sobota, 16 października 2010

Bones i amisze

„Kości” uważam za jeden z najsłabszych z seriali kryminalnych. Podczas gdy w „CSI” mamy pokazaną żmudną pracę laboratorium, tutaj naukowcy dokonują swych ustaleń jakby od niechcenia: Bones rzuci okiem na kość i już wszystko wie, a najlepsza jest specjalistka od komputera, która zwykle pomacha pilotem i wyświetlają się jej hologramy, wyjaśniające sprawę od A do Z. Do tego ci wybitni naukowcy, mający niezwykle rozległą wiedzę i błyskawicznie kojarzący fakty, to grupka dzieciaków, z których nieliczni ukończyli trzydziestkę. Rozumiem hollywoodzkie wymogi, że ładni, młodzi ludzie lepiej się sprzedają, ale są jakieś granice bajki, poza tym producenci mogliby mieć więcej zaufania do widza. „Kryminalnym zagadkom Las Vegas” brak urodziwych panienek w laboratorium jakoś nie zaszkodził, a serial zyskałby na wiarygodności, bo wiedza i doświadczenie przychodzą jednak z wiekiem. Nieregularnie „Kości” mimo powyższych zastrzeżeń oglądam, bo lubię parę głównych bohaterów i zderzenie prostej, emocjonalnej natury Bootha z racjonalizmem Bones, z którego wykluwają się rewelacyjne dialogi.

Ostatnio obejrzałem odcinek, w którym ofiarą był amisz. Wiązało się to z paroma obrazkami rodzajowymi z ich wspólnoty i zastanowiła mnie jedna kwestia. Amisze odrzucają współczesną technikę, bo - tylko taką informację udało mi się znaleźć - świat jest zły i należy się od niego odciąć. Nie poruszają się samochodami, tylko bryczkami. I teraz pytanie, dlaczego. Przecież bryczka też jest wytworem techniki. Koło to wymysł ludzki, nie boski. Tyle że dawny. Nie chodzi o ekologię, bo nie korzystają też z innych urządzeń technicznych, wcale niezatruwających środowiska. Czyli jak, to, co zastane (w chwili uformowania się wspólnoty), akceptujemy, nie akceptujemy nowości? Dlaczego nowinka techniczna sprzed kilku tysięcy lat jest w porządku, a ta sprzed dwudziestu już nie?

Ich samych pewnie lepiej nie pytać, doszukiwanie się logiki w systemach wierzeń drażni wierzących (taką postawą Bones irytuje zresztą Bootha). Jak napisał Hjalmar Söderberg w „Młodości Martina Bircka”:

Tam też w mieniącej się czerwienią ziemi obiecanej każdego wieczoru zachodziło słońce. Martin był całkowicie pewien, że zachodziło właśnie tam, zaraz za cyplem, a nie w jakimkolwiek innym miejscu. Widział to przecież tak wyraźnie. Wszelako nie wyobrażał sobie, żeby ci, którzy tam mieszkali, mieli słońce na wyciągnięcie ręki albo musieli się bać, że spadnie im na głowę. Gdyby inny chłopiec przyszedł do niego i tak twierdził, Martin uznałby, że jest bardzo głupi. Albowiem z dziećmi jest zupełnie jak z dorosłymi: czynią sobie najdziwaczniejsze wyobrażenia o świecie, lecz gdy ktoś wyciąga wnioski z ich poglądów, mówią, że jest bardzo głupi albo że to nieładnie naśmiewać się z poważnych rzeczy.

