Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wydawnictwa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wydawnictwa. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 17 października 2016

Dupa pracuje na utrzymanie, czyli gdzie Muza ma czytelników

Czytelnicy mojego bloga poinformowali mnie, że pojawiła się skorygowana wersja przekładu „Marsjanina”. Kiedy ktoś coś robi dobrze, to go chwalę, zwróciłem się więc do Arkadiusza Nakoniecznika, redaktora naczelnego wydawnictwa Akurat (imprintu Muzy), by mi to umożliwił:

Ponieważ praktycznie nie zdarza się, by krytyka przekładu skutkowała wydaniem nowej wersji, z miłą chęcią napiszę o tej pozytywnej reakcji wydawnictwa na swoim blogu, proszę więc o udostępnienie (w formie elektronicznej) nowej wersji przekładu.

Nakoniecznik e-booka rzeczywiście mi przysłał, ale zanim zabrałem się do sprawdzania przekładu, natrafiłem na informację dla klientów, rozsyłaną przez Publio:

(…) Wydawnictwo Akurat opracowało nową wersję tłumaczenia książki Andy’ego Weira „Marsjanin” (…) dostępny jest plik zawierający wersję skorygowaną, wolną od nieścisłości, jakie obecne były pierwotnym tłumaczeniu na język polski.

Dobre. Błędy dyskwalifikujące przekład to w nomenklaturze państwa z Publio są „nieścisłości”. Czy też należy się cieszyć, że nie napisali „drobnych”?

Dziękujemy Wydawcy oraz Czytelnikom, którzy swoją wiedzą techniczną i znajomością języka oryginału przyczynili się do powstania nowej wersji „Marsjanina” w tłumaczeniu na język polski.

Niezła hipokryzja. Z tego, co wiem, a mogę się chyba uważać za zorientowanego w sprawie, jedynym czytelnikiem, który wskazał, że tłumaczenie jest poniżej wszelkiej krytyki, był niejaki Paweł Pollak. I Publio świetnie o tym wie, bo tenże Pollak zwracał się do Publio, żeby oddało mu szmal za bubla, ale Publio, zamiast oddać kasę za wybrakowany towar, posłało tegoż czytelnika do diabła, najpierw ignorując jego korespondencję, a potem zasłaniając się pozbawionym większego sensu pisemkiem swojego prawnika. A wydawca (sorry, Wydawca), któremu Publio tak serdecznie dziękuje, zamierzał olać krytykę nie powiem jaką cieczą i poprawił przekład jedynie dlatego, że zażądała tego strona amerykańska. Dodajmy jeszcze, że od zamieszczenia krytyki do pojawienia się nowej wersji minęło ponad pół roku i przez ten czas zarówno wydawnictwo, jak i księgarnia Publio bez cienia poczucia, że robią coś niewłaściwego, brały pieniądze od czytelników (sorry, Czytelników) za sknocone przez fuszera tłumaczenie.

Sprawdziłem, czy jakieś „nieścisłości” ostały się w przekładzie. Cała masa. Z mojej analizy wynika, że tłumaczenie zostało poprawione tylko we wskazanych przeze mnie miejscach (i też nie we wszystkich). To, że pracownik wydawnictwa – przy czym sposób wprowadzenia poprawek wskazuje raczej na sprzątaczkę niż redaktora – zasiadł do ratowania tłumaczenia nie z oryginałem, a z moim wpisem przed nosem, widać najwyraźniej po tym, że passusy z wytkniętymi przeze mnie błędami zostają skorygowane, ale te z nimi sąsiadujące, które również zawierają błędy, już nie. I tak na stronie 349 krytykowaną napuszoną frazę „dzięki, że po mnie przybywacie” poprawiający zmienił na „dzięki, że po mnie wracacie”, ale trzy linijki niżej nie uzupełnił po zdaniach „NASA sporo się nagłówkowała nad procedurami. Działają” brakującego „That’s not to say they’re easy”. Bo na to konkretne opuszczenie nie wskazałem. Nic też sprzątaczce nie zazgrzytało (jak wiadomo, sprzątaczki nie mają najlepszego wyczucia językowego) w porównaniu, że elementy statku „nawet w grawitacji Marsa są ciężkie jak skurwysyn” (even in Mars-g they’re heavy motherfuckers). Skurwysyny mają różne charakterystyczne cechy, ale akurat duża waga nie jest jedną z nich.

Na stronie 42 poprawiono anglicyzm „guess” i zamiast „zgaduję, że powinienem wytłumaczyć, co się stało” jest jak należy, czyli „przypuszczam, że…”. Szkopuł w tym, że dwa akapity dalej nadal straszy „ważna notatka”, choć, mimo „note” w oryginale, powinna być „uwaga”. Tyle że akurat tego dosłownego tłumaczenia nie wskazałem. Na stronie 43 pojawiło się opuszczone nawiązanie do frazy ze „Star Treka” „Cholera, Jim, jestem botanikiem, a nie chemikiem!”. Dopisujący tego Jima przeszedł do porządku dziennego nad następnym zdaniem, rozpoczynającym kolejny akapit: „Chemia jest niechlujna”. Chemia nie może być niechlujna, niechlujne to może być na przykład tłumaczenie.

W tej sytuacji nie może dziwić, że na stronach, gdzie wskazanych błędów nie poprawiono, nadal niechlujstwo Marcina Ringa występuje w pełnej krasie. Pozostawiono na przykład skrócony opis tłumacza, jak astronauta przygotowuje ziemię pod uprawę. I z tej samej strony (21) czytelnik dowiadywał się i nadal dowiaduje, że Mark Watney poleciał na Marsa zarabiać jako prostytutka: „Dupa pracuje na moje utrzymanie (…)”. Najwyraźniej tłumacz uznał, że z Watneya rasowy kurwiszon, który zdoła puścić się na pustyni za dwa worki piasku, więc brak innych ludzi na planecie nie będzie dla niego szczególną przeszkodą. W oryginale jest „My asshole is doing as much to keep me alive (…)”, czyli nie pracuje na utrzymanie, tylko utrzymuje przy życiu.

Innym dowodem, że poprawiający nawet nie zajrzał do oryginału i korzysta wyłącznie z mojej pracy (może wypłaci mi pan stosowne honorarium, panie Nakoniecznik?), jest passus ze śluzami, który skrytykowałem następująco: „natrafiałem na (…) bezsensowne opisy (np. na str. 30: „Frustrujące jest to, że nie można połączyć śluzy pompowanych namiotów z innymi śluzami!”, gdy z tekstu wynika, że bohater się frustruje, bo można je połączyć z innymi śluzami, tylko ze śluzą Habu nie, co akurat chce zrobić)”. Kierując się moją uwagą, pseudoredaktor poprawił następująco: „Frustrujące jest to, że nie można połączyć śluzy pompowanych namiotów ze śluzą Habu!”. Nie popatrzył ani następny akapit mojego wpisu, gdzie cytuję oryginał (The frustrating part is pop-tent airlocks _can_ attach to other airlocks!), ani na dalszy tekst w książce, który sprawia, że jego poprawka jest bez sensu. Bo tym tekstem są wyjaśnienia Marka, w jakim celu umożliwiono łączenie śluzy namiotów z innymi śluzami: „Mógłbyś mieć tam rannych ludzi albo za mało skafandrów. Musisz być w stanie wyciągnąć ludzi ze środka, nie narażając ich na kontakt z marsjańską atmosferą”.

W niektórych miejscach poprawki zostały naniesione częściowo. I tak na stronie 47 zdanie „Zaskakująco denerwujące było wymyślenie tego, jak sprawić, żeby łazik trzymał temperaturę, nawet gdy mnie tam nie ma” poprawiono na „Zaskakująco denerwujące było wymyślenie tego, jak sprawić, żeby łazik trzymał temperaturę, nawet gdy jest pusty” choć moja propozycja brzmiała „Zaskakująco denerwujące było znalezienie sposobu, żeby pusty łazik trzymał temperaturę”. W jakim celu zostawiono niezgrabne „wymyślenie tego, jak sprawić”? Na mój gust, żeby zatuszować, że korzysta się z mojego wpisu. Nakoniecznik zapewne obawiał się, że sięganie wprost po moje rozwiązania może się skończyć procesem o naruszenie praw autorskich, więc najwyraźniej pracownik dostał prikaz, by zrzynać tak, żeby nie było widać, że zrzyna. A przynajmniej, żeby nie dało się tego udowodnić w sądzie. I czasami kompletnie nie miał pomysłu, jak to zrobić. Na przykład w zaproponowanym przeze mnie zdaniu „Niemal całe zapasy misji są na powierzchni” zamiast tragicznego „Tam jest niemalże cała misja w zapasach na powierzchni” (str. 56) opuścił orzeczenie i efekt jest następujący: „Ewakuowali się po sześciu dobach. Niemalże całe zapasy misji na powierzchni. Szóstka kosztowałaby tylko ułamek tego co zwykła misja”. Tekst wprawdzie kuleje, ale przynajmniej pan Pollak nas nie pozwie.

