sobota, 29 stycznia 2011

Książki a sznurek do snopowiązałek

Ostatni program o książkach pt. „Hurtownia książek” zniknął z anteny telewizji publicznej. Większego praktycznego znaczenia to nie ma, bo program był jedynie listkiem figowym, mającym zatuszować, że telewizja nie robi tego, za co bierze pieniądze (z abonamentu). Trwający ledwie 20 minut, nadawany co dwa tygodnie, upchnięty w porze najmniejszej oglądalności nie miał szans na zebranie większej widowni. Wymiar symboliczny jest jednak porażający: dla literatury w telewizji publicznej miejsca nie ma.

Z tej racji „Gazeta Wyborcza” wzięła na spytki Iwonę Schymallę, dyrektor jedynki. Mamy tu do czynienia z gazetą, która zlikwidowała swój dodatek o książkach, bo do „Wysokich Obcasów” można dać więcej reklam, a recenzje przeniosła na wtorek, dzień tygodnia, w którym nakład należy do jednego z najniższych, do tego czasami ich liczba jest tak ograniczona, że trudno się zorientować, że akurat wtedy piszą szczególnie dużo o literaturze. Pretensje „Wyborczej” do TVP, że nie interesuje się książkami, przypominają więc pretensje kanibala, że wegetarianin obżera się mięsem.

Dyrektor Schymalla albo idzie w zaparte, albo zapomina, że wywiad nie jest dla telewidzów odmóżdżonych serwowaną przez TVP sieczką i wyjaśnia, że książki nie znikają z anteny, tylko zostają przeniesione do „Kawy czy herbaty”. Proponujemy, żeby takim „Widnokręgiem” czy „Dwukropkiem” podeprzeć na przykład chwiejący się stół i nikt już nie będzie mógł powiedzieć, że książek w programie nie ma. Pani dyrektor tłumaczy też tym jajogłowym, którzy praworządnie bulą abonament i naiwnie oczekują, że coś w zamian dostaną, że ona to by nawet chciała ten program o książkach dać, marzy (!) o nim, tylko że nikt jej nie przedstawił ciekawej koncepcji. No normalnie biedna ta Schymalla. Powysyłała ludzi na przeszpiegi do zagranicznych stacji, to jej tylko gwiazdy tańczące na lodzie znaleźli, konkursy poogłaszała i kicha, twórców prosiła, żeby coś jej wymyślili, ale ci tylko rzekomo fantazją obdarzeni. Z pustego i Salomon nie naleje, to czego od Schymalli oczekiwać?

Tymczasem brak programów o książkach (czy szerzej, tak zwanych misyjnych) wynika dokładnie z tego samego mechanizmu, który w PRL-u powodował ciągły brak sznurka do snopowiązałek. Ci, co pamiętają, to wiedzą, ci, co nie pamiętają, może czytali, że problemem każdych żniw był niedobór rzeczonego sznurka. I też w gazetach przepytywano dyrektorów fabryk, dlaczego sznurka nie ma, a ci tłumaczyli, że wyprodukowali, że normę zrobili w 150 procentach, bo u nich sami przodownicy pracy, więc nie może być, że nie ma. Jest, ale może na przykład nie dojechał. W rzeczywistości sznurka brakowało, gdyż sporą część produkcji stanowił rwący się w rękach bubel, a ten nierwący się robotnicy kradli na potęgę. Wszyscy, zwłaszcza w późniejszym okresie, zdawali sobie sprawę, że socjalistyczna fabryka inaczej funkcjonować nie będzie, że produkowanie, żeby wypełnić plan, a nie żeby zarobić, skutkuje brakiem towaru. Jednak ze względu na sojusze i nienaruszalność ustroju głośno tego powiedzieć nie było można, więc w gazetach odbywało się rytualne bicie piany. Teraz cenzury nie ma, więc trudno zrozumieć, dlaczego „Wyborcza” odgrywa teatr, zamiast walczyć o rzeczywistą zmianę. Bo problem nie w dobrej woli tego czy innego decydenta z Woronicza, tylko w mechanizmie ekonomicznym. Jak Balcerowicz wprowadził gospodarkę rynkową, sznurek do snopowiązałek natychmiast się znalazł. I tak samo w ramówce pojawią się programy o książkach, jak tylko telewizji przestanie się opłacać nadawanie sieczki. I można to bardzo prosto osiągnąć, wystarczy, że telewizja publiczna nie będzie miała prawa do emitowania reklam. Albo w najlepszym czasie antenowym, albo w ogóle. I doświadczenia paru krajów (Niemcy, Szwecja, Wielka Brytania) pokazują, że do bankructwa to nie prowadzi. Innym rozwiązaniem jest przeznaczanie pieniędzy z abonamentu nie na telewizję, która wyłącznie z nazwy jest publiczna, a w rzeczywistości tak samo komercyjna jak pozostałe stacje, tylko na konkretne programy. Robimy przetarg na 45-minutowy program o książkach nadawany co tydzień w prime time, przetarg, który równie dobrze może wygrać Polsat albo TVN. Dyrektor Schymalla, zwietrzywszy gotówkę, miałaby w try miga ciekawą koncepcję.

sobota, 22 stycznia 2011

Teorie spiskowe

Osiem procent Polaków (czyli, odliczywszy dzieci, jakieś dwa i pół miliona osób) uważa, że prezydencki tupolew rozbił się w wyniku rosyjskiego zamachu. Muszę powiedzieć, że nie mieści mi się w głowie, jak można wierzyć w takie bzdury. Przecież oczywistą oczywistością jest, że zamach zorganizowali nie Rosjanie, tylko Radosław Sikorski do spółki z Osamą bin Ladenem.

Oczywiste oczywistości nie wymagają wprawdzie dowodów, ale skoro są, to czemu ich nie przytoczyć. Tylko musimy cofnąć się trochę w czasie. Najpierw do lat 80. ubiegłego wieku i wojny radziecko-afgańskiej. Sikorski pojechał do Afganistanu, żeby przyłączyć się do mudżahedinów. Został jednak korespondentem wojennym i ustalił, że Amerykanie dostarczają mudżahedinom broń i szkolą ich w Pakistanie. Ponieważ każdy szanujący się reporter potwierdza fakty u źródła, musiał do tego Pakistanu pojechać. A tam operował Osama bin Laden, który zjawił się w Pakistanie na wieść o radzieckiej inwazji, żeby organizować pomoc dla mudżahedinów. I w tym sąsiadującym z Afganistanem kraju się poznali. A ponieważ byli po jednej stronie, zaprzyjaźnili się. Przyjaźń przetrwała lata, bo nic tak nie wiąże jak wojenne doświadczenia, nawet jeśli później życie postawi weteranów po przeciwnych stronach barykady. Kogoś zastanawia, dlaczego polscy żołnierze wysłani na wojnę z talibami chowali się w bazach, unikali walki i ginęli głównie w wypadkach samochodowych? Co najmniej dziwna taktyka, ale nie, jeśli uświadomić sobie, że ich szef, minister obrony narodowej przyjaźnił się z czołową postacią po stronie wroga.