sobota, 9 października 2010

Królik półkowy

Przystąpiłem do porządkowania swojego księgozbioru. Jest to twór żywy - dołączają książki kupowane i darowane, znikają pożyczane (czasem na zawsze), czytane, przeglądane nie wracają na swoje miejsce - który co jakiś czas wymaga okiełznania. Zwykle co dłuższy czas, bo zabieram się do tego niechętnie, najczęściej zmuszony koniecznością, kiedy orientuję się, że kupiłem albo pożyczyłem od kogoś książkę, którą już miałem w swoich zbiorach, a przeoczyłem ją wskutek panującego tam galimatiasu. A porządkuję niechętnie, bo nie lubię podejmować decyzji, które przy układaniu książek na półkach podejmować trzeba: czy powieść fińskiego autora po niemiecku mam dać do literatury skandynawskiej czy postawić obok innych obcojęzycznych, czy "Jurassic Park" to sensacja czy science fiction, czy "Teatrzyk Zielona Gęś" to dramat czy humor, czy "Medycynę sądową" dać koło "Encyklopedii zdrowia" i dołożyć tam "Stulecie chirurgów", czy jednak "Medycynę" dać do kryminałów (bo tam dałem poradnik "Jak napisać kryminał"* i podręcznik "Ślady kryminalistyczne"), "Encyklopedię" do encyklopedii, a "Stulecie" do książek historycznych, czy dwie powieści tego samego autora wydane w serii gigant i mikro postawić koło siebie, kierując się logiką, czy jednak z dala od siebie, mając na względzie estetykę? Poza tym lubię świat idealny, tymczasem zawsze jest tak, że brakuje trzech kryminałów, żeby zapełnić półkę z powieściami kryminalnymi, a tomików poezji jest o pięć za dużo na przewidziane dla nich miejsce.

W trakcie tych porządków chwilowo opustoszał regał i tę okazję wykorzystał mój królik, by zaanektować go sobie na miejsce do wylegiwania się. I tak stałem się właścicielem królika półkowego :-)



Mimo że mu się tam wyraźnie podoba, miejsca na półkach ci u mnie deficyt, a przez to jest zbyt cenne, bym mógł mu pozwolić na przeniesienie się tam na stałe. Zresztą ma swoje inne ulubione miejsce do leżenia, a mianowicie tu



co nieodmiennie wywołuje rozbawienie gości, że swojego królika trzymam na półmisku.

* Lesley Grant-Adamson "Jak napisać powieść kryminalną". Kupiłem to z ciekawości już po wydaniu "Kanalii". Przeczytałem i stwierdziłem, że gdybym nie umiał napisać kryminału, to z tego poradnika na pewno bym się nie nauczył.

sobota, 2 października 2010

Niszowo

Przeciętny czytelnik, któremu kulisy rynku wydawniczego są obce, żywi przekonanie, że dobra książka obroni się sama i o dobrej książce zawsze się dowie. Nic bardziej mylnego. O powodzeniu książki decyduje stojąca za nią machina promocyjna. Owszem, nie da się wypromować totalnego badziewia, ale już tytuł średniawy kosztem bardzo dobrego bez problemu.

W skali globalnej wygląda to tak, że powieść napisana po angielsku ma znacznie większe szanse na zaistnienie niż ta sama napisana w jakimkolwiek innym języku. W skali lokalnej decyduje wielkość i przebojowość wydawnictwa. Bestsellery w małych wydawnictwach, niemających większych środków na reklamę, są wyjątkiem, nie regułą. Przekładając to na konkrety: gdyby moje wydawnictwo opublikowało Mankella i Axelsson, a WAB Nilsson i Söderberga, ta pierwsza para byłaby znana wąskiemu kręgowi czytelników, a druga powszechnie, a nie odwrotnie.

Zdobywszy jako wydawca powyższą wiedzę i zdając sobie sprawę, że wartość książki przy decyzji o przyjęciu do wydania jest zaledwie jednym z czynników i to wcale nie rozstrzygającym, chętnie rozglądam się za tytułami, o których się nie mówi. Trzy takie perełki chciałbym zarekomendować:

1. Karolina Sykulska „Bestseller”, wyd. Verbariusz (własne wydawnictwo autorki) - rewelacyjna satyra na rynek wydawniczy, obnażająca te mechanizmy, o których piszę powyżej. W tle kłopoty małżeńskie, tak że powieść ciekawa też dla tych, których proces wydawniczy interesuje nieco mniej. Przednie poczucie humoru, lekkie pióro, no ale wydawczyni nie chce płacić za recenzje i Empikowi za miejsce na półce, więc książka się nie przebiła.




