sobota, 13 listopada 2010

Potargowe wrażenia

Zakończone w zeszłym tygodniu Targi Książki w Krakowie odwiedziłem po raz pierwszy, poprzednie moje wydawnictwa nie widziały potrzeby zapraszania mnie gdziekolwiek, tym większe podziękowania dla Branty.

Miło zaskoczyły mnie tłumy ludzi, zadające kłam malkontentom, że czytelnictwo w Polsce spada i z roku na rok jest coraz gorzej, a co za tym idzie padają księgarnie i wydawnictwa. Malkontenci głoszą te tezy od lat dwudziestu i jakoś nie chcą dostrzec, że gdyby były prawdziwe, to właśnie powinna bankrutować ostatnia księgarnia.

Spotkania z czytelnikami są zawsze przyjemne, a szczególnie ucieszyła mnie na moim stoisku wizyta przemiłych blogerek piszących o książkach, Kaś i Skarletki.

Podobały mi się też dzieciaki kolekcjonujące autografy jak leci, w czym widać było przekonanie, że nawet najbardziej anonimowy pisarz ma noblowskie zadatki i warto w porę się załapać, bo potem taki autograf może być wiele wart. Akurat mnie o autograf nie prosiły, tylko zwykle osobę siedzącą razem ze mną, czy to przedstawiciela wydawnictwa, czy czytelnika, co wskazuje, że fizjonomię mam mało pisarską :-)

Dwie rzeczy mi się nie podobały, a porównuję je z Targami w Göteborgu, na których bywam jako tłumacz. W Göteborgu wydawnictwa oferują tak duże zniżki, że wyjeżdżam stamtąd z naręczem książek. Przy czym wcale ich kupować nie muszę, bo jeśli napiszę do wydawnictwa, dostanę je za darmo, ale to tak, jakby starać się przekonać narkomana, że nie musi płacić dzisiaj za działkę, bo jutro dostanie ją gratis. W Krakowie książki wydawnictwa sprzedają generalnie po cenach okładkowych, a przecież, wziąwszy pod uwagę, że normalnie hurtownik z księgarzem zabierają im połowę tej ceny, mają z czego opuszczać, gdy sprzedają książki bezpośrednio.

W Göteborgu lepiej rozwiązane są też spotkania z pisarzami na stoiskach. U nas sadza się autora i oczekuje, że czytelnik podejdzie i nawiąże rozmowę, a jak nie zna autora ani książki, to specjalnie nie ma powodu, żeby podchodził. No i może być to dla niektórych krępujące, bo nie każdego stać (mnie na przykład nie), żeby podejść i zapytać: niech mi pan/pani powie, o czym to jest. W Göteborgu są to takie mini spotkania autorskie, prowadzący rozmawia z pisarzem, czytelnik może przystanąć, posłuchać o książce bez wykazywania własnej inicjatywy. Podpisywanie książki odbywa się po takim spotkaniu.

sobota, 6 listopada 2010

Pomnik Söderberga

Hjalmar Söderberg dotąd nie miał pomnika. Może wydawać się to dziwne, skoro chodzi o czołowego przedstawiciela nurtu dekadenckiego w literaturze szwedzkiej, pisarza, który na trwale zapisał się w jej historii. Ale znaczenie Söderberga rosło z czasem. Nie był za swego życia postacią nieznaną, wręcz przeciwnie, ale budził tyle kontrowersji, że współcześni nie potrafili docenić wartości jego pisarstwa. Wytarte określenie „wyprzedzał swoją epokę” pasuje do Söderberga jak ulał. Jego chłodny racjonalizm, ateizm, opowiadanie się za aborcją i prawem kobiet do realizowania własnej seksualności działały na ówczesnych Szwedów jak czerwona płachta na byka (ktoś kojarzy, jaki naród jest dzisiaj na etapie Szwedów z przełomu XIX i XX wieku?).

Inna sprawa, że dla pisarza pomnikiem są jego książki i często ten z brązu zastępuje papierowy. Klasyk trafia na cokół, kiedy jego utwory czytają już tylko historycy literatury i studenci filologii. Z Söderbergiem jest inaczej, jego książki są regularnie wznawiane, liczba ich wypożyczeń w zwykłych bibliotekach konkuruje z nowościami, coraz częściej są tłumaczone na świecie (od USA po Japonię).