Ale przychodzi rok 2007 i tenże minister, Radosław Sikorski, zdymisjonowany przez Jarosława Kaczyńskiego z płaczem żegna się z wojskiem. Publiczne łzy to dla prawdziwego mężczyzny plama na honorze, a prawdziwy mężczyzna utraty honoru i stanowiska nie wybacza. Honor odzyskuje się, a zniewagę mści jedynie krwią. I od tej chwili Sikorski planuje zemstę. Kiedy mówi o „dorżnięciu watahy”, wszystkim wydaje się, że mówi o wygraniu wyborów, tymczasem…

Okazja nadarza się w związku z uroczystościami katyńskimi. Są organizowane dwie odrębne wizyty, więc Kaczyński będzie chciał dotrzeć do celu za wszelką cenę, żeby przyćmić Tuska. To daje spore możliwości. Co z tego, że to nie ten Kaczyński? Czyż zabicie zamiast winnego osoby mu najbliższej nie jest bardziej okrutną karą? Poza tym Sikorski jest rasowym politykiem, zemsta bez politycznych korzyści nie miałaby dla niego sensu. A strąciwszy samolot, może upiec dwie pieczenie przy jednym ogniu. Eliminuje niemal całą elitę PIS-u, w tym brużdżących rządowi szefów NBP i IPN, owszem, paru polityków PO też zginie, ale nie z pierwszej ligi, a każda wojna wymaga ofiar. Ale co ważniejsze, bo Sikorski gra przede wszystkim na siebie, a nie na zespół, będzie mógł wrócić do myśli o prezydenturze. Komorowski pokona Lecha Kaczyńskiego w przedbiegach, nie naraża się ludziom, więc pewnie za pięć lat powtórzy sukces, a diabli wiedzą, czy za kolejne pięć ktokolwiek będzie jeszcze chciał na PO głosować. Ileż w końcu można pozorować rządzenie? Owszem, Sikorski mógłby się znowu przenieść do partii rządzącej, tylko pytanie, czy będą go tam chcieli i czy wystawią na prezydenta. A tak, jeśli Lech zginie, najpewniej zastąpi go Jarosław i na fali współczucia może wygrać wybory. Wtedy w PO podniosą się głosy, że wystawienie Komorowskiego było błędem, że Sikorski miałby większe szanse na sukces. Jeśli dowiezie ten kapitał do następnych wyborów, to prezydenturę ma w kieszeni, bo Polacy własną głupotę, że znowu wybrali Kaczyńskiego na prezydenta, zaczną przeklinać najdalej w miesiąc po jego wyborze.

Strącić samolot, łatwo powiedzieć, trudniej zrobić. Ale od czego są przyjaciele? Przyjaciele znający się na strącaniu samolotów. Owszem, w trochę innym wariancie, ale ktoś z taką fantazją jak bin Laden z pewnością coś wymyśli. I będzie musiał wymyślić, bo jest winny Sikorskiemu przysługę. Kiedy chciał zdemaskować, że Amerykanie utrzymują w Europie tajne więzienia, poprosił Sikorskiego o pomoc. Temu prośba była nie w smak, pal licho sojuszników, nam w trzydziestym dziewiątym nie pomogli, więc z tymi sojuszami nie przesadzajmy, ale w razie wpadki, żegnaj kariero. Jednak przyjaciołom z wojny się nie odmawia i Sikorski wpadł na genialny w swej prostocie pomysł. Dokonując w Szymanach inspekcji nieistniejącego więzienia, dał więźniowi butelkę wody. Prosty, humanitarny gest, strażnicy nie protestowali, bo nie ma ryzyka, że Arab rozpozna język naklejki (proszę sobie wyobrazić sobie sytuację odwrotną, że Europejczyk dostaje butelkę azjatyckiej wody i ma odczytać, z jakiego kraju pochodzi). Ale na butelce było coś jeszcze, o czym nie pomyślał nikt poza Sikorskim: adres internetowy z końcówką pl.

Osama bin Laden do strącania samolotów jest chętny, bo już prawie dziesięć lat minęło, jak w nic nie walnął, Amerykańcy się pilnują. Ten Lechistan to wprawdzie mało ważny śmieszny kraik, psa z kulawą nogą nie obejdzie, co tam się wydarzyło, ale skoro przyjaciel prosi, to czemu nie. Zawsze to można potraktować jako poligon doświadczalny przed poważną akcją.

Ma wyglądać na wypadek? proszę bardzo. Rozpuści się sztuczną mgłę, pomajstruje przy wysokościomierzu i w trakcie podchodzenia do lądowania samolot powinien uderzyć w jakąś przeszkodę. Radek zapewnia, że ten ichni prezydent każe lądować mimo złej pogody, a nawet jak nie każe, to piloci i tak będą chcieli wylądować, bo będą wiedzieli, że inaczej czeka ich piekło. Wieżę Radek wziął na siebie. Przekieruje się połączenia do podstawionego człowieka, który odgrywając naczalstwo z Moskwy zabroni kontrolerom zamykać lotnisko. Prośbę o lidera Radek jako szef MSZ „zgubi” w poczcie dyplomatycznej, więc piloci i kontrolerzy powinni mieć kłopoty z dogadaniem się, bo nawet jak ktoś w Polsce twierdzi, że zna dany język, to zwykle wedle zasady „ich spreche w deche, a reszte na migi”.

Do stworzenia przeszkody wykorzysta najnowszy wynalazek swoich inżynierów: płyn wzmacniający drzewa, że nabierają twardości stali. Płyn się samoczynnie ulatnia po jakimś czasie, więc nie ma cienia dowodu. To znaczy nie byłoby cienia dowodu, gdyby płyn ulatniał się bezgłośnie, niestety robi to dość hałaśliwie, a inżynierom nie udało się jeszcze usunąć tej usterki. Szukać innego rozwiązania? Postanowił skonsultować sprawę z Sikorskim, rozmowa została nagrana, źródło jest oczywiście chronione tajemnicą dziennikarską.

- A jak hałasuje?
- Jakby coś wybuchało albo strzelało.
- No to świetnie – ucieszył się Sikorski. – Na pewno zinterpretują to jako dobijanie rannych.
- Ale miał być wypadek, nie zamach.
- Człowieku, grunt, żeby nie padło podejrzenie na nas, nic więcej nie ma znaczenia, bo choćbyś zrobił czysty wypadek, to Kaczyński z Macierewiczem i tak uznają, że to ruski zamach.
- Przy czystym wypadku?
- A jaki problem? Brak dowodów na zamach będzie dla nich najlepszym dowodem, że Ruscy wszystkie dowody ukryli.
- I ludzie im uwierzą?
- Sami do tego dojdą. To są Polacy, a nie twoi rozsądnie myślący talibowie.
- Rozumiem – powiedział Osama, chociaż nie rozumiał.
- Tak że bierz ten płyn i nic się nie martw. Zmartwienie to mam ja, ale natury, że tak powiem, ambicjonalnej.
- No wal – zachęcił Osama, słysząc, że przyjaciel waha się, czy się z tego zwierzyć.
- No bo widzisz, chcę zostać prezydentem i to takim, co się zapisze w historii, żeby na mój pogrzeb pół Europy przyjechało. Normalnie na więcej nie ma szans, ale samolot z wierchuszką nie spada codziennie i na pogrzebie Kaczyńskiego może nawet Obama się pojawi.
Osama, słysząc „Obama”, zazgrzytał zębami.
- A ja kurczę, nie chcę, żeby przy mojej trumnie komentowano, że Kaczyńskiego żegnało więcej przywódców.
Saudyjczyk chwilę podumał, po czym powiedział:
- Dobra, po starej przyjaźni załatwię ci, że na jego pogrzeb mało kto dotrze.
- A jak to zrobisz? Bo nie chciałbym, żebyś kogoś zabijał, starczy trupów na jeden raz. Zresztą lubię tego Obambo, ma polskie korzenie.
- Obama?
- No. Jego praprapradziadek zjadł polskiego misjonarza.
- Aha. Spokojna głowa, za dużo byłoby do zestrzeliwania. Podgrzeję wulkan na Islandii, będą takie popioły, że nikt nie poleci.
- Podgrzejesz wulkan?! Potrafisz podgrzać wulkan?!
- A ty myślisz, że dlaczego Amerykańcy dają za mnie pięćdziesiąt melonów? Gość, który jest tyle wart, potrafi parę rzeczy.