2. Joanna Jodełka „Polichromia”, wyd. Time Machine (wydawnictwo przyjaciółki autorki). Jeden z lepszych polskich kryminałów ostatnich lat, ciekawe tło społeczne, ale zagadka kryminalna na pierwszym miejscu (niektórzy recenzenci zapominają, że taka winna być hierarchia w kryminale i często chwalą kryminał mimo słabej zagadki, bo ma ciekawe tło, zamiast doradzać autorowi, żeby w takiej sytuacji pisywał powieści obyczajowe), logicznie poprowadzona, zaskakująca. Powieść bije na głowę niektóre z Mrocznej Serii WAB, ale ponieważ nie została w tejże serii opublikowana, zainteresowania recenzentów wielkonakładowych gazet nie wzbudza.





3. Sylwia Drożdżyk „Identyfikatory” wyd. Prozami (własne wydawnictwo autorki). Anna Janko ukuła pojęcie „książek niekoniecznych”. Ich przeczytanie nic w życie człowieka nie wnosi, nieprzeczytanie nie jest żadną stratą. „Identyfikatory” są książką konieczną. Ten zbiór krótkich opowiadań (czy nawet nie opowiadań, tylko miniatur, impresji) daje więcej do myślenia niż rozbudowany traktat filozoficzny.



sobota, 25 września 2010

Jest okładka!

Płacząca Temida na tle nowojorskich drapaczy chmur, tak będzie wyglądała okładka mojej następnej książki, zbioru opowiadań kryminalnych pt. „Między prawem a sprawiedliwością”.



Książka ma się ukazać do końca października, czyli z pewnym opóźnieniem w stosunku do zapowiedzi.

Jest to pierwsza okładka, z której jestem zadowolony, ale też pierwszy raz miałem w umowie, że ostateczny głos w sprawie okładki ma autor. Większe wydawnictwa chcą same decydować, a jeśli gusta autora i grafika są rozbieżne albo dział handlowy żywi przekonanie (empirycznie niczym niepoparte), że dane szkaradzieństwo podniesie sprzedaż, to autor może się tylko z rozpaczą przyglądać, jak oszpecają mu książkę.

Okładka „Kanalii” miała pierwotnie przedstawiać stwora - półstarca, półdrzewo - trzymającego urwaną głowę kobiety, jakby to była powieść z gatunku horroru czy fantasy, a nie kryminał, w którym akurat nikomu głów nie urywają. Zaprotestowałem tak desperacko, że choć wydawnictwo teoretycznie nie musiało się na mnie oglądać, jednak ustąpiło. Wtedy pozwolono mi wybrać z kilku propozycji, ale wszystkie były na jedno kopyto, bo musiały odpowiadać wymogom oprawy graficznej serii. Że ta oprawa jest beznadziejna i nie zachęca do sięgnięcia po książkę, dotarło do wydawnictwa dopiero po trzech tytułach i dopiero wtedy ją zmienili.

Za to znakomita była pierwotna okładka „Niepełnych”: przedstawiała motyla zamkniętego w szklanym słoju. Kiedy ją zobaczyłem, normalnie wpadłem w zachwyt. Przełożenie treści na symboliczny obraz było perfekcyjne. Niestety, seria, w której miała ukazać się powieść, przestała się wydawnictwu sprzedawać, więc przeniesiono książkę do innej. Prosiłem o zachowanie tego motywu, ale się nie doprosiłem. Dano harlekinowski kicz nijak mający się do treści (główna bohaterka jeździ przecież na wózku, więc diabli wiedzą, co to za para na okładce), a na dodatek dział handlowy opatrzył go kretyńskim hasłem reklamowym. Nie spodobało mi się oczywiście, zwłaszcza że zostało zapisane tak, by wyglądało na podtytuł, ale skoro nie było go na przesłanej do akceptacji stronie tytułowej, formalnie nie było się do czego przyczepić.