W wielu miejscach wskazane przeze mnie błędy nie zostały w ogóle poprawione. Na przykład na stronie 103 fraza „Długie podróże to moja specjalność” pozostała bez zmian, chociaż wskazywałem, że w oryginale jest: „Long-ass trips are my business”. Ponieważ nie podałem polskiego tłumaczenia, nasuwa mi się podejrzenie, że poprawiający w ogóle nie znał angielskiego i nie wiedział, co z tym począć (za tą tezą przemawia też poprawka ze śluzami, być może poprawiający wcale nie przeoczył cytatu z oryginału, tylko go po prostu nie zrozumiał).

Choć są też passusy, gdzie napisałem, o co chodzi, a poprawka nie została wprowadzona. Na przykład nadal nie ma wyjaśnienia, że Mark będzie układał ogniwa słoneczne na łaziku w jeden stos, bo potrzebuje miejsca na sondę (str. 108). Złamane cholerne narzędzie ze strony 37 nadal jest złamanym narzędziem, a nie rozpołowioną komorą spalania.

A wiedzą państwo, jak ten domorosły redaktor poradził sobie z bezsensowną frazą „Tak wspominam” ze strony 7? Po prostu ją opuścił. Co potwierdza moje przypuszczenie, że nie znał angielskiego, więc nie umiał sobie przetłumaczyć, i że pilnował się, by nie przepisywać dosłownie ode mnie, a zwrotu „Żeby była jasność”, jako zbyt krótkiego, nie umiał przerobić. Teraz akapit zaczyna się po prostu od „Nie umarłem 6. sola”, bo kto by się tam przejmował, że w oryginale jest wcześniej jakiś tekst. I nadal jest „umarłem”, zamiast „zginąłem”, jakby Mark nie był astronautą, któremu w każdej chwili grozi tragiczna śmierć, tylko 90-letnim staruszkiem dogorywającym w swoim łóżku.

Poprawiający nie raczył nawet przeczytać książki na nowo. Każdy redaktor bowiem zatrzymałby się na przykład na zdaniu: „Minie tylko sto solów po moim wyjeździe i zostanę zabrany (albo umrę, starając się)” (str. 240). Może nie domyśliłby się, że tłumaczowi chodzi o śmierć podczas próby zabrania astronauty z Marsa, skoro Ring zaplątał się we własny język, ale nie mógł nie dostrzec, że tłumacz się zaplątał. Wskazane przeze mnie błędne użycie liczebnika zostało poprawione (śluzy mają już teraz tylko dwoje drzwi, a nie dwie pary), ale używanie np. zwrotu „sęk w tym” w znaczeniu „trik polega na tym” (str. 8), już nie.

Podsumowując, jakiś niedouczony redaktorzyna poświęcił może ze trzy kwadranse na naniesienie paru poprawek na krzyż i tak samo chłamowaty przekład wydawnictwo Muza/Akurat wciska czytelnikom, twierdząc, że teraz już dostają właściwie wykonane tłumaczenie. Czyli hucpy ciąg dalszy. Bezczelność Muzy i pana Nakoniecznika powala. Doskonale wiedzą, że czytelnicy przyjmą zapewnienie o poprawionym przekładzie na wiarę. Bo nie będzie im się chciało czy nie będą mieli możliwości sprawdzić, ale też, co ważniejsze, wychodząc z założenia, że do ludzi pracujących z książkami można mieć zaufanie, że podejrzewanie ich z góry o oszustwo byłoby nie na miejscu. I rzeczywiście natknąłem się na komentarze chwalące wydawnictwo za właściwą reakcję na krytykę. Jak pan przyjął te komentarze, panie Nakoniecznik? Zaśmiewał się pan w kułak, że wyprowadził czytelników w pole?

Niektórzy zadają sobie pewnie pytanie, dlaczego Nakoniecznik w tej sytuacji udostępnił mi nową wersję. Myślę, że doszedł do słusznego wniosku, że nie ma wyboru. Gdyby tego nie zrobił, nie odciąłby mi przecież drogi do zapoznania się z „poprawionym” tekstem, a miał jak w banku, że o jego odmowie napiszę. Wyszedłby na oszusta, który okłamuje czytelników i stara się przed nimi zataić, że dostają dokładnie taki sam szajs, jak wcześniej. A tak zapewnił sobie alibi: może rżnąć głupa, że wcale nie jest oszustem, tylko niedorajdą, który nie wie, co się dzieje w zarządzanym przez niego wydawnictwie. Zlecił poprawienie przekładu, myślał, że redaktor poprawił, a redaktor wywinął mu taki numer. Ja oczywiście tego nie kupuję. Choćby dlatego, że Nakoniecznik jako tłumacz literatury doskonale wie, że tego przekładu nie da się poprawić, trzeba zrobić nowy. I dlatego, że cała jego reakcja na krytykę tłumaczenia „Marsjanina” wskazuje, że produkcja przekładowych bubli jest w wydawnictwie Akurat przyjętą normą. Przypomnę: mój tekst usiłował zignorować, nie zdobył się na żadne wyjaśnienia czy przeprosiny dla czytelników, że zlecił tłumaczenie fuszerowi bez cienia talentu literackiego, nie wycofał tego przekładu, tylko nadal go sprzedawał. I żeby jeszcze fatalna jakość tłumaczenia została spowodowana ekonomiczną koniecznością. Ale nie. Stawki za tłumaczenia literackie są tak spłaszczone, że dobrym tłumaczom wcale nie płaci się więcej niż takim dyletantom jak Ring. Czyli Nakoniecznik po prostu uważa, że to mało ważne, jak książka będzie przełożona. Grunt, żeby czytelnik miał pojęcie o akcji. Postawa wcale nierzadka, ale w przypadku gościa, który mieni się tłumaczem literatury, zdumiewająca. Przynajmniej dla mnie.

poniedziałek, 3 października 2016

Kupiłeś „Marsjanina”? Oddaj bubla

Skuteczne zareklamowanie książki z powodu złego tłumaczenia nie miało chyba jeszcze w Polsce miejsca, a zatem z „Marsjaninem” udała mi się rzecz bez precedensu. Zwłaszcza że wydawnictwo i księgarnia stanęły okoniem i z początku reklamacji nie chciały uznać. Ale nie dlatego, że nie zgadzały się z oceną, że tłumaczenie jest fatalnie wykonane, tylko uważały, że nie stanowi to podstawy do zwrotu pieniędzy. Przyjęło się, że książkę można reklamować, jeśli ma usterki techniczne, natomiast warstwa edytorska może być dowolnie zła, czytelnik niech się zżyma do woli, że go wydawca lekceważy. Księgarniom zaś wydaje się, że nadal trwa PRL (owszem, PiS przywraca pod nazwą Polska Rzeczpospolita Narodowa, ale przez dwie i pół dekady była przerwa) i nie one ponoszą odpowiedzialność za sprzedawane przez siebie książki, tylko wydawnictwa. Z przepisów prawa wynika coś innego: jeśli wydawca nie dochowuje wydawniczych standardów, czytelnik może książkę reklamować, a księgarniom nie wolno brać dowolnego szajsu z wydawnictw i umywać rąk. Do tego uzyskanie przeze mnie zwrotu pieniędzy za „Marsjanina” pokazało, że nie jest to martwe prawo, działa w praktyce. Nie ukrywam, że mam nadzieję, że inni pójdą w moje ślady i reklamowanie książek rażąco źle przetłumaczonych, niezredagowanych czy w ogóle będących parodią książek (jak produkcje np. Psychoskoka) stanie się normą. Nie ma innej możliwości, by wymóc na wydawcach dbanie o właściwy poziom edytorski. W sprawie „Marsjanina” zwróciłem się też do UOKiK-u, wskazując, że praktyki wydawnictw i księgarni, oferujących w pełni świadomie fatalne tłumaczenia, naruszają zbiorowe interesy konsumentów: ci zazwyczaj nie są w stanie zweryfikować poziomu przekładu, gdyż wymaga to znajomości języka źródłowego i porównania z oryginałem, a jeśli nawet są świadomi, że przekład jest zły, to nie mają możliwości nabycia konkurencyjnego. UOKiK odpisał mi, że nie naruszają i że gwarantem jakości przekładów powinien być dobrowolny kodeks etyczny wydawców. Gdzie wydawnictwa i księgarnie mają etykę, pokazały dobitnie Akurat i Publio po mojej krytyce: zamiast wycofać efekty translatorskiej nieudolności Marcina Ringa ze sprzedaży, zorganizowały na tego bubla promocję.