Ale choć Söderbergowi pomnik właściwie niepotrzebny, takiego wielbiciela jego twórczości jak ja raduje, że jednak w końcu mu go postawiono. Z inicjatywy Towarzystwa Literackiego im. H. Söderberga, o którym wspominałem we wpisie Jubileusz, 11 września odsłonięto pomnik autora „Doktora Glasa” w Humlegården koło Biblioteki Królewskiej. Choć może powinienem napisać „autora ›Zabłąkań‹”, bo wyobrażona postać trzyma w ręce czerwone rękawiczki, o których mowa w pierwszym zdaniu tej powieści: „Młody mężczyzna w granatowym wiosennym płaszczu i czerwonych rękawiczkach wyszedł ze sklepiku przy Arsenalsgatan”.

Autorem pomnika jest Peter Linde. Nie dysponuję niestety zdjęciami, które mógłbym zamieścić bez naruszania praw autorskich, ale sporo zdjęć można zobaczyć na tej stronie (jest to relacja gazety „Dagens Nyheter” z odsłonięcia pomnika).

sobota, 30 października 2010

Polish jokes

Dowcipy o Polakach mnie bawią, bo są po prostu śmieszne. Mój ulubiony: po rozbiciu się dwuosobowej awionetki na polskim cmentarzu ratownicy wydobyli dwieście ciał. Jako Polak nie czuję się nimi urażony i nie sądzę, by na przykład Szkotów raziły dowcipy o Szkotach. Co mnie nie bawi, to oficjalne protesty wnoszone czy to przez dyplomatów, czy organizacje polonijne, że ktoś ma czelność takie dowcipy opowiadać. Bo dopiero te protesty tak naprawdę nas ośmieszają, pokazując, że nie mamy za grosz poczucia humoru ani dystansu do siebie.

Polish joke włączyłem więc do pisanego właśnie opowiadania, mając nadzieję, że zirytuję tym nadętych rodaków i może trochę zejdzie z nich powietrze. Opowiadanie jest z tego samego cyklu co opowiadania zawarte w zbiorku „Między prawem a sprawiedliwością”, który ma się ukazać na dniach. Akcja toczy się w Nowym Jorku, dowcip usiłuje opowiedzieć sierżant Collins swojemu partnerowi, niestety ten, chociaż Chińczyk, ma polski stopień poczucia humoru 0,1 leca (kto wie, skąd ta miara?):

- Wiesz, co to jest, ma IQ dwieście i stoi na lotnisku w Nowym Jorku?

- Na którym lotnisku?

- Jakie to ma, kurwa, znaczenie? Na JFK.

- To nie wiem.

- A na LaGuardii byś wiedział?

- Nie wiem, czy bym wiedział. Musiałbym się zastanowić.

- To się zastanów.

- Czyli nie stoi na JFK, tylko na LaGuardii?

- Tak.

- Przeniosło się?

- Tak, kurwa, przeniosło się.

- Ale też nie wiem.

- Dwustu Polaków czeka na taksówkę!

Collins zaniósł się gromkim śmiechem, ale jego partner pozostał niewzruszony.

- LaGuardia jest krajowym lotniskiem, jak tych dwustu Polaków przyleciało z Polski, to musieli wylądować na JFK.

- To byli Polacy z Greenpointu.

- Z Greenpointu polecieli na LaGuardię?

- Spadaj.


A „Między prawem a sprawiedliwością” będę podpisywał na Targach Książki w Krakowie w przyszłą sobotę (6 listopada) w godz. 12.00-14.00 na stoisku A4. Serdecznie zapraszam.

