środa, 7 października 2026

Jak położyć, czyli spieprzyć tłumaczenie

Przekład powieści „Wonderland” Hanny Nordenhök potwierdza, że Justyna Czechowska jest skrajnie niekompetentną tłumaczką, która nie zna nawet podstawowych szwedzkich zwrotów. Kiedy w oryginale ma napisane, że bohaterowie leżeli ze sobą, to tak właśnie tłumaczy („leżeli obok siebie”, str. 75), chociaż znaczy to tyle, co przespać się ze sobą, a idiom szwedzki jest dokładnie tak samo powszechny jak polski i nie rozumieją go wyłącznie dzieci poniżej określonego wieku.

Sokół to dla Czechowskiej jastrząb (str. 8), sosna to świerk (str. 9), a stada gawronów to stada wron (str. 80). Jakieś drzewo, jakiś ptak, zdaniem tłumaczki bez różnicy. Po co zaglądać do słownika? Zwłaszcza kiedy można wydedukować znaczenie szwedzkiego słowa. Szyba w samochodzie jest „zadymiona” (str. 53), bo w oryginale jest ona „dammig”, a „dam” to musi być „dym”, skoro dwie literki się zgadzają. No i pech, bo „dammig” to „zakurzona”. Nad tym, skąd ten dym miałby się tam wziąć, skoro samochód nie płonie, a siedzące w nim dzieci nie palą papierosów, tłumaczka się nie zastanawia.

Innym przykładem bezmyślności Czechowskiej jest passus „najpierw do oskarżyciela, następnie do prokuratora” (str. 77). Albo może ignorancji i tłumaczka nie wie, że to jedno i to samo. Ale w oryginale jest strasznie skomplikowane określenie „målsägarbiträdet”, więc może od tłumaczki, która nie zna tak podstawowych słów jak „sosna” czy „kurz”, trudno wymagać, by zrozumiała, że świadek zwracał się najpierw do pełnomocnika pokrzywdzonego.

Czechowska często zresztą nie rozumie opisywanych przez autorkę sytuacji. Twierdzi, że bohaterka zrzuciła z siebie szopa pracza (str. 10), tymczasem ona odgoniła go kopniakiem, co raczej trudno zrobić, mając zwierzę na plecach czy na głowie. Przy opisie chłopca patrzącego w stronę lasu tłumaczka uznaje, że chodzi o stojącą w tym lesie i rozglądającą się po nim kobietę (str. 12).

Jeżeli Czechowska już rozumie, co czyta, nie potrafi tego przetłumaczyć tak, by zrozumiał polski odbiorca. Informuje go ona na przykład, że chory „przykrył się żółtym kocem z herbem regionu” (str. 82), a czytelnik duma, co to za region i w jaki sposób pacjent jest z nim związany. W oryginale mamy koc należący do samorządu zarządzającego szpitalem. Wystarczyło więc napisać, że „przykrył się szpitalnym kocem”, i byłoby to jasne, i oddawałoby sens oryginału.

Dyletantyzm Czechowskiej w całej pełni objawia się w dosłownym tłumaczeniu wszędzie tam, gdzie dosłowne tłumaczenie jest błędem. I tak bohaterka je „brzegi chleba” (str. 10), chociaż to skórki, i czuje smród „skrzepłej krwi miesięcznej” (str. 15), chociaż to krew miesiączkowa albo menstruacyjna. Domownicy wstawiają do pokoju „narzędzia do ćwiczeń” (str. 121), bo najwyraźniej wolą trenować na śrubokrętach i młotkach niż na przeznaczonym do tego sprzęcie. Dowiadujemy się o teoriach psychologicznych, o których bohater czytał na lekcji psychologii (str. 93), chociaż szwedzkiego słowa „czytać” nader często używa się w znaczeniu „uczyć się, studiować”, no ale Czechowska najwyraźniej nie miała okazji tego się nauczyć.

Jeden z bohaterów powieści Nordenhök zdemaskował kolegę dziennikarza, którego reportaże były wyssane z palca, publikując na ten temat książkę. „Ale to było, zanim wszystko runęło, a on napisał książkę i wyprowadził się do Madrytu”. Tak jest w oryginale, w przekładzie Czechowska informację o napisaniu książki usunęła (str. 25). Ciekawe dlaczego? Czy przez solidarność ze spostponowanym, skoro sama nierzetelnie wykonuje swoją pracę?

Można się za to domyślić, dlaczego w scenie onanizowania się bohatera pominęła, że ma to miejsce nad umywalką jego matki. Masturbację, w oryginale wyrażoną dość wulgarnym słowem, Czechowska oddaje eufemizmem „zrobił to” (str. 22), najwyraźniej, żeby nie urazić pruderyjnych polskich czytelników, więc o takim blasfemicznym wyborze miejsca tym bardziej nie należało wspominać.

„Słońce prażyło na skrawku plaży, za wydmami wznosiła się stara ciepłownia (…) dzień mijał” (str. 23). W oryginale jest „gdzie za wydmami” i „podczas gdy dzień mijał”. Czechowska robi to w tłumaczeniu stale: zmienia zdania podrzędnie na współrzędnie złożone. Notorycznie też zastępuje pełne zdania równoważnikami zdań: „kobieta spojrzała na krzesło, nieużyta piżama nadal złożona w kostkę” (str. 61). W oryginale: na którym nadal leżała złożona w kostkę nieużyta piżama. Żaden z tych zabiegów nie ma uzasadnienia, jest nieuprawnioną ingerencją w styl wybrany przez pisarza.

Czechowska chociaż tłumaczy powieść, w ogóle nie dostrzega i nie oddaje żadnych zabiegów literackich. Para, która zabiera do siebie bezdomną dziewczynkę, jest konsekwentnie nazywana mężczyzną i kobietą. Przez autorkę, ale już nie przez tłumaczkę. „W momencie nieuwagi rodziców, gdy dorośli rozmawiali w kuchni” (str. 56). Gwoli wyjaśnienia, owi rodzice to właśnie ci dorośli, i taką kulawą polszczyzną Czechowska posługuje się w całej książce.

Można by powiedzieć, że tłumaczka położyła się obok powieści „Wonderland”, czyli ją spieprzyła.

Hanna Nordenhök „Wonderland”, przekład Justyna Czechowska, wyd. Pauza, 2025