Pokazywanie postów oznaczonych etykietą etyka i obyczaje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą etyka i obyczaje. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 10 października 2016

Kauzyperdia stosowana

Kiedy opisałem, jak wspaniale publikuje się w serwisie Ridero (przez ostatnie kilka miesięcy sprzedali jeden egzemplarz, ale że łączna liczba sięgnęła dziesięciu, hip, hip, hura!), poza publicznymi komentarzami reakcje były dwie: moja skrzynka pocztowa została zawalona tonami spamu (do trzech razy sztuka, powtórzycie atak po tej uwadze?) i dostałem maila od Publio, jednego z dystrybutorów Ridero. Mail nadawał się zdecydowanie bardziej na komentarz niż na mail, zapytałem więc o cel tej korespondencji i dowiedziałem się, że to dla pełnego naświetlenia sprawy, a publicznie komentować nie chcą, bo krytyka nie ich dotyczy. Myślałem zatem, że na zarzut łamania prawa i traktowania klientów jak w socjalistycznym sklepie przyhasają w te pędy z odpowiednimi wyjaśnieniami, ale najwyraźniej PR-owcy Publio uznali, że lepiej udawać, iż na mój wpis nie natrafili. No cóż, szanowni państwo, było nie pisać do mnie po krytyce Ridero, bo to udawanie jest średnio wiarygodne, skoro tak uważnie śledzicie wypowiedzi na swój temat i reagujecie nawet na te, w których wymienieni jesteście jedynie na marginesie.

Reakcji Publio się jednak doczekałem, choć zupełnie innej niż spodziewana. Myślałem, że sprawa reklamacji „Marsjanina” została zamknięta, tymczasem prawnik Publio (a właściwie spółki Agora, która tę księgarnię prowadzi) wysmażył pisemko, które, już po oddaniu mi pieniędzy przez wydawnictwo, trafiło do miejskiego rzecznika konsumentów, a stamtąd do mnie. I chociaż przeczytałem już wiele pism, w których prawnicy naginali fakty i powoływali się na niewłaściwe przepisy, demonstrując (albo udając) przy tym niewiedzę i nieumiejętność logicznego myślenia, byleby w ten mało uczciwy sposób zapewnić swojemu klientowi wygraną, to musiałem – nie bez mimowolnego podziwu – przyznać, że kauzyperda Agory osiągnął w tym prawdziwe mistrzostwo.

Prawnik w swojej odpowiedzi na pismo z biura rzecznika przede wszystkim zwrócił uwagę, że niewłaściwie przedstawiono w nim stan faktyczny:

(…) nie jest tak, by pan Paweł Pollak nabył _książkę pt Marsjanin autorstwa Andy’ego Weira_. Prawdą jest, że nabył e-book z polskim tłumaczeniem utworu ww. Autora w przekładzie p. Marcina Ringa.

Dzielenie włosa na czworo ma na celu pokazanie, że druga strona fałszywie referuje okoliczności, co ma świadczyć o jej niewiarygodności, kauzyperda jednak się w tym dzieleniu tak zapętlił, że wyszło mu, iż Marcin Ring dokonał przekładu polskiego tłumaczenia.

Następnie prawnik przeszedł do analizy, czym jest przekład literacki:

(…) tłumaczenie utworu literackiego na język inny, niż oryginalny [bo, jak wiadomo, na oryginalny też można tłumaczyć – uwaga moja, jak i wszystkie następne w nawiasach kwadratowych] jest także utworem, tzw. utworem zależnym. Autorowi utworu zależnego służy swoboda twórcza (…). Ewentualne niezgodności translacyjne mogą być zatem wynikiem błędu, albo zamierzonego działania autora tłumaczenia, który pragnie naznaczyć utwór swym piętnem autorskim. Rzecz oczywista największą swobodę w tym zakresie należy przyznawać w tej mierze tłumaczom poezji, zaś najmniejszą tłumaczom literatury technicznej. „The Martian” nie należy do żadnej z ww. gatunków [bo gatunek to rodzaj żeński] literackich, więc zakres swobody translatorskiej (w ramach tworzenia utworu zależnego) wypada ocenić jako wypadkową pomiędzy tymi skrajnymi kategoriami.

No i dowiedzieliśmy się od kauzyperdy, że istnieje taki gatunek literacki jak literatura techniczna (poleci pan coś ciekawego, bo nie znam, a z chęcią bym się zapoznał?) i że Marcin Ring w swoim tłumaczeniu siał ziemniaki nie dlatego, że nie panował nad językiem, tylko chciał „naznaczyć utwór swym piętnem autorskim”.

Nadzór autorski nad tłumaczeniem spoczywa w rękach Autora lub upoważnionych przez niego osób, a nie p. Marcina Pollaka [na kolanie pan pisał? Agora tak mało płaci, że na tworzenie pism w jej obronie nie można poświęcać zbyt dużo czasu?] lub organów administracji publicznej.

Nadzór autorski (potocznie zwany korektą autorską) nad tłumaczeniem spoczywa nie w rękach autora oryginału, tylko tłumacza (do czego jeszcze przejdę, bo to ciekawa kwestia), ale nawet gdyby kauzyperda miał rację, to myli albo świadomie miesza pojęcia z zakresu prawa autorskiego i konsumenckiego. Nadzór autorski to sprawdzenie przez autora, czy po redakcji utwór ma taką formę i treść, w jakiej on chce ją opublikować. Proszę zwrócić uwagę, że nie jest to rola brakarza w fabryce. Tłumacz nie sprawdza, czy jego tłumaczenie jest poprawne, tylko, czy redaktor, który ma poprawić błędy, właściwie wywiązał się ze swojego zadania. Kauzyperda jednak przypisuje mu rolę brakarza, a na dodatek stwierdza, że po brakarzu nikt nie ma już prawa wskazywać, że towar jest wadliwy. Czyli jeśli ten przeoczy rozklejające się buty, to żaden szewc ani organa administracji publicznej nie mogą podnieść zarzutu, że buty nie nadają się do chodzenia, bo nie do nich należy kontrola jakości.

Kauzyperda twierdzi, że ja wykonałem korektę autorską nie swojego tłumaczenia, do czego nie mam prawa, a ja nie wykonałem korekty autorskiej tłumaczenia Ringa, tylko je oceniłem. W ramach nadzoru autorskiego Ring mógł się domagać, żeby zostawić mu wszystkie anglicyzmy, bo jego zdaniem tak należy tłumaczyć (i jego zdanie jako autora tłumaczenia jest rozstrzygające), a ja jako oceniający stwierdzam, że takie tłumaczenie jest niezgodne z regułami sztuki.

Nie ma innej wersji „The Martian” w j. polskim, zatem zasadne (jak należy mniemać w świetle korespondencji z Redaktorem Naczelnym Wydawnictwa [tu, niestety, tekst przesłonięty przez logo kancelarii] łowanie krytyki pod adresem Tłumacza i wykonanej przez niego pracy. Jednak reprezentowany przez wrocławskiego Rzecznika Praw Konsumenta nabywca e-booka chciał nabyć polskie tłumaczenie The Martian (Marsjanin), nabył je takim jakim ono jest, nie ma więc mowy o „wadzie towaru” w rozumieniu powoływanych przez Pana [czyli Rzecznika Konsumentów] przepisów Kodeksu cywilnego.
W tym stanie prawnym odmawiam zwrotu kwoty uiszczone na rzecz Agory SA przez pana Pawła Pollaka.

Brawo, kauzyperda! Producent ma wyłączność na ten model butów, wyprodukował badziewne, ale nabywca chciał nabyć ten model, nabył buty takimi, jakie one są, a zatem buty nie są badziewne.

(…) wydawca polskiego tłumaczenia poczuwa się do odpowiedzialności finansowej względem p. Pawła Pollaka. Tym mniej roszczenia p. Pawła Pollaka dotyczą Agory SA.

Zgodnie z prawem wobec klienta za bubla ponosi odpowiedzialność sprzedawca, nie producent. Z faktu, że producent przyznaje, że wyprodukował i przekazał do sprzedaży bubla, nie wynika, że klient ma kierować roszczenia do producenta, a jedynie, że nie ma sporu, czy towar jest bublem, czy nie. Czyli przyznanie przez Muzę, że tłumaczenie jest źle wykonane, sprawia właśnie, że moje roszczenia wobec Agory są nie mniej, a bardziej uzasadnione. Ale logika nie jest mocną stroną naszych prawników. Dotąd myślałem, że trafiam po prostu na takich, którzy akurat mają z nią kłopoty, ale ponieważ jest ich od groma i trochę, doszedłem do wniosku, że wbrew temu, co zakładałem, na studiach prawniczych w Polsce logiki nie uczą, a kandydatów pod tym kątem się nie sprawdza. Zgłaszam więc postulat, żeby egzaminy na prawie obowiązkowo obejmowały przejście podstawowego poziomu w grze Mastermind. Powinno to wydatnie podnieść poziom logicznego myślenia wśród polskich prawników.

I na zakończenie kwestia nadzoru autorskiego nad tłumaczeniem. Prawnik Agory twierdzi, że „nadzór nad zgodnością tłumaczenia z wersją oryginalną wykonywany jest tylko przez autora oryginału w ramach przysługującego autorskiego prawa osobistego w postaci prawa do nadzoru autorskiego”. Owo „tylko” jest sprzeczne z twierdzeniem samego kauzyperdy (i stanem faktycznym oraz prawnym), że tłumaczenie jest odrębnym utworem, a zatem nadzór autorski sprawuje nad nim przede wszystkim tłumacz. Czy również autor oryginału? Moim zdaniem taka teza jest nie do obrony. Żaden przepis ustawy o prawie autorskim czy konwencji międzynarodowych nie daje mu wprost tego uprawnienia, a przyjęcie takiej interpretacji na podstawie art. 60 (Korzystający z utworu jest obowiązany umożliwić twórcy przed rozpowszechnieniem utworu przeprowadzenie nadzoru autorskiego) wymagałoby założenia, że autor oryginału jest również twórcą tłumaczenia, co przecież nie jest prawdą. Do tego takie rozwiązanie musiałoby wynikać z przesłanki, że pisarz zna się na tłumaczeniu, a niekoniecznie tak jest. Autor może oczywiście sprawdzić przekład, jeśli zna język, może wskazać tłumaczowi, że coś źle zrozumiał czy źle przełożył (i każdy rozsądny tłumacz takie uwagi przyjmie), ale nie może zażądać, żeby dane słowo zostało przełożone inaczej, jeśli tłumacz uzna, że jego wersja jest lepsza. Ingerowałby wtedy w cudzy utwór. Jeśli autor oryginału uważa, że tłumacz nietrafnie go przekłada, może nie wyrażać zgody na to, by tenże tłumacz go przekładał, ale w treść samego przekładu ingerować nie może.

poniedziałek, 4 lipca 2016

Normalnie jak Chuck Norris, czyli zera moralne dwa

Wpis Pawła M., w którym z zapałem dowodził swoich racji w kwestii korekty autorskiej na podstawie uchylonej ponad dwadzieścia lat temu ustawy, nie spotkał się z żadnymi komentarzami. Dopiero po mojej odpowiedzi pojawił się tam anonim, ten sam, który pod tą odpowiedzią zamieścił komentarz, podpisując się jako Janek Wiśniewski. Przy czym „Janek Wiśniewski” najwyraźniej podziela przekonanie Pawła M., że czytelnicy mojego bloga to idioci, bo w celu uwiarygodnienia się podaje e-mail i oczekuje, że dzięki temu idioci uwierzą w istnienie Janka Wiśniewskiego. Anonima meritum sporu w ogóle nie interesuje, nie zająknął się na ten temat ani słówkiem, atakuje mnie wyłącznie personalnie. Nie ma w tym nic dziwnego, anonim zna się na prawie autorskim tylko odrobinę lepiej niż Paweł M. (wie, a w każdym razie nie skompromitował się publicznie niewiedzą, jaka ustawa obowiązuje), a „odrobinę lepiej” oznacza w tym przypadku pełną ignorancję. Na podstawie czego oceniam wiedzę anonima? Ano na podstawie jego poradnika. Bo doskonale wiem, kim anonim jest, zdradza się poniższym passusem:

Proszę uważać, bo jedno słowo za dużo i facet skrobnie pozew o naruszenie dóbr osobistych z żądaniem odszorowania. Sądzę, że na takich właśnie procesach (albo ugodach) Pollak żeruje. Znam to z własnego doświadczenia.

Jedyną osobą, która wie z własnego doświadczenia, że może zostać pozwana przez Pollaka o naruszenie dóbr osobistych, jest Aleksander Sowa. Dość powszechnie znany grafoman, wyśmiewany m.in. przez Martę Syrwid w „Koktajlu z maku”, autor dyletanckiego poradnika o wydawaniu książek. Przy czym chciałbym sprostować, jakoby obchodziły mnie kłopoty Aleksandra Sowy z higieną, w pozwie nie domagałem się, by go odszorowano, a jedynie, by wypłacił mi odszkodowanie.

Po prześledzeniu wpisów blogaska Pollaka

W klubie całkowicie bezradnych wobec argumentów czy zarzutów przedstawianych na moim blogu i dlatego starających się go zdyskredytować określeniem „blogasek” mam już czterech członków: Łukasz Migura, Tomasz Zackiewicz, Aleksander Sowa i Paweł M. Piątego trzeba chyba będzie jakimś ciastkiem przywitać.

Wydaje mu się, że jest wielkim pisarzem i pogardza resztą. .

Bo literaturę polską, proszę państwa, tworzą Pollak, Grzebuła, Sowa, Nasiłowska, Saddler, Wołoszyk i Kałaska. Teza byłaby nie do obrony, gdyby istnieli tacy pisarze jak Krajewski, Bonda, Miłoszewski, Myśliwski, Tokarczuk czy Kruszyński, ale nie istnieją.

Jego ulubione tematy to grafomania, sądownictwa, self-publishing i konkretne osoby.

Powstaje pytanie, czy pisząc o Sowie, sięgam do tematu grafomania czy konkretne osoby. Wziąwszy pod uwagę, że „sądownictwo” nie ma liczby mnogiej, chyba jednak grafomania.

Temat eksploatuje temat, jak tylko się da.

Bo mój blog, proszę państwa, to takie małe perpetuum mobile. Tematy same się eksploatują, a ja leżę sobie do góry brzuchem i pociągam piwko.

Jako nauczyciel nic nie osiągnął, nie osiągnął nic jako pisarz i tak samo jako tłumacz.