sobota, 23 października 2010

The true literature

Dostałem maila od Stowarzyszenia Tłumaczy Polskich z reklamą odpłatnych szkoleń. Może nie byłoby w tym nic dziwnego, skoro jestem tłumaczem, tyle że do STP nie należałem, nie należę, należeć nie zamierzam ani nigdy nie miałem do nich żadnej sprawy. Czyli STP spamuje, żeby zarobić, jestem dla nich potencjalnym klientem, od którego można wyciągnąć kasę. Jako członek grupy zawodowej, której interesy STP rzekomo reprezentuje, przez cały okres swojej działalności zawodowej (a to już sporo latek) nie odnotowałem ani jednej inicjatywy STP, która nie byłaby biciem piany, tylko realnie poprawiała sytuację tłumaczy. A do zrobienia jest sporo. Na przykład analogiczna szwedzka organizacja wynegocjowała z wydawcami układ, który określa stawkę minimalną dla tłumaczy literatury i ustala, że do tej stawki tłumaczowi będzie się doliczać 12% dodatku urlopowego. W Polsce stawki za tłumaczenia literackie nie drgnęły od dziesięciu lat (dostaję propozycje tłumaczeń za te same, a nawet niższe kwoty, co wtedy, gdy zaczynałem), a gdybym powiedział, że chcę 12 procent dodatku urlopowego, to w wydawnictwie pewnie pokładliby się ze śmiechu i opowiadali to jako dowcip przez następną dekadę.

Chociaż spam, mail mnie jednak zainteresował, bo na samej górze widniało: Warsztaty przekładu literackiego. A nauki nigdy za dużo. Kliknąłem i dowiedziałem się:

Krótki opis szkolenia/celu szkolenia: budowanie warsztatu tłumacza literackiego ze szczególnym naciskiem na wnikliwą analizę tekstu oryginału, a także wierność stylistyczną i formalną oraz poprawność językową przekładu. Zajęcia typu seminaryjnego obejmują również kształcenie umiejętności rozpoznawania własnych błędów i sposobów ich unikania.

„Kształcenie umiejętności rozpoznawania”. Hm. Ale może warsztaty prowadzi inna osoba niż ta, która tym ciężkim stylem zredagowała ogłoszenie.

Warsztaty odbywają się od października do czerwca, raz w tygodniu po dwie godziny zegarowe. Konkretny dzień ustalany jest z uczestnikami na pierwszych zajęciach.

No i bardzo ładnie, że demokratycznie, a nie odgórnie.

Grupa docelowa: kandydaci na przyszłych tłumaczy literackich, studenci wydziałów filologicznych oraz osoby zainteresowane przekładem literackim.

Hm. A czym różni się kandydat na tłumacza literackiego od kandydata na przyszłego tłumacza literackiego?

Wymagana jest znajomość języka angielskiego w stopniu umożliwiającym rozumienie tekstów.

Zdurniałem. Na co mi znajomość angielskiego do tłumaczenia literatury szwedzkiej? Przejrzałem jeszcze raz ogłoszenie, wcześniej nie było słowa o tym, że są to warsztaty przekładu literackiego z j. angielskiego. Co więcej np. sformułowanie „studenci wydziałów filologicznych” wyraźnie sugerowało, że będą to warsztaty w różnych grupach językowych. A może w STP uważają, że jedyną wykładaną i studiowaną filologią w Polsce jest anglistyka? Albo że w Polsce nie tłumaczy się innej literatury poza anglojęzyczną?

Spojrzałem na inne oferty szkoleń:

Tłumaczenie konsekutywne z notacją - język angielski

Egzamin państwowy dla kandydatów na tłumaczy przysięgłych w praktyce - język angielski

Egzamin państwowy dla kandydatów na tłumaczy przysięgłych w praktyce - język niemiecki

Jak widać, przy innych szkoleniach wymieniono język, którego szkolenie dotyczy. Czyli w STP rzeczywiście uważają, że przekład literacki jest równoznaczny z przekładem literackim z j. angielskiego. Bo, jak wiadomo, inne nacje książek nie piszą, a nawet jeśli piszą, to niewarte tłumaczenia.