***

- Radek?
- No.
- Oglądam właśnie Al-Dżazirę i Kaczyński pyta, jak to się stało, że skrzydło po zderzeniu z brzozą, zamiast ją ściąć, rozleciało się w drobny mak. On coś podejrzewa?
- Nie. Strzela w ciemno. Zresztą Graś już go załatwił.
- Grass? Że niby wszyscy myślą, że bredzi po trawce?
- Nie, Graś to nasz rzecznik rządu z niewyparzonym jęzorem, sam nie jestem od macochy, ale czasami mu zazdroszczę. Skomentował, że skrzydło pewnie ktoś podpiłował i zarzut jest obśmiany.
- Czyli wszystko gra?
- Gra.

sobota, 15 stycznia 2011

Się nie sprzeda

Kiedy opisałem historię z podtytułem „Niepełnych”, dołożonym przez wydawnictwo bez mojej wiedzy i zgody, dostałem e-maile solidaryzujące się z artystą, który sprzeciwia się komercjalizacji. Choć tak można było odczytać notkę, to jednak spór nie przebiegał na linii ideowy pisarz – pazerni kapitaliści. A w każdym razie nie do końca.

Wiem, w jakiej rzeczywistości żyję, wiem, że wydawnictwo nie jest instytucją charytatywną, naiwnego myślenia, że kulturalną pozbyłem się przed laty. Poza tym też chcę na książce zarobić, niekoniecznie majątek, ale na życie by się przydało. Nad „Niepełnymi” pracowałem intensywnie przez trzynaście miesięcy, a w tym czasie musiałem i jeść, i płacić rachunki. Mój opór wobec pomysłów działu handlowego nie wynikał z faktu, że mieliśmy różne cele, tylko z przekonania, że droga proponowana przez dział handlowy wcale do celu nie prowadzi.

Po podpisaniu umowy przyszło żądanie, że mam wymyślić inny tytuł, bo ten „się nie sprzeda”. Było to nie w porządku, bo takie żądanie, jeśli w ogóle uznać je za dopuszczalne, powinno paść przed zawarciem umowy. O tytule dzieła decyduje autor, jeśli wydawnictwo uważa, że książka pod danym tytułem nie ma szans na sprzedaż, to może jej nie wydawać albo zapytać autora, czy byłby skłonny inaczej ją zatytułować. Natomiast przyjęcie książki do wydania oznacza akceptację tytułu nadanego przez pisarza.

Nie upieram się jednak przy swoim zdaniu bez wysłuchania drugiej strony, więc nie powołałem się na swoje prawa, tylko poprosiłem o uzasadnienie, dlaczego tytuł „Niepełni” jest niesprzedawalny. Jakie fakty, liczby, wcześniejsze doświadczenia tego dowodzą. Jednocześnie wskazałem, że moim zdaniem – jako gościa prowadzącego wydawnictwo - tytuł jest frapujący, skłania do sprawdzenia, o czym książka opowiada (a to już coś, jak czytelnik weźmie w księgarni książkę do ręki), a że nie jest typowy, łatwiej go zapamiętać i nie pomylić z innymi, czyli spełnia swoją rolę. Wskazałem również, że wedle mojej wiedzy tytuł nie ma znaczącego wpływu na sprzedaż, wyjątkiem są tytuły obcojęzyczne, bo trudniej je zapamiętać, poza tym część czytelników, nie wiedząc, jak wymówić obce słowo, wstydzi się o książkę w księgarni zapytać, co rzeczywiście nie podnosi sprzedaży. Wyjaśniłem, dlaczego akurat tytuł „Niepełni” jest ważny w kontekście treści, argumentując, że jego zmiana zuboży powieść.

Cały powyższy wywód został skwitowany stwierdzeniem, że tytuł jest pesymistyczny. Z tego wynikało, że smutną powieść mam zatytułować optymistycznie, co przyjąłem ze sporym zdziwieniem. Jakoś nie chciało mi się wierzyć, że tytuł „Happy kaleki” przyciągnie czytelników.

Kiedy ktoś słyszy o tego typu konflikcie między pisarzem a wydawcą, to zwykle ma taki obraz, że oto pracownicy wydawnictwa stoją nad autorem, namawiają go, przekonują, prześcigają się w wynajdywaniu rzeczowych argumentów, które mogłyby go przekonać, a ten, wiadomo, artysta, ma fochy w nosie, zapiera się, nie chce dyskutować, bo nie, on wie lepiej i już.

W tym przypadku lepiej wiedzieli pracownicy działu handlowego. Ale rozważyłem i ten szczątkowy argument i znalazłem, że wydawnictwo opublikowało książkę pod tytułem „Zmarzlina” Tomasza Białkowskiego (nawiasem mówiąc, bardzo dobra powieść), a nie zmieniło jej na „Ciepełko”, przypomniałem sobie o bijącej rekordy popularności „Samotności w sieci”, choć samotność to rzecz szalenie przykra i doszedłem do wniosku (który potwierdzał całkowity brak polemiki z moimi argumentami), że pracownicy działu handlowego wcale nie potrafią powiedzieć, dlaczego ten tytuł ma się nie sprzedać. Że tylko tak im się wydaje. I z tego powodu, że komuś coś się wydaje, ja mam zrezygnować z artystycznie ważnego tytułu i zastąpić go innym. Bez pewności, że faktycznie podniesie sprzedaż, ba, bez cienia argumentu uprawdopodobniającego taki właśnie skutek. Wszystko wskazywało na to, że jeśli zgodzę się zmianę, może to równie dobrze wpłynąć negatywnie na sprzedaż i obudzę się z ręką w nocniku: bez pieniędzy za książkę i bez wartościowego tytułu.

„Się nie sprzeda” jest koronnym argumentem ze strony pracowników działów handlowych wszystkich wydawnictw, ale kiedy człowiek zaczyna wnikać, dlaczego ma się nie sprzedać, okazuje się, że nie stoi za tym żadna wiedza empiryczna ani teoretyczna, a jedynie intuicja. Można powiedzieć, że taki pracownik działu handlowego ma doświadczenie, lepsze rozeznanie rynku, więc jego intuicja jest miarodajna. Tyle że ja też mam doświadczenie: mam cały folder odmów wydania szwedzkich kryminałów z uzasadnieniem, a jakże, „się nie sprzeda”. Ci sami mądrale, którzy nie widzieli w Polsce rynku dla szwedzkich kryminałów, teraz przysyłają mi prośby, żebym im jakiś przetłumaczył. Johanny Nilsson nikt nie chciał, bo „się nie sprzeda”, musiałem odczekać do powstania Repliki, Replika wydała i Nilsson sprzedała się całkiem nieźle (nie znam liczb, ale wyciągam taki wniosek z faktu, że wydawnictwo opublikowało kolejną jej książkę i było chętne na następne, tylko że ja nie miałem czasu na tłumaczenie). Działy handlowe tak naprawdę nie mają bladego pojęcia, jaka powieść się sprzeda, a jaka nie. Zamiast jednak wyciągnąć wnioski z wcześniejszych pomyłek i przyjąć do wiadomości, że rynek książki to jedna wielka loteria, że gusta czytelników są nieprzewidywalne, i po prostu szukać jak najlepszej strategii sprzedaży dla istniejącej książki, takiej, jaką pisarz stworzył, wydawnictwa ciągle próbują wkraczać w uprawnienia autora.

sobota, 8 stycznia 2011

140 na godzinę

„Gazeta Wyborcza” podniosła larum, że zwiększono dopuszczalną prędkość jazdy na autostradach do 140 km na godzinę. Żeby rzecz udramatyzować, artykuł opatrzono leadem, że nigdzie w UE nie wolno tak szybko jeździć. Jest to nieprawda, bo w Niemczech na autostradach nie ma w ogóle ograniczenia prędkości. Redaktorzy „GW” o tym wiedzą, więc udowadniają, że owszem, ale w wielu miejscach są jednak znaki wprowadzające ograniczenia, a Niemcy i tak szybko nie jeżdżą, bo ubezpieczenia nie dostaną. I wyszło redaktorom, że 140 to jest de facto i de iure szybciej niż 220, bo przecież na polskich autostradach znaków ograniczających prędkość do niższej niż maksymalna nie ma, a polscy kierowcy nigdy nie wloką się po 60 na godzinę, bo jak już autostradę uda się zbudować, to tak perfekcyjnie, że żadne remonty się na niej nie odbywają. „Udowodnioną” w ten nowatorski sposób tezę można powtarzać w redakcyjnych komentarzach.