Dla tych, którzy chcieliby nie tylko odzyskać trzydzieści parę złotych, ale i przyczynić się do tego, że wydawnictwa zaczną na nowo dbać o odpowiedni poziom przekładów, zamieszczam krótki przewodnik, jak zareklamować „Marsjanina”.

Jak można było zobaczyć na skanie przelewu, pieniądze za książkę zwróciło mi wydawnictwo, a nie księgarnia, ale to są wewnętrzne ustalenia między nimi, jak wskazała mi urzędniczka z miejskiego biura konsumentów, zgodnie z art. 556 kodeksu cywilnego to sprzedawca ponosi odpowiedzialność za sprzedaną rzecz, a więc z reklamacją zwracamy się do księgarni. Reklamację zgłaszamy z tytułu rękojmi, a nie gwarancji. Ile mamy na to czasu? Zgodnie z art. 568 § 1 kc dwa lata od chwili zakupu. Tyle że tu jest haczyk. Wcześniej był rok, a przedłużenie do dwóch lat weszło w życie dopiero 25 grudnia 2014 r. Ponieważ „Marsjanin” został wydany 19 listopada 2014 r., wydaje mi się, że osoby, które zakupiły książkę między 19 listopada a 24 grudnia 2014 r. utraciły już prawo do rękojmii. „Wydaje mi się”, bo nie jestem prawnikiem, na co proszę brać poprawkę, z tego względu będę też wdzięczny za uwagi prawników do moich porad. Co w przypadku osób, które natkną się na ten wpis za kilka lat? Tu zastosowanie znajdzie art. 568 § 6 „Upływ terminu do stwierdzenia wady nie wyłącza wykonania uprawnień z tytułu rękojmi, jeżeli sprzedawca wadę podstępnie zataił”. Czyli osoba, które zakupiła „Marsjanina” po zamieszczeniu mojej krytyki (co nastąpiło 21.03.2016 r.) może go z tytułu rękojmi reklamować dowolnie długo (a na pewno w Publio), bo od tej chwili wiedzieli tam, że sprzedają bubla, a mimo to nadal go sprzedawali. Wyjątkiem będzie sytuacja, że ktoś kupił książkę, znając moją krytykę, ale np. chcąc sprawdzić, czy mam rację, bo wtedy znajdzie zastosowanie art. 557. § 1 „Sprzedawca jest zwolniony od odpowiedzialności z tytułu rękojmi, jeżeli kupujący wiedział o wadzie w chwili zawarcia umowy”.

Ktoś powie „co z tego, że mogę reklamować książkę przez dwa lata, przecież nie trzymam przez tyle czasu paragonu, ba, wywalam go zaraz po zakupie”. Swego czasu UOKiK pogonił sieć Auchan za umieszczanie na paragonach informacji, że są niezbędne do złożenia reklamacji. Nie są. Możemy przedłożyć inny dowód zakupu, np. potwierdzenie przelewu z rachunku, e-mail, a nawet zeznanie świadka.

Pismo (e-mail) do księgarni może wyglądać następująco:

Szanowni Państwo,
niniejszym zgłaszam reklamację zakupionej książki Andy’ego Weira pt. „Marsjanin” w oparciu o rękojmię z powodu rażąco złego tłumaczenia. Fatalna jakość tłumaczenia została wykazana przez zawodowego tłumacza literatury Pawła Pollaka w jego wpisie blogowym pt. „Siejemy ziemniaki, czyli kosmiczna fuszerka” w dniu 21.03.2016 r. (http://pawelpollak.blogspot.com/2016/03/siejemy-ziemniaki-czyli-kosmiczna.html), a następnie potwierdzona przez wydawcę w korespondencji mailowej („Dziękuję za uwagi dotyczące przekładu książki. Z przykrością muszę przyznać, że w ogromnej większości są całkowicie uzasadnione”) oraz przez fakt zwrotu pieniędzy za rzeczoną książkę po interwencji Miejskiego Rzecznika Konsumentów we Wrocławiu (oba fakty zreferowane przez Pawła Pollaka we wpisie z dnia 19.09.2016 r. pt. „Siejemy ziemniaki, czyli jak oddawałem bubla”; http://pawelpollak.blogspot.com/2016/09/siejemy-ziemniaki-czyli-jak-oddawaem.html).
Należy wskazać, że rażąco złe tłumaczenie powieści mieści się w definicji wady fizycznej rzeczy sprzedanej w rozumieniu art. 556(1) k.c., gdyż źle przełożona książka nie ma właściwości, które powinna mieć. Oferując przekład zagranicznej powieści, wydawca niejako automatycznie zapewnia czytelnika, że tłumaczenie zostało wykonane co najmniej poprawnie i że dzięki temu będzie mógł się on zapoznać z dziełem, mającym te same walory i właściwości co oryginał. Przy czym jakość przekładu nie jest kategorią subiektywną jak np. ocena, czy akcja książki jest ciekawa, czy nie, lecz podlega obiektywnej weryfikacji.
Należy również wskazać, że zwyczajowe przerzucanie odpowiedzialności za stronę edytorską książki na wydawcę i ograniczanie odpowiedzialności księgarni do usterek technicznych jest w świetle obecnie obowiązujących przepisów nieuprawnione, gdyż zgodnie z art. 556 k.c. wyłączną odpowiedzialność za sprzedany towar ponosi wobec kupującego sprzedawca, w tym wypadku księgarnia, która z kolei ma możliwość na zasadach regresu dochodzić swoich roszczeń od wydawcy (art. 576(1) k.c.).
W związku z tym, że wymiana produktu na wolny od wad czy usunięcie wady jest bezprzedmiotowe, skoro powieść została już przeze mnie przeczytana, wnoszę o zwrot należności za książkę zakupioną w Państwa księgarni w dniu xx.xx.xx (dowód zakupu w załączeniu) w kwocie xx,xx na rachunek:
Z poważaniem

[Alternatywnie]: Poniżej kategorie błędów wskazanych przez Pawła Pollaka z przykładami, należy podkreślić, że błędy występują praktycznie na każdej stronie powieści:
1) opuszczenia (np. na str. 107 passus „but I only needed the probe itself”) lub dopiski (np. na str. 352 zdanie „Muszę pogodzić się z tą myślą”), zmieniające znacząco treść oryginału;
2) nieuzasadnione skracanie opisów (np. na str. 109 część opisu budowy rampy została zastąpiona skrótem itd.);
3) zastępowanie tekstu oryginalnego autorskim tekstem tłumacza (np. scena oglądania bakterii pod mikroskopem, str. 52);
4) anglicyzmy (np. guess – zgaduję zamiast chyba, przypuszczam, comfortable – komfortowy zamiast wygodny, epic – epicki zamiast pełen przeszkód, ekscytujący);
5) niezachowanie stylu oryginału (np. wulgarne zwroty są tłumaczone neutralnie i odwrotnie; zwykłe kwestie oddawane są podniosłym językiem, np. „dzięki, że po mnie przybywacie” zamiast „dzięki, że po mnie wracacie”, str. 349);
6) niezrozumiała polszczyzna (np. „Tak wspominam” na str. 7, bohater nic nie wspomina i nie wiadomo, o co chodzi);
7) nieporadna polszczyzna (np. na str. 56 „Tam jest niemalże cała misja w zapasach na powierzchni” zamiast „Niemal całe zapasy misji są na powierzchni”);
8) błędy językowe (np. „stawka toczy się” zamiast „gra toczy się” albo „stawką jest”, str. 136, 212; „dwie pary drzwi” zamiast „dwoje drzwi”, str. 29);
9) pomylone fakty, bo tłumacz nie zrozumiał oryginału (np. na str. 37 bohater nie łamie na pół narzędzia, tylko rozpoławia komorę), przez co tekst traci sens;
10) pomylone fakty w wyniku zwykłego niechlujstwa tłumacza (np. na str. 48 temperatura w Habie wynosi plus, a nie minus pięć stopni, na str. 62 łazik stoi tyłem, a nie przodem do Habu), przez co tekst traci sens;
11) opuszczenie nawiązań kulturowych (na str. 43 pominięcie nawiązania do „Star Treka”);
12) przekłamania w stosunku do oryginału (bohater ma dwanaście ziemniaków nie „na początek”, tylko w ogóle, str. 28; astronauci odbywają nie „trudne ćwiczenia lądowania”, tylko ćwiczą twarde lądowanie, str. 105; sysop to nie dodatkowa specjalność Johanssen, tylko główna, str. 134, itd.).