PS. Zdumiewające jest, że ci wszyscy, którzy nie uznają innej literatury poza anglosaską, nie dostrzegają, że podcinają gałąź, na której siedzą. Przecież my też jesteśmy małą literaturą, a chcemy być tłumaczeni i czytani w świecie. Ale jak możemy przekonywać, że polskie utwory są warte czytania i to nie tylko przez tych, których interesuje specyficzny polski klimat, ale zwyczajnie dlatego, że są ciekawe, mądre, uniwersalne, skoro per definitionem zakładamy, że ciekawe, mądre i uniwersalne książki pisane są tylko po angielsku?

sobota, 16 października 2010

Bones i amisze

„Kości” uważam za jeden z najsłabszych z seriali kryminalnych. Podczas gdy w „CSI” mamy pokazaną żmudną pracę laboratorium, tutaj naukowcy dokonują swych ustaleń jakby od niechcenia: Bones rzuci okiem na kość i już wszystko wie, a najlepsza jest specjalistka od komputera, która zwykle pomacha pilotem i wyświetlają się jej hologramy, wyjaśniające sprawę od A do Z. Do tego ci wybitni naukowcy, mający niezwykle rozległą wiedzę i błyskawicznie kojarzący fakty, to grupka dzieciaków, z których nieliczni ukończyli trzydziestkę. Rozumiem hollywoodzkie wymogi, że ładni, młodzi ludzie lepiej się sprzedają, ale są jakieś granice bajki, poza tym producenci mogliby mieć więcej zaufania do widza. „Kryminalnym zagadkom Las Vegas” brak urodziwych panienek w laboratorium jakoś nie zaszkodził, a serial zyskałby na wiarygodności, bo wiedza i doświadczenie przychodzą jednak z wiekiem. Nieregularnie „Kości” mimo powyższych zastrzeżeń oglądam, bo lubię parę głównych bohaterów i zderzenie prostej, emocjonalnej natury Bootha z racjonalizmem Bones, z którego wykluwają się rewelacyjne dialogi.

Ostatnio obejrzałem odcinek, w którym ofiarą był amisz. Wiązało się to z paroma obrazkami rodzajowymi z ich wspólnoty i zastanowiła mnie jedna kwestia. Amisze odrzucają współczesną technikę, bo - tylko taką informację udało mi się znaleźć - świat jest zły i należy się od niego odciąć. Nie poruszają się samochodami, tylko bryczkami. I teraz pytanie, dlaczego. Przecież bryczka też jest wytworem techniki. Koło to wymysł ludzki, nie boski. Tyle że dawny. Nie chodzi o ekologię, bo nie korzystają też z innych urządzeń technicznych, wcale niezatruwających środowiska. Czyli jak, to, co zastane (w chwili uformowania się wspólnoty), akceptujemy, nie akceptujemy nowości? Dlaczego nowinka techniczna sprzed kilku tysięcy lat jest w porządku, a ta sprzed dwudziestu już nie?

Ich samych pewnie lepiej nie pytać, doszukiwanie się logiki w systemach wierzeń drażni wierzących (taką postawą Bones irytuje zresztą Bootha). Jak napisał Hjalmar Söderberg w „Młodości Martina Bircka”:

Tam też w mieniącej się czerwienią ziemi obiecanej każdego wieczoru zachodziło słońce. Martin był całkowicie pewien, że zachodziło właśnie tam, zaraz za cyplem, a nie w jakimkolwiek innym miejscu. Widział to przecież tak wyraźnie. Wszelako nie wyobrażał sobie, żeby ci, którzy tam mieszkali, mieli słońce na wyciągnięcie ręki albo musieli się bać, że spadnie im na głowę. Gdyby inny chłopiec przyszedł do niego i tak twierdził, Martin uznałby, że jest bardzo głupi. Albowiem z dziećmi jest zupełnie jak z dorosłymi: czynią sobie najdziwaczniejsze wyobrażenia o świecie, lecz gdy ktoś wyciąga wnioski z ich poglądów, mówią, że jest bardzo głupi albo że to nieładnie naśmiewać się z poważnych rzeczy.