Zarobkowałem jeszcze jako dziennikarz i sprzątacz. I teraz mam zagwozdkę. Czy Aleksander Sowa o tych zawodach nie wspomniał, bo o nich nie wie, czy dlatego, że zrobiłem w nich karierę?

(…) ale proszę uważać. Jest bardzo sprytny, a do tego niebezpieczny, wyrachowany i kalkuluje.

Normalnie jak Chuck Norris.

ja w internecie widziałem pozew wobec krytykowanego na jego blogu autora (…). Najlepsze jednak, że krzyczy u siebie na blogu, że to jego pozywają...

Sowa zapomniał dodać, że autora niezależnego. Nie pisałem też na blogu o pozywaniu mnie, tylko o straszeniu sądem. Tłumaczyłem Sowie tę różnicę, ale najwyraźniej jej nie pojął, co mnie zresztą nie dziwi, w jego głowie jakieś procesy z pewnością przebiegają, ale nie są to procesy myślowe.

Usuwa komentarze pod pretekstem wulgaryzmów (albo niepodpisywanie się adwersarzy), ale m niestety tym się wyróżnia.

Ten sam zarzut stawia Sowa jako Janek Wiśniewski, dość idiotycznie pod wpisem, pod którym jak na dłoni widać, że daję oponentom praktycznie nieskrępowaną swobodę wypowiedzi i toleruję nawet komentarze przekraczające wszelkie normy kultury (z każdego innego bloga Paweł M. dawno by wyleciał, a blogerowi trudno byłoby czynić zarzut z powodu usunięcia jego komentarzy). Żeby było śmieszniej, rzekome cenzurowanie komentarzy oburza człowieka, który na swoim blogu nie dopuszczał żadnych krytycznych głosów, a w ferworze ich kasowania w końcu skasował cały blog.

Co jakiś czas dopada jakąś osobę (wydawnictwo albo temat itd.) i potrafi ja skutecznie zmieszać z błotem.

Gdybym miał jakiekolwiek wątpliwości, że autorem omawianego komentarza jest Aleksander Sowa, rozwiałaby je ta nieudolna konstrukcja zdania, z której wynika, że wydawnictwo albo temat to osoba. „Zmieszać kogoś z błotem” znaczy „naubliżać komuś, zniesławić, oczernić kogoś”. Nie „skrytykować, wytknąć błędy”. Przykładów zmieszania z błotem Sowa nie podaje. To ja podam. W rzeczonym komentarzu Sowa pisze o mnie:

Jeden z tych, co prowadzą fundację (Szwedzka) jedynie dla własnej korzyści.

To oskarżenie o machloje sprostowała Koczowniczka (bardzo dziękuję):
(…) to wredne oszczerstwa. Z fundacją było tak, że kiedyś za własne pieniądze (WŁASNE!) pan Paweł wydawał szwedzką klasykę, którą przedtem przetłumaczył. Mógłby w tym czasie tłumaczyć na przykład kryminały i dużo zarobić. Włożył w to bardzo dużo czasu, wysiłku i własnych pieniędzy. Mało kto by się na to zdobył.
Kiedyś w tym przypadku to będzie już z 10 lat. Jedyne pieniądze, jakie Fundacja dostała z zewnątrz, to były standardowe dotacje z Instytutu Szwedzkiego na przekład, o które mogło się ubiegać i na ogół dostawało każde wydawnictwo chcące wydać szwedzką książkę. Taka dotacja powinna trafić do mojej kieszeni (bo to był zwrot kosztów przekładu), żebym miał na dziwki i narkotyki, szła na wydanie książki i honoraria dla współpracowników. Bywało, że nie starczała, wtedy dokładałem z własnych pieniędzy. Nie na każdą książkę Instytut też dał, odmówił np. dofinansowania „Jezusa Barabasza”, opłaciłem więc wydanie ze swoich środków, a powieść – jak zresztą większość wydanych przez Fundację książek – okazała się deficytowa.
Sowa bez żenady kłamie, formułuje swoje oskarżenie bez cienia dowodu, poszlaki czy choćby skrawka podejrzenia uzasadniającego tę kalumnię. I teraz mam problem. Bo Aleksander Sowa zamiast skupić się na wspaniale, wedle jego własnych słów, rozwijającej się karierze literackiej, został policjantem. Jako człowiek Sowa jest etycznym zerem. Kiedy Koczowniczka wypomniała mu, że reklamuje książkę tekstem z bykiem ortograficznym, Sowa oskarżył ją o kłamstwo, a na dowód pokazał u siebie okładkę bez tego błędu. „Zapomniał” poinformować swoich czytelników, że Koczowniczka znalazła błąd nie na okładce, tylko w klipie promocyjnym. Jej wyjaśniający komentarz skasował, klip skasował, a wpis na blogu z fałszywym oskarżeniem zostawił. A później skasował całego bloga, żeby zatrzeć ślady swoich manipulacji. Etyka prywatna a zawodowa to jednak dwie różne rzeczy. Sowa po włożeniu munduru oczywiście zostawia swój paskudny charakter w domu i przestrzega zasady, że człowieka nie oskarża się bez uzasadnionych podejrzeń, poszlak czy dowodów, a tym bardziej wbrew swojej wiedzy, że oskarżenie jest nieprawdziwe. I tym samym muszę wycofać się ze stwierdzenia, że to pan Aleksander Sowa zamieścił inkryminowany komentarz. Bardzo go przepraszam za to niesłuszne posądzenie i proszę czytelników, by tam, gdzie jest „Sowa” albo „Aleksander Sowa”, czytali „anonim”.

Jak reaguje Paweł M. na to, że na jego blogu uczciwy człowiek jest zniesławiany i kłamliwie oskarżany o defraudację? Czy potrafi wznieść się ponad to, że tego człowieka nie znosi? Chyba dla nikogo nie będzie zaskoczeniem, że nie potrafi.

Anonimowy nie naruszył dóbr Pollaka, przynajmniej ja tego nie widzę.
Zwrot: >>Jeden z tych, co prowadzą fundację (Szwedzka) jedynie dla własnej korzyści.<<
Jest tak enigmatyczny, że właściwie nie wiadomo co ma na myśli. Może np. to, że Pollak promuje się jako tłumacz?

Gdyby to usprawiedliwienie, dlaczego nie kasuje zniesławiającego komentarza, zamieścił ktoś inny, byłoby jasne, że rżnie głupa, ale redaktor Paweł M. udowodnił już nieraz, że jest wtórnym analfabetą i rzeczywiście ma kłopoty z właściwym rozumieniem pisemnych komunikatów. Więc nawet jeśli rżnie głupa, to nie da się tego wykazać, bo w tym rżnięciu głupa jest w pełni wiarygodny. A raczej nie dałoby się i byłby, gdyby nie to, że wcześniej Paweł M. zamieścił komentarz, w którym ujawnia, że oskarżenie anonima jednoznacznie odczytuje jako zniesławiające, jeśli okazałoby się nieprawdziwe:

Piszesz tu na własną odpowiedzialność. Zakładam, że wspominając o fundacji Pollaka (nie wiedziałem nawet, że takowa prowadzi) wiesz co robisz.

Pan M. bardzo liczył na to, że okażę się złodziejem. Ku jego rozczarowaniu nie kradnę. Ale po namyśle doszedł do wniosku, że fałszywe oskarżenie może bezkarnie na swoim blogu zostawić. Zemścić się za to, że go ośmieszyłem, punktując jego bezbrzeżną ignorancję, jeśli chodzi o prawo autorskie. Poziom moralny zero.

poniedziałek, 14 września 2015

Aylan, przepraszam cię za Polskę

Przepraszam cię za Polaków, którzy – bezpieczni, syci, odziani – nie chcą ci pomóc. Których nie obchodzi, że ty i twoi pobratymcy jesteście narażeni na kule, bomby i trujące gazy. Których nie wzrusza, że głodujecie. Że nie macie się gdzie podziać, bo wasze domy legły w gruzach. Przepraszam cię za Polaków, którzy własną nędzę moralną uzasadniają tym, że ich pradziadowie głodowali na Syberii, dziadowie ginęli na wojnach, a ojcowie biedowali w realnym socjalizmie. Którzy nie dostrzegają, że od dziesięciu lat są członkiem klubu najbogatszych państw świata. Którzy chcieliby ciągle brać od innych, a nigdy dawać.

Przepraszam cię za polskich hipokrytów, którzy wynajdują dziesiątki bzdurnych argumentów, jak np. te, że Polska nie miała kolonii, by wymigać się od udzielenia pomocy i usprawiedliwić własne draństwo. Którzy piszą, że pomagać powinna Szwecja, choć wtedy zapominają podać, jakie to kolonie Szwecja miała.

Przepraszam cię za polskich cwaniaków, którzy są przekonani, że nie uciekasz przed wojną, tylko chcesz dostać niemiecki zasiłek. A wojna jest tylko dla ciebie doskonałym pretekstem, by ten zasiłek wyłudzić. Tak jak dla nich doskonałym pretekstem, by wyłudzić tenże zasiłek, był komunizm. Sami udawali uchodźców politycznych, bo chcieli mieć lepsze warunki życia, a teraz mierzą cię swoją własną miarą.

Przepraszam cię za polskich katolików, którzy usta mają pełne frazesów o miłosierdziu, ale z ich religii pozostała pusta otoczka bez treści. Potrafiących tylko gardłować, jak to stoją wyżej moralnie od innych narodów, choć to inne narody w praktyce realizują nakazy wyznawanej przez Polaków religii, nawet jeśli odrzucają jej dogmaty. Przepraszam cię za polskich księży i katechetów, którzy wbijają dzieciom do głów siedem uczynków miłosierdzia co do ciała, i obchodzi ich wyłącznie to, by mogli je wbijać w państwowej szkole i by dzieciak potrafił je wyrecytować.

Przepraszam cię za polskich rasistów, dla których powodem, by ci nie pomóc jest kolor twojej skóry, twoje wyznanie, twoja kultura.

Przepraszam cię za polskich polityków, którzy potrafią targować się o ludzkie życie, choć dla 38-milionowego narodu nie ma najmniejszej różnicy, czy przyjmie dwa czy trzy tysiące uchodźców. Poza tą, że można stracić głosy w wyborach. Przepraszam cię za te miernoty, które o tym, jakie mają poglądy, dowiadują się rano z sondaży i są gotowe narazić twoje życie, by nie narazić swojego mandatu poselskiego. Przepraszam cię, że musisz wysłuchiwać usprawiedliwień, jak to Polska przyjmuje uchodźców politycznych z Ukrainy, choć ich liczba jest niewiele wyższa od liczby ludzi uciekających przed wojną na Marsie.

Przepraszam cię za tych Polaków, którzy nie wiedzą, co to humanitaryzm i międzyludzka solidarność. Mogę tylko powiedzieć, że jest mi wstyd.

czwartek, 25 czerwca 2015

Nur für Frauen

Są trzy rzeczy, które powodują degenerację mózgu: choroba Creutzfeldta-Jakoba, katolicyzm à la Tomasz Terlikowski i feminizm à la Magdalena Środa. Ku mojemu ogromnemu zdumieniu i rozczarowaniu to ostatnie dopadło wybitną pisarkę, której twórczość uwielbiam, a mianowicie Olgę Tokarczuk. Będąc nominowaną do nagrody literackiej Gryfia za „Księgi Jakubowe”, zażądała ona wycofania nominacji, gdyż w jury nagrody nie są zachowane parytety, na trzech mężczyzn jest tylko jedna kobieta. O co chodzi, zapytają państwo. Tokarczuk ma prawo być zwolenniczką parytetów, uważać, że powinny być stosowane w gremiach przyznających nagrody literackie, i odmawiać swojego udziału tam, gdzie, jej zdaniem, zamiast równouprawnienia jest seksizm. Ano chodzi o to, że GRYFIA JEST SEKSISTOWSKĄ NAGRODĄ LITERACKĄ PRZYZNAWANĄ WYŁĄCZNIE JEDNEJ PŁCI. To, że pisarze mężczyźni są dyskryminowani i z góry wykluczeni z konkursu tylko dlatego, że są mężczyznami, Tokarczuk jednak nie przeszkadza.

Kiedy zobaczyłem nagłówek artykułu opisującego jej rezygnację, byłem święcie przekonany, że protestuje ona właśnie przeciwko wykluczaniu z konkurencji innych pisarzy tylko z powodu ich płci. Czy przypadkiem nie właśnie takiej dyskryminacji sprzeciwiają się normalne feministki w odróżnieniu od tych spod znaku Magdaleny Środy, walczących o wprowadzenie matriarchatu? Tymczasem okazuje się, że Tokarczuk jest wielką entuzjastką Gryfii. Ciekawe, co powiedziałaby na ustanowienie nagrody literackiej wyłącznie dla mężczyzn? Przecież urządziłaby raban, że to granda, męski szowinizm, bezprzykładna dyskryminacja. Co więcej, nigdy takiej nagrody w historii nie było, kobiety od samego początku mogły stawać w literackie szranki na równych prawach z mężczyznami. Ale może uważają, że piszą gorzej od swoich kolegów po piórze i w równej konkurencji nie mają szans, stąd odrębne konkursy, wyłącznie dla nich, są zasadne? Tak jak w sporcie, gdzie dyscypliny muszą być rozdzielone, bo kobieta jest od mężczyzny fizycznie słabsza. Jeśli tak, jeśli Inga Iwasiów, pomysłodawczyni Gryfii, doszła w swych badaniach do konkluzji, że płeć piękna jest również słabsza intelektualnie, to ja natychmiast zamykam dziób i przestaję przeciwko tej nagrodzie protestować.

poniedziałek, 8 czerwca 2015

O plagiacie i winie okradzionego

Autor bloga i10 odkrył, że jego wpisy stanowią treść książki Franciszka Kacyniaka pt. „Osiem”, wydanej przez Agencję Reklamowo-Wydawniczą Vectra.