Nie jestem zwolennikiem rajdowych prędkości, zgadzam się z argumentami, że im prędzej, tym niebezpieczniej, tyle że nominalne ograniczenie prędkości nie ma na bezpieczeństwo na polskich drogach żadnego wpływu. Na autostradach można równie dobrze wprowadzić ograniczenie do 100, jak i do 160 i dokładnie niczego to zmieni. Tym bardziej zwiększenie limitu ze 130 do 140. Co najwyżej, jak już kogoś policja złapie, to delikwent zapłaci niższy mandat.

I w tym „jak już”, w bezczynności policji jest pies pogrzebany. Polacy nie przestrzegają zakazów i jeszcze uważają, że bezkarne złamanie jakiegoś przepisu jest powodem dumy. Postawa, która pozwoliła przetrwać zabory, okupację i komunizm, jest szkodliwa i uciążliwa w czasach, kiedy rządzimy się sami. Ponieważ ani w bliższej, ani w dalszej perspektywie obce jarzmo nam nie grozi, należałoby ją konsekwentnie tępić, przez edukację i przez surowe egzekwowanie obowiązujących przepisów. Edukacja, wiadomo, dalej wkuwanie, co to jest ameba, chociaż wystarczy włączyć komputer, żeby wszystko o amebie wyczytać, a policjanci i strażnicy miejscy powołani do egzekwowania przepisów przypominają polskich robotników z socjalistycznej fabryki. Z fabryki, w której do brygady dołączył Japończyk i co rano przed przystąpieniem do pracy wygłaszał po japońsku krótkie oświadczenie. Zaintrygowani robotnicy ściągnęli tłumacza i okazało się, że Japończyk przepraszał ich, że nie przystąpi do strajku, ale jego kontrakt mu na to nie zezwala.

Czy ktoś z państwa próbował złożyć kiedyś doniesienie o mniej poważnym przestępstwie? Pierwszą reakcją policjanta jest na ogół próba zniechęcenia poszkodowanego do złożenia zawiadomienia. I równie aktywnie policja ściga łamiących przepisy na autostradach. Jeżdżę bardzo mało, ale w zeszłym roku trzykrotnie jeździłem autostradą do Katowic lub Krakowa. Ani razu nie zobaczyłem, by patrol policji zatrzymał kogokolwiek z tych, którzy mnie wyprzedzali i niknęli w sinej dali, kiedy na liczniku miałem 130 (a to nie były pojedyncze samochody, tylko całe kawalkady). Nie mówiąc już o tych niebezpiecznych kretynach, którzy, kiedy człowiek wyprzedza, doskakują z prędkością 200 i walą światłami, żeby ich przepuścić, co jest wymuszaniem niebezpiecznych zachowań, bo niezbyt doświadczony, przestraszony kierowca może chcieć zbyt prędko wrócić na prawy pas.

Kiedy jeżdżę w Szwecji, wszyscy grzecznie przestrzegają ograniczenia prędkości, a tam jest jeszcze dotkliwsze, bo wolno jechać tylko 110. Można by to wytłumaczyć tym, że Szwedzi są nawykli do przestrzegania przepisów, tyle że nagle również dzikusy z południa na szwedzkich autostradach zdejmują nogę z gazu. Dlaczego? Bo wiedzą, że ryzyko złapania przez szwedzką policję jest bardzo duże, a ze szwedzkim policjantem dyskusji nie będzie. Stosowane przez polskich kierowców (skuteczne) metody wyłgania się z mandatu, na władzę (jestem posłem), na szacunek (jestem lekarzem) czy na litość (jestem nauczycielem, za mało zarabiam na tak duży mandat) tam zawiodą. Szwed wlepi mandat własnej matce, a ta nie będzie miała pretensji, bo Szwedzi oddzielają sprawy zawodowe od prywatnych i potrafią przyznać się do popełnionego błędu.

Miałem okazję tłumaczyć kiedyś przesłuchanie po karambolu, bo szwedzki kierowca był jednym z uczestników. Na zadane pytanie, czy uważa, że dostosował prędkość do warunków jazdy, Szwed odparł, że skoro najechał na samochód przed nim, to logiczne, że nie dostosował. Widziałem, jak policjantowi opadła szczęka na taką odpowiedź, bo spodziewał się, że usłyszy to, co usłyszał od polskich kierowców: że oczywiście, że jechali z należytą prędkością, bardzo ostrożnie, ale obiektywne okoliczności, za które nie ponoszą winy, spowodowały, że nie dało się wyhamować.

Wracając do tytułowej prędkości. Ja bym chciał, żeby taka na polskich autostradach obowiązywała. To znaczy, żeby do takiej zmniejszono faktyczną prędkość, bo piratów drogowych zwyczajnie się boję. Żeby wolno było jechać 140, bo przy dobrej drodze, dobrym samochodzie i dobrej pogodzie nie jest to niebezpieczna prędkość, ale żeby ci, co ją przekroczą, mieli 80, a nie 5 procent szans na zapłacenie mandatu.

sobota, 1 stycznia 2011

Recepta na książkę

Jak napisać dobrą książkę? Po takim pytaniu wrzuconym do wyszukiwarki ktoś natrafił na mój blog, więc poczułem się wywołany do odpowiedzi. Ale że zdaniem Reicha-Ranickiego pisarz jest jak ta ptaszyna, która nie ma pojęcia o ornitologii (gość jest bezczelny swoją drogą), odpowiem starym dowcipem: Dobra książka winna zawierać wątek religijny, historyczny, miłosny i kryminalny:

- O mój Boże! [wątek religijny] – powiedziała hrabina [wątek historyczny]. – Jestem w ciąży [wątek miłosny], ale nie wiem z kim [wątek kryminalny].

A na poważnie? Czytać, czytać i jeszcze raz czytać, pisać, pisać i jeszcze raz pisać. Nie wierzyć w natchnienie, natchnienie mieści się w tyłku. Zbigniew Kruszyński mówi, że książkę musi wysiedzieć, Jerzy Pilch, że jeśli artysta chce coś osiągnąć, powinien narzucić sobie reżim pracy księgowego. Tak systematycznie pisał Tomasz Mann, codziennie, o ustalonych porach. Pewnie, czasami napisze się pięć stron, czasami wymęczy jedną, ale coś powstanie. I to niekoniecznie coś złego. A nawet jeśli, to następnego dnia się przerobi, jest już materiał, nad którym można pracować, a nie pusta kartka.

sobota, 25 grudnia 2010

Tytułomania

Ale nie będzie o tym, że ci, co na polu walki chowają się na tyłach, potem pierwsi wyciągają ręce po ordery, tylko o polskich tytułach szwedzkich utworów.

Zacznijmy od klasyki i od „Gösty Berlinga” Selmy Lagerlöf. W Polsce upowszechnił się przekład Franciszka Mirandoli, choć jako pierwsza książkę przełożyła Józefa Klemensiewiczowa. Od początku pod tym właśnie tytułem. Szwedzki oryginał to „Saga o Göście Berlingu”, wyrzucenie „sagi” było spowodowane zapewne dość kłopotliwą polską odmianą imienia „Gösta” (wymowa: Joesta). Moim zdaniem lepsza byłaby „Saga o Berlingu”. Jest określenie postaci, jest rodzaj opowieści, czyli to, co w szwedzkim tytule, a zarazem jednoznaczne wskazanie, że to postać męska, a nie kobieca, jak z imienia „Gösta” może wnioskować polski czytelnik.