sobota, 9 października 2010

Królik półkowy

Przystąpiłem do porządkowania swojego księgozbioru. Jest to twór żywy - dołączają książki kupowane i darowane, znikają pożyczane (czasem na zawsze), czytane, przeglądane nie wracają na swoje miejsce - który co jakiś czas wymaga okiełznania. Zwykle co dłuższy czas, bo zabieram się do tego niechętnie, najczęściej zmuszony koniecznością, kiedy orientuję się, że kupiłem albo pożyczyłem od kogoś książkę, którą już miałem w swoich zbiorach, a przeoczyłem ją wskutek panującego tam galimatiasu. A porządkuję niechętnie, bo nie lubię podejmować decyzji, które przy układaniu książek na półkach podejmować trzeba: czy powieść fińskiego autora po niemiecku mam dać do literatury skandynawskiej czy postawić obok innych obcojęzycznych, czy "Jurassic Park" to sensacja czy science fiction, czy "Teatrzyk Zielona Gęś" to dramat czy humor, czy "Medycynę sądową" dać koło "Encyklopedii zdrowia" i dołożyć tam "Stulecie chirurgów", czy jednak "Medycynę" dać do kryminałów (bo tam dałem poradnik "Jak napisać kryminał"* i podręcznik "Ślady kryminalistyczne"), "Encyklopedię" do encyklopedii, a "Stulecie" do książek historycznych, czy dwie powieści tego samego autora wydane w serii gigant i mikro postawić koło siebie, kierując się logiką, czy jednak z dala od siebie, mając na względzie estetykę? Poza tym lubię świat idealny, tymczasem zawsze jest tak, że brakuje trzech kryminałów, żeby zapełnić półkę z powieściami kryminalnymi, a tomików poezji jest o pięć za dużo na przewidziane dla nich miejsce.

W trakcie tych porządków chwilowo opustoszał regał i tę okazję wykorzystał mój królik, by zaanektować go sobie na miejsce do wylegiwania się. I tak stałem się właścicielem królika półkowego :-)



Mimo że mu się tam wyraźnie podoba, miejsca na półkach ci u mnie deficyt, a przez to jest zbyt cenne, bym mógł mu pozwolić na przeniesienie się tam na stałe. Zresztą ma swoje inne ulubione miejsce do leżenia, a mianowicie tu



co nieodmiennie wywołuje rozbawienie gości, że swojego królika trzymam na półmisku.

* Lesley Grant-Adamson "Jak napisać powieść kryminalną". Kupiłem to z ciekawości już po wydaniu "Kanalii". Przeczytałem i stwierdziłem, że gdybym nie umiał napisać kryminału, to z tego poradnika na pewno bym się nie nauczył.

sobota, 2 października 2010

Niszowo

Przeciętny czytelnik, któremu kulisy rynku wydawniczego są obce, żywi przekonanie, że dobra książka obroni się sama i o dobrej książce zawsze się dowie. Nic bardziej mylnego. O powodzeniu książki decyduje stojąca za nią machina promocyjna. Owszem, nie da się wypromować totalnego badziewia, ale już tytuł średniawy kosztem bardzo dobrego bez problemu.

W skali globalnej wygląda to tak, że powieść napisana po angielsku ma znacznie większe szanse na zaistnienie niż ta sama napisana w jakimkolwiek innym języku. W skali lokalnej decyduje wielkość i przebojowość wydawnictwa. Bestsellery w małych wydawnictwach, niemających większych środków na reklamę, są wyjątkiem, nie regułą. Przekładając to na konkrety: gdyby moje wydawnictwo opublikowało Mankella i Axelsson, a WAB Nilsson i Söderberga, ta pierwsza para byłaby znana wąskiemu kręgowi czytelników, a druga powszechnie, a nie odwrotnie.

Zdobywszy jako wydawca powyższą wiedzę i zdając sobie sprawę, że wartość książki przy decyzji o przyjęciu do wydania jest zaledwie jednym z czynników i to wcale nie rozstrzygającym, chętnie rozglądam się za tytułami, o których się nie mówi. Trzy takie perełki chciałbym zarekomendować:

1. Karolina Sykulska „Bestseller”, wyd. Verbariusz (własne wydawnictwo autorki) - rewelacyjna satyra na rynek wydawniczy, obnażająca te mechanizmy, o których piszę powyżej. W tle kłopoty małżeńskie, tak że powieść ciekawa też dla tych, których proces wydawniczy interesuje nieco mniej. Przednie poczucie humoru, lekkie pióro, no ale wydawczyni nie chce płacić za recenzje i Empikowi za miejsce na półce, więc książka się nie przebiła.