Gdyby księgarnia nie chciała nam oddać kasy, możemy poprosić o interwencję miejskiego rzecznika konsumentów. Zwracamy się do rzecznika w swoim mieście (jeśli mieszkamy na wsi, to w mieście, pod które ta wieś podlega). Nie ma za to żadnych opłat i muszę powiedzieć, że w kontaktach z wrocławskim biurem rzecznika naprawdę miałem poczucie, że moje podatki są dobrze wydawane. To poczucie zresztą błyskawicznie zniwelowały panie z dolnośląskiego urzędu wojewódzkiego, które, kiedy odbierałem paszport, zajęte były podziwianiem książeczki do kolorowania z taką ostentacją, że petent (czyli ja) nie mógł mieć żadnych wątpliwości, w jakiej części ciała panie urzędniczki mają jego sprawę.

Biuro Miejskiego Rzecznika Konsumentów
Niniejszym zwracam się z prośbą o interwencję w księgarni X, która odmawia uznania reklamacji książki pt. „Marsjanin” w oparciu o rękojmię z powodu rażąco złego tłumaczenia (treść reklamacji poniżej).

poniedziałek, 19 września 2016

Siejemy ziemniaki, czyli jak oddawałem bubla

Fatalnie przetłumaczonego „Marsjanina” Andy’ego Weira postanowiłem zareklamować. Od dawna głoszę tezę, że książka jest takim samym produktem jak każdy inny i jeśli jest wadliwa, powinna podlegać reklamacji. Przy czym przez wadliwość należy rozumieć nie tylko usterki technicznie, jak na przykład niezadrukowane strony, ale również niezachowanie wydawniczych standardów, czyli właśnie złe tłumaczenie albo brak redakcji. Jest oczywistym, że nie mogę reklamować powieści dlatego, że wydawca zapowiadał ciekawą, a mnie znudziła, bo to kwestia subiektywnego odbioru, ale w mojej opinii prawo zezwala mi na reklamowanie powieści, w której jest cała masa błędów ortograficznych, gdyż można je ustalić i policzyć. Ponieważ jednak zwracania źle przetłumaczonych czy źle zredagowanych książek się nie praktykuje, byłem ciekaw, czy mi się to uda.

„Marsjanina” zakupiłem w wersji elektronicznej w Publio i w wersji papierowej w Empiku. Z książką z Empiku był ten problem, że procedura reklamacyjna wymagała odesłania jej do sklepu, a ja nie chciałem się tej książki pozbywać, gdyż miałem w niej pozaznaczane błędy w tłumaczeniu. Z reklamacją mailową zwróciłem się więc tylko do Muzy (gdzie zażądałem zwrotu pieniędzy za obie wersje) i do Publio. Nie chciałem oczywiście wycyganić podwójnego zwrotu, byłem ciekaw, kto i w jaki sposób zareaguje. Muza w ramach poszanowania klienta mnie olała, Publio odpisało mi natychmiast, że reklamację przekazuje do wydawnictwa Akurat (bo to Akurat wydało „Marsjanina”, Akurat jest imprintem Muzy, ja pisałem do Muzy dlatego, że e-maila Akurat nigdzie nie znalazłem, natomiast w książce były dane adresowe Muzy).

W kolejnym mailu Publio przekazało mi odpowiedź redaktora naczelnego Akurat Arkadiusza Nakoniecznika, która brzmiała: „Dziękuję za uwagi dotyczące przekładu książki. Z przykrością muszę przyznać, że w ogromnej większości są całkowicie uzasadnione”. Jednocześnie samo uchyliło się od odpowiedzialności: „Księgarnia Publio w której nabył Pan publikację jest jedynie dystrybutorem. I podobnie jak inni sprzedawcy na rynku książki, nie ponosi odpowiedzialności za treść merytoryczną poszczególnych pozycji. / Dokładamy najwyższej staranności, aby pliki były przygotowane poprawnie od strony technicznej. / Jednak za stronę edytorską ponosi odpowiedzialność wydawca”.

Było mi oczywiście wszystko jedno, czy pieniądze zwróci mi księgarnia (sprzedawca), czy wydawca (producent). Ponieważ jednak wydawca, chociaż przyznawał mi rację, że tłumaczenie jest źle wykonane, nie deklarował zwrotu pieniędzy, a adresu mailowego do Akurat nadal nie miałem, napisałem do Publio, że od odpowiedzialności uchyla się bezprawnie:

Zgodnie z prawem sprzedawca ponosi odpowiedzialność z tytułu rękojmi „w sytuacji, gdy rzecz sprzedana ma wadę fizyczną lub prawną. Wada fizyczna polega na niezgodności rzeczy sprzedanej z umową. W szczególności wada fizyczna występuje w sytuacji, gdy rzecz:
1) nie ma właściwości, które rzecz tego rodzaju powinna mieć ze względu na cel w umowie oznaczony albo wynikający z okoliczności lub przeznaczenia” (cytat za Miejskim Rzecznikiem Konsumentów z Poznania).
To, że rzecz (książka) nie ma właściwości, które powinna mieć (powinna być przetłumaczona na poziomie przyjętym przy publikacji tego rodzaju utworów w formie książkowej), wydawca niżej przyznaje, więc ta kwestia jest poza dyskusją.
Państwo sprzedają książki, a książki to również, a może przede wszystkim, warstwa edytorska. Twierdzenie, że odpowiada za nią wyłącznie wydawca (producent), a księgarnia (sprzedawca) nie, jest w świetle powyższej opinii nieuprawnione.

Na to przywołanie przepisów (art. 556 kodeksu cywilnego) Publio zastosowało taktykę „spierdalaj, kliencie”, czyli w ogóle nie raczyło mi odpowiedzieć. Smaczku owemu podejściu do klienta dodaje fakt, że nie ma takiej firmy jak Publio, jest to tylko nazwa księgarni prowadzonej przez spółkę Agora S.A. Tę samą, która wydaje „Gazetę Wyborczą”, gdzie dzień w dzień lecą (słuszne) gromy na PiS, że nie podporządkowuje się bezwzględnie prawu. Czyli PiS nie może sobie uznawać, że jakichś przepisów nie będzie przestrzegało, a Publio najwyraźniej tak. Jak się ten gość nazywał, który analizował, kiedy kradzież krów jest dobra, a kiedy zła?

W tej sytuacji wysłałem pismo z żądaniem zwrotu pieniędzy listem poleconym do wydawnictwa Akurat. Tym razem Arkadiusz Nakoniecznik uznał, że mnie zignoruje. Przypomnę, wcześniej przyznał, że sprzedał mi bubla. Swego czasu kupiłem na Allegro od jakiegoś szemranego biznesmena chińskie badziewie. Badziewie nie działało, więc je zareklamowałem. Szemrany biznesmen nie chciał uznać reklamacji, twierdząc, że badziewie działa, tylko ja nie potrafię go obsługiwać. Dostrzegają państwo różnicę? Szemrany biznesmen nie był tak bezczelny jak kulturalny redaktor naczelny książkowego wydawnictwa, by przyjąć postawę „no tak, nie działa, a ja ci nie oddam kasy i co mi zrobisz?”.