Porównanie tekstów jednoznacznie dowodzi, że plagiat miał miejsce. Kacyniak starał się wprawdzie ukradzione teksty modyfikować, ale po modyfikacji nie ma żadnej nowej myśli, odmiennej fabuły czy innej pointy. Zmieniony jest tylko nieistotny sztafaż, czasami Kacyniak przerabia oryginał tak nieudolnie, że gubi dowcip czy pointę:

Wersja oryginalna:
Widać było, że powinienem się zainteresować.
– Czego znowu? – zrobiłem to co powinienem.
– Jest pewien problem ojcze – nazywa mnie tak gdy czegoś chce. Odłożyłem laptopa.
– Co cię nurtuje córko?
– Widzisz, pojedziemy razem do Łodzi, prawda?
– Prawda.
– I ja tam nie mam koleżanek, prawda?
– Prawda.
– Więc, można by rzec, będę się tam czuła nieco samotna, prawda?
– Nieprawda. Będziesz miała mnie.
– Dziecko w moim wieku... – na co dzień Róża uważa się za dorosłą, więc jeśli sama się nazywa „dzieckiem”, coś knuje. Skupiłem uwagę.
– ...dziecko w moim wieku potrzebuje towarzystwa rówieśników, których mi nie zastąpisz... – zastanowiła się i postanowiła dokończyć – ...kochany ojcze.
– Niby racja. ale o co chodzi?
– Więc będę się czuła samotna.
– Tylko dopóki nie poznasz rówieśników.
– To może potrwać, tato. Bądźmy szczerzy, nawiązywanie kontaktów w dzisiejszych czasach nie jest takie łatwe.
Róża zrobiła przygnębioną minę mającą wizualizować ból jaki jej sprawiają dzisiejsze czasy z całą ich trudnością w nawiązywaniu kontaktów.
Zastanawiałem się dokąd ta rozmowa zmierza.
– Powiedzmy, że nie jest łatwe, choć biorąc pod uwagę możliwości jakie daje internet, moim zdaniem jest łatwiejsze niż w innych czasach.
– Nie ojcze, nie jest łatwe – pokiwała ponuro głową. – I dlatego, ponieważ będę czuła się samotna, pozbawiona towarzystwa rówieśników, skazana na twoje towarzystwo... – spojrzała na mnie - ...dość miłe, ale jednak dzieli nas conajmniej jedno pokolenie...
– Ja ci zaraz dam conajmniej.
– ...dobrze, DOKŁADNIE jedno pokolenie. Więc widzę jedno rozwiązanie problemu.
– Jakiego problemu?
– Problemu mojej samotności tato! Nie słuchasz mnie!
– Słucham, słucham, przepraszam. Jakie widzisz rozwiązanie problemu swej głębokiej i ponurej samotności, córko?
– Kupisz mi jeża!

Wersja plagiatora:
Widać było, że powinienem się zainteresować.
– Czego ty znowu chcesz? – zapytałem, jak zazwyczaj w podobnych sytuacjach.
– Jest pewien problem, tatku – nazywała mnie zawsze tak, gdy czegoś chciała. Odłożyłem wędkę.
– Bo widzisz, przyjeżdżamy razem do ciotuni, prawda?
– Prawda.
– I ja nie mam tutaj koleżanek.
– To też się zgadza.
– Więc mam prawo czuć się nieco samotna?
– Nieprawda. Masz przecież mnie.
– Dziecko w moim wieku... – na co dzień uważała się za dorosłą, ale kiedy sama nazywała się „dzieckiem”, niewątpliwie coś knuła. Skupiłem więc uwagę podwójnie. – ...potrzebuje towarzystwa rówieśników, których mi nie zastąpisz, tatku.
– Niby racja.
– Więc mogę się czuć samotna?
– Tylko dopóki nie poznasz rówieśników.
Zrobiła przygnębioną minę, mającą wyrażać ból, jaki jej sprawiały trudności w nawiązywaniu kontaktów. Zastanawiałem się, dokąd ta rozmowa zmierza. Pokiwała ponuro głową.
– I dlatego, ponieważ czuję się samotna, pozbawiona towarzystwa rówieśników, skazana na ciebie... – spojrzała na mnie – ...chociaż dzieli nas co najmniej jedno pokolenie...
– Ja ci zaraz dam co najmniej – zamachnąłem się w jej kierunku, ale uskoczyła.
– Dokładnie jedno pokolenie. Teraz lepiej?
– Owszem – roześmiałem się.
– Widzę rozwiązanie tego problemu.
Zawsze była rezolutna jak na swój wiek. Być może właśnie dlatego rówieśnicy jej nie rozumieli.
– Jakiego problemu?
Spośród wielu przymiotników, jakich można użyć na określenie mojej córki, szczególnie niepasującym byłby „nierozgarnięta”.
– Mojej samotności, przecież mówię. Tatku, nie słuchasz mnie.
– Ależ słucham – w wodzie coś zabulgotało. – Więc jakie widzisz rozwiązanie tego problemu?
– Złowisz mi złotą rybkę!

Poza kompletnie spieprzoną pointą praktycznie każda poprawka Kacyniaka spłyca tekst i gubi jego sens („rozwiązanie tego problemu” zamiast „rozwiązanie problemu swej głębokiej i ponurej samotności”, ból sprawiają nie dzisiejsze czasy, tylko trudności w nawiązywaniu kontaktów), rozwala jego spójność (np. dodanie passusu, że rówieśnicy nie rozumieją córki, co pokazuje, że córka rzeczywiście jest samotna, tymczasem ta samotność jest przecież rzekoma, czego Kacyniak najwyraźniej nie załapał) czy wprowadza jakiś błąd („ale” zamiast „więc” w zdaniu „więc jeśli sama się nazywa dzieckiem”). Tekst plagiatora jest po każdym względem gorszy (wyłączywszy interpunkcję, ale to pewnie zasługa redaktora, nie Kacyniaka), ale tak będzie zawsze, bo plagiator nie skupia się na tym, by napisać coś dobrego (czego zresztą nie potrafi), tylko na tym, by zatuszować plagiat.

Tłumaczenie się z plagiatu jest zadaniem karkołomnym, więc nie za bardzo wyszło to i Kacyniakowi:

Plagiator pomniejsza swoją winę („zapożyczenia dosłownie kilku opisów”), składa warunkowe przeprosiny („jeśli uraziłem”), implikujące, że tak do końca to wcale nie jest pewne, że wyrządził komuś krzywdę, przy jednoczesnej „zmianie kwalifikacji czynu” z karalnej kradzieży na piętnowane jedynie towarzysko urażenie. Podobnie do Kacyniaka, wielu czytelników odkrywa, że jakiś pisarz formułuje ich myśli, że wyraża dokładnie to, co sami chcieliby powiedzieć. Takie odkrycie nie skutkuje jednak zwykle wydawaniem książek tego pisarza pod swoim nazwiskiem, lecz polecaniem jego twórczości znajomym i przyjaciołom. „Jego opowieści stanowiły dla mnie niedoścignione natchnienie, którego mi brakowało”. To zdanie po prostu rozwala. Nie miałem natchnienia, więc opowieści tego blogera natchnęły mnie, żeby je splagiatować. Ciekawe w tym kontekście są też wynurzenia Kacyniaka, że nie czytuje książek, przez co nie kopiuje stylu innych autorów. Kopiuje gotowe teksty.

Modelowo zachowało się wydawnictwo: natychmiast ogłosiło, że książkę wycofuje z obrotu, wyjaśniło, że Kacyniak wprowadził je w błąd co do swojego autorstwa, i skontaktowało się z rzeczywistym autorem, w celu, jak rozumiem, polubownego załatwienia sprawy. Bo chociaż wydawnictwo nie ponosi winy w sensie etycznym, to prawnym tak. Czyjeś prawa autorskie można naruszyć świadomie bądź nieświadomie, w przypadku Vectry mamy do czynienia z tą drugą sytuacją. Pojawiają się głosy, że Vectra powinna sprawdzić tekst przed wydaniem, są programy wychwytujące plagiaty, stosują je uczelnie. Tyle że na uczelniach plagiaty są masowe, w literaturze to pojedyncze przypadki. Składa się na to kilka przyczyn. Powieści piszą wyłącznie ludzie, którzy chcą je napisać, i powieść jest też celem samym w sobie. Praca magisterska jest niekoniecznie mile widzianym obowiązkiem i tylko etapem prowadzącym do dyplomu. Powieść jest zawsze oryginalna, więc przy wpadce widać jak na dłoni, że plagiat. Praca magisterska jest podsumowaniem tego, co napisali inni, więc można iść w zaparte, że to uprawnione cytowanie, tylko zapomniało się podać źródła. Powieść będzie czytana, toteż wpadka jest pewna jak amen w pacierzu (stąd na plagiat decydują się tylko dzieci albo idioci), w przypadku pracy magisterskiej istnieje całkiem spore prawdopodobieństwo, że nikt więcej nigdy do niej nie zajrzy. No i wreszcie student nie podpisuje (a przynajmniej kiedyś nie podpisywał) oświadczenia, że praca jest wynikiem jego oryginalnej twórczości i w razie gdyby było inaczej, poniesie wszelkie konsekwencje, a autor tak, i czasami takie przypomnienie może mieć otrzeźwiające działanie.

W tej sytuacji standardowe zabezpieczenie, w postaci tego właśnie oświadczenia autora, jest dla wydawnictwa wystarczające i poza nielicznymi przypadkami skuteczne. Trudno wymagać, by podejmowało ono ponadstandardowe działania, niewarta skórka za wyprawkę. Kwestią jest, jak zachowa się, kiedy okaże się, że autor skłamał. Czy będzie próbowało kombinować jak Bellona, czy od razu odetnie się od plagiatora i wycofa książkę z rynku jak Vectra. Jeśli to drugie, to wszystko jest w porządku.

Autor bloga złożył na razie zawiadomienie do prokuratury przeciwko Kacyniakowi. Z jednej strony słusznie, bo przywłaszczenie sobie cudzego autorstwa jest przestępstwem na podstawie art. 115 ustawy o prawie autorskim, z drugiej strony jak znam polską prokuraturę, którą usiłowałem np. nakłonić do ścigania złodziei z Chomikuj, to zrobi ona wszystko, by sprawę umorzyć, i jeśli autor nie będzie gotów na wniesienie prywatnego aktu oskarżenia, to nic nie wskóra. Ale chciałbym się mylić, bo niewiele rzeczy bardziej by mnie ucieszyło niż wyrok dla plagiatora. Są tacy „fachowcy”, którzy twierdzą, że autor poszedł do prokuratury, bo musi mieć wyrok w ręku, by móc dochodzić swoich praw na drodze cywilnej, co jest bzdurą. W ogóle zastanawia mnie, że cały tłum ludzi wypowiada się, jakie są możliwości działania w tym przypadku, przy czym prezentuje wiedzę ze źródeł „słyszałem”, „wydaje mi”, „znajomy znajomego miał podobną sytuację”, a nikt nie zajrzy do ustawy, gdzie wszystko jest wprost napisane.

Art. 78 ustawy o prawie autorskim mówi: „Twórca, którego autorskie prawa osobiste zostały zagrożone cudzym działaniem, może żądać zaniechania tego działania”. – To już nastąpiło, książka została wycofana z rynku, a Kacyniak usunął z fejsa profil książki i swój jako jej autora.
„W razie dokonanego naruszenia może także żądać, aby osoba, która dopuściła się naruszenia, dopełniła czynności potrzebnych do usunięcia jego skutków, w szczególności aby złożyła publiczne oświadczenie o odpowiedniej treści i formie”. – Wydawnictwo takie oświadczenie złożyło, od autora zależy, czy mu wystarczy (bo może chciałby np. nie tylko w internecie, ale i w prasie), o oświadczeniu plagiatora trudno powiedzieć, by miało odpowiednią treść i formę.
„Jeżeli naruszenie było zawinione, sąd może przyznać twórcy odpowiednią sumę pieniężną tytułem zadośćuczynienia za doznaną krzywdę (…)”. – W tym przypadku tego zadośćuczynienia autor może dochodzić tylko od plagiatora, bo wydawnictwo też zostało przez niego oszukane i nie miało świadomości, że autorem książki jest ktoś inny.

Artykuł 79, mówiący o naruszeniu majątkowych praw autorskich, przewiduje, że naruszający musi oddać autorowi to, co zarobił na książce (w tym przypadku pewnie jeszcze nic), ale też autorowi należy się dodatkowo odszkodowanie albo podwójne (jeśli naruszenie było niezawinione) lub potrójne wynagrodzenie (jeśli naruszenie zawinione).

Generalnie całkiem sporo kasy można dostać i jeśli ktoś padnie ofiarą plagiatora, to warto, by o nią powalczył. Raz, że mu się takie zadośćuczynienie zwyczajnie należy, a dwa, że w przypadku tak oczywistego plagiatu jest duża szansa, że winni zapłacą odszkodowanie dobrowolnie, woląc sprawy sądowej uniknąć. Przy czym za naruszenie praw majątkowych odszkodowania należy dochodzić też od wydawnictwa, ono z kolei, na podstawie zawartej umowy, będzie mogło później zażądać jego zwrotu od plagiatora. Wydawnictwo nie może się tą umową zasłaniać przed poszkodowanym, mówiąc, plagiator nas okłamał, więc roszczenia wobec nas ze strony autora są bezpodstawne. Poszkodowany przez plagiat nie jest stroną umowy wydawniczej. Jak napisałem wyżej, umowa ze stosownym oświadczeniem (rzekomego) autora nie wyłącza prawnej odpowiedzialności wydawnictwa, usprawiedliwia je tylko w sensie moralnym.

Są dowody na plagiat potwierdzone przyznaniem się do winy, wydawałoby się, że sytuacja jest jasna. Niestety, istnieje taki gatunek ludzi, a w Polsce liczniejszy chyba niż gdzie indziej, którego przedstawiciele uważają, że motorem działań współbliźnich jest wyłącznie chęć zysku i że dla tego zysku dopuszczą się każdej podłości. W związku z tym, jeśli ktoś został okradziony, należy się najpierw zastanowić, jaki mógł mieć w tym interes, że dał się okraść. Na profilu "Czytamy polskich autorów" tę mentalność prezentują panie Monika Morhan („Ale coś mi w tej aferze śmierdzi. Bo i pozycja byle jaka, i mało znane wydawnictwo. Jakby sztucznie nakręcano aferę, żeby sprzedać kiepską powieść”.) i Beata Głąb („Też mnie to frapuje (że cała akcja jest zaplanowana), bo wystarczy że wydawnictwo w ramach "przeprosin" wyda powieść pod nazwiskiem prawdziwego autora a reklamę ma już gotową”.). Morhan na swoje obrzydliwe sugestie nie ma żadnych dowodów, Głąb ma dwa: że wydawnictwo przecież mogło odkryć przed wydaniem, że to plagiat (dlaczego wcale nie musiało, wyjaśniłem powyżej) oraz że bloger pewnie teraz wyda w Vectrze swoją powieść. Tak, dobrze państwo czytają: dla Głąb dowodem na to, że okradziony kombinuje, jest zdarzenie, które być może nastąpi w przyszłości (jest to tak genialne rozwiązanie prawne, że Głąb powinna je opatentować). I które na dodatek wcale niczego nie dowodzi, bo byłoby to naturalne usunięcie skutków plagiatu, choćby w ten sposób, że Vectra mogłaby zorganizować wymianę sprzedanych egzemplarzy książki Kacyniaka na właściwe, inne wydawnictwo raczej nie będzie się w to bawić. Już sam brak dowodów nakazywałby przyzwoitemu człowiekowi zamknąć buzię, a nie dodatkowo pluć na tego, kogo przed chwilą właśnie opluto (nie padłem nigdy ofiarą plagiatora, ale pozwolę sobie antycypować, że tak właśnie czuje się autor, którego utwór został pokancerowany i wydany pod cudzym nazwiskiem). Ale w tej sprawie wystarczy włączyć mózg na pięć sekund, by dostrzec, jaki to absurd. Dlaczego autor miałby przerabiać swój tekst na dużo gorszy, gdyby to była mistyfikacja? A Franciszek Kacyniak, postać przecież realna, to tak z dobrego serca zgodził się na rolę wroga publicznego numer jeden? I dlaczego wydawnictwo nie ma przygotowanej właściwej wersji do wypuszczenia, żeby skorzystać na największym szumie? A i10 zawiadamia prokuraturę o przestępstwie, którego nie było, bo to wcale nie jest karalne, tylko taka forma zabawy?