2. Joanna Jodełka „Polichromia”, wyd. Time Machine (wydawnictwo przyjaciółki autorki). Jeden z lepszych polskich kryminałów ostatnich lat, ciekawe tło społeczne, ale zagadka kryminalna na pierwszym miejscu (niektórzy recenzenci zapominają, że taka winna być hierarchia w kryminale i często chwalą kryminał mimo słabej zagadki, bo ma ciekawe tło, zamiast doradzać autorowi, żeby w takiej sytuacji pisywał powieści obyczajowe), logicznie poprowadzona, zaskakująca. Powieść bije na głowę niektóre z Mrocznej Serii WAB, ale ponieważ nie została w tejże serii opublikowana, zainteresowania recenzentów wielkonakładowych gazet nie wzbudza.





3. Sylwia Drożdżyk „Identyfikatory” wyd. Prozami (własne wydawnictwo autorki). Anna Janko ukuła pojęcie „książek niekoniecznych”. Ich przeczytanie nic w życie człowieka nie wnosi, nieprzeczytanie nie jest żadną stratą. „Identyfikatory” są książką konieczną. Ten zbiór krótkich opowiadań (czy nawet nie opowiadań, tylko miniatur, impresji) daje więcej do myślenia niż rozbudowany traktat filozoficzny.



sobota, 25 września 2010

Jest okładka!

Płacząca Temida na tle nowojorskich drapaczy chmur, tak będzie wyglądała okładka mojej następnej książki, zbioru opowiadań kryminalnych pt. „Między prawem a sprawiedliwością”.



Książka ma się ukazać do końca października, czyli z pewnym opóźnieniem w stosunku do zapowiedzi.

Jest to pierwsza okładka, z której jestem zadowolony, ale też pierwszy raz miałem w umowie, że ostateczny głos w sprawie okładki ma autor. Większe wydawnictwa chcą same decydować, a jeśli gusta autora i grafika są rozbieżne albo dział handlowy żywi przekonanie (empirycznie niczym niepoparte), że dane szkaradzieństwo podniesie sprzedaż, to autor może się tylko z rozpaczą przyglądać, jak oszpecają mu książkę.

Okładka „Kanalii” miała pierwotnie przedstawiać stwora - półstarca, półdrzewo - trzymającego urwaną głowę kobiety, jakby to była powieść z gatunku horroru czy fantasy, a nie kryminał, w którym akurat nikomu głów nie urywają. Zaprotestowałem tak desperacko, że choć wydawnictwo teoretycznie nie musiało się na mnie oglądać, jednak ustąpiło. Wtedy pozwolono mi wybrać z kilku propozycji, ale wszystkie były na jedno kopyto, bo musiały odpowiadać wymogom oprawy graficznej serii. Że ta oprawa jest beznadziejna i nie zachęca do sięgnięcia po książkę, dotarło do wydawnictwa dopiero po trzech tytułach i dopiero wtedy ją zmienili.

Za to znakomita była pierwotna okładka „Niepełnych”: przedstawiała motyla zamkniętego w szklanym słoju. Kiedy ją zobaczyłem, normalnie wpadłem w zachwyt. Przełożenie treści na symboliczny obraz było perfekcyjne. Niestety, seria, w której miała ukazać się powieść, przestała się wydawnictwu sprzedawać, więc przeniesiono książkę do innej. Prosiłem o zachowanie tego motywu, ale się nie doprosiłem. Dano harlekinowski kicz nijak mający się do treści (główna bohaterka jeździ przecież na wózku, więc diabli wiedzą, co to za para na okładce), a na dodatek dział handlowy opatrzył go kretyńskim hasłem reklamowym. Nie spodobało mi się oczywiście, zwłaszcza że zostało zapisane tak, by wyglądało na podtytuł, ale skoro nie było go na przesłanej do akceptacji stronie tytułowej, formalnie nie było się do czego przyczepić.