Ponieważ wcześniej musiałem stoczyć walkę o tytuł, bo wydawnictwo chciało go zmienić, uznałem, że na jakieś komercyjne ustępstwa trzeba pójść, ostatecznie na okładce często wypisuje się różne bzdety typu „król kryminału” czy „bestseller wszech czasów”. Chęć pójścia na kompromis jednak się na mnie zemściła. Bo kiedy dostałem wydrukowaną książkę do ręki, okazało się, że hasło dopisano na stronie tytułowej. Na moje pretensje, dlaczego dołożono podtytuł, nie pytając mnie o zgodę, wydawnictwo odpowiedziało, że skoro nie zaprotestowałem przeciwko niemu na okładce, uznali, że się zgadzam. Jakby mail czy telefon z pytaniem, czy tak jest rzeczywiście, stanowił jakiś problem. Wiedzieli, że się nie zgodzę, więc wymyślili świetny pretekst, jak dopisać mi podtytuł. Dział handlowy uznał, że „dzięki niemu książka się lepiej sprzeda”, no a skoro autor stawał na drodze pomysłom działu handlowego, trzeba było znaleźć sposób, jak go wykołować. Bo tak się w Polsce traktuje autora: jako uciążliwy dodatek do produktu, którym wydawnictwo handluje.

sobota, 11 września 2010

Niedrzwica Duża

Nigdy nie słyszałem o takiej miejscowości (piękna nazwa!), a o jej istnieniu dowiedziałem się w bardzo miły sposób. Otóż w najbliższy piątek 17 września w tamtejszej bibliotece na spotkaniu Dyskusyjnego Klubu Książki będą omawiani „Niepełni”. Jeśli więc ktoś ma ochotę i mieszka niedaleko, może się wybrać (na godz. 18.00). Czasu na przeczytanie książki trochę mało, bo to ponad czterysta stron i to takich uczciwych, a nie napompowanych przerośniętą czcionką i szerokimi marginesami, co ostatnio modne, ale podobno niektórzy czytają jednym tchem.

Powoli się przyzwyczajam, ale wciąż jeszcze, kiedy odkrywam, że jacyś obcy mi ludzie czytają moje książki, ogarnia mnie lekkie zdumienie. Rozumiem motywację rodziny i przyjaciół, znają mnie, mają na co dzień, są ciekawi, co wypichciłem, ale to, że jakiś obcy człowiek bierze do ręki moją powieść, choć nazwisko autora nic mu nie mówi, czyta z własnej i nieprzymuszonej woli i chce o tym, co przeczytał, podyskutować, stanowi dla mnie swoiste misterium.

Zdumienie zapewne spowodowane jest tym, że choć cieszy mnie każdy czytelnik, a podwójnie ten, który zechciał się podzielić refleksją, czy to zamieszczając jakiś tekst w Internecie, czy przysyłając mi maila (przepraszam, jeśli nie zawsze odpowiem, czasami zwyczajnie nie wiem co), to w chwili pisania o potencjalnych czytelnikach nie myślę, piszę wyłącznie dla siebie. Pracując nad „Kanalią” nie liczyłem nie tylko na czytelników, ale nawet na wydawców. Wcale nie byłem przekonany, że ktoś zechce „Kanalię” wydać i brałem pod rozwagę, że będę musiał ją opublikować własnym sumptem. Ale wydawca się znalazł, zresztą bardzo szybko, bo szef Santorskiego (obecnie Czarnej Owcy), z którym współpracowałem jako tłumacz, tak się zaciekawił, co ów tłumacz spłodził, że mój tekst ominął kolejkę propozycji do przeczytania.