Na podstawie tej książki nakręcono film (w 1924 r.), polski dystrybutor nie bawił się w dywagacje, co z sagą czy Göstą, tylko walnął tytuł „Gdy zmysły grają”. Proszę zgadnąć, jaką film miał widownię :-)

Trudne w tłumaczeniu okazały się dwa tytuły innego klasyka, Hjalmara Söderberga. Historietter nie mogłem przełożyć jako „Drobne historie”, bo musiało być jedno słowo, a „Historyjki” szły za bardzo w stronę krotochwili, kiedy ciężar gatunkowy tych miniatur jest ogromny. Dziesięć lat nad tym myślałem (wydawcy się nie kwapili, więc miałem czas), ale wymyśliłem: „Opowiastki”! Z kolei tytuł powieści miłosnej Söderberga w dosłownym tłumaczeniu brzmi „Poważna zabawa/gra”. Ani to melodii oryginału nie ma (Den allvarsamma leken), ani treści, bo czy na zabawę, czy na grę się zdecydować, to czegoś zabraknie. Zresztą to nie zabawa na podwórku czy gra w kierki, tylko miłosne podchody. I miałem: igraszki. A kiedy „poważne” zastąpiłem „niebłahymi” melodia też się znalazła. „Niebłahe igraszki”, bardzo jestem z tego tytułu zadowolony.

Daleko mniej z tytułów pierwszych tłumaczonych przeze mnie książek, „Za krawędzią nocy” Cariny Rydberg i „Rewanżu” Lizy Marklund, bo wydawnictwo Książnica rękami i nogami broniło się przed tytułami oryginalnymi (odpowiednio „Duch potępiony” i „Zamachowiec”). O ile jeszcze „Za krawędzią nocy” jest tytułem ładnym i pasującym do treści (choć zmiana nie ma żadnego uzasadnienia), to „Rewanż” jest fatalny. Na domiar złego oberwało mi się od jakiegoś recenzenta ignoranta za niewłaściwe tłumaczenie tytułu, choć nie miałem w tej sprawie nic do gadania i o jego ostatecznym kształcie dowiedziałem się dopiero, kiedy zobaczyłem egzemplarze autorskie. Wydawnictwo poinformowało mnie bowiem, że zmienia „Zamachowca” na „Rewanż czy odwet”, ale o kolejnej modyfikacji tak mało ważnej persony jak tłumacz już nie zawiadamiało.

Podobną praktykę zastępowania dobrego lepszym zastosowało W.A.B. przy książce Jensa Lapidusa „Zimna stal”. W oryginalnym tytule jest słowo „fucka upp” czyli zeszwedczony wulgaryzm, z którym tłumacz Mariusz Kalinowski, lubiący takie wyzwania, z pewnością świetnie sobie poradził, więc zagadką pozostaje, dlaczego intrygujący, niesztampowy tytuł zastąpiono całkowicie szablonowym i oklepanym.

Świetny jest za to tytuł innej przetłumaczonej (dodajmy: przetłumaczonej znakomicie) przez Kalinowskiego książki, „Wizyta królewskiego konsyliarza” Pera Olova Enquista. Tytuł ewoluował i w zapowiedziach co jakiś czas pojawiała się inna wersja (np. „Wizyta nadwornego medyka”), ale ta końcowa rzeczywiście jest najlepsza. Równie doskonale poradziła sobie Iwona Jędrzejewska, tłumacząc „dorastanie komika” jako „Dojrzewanie błazna”. Nie odeszła od oryginału, a zasygnalizowała w tytule głębię pozornie lekkiej książki Jonasa Gardella. Obie powieści zresztą bardzo polecam.

Dlaczego jak tytuł jest dobry, przypisuję go tłumaczowi, a jak zły, to wydawnictwu? Tłumacz stara się tytuł przełożyć, więc najprawdopodobniej on za nim stoi, jeśli w jakiś sposób polska wersja odpowiada oryginalnej. Wydawnictwo z kolei szuka jakiegoś punktu zaczepienia w treści (teza, że autor wie najlepiej, jak zatytułować swoją książkę, nie jest w wydawnictwach popularna), zwykle pod hasłem, co by tu się mogło sprzedać. Jak w przypadku kryminału Roslunda i Hellströma „Dziewczyna, która chciała się zemścić” (przekład Beata Walczak-Larsson). Oryginalny tytuł brzmi „Skrytka pocztowa 21”, więc to podczepianie się pod Stiega Larssona jest żenujące. Podobnie jak w reklamie książek pary autorskiej Sjöwall & Wahlöö. Rzekomo Larsson nawiązuje tytułami swojej trylogii do ich powieści „Wóz strażacki, który zniknął” czy „Mężczyzna, który rozpłynął się w powietrzu”. Jakby Larsson nadał swoim powieściom tytuły „Anna”, „Hanna” i „Johanna”, to pewnie Amber wypisywałby, że nawiązał nimi do „Roseanny”, pierwszego kryminału z serii o komisarzu Becku.

Zacząłem od klasyki, to na niej zakończę. Jedna z najstarszych szwedzkich ballad nosi tytuł „Książę Magnus i syrena”. W pierwszej połowie XIX wieku wzięło ją na warsztat dwóch polskich tłumaczy. W 1835 r. pieśń przełożył Leszek Dunin-Borkowski pod tytułem „Książę Magnus i morski dziw”, a w 1843 Lucjan Siemieński jako „Książę Magnus i trolla”. Dlaczego się przed tą syreną bronili, nie wiem, ale trzeba przyznać, że ich tytuły są piękne :-)

środa, 22 grudnia 2010

(Nie)rozstrzygnięcie konkursu

Konkurs ogłoszony we wpisie Książka do wygrania nie wzbudził żadnego zainteresowania wśród tych, którzy przeczytali rzeczone powieści i byliby w stanie udzielić prawidłowych odpowiedzi. Ponieważ takowa nie nadeszła, siłą rzeczy laureata nie ma. W tej sytuacji nie ujawnię odpowiedzi na zadane pytania, zachowam je na inną okazję.

sobota, 18 grudnia 2010

Warsztaty pisarskie

Ta forma nauczania przyjmowała się w Polsce z bardzo dużymi oporami. Myślał już o niej, jak wspomina w przedmowie do swojej „Alchemii słowa”, Jan Parandowski, ale zetknął się „ze zdziwieniem, zgorszeniem, niechęcią”. Szymborska w swojej „Poczcie literackiej” pisała: „Literatura nie ma żadnych technicznych tajemnic, w każdym razie tajemnic, których by nie mógł przeniknąć uzdolniony laik”. Trochę przyjaźniej spojrzano na to wraz z przyjęciem kapitalizmu, skoro warsztaty pisarskie były częścią amerykańskiej, a nie radzieckiej rzeczywistości. Ale z początku organizowano je wyłącznie w sposób akcyjny: sławny pisarz przy okazji jakiegoś festiwalu czy targów prowadził „warsztaty”, co było raczej metodą na wzbogacenie programu niż rzeczywistą nauką.

Jakiś czas temu działalność rozpoczęła Pasja Pisania, szkoła organizująca regularne kursy dla przyszłych pisarzy, i nie zbankrutowała, tylko się rozwija. Bardzo mnie to cieszy, bo uważam takie warsztaty za przydatne i potrzebne i żałuję, że Pasji Pisania nie było, zanim zacząłem pisać, bo sam bym wtedy chętnie w tych warsztatach wziął udział (teraz zresztą też, ale nie w grupie przeddebiutanckiej, tylko w gronie osób mających opublikowane dwie, trzy książki). Owszem, należy zgodzić się z takimi przeciwnikami warsztatów jak Szymborska, wskazującymi, że konserwatoria czy akademie plastyczne uczą konkretnych technik, których trudno nauczyć się samemu, a do umiejętności pisania dochodzi się, po prostu dużo czytając, ale jednak wiedzę mniej konkretną też można przekazywać. Tłumaczenie literatury również jest umiejętnością niewymagającą szkoły, a z własnego doświadczenia powiem, że warsztaty tłumaczeniowe bardzo dużo dają. Wystarczy dyskusja na kanwie fragmentu przekładu i wskazówki dobrego wykładowcy, by wiele rzeczy przyszłemu tłumaczowi uświadomić. Równie wiele może adeptowi pisarstwa uświadomić dyskusja o jakiejś napisanej przez niego scenie i jedna czy druga podpowiedź prowadzącego.