Ponieważ wcześniej musiałem stoczyć walkę o tytuł, bo wydawnictwo chciało go zmienić, uznałem, że na jakieś komercyjne ustępstwa trzeba pójść, ostatecznie na okładce często wypisuje się różne bzdety typu „król kryminału” czy „bestseller wszech czasów”. Chęć pójścia na kompromis jednak się na mnie zemściła. Bo kiedy dostałem wydrukowaną książkę do ręki, okazało się, że hasło dopisano na stronie tytułowej. Na moje pretensje, dlaczego dołożono podtytuł, nie pytając mnie o zgodę, wydawnictwo odpowiedziało, że skoro nie zaprotestowałem przeciwko niemu na okładce, uznali, że się zgadzam. Jakby mail czy telefon z pytaniem, czy tak jest rzeczywiście, stanowił jakiś problem. Wiedzieli, że się nie zgodzę, więc wymyślili świetny pretekst, jak dopisać mi podtytuł. Dział handlowy uznał, że „dzięki niemu książka się lepiej sprzeda”, no a skoro autor stawał na drodze pomysłom działu handlowego, trzeba było znaleźć sposób, jak go wykołować. Bo tak się w Polsce traktuje autora: jako uciążliwy dodatek do produktu, którym wydawnictwo handluje.

sobota, 11 września 2010

Niedrzwica Duża

Nigdy nie słyszałem o takiej miejscowości (piękna nazwa!), a o jej istnieniu dowiedziałem się w bardzo miły sposób. Otóż w najbliższy piątek 17 września w tamtejszej bibliotece na spotkaniu Dyskusyjnego Klubu Książki będą omawiani „Niepełni”. Jeśli więc ktoś ma ochotę i mieszka niedaleko, może się wybrać (na godz. 18.00). Czasu na przeczytanie książki trochę mało, bo to ponad czterysta stron i to takich uczciwych, a nie napompowanych przerośniętą czcionką i szerokimi marginesami, co ostatnio modne, ale podobno niektórzy czytają jednym tchem.

Powoli się przyzwyczajam, ale wciąż jeszcze, kiedy odkrywam, że jacyś obcy mi ludzie czytają moje książki, ogarnia mnie lekkie zdumienie. Rozumiem motywację rodziny i przyjaciół, znają mnie, mają na co dzień, są ciekawi, co wypichciłem, ale to, że jakiś obcy człowiek bierze do ręki moją powieść, choć nazwisko autora nic mu nie mówi, czyta z własnej i nieprzymuszonej woli i chce o tym, co przeczytał, podyskutować, stanowi dla mnie swoiste misterium.

Zdumienie zapewne spowodowane jest tym, że choć cieszy mnie każdy czytelnik, a podwójnie ten, który zechciał się podzielić refleksją, czy to zamieszczając jakiś tekst w Internecie, czy przysyłając mi maila (przepraszam, jeśli nie zawsze odpowiem, czasami zwyczajnie nie wiem co), to w chwili pisania o potencjalnych czytelnikach nie myślę, piszę wyłącznie dla siebie. Pracując nad „Kanalią” nie liczyłem nie tylko na czytelników, ale nawet na wydawców. Wcale nie byłem przekonany, że ktoś zechce „Kanalię” wydać i brałem pod rozwagę, że będę musiał ją opublikować własnym sumptem. Ale wydawca się znalazł, zresztą bardzo szybko, bo szef Santorskiego (obecnie Czarnej Owcy), z którym współpracowałem jako tłumacz, tak się zaciekawił, co ów tłumacz spłodził, że mój tekst ominął kolejkę propozycji do przeczytania.