Zrobiłem to, że napisałem do miejskiego rzecznika konsumentów z prośbą o interwencję. Bardzo szybko odezwała się do mnie miła urzędniczka (sprawa tyle się ciągnęła z mojej winy, bo po wysłaniu poleconego do Akurat nie miałem czasu, by do tego wrócić). Dowiedziałem się od niej, że odpowiedzialność za wadliwy produkt ponosi wyłącznie sprzedawca, który z kolei może później dochodzić zwrotu pieniędzy od producenta. Czyli ona nie ma podstaw prawnych, by interweniować w wydawnictwie, może się jedynie zwrócić do księgarni, a ponieważ w Empiku nie złożyłem reklamacji, tylko do Publio. I tak zrobiła. Sprokurowała bardzo ładne pisemko, którego kopię mi przesłała. Jaki był efekt? Ano taki:

Victoria, proszę państwa! Można zareklamować książkę z tego powodu, że została źle przetłumaczona, i dostać za nią zwrot pieniędzy.

poniedziałek, 18 lipca 2016

Z pamiętnika pieniacza, czyli moje sprawy sądowe

W dyskusji pod wpisem Nie ta ustawa, panie dzieju, czyli jak abderyta wyroki odczytywał rzeczony abderyta, chcąc udowodnić, że jestem pieniaczem (co ma przesłonić, że nie potrafi merytorycznie odpowiedzieć na wpis), zreferował sprawy sądowe, jakie mam lub miałem z wydawnictwami. Udowodnił przy tym, że nie potrafi zebrać informacji z powszechnie dostępnych źródeł, co w przypadku redaktora należałoby uznać za kuriozum, gdyby większym nie było to, że pan Paweł Miłosz ma elementarne kłopoty z językiem polskim. Żeby ten jego pełen opuszczeń, przekłamań i błędów wykaz nie zaczął funkcjonować jako prawdziwy (co pewnie by nastąpiło), przedstawiam poniżej, jak to rzeczywiście wyglądało. Przy czym muszę sprostować, spraw miałem nie pięć, jak napisałem wcześniej, a sześć, szóstą przeoczyłem, bo liczyłem procesy z wydawnictwami, a w szóstym przypadku gość dopiero wydaniem mojego przekładu miał rozpocząć działalność wydawniczą i dlatego mi umknął.

1) Książnica i „Za krawędzią nocy”. Poszło o wysokość honorarium za tłumaczenie. Wypłacona kwota była sporo niższa niż określona w umowie. Dlaczego? Bo wydawnictwo wypłaciło mi po prostu dotację, którą dostało od Szwedów na tłumaczenie. Dlaczego kwota dotacji nie odpowiadała tej określonej w umowie? Tu muszę zrobić wtręt, jak wygląda procedura dofinansowywania przekładu. Szwedzi przyznają dotację w koronach i o kwotę w koronach wydawnictwo wystąpiło, przeliczając moje honorarium po aktualnym kursie. Wypłata dotacji następuje jednak dopiero po wydaniu książki, czyli zawsze między jej przyznaniem a wypłatą mija sporo czasu, w ciągu którego kurs walut może ulec zmianie. Tak się stało w tym przypadku. Co wydawnictwo winne, że kurs korony wobec złotówki tak się zmienił, że przyznana kwota w koronach w dniu wypłaty była w złotówkach znacznie mniej warta niż w chwili przyznawania dotacji? Ano to, że wydanie nastąpiło z półrocznym opóźnieniem, a kurs drastycznie zmienił się właśnie przez te pół roku. Gdyby książka została wydana terminowo, problemu by nie było (też dostałbym mniej, ale nie znacząco mniej). Do tego wcześniej wydawnictwo zapomniało wystąpić o dotację, choć od jej przyznania uzależniało wydanie książki, i sprawa przesunęła się o sześć miesięcy (wnioski można składać tylko dwa razy w roku). Gdyby nie zapomniało, to nawet przy wspomnianym spóźnieniu nie znaleźlibyśmy się w okresie dużych wahnięć kursów. Znaczenie miało też to, że wydawnictwo nie uprzedziło mnie, jak przebiega procedura wypłaty (a publicznie wiedza o tej procedurze nie była dostępna), bo nie widziało powodu, żeby wtajemniczać mnie w swoją korespondencję z Instytutem Szwedzkim czy w ogóle o niej informować, i dopiero, kiedy się dopytywałem, czy dotacja została przyznana, lakonicznie odpisało, że tak, w pełnej wysokości. Z tego wyciągnąłem jedyny możliwy wniosek, że w dniu wypłaty Szwedzi przeleją w koronach równowartość kwoty z umowy.
Z tych wszystkich względów uważałem, że wydawnictwo powinno było wypłacić mi różnicę między realną kwotą dotacji a kwotą określoną w umowie. Byłem oczywiście gotów na kompromis w rodzaju, że Książnica pokryje różnicę nie w stosunku do kwoty z umowy, ale w stosunku do kwoty, którą bym dostał, gdyby książka została wydana terminowo, albo że różnice kursowe obciążą nas solidarnie. Wydawnictwo odpowiedziało mi jednak, że zgodnie z umową ustną miałem dostać tylko tyle, ile dadzą Szwedzi, a co do rzekomego spóźnienia, to jeszcze nawet nie minął termin zapisany w umowie. Jedno i drugie było prawdą. Tyle że termin zapisany w umowie był znacznie dłuższy od ustalonego ustnie, wychodziło więc na to, że wydawnictwo, kiedy pasują mu ustalenia pisemne, to powołuje się na pisemne, a kiedy ustne, to na ustne. Na takie wybiórcze trzymanie się ustaleń nie miałem oczywiście zamiaru się zgadzać i wniosłem sprawę do sądu. W trybie nakazowym, czyli pokazałem umowę, pokazałem wyciąg z konta i poprosiłem sąd, by nakazał Książnicy wypłacić mi różnicę. Książnica mogła wnieść sprzeciw i na rozprawie argumentować, że miałem dostać tylko tyle, ile wypłacą Szwedzi, ale nie wniosła i sąd nakazał jej wypłacić brakującą kwotę.
Przeboje z Książnicą opisałem w tekście „Co się przesunie, to się przesunie”, zamieszczonym w moim poradniku Jak wydać książkę.

2) Świat Literacki i „Gwiezdne drogi”. Poszło o to, że Świat Literacki nie wydawał (i najwyraźniej wcale nie miał zamiaru wydać) zamówionego przekładu książki. Ponieważ raz koleżanka, a raz pracownica wydawnictwa (sic!) Świat Książki zapytała mnie, po co mi wydanie, skoro dostanę pieniądze za przekład, wyjaśniam tym, którym takie pytanie się nasuwa: Stawki są tak niskie, że przekładanie literatury jest ekonomicznie nieopłacalne, jeśli mam tłumaczyć tylko dla pieniędzy, to wezmę instrukcję obsługi odtwarzacza DVD, a nie powieść. Wydany przekład to satysfakcja, prestiż, też możliwości ubiegania się o stypendium czy udział w imprezach dla tłumaczy literackich.
Zgodnie z art. 57 ustawy o prawie autorskim, jeśli wydawca nie opublikuje zakontraktowanej książki, tłumaczowi należy się odszkodowanie. Najpierw przez półtora roku (po terminie wydania książki określonym umową, na co Świat Literacki dał sobie dwanaście miesięcy) dopraszałem się u właściciela wydawnictwa Tomasza Brzozowskiego, żeby raczył ją wydać. Potem oficjalnie dałem mu na to jeszcze pół roku (bo wyznaczenia takiego dodatkowego półrocznego terminu wymaga ustawa, oczywiście te wcześniejsze półtora roku się nie liczyło, skoro nie było oficjalnego pisma). Brzozowski mnie zignorował, więc wniosłem sprawę do sądu i wygrałem. I to mimo nieuczciwych sztuczek, jakie Brzozowski stosował, m.in. wydrukował w czasie trwania procesu dwa egzemplarze „Gwiezdnych dróg” i usiłował wmówić sądowi, że książkę wydał.
Wszystkie nieuczciwe zagrania tego pana opisałem w tekście „Nasze wydawnictwo nie łamie umów!”, też zamieszczonym w poradniku.