Przeciwnicy warsztatów, powołując się na realia amerykańskie, twierdzą ponadto, że warsztaty sprzyjają powstawaniu książek na jedno kopyto, że uczą pisania według schematów. Nie zgadzam się z tym poglądem. Oryginalnej umysłowości warsztaty nie zaszkodzą, zawsze wyjdzie poza schematy, wtórnej nic nie nauczy pisać nieschematycznie, ale napisze książkę poprawnie warsztatowo. Poza tym w samym argumencie zawiera się opinia, że książka schematyczna to książka kiepska. Z punktu widzenia krytyki literackiej i czytelników o bardziej wysmakowanych gustach pewnie tak, ale szerokie rzesze lubią to, co już znają. I w dobrym schemacie nie ma nic złego, nie wszystkie powieści muszą wypełniać noblowskie kryteria.

Mocnym argumentem za warsztatami pisarskimi są dwa szwedzkie nazwiska: Torbjörna Flygta i Camilli Läckberg. Oboje ukończyli takie warsztaty, Flygt za swojego „Underdoga” dostał Nagrodę Augusta, najważniejszą szwedzką nagrodę literacką, a Läckberg święci triumfy jako autorka kryminałów. Co ciekawe, jeśli jakiś polski recenzent chce skrytykować książki Läckberg, to wyciąga jej, że pisać nauczyła się na warsztatach. Ale daj Boże jakiejś szkole taką reklamę, że po jej ukończeniu można zarabiać miliony. „Underdog” jest po polsku, ale nie należy go czytać, bo tłumaczka zarżnęła powieść.

W warsztatach pisarskich widzę też nadzieję na ograniczenie plagi grafomanów (ograniczenie, bo powstrzymać się jej nie da). Wyobrażam sobie – nie wiem, jak jest – że na takie warsztaty nie przyjmuje się wszystkich chętnych, a wyłącznie osoby mające tzw. lekkie pióro. Grafoman, który nie przejdzie wstępnej selekcji, może przyjmie do wiadomości, że jak nie chcą go nawet tam, gdzie zostawi pieniądze, to oznacza, że naprawdę nie ma predyspozycji do pisarstwa. Bo odmowami z wydawnictw grafomani się nie przejmują, wskazując (co niestety jest słusznym argumentem), że gdyby taka odmowa była jakimkolwiek kryterium, to na liście grafomanów należałoby umieścić sporo wybitnych nazwisk, noblistów nie wykluczając.

Używam konsekwentnie nazwy „warsztaty pisarskie”, bo uważam, że żywcem przeniesione angielskie sformułowanie „creative writing” należy tępić, a dosłowne tłumaczenie „warsztaty kreatywnego pisania” jest fatalne. To już (trochę) lepiej „warsztaty twórcze” albo jeszcze lepiej „literackie”. Najpiękniejsza jest nazwa zaproponowana przez Parandowskiego: Szkoła Sztuki Pisarskiej. Wiem, że się nie przyjmie, bo lekko myszką trąci, ale ja lubię takie rzeczy z nalotem patyny.

Było afirmatywnie, teraz będzie krytycznie. Tłumaczenie i tworzenie literatury to zajęcia czysto praktyczne. Można dobrze tłumaczyć i pisać, nie mając bladego pojęcia o historii przekładu i rozwoju form powieściowych. Tymczasem widzę, że w Polsce nie potrafimy się oderwać od podbudowy teoretycznej. W programie warsztatów tłumaczeniowych na UJ teoria stanowi istotną ich część. Po co? Przyda to się komuś, kto chce przekłady analizować, a nie je tworzyć. Dla tłumacza ideałem są takie zajęcia, w jakich brałem udział w Sztokholmie: tłumaczymy i o swoich przekładach dyskutujemy. Jedyna korzyść z wykładów teoretyków jest taka, że wykładowca sobie zarobi; jeśli już kogoś jest sens wysłuchiwać, to tłumacza z dorobkiem, który na przykładach opowie o swoich doświadczeniach. Na stronie Pasji Pisania (albo jakiejś z nią powiązanej) przeczytałem artykuł, jak należy stworzyć świetnego bohatera na przykładzie doktora House’a. Coś to komuś da? Kursant po wysłuchaniu takiego wykładu stworzy postać à la doktor House, a jeśli będzie potrafił się od tego oderwać, to taką, jaką by stworzył, nie wiedząc, że House jest postacią perfekcyjną. I przecież od tego należy zacząć. Napisz pełną charakterystykę bohatera swojej powieści, powiedzmy kogoś, kto rozwiązuje zagadki kryminalne. I jak kursant napisze, to wtedy należy pogadać o tym, co stworzył. Ktoś wymyślił sobie na przykład, że jego detektywem będzie nauczycielka chemii, mająca idealnego męża i dwójkę perfekcyjnych dzieci. No i teraz burza mózgów, czy to ma ręce i nogi, jakie plusy i minusy. Nauczycielka chemii ma wiedzę, żeby przydybać truciciela, ale w szkole za dużo morderstw nie może się zdarzać, więc to bohaterka na jedną powieść, jak planujemy serię, odpada. Idealny mąż i dzieci zanudzą czytelnika. Lepiej, żeby mąż pił, a dzieci sprawiały kłopoty wychowawcze. Oklepane. To może chemiczka będzie prowadzić podwójne życie, po godzinach dorabia w agencji towarzyskiej (motywacja trzyma się kupy, bo w szkole mało płacą, to ważne, działania bohaterów muszą być uzasadnione, jak nauczycielka ma iść pracować do burdelu, to wcześniej trzeba podać, że jest nimfomanką albo że potrzebuje kasy). W ten sposób rozwiązujemy problem z nikłą przestępczością w szkole, bo prostytucja to już domena półświatka. Ale jeśli ma pracować jako prostytutka, to musi atrakcyjniej wyglądać. Odpada pierwotne założenie, że to kobieta w średnim wieku przy kości, odchudzamy ją, odmładzamy, konsekwentnie też musimy pomniejszyć dzieci. Biedny małżonek dowiaduje się, że żona go zdradza w tak okrutny sposób i odchodzi z dwójką kochanych maluchów na rękach. Czytelnik powinien nam się przy tej scenie rozryczeć. To jak to napisać, żeby się rozryczał? Spróbujmy, wprawka na następne zajęcia.

Oczywiście takich dyskusji nie da się prowadzić w czternaście osób, a tej wielkości grupy proponuje Pasja Pisania, jeszcze twierdząc, że to mało. Na wykład mało, na sensowne ćwiczenia, żeby każdy mógł coś napisać i był czas na omówienie jego tekstu (w tym takich przyziemnych kwestii, jak gramatyka, stylistyka itp.), potwornie dużo. Na wspomnianych sztokholmskich warsztatach tłumaczeniowych pracowaliśmy w sześć osób i to było maksimum, każdy następny kursant zdecydowanie obniżyłby efektywność zajęć. Rozumiem, że przemawiają za tym względy ekonomiczne, lekcje muszą się bilansować i dać zysk, ale uważam, że dużo większy sens miałyby o połowę mniejsze grupy przy dwukrotnie wyższej cenie (obecna jest niewygórowana). Zdaję sobie oczywiście sprawę, że zastosowanie tej rady mogłoby doprowadzić szkołę do bankructwa: ludzie wolą zapłacić mniej za średni produkt, niż więcej za dobry.