niedziela, 5 września 2010

Artykuł 54

Monika P., która po katastrofie smoleńskiej napisała na fladze „ch... w d... Kaczorowi. Wierni Polacy” (artykuł), została skazana za zbezczeszczenie narodowego symbolu na pół roku więzienia w zawieszeniu i uwolniona od zarzutu obrażenia prezydenta, bo sąd uznał, że można ukarać jedynie za znieważenie urzędującego prezydenta, a Lech Kaczyński po śmierci już tej funkcji nie pełnił. Pozwolę sobie wyrazić opinię, że taki wyrok w kraju, w którym panuje (czy ma panować) wolność słowa, nie powinien zapaść. Monika P. powinna zostać uniewinniona, bo wykorzystała flagę, by dać wyraz swoim politycznym poglądom. Artykuł 54 Konstytucji RP mówi: „Każdemu zapewnia się wolność wyrażania swoich poglądów (...)” Owszem, Konstytucja zapewnia również prawną ochronę symboli narodowych. Niby konflikt dwóch równorzędnych racji, tylko że przy rozpatrywaniu odpowiedzialności za dany czyn zawsze bierze się pod uwagę motywacje. Intencją Moniki P. nie było zbezczeszczenie flagi, tylko wyrażenie swojego oburzenia na zakłamanych rodaków. I pobudka powinna być rozstrzygająca w ocenie charakteru jej czynu i ustalaniu wymiaru kary. Czy Monika P. chcąc wyrazić swoje polityczne stanowisko i sprzeciwić się hipokryzji Polaków, dla których Lech Kaczyński stał się wybitnym mężem stanu w chwili, gdy jego samolot rozbił się o ziemię, mogła uniknąć sprofanowania flagi (bo że samo sprofanowanie nastąpiło, nie podlega dyskusji)? Teoretycznie tak. Mogła napisać to, co napisała, na murze albo dać na fladze łagodniejszy tekst typu „Drodzy rodacy, opamiętajcie się”. Tyle że siła ekspresji tego byłaby żadna. Nie pochwalam doboru słownictwa, nie lubię wulgaryzmów (tak, wiem, w ustach autora „Kanalii” brzmi to dziwnie), ale czy do takich wystąpień nie utorowali drogi maluczkim sami politycy? Poziom inwektyw, jakimi się obrzucają, jest taki, że ociera się o granicę dobrego smaku, zwykły obywatel, jeśli chce być usłyszany, musi ją przekraczać.

Czy są jakieś wątpliwości co do tego, że Monika P. chciała wyrazić swoje polityczne poglądy? Bo może tylko tak się tłumaczyła, żeby uniknąć kary? Otóż nie. Najpierw zeznała: „drażniła mnie ta żałoba. Irytowało mnie, że nagle wszyscy ludzie stali się wielkimi katolikami i patriotami, a wcześniej się tak nie zachowywali”, ale wyraźnie nie zdając sobie sprawy, że takie wyjaśnienie powinno uwolnić ją od odpowiedzialności karnej, zaczęła się tłumaczyć, że był to głupi żart. Czyli wymyślone jest to drugie usprawiedliwienie, a gdyby było prawdziwe, to dopiero wtedy powinna zostać ukarana, bo chociaż głupota nie jest karalna (czasami szkoda), to niektóre wynikłe z niej czyny już tak.

Przepis penalizujący obrażanie prezydenta powinien dawno zostać usunięty z naszego prawa, bo nie przystaje do standardów współczesnego demokratycznego państwa. Jeśli prezydent czuje się przez kogoś obrażony, niech wniesie pozew cywilny. Czy podobny los powinien spotkać zakaz bezczeszczenia flagi? Nie. Prawna ochrona symboli narodowych jest ze wszech miar słuszna. Przypadek właściwego zastosowania tego zakazu opisuje ten sam artykuł. Dwóch prymitywów uznało, że spalenie flagi, wytarzanie jej w błocie i wyrzucenie do śmietnika urozmaici im popijawę. W tym jednak przypadku prokurator był łagodny i zgodził się na dobrowolną karę i grzywnę. Jaką lekcję wyniesie z tego ta młoda dziewczyna: nie wychylaj się, bo pójdziesz siedzieć, w tym kraju nie ma pobłażania dla nieprawomyślnych poglądów, ale chlej, ile chcesz, jak narzygasz na orła, to najwyżej dostaniesz grzywnę?