3) Wydawnictwo in spe i „Mój cień”. Identyczna sprawa jak powyżej, czyli bezskuteczne domaganie się publikacji książki, też długo po upłynięciu wszelkich terminów i też wyglądało na to, że nie ma szans, by wydanie nastąpiło.
Do tego gość po chamsku wpakował mnie w niesłychanie nieprzyjemną sytuację. Składałem wówczas wniosek o stypendium do Szwedzkiego Funduszu Pisarskiego. Jako dorobek można było wymienić tylko wydane przekłady, nie liczyły się żadne zakontraktowane, w maszynopisie czy tuż przed wydaniem. Ale był jeden wyjątek: do wniosku można było wpisać przekład, który z całą pewnością ukaże się do miesiąca po terminie składania wniosku. I ten przekład należało dosłać. Ponieważ zbiegało się to z terminem wydania „Mojego cienia”, powiedziałem wydawcy in spe, jak się sprawy mają, i zapytałem, czy jest mi w stanie zagwarantować, że książkę najpóźniej właśnie do tego dnia wyda. Zastrzegłem się przy tym, że jeśli nie jest na sto procent pewien, to wolę, by to uczciwie powiedział, zrezygnuję z wpisywania „Mojego cienia” do wniosku. Że w tym przypadku musimy dostosować się do szwedzkich standardów, a w Szwecji zaplanowane książki wychodzą, skoro nie wycofywano możliwości wpisania ich do wniosku (stypendia Fundusz w pierwszej kolejności przyznawał autorom i tłumaczom publikującym w Szwecji). Wydawca in spe oświadczył, że mogę spokojnie „Mój cień” wpisać, daje mi słowo honoru, że w ciągu miesiąca książkę wyda. Musiałem czekać do ostatniego dnia, ale rzeczywiście tego ostatniego dnia wparował do mnie z egzemplarzem wydanej powieści. Natychmiast pobiegłem na pocztę, żeby terminowo wysłać ją Szwedom. A potem się zorientowałem, że skurwysyn (przepraszam, ale nie da się użyć innego słowa) bynajmniej książki nie opublikował, tylko przygotował dla mnie ten jeden egzemplarz. Nie dość, że książka wcale nie została wydana zgodnie z zapewnieniem we wniosku, to jeszcze posłałem Szwedom fałszywkę. W życiu się tak nie wstydziłem, kiedy się im z tego wszystkiego musiałem tłumaczyć.
Wyrok o odszkodowanie za niewydanie książki zapadł zaocznie, bo gość nie odbierał pism ani ode mnie, ani z sądu. O tym, że sprawę przegrał, dowiedział się, kiedy komornik wszedł mu na konto i ściągnął dla mnie to odszkodowanie.

4) Santorski (obecnie Czarna Owca) i „Kanalia”, „Młodość Martina Bircka” oraz „Sprawa Ewy Moreno”. O tym pisałem na moim blogu, ale Paweł Miłosz nawet na moim blogu nie umie znaleźć informacji, więc referuje to następująco:

3. Straszył sądem wydawnictwo Czarna Owca za zmiany w tekście Kanalii - oficjalnie go przeprosili, żeby się nie użerać.
4. To samo wydawnictwo straszył sądem za zmiany w dwóch książkach przez niego tłumaczonych - nie wiem jaki był finał.

Miłosz zna się na prawie autorskim jak krowa na modzie, nie wie, że pisarz i tłumacz z punktu widzenia prawa autorskiego to jedno i to samo, więc rozbija jedną sprawę na dwie. I przeinacza fakty, bo Czarna Owca wcale mnie nie przeprosiła i sprawa trafiła do sądu. Właśnie (po czterech i pół roku od wniesienia pozwu!) zapadł wyrok w pierwszej instancji, uznający moje racje. Ponieważ jednak sąd nie uwzględnił wszystkich moich roszczeń, czekamy na uzasadnienie wyroku, żeby dowiedzieć się dlaczego.
Dodajmy, że jest to jedyna sprawa odnosząca się do tematu dyskusji, którą ja prowadzę z panem Miłoszem, a której on tak starannie unika, odkąd wyłożył się na orzeczeniach, bo właśnie chodzi o to, że wydawnictwo nie dało mi tekstów do korekty autorskiej i opublikowało książki z nieuzgodnionymi ze mną zmianami. Według jego twierdzeń powinienem sprawę przegrać z kretesem, tymczasem jak na razie wygrywam.

5) Prószyński i „Niepełni”. Poszło o dopisanie bez mojej zgody i wiedzy podtytułu „O miłości wbrew przeciwnościom losu”. Jedyna sprawa, którą przegrałem, i jedyna, co do której Miłosz w swoim wykazie się nie pomylił. Żeby to nadrobić, poszedł na blog Koczowniczki, gdzie w sposób kłamliwy i manipulancki zreferował mój blogowy wpis o procesie:

Śmieszy mnie (…) postawa Pollaka, który po przegranej musiał jeszcze zmieszać sędzię z błotem (…) nie można poważnie traktować człowieka, który posługuje się taką argumentacją: "sędzia nigdy nie powinna ukończyć szkoły", "należy do tych, którzy nie czytają książek", "Pomyślałem, że wzięła łapówkę (...) Zaraz zresztą tę teorię odrzuciłem", "osoba bez umiejętności i predyspozycji do wykonywania tego zawodu". To są argumenty, to jest prostacko-pieniacka bluzganina.

Oczywiście, że to nie są argumenty, są to wnioski po dokonaniu drobiazgowej analizy uzasadnienia wyroku, po przedstawieniu i ocenieniu faktów. Pan Miłosz, który nieomal zapluł się z oburzenia, kiedy zacytowałem w stopniu równym przysłówek użyty przez niego w stopniu wyższym, bez żenady kłamie i manipuluje, sugerując odbiorcom, że żadnej analizy nie było, nie wspomina o tych faktach ani słowem. Usiłował to już zresztą zrobić pod wpisem „Nie ta ustawa, panie dzieju…” i przytoczyć ten wyrok, bez wchodzenia w szczegóły, jako obalający moją argumentację. A kiedy wskazałem na szczegóły, jak zwykle w przypadku, gdy nie potrafi na coś odpowiedzieć, udał, że tego nie widzi. Szczegóły zaś są takie, że sędzia uznała, iż sprawy nie ma, bo dopisany podtytuł nie jest podtytułem, tylko hasłem reklamowym (czyli nie ma kwestii, czy wydawnictwo miało prawo dopisać mi podtytuł, czy nie, bo hasło reklamowe może sobie oczywiście zamieścić, jakie chce). Wprawdzie wszyscy poza nią (czytelnicy, recenzenci, księgarnie, biblioteki) zgodnie odczytują frazę „O miłości wbrew przeciwnościom losu” jako podtytuł, wydawnictwo wprost przyznało, że dopisało mi podtytuł, ale sędzia to zignorowała i ogłosiła w imieniu Rzeczypospolitej Polskiej, że czarne jest białe, a białe czarne

6) Wydawnictwo Branta (a nie Bernikla, jak podaje pan redaktor, który nie doczytał – nie tylko z pisaniem, lecz także z czytaniem ma niejakie kłopoty – że opisując sprawę, używam fikcyjnej nazwy) i „Między prawem a sprawiedliwością”. Poszło o wysokość nakładu. Wydawnictwo oszukało mnie, drukując nakład nie tylko mniejszy niż przewidziany umową, ale tak mały, że książka nie miała szans na zaistnienie. A następnie usiłowało robić ze mnie durnia, że nakład określony umową jest nakładem nie początkowym, lecz docelowym. Pytanie wykazujące absurd tego twierdzenia, czy jeśli przed wygaśnięciem umowy nie osiągnie tego docelowego nakładu, to ostatniego dnia dodrukuje brakujący, chociaż potem nie będzie go już miało prawa sprzedawać, potraktowało tak, jak Paweł Miłosz traktuje pytania wykazujące absurd jego tez, czyli pominęło je milczeniem. Ale najwyraźniej uznało, że w sądzie takie wyjaśnienie nie przejdzie, bo nawet nie próbowało podjąć obrony.