I ostatnia kwestia. Pisania może uczyć tylko pisarz, jak mistrz czeladnika, czy ktoś wyobraża sobie, żeby zbijania stołu uczył adepta stolarstwa ktoś, kto w życiu stołu nie sklecił, ale teoretycznie wie, jak to zrobić? I Pasja Pisania bynajmniej tej zasady nie kwestionuje, czytamy, że „nauczyciele Pasji Pisania to pisarze i dziennikarze, którzy sami przeszli przez trudny proces poznawania rzemiosła pisarskiego”. Ale teoria wygląda trochę inaczej niż praktyka, bo wśród wykładowców obok takich niebudzących wątpliwości nazwisk jak Krzysztof Kotowski czy Izabela Szolc jest niejaka Justyna Czechowska, której kwalifikacje to... odbyty kurs creative writing (i tu drugi wielokropek) w Sztokholmie. Zapewne po szwedzku, ale co tam, ważna jest fabuła, od języka mamy redaktora. Osobiście ukończyłem kurs angielskiego, ale mimo że jestem filologiem (innego języka), nie odważyłbym się angielskiego nauczać. Ale, jak widać, niektórzy nie mają takich zahamowań. A pani Czechowska jest w ogóle ewenementem pod tym względem. Swego czasu jej nazwisko, z podpisem „tłumaczka literatury szwedzkiej”, nagle zaczęło się pojawiać przy wszelkich imprezach, których tematem była ta właśnie literatura. Mocno mnie to zdziwiło: śledzę, jakich szwedzkich pisarzy w Polsce się wydaje, kto tłumaczy, a nie zauważyłem, że pojawił się tłumacz na miarę Haliny Thylwe, Leonarda Neugera czy Janusza B. Roszkowskiego (przez fałszywą skromność o sobie nie wspomnę), wszędzie zapraszany, żeby podyskutował, wypowiedział się, ocenił. Już myślałem, że w jakiś letarg paroletni wpadłem, bo przecież tłumacz nie wyrabia sobie pozycji z miesiąca na miesiąc. Zajrzałem do katalogu Biblioteki Narodowej i okazało się, że dorobek Czechowskiej rzeczywiście jest imponujący i wynosi zero przekładów książkowych. Imponujący, bo trzeba podziwiać taką umiejętność wykorzystania łokci, że ktoś potrafi się sprzedać jako tłumacz literatury, mając na koncie jedynie parę publikacji prasowych. Od tamtego czasu Czechowska przełożyła ze dwie pozycje i, jak widać, kariera tłumacza jej się znudziła, postanowiła zostać pisarzem. A że ślęczenie nad tekstem wyraźnie nie leży w jej naturze, znowu zaczęła od drugiego końca: najpierw podzieli się z innymi swoim doświadczeniem, a ewentualnie potem spróbuje go nabyć.


PS. Kiedy już napisałem powyższą notkę, natrafiłem na informację, że warsztaty przekładu literackiego na UJ, o których piszę, są częścią działającej od dawna szkoły pisania pod (ładną) nazwą Studium Literacko-Artystyczne. Czyli pomyliłem się, biorąc Pasję Pisania za pierwszą taką szkołę, która dłużej przetrwała. Ale dobrze, że to wychodzi poza uczelnie, bo akademicy chyba nigdy nie oderwą się od teorii (część teoretyczna w SLA jest bardzo rozbudowana). I ciekawostka, warsztaty w SLA prowadziła m.in. ich wcześniejsza przeciwniczka Wisława Szymborska.

sobota, 11 grudnia 2010

Książka do wygrania

Na początek trochę wspomnień i anegdotek jeszcze z czasów licealnych. W XI LO (na Spółdzielczej we Wrocławiu, nadal zresztą istnieje) języka polskiego nauczała pani Dorota Nowińska. Nauczała tak, że dla szkolnego ludku istniały tylko dwa przedmioty: polski i reszta. Kiedy w naszej klasie postawiła pierwszą piątkę z odpowiedzi (wówczas najwyższa ocena), koleżanka, która ją dostała, zastygła w zdumieniu z otwartymi ustami, nie wierząc, że jest to możliwe. Ja pisać potrafiłem przecież i wówczas, ale wymarzona piątka z wypracowania pozostała poza moim zasięgiem, najwyżej cztery plus.

Jak to z ostrymi, wymagającymi nauczycielami bywa, w większości uczniowie Nowińskiej się bali, przeklinali dzień, w którym przyszła do jedenastki, ale docenili ją po skończeniu szkoły. Egzamin na studia dla tych, którzy zdawali na nim polski, był spacerkiem. Słaba trójka u Nowińskiej okazywała się mocną czwórką w oczach uniwersyteckich egzaminatorów. Byłem pełen wdzięczności dla Nowińskiej, kiedy słuchałem narzekań kontrkandydatów, że pyta się ich o książki, których nie tylko nie przeczytali, ale o których w ogóle nie wiedzieli, że są lekturami.

A nas Nowińska goniła do czytania. Zresztą w bardzo rozsądny sposób, każąc nam największe cegły czytać podczas wakacji, z uzasadnieniem, że w czasie roku szkolnego na takie „Nad Niemnem” ciężej będzie nam wygospodarować czas. I robiła nam sprawdziany ze znajomości lektur, tak dokładne i szczegółowe, że można się było na nich wyłożyć, nawet jeśli książkę się przeczytało. Kiedy więc mieliśmy test ze znajomości „Lalki”, postanowiliśmy wywiedzieć się o pytania u kolegów z równoległej klasy, którzy pisali go dwie godziny wcześniej. Mając pytania, siedliśmy do wertowania powieści, oczywiście przerwy nie starczyło, więc wykorzystaliśmy też lekcję poprzedzającą polski, był to akurat rosyjski. Profesor Misiejuk, wcześniej podobno surowy belfer, za naszych czasów już niegroźny, zirytowany tym, że na każdej ławce widzi grube tomiszcze i bynajmniej nie jest to Dostojewski, próbował nas postraszyć:

- Ja chyba powiem pani Nowińskiej, żeby wam jakiś sprawdzian zrobiła.

- No właśnie mamy, panie profesorze, sprawdzian i dlatego musimy się przygotować.

Osobiście się nie przygotowywałem, bo „Lalki” jak rzadko której lektury nie zdążyłem przeczytać (byłem dopiero na początku) i uznałem, że nie ma co oszukiwać. W teście znalazło się jednak pytanie, co do którego byłem pewien, że znam odpowiedź: na jakim instrumencie grał Rzecki? Z dumą wpisałem „skrzypce”, bo to była taka moja honorowa bramka w przegranym meczu. Lufa nie sprawiła mi takiej przykrości, jak przekreślone te „skrzypce” i napisane czerwonym atramentem „gitara!”

No i teraz do tej tytułowej książki do wygrania. Mam dwa trudne pytania, takie właśnie, jakie wymyśliłaby pani Nowińska, odnoszące się do treści moich dwóch poprzednich książek:

1. W którym roku rozgrywa się akcja „Kanalii”?

2. Jak ma na imię tata Edyty, głównej bohaterki „Niepełnych”?

Kto odpowie najtrafniej na oba pytania, wygra egzemplarz Między prawem a sprawiedliwością, oczywiście z autografem, no chyba że zwycięzca nie będzie chciał, żeby mu autor mazał po książce :-) Jeśli nikt nie odpowie na oba pytania, wystarczy odpowiedź na jedno (czyli jest sens próbować, nawet jeśli ktoś zna tylko jedną książkę). W razie równorzędnych poprawnych odpowiedzi nagrodę rozlosuję. Odpowiedzi proszę przesyłać mailem albo w komentarzach (nie zostaną opublikowane). Termin do poniedziałku 20 grudnia do północy. W konkursie nie mogą brać udziału osoby, które otrzymały egzemplarz recenzencki „Między prawem a sprawiedliwością”.

sobota, 4 grudnia 2010

Recepcja "Kanalii"

Do poruszenia tego tematu skłoniło mnie ożywione zainteresowanie „Kanalią” na blogach. Zainteresowanie, którego w żaden sposób nie podsycałem. Duża liczba recenzji jednej książki wskazuje zwykle, że została rozesłana przez wydawnictwo lub samego autora, i tak jest na przykład z „Między prawem a sprawiedliwością”, bo poprosiłem wydawnictwo, żeby przesłało te opowiadania blogerom. Ale „Kanalię” wysłałem tylko jednej osobie i to kiedy była już zdecydowana na lekturę (po przeczytaniu „Niepełnych”) i napisała mi, że wypożyczy ją sobie z biblioteki.