W artykule relacjonującym wydanie wyroku jest informacja, że prokurator nie zgodził się, by Monika P. miała obrońcę z urzędu. Gdyby to prokurator decydował, kto ma prawo mieć obrońcę z urzędu, oznaczałoby to, że obowiązują u nas chińskie standardy prawne. Dziennikarz (jak często) nie zna się na tym, o czym pisze, do kpk nie zajrzał, coś zbyt skrótowo zanotował, źle to później odczytał i podaje w artykule informacje, które robią z nas drugie Chiny.

sobota, 28 sierpnia 2010

Nowy Söderberg

Wreszcie, bo od Niebłahych igraszek minęły już cztery lata. Niestety, tłumaczenie Söderberga jest tak pracochłonne, że muszę traktować je jako hobby, bo poświęcony temu czas nijak ma się do honorariów czy zysków. Nad przekładem Zabłąkań pracowałem tyle samo co nad trzykrotnie obszerniejszym Rewanżem Lizy Marklund. A nie mam niestety mecenasa, dzięki któremu mógłbym w pełni poświęcić się swojemu hobby. Takiego mecenasa w pewnym okresie swego życia miał Söderberg, który poza pisaniem nic innego nie robił, a że pisał niewiele, często brakowało mu pieniędzy. Jego dobroczyńca nazywał się Ernest Thiel i przez swą szczodrość znalazł miejsce w historii literatury szwedzkiej. Tak więc jeśli są chętni do zapisania się w historii literatury polskiej, to zapraszam :-)

Nowa książka Söderberga po polsku to właśnie Zabłąkania, które ukazują się pod egidą wydawnictwa Kojro.


Małe wydawnictwo, ale jestem zadowolony, bo miałem spory wpływ na ostateczny kształt książki, między innymi na wybór okładki (o konkursie na tę okładkę można przeczytać we wpisie Zabłąkani Jezus i Barabasz). Na okładce znalazło się nazwisko tłumacza, a duże wydawnictwo zapewne nie zgodziłoby się na ten pomysł. Chodziło to za mną, odkąd zobaczyłem angielski przekład Młodości Martina Bircka z 2004 r. i nie musiałem otwierać książki, by dowiedzieć się, że dokonał go Tom Ellett.


Nieporęcznie jednak było wprowadzać mi ten zwyczaj we własnym wydawnictwie. Nie mówiąc już o tym, że "życzliwi" by mnie zjedli, udowadniając wszem i wobec, jakich to kompleksów w ten sposób nie leczę. Przy Zabłąkaniach sytuacja wydała mi się jednak optymalna, by taki zwyczaj spróbować zapoczątkować: skoro bywam również autorem, nie ma mowy o niezaspokojonej chęci zobaczenia własnego nazwiska na okładce, a pani Bożena Kojro sama jest tłumaczką (z języka fińskiego) i powinna przyjąć taki pomysł życzliwie, co też się stało. Chciałbym, żeby inni wydawcy poszli w nasze ślady i również docenili w ten sposób wkład tłumacza w powstanie książki. Nie jest to zresztą żadna rewolucja, swego czasu nazwisko tłumacza na okładce zamieszczało Wydawnictwo Literackie.



Zabłąkania to debiutancka powieść Söderberga. Posłał ją najpierw do wydawnictwa Wahlström & Widstrand (obecnie macierzyste wydawnictwo m.in. Johanny Nilsson), ale książka została odrzucona. Drugim wielkim nazwiskiem, na którym w tamtym okresie nie poznali się właściciele W&W, był Gustaf Fröding (po polsku jego wiersze można przeczytać w zbiorku Rytmy i obrazy w tłumaczeniu Anny Fiutak). W&W przyjęło jednak inną pracę Söderberga, którą przesłał im anonimowo i za którą nigdy nie dostał nawet korony, a mianowicie propozycję logo. To znane całej Szwecji jabłuszko jest właśnie autorstwa Söderberga, choć mało kto wiąże je z jego nazwiskiem.