Dla przeciwwagi odnotujmy fantastyczną reakcję internautów, bo praktycznie wszędzie, gdzie o książce pisało się w internecie, pojawiło się stosowne sprostowanie, że Kacyniak nie jest autorem, tylko plagiatorem (choć część epitetów można by sobie darować).

I tak dotarłem do końca tekstu, a nie wyłoniła się żadna pointa. Idę sobie kupić jeża.

poniedziałek, 4 maja 2015

Jak prokurator na głowie stanął, żeby nie dowieść fałszerzowi winy

W poradniku Jak wydać książkę w tekście „Nasze wydawnictwo nie łamie umów!” opisałem historię niewydania przekładu „Gwiezdnych dróg” Petera Nilsona. W skrócie: Tomasz Jodłowski z wydawnictwa Kraina Beletrystyczna (nazwisko i nazwa zmienione), chociaż zlecił mi tłumaczenie tej książki, nie miał zamiaru jej wydać. Złożyłem więc pozew o dodatkowe podwójne wynagrodzenie (należne autorowi/tłumaczowi zakontraktowanej książki na mocy art. 57 prawa autorskiego, jeśli wydawca odstąpi od publikacji). W sądzie Jodłowski najpierw udowadniał, że po korekcie autorskiej zatrzymałem maszynopis i w ten sposób uniemożliwiłem mu wydanie, ale kiedy wykazałem, że to kłamstwo, przedłożył rzekomo opublikowaną książkę (na zdjęciu), zawierającą nieprawdziwą datę wydania (2003 rok, choć wydrukował ją między rozprawami w 2005 r.). Dołożył do niej dwa fałszywe dokumenty W-Z, mające dowodzić, że po 10 egzemplarzy trafiło do dwóch księgarni, w tym do Łagodnego Dzikusa (nazwa też zmieniona), którego Jodłowski jest właścicielem. Twierdził, że wydrukował tylko 20 egzemplarzy, bo najpierw chciał sprawdzić, jaki będzie popyt, ale jest to zgodne z umową, która nie określała minimalnego nakładu. Sztuczka mu się nie udała i proces przegrał, a ja złożyłem doniesienie do prokuratury, że posłużył się fałszywymi dokumentami. Jakąś taką alergię mam na oszustów i fałszerzy. Zwłaszcza na tych, którzy stroją się w piórka porządnych ludzi i dobrodziejów kultury.

Nigdy dokładniej nie opisałem, co się w tej prokuraturze działo, ale mimo że sprawa jest sprzed dekady, chyba warto, zwłaszcza że doniesienia prasowe pokazują, że nic się zmieniło i polscy prokuratorzy nadal urządzają sobie kpiny z logiki i zdrowego rozsądku.

Prokuratura Rejonowa uznała a priori, że pan Jodłowski nie popełnił przestępstwa albo że bardzo nie chce mu zrobić krzywdy, bo od samego początku usiłowała sprawie ukręcić łeb (nie jestem skłonny do podejrzeń o łapówkarstwo, więc nie pomyślałem, żeby zgłosić sprawę do CBA). Musiałem odwoływać się Okręgowej, a potem do sądu, ale Rejonowa – do której sprawa wracała z poleceniem, że ma się nią zająć – konsekwentnie nie dostrzegała winy Jodłowskiego, ignorując jawne kłamstwa i sprzeczności w jego zeznaniach i zeznaniach świadków i nie przejmując się tym, że podawane przez nich fakty zakrawają na absurd.

I tak prokuratura uznała, że Jodłowski wcale nie przyniósł do sądu książki z fałszywą datą wydania, bo „Gwiezdne drogi” rzeczywiście zostały przez Krainę Beletrystyczną wydane w 2003 roku. Na jakiej podstawie to stwierdziła? Bo pan Jodłowski, wezwany na przesłuchanie, tak im powiedział. Wyroku sądu orzekającego, że tej publikacji w 2003 roku nie było, może prokuratura nie musiała brać pod uwagę, ale już moją korespondencję mailową z Jodłowskim z początku 2004 r., powinna. A w tych mailach Jodłowski wprost przyznawał, że książki nie wydał. Autentyczność korespondencji nie podlegała dyskusji, bo sam Jodłowski przedłożył ją w sądzie. Mimo to prokurator nie zechciał go zapytać, jak jego obecne twierdzenie, że książkę wydał w 2003, ma się do tego, że na początku roku 2004 nic o tym wydaniu nie wiedział.

Ponieważ wskazałem na brak faktury za druk, jedynego jednoznacznego dowodu potwierdzającego datę wydania (bo w książce to można sobie wpisać dowolną), Jodłowski wyjaśnił prokuratorowi, że faktury nie ma, bo książkę wydrukował na prywatnym kserografie. Prokurator nie raczył zapytać Jodłowskiego, dlaczego w takim razie na stronie redakcyjnej jest podane, że „Gwiezdne drogi” wydrukowała drukarnia Opolgraf. Zrobił to dopiero po moim odwołaniu. Jodłowski odpowiedział, że tak, to się zgadza, drukował w Opolgrafie. Tak po prostu. Ani myślał wyjaśniać, co z tym prywatnym kserografem. Złapany na jednym kłamstwie, serwował bez żenady kolejne (taką taktykę stosował też w sądzie) i nawet nie troszczył się o to, by były ze sobą spójne. Nie musiał, prokurator bynajmniej nie miał zamiaru kłopotać Jodłowskiego niestosownymi pytaniami, dlaczego podaje sprzeczne wersje. Jeśli chodzi o fakturę, Jodłowski zeznał, że nie dostał jej od zleceniobiorcy. Przesłuchano właściciela drukarni. Powiedział, że „Gwiezdnych dróg” nie drukował. Żeby było śmieszniej, Opolgraf w ogóle nie oferował takiej usługi jak druk cyfrowy, a przy 20 egzemplarzach tylko ta technika wchodziła w grę. Wnioski prokuratora? Uznał, że zeznania Jodłowskiego są wiarygodne, a na to, że drukarz mówi prawdę, nie ma żadnych dowodów. Czyli gość, który, przyłapany na kłamstwie, podaje nową wersję, w żaden sposób nie starając się dopasować jej do starej, i który ma interes w tym, żeby kłamać, jest dla prokuratora wiarygodny, a neutralny świadek nie. I żeby przypadkiem nie dowieść prawdziwości zeznań tego świadka, prokurator nie sprawdza, iż rzeczywiście nie wykonuje on usługi, którą Jodłowski rzekomo mu zlecił.

Jeszcze ciekawsze wygibasy były przy rzeczonych dokumentach W-Z. Problem pana Jodłowskiego polegał na tym, że w papierach księgarni nie było innego śladu, że książka „Gwiezdne drogi” kiedykolwiek w nich się znalazła. Jakoś tak pechowo żaden egzemplarz się nie sprzedał. Jodłowski poradził sobie w ten sposób, że pracownicy swojej księgarni kazał, a kolegę z drugiej poprosił, żeby zeznali – i teraz uwaga! – że książka została przyjęta do księgarni, ale nie do sprzedaży. W jakim innym celu można przyjąć książkę do księgarni, jeśli nie do sprzedaży, prokuratora oczywiście nie zainteresowało. A co zrobił, kiedy w odwołaniu wskazałem, że to absurd, że książkę przyjmuje się do sprzedaży albo w ogóle, nie ma żadnej podwójnej procedury, bo nie wymagają jej ani przepisy, ani względy praktyczne? Może powołał biegłego, żeby mu wykonał ekspertyzę? Skąd. Zapytał tych samych świadków jeszcze raz o to samo, dostał tę samą kłamliwą odpowiedź i uznał ją za obiektywnie stwierdzony fakt. Najśmieszniejsze, że pracownica Łagodnego Dzikusa Marta S. zeznała, że nie mogła przyjąć od wydawcy książki do sprzedaży, bo o tym decyduje właściciel. Czyli wydawca Tomasz Jodłowski zgłosił się z wydaną książką „Gwiezdne drogi” do księgarni Łagodny Dzikus i zastał tam Martę S., która nie mogła przyjąć książki bezpośrednio do sprzedaży, bo najpierw musiała zapytać właściciela księgarni, czyli Tomasza Jodłowskiego. Przyjęła więc książkę do księgarni, ale nie do sprzedaży, a potem ją zwróciła, bo właściciel księgarni Tomasz Jodłowski odmówił sprzedaży książki wydanej przez wydawcę Tomasza Jodłowskiego. Prokurator łyknął to bez zastrzeżeń.

Pracownik drugiej księgarni zeznał, że dokumenty W-Z po zwrocie książek są niszczone. Prokuratora oczywiście nie zastanowił taki dziwny zbieg okoliczności, że w tym przypadku zostały wystawione dwa dokumenty W-Z (każdy opiewał na 10 egzemplarzy, a według słów samego Jodłowskiego zostało wydrukowanych 20) w dwóch różnych księgarniach i chociaż powinny zostać zniszczone, to jednak zachowały się oba (czyli sto procent) i odnalazły akurat po dwóch latach, kiedy Tomaszowi Jodłowskiemu zajrzało w oczy widmo przegrania procesu z powodu niewydania książki. Zaiste, cudowne zrządzenie losu, ale wiara prokuratorów w cuda w kraju katolickim nikogo nie powinna dziwić.

Sprawa została ostatecznie umorzona. Musiałbym wnieść prywatny akt oskarżenia, a do tego trzeba wynająć adwokata, co kosztuje. I teraz, kiedy czytam, że prokurator uznaje swastykę za hinduski symbol szczęścia, wcale nie jestem zdziwiony. Zdziwiony jestem, że prokuratorem można w tym kraju zostać, będąc debilem albo łapówkarzem, a system skonstruowany jest tak, że debil albo łapówkarz swoją wersję – sprzeczną z faktami i logiką – spokojnie może przeforsować. I zdziwiony jestem, że w kulturze mogą działać takie zera moralne jak Tomasz Jodłowski czy Anna D. z wydawnictwa P. Które nie potrafią powiedzieć (dlatego zresztą zera moralne): zrobiłem źle, przepraszam, żałuję, poniosę konsekwencje.

piątek, 20 marca 2015

O „uczciwości” przedstawicielki Psychoskoka

W recenzji grafomańskiego gniota Jolanty Nasiłowskiej pt. „Ja, oni i Dżej” wskazałem, że pseudowydawnictwo prowadzi promocję tej książki w sposób nieuczciwy:

Przedstawicielka Psychoskoka Agnieszka Jakimiuk Marzol jest do tego stopnia bezczelna, że w serwisie „Lubimy czytać” wystawia tej książce najwyższą notę jako czytelniczka, „zapomniawszy” podać, że jest pracownikiem wydawcy.

Na tę krytykę ocena znikła, znikł również profil pani Jakimiuk Marzol.

Czyżby przyjęcie krytyki, umiejętność przyzwoitego zachowania się, refleksja, że może jednak nie wypada udawać czytelnika, kiedy jest się wydawcą? O, święta naiwności! Wystarczy chwilę poszukać, by odkryć, że Agnieszka Jakimiuk Marzol przemianowała się na Anetę Mazur.

Zadanie za pięć punktów: znajdź podobieństwa między zdjęciami. A kto nie znajdzie, niech porówna numery profili.

„Czytelniczka” Mazur przejęła od „czytelniczki” Jakimiuk Marzol umiłowanie do pozycji wydawanych przez Psychoskok – ostatnich dwadzieścia dodanych książek to wyłącznie książki tego „wydawnictwa” – oraz zachwyt nad nimi, na ostatnich dwadzieścia ocen wystawiła 16 dziesiątek i 4 dziewiątki.

I teraz jest wszystko w najlepszym porządku: Aneta Mazur nie jest pracownikiem Psychoskoka, może więc jego książki obiektywnie oceniać jako czytelniczka, a to, że czyta tylko książki Psychoskoka i jest nimi nieodmiennie zachwycona, oceniając je na 9 lub 10 punktów, nie powinno nikogo dziwić. Przecież wiadomo, że taka renomowana oficyna jak Psychoskok wydaje samiutkie arcydzieła, a skoro tak, to czytanie książek z innych wydawnictw jest czystą stratą czasu.

czwartek, 19 marca 2015

A bo klient jest kretynem

Bank ING, w którym mam konto, powiadomił mnie, że od kwietnia muszę zapłacić kartą za zakupy o wartości co najmniej 300 złotych w miesiącu, by uniknąć dość słonej opłaty za tę kartę (zdaje się, że 7 zł). Dotąd było 200 zł, a kiedy konto zakładałem, wcale nie tak dawno, 100.