Ponieważ w znakomitej większości o książkach w Internecie piszą kobiety, zaskoczyło mnie bardzo przychylne przyjęcie „Kanalii” (od ocen pozytywnych po pełen zachwyt), bo jest to książka, którą określano słowami „mocna”, „męska”, „szowinistyczna” i nie da się zaprzeczyć, że do niej pasują. Obraz głównej bohaterki jest w niej mało pochlebny, ale może blogerki dostrzegły to, czego zwykle nie potrafią dostrzec zacietrzewione feministki: że pokazanie jednej złej kobiety nie jest opinią na temat całego kobiecego rodzaju. No i jest to książka dość obsceniczna, na tyle, że kiedy słyszę nieszczere oceny ze strony rodziny, że im się podobało, pytam niewinnie: „Cioci podobała się taka wulgarna powieść? No, naprawdę miałem o cioci lepsze zdanie”. Ale może recenzentki dostrzegają, że ta wulgarność służy charakterystyce jednego z bohaterów i kiedy w pewnym momencie znika on z kart powieści, dalej nie pada już ani jedno przekleństwo.

Przychylnego przyjęcia spodziewałem się natomiast zaraz po wydaniu „Kanalii”. Publikację w ciągu miesiąca zaproponowały mi dwa wydawnictwa (a to drugie dużo większe od Santorskiego), co w przypadku debiutanta świadczy o bardzo dobrej książce, bo przy dobrej czy przyzwoitej jak po pół roku dwudzieste wydawnictwo, do którego posłał powieść, zgodzi się ją wydać, może mówić o dużym szczęściu. Na dodatek przez cały okres przygotowywania książki do publikacji słyszałem zachwyty redaktorów Santorskiego, jaki to świetny kryminał napisałem. Tym większym szokiem była dla mnie opinia Roberta Ziębińskiego z „Newseeka”, który uznał „Kanalię” za kompletne dno i przykład, jak kryminałów tworzyć nie należy. Długo trwało, zanim się z szoku otrząsnąłem, bo autor to delikatna roślinka, a debiutant to już w ogóle mimoza, i mogłem w miarę spokojnie przeanalizować recenzję Ziębińskiego. Omawiał w niej trzy książki, poza moją „Żniwiarza” Grzegorzewskiej i „UGI” Tomaszewskiego. Tyle że określenie „omawiał” pasowało jedynie do pierwszych dwóch: w miarę streścił ich akcję i wspomniał przedstawione w nich problemy, w przypadku „Kanalii” nie, ani słowa o konstrukcji (dość nietypowej), o poruszonych problemach (np. pedofilia księży), o lejtmotywie (skrzywdzona miłość), żadnej wzmianki o wydarzeniach opowiedzianych poza dziesiątą stronicą książki. Całość wyglądała tak, jakby Ziębiński dostał zlecenie napisania łącznej recenzji trzech książek, ale nie wyrobił się z ich przeczytaniem, więc zjechał „Kanalię” na podstawie pierwszych kilku stron.

Podejrzenie potwierdzały nie tylko opinie sprzed wydania, ale i te po wydaniu. Pozytywna recenzja w „Życiu Warszawy”, entuzjastyczne w „Przeglądzie”, w „Semestrze”, w „Wolnej Drodze”. Książka tak powszechnie dobrze przyjmowana, mogła mieć niedociągnięcia, ale nie mogła być kompletnym dnem. Co więcej, nawet z mocno enigmatycznej recenzji w „Przeglądzie” więcej można było się dowiedzieć o treści książki niż z tej Ziębińskiego.

Moje podejrzenie umocniła też historia, która dokładnie w tym samym czasie (grudzień 2006) wydarzyła się w Szwecji (link do artykułu, niestety po szwedzku). Otóż recenzent gazety „Helsingborgs Dagblad” Kristian Lundberg opublikował tekst o wydanych jesienią w Szwecji powieściach kryminalnych, przy czym wyraził skrajnie negatywną opinię na temat kryminału Britt-Marie Mattsson zatytułowanego „Władza strachu”. Dowcip polegał na tym, że powieść Mattsson w ogóle się nie ukazała. Jakim cudem recenzent zjechał nieistniejącą książkę? Ano takim, że jej zapowiedź wraz ze streszczeniem ukazała się w katalogu wydawnictwa Piraten. Szwedzkie katalogi wydawnicze w odróżnieniu od polskich nie są redagowane pod mottem, jak coś nam się z tego uda wydać, to wydamy, tylko stanowią praktycznie informację, co będzie na księgarskich półkach i Lundberg był przekonany, że powieść w księgarniach jest. Tymczasem nastąpiło jakieś trzęsienie ziemi i wydawnictwu książki nie udało się opublikować. Lundbergowi nie przeszkodziło to napisać, że w powieści Mattsson „intryga jest przewidywalna, postacie nakreślone schematycznie” (Ziębiński o mojej książce: „Każdy element intrygi już znamy, a bohaterowie są przewidywalni do bólu”). Znamienny był komentarz przedstawiciela wydawnictwa Piraten, który stwierdził, że od dawna podejrzewali, że recenzenci ledwie przeglądają ich książki, ale dopiero teraz mają dowód, jak to wygląda. No bo rzeczywiście, jeśli ktoś nie ma takiego szczęścia jak Mattsson, to może gryźć tylko paznokcie ze złości, bo skurwysyństwo (przepraszam za słowo, ale inaczej tego procederu nie można nazwać) jest nie do udowodnienia. Recenzent zawsze może oświadczyć, że o wydarzeniach z powieści nie wspomniał nie dlatego, że ich nie znał, tylko nie widział takiej potrzeby.

Wracając do Roberta Ziębińskiego, zadebiutował on właśnie swoim pierwszym kryminałem pt. „Dżentelmen”. Mam nadzieję, że jakiś skrajnie nierzetelny recenzent z wielkonakładowej gazety zjedzie jego książkę bez czytania, uznając, że to, że nie wyrabia się z własną pracą, uprawnia go do niszczenia pracy innych (mało chrześcijańskie uczucie, ale nie jestem chrześcijaninem, więc mogę sobie na nie pozwolić).

Blogerka Kaś zdziwiła się, że tak mnie ucieszyło w jej recenzji podkreślenie drugiej warstwy „Kanalii”, tej psychologicznej. Kaś nazwała ją „studium zranionej ludzkiej psychiki”, co uważam za bardzo trafne określenie. Tymczasem zawodowi krytycy mieli z tą warstwą duże kłopoty. Recenzent „Rzeczpospolitej”, Grzegorz Sowula, uznał w ogóle spowiedź mordercy za błąd warsztatowy, nie dostrzegając, że to jest clou tej powieści, a morderca jej głównym bohaterem. Można oczywiście twierdzić, że autor napisał powieść tak nieudolnie, że nie udało mu się w niej wyrazić tego, co chciał wyrazić. I wszelkie wyjaśnienia z jego strony zostaną tak zinterpretowane: skoro musi tłumaczyć, o co mu chodziło, znaczy się, nie potrafił tego ująć w powieści. Pisarz jest skazany na czekanie, aż inny recenzent zinterpretuje książkę zgodnie z jego intencjami. I dlatego tak bardzo cieszą mnie recenzje (liczba mnoga, bo Kaś nie jest przecież odosobniona), których autorzy dostrzegają właściwy sens „Kanalii”. To, że częściej potrafią go dostrzec amatorzy, niż zawodowcy, choć ci ostatni czują się uprawnieni do objaśniania treści książek innym, świadczy chyba wymownie o poziomie polskiej krytyki.

Wspomnę jeszcze o prywatnych reakcjach. O tym, że piszę książkę i że została przyjęta do wydania, powiedziałem tylko jednej osobie. Reszta rodziny, przyjaciół, znajomych dowiedziała się na ogół w chwili otrzymania egzemplarza w prezencie. Zaskoczenie było tym większe, że normalnie o swojej pracy chętnie opowiadam, a tu przez rok nie zdradziłem się słówkiem, co się kroi. Jedna z moich bliższych koleżanek doznała wręcz szoku: wpatrywała się w okładkę, nie mogąc uwierzyć, że widzi na niej moje nazwisko i zdumiona ciągle powtarzała to samo zdanie, zmieniając tylko intonację: „Napisałeś książkę?! Napisałeś książkę? Napisałeś książkę!”