadobowiązkowych. Można się wiele nauczyc na czyimś warsztatcie literackim - opis uczuc, postaci, przyrody. I mnie też odmówiono. Nie miałam przysłowiowej kasy. I nie robiłam tego co autorka. Książkę i jej wartosc można fakjtyznie poznac pp urywku. Czemu teraz książki przypominają "paplaninę przy kaiwe"? zamiast dzieła literackiego, któe pobudza wyobraznię, działa na zmysły, stosuje symbolike i tak dalej.

      Usuń
    3. Sorry za literówki coś klawiatura mi szwankuje;// szkoda, że edytowac nie można

      Usuń
  5. Jeśli co, co Pan pisze to prawda, to jestem jedną z ofiar przed dokonaniem największego błędu w życiu. Czy artykuł ten dotyczy wydawnictwa Novae Res z Gdyni?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wiem, autorka nie podaje, o jakie wydawnictwo chodzi.

      Usuń
  6. Novae Res, oczywiście, że Novae Res. Sama wysłałam do nich swoją propozycję wydawniczą, zaznaczając, że żadne formy współfinansowania mnie nie interesują, a mimo to dostałam w odpowiedzi identyczną informację co ta Pani (słowo w słowo!), czyli peany na temat rzekomo imponującego warsztatu, płynności i potencjale sprzedażowym, oczywiście z haczykiem, że niestety ale współfinansowanie, i tak, nawet kwota się zgadza, oni wykładają siedem tysięcy i ja (gwoli sprawiedliwości hehe) tyle samo. Z tym że ja nie jestem pierwsza naiwna, do swojego pisania mam stosunek raczej krytyczny, więc wklepałam w google odpowiedź od wydawnictwa Novae Res o treści " Uprzejmnie informujemy, że zapoznaliśmy z przesłanym przez Panią materiałem. W opinii wydawnictwa tekst jest ciekawy i wartościowy. Przede wszystkim na uwagę zasługuje fakt, że czyta się go płynnie. To duża zaleta w przypadku współczesnej literatury. Kolejnym plusem Pani dzieła jest chwytliwy, marketingowo atrakcyjny gatunek literacki oraz dobry warsztat literacki". I cóż się okazało? Takich wspaniałych literatów jak ja jest zatrzęsienie i skomlą teraz bidule o pieniążki na pomoc w publikacji. Natychmiast dałam sobie spokój z "wydawnictwem" NR. Koniec historii jest jednak optymistyczny, ponieważ moją książką zainteresowało się po dwóch tygodniach normalne wydawnictwo, które w debiutanta wpierw inwestuje, a nie na dzień dobry go okrada. Ukaże się w przyszłym roku. Jestem w trakcie bardzo długiego procesu redakcji, czyli wszystko odbywa się jak należy, a doszły mnie słuchy, że w NR nawet korekty nie przeprowadzają jak należy. Krucjata autora tego bloga przeciwko takim "wydawnictwom" jak NR wcale mnie nie dziwi, ponieważ przynoszą one korzyści jedynie owym podmiotom, natomiast autor i czytelnik ostatecznie cierpią- autor uświadamiając sobie, że wyłożył pieniądze, książka licho wydana i się nie sprzedaje, bo niby jak, a ten drugi usiłując przeczytać wypociny mniej więcej na takim poziomie jak tej Pani. Oczywiście zakładam, że mogą zdarzyć się w NR jakieś perełki, ale to są tylko wyjątki potwierdzające regułę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gratuluję zdrowego rozsądku i sukcesu w znalezieniu normalnego wydawcy.
      To jest bardzo ciekawa informacja, że Novae Res każe płacić autorowi również za drukowalny tekst, co świadczy o tym, iż możliwość wydania u nich tradycyjnie jest fikcją. Może kiedyś mieli takie plany, że będą działać dwutorowo, ale na jednej autorce się skończyło, a legenda została, bo podnosi wiarygodność.
      I nie prowadzę żadnej krucjaty, proszę nie powtarzać bredni wypisywanych przez osobnika, który nie jest w stanie ścierpieć, że krytykuję tę formę wydawania.

      Usuń
    2. Dobrze, nie krucjata, a opis zgodny ze stanem faktycznym;) Mnie się wydaje, że NR to w tej chwili przede wszystkim drukowalnia za opłatą. Mają tego autora czy dwóch, których nazwiska wciągają na sztandary w razie niepochlebnych opinii, to po co mają się wykosztowywać na kolejnych? Mnie boli szczególnie aspekt czysto (nie)ludzki ich działalności - pracownicy NR pozwalają zupełnie niepotrzebnie uwierzyć marzącym o byciu pisarzami, że ich twórczość jest cokolwiek warta. To cyniczne oszustwo żerujące na marzeniach! ps moją książką zainteresowały się ostatecznie dwa tradycyjne wydawnictwa (mija 5 miesiąc od rozesłania), czyli możliwe że poziom pierwotnej wersji nie był najgorszy, choć ta ostateczna jest o jakieś 30% lepsza. Tak czy siak uważam, że robi Pan dobrą robotę demaskując zasady działania tego typu hmm...firemek. Pozdrawiam!

      Usuń
    3. To jest właśnie to, że człowiek współpracując z normalnym wydawnictwem, uczy się i poprawia warsztat, a w takiej firemce będzie stale na tym samym poziomie.

      Usuń
  7. http://polakpotrafi.pl/projekt/ksiazka-fantastyczna
    Kolejna zbiórka... Niby Novae Res patronuje, ale jakoś nie chciało im się zredagować treści, więc w opisie projektu są takie kwiatki jak "nadzieji" :)

    OdpowiedzUsuń

Komentarze anonimowe są niemile widziane i zastrzegam sobie prawo do ich kasowania bez dalszych wyjaśnień.