Tego rodzaju praktyki same w sobie uważam za chamskie. Mamy deflację, a nie 50-procentową inflację, więc nie ma żadnego obiektywnego uzasadnienia, by ten limit podnosić. Bank po prostu szuka dodatkowych zysków, bo zdaje się, że wskutek obniżanych stóp procentowych spadły mu dochody z kredytów. Wkurzające jest też, że może sobie tak jednostronnie zmieniać warunki, na jakich otworzył rachunek, bo tabela opłat i prowizji nie jest częścią umowy. A ja nie bardzo rozumiem dlaczego i dlaczego KNF bankom na coś takiego pozwala. Przecież opłaty są najważniejszym czynnikiem branym pod uwagę przez klienta, kiedy decyduje się, czy z usługi chce skorzystać, czy nie. A w przypadku usług bankowych musi korzystać w ciemno, bo nie ma żadnej gwarancji, że bank nie wpadnie na pomysł, żeby po miesiącu czy dwóch nie wprowadzić opłaty za coś, co miało być bezpłatne, albo podnieść obowiązującą, i nie ma żadnej możliwości, żeby się przed taką praktyką bronić.

Ale tak naprawdę zirytowało mnie nie samo podniesienie limitu, tylko sposób, w jaki Bank ING mnie o tym poinformował:

1. Przygotowaliśmy udogodnienie dla osób, które używają lub zamierzają używać kilku kart do jednego konta. Będziemy sumować wszystkie Państwa transakcje dokonane następującymi rodzajami kart: Visa Zbliżeniowa, Debit MasterCard Zbliżeniowa, Zbliżak Visa oraz Zbliżak MasterCard. W tej sposób ułatwione będzie osiągnięcie sumy transakcji stanowiącej podstawę zwolnienia z opłaty.

2. Nie pobierzemy miesięcznej opłaty za kartę, jeśli suma Państwa miesięcznych transakcji kartami wyniesie co najmniej 300 zł.

Czyli Bank ING usiłuje sprzedać swoim klientom podwyższenie limitu jako „udogodnienie” i najwyraźniej uznaje ich za debili, którzy się na taką prymitywną manipulację nabiorą. Mam jedną kartę i punkt pierwszy mnie nie dotyczy, tylko drugi, i zapewne tak samo większość klientów, bo inaczej wprowadzenie zasady, że opłatę anulują zsumowane wydatki ze wszystkich kart, bankowi by się nie kalkulowało. A przecież ING nie zapragnął nagle ściągać z opłat za karty mniej pieniędzy niż dotąd. Oczywistym jest, że chce z tego źródełka mieć wyższe zyski, ale nie ma ochoty się do tego przyznawać i robi swoim klientom wodę z mózgu.

A ja sobie wypraszam. Nie jestem debilem i proszę mnie, szanowni państwo menadżerowie ING Banku Śląskiego, przestać jako takiego traktować. Proszę mi uczciwie napisać, że podnosicie limit, a jako rekompensatę dajecie tym, którzy mają więcej kart, możliwość zsumowania wydatków, a nie próbować mi wmówić, że zwiększenie limitu spowoduje, że łatwiej będzie ten pułap osiągnąć. A jeśli wam się wydaje albo przeprowadziliście badania, że większość waszych klientów to debile, którzy się na to nabiorą, to ja bardzo proszę o powieszenie na drzwiach oddziałów tabliczek z napisem „Bank dla idiotów” albo „Obsługujemy tylko klientów z IQ poniżej 80”. Ponieważ w towarzystwie idiotów przebywać nie lubię, IQ też u mnie nieco wyższe, będę wiedział, że ING Bank Śląski mam omijać z daleka.

czwartek, 12 marca 2015

Wydać Polańskiego!

Kiedy wybuchła sprawa Polańskiego i jego stosunku z trzynastolatką, byłem po stronie tych, którzy uważali go za pedofila, i oburzały mnie komentarze usprawiedliwiające jego zachowanie czy nawołujące do tego, by przymknąć na nie oko, bo facet jest wybitnym artystą (co do tego, że jest, nie ma oczywiście żadnych wątpliwości). 44-latka uprawiającego seks z 13-latką każdy uzna za zboczeńca, więc nie rozumiem, dlaczego ta perspektywa ma się zmieniać, kiedy wyjdzie na jaw, że ten 44-latek nakręcił „Bal wampirów” i „Pianistę”. Wybitny artysta może być wybitnym skurwysynem i wcale nie trzeba na to zamykać oczu, nie deprecjonujemy w ten sposób jego dzieł i nadal możemy się nimi zachwycać.

Później natrafiłem na wypowiedź seksuologa, która kazała mi zrewidować swój pogląd co do pedofilii Polańskiego: stosunek z osobą dojrzałą płciowo nie jest de facto stosunkiem z dzieckiem, jest nim wyłącznie de iure, jeśli prawo danego kraju zakazuje stosunków seksualnych z osobami poniżej określonego wieku. Przy czym ta granica jest czysto uznaniowa, w Polsce jest to 15 lat, w USA 18. A zatem faceta, który śpi w Polsce z 14-latką, a w Stanach z 17-latką, można i należy postawić przed sądem, ale nie można uznać za pedofila, bo wcale nie pociągają go dzieci, tylko młodziutkie kobiety. Pozostałem jednak przy swojej opinii, że Polański jest zboczeńcem, bo chociaż trzynastolatka ma ciało kobiety, to psychikę dziecka (to jest zresztą powód, dla którego prawo nie zezwala na stosunki z chwilą osiągnięcia dojrzałości płciowej) i facet po czterdziestce powinien zdawać sobie z tego sprawę i trzymać od niej ręce z daleka.

Obecnie toczy się procedura ekstradycyjna, bo Stany domagają się od nas wydania Polańskiego. Argumenty przeciwko wydaniu są następujące:

Zarzuty w Polsce się przedawniły. Wprawdzie nie przedawniły się w USA, a zgodnie z umową ekstradycji bierze się pod uwagę miejsce popełnienia przestępstwa, ale umowa mało ważna, ważne, że my nie mamy ochoty na wydanie reżysera.

Polański zapłacił odszkodowanie, a dziewczyna mu wybaczyła. Będę się upierał, że skłonność do wybaczania jest wprost proporcjonalna do wysokości odszkodowania, a zatem facet, który może wyłożyć parę milionów dolców, jest uprzywilejowany w stosunku do gołodupca.

Polański ma już 82 lata. Z tego by wynikało, że wiek daje immunitet przed odpowiedzialnością karną, co dla mnie jest nowością, bo nie znam takiego zapisu w kodeksie karnym, że dotyczy on osób tylko do określonego wieku. Rozumiem, że można odstąpić od karania osoby starej, schorowanej, niedołężnej, ale przecież sam wiek o niczym nie przesądza. Polański, mimo swych 82-lat, jest najwyraźniej w świetnej formie, nadal jest aktywny zawodowo. Skoro ma siły, żeby kręcić filmy, na pewno pobyt w celi mu nie zaszkodzi.

I ostatni argument, kuriozum wygłoszone przez byłego ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ćwiąkalskiego (cytuję za „Wyborczą”): „nie ma jednak pewności, że Polański miałby sprawiedliwy proces w USA, bo jest tam inny system prawny i jak pokazuje życie, ławy przysięgłych bywają stronnicze”. Jak pokazuje życie, jeśli oskarżony chce, by jego sprawę osądził możliwie bezstronny, wykształcony, inteligentny i logicznie myślący sędzia, powinien zrobić wszystko, by stanąć przed sądem polskim.

W Ameryce nie ma świętych krów. Możesz sobie być sławnym reżyserem czy bokserem (casus Tysona), jeśli złamiesz prawo, odpowiadasz jak każdy szary obywatel. My do tego nie dorośliśmy. Przed znanymi nazwiskami władze się korzą. Wybitnemu artyście wolno więcej. Owszem, można się zgodzić, że więcej w tym sensie, że nie będziemy go krytykować za zachowania, które w przypadku innych osób uznamy za niemoralne, ale nie na immunitet w przypadku złamania prawa. Tymczasem Polański ma całkiem spore grono zwolenników, którzy uważają, że taki immunitet z racji artystycznych osiągnięć mu się należy. I moim zdaniem właśnie dlatego powinniśmy Polańskiego Amerykanom wydać. Nie musimy, praktyka jest taka, że raz wydajemy, a raz nie, ale zgadzając się na ekstradycję Polańskiego, minister sprawiedliwości (bo to on podejmie ostateczną decyzję) pokazałby, że Polska jest krajem, w którym rzeczywiście, a nie tylko deklaratywnie, wszyscy są równi wobec prawa. I oczywiście nie mam złudzeń, że nikt się na żadną ekstradycję nie zgodzi, bo w nadwiślańskim folwarku, owszem, wszystkie zwierzęta są sobie równe, ale niektóre są równiejsze od innych.

PS. Dostrzegam ten paradoks, że wydając Polańskiego, by pokazać, że wszyscy są równi wobec prawa, potraktujemy go surowiej niż zwykłego obywatela, który w tej sytuacji mógłby uniknąć wydania.

niedziela, 1 marca 2015

Trochę intelektu, intelektualistko!

W wiadomej sprawie pojawił się jeszcze jeden moralista, a raczej moralistka, niejaka Paulina Stoparek, która w tekście Trochę kultury, człowieku kultury! postanowiła przywołać mnie do porządku, oczywiście kompletnie nie interesując się kluczową kwestią, że podawanie recenzenta do sądu przez autora, który nie może przeboleć krytyki, jest czymś niszczącym życie literackie.

Pan Pollak idzie ku sławie po trupach, byle by było głośniej i bardziej egzotycznie. Wg mnie to żałosne. I jaką by pani Grzebuła nie była kiepską pisarką jestem po jej stronie, bo jest ofiarą karierowicza. [Ten cytat akurat nie pochodzi z artykułu, tylko z komentarzy na Booknews.]

Stosując tę samą sufitologiczną metodologię oskarżania co Paulina Stoparek, napiszemy, że Paulina Stoparek to wyrachowana osoba, która udaje święte oburzenie, żeby ściągnąć na swojego bloga tłum zainteresowany najgłośniejszym w ostatnich dniach sporem w literackiej części internetu, do tego cynicznie kalkulująca – co już jest naprawdę żałosne – że lepiej opowiedzieć się po stronie, którą uznała za słabszą (bo jako obrońca uciśnionych zyskuje się więcej punktów), chociaż na dłuższą metę tej osobie zaszkodzi, utwierdzając ją w przekonaniu, że krytyka utworu była niesprawiedliwa.

Mam siostrę młodszą o trzy lata. Gdy byłyśmy dziećmi – a wówczas te trzy lata były niczym przepaść – i się kłóciłyśmy, Babcia zwykła mawiać do mnie: „A wstydź ty się, ustąp głupszemu, starsza jesteś i mądrzejsza!”.
Przytaczam tę anegdotkę nie bez powodu.

Anegdotkę? A jaka jest humorystyczna pointa tej anegdotki, bo nie załapaliśmy?

Dzieł tej powieściopisarki (…) nie znam, słyszałam, że są okropne, ale nie w tym rzecz.

No właśnie w tym rzecz, że do komentowania rwą się osoby, które materiałów nie znają, nie chce im się z nimi zapoznać, żeby mieć merytoryczne podstawy do wygłaszania opinii, tylko z pozycji MORALNYCH AŁTORYTETÓW się OBURZAJĄ. Skoro macie takie inklinacje, to polecam poprosić księdza, żeby na ambonę wpuścił i pozwolił kazania wygłaszać.

Mnie dziwi – ba, bulwersuje! – co innego: czemu szanowany ponoć pisarz (…) bawi się w pisanie recenzji, które są oczywistą prowokacją?

Piękne zdanie. Słówko „ponoć” ładnie zrzuca z piedestału, a jak napiszemy „oczywistą”, to wiadomo, że ta prowokacja to oczywista oczywistość. Przy czym nas dziwi – ba, bulwersuje! – że pani Stoparek odmawia pisarzowi, i to szanowanemu tylko ponoć, prawa do pisania recenzji, niech będzie, że będących oczywistą prowokacją. A niby czemu pisarz nie może pisywać takich recenzji?

Przy czym warto zaznaczyć, że jego blogowe wpisy to nawet nie są stricte recenzje, ale w znacznej mierze skopiowane cytaty z powieści Pani, opatrzone jego kąśliwymi, nierzadko niepotrzebnie okrutnymi komentarzami.

„Skopiowane cytaty”. Piękna rzecz; nie zwykłe przytoczenie słów, tylko skopiowane. Podkreśla, że łajzie nawet pisać się nie chciało, tylko kopiował, a skoro kopiował, nie zaś normalnie przytoczył, to pewnie pokątnie, nielegalnie. Podoba nam się też zdemaskowanie, że wpisy nie są recenzjami sensu stricto. Nikt się wprawdzie nie usiłuje upierać, że są, ale za wyważenie otwartych drzwi też punkty się należą. Wysiłek to wysiłek. Jakie komentarze są okrutne i dlaczego, się nie dowiadujemy, bo pani Stoparek, jak każdy nastawiony na pouczanie, a nie dyskutowanie, nie troszczy się o argumenty i uzasadnianie swoich twierdzeń.

daje do zrozumienia, że [Grzebuła] jest chora („grafomania to choroba”)

Chapeau bas, bo manipulacja jest tak perfekcyjna, że nawet osoba inteligentna może nie dostrzec, na czym polega. Otóż, żeby uczciwie zaprezentować moje poglądy, Stoparek musiałaby napisać „twierdzi, że jest chora na grafomanię”. Tyle że wtedy zamysł Stoparek, by pokazać mnie jako mendę, diabli by wzięli. Bo co to za menda, która do oponenta krzyczy nie „jesteś chory!”, tylko „jesteś chory na grafomanię!”.

„jakoś przestać czytać jej książek nie potrafi i na ich lekturę czasu najwyraźniej nie szczędzi, by następnie poświęcić przypuszczalnie sporo energii – i ponownie: czasu! – na pisanie coraz to nowych epistoł w nie uderzających. Przy czym słowa „epistoły” używam z ironią (dziwne, że tak kiepskim ponoć dziełom krytyk regularnie poświęca tyle akapitów)

Umiejętne stosowanie ironii polega na tym, że nie trzeba wyjaśniać czytelnikowi, że piszemy ironicznie, sam zauważy. Ale szanuję, że Stoparek nie przecenia swoich umiejętności pisarskich i woli się zabezpieczyć, wykładając kawę na ławę. Dziwię się tylko, że pani Stoparek, najwyraźniej pałając do mnie niechęcią, jakoś przestać o mnie myśleć nie potrafi i na lekturę moich wypowiedzi czasu nie szczędzi, by następnie poświęcić przypuszczalnie sporo energii – i ponownie: czasu! – na ich komentowanie.

blogowe wpisy Pana przypominają mi (…) mówienie „na stronie”, niczym w teatrze, przypominające od niechcenia wbijane szpile, o których wiadomo, że prędzej czy później dotrą do Pani i (…) szlag ją jasny trafi!