Czy z powyższego wynika, że jestem pieniaczem, jak twierdzi pan redaktor? Według jego standardów zdecydowanie tak. Paweł Miłosz, jeśli chodzi o kulturę prawną, znajduje się gdzieś na poziomie galicyjskich czworaków. Nie jest przy tym jakimś szczególnym wyjątkiem, przecież właśnie dlatego Kaczyński może robić z Trybunałem Konstytucyjnym, co chce, że takich Miłoszów w Polsce legion. Zwrócenie się o rozstrzygnięcie sporu do powołanej w tym celu instytucji jest dla pana redaktora łażeniem czy ciąganiem po sądach. Czymś nagannym, niewłaściwym. Ale przez to, że taka postawa dominuje, ja muszę po tych sądach łazić. Bo skoro autorzy nie egzekwują swoich praw, wydawnictwa są nauczone, że mogą robić, co chcą. Umowa jest dla nich bezwartościowym świstkiem papieru, działają według zasady, że wydawnictwo nie ma żadnych obowiązków, a autor żadnych praw, a ten autor, któremu ta zasada się nie podoba, niech spierdala. W cywilizowanym kraju miałbym tylko jeden proces, ten z Książnicą: do powstania sytuacji spornej w znacznym stopniu przyczyniły się zewnętrzne okoliczności. W pozostałych pięciu przypadkach wydawca jawnie, bez żenady, z poczuciem bezkarności złamał umowę albo obowiązujące prawo. Złamał w istotnym punkcie, w kwestii fundamentalnej, a nie dopuścił się mniejszego czy większego naruszenia: nie paromiesięczne przekroczenie terminu wydania, tylko de facto odstąpienie od wydania, nie nakład mniejszy o jedną piątą, tylko jedna piąta uzgodnionego nakładu, nie kilka poprawek pogarszających tekst, a ponad czterysta (sic!), nie zmiana tytułu rozdziału, tylko całej powieści, i to na taki, który tę powieść ośmiesza. I w każdym przypadku wydawca był święcie przekonany, że autor może mu skoczyć, bo przecież do sądu nie pójdzie. Stąd też ignorowanie autora, kiedy doprasza się o polubowne rozwiązania. Po co dawać gościowi cokolwiek, skoro z naszego doświadczenia wynika, że można nie dać mu nic. A w każdej sprawie próbowałem się dogadać. Świat Literacki dostał ode mnie w sumie dwa lata ekstra na wydanie książki, choć według ustawy musiałem dać mu tylko pół roku, podobnie wydawca in spe miał na to znacznie więcej czasu. Przy Prószyńskim najpierw zadowoliłem się zapewnieniem, że podtytuł zostanie wycofany przy dodrukach, do sądu poszedłem dopiero, kiedy okazało się, że dodruków nie będzie, a wydawnictwo z tego powodu sprawę podtytułu uważa za zamkniętą i nie zamierza ze mną o innej formie zadośćuczynienia rozmawiać.
Tomasz Brzozowski ze Świata Literackiego nie mógł uwierzyć, że go pozwałem, nawet kiedy proces już się toczył, i zdumiony pisał do sądu, że przecież w taki sam sposób złamał umowę (oczywiście ujął to inaczej: że nie wydał zakontraktowanej książki) z kilkudziesięcioma innymi tłumaczami i nikt o żadne odszkodowania nie występował. Gdyby z tych kilkudziesięciu pozwało go trzech, ja bym nie musiał, bo pan Brzozowski nauczyłby się przestrzegać umów. Nie w tym sensie, że przyswoiłby sobie zasadę pacta sunt servanda, bo tę ma się we krwi albo nie, tylko kierując się czystym rachunkiem ekonomicznym: miałby świadomość, że wydrukowanie książki to znacznie mniejszy wydatek niż wypłata odszkodowania i pokrycie kosztów procesu.

Podsumowując, polskie wydawnictwa ogłosiły sobie podobnie jak Paweł Miłosz, że prawo nie obowiązuje. W przypadku Miłosza, kiedy rzecz sprowadza się do dyskusji w internecie, jest to nawet zabawne, ale człowiekowi przestaje być do śmiechu, kiedy staje naprzeciw ludzi o takiej mentalności w realnym życiu. Którzy działają z pozycji siły i demonstrują, że nie liczą się dla nich żadne ustalenia. Pozostaje pogodzić się z tym, że jest się oszukiwanym, albo iść do sądu. Ja wybieram to drugie. Ale egzekwowanie swoich praw jest w tym kraju najwyraźniej czymś niestosownym.

poniedziałek, 13 czerwca 2016

Czwarta Strona Dymania

Kiedy skrytykowałem konkurs Czwarta Strona Fantastyki, jak zwykle dowiedziałem się, że się czepiam, przesadzam, że może owszem, nie jest idealnie, ale najgorzej też nie, że owszem, może nie jest to propozycja dla doświadczonego pisarza, ale dla debiutanta jak znalazł. I teraz, kiedy po zamknięciu konkursu pod tamtym wpisem pojawiły się rozżalone głosy jego uczestników, mam ochotę powiedzieć „a nie mówiłem”. I powiem. Bo ani przez sekundę nie żal mi ludzi, którzy „wiedzą lepiej”, ignorują ostrzeżenia, że wydawca jest nieuczciwy, nie przyjmują argumentów, że warunki są do bani, tylko ładują się w szambo, a potem dziwią się i mają pretensje, że wyszli z niego obsmarowani gównem. A przecież byli tak święcie przekonani, że akurat oni wyłowią z gówna diament, w ogóle się przy tym nie brudząc.

Takich frajerów znalazło się kilkuset. Na tylu nie liczyło nawet wydawnictwo, gdyż musiało przełożyć termin ogłoszenia wyników. I jest to jedyna rzecz, o którą nie można mieć do niego pretensji. Bo już na przykład o niepodanie precyzyjniej liczby nadesłanych prac i owszem. Nie ma ani nie było żadnego powodu, by tę informację przed uczestnikami zatajać. Wątpię, by Czwarta Strona obawiała się, że podając na przykład liczbę 554, skłoni kogoś do wycofania swojego utworu. Bo już przy liczebniku „kilkaset” każdy, mający odrobinę pojęcia o matematyce, statystyce i rachunku prawdopodobieństwa, machnąłby ręką na ten pseudokonkurs i rozesłał swoją powieść jako normalną propozycję wydawniczą. Przypomnijmy, że do wygrania było wydanie książki i honorarium za nią, czyli dokładnie to samo co jest efektem przyjęcia propozycji wydawniczej. A kiedy łatwiej uzyskać ten efekt, śląc książkę do jednego wydawnictwa, w którym ma się kilkuset konkurentów, czy śląc do dwudziestu, które nie są zawalone dodatkowymi konkursowymi utworami? Ciekawe, ilu frajerów zdołało postawić sobie takie pytanie. Typuję, że ani jeden.

Okazało się, że z tych kilkuset prac jury przeczytało… pięć. Jak widzimy, Czwarta Strona twórczo rozwinęła ideę konkursu niekonkursu. Ale zgodnie z logiką. Skoro nie ma prawdziwych nagród, to dlaczego jury miałoby czytać nadesłane prace? Jakby jeszcze tak wydawnictwo raczyło o tym wspomnieć przed konkursem, a nie w jego trakcie, to może dałoby się uznać, że uczestnicy nie zostali przez Czwartą Stronę wydymani. Bo przecież podanie składu jury jest jednoznaczną deklaracją, że ci właśnie ludzie będą czytać konkursowe propozycje (zresztą i w regulaminie, i na stronie konkursu taka deklaracja była wprost sformułowana). Jeśli dzieje się inaczej, jest to zwykłe oszustwo. A Czwarta Strona nawet nie próbuje się tłumaczyć, skąd taka… Chciałem napisać „wstępna selekcja”, ale to nie była wstępna selekcja. Z takową mielibyśmy do czynienia, gdyby do jury trafiło na przykład sto z tych kilkuset prac. Wtedy trudno byłoby mieć pretensje, że nie każdy uczestnik został przez jury oceniony. Powiedzmy, że wydawnictwo spodziewało się stu powieści i na ocenę tylu umówiło się z jurorami. A przyszło kilkaset. Można by zrozumieć, że zainteresowanie zaskoczyło organizatora i nie miał on pieniędzy, by zapłacić jurorom za nadprogramowe utwory (bo przecież ci za darmo nie pracują, o ile nie jest to przedstawiciel wydawnictwa, dla którego stanowi to część pracowniczych obowiązków), względnie ci nie chcieli czytać więcej lub po prostu nie mieli na to czasu. Zwykła wyrozumiałość i życiowe podejście nakazywałyby wtedy przymknąć oko, że nie wszystko odbyło się zgodnie z zasadami konkursu. Ale pięć utworów? Czy Czwarta Strona spodziewała się, że przyjdzie tylko pięć powieści i na tyle umówiła się z jurorami? Oczywiście, że nie. Co więc się stało? Moim zdaniem wydawnictwu zabrakło kasy na ustalone honoraria dla jurorów, ci oczywiście odmówili pracowania za friko, i wydawnictwo musiało kombinować. A w Polsce jest tak, że nie kombinuje się, jak zorganizować dodatkowe środki, żeby dopełnić swoich zobowiązań, tylko jak się z tych zobowiązań wykpić.