sobota, 21 sierpnia 2010

Jubileusz

Towarzystwo Literackie im. H. Söderberga obchodzi 25-lecie swojego istnienia. Założono je wiosną 1985 r., a w sierpniu odbyło się spotkanie to zatwierdzające. Inspiratorem i pierwszym przewodniczącym był literaturoznawca Bure Holmbäck (swoją pracę doktorską poświęcił Niebłahym igraszkom), autor monumentalnej biografii Söderberga, opublikowanej w 1988 r. Obecnym przewodniczącym jest Nils O. Sjöstrand. Towarzystwo organizuje liczne imprezy i wydaje publikacje związane z pisarzem (niekoniecznie tylko o nim, wznowiło np. obie książki syna Söderberga, Mikaela, który w wieku 28 lat popełnił samobójstwo). Więcej o tej działalności osoby szwedzkojęzyczne mogą poczytać na stronie www.soderbergsallskapet.se.

Na literackiej mapie Szwecji takie towarzystwo nie jest niczym niezwykłym, ma je praktycznie każdy pisarz o jakim takim znaczeniu w historii literatury szwedzkiej. I nie są to twory, które po zarejestrowaniu i założeniu strony internetowej zapadają w stan hibernacji, tylko zwykle bardzo prężnie działające stowarzyszenia. Naocznie się o tym przekonałem, bywając na targach książki w Göteborgu, gdzie zawsze sporą część przestrzeni wystawowej zajmują właśnie ich stoiska.

Ciekawostką może być fakt, że swoje towarzystwo ma również Johan Kristian Homan, który nie jest pisarzem, tylko postacią literacką, antykwariuszem rozwiązującym zagadki kryminalne w liczącej sobie 38 tomów (!) serii autorstwa Jana Mårtensona. Jak z dumą podkreśla sam autor, jeszcze tylko jedna fikcyjna postać jest honorowana w podobny sposób, a mianowicie Sherlock Holmes. Książki z Homanem Mårtenson publikuje z niesłychaną regularnością co roku, zaczął w 1973 i ani razu nie wypadł z tego rytmu, żartobliwie mówi, że jako ONZ-owski urzędnik ma dużo czasu na pisanie. W latach 90. próbowałem zainteresować polskich wydawców jego kryminałami, ale bezskutecznie.

sobota, 14 sierpnia 2010

Polski gramatyka, trudny gramatyka

Przeczytałem „Samotność w sieci” Wiśniewskiego i wbrew opiniom moich znajomych (tych, na których gustach czytelniczych polegam), że to romansidło, stwierdzam, że bardzo przyzwoita powieść. To po raz kolejny pokazuje, że książki do czytania należy sobie dobierać samodzielnie, ignorując zarówno zachwyty , jak i słowa krytyki. Zresztą staram się tego trzymać i recenzje czytywać post factum, wyłącznie żeby porównać wrażenia.

Przyjemność z lektury popsuła mi jednak osobliwa gramatyka stosowana przez autora za wyraźnym przyzwoleniem redaktorów (cytaty z wydania „filmowego”, Prószyński i S-ka, brak daty publikacji, ISBN 978-83-7469-383-7, redakcja Jan Koźbiel).

Pamięta, że (...) zaczęła uciekać. Asi nie było już przy niej; biegnąc, kątem oka zauważyła, że klęczy w wysokiej trawie i wymiotuje. (str. 189)

Biec i widzieć przy tym siebie klęczącą i wymiotującą na polu to doznanie iście transcendentne.