Teraz rozumiem, dlaczego Stoparek tak się za Grzebułą ujmuje, obie stosują porównania od czapy, więź duchowa. Dlaczego niby moje blogowe wpisy przypominają mówienie „na stronie”? Przecież to sensu za grosz nie ma. Blog to blog. Bloger pisze i wrzuca do sieci. I co z tego, że wiadomo, że notka trafi do adresata? Ktoś mu nakazuje czytać? Jest jakiś przymus zapoznawania się z recenzjami swoich książek? Jeśli pisarz (prawdziwy) wie, że recenzent mu niechętny, to albo czyta i olewa, albo olewa. I po sprawie.

Zgadzam się powszechną opinią, że książka w momencie wydania staje się własnością publiczną i zawsze można spodziewać się komentarzy na jej temat, nawet najgłupszych, bo dzisiaj komentuje każdy, również największe matoły

Tak, z przykrością musimy potwierdzić tę przykrą okoliczność, że dzisiaj komentuje każdy, również największe matoły.

ale niechże ludzi kultury, pisarzy, krytyków, publicystów, tych wszystkich odpowiedzialnych za „rząd dusz” (…) cechuje pewien poziom!

Dotąd mi się wydawało, że pisarze są ludźmi kultury, ale zdaje się Paulina Stoparek właśnie na mojej osobie udowadnia tezę, że nie, więc wszystko okej. Bardzo chciałem się dowiedzieć, jaki poziom ma mnie cechować, ale się, niestety, nie dowiedziałem, bo pani Stoparek nie napisała, tylko przeszła do porównań na poziomie:

Tymczasem Pan nie jest lepszy od Brytyjczyków przyjeżdżających do Krakowa i kąpiących się w fontannach oraz demolujących publiczne toalety.

Nie wiem, jak państwo, ale ja doceniam umiarkowanie Pauliny Stoparek. Bo przecież mogła napisać, że jestem gorszy od terrorystów podrzynających gardła zakładnikom. Dlaczego nie?

Pluszcze się na blogu w swoich przepełnionych jadem wpisach niczym wspomniani przyjezdni, wystawiający gołe dupska i krzyczący „Look at me!!”

Stosując poetykę porównań Pauliny Stoparek, napiszemy, że Paulina Stoparek wskoczyła do tej fontanny, obnażyła cycki i krzyczy: „Nie patrzcie na jego dupsko, patrzcie na moje cyce!!”.

zamiast robić to, do czego jest ponoć stworzony, czyli tłumaczyć zacne szwedzkie dzieła i pisać książki.

Alleluja! Jak to, proszę państwa, przeczytałem, to mnie taka błogość i szczęśliwość ogarnęła, że państwo sobie nawet nie wyobrażają. Bo chodziłem po tej ziemi jak to dziecię we mgle zabłąkane, nad sobą się zastanawiałem, nad sensem życia, dokąd idę, ku czemu zmierzam, kim jestem, odpowiedzi znikąd, aż tu – alleluja! hosanna na wysokościach! – Paulina Stoparek mnie objawiła, żem do tłumaczenia szwedzkich dzieł i pisania książek stworzon. Z tej błogości i szczęśliwości to na spacer długi poszedłem, żeby ptaszków posłuchać, kwiatki powąchać, na trawce se poleżeć, bo jak człowiek ze sobą pogodzony, to się zachwyca, że wróbelek pięknie ćwierka, że stokrotka ładnie pachnie, że trawka mięciutka. I kiedy tak na tej trawce mięciutkiej leżałem, to się zastanawiać zacząłem i cała błogość i szczęśliwość jebać się poszła. Bo takie już moje nieszczęście, że ja się ciągle nad wszystkim zastanawiam. I tak mnie na przykład zastanowiło, że zanim pisać zacząłem, tylko tłumaczem byłem i gdybym wtedy Paulinę Stoparek spotkał, to ona by orzekła, żem do tłumaczenia zacnych dzieł szwedzkich stworzony, więc nigdy bym do pisania się nie wziął. Zacząłem też powątpiewać w boską inspirację słów Stoparek, bo Bóg jest wszechwiedzący, a Stoparek najwyraźniej nie wiedziała, że nie tylko zacne dzieła, ale i pornosa zdarzyło mi się przetłumaczyć. I co teraz? Skąd wiadomo, żem do tłumaczenia zacnych szwedzkich dzieł, a nie szwedzkich pornosów stworzony? A jakbym chciał się na ten przykład bułgarskiego nauczyć i bułgarskie dzieło, zacne czy niezacne, przełożyć, to, kurwa, co? Bóg błyskawicą prostą jak srebrny sztylet trupem mnie położy? A jeśli książki i pisanie zechcę porzucić i śpiewakiem zostać, to co, nie wolno mi? No dobra, słuchu nie mam, słoń mi na ucho nadepnął, ale skoro Grzebuła może pisać, to ja przecież mogę śpiewać. A zatem skąd wiadomo, żem do pisania i tłumaczenia książek stworzony, a nie do wyśmiewania grafomanów na blogu?
Potem też mnie zastanowiło, czemu Paulina Stoparek zajmuje się krytyką mojej osoby i przywoływaniem mnie do porządku, skoro nie do tego została stworzona. Nie podejmuję się wprawdzie powiedzieć, do czego została stworzona, z Panem Bogiem jestem w dość kiepskich relacjach, więc z pewnością mi tego nie wyjawi, ale nie sądzę, by Pan Bóg chciał zmarnować tak błyskotliwy umysł na tak mało znaczące zadanie.

Publicznie pastwi się nad Panią, kopie leżącego,

Rozumiem, że krytyki należy pisywać prywatnie i wieszać sobie na ścianie? A skoro tak, to dlaczego pani publicznie pastwi się nade mną, pani Stoparek? I w jakim sensie Grzebuła jest leżąca, bo nie wiem? Ktoś wbrew jej woli udostępnił publicznie teksty, które pisała do szuflady? Przecież to nie amatorka, która rozdaje swoje książki zaprzyjaźnionym czytelniczkom, tylko zawodowiec, który je sprzedaje i bierze za nie pieniądze.

zamiast poprzestać na merytorycznej i krytycznej – nie chamskiej, nie popisowo złośliwej! – recenzji JEDNEJ książki Pani i więcej do jej dzieł nie wracać.

No tak, trzeba przyznać, że ludzie o zamordystycznych skłonnościach nie mają we współczesnej Polsce zbyt wielu możliwości, by się realizować. Aż mi Stoparek żal, że się w takiej Korei Północnej nie urodziła, tam mogłaby w obozie pracy na więźnia się wydzierać, że mu JEDNA kromka chleba dziennie przysługuje i ani pół więcej.
Co do chamstwa, to zacznijmy od chamstwa Stoparek polegającego na tym, że nie raczyła przeczytać, co w tej kwestii napisałem, albo to ignoruje. Niewąska arogancja, bo nie odnosząc się do moich słów (odniesienie się popchnęłoby dyskusję do przodu), zmusza mnie do ich powtarzania. Ale dobrze, powtórzę. W wywiadzie dla serwisu Książka zamiast kwiatka powiedziałem:
„Skupienie się na twórczości Grzebuły jest w sumie dość przypadkowe. Zaczęło się od krytyki koszmarków językowych na stronie Evanartu, wydawnictwa ze współfinansowaniem. Po tej krytyce zostałem zaatakowany przez autorów owego pseudowydawnictwa, że bezprawnie odmawiam im miana pisarzy. No to postanowiłem wziąć tekst jednego z nich i przeprowadzić dowód, że zapłacenie za wydanie książki z nikogo nie robi pisarza. Natrafiłem na fragment powieści Grzebuły i doskonale się do tego celu nadał. Później, ponieważ zjawisko self-publishingu interesuje mnie kompleksowo, chciałem omówić odbiór takiej książki wydanej ze współfinansowaniem. Akurat „Obsesja” Grzebuły miała najwięcej fatalnie napisanych pozytywnych recenzji. A ostatni tekst wziął się stąd, że Grzebuła zaatakowała mnie jako krytyka w swojej powieści. Gdyby nie to, prawdopodobnie bym się twórczością tej pani więcej nie interesował”.
Stoparek ten wywiad zna, bo pod nim komentuje. Gdyby charakteryzowała się jakąś minimalną intelektualną uczciwością, nawet jeśli reprezentuje stanowisko, że wolno napisać tylko jedną recenzję (którego to stanowiska oczywiście nie uzasadnia, bo i po co, skoro może je wykrzyczeć), to musiałaby dostrzec, że obraz jest zniuansowany, że przy drugiej recenzji punkt ciężkości spoczywa na odbiorze książki, że przy trzeciej odpowiadam na ataki Grzebuły (w tym na wnoszenie sprawy do sądu). I gdyby chodziło jej o polemikę, to musiałaby się do tych faktów odnieść. Ale jej nie chodzi o polemikę, tylko o chamską (a co se będę żałował, skoro Stoparek sobie nie żałuje) napaść na krytyka, który jej się nie podoba.
Ale nawet gdyby obraz nie był zniuansowany i napisałbym trzy recenzje na jedno kopyto, to MAM PRAWO TO ZROBIĆ, WIĘC NIECH PANI ZNAJDZIE SOBIE INNE UJŚCIE DLA SWOICH CENZORSKICH ZAPĘDÓW, PANI STOPAREK. Jeśli chce pani decydować, ile można napisać recenzji, rozstrzygać, jaka recenzja jest merytoryczna i właściwie krytyczna, i zakazywać „popisowo złośliwych”, to polecam emigrację na Kubę, tam jeszcze potrzebują takich ludzi. Coś pani wyjawię, pani Stoparek, niech pani się mocno trzyma, bo to będzie dla pani szok: złośliwość, sarkazm, kpina to są w pełni uprawnione środki wyrazu w krytyce literackiej.

A jakby ktoś uznał, że kuriozów w tekście Stoparek mało, to zamieszcza ona pod nim następujące oświadczenie:

wszelkie komentarze i riposty dotyczące powyższego tekstu będą przeze mnie ignorowane, nawet ich nie przeczytam, aby czasem nie dać się sprowokować, gdyby okazało się, że cechują je jad lub żółć (…) Biorę odpowiedzialność za to, co napisałam, ale nie chcę się bawić w potyczki na komentarze etc. Szkoda mi na to czasu i nerwów. (…) Proszę, aby to uszanowano.

Ktoś może się pokusić o egzegezę, czego pani Stoparek oczekuje? W jaki sposób mamy uszanować? Nie komentować i nie replikować? AŁTORYTET MORALNY obwieścił ex cathedra i zabrał dupę w troki, informując czytelników, do których skierował swój tekst, że w tejże dupie ma, jakie oni mają zdanie w sprawie? To jest ta kultura, o którą się pani upomina? Ale w ogóle polemikę napisać wolno? Jeśli komuś wisi, czy pani przeczyta, czy nie. Czy też uzna to pani za brak szacunku? A jeśli pani uzna za brak szacunku, to jakie grożą konsekwencje?

Paulina Stoparek to absolwentka filmoznawstwa, czyli osoba po wyższych studiach humanistycznych, mająca ambicje publicystyczne. Chciałoby się powiedzieć: intelektualistka.

Intelektualistka zabiera głos w żywo debatowanej sprawie. Sprawy dokładnie nie zna, nie przeczytała inkryminowanych tekstów, wypowiedzi, które padły w toczącej się debacie, olewa i publikuje tekst, w którym wyraża swoje OBURZENIE, o meritum praktycznie nie pisząc.

Tekst jest skonstruowany następująco: wprowadzenie anegdotką, która nie jest anegdotką, mające pokazać, że dwie strony się kłócą, następnie atak na jednego z oponentów, potem otwarte pytanie, który z oponentów ma rację, choć prezentowany był tylko jeden, po czym ponowny atak na tego nielubianego. Czyli treść nie pasuje do formy. Pierwsza i trzecia część wskazują, że miało być w miarę obiektywne pokazanie sporu i pozwolenie, by czytelnik sam rozstrzygnął, ale Stoparek nie potrafi się tego zamysłu trzymać, bo ją krew zalewa, więc całość przeradza się w napaść na krytyka. Napaść dosyć obrzydliwą, krzycząca o kulturę Stoparek, bez żenady używa obraźliwych porównań.

Językowo, jak na osobę o ambicjach publicystycznych, kiepskawo. „(…) nie przystoi się pastwić nad twórcą, nieważne jak kiepski by on nie był” (jeśli już, to „nieważne, jak kiepski on jest”). „Pan, który najwyraźniej nie umie powiedzieć sobie „stop” (a nie jest to czasem wyrazem wysokiego IQ?)”. Autorce zapewne chodzi o to, że wyrazem wysokiego IQ jest rzeczona umiejętność, a nie nieumiejętność, ale to nie wystarczy pomyśleć, trzeba jeszcze, nomen omen, umiejętnie sformułować.

Przenikliwość intelektualna gdzieś na poziomie gimnazjum. Sprowadzanie sporu między osobą piszącą a krytykującą do apelu (podkreślonego obrazkiem) „ustąp głupszemu” jest dziecinne. Poza tym nie wiem jak Marta Grzebuła, ale ja wcale nie byłbym zachwycony, gdyby jakiś mój zwolennik wzywał mojego oponenta do oddania mi pola, argumentując „ustąp mu, bo on jest głupszy od ciebie”. A przecież Stoparek de facto to robi, wcale nie zastanawia się, kto jest mądrzejszy, tylko uznaje za mądrzejszego mnie, a pretensje są o to, że w tej sytuacji powinienem ustąpić, a nie chcę. Czyli protekcjonalizm wobec Marty Grzebuły, taki sam jak u Królika. Ja traktuję Grzebułę odpowiednio do jej ambicji i traktuję ją jako równorzędnego uczestnika rynku literackiego (i odpowiednio do tego krytykuję), Stoparek i Królik mówią „ulitujcie się nad nią, skoro to grafomanka, niech ona sobie żyje w przekonaniu, że jest utalentowaną pisarką”. Pełen protekcjonalizm.