niedziela, 5 września 2010

Artykuł 54

Monika P., która po katastrofie smoleńskiej napisała na fladze „ch... w d... Kaczorowi. Wierni Polacy” (artykuł), została skazana za zbezczeszczenie narodowego symbolu na pół roku więzienia w zawieszeniu i uwolniona od zarzutu obrażenia prezydenta, bo sąd uznał, że można ukarać jedynie za znieważenie urzędującego prezydenta, a Lech Kaczyński po śmierci już tej funkcji nie pełnił. Pozwolę sobie wyrazić opinię, że taki wyrok w kraju, w którym panuje (czy ma panować) wolność słowa, nie powinien zapaść. Monika P. powinna zostać uniewinniona, bo wykorzystała flagę, by dać wyraz swoim politycznym poglądom. Artykuł 54 Konstytucji RP mówi: „Każdemu zapewnia się wolność wyrażania swoich poglądów (...)” Owszem, Konstytucja zapewnia również prawną ochronę symboli narodowych. Niby konflikt dwóch równorzędnych racji, tylko że przy rozpatrywaniu odpowiedzialności za dany czyn zawsze bierze się pod uwagę motywacje. Intencją Moniki P. nie było zbezczeszczenie flagi, tylko wyrażenie swojego oburzenia na zakłamanych rodaków. I pobudka powinna być rozstrzygająca w ocenie charakteru jej czynu i ustalaniu wymiaru kary. Czy Monika P. chcąc wyrazić swoje polityczne stanowisko i sprzeciwić się hipokryzji Polaków, dla których Lech Kaczyński stał się wybitnym mężem stanu w chwili, gdy jego samolot rozbił się o ziemię, mogła uniknąć sprofanowania flagi (bo że samo sprofanowanie nastąpiło, nie podlega dyskusji)? Teoretycznie tak. Mogła napisać to, co napisała, na murze albo dać na fladze łagodniejszy tekst typu „Drodzy rodacy, opamiętajcie się”. Tyle że siła ekspresji tego byłaby żadna. Nie pochwalam doboru słownictwa, nie lubię wulgaryzmów (tak, wiem, w ustach autora „Kanalii” brzmi to dziwnie), ale czy do takich wystąpień nie utorowali drogi maluczkim sami politycy? Poziom inwektyw, jakimi się obrzucają, jest taki, że ociera się o granicę dobrego smaku, zwykły obywatel, jeśli chce być usłyszany, musi ją przekraczać.

Czy są jakieś wątpliwości co do tego, że Monika P. chciała wyrazić swoje polityczne poglądy? Bo może tylko tak się tłumaczyła, żeby uniknąć kary? Otóż nie. Najpierw zeznała: „drażniła mnie ta żałoba. Irytowało mnie, że nagle wszyscy ludzie stali się wielkimi katolikami i patriotami, a wcześniej się tak nie zachowywali”, ale wyraźnie nie zdając sobie sprawy, że takie wyjaśnienie powinno uwolnić ją od odpowiedzialności karnej, zaczęła się tłumaczyć, że był to głupi żart. Czyli wymyślone jest to drugie usprawiedliwienie, a gdyby było prawdziwe, to dopiero wtedy powinna zostać ukarana, bo chociaż głupota nie jest karalna (czasami szkoda), to niektóre wynikłe z niej czyny już tak.

Przepis penalizujący obrażanie prezydenta powinien dawno zostać usunięty z naszego prawa, bo nie przystaje do standardów współczesnego demokratycznego państwa. Jeśli prezydent czuje się przez kogoś obrażony, niech wniesie pozew cywilny. Czy podobny los powinien spotkać zakaz bezczeszczenia flagi? Nie. Prawna ochrona symboli narodowych jest ze wszech miar słuszna. Przypadek właściwego zastosowania tego zakazu opisuje ten sam artykuł. Dwóch prymitywów uznało, że spalenie flagi, wytarzanie jej w błocie i wyrzucenie do śmietnika urozmaici im popijawę. W tym jednak przypadku prokurator był łagodny i zgodził się na dobrowolną karę i grzywnę. Jaką lekcję wyniesie z tego ta młoda dziewczyna: nie wychylaj się, bo pójdziesz siedzieć, w tym kraju nie ma pobłażania dla nieprawomyślnych poglądów, ale chlej, ile chcesz, jak narzygasz na orła, to najwyżej dostaniesz grzywnę?

W artykule relacjonującym wydanie wyroku jest informacja, że prokurator nie zgodził się, by Monika P. miała obrońcę z urzędu. Gdyby to prokurator decydował, kto ma prawo mieć obrońcę z urzędu, oznaczałoby to, że obowiązują u nas chińskie standardy prawne. Dziennikarz (jak często) nie zna się na tym, o czym pisze, do kpk nie zajrzał, coś zbyt skrótowo zanotował, źle to później odczytał i podaje w artykule informacje, które robią z nas drugie Chiny.