Odpięła powoli zapinki stanika i obiema dłońmi zsunęła go sobie na brzuch. Potem przełożyła go do lewej dłoni, a prawą wsunęła w majtki i podnosząc nieznacznie pośladki, zsunęła je poniżej ud. (...) Szeroko rozłożyła nogi. (...) Po chwili oddychała bardzo szybko i głośno. (str. 205)

Seks w pojedynkę to kicha, ale jak się zsunie pośladki poniżej ud, to orgazm można osiągnąć.

sobota, 7 sierpnia 2010

Odbiór osobisty

Poradnik Jak wydać książkę sprzedaję m.in. przez Allegro. Przy czym trzykrotnie (w opisie aukcji, na stronie O mnie i w wiadomości dla kupującego) podaję, że nie ma możliwości odbioru osobistego. Ale mógłbym to sobie napisać i dziesięć razy, niemal każdy kupujący z Wrocławia owo zastrzeżenie ignoruje. Pół biedy jeśli zwraca się z prośbą, żeby w ramach wyjątku, większość po prostu mnie informuje, że mieszka we Wrocławiu (jakbym zastrzeżenie poczynił dla mieszkańców Gdańska czy Krakowa) i w związku z tym odbierze osobiście. Odmowa wywołuje w najlepszym razie łagodne oburzenie i pouczenie, że to w trosce o mój czas (kupujący oczywiście nie zauważa tego, że marnuje mój czas, przysyłając mi zbędną korespondencję i zmuszając do odpisywania), a jeden z mniej delikatnych bez ogródek oświadczył mi, że jestem chory, skoro wolę iść na pocztę, niż spotkać się z nim na pętli, gdzie mam bliżej. Co ciekawe, to oburzenie jest czysto bezinteresowne, bo książkę wysyłam gratis, czyli nie ma oszczędności na kosztach wysyłki, pośpiech też nie gra roli, gdyż kupujący potrafi się zgłosić z taką prośbą po tygodniu, gdy kto inny zdążył w tym czasie dokonać przelewu i odebrać przesyłkę.

Ta sytuacja pokazuje dwie cechy Polaków: ignorowanie wszelkich niepasujących im obostrzeń oraz całkowitą niechęć do zastanawiania się nad motywacjami innych. Bo nie trzeba wielkiej inteligencji, żeby domyślić się, dlaczego książkę wolę wysłać. Nadaję sporo przesyłek (nie tylko związanych z Allegro), więc na pocztę tak czy tak w miarę często muszę chodzić, a mniej czasu zabierze mi dołączenie kolejnej przesyłki do kilku innych niż organizowanie odrębnego spotkania. Nie muszę też urządzać specjalnego pakowania, bo poradnik regularnie się sprzedaje, więc zwykle pakuję za jednym zamachem z dziesięć egzemplarzy, a potem tylko wpisuję na kopercie adres. Ale nawet gdyby pakowanie było czasochłonne, to pakuję, kiedy sobie zaplanuję, a nie odrywam się od komputera (co wytrąca mnie z rytmu pisania czy tłumaczenia), kiedy ktoś raczy przyjść po książkę. Bo w Polsce nie da się umówić na konkretną godzinę. Większość traktuje umówioną godzinę jako czysto orientacyjną z marginesem plus minus trzydzieści minut, jeśli nie więcej. Gdybym się umówił z kupującym na pętli, to stałbym tam pewnie jak ciołek i na niego czekał, nie wiedząc, co się dzieje, bo spóźnialscy jeszcze nie odkryli, że komórki można użyć do poinformowania o spóźnieniu. A gdybym zgłosił pretensje o spóźnienie, wysłuchałbym dziesiątek, zresztą całkowicie wiarygodnych, usprawiedliwień.

Bo nie wiem, czy zauważyliście, że ludzie dzielą się na tych, którzy po prostu robią to, czego się podjęli i na tych, którym na przeszkodzie w zrobieniu tego, czego się podjęli, stają wszelkie możliwe nieszczęścia i zdarzenia losowe. Jakby się akurat na tę część ludzkości uwzięły. I taki naznaczony ma zawsze absolutnie przekonujące wyjaśnienie, że absolutnie obiektywne czynniki uniemożliwiły mu po raz kolejny dotrzymania własnych zobowiązań.