Debatować w szkole Pauliny Stoparek nie nauczyli, więc Stoparek nie dyskutuje, tylko krzykiem obwieszcza oponentom, jak ma być. Nie ma tezy popartej argumentami, jest nakaz. Wolno ci, Pollak, napisać jedną recenzję powieści Grzebuły. Nie jedną na książkę, tylko jedną na całą karierę literacką Grzebuły. W żadnym wypadku złośliwą. A potem szlus. Bo ja tak mówię. Dlaczego tak mówię, nie wiem, bo się nad swoimi tezami nie zastanawiam, tylko je bezmyślnie spisuję. Chociaż skończyłam wyższe studia humanistyczne, nie spotkałam się nigdy z tym, żeby jeden krytyk zjechał dwie książki tego samego autora, nie czytałam nigdy żadnej prześmiewczej recenzji, a jak przeczytałam, to nic z niej nie pojęłam ani nie zapamiętałam. Chociaż pisuję recenzje książek, nie mam bladego pojęcia, że od ładnych paru lat taka forma krytyki, jaką uprawiasz, istnieje i nikt normalny nie ma o nią pretensji, więc nie wolno ci, Pollak, brać „skopiowanych cytatów” i okraszać ich kąśliwymi uwagami. To mówię ja, Paulina Stoparek, magister elegancji i wulkan intelektu.

piątek, 27 lutego 2015

Królik z ulicy Mysiej

W sprawie zamiaru wniesienia przez Martę Grzebułę pozwu do sądu (nie wiem, dlaczego nazywanej sporem czy konfliktem, skoro chodzi o bezprzykładny zamach na prawo krytyka do napisania o książce, że jest do kitu) głos zabrał niejaki Marcin Królik. Najpierw zrelacjonował sprawę:

Pollak kilka razy „zmiażdżył” na swoim blogu twórczość Grzebuły. Teraz Grzebuła chce złożyć w sądzie pozew o zniesławienie. Przy czym – jak twierdzi – nie chodzi o to, że Pollak skrytykował jej książki, ale że zelżył ją jako człowieka. Podobno są podstawy.

Piękne, nie? Podobno są podstawy. Królik to podobno dziennikarz, ale „zapomniał” sprawdzić fakty i podać, że Grzebuła tych podstaw nie potrafi wskazać. Ale jak podobno są podstawy, to pewnie coś jest na rzeczy, gdzieś z pewnością ten wredny Pollak tę biedną Grzebułę zelżył, błotem rzuciliśmy, przylepiło się, niech teraz sobie Pollak gada zdrów, że o Grzebule jako człowieku pół słowa nie napisał. (No, przepraszam, napisał o jej notorycznych kłamstwach, ale to już po wybuchu sprawy).

Od razu chcę rzecz postawić jasno. Pollak w krytyce zarówno Grzebuły, jak i całego zjawiska tzw. vanity publishingu ma sporo racji. (…) Ja jednak mimo to staję po stronie Marty Grzebuły. Robię to dlatego, że w moim przekonaniu ta sprawa nie ma, i chyba nigdy nie miała, nic wspólnego z literaturą. Uważam, że chodzi tu o czystej wody nienawiść człowieka do człowieka.

A ja uważam, że Królik to pisze, bo pała do mnie głęboką nienawiścią, czystej wody nienawiścią, a potajemnie jest zakochany w Marcie Grzebule. Szalenie zakochany. Budzi się rano i szlag go trafia, że taki Pollak postponuje jego ukochaną, przez cały dzień aż trzęsie się z nerwów i ciągle wyobraża sobie, jak to Pollaka w mordę strzeli, a Martuchnę przytuli. Brednie? Brednie. Ale skoro Królik może sobie na podstawie faktu, że zjechałem twórczość Grzebuły, wyciągać i ogłaszać publicznie wnioski, że jej nienawidzę, to ja na podstawie faktu, że bierze w sprawie jej stronę, mogę sobie wyciągać i ogłaszać wnioski, że jest w niej zakochany.

Paweł Pollak w swoich „analizach” prozy Marty Grzebuły przekroczył subtelną granicę dzielącą krytykę, nawet ostrą, od werbalnego kamienowania. I temu muszę się sprzeciwić z całą mocą.

No, to żeśmy się uśmiali, a uśmialiśmy się dlatego, że Królik komentował nasz wpis dotyczący wolności słowa i wyglądało na to, że zgadza się z naszą tezą, że kiedy postawimy wolności słowa granicę, to ją zlikwidujemy. Ale jak przyszło co do czego, to Królik przybiegł pierwszy, że przekroczyliśmy granicę. Chociaż, przyznajmy uczciwie, nie taką zwykłą a subtelną. Gdzie przebiega subtelna granica, decyduje Królik. Marcin Królik, ul. Mysia 3, Warszawa.

Wszyscy używamy ostrych słów – ja również – trudno mi jednak uważać za krytykę ciągnące się w nieskończoność drobiazgowe rozbiory zdań i całych paragrafów.

Czyli ostre słowa – owo potworne „werbalne kamienowanie” – to „drobiazgowe rozbiory zdań i całych paragrafów”. Domyślamy się, że Królik używa smartfonu wyłącznie do dzwonienia, bo skoro wychował się w świecie, gdzie telefon służył do dzwonienia, to przecież nie może być tak, żeby służył jeszcze do czegoś innego. Królik, chociaż pisze w internecie, nie zauważył, że tenże internet z jednej strony umożliwił publikowanie wszelkiej maści grafomanom, z drugiej zaś zlikwidował bolączkę krytyków gazetowych, jaką był brak miejsca na dokładne omówienie utworu. Te dwa czynniki spowodowały pojawienie się nowej formy krytyki literackiej: ciągnące się w nieskończoność drobiazgowe rozbiory zdań i całych paragrafów. Bo jest na to miejsce i dlatego, że jest to najbardziej adekwatny sposób krytyki w przypadku utworu stricte grafomańskiego. Weź się pan, panie Królik, dokształć i zajrzyj sobie na przykład na stronę Niezatapialnej Armady Kolonasa Waazona. A jak pan już tamtą stronę sobie obejrzysz, to wziąwszy pod uwagę, że ci ludzie „werbalnie ukamienowali” grubo ponad dwustu autorów, a długość ich analiz bije moje na głowę o kilka, właśnie, długości, poinformuj, jaką przewidujesz dla nich karę. Łamanie kołem czy przypalanie żywym żelazem.

Pretensje Królika to kuriozum nie z tej ziemi. Facetowi nie podoba się, że zbyt dobrze uzasadniłem krytykę. Że punkt po punkcie wykazałem, że utwór Grzebuły jest grafomański. Ale gdybym wygłosił taką opinię ex cathedra, wtedy przyleciałby pierwszy z pretensjami „A gdzie uzasadnienie?!”. Gdybym podał dwa przykłady, krzyczałby: „No coś pan, na podstawie dwóch błędów chcesz twierdzić, że ktoś nie umie pisać?! Każdemu mogą się zdarzyć dwa błędy!”.

Trudno nie uznać za umyślne pastwienie się sytuacji, gdy autorka publicznie, na Facebooku, ogłasza zamiar złożenia pozwu, a jej adwersarz publikuje kolejną taką kolubrynę.

„Pastwić się” to, jak podaje „Słownik języka polskiego” pod red. Szymczaka „postępować z kimś okrutnie (szczególnie z osobą bezbronną)”. Osoba bezbronna najpierw zaatakowała adwersarza w swojej powieści. Następnie osoba bezbronna wytoczyła przeciwko niemu ciężkie działa w postaci procesu sądowego. Kontrę pan Królik uznał za pastwienie się. Coś panu powiem, panie Królik. Gdyby Grzebuła nie wymyśliła Pylona, a któryś z czytelników by mi o tym nie napisał, więcej pewnie bym się jej twórczością nie zajmował. Ale gdyby Pylona nie było, to na zapowiedź pozwu wziąłbym tekst Grzebuły i specjalnie napisał analizę. Bo to była jedyna możliwa reakcja na skandaliczną próbę zamknięcia krytykowi ust: pokazać, że się temu szantażowi nie ulegnie. Jarzysz pan konkluzję czy muszę panu wprost napisać? To, że ja się Grzebułą zajmuję, zawdzięcza ona w dużej mierze sama sobie.

Paweł Pollak z uporem maniaka młotkuje mantrę, że robi to dla dobra literatury. Śmiem w to wątpić. Literatura ma od groma ważniejszych (i poważniejszych) problemów niż garstka ludzi realizujących hobby po godzinach.

Orzekł Marcin Królik. Jak widzimy, to Marcin Królik definiuje problemy literatury, ustala, które są ważne i o których należy pisać. Marcin Królik, ul. Mysia 3, Warszawa.

Kiedy Paweł Pollak ostatnio czytał jakiś ciekawy debiut?

Oho. Coraz lepiej, Marcin Królik będzie mi teraz dyktował, co mam czytać. A jak ja nie chcę czytać debiutów, tylko powieść Marty Grzebuły, to co, panie Królik? A czemu jej powieść gorsza od ciekawego debiutu? Czyżby nie uważał jej pan za pełnoprawną pisarkę? To za jaką?

I nie mam tu na myśli produkcji komercyjnej. Kiedy ostatnio rozgorzała jakaś naprawdę ważka dyskusja wokół książki? Gdzie jest głęboko intelektualna eseistyka około literacka? Bo chyba za takową trudno uznać zerżnięte z materiałów promocyjnych „recki” w działach kulturalnych coraz gorzej redagowanych gazet. Dlaczego lekturowy kanon wyznaczają dzisiaj nie wybitne dzieła, lecz nagrody i budowane na ich podstawie rankingi? I czemu – wreszcie – te nagrody mają wydźwięk stricte środowiskowy? I jak to się dzieje, że literaci z jednego towarzystwa gardzą tymi z drugiego, na ogół nawet ich nie znając?
Dlaczego Paweł Pollak się tym nie zajmuje, skoro aż tak leży mu na sercu dobro rodzimego piśmiennictwa?

Dlatego, że Paweł Pollak nie musi pisać o tym, o czym pisać mu pan Królik z ulicy Mysiej nakaże. Paweł Pollak sam sobie dobiera tematy i sam decyduje, pod jakim kątem chce pisać o literaturze. Przy czym teza, że pan Pollak pisze wyłącznie o grafomanach, jest z gruntu nieprawdziwa. Pan Pollak zamieścił np. kilka tygodni temu znakomite opowiadanie Hjalmara Söderberga pt. Pocałunek. Wielowarstwowe, dające asumpt do wielorakich analiz, napisane pięknym językiem. Polska premiera jednego z klasycznych opowiadań w literaturze szwedzkiej. Czy pana Królika ten najwyższej próby literackiej utwór zainteresował? Czy pan Królik zamieścił pod nim komentarz, napisał o nim u siebie na blogu, udostępnił na Facebooku? Nie. Ale jak wybuchła gównoburza, to pan Królik jest wszędzie, wszędzie się wypowiada i komentuje, co myśli o gównoburzy. I krzyczy, że ja nie zajmuję się tak literaturą, jak powinienem. Znasz pan słowo „hipokryzja”, panie Królik?

Jednak wolność to również odpowiedzialność. I świadomość, że ma się w ręku niebezpieczną broń. Słowa mogą zabijać. (…) Na blogu Pawła Pollaka odbywa się w tej chwili sieciowy lincz na Marcie Grzebule. Komentarzy przybywa, lajków też – wykres statystyk na pewno szybuje w kosmos. Głupia stara baba, co nie potrafi się pogodzić z brakiem talentu, chce ciągać po sądach pisarza, chce mu kneblować usta. Jak trzeba być emocjonalnie kalekim, żeby nie dostrzegać całego wachlarza odcieni szarości. To jest zwyczajnie i po ludzku okrutne.

To już nie ma nic wspólnego z opinią. To jest obrzydliwy szantaż moralny. Nie krytykujcie Grzebuły, nie śmiejcie się z niej, bo kobieta jeszcze gotowa popełnić samobójstwo. Jeśli chce pan, panie Królik, znaleźć winnych, którzy doprowadzili do tego, że ta kobieta jest wyśmiewana, to udaj się pan łaskawie do właścicieli Warszawskiej Firmy Wydawniczej i Evanartu, którzy wprowadzili ją w przekonanie, że jest pisarką. Udaj się pan do Katarzyny Krzan, redaktor naczelnej E-bookowa, która „wydaje” i sprzedaje jej książki z pełną świadomością, że to są kompletne gnioty. Udaj się pan do jej „przyjaciół”, którzy nie umieją jej powiedzieć, żeby dała sobie spokój. Udaj się pan do blogerów i krytyków, którzy podtrzymują jej ułudę, że dobrze pisze. Spójrz pan na siebie, bo takimi wpisami utwierdzasz ją w przekonaniu, że racja jest po jej stronie. Jak pan się tak o nią troszczysz, to pójdź pan do niej i przekonaj ją, żeby przestała się ośmieszać, wystawiając swoje kalekie utwory na widok publiczny, a odchrzań się pan od ludzi, którzy oceniają to, co mają prawo oceniać, i śmieją się z tego, co jest śmieszne.
A jak już pan do niej pójdziesz i usłyszysz, że jesteś jej wrogiem, plujesz jadem i zostałeś zmanipulowany przez Pollaka, to może wtedy do pana dotrze, że to nie żadna zahukana staruszka, tylko cwana baba, która świetnie potrafi wykorzystać image miłej starszej pani, by skupić wokół siebie zwolenników, która świetnie potrafi zorganizować kampanię kłamstw i oszczerstw, która sprawnie zwalcza krytyka (nie krytykę), zohydzając go na wszelkie możliwe sposoby, która ma siły i środki, by walczyć z nim nawet w sądzie.

A skoro jesteśmy przy sądzie, to zauważmy, że Królik albo nie dostrzega podstawowego aspektu całej sprawy, czyli tego, że mamy do czynienia z bezprecedensową próbą zakneblowania krytyki i zmuszenia recenzentów, by odstąpili od wyśmiewania utworów, które uważają za grafomańskie, albo go kompletnie ten aspekt nie interesuje. A ja już dostaję maile, że ludzie autentycznie się boją, czy jakiś trzeciorzędny autorzyna nie przeczyta o sprawie Grzebuły i nie dojdzie do wniosku, że to wcale nie jest głupi sposób na rozprawienie się z krytykami. I dodają, że w ich przypadku byłby to sposób skuteczny.

Marta Grzebuła ma prawo żyć.

A ktoś ją, przepraszam, morduje? Stuknij się pan w głowę, panie Królik.

Ma prawo pisać, co i jak chce. I wydawać to, gdzie chce, jeśli taka jej wola i zawartość budżetu. Ma też prawo zamieszczać na Facebooku zdjęcia piesków i kwiatków. A Paweł Pollak ma prawo mieszać ją z błotem. Tylko że w moich oczach odrobinę mniejsze. Najgorszy rodzaj pogardy to taki, któremu za punkt wyjścia służy jakaś racjonalnie uzasadniona słuszność, choćby cząstkowa. Trudno takie zło obalić, bo skutecznie się broni – Pollak na przykład za tarczę bierze sobie Barańczaka – ale to nie znaczy, że można być na nie ślepym. I nie można milczeć. Nigdy! Żadna wolność słowa do tego nie uprawnia.

Pogarda? Mówienie komuś, że jest niekompetentny, to gardzenie nim? Zło? Zło, panie Królik? Według jakich standardów prześmiewcza krytyka grafomańskiego utworu jest złem? Weź pan zadzwoń do najbliższej podstawówki i poproś, żeby pozwolili panu wziąć udział w zajęciach z etyki.

środa, 25 lutego 2015

KŁAMIE!

Marta Grzebuła i jej akolici prowadzą intensywną kampanię kłamstw i oszczerstw, mającą zatuszować fakt, że wnosi przeciwko mnie pozew w odwecie za krytykowanie jej twórczości i by zniechęcić mnie do zajmowania się jej tekstami. Niestety, kampanię do pewnego stopnia skuteczną i dlatego czuję się zmuszony do niej się ustosunkować.

Zacznijmy od ogólnego podejścia: Grzebuła ma przeciwko mnie jakieś dowody, zna jakieś moje niecne motywy, dlaczego krytykuję jej pisaninę, były jakieś obraźliwe teksty, które usunąłem. Co i jak nie powie, bo to jest sprawa dla sądu. Okej. Można swojej taktyki przeciwnikowi nie ujawniać, ale to się wtedy idzie do sądu bez ogłaszania tego na wszystkich możliwych forach i urządzania sądu kapturowego nad przeciwnikiem.

Co do obraźliwych epitetów. W żadnym z moich tekstów na blogu ani w komentarzach do tych tekstów nie ma jednego obraźliwego słowa odnoszącego się do Marty Grzebuły. Wszystkie opinie sformułowane zarówno w tekstach, jak i w toczących się pod nimi dyskusjach odnoszą się wyłącznie do Marty Grzebuły jako autorki, do jej twórczości, nigdy do niej jako człowieka. Tutaj mamy zresztą do czynienia z sytuacją, że złodziej krzyczy „łapać złodzieja”, bo Grzebuła i jej akolici obrażają mnie bez skrępowania. Grzebuła zarzuca mi, że obrażałem ją w anonimowych komentarzach. Nie ma takich obraźliwych komentarzy na moim blogu. Do tego nigdy nie wypowiadam się anonimowo, wyłącznie pod nazwiskiem. Może Grzebuła w to nie wierzy, ale przekona się o tym, kiedy będzie próbowała udowodnić w sądzie, że jest inaczej. Grzebuła i jej akolici twierdzą, że złagodziłem pierwotne teksty i teraz może obrazy nie da się z nich wyczytać, ale wcześniej była. Maria Długoczewska, pani znana mi jako redaktorka „Obsesji”, pisze na profilu Grzebuły: „fakt że po interwencji Kamili te pan zmienił kilka zdań, nie oznacza że nie mamy oryginałów”. No to ja jestem bardzo ciekaw tych oryginałów, bo teksty po zamieszczeniu nigdy nie były modyfikowane, oświadczam więc z pełną odpowiedzialnością: pani Długoczewska KŁAMIE (zacznę stosować wersaliki jak Grzebuła).

Zresztą jej kłamstwa mogę od razu udowodnić. Pani Długoczewska żołądkuje się: „Mało tego gdy Pani Marta napisała prywatną wiadomość do tego pana, - mamy kopie- ów człowiek również raczył ją obrazić. W swoim mailu, zasugerował by szła sprzątać ulicę a nie pisała. PYTAM czy tak postępuje człowiek mający klasę?”.

Grzebuła rzeczywiście napisała do mnie maila po pierwszym tekście, prosiła o radę, czy powinna dalej pisać. Wspomniałem o tym mailu w komentarzach, chwaląc, że zadziwiająco rozważnie przyjęła krytykę (jednak długo w tej postawie nie wytrwała). Są państwo ciekawi, jak zasugerowałem, by szła sprzątać ulicę? Ano tak: „stan rzeczy (…) jest taki, że do pisania nie ma Pani predyspozycji i żadne warsztaty tego nie zmienią. Albo się Pani z tym pogodzi, albo będzie narażała na taką krytykę jak dzisiejsza. Nie ma nic uwłaczającego w niebyciu pisarzem, jest wiele innych dziedzin, w których można się wykazać”. Nawet przyjmując, że Maria Długoczewska jest wtórną analfabetką i ma kłopoty z elementarną interpretacją tekstu, to wniosek jest tylko jeden: pani Długoczewska KŁAMIE.

Przytaczałem już zasadniczy zarzut Grzebuły, której wcale nie chodzi o krytykę jej tekstów, bo ona krytykę kocha, szanuje i respektuje, i ona w ogóle dziękuje, jak ją krytykują, i nawet na spotkaniu autorskim jeden pan ją krytykował, ale wdzięcznie i z szacunkiem, i ona mu podziękowała, i wszyscy klaskali, i nożeż kurwa, czego pan Pollak nie może tak dystyngowanie, żeby klaskano i się wzruszano i żeby wszyscy się kochali? Nie, broń Boże, Grzebuła wcale nie ma pretensji, że pan Pollak bezlitośnie obnaża, że jest skończoną grafomanką, ona ma pretensje, że zapowiedział zrobię wszystko by ją zwalczyć. W wersji Długoczewskiej: podłożem stało się słowo "wyeliminować" "Zniszczę" zrobię wszystko by ja usunąć" "Dla mnie to grafomanka którą trzeba wykończyć". Wtóruje jej Luiza Dobrzyńska: Posuwa się nawet do gróźb typu "wykończę tę grafomankę, to mój cel". Jak widzimy, w relacji akolitek groźby eskalowały. A ja oświadczam z pełną odpowiedzialnością: Marta Grzebuła, Maria Długoczewska i Luiza Dobrzyńska KŁAMIĄ. Nigdy nic takiego nie napisałem, ani w formie wkładanej mi w usta, ani w postaci tekstu, który można by tak zinterpretować. Chyba że zastosuje się metodę Długoczewskiej, że porada, by nie pisać, jest wysłaniem człowieka do sprzątania ulicy. Powtórzę więc. Grzebuła, Długoczewska i Dobrzyńska KŁAMIĄ.

Ale to wcale nie koniec tego wątku. W wywiadzie udzielonym serwisowi Booknews Marta Grzebuła oświadcza:

Nie jestem chwastem, by mnie tępić. Nie jestem stonką, by mnie unicestwiać. Mam takie samo prawo do życia, do realizacji marzeń jak wszyscy, jak każdy.

„Mam prawo do życia”? Znaczy się, pani Marta Grzebuła obawia się o swoje życie? Że zaciukam ją w ciemnej uliczce? Skoro tak, to domyślam się, że niedługo panie Długoczewska i Dobrzyńska obwieszczą, że nie chodzi wcale o negatywne recenzje, tylko o to, że Martę Grzebułę zamordowałem i zakopałem u siebie w ogródku, w związku z czym należy mnie powiesić. Oczywiście dlatego, że zamordowałem Grzebułę, a nie dlatego, że wkurzam je i irytuję swoimi tekstami i nie chcę pań Dobrzyńskiej i Grzebuły uznać za pisarki. A pani Grzebuła potwierdzi ich wersję, ujawniając, że żyje, co zapewne Dobrzyńskiej i Długoczewskiej nie przeszkodzi w dalszym utrzymywaniu, że ją zamordowałem, skoro sens, logika i zgodność z faktami to nie są rzeczy, które uwzględniają one w swoich wypowiedziach.

Gdy pierwszy raz zetknęłam się z jego opinią o tekście, który uznał za mojego autorstwa – choć wcale tak nie było - oburzyłam się bardzo. Usiłowałam wyjaśnić to nieporozumienie, ale po jakiś czasie odpuściłam. Nie dotarły rzeczowe argumenty, więc dałam sobie spokój.
(…)
Ani też pierwsza recenzja (dotycząca pewnego opowiadania), która pojawiła się na blogu P. Pollaka, nie dotyczyła tej powieści. Bo to nie był mój tekst. Już tyle razy o tym pisałam, tłumaczyłam, że zaczyna mnie to męczyć. Tłumaczenie się, że „nie jest to mój kawałek podłogi” staje się przykre. I to nie ja na tym się „wyłożyłam”, a pan Pollak.
Bo jak nazwać to, co uczynił?
Podpisał moim nazwiskiem i zrecenzował tekst, którego nigdy nie napisałam.

Końcówka jest zrozumiała, ale przy tych trudnościach, jakie autorka ma z formułowaniem myśli, nie wszyscy musieli załapać, że pierwszy akapit dotyczy tego samego. Wyjaśniam więc, że Grzebule chodzi o to, że pierwszy jej tekst, który zjechałem, fragment powieści „Otchłań zła”, wcale nie był jej autorstwa, co usiłowała mi wytłumaczyć, ale ja na te tłumaczenia pozostałem głuchy. Pamiętają państwo jeszcze, że Grzebuła przysłała mi po tej krytyce maila? No to ja teraz fragment tego maila zacytuję. Cytata brzmi tak: „(…) dziękuję za ogrom pracy jaką Pan włożył w tak dogłębną analizę mojego tekstu”. M o j e g o tekstu. Co, pani Grzebuła, myślała pani, że tego maila już nie mam? Mam. I stanowi on jednoznaczny dowód, że pani KŁAMIE. A jakby komuś takiego dowodu było mało, to pod rzeczoną krytyką zamieściła pani kilka komentarzy. I w żadnym z nich nie prostuje pani, że tekst wcale nie jest pani autorstwa. Zapomniała pani sprostować? Czy pani teraz zwyczajnie KŁAMIE? I to strasznie nieudolnie.

Minął jakiś czas, a ten pan wziął się za powieść „Obsesja” – przy czym nie kupił jej, pobrał tylko darmowy fragment (co też o czymś świadczy) – i poddał go ostrej krytyce. Przyznaję, że dość merytorycznej, nawet mu podziękowałam za taki trud, za tak dogłębną analizę, lecz zapytałam dlaczego ograniczył się tylko do fragmentu. Nie było odpowiedzi.

Po krytyce „Obsesji” Grzebuła nie kontaktowała się ze mną mailowo, nie wzięła też udziału w dyskusji pod wpisem, pierwsze komentarze zamieściła dopiero w ostatnich dniach (a wpis jest z listopada), informując, że poda mnie do sądu. Czyli Grzebuła KŁAMIE, twierdząc, że podziękowała mi za krytykę „Obsesji” i że nie udzieliłem jej odpowiedzi, dlaczego ograniczyłem się do fragmentu. Podziękowała za krytykę po pierwszym tekście i wtedy też zgłosiła pretensje, że omawiam tylko fragment, na co dostała odpowiedź, że fragment do oceny warsztatu jest wystarczający (można sprawdzić w komentarzach). Zresztą ta biedna pani Grzebuła, tak oburzona, że nie recenzuję całej jej książki (Niestety w moim odczuciu ktoś, kto opiera swoją opinię tylko na fragmencie i wyrokuje o całości danego tekstu, popełnia błąd.), prośbę o udostępnienie pełnego utworu do recenzji oczywiście zignorowała. Po pierwotnej akceptacji krytyki Grzebuła zmieniła front o sto osiemdziesiąt stopni jeszcze w czasie trwającej dyskusji pod wpisem i już wtedy zaczęła grozić mi sądem (można sprawdzić w komentarzach). Twierdząc więc, że cierpliwie przez rok znosiła „upokorzenia”, zanim pomyślała o pójściu do sądu, KŁAMIE.

pobrał darmowy fragment – nie wiem skąd

No tak, podejrzany typek, ściąga sobie pokątnie fragmenty powieści, których normalnie by nie dostał. Wie pani skąd, bo napisałem to w swoim tekście. Czyli znowu pani KŁAMIE.

Sam twierdzi, że tylko trzy razy, wydał „wyrok” na mnie. Na mnie? Co to znaczy? Jak mam to rozumieć?

Nie twierdzę, bo nic takiego nie napisałem. Pani Grzebuła, nie rozumie pani, nie wie pani, co znaczą słowa, których pani sama jest autorką i które bezczelnie mi pani przypisuje? Pani KŁAMIE. Nie, twierdząc, że nie rozumie pani tych słów, bo ja się zgadzam, że pani nie rozumie tego, co sama pani pisze, ale wkładając mi w usta słowa, których nigdy nie wypowiedziałem.

na jego podstawie [fragmentu „Obsesji”] wydał „wyrok” na całość powieści… i na mnie. Wtedy pojawiło się sporo agresywności słownej pod mim adresem.

Ponieważ nie podaje pani żadnych przykładów tej agresywności, oświadczam z pełną odpowiedzialnością: pani bezczelnie KŁAMIE.

Ale największym, moim zdaniem, nietaktem z jego strony, było wciągnięcie recenzentów do „wojny”, którą ze mną rozpoczął. Zarzucał im i mnie kumoterstwo…

Aha? Cytat poproszę. Dopóki nie ma cytatu, oświadczam z pełną odpowiedzialnością: Marta Grzebuła KŁAMIE.

Ba! nawet sugerował, że to ja wymusiłam na nich dobre recenzje. …

Aha? Cytat poproszę. Dopóki nie ma cytatu, oświadczam z pełną odpowiedzialnością: Marta Grzebuła KŁAMIE.

Wyszłam z propozycją (nawet wzajemnych) przeprosin.
We wspomnianym komentarzu, zapowiadającym pozew: Aha jak Pan nie pamięta swojego motywu, to przypomnę Panu go w sądzie. No chyba, że na łamach FB jak i swojego bloga przeprosi Pan mnie i RECENZENTÓW których Pan zniesławił.

Wzajemnych oznacza, że panią i recenzentów, czy pani znowu KŁAMIE?

Komuś chciało się liczyć, na ilu kłamstwach złapałem Grzebułę? Bo mnie nie.

PS. Serwis Książka zamiast kwiatka przeprowadził ze mną wywiad w tej sprawie. Z kolei jutro będzie wywiad na Booknews, dam tutaj linka.

Dopisek 26.02: Zapowiadany wywiad na Booknews. A tutaj jest fantastyczny komentarz do całej sprawy blogerki, którą rekomendowałem we wpisie o „Samotności twórcy”. Kto tam nie kliknął w linka, niech to zrobi, bo naprawdę warto.