W konkursie nie przyznano wyróżnień. Uzasadnienie, które Czwarta Strona przedstawiła na Facebooku, jest jawną kpiną:
Pozostałe prace, spośród których wyłoniliśmy zwycięzcę, prezentowały równy poziom i nie było takiej możliwości, by wskazać, który tekst jest lepszy od pozostałych, stąd decyzja o nieprzyznaniu wyróżnień.
Sytuacja, że sześć różnych osób uzna cztery różne powieści (pięć trafiło do jurorów, odliczamy zwycięzcę) za identyczne i dokładnie tej samej wartości, jest równie realna i psychologicznie prawdopodobna jak ta, że na wybiegu znajdą się cztery identycznie wyglądające modelki i z radością zaczną uprawiać seks zbiorowy z sześcioma starymi, śmierdzącymi i zapijaczonymi obdartusami, którzy na ten wybieg wtargną. Ponieważ jednak są różne zboczenia, weźmy tę brednię za dobrą monetę i zapytajmy: a co stało na przeszkodzie, żeby w takim przypadku zastosować punkt regulaminu mówiący, że „jury ma prawo do (…) innego rozdziału nagród i wyróżnień”? I zamiast dwóch wyróżnień przyznać cztery, zmniejszając nagrodę (sorry, honorarium za książkę) o połowę? Tylko proszę nie mówić, że konieczność opublikowania dwóch dodatkowych książek, bo to by oznaczało, że Czwarta Strona nie chce wydawać tytułów, które uznaje za bardzo dobre.
Mimo że zaprezentowane przez Czwartą Stronę wyjaśnienie obraża inteligencję lampy z IKE-i, niektórzy z frajerów je kupili, co stanowi dość niepokojący sygnał o poziomie umysłowym osób, próbujących w Polsce pisać książki.

Ale to nie wszystko. Czwarta Strona dodaje bowiem:
Decyzja taka nie zmienia regulaminu, organizator konkursu zastrzegł sobie prawo do nieprzyznania wyróżnień.
No to zacytujmy wspomniany punkt regulaminu w całości:
§ 4 ust. 10. Jury ma prawo do nieprzyznania nagrody głównej lub innego rozdziału nagród i wyróżnień. .
Nie ma ani słowa o tym, że można nie przyznać wyróżnień, jest jedynie zastrzeżenie, że można nie przyznać nagrody głównej, wyróżnienia mogą być co najwyżej inaczej rozdzielone. W Czwartej Stronie zapewne z góry planowali, że głównej nagrody nie będzie, miała stanowić tylko wabik, więc zapisali taki punkt, o wyróżnieniach zapomnieli. Potem sprawy potoczyły się inaczej. Dlaczego? Pewną wskazówką może być okoliczność, że wydawnictwo nie ujawnia nazwiska zwycięzcy, co jest całkowitym ewenementem w takich konkursach. Czyżby brzmiało tak, że wzburzy krew pozostałych uczestników? A skoro ktoś, hm, powiedzmy, uprzywilejowany, zgarnął całą pulę pieniędzy, jaką wydawnictwo przeznaczyło na konkurs, nic dziwnego, że na planowane wyróżnienia zabrakło. Ale nie ma problemu. Gdyby państwo z Czwartej Strony nie chcieli dawać wyróżnień, to z góry zapisaliby w regulaminie, że mogą ich nie dać, a skoro doszli do tego poniewczasie, to po prostu oświadczają, że w regulaminie jest coś, czego w nim nie ma. Ostatecznie liczy się widzimisię Czwartej Strony, a nie jakiś regulamin. Przypomnijmy, że w Polsce Anno Domini 2016 o tym, co jest prawem, a co nim nie jest, decyduje ten, kto ma władzę. A w tej sytuacji władzę ma Czwarta Strona, bo uczestnicy mogą jej skoczyć. Wydawnictwo uzyskało to, co chciało, czyli dużą liczbę propozycji wydawniczych na wyłączność. Zaproponują teraz pewnie tej czwórce, która była tak dobra, że niewarta nagrody, publikację bez zaliczki. Ponieważ ktoś z tej czwórki mógłby się poczuć wydymany, że miał dostać zaliczkę, unieść się honorem i pójść do innego wydawnictwa, słusznie przekonany, że z wydaniem powieści, która zdystansowała kilkaset innych, problemu nie będzie, Czwarta Strona nie ujawnia, kto się w tej finałowej piątce poza laureatem znalazł.

Swoją drogą jest dla mnie niepojęte, że żaden z frajerów nie zajrzał do regulaminu i nie zakwestionował nieprawdziwych oświadczeń wydawnictwa, tylko wszyscy co do jego treści przyjmują na wiarę gołosłowne twierdzenia Czwartej Strony. Rodzi się pytanie, ilu z nich w ogóle przeczytało regulamin przed posłaniem swojej powieści na ten wspaniały konkurs.

Jakiś gorący obrońca wydawnictwa wskazał, że jeśli komuś coś się nie podoba w związku z konkursem, to może złożyć przewidzianą regulaminem reklamację. Uznając to za przedni dowcip i zgadując, jakie byłyby losy takiej reklamacji, zacytujmy rozmowę ze „Śmiertelnie poważnej sprawy” Ryszarda Ćwirleja między sekretarzem Komitetu Wojewódzkiego a naczelnikiem miasta i gminy Grodzisk, w której to rozmowie sekretarz wyjaśnia naczelnikowi, jak zamierza skombinować materiały budowlane na prywatną leśniczówkę (w PRL-owskiej gospodarce niedoboru przekrętów dokonywało się nie w celu zdobycia pieniędzy, tylko brakujących towarów):

– Na nasze szczęście naczelnik miasta i gminy Grodzisk nie jest człowiekiem, który łatwo się poddaje (…) Pisze więc list do KW PZPR (…) i prosi o pomoc i interwencję na szczeblu wojewódzkim. I jak myślicie, towarzyszu naczelniku, na jakie biurko taka prośba trafia?
– O ja pierdolę! Na twoje trafia.
– Dokładnie jest tak, jak mówicie, towarzyszu. Trafia do mnie, do rąk własnych. A wiesz ty, że ja takich próśb, podań i petycji to mam całą stertę.
– Domyślam się.
– I wiesz, co ja robię z takimi podaniami?
– Rozpatrujesz je z całą powagą, na jaką one zasługują.
– O to chodzi, Boguś. Z całą powagą wycieram se nimi dupę.

poniedziałek, 23 maja 2016

Siejemy ziemniaki, czyli kosmiczna olewka

Wydawnictwo Akurat (imprint Muzy) po zdemaskowaniu, że wydało skopany przez pseudotłumacza Marcina Ringa przekład „Marsjanina”, uznało, że polskim czytelnikom nie należą się żadne wyjaśnienia ani przeprosiny. Przeciwnie, bez żenady dalej opychało tego bubla, co spowodowało, że poinformowałem o poziomie przekładu samego Andy’ego Weira. W tym miejscu jeszcze raz podziękowania dla Jacka Slaya, który wydatnie pomógł mi zredagować list po angielsku.

I od razu powiem, że reakcja jest raczej mało zadowalająca. Weir odpisał od ręki, że przekazał list do swojego wydawcy Random House. Po paru dniach dostałem maila od agencji literackiej Graal, reprezentującej Weira w Polsce. Dowiedziałem się, że Muza zrobiła redakcję tłumaczenia i dodruki będą już w wersji poprawionej oraz – uwaga! – „w ciągu najbliższych dwóch tygodni zdjęta zostanie również dotychczasowa wersja ebooka i zastąpiona wydaniem poprawionym”. Innymi słowy: szajs papierowy będziemy sprzedawać, dopóki się nie sprzeda, szajs elektroniczny będziemy sprzedawać, dopóki nie będziemy mieć nowej wersji. Ci czytelnicy, których dotąd naciągnęliśmy i których w ten sposób dalej naciągamy, mogą nas cmoknąć w odbyt.

Niestety, wygląda na to, że Amerykanów generalnie mało obchodzi, jaki jest poziom przekładu na tak barbarzyński język jak polski. W sumie można ich zrozumieć. Gdyby do polskiego pisarza, którego powieść byłaby tłumaczona na całym świecie, zgłosił się dzikus z Laosu, że po laotańsku wydano jakąś parodię oryginału, zapewne w polskim pisarzu krwi by to nie wzburzyło. Co innego, gdyby dowiedział się, że sknocono mu przekład, powiedzmy, na niemiecki. Wyjść przez tłumacza na durnia na tak ważnym i dochodowym rynku jak Niemcy, to nie przelewki. Ale może właśnie dlatego jesteśmy dziką prowincją, że takie przekłady mogą się u nas ukazywać, a odpowiedzialnym za ich stworzenie i wypuszczenie obcy jest etos, że coś robimy dobrze, bo tak należy i wypada.

Weźmy tę agencję literacką Graal. Reprezentuje pisarza w Polsce, ale przez półtora roku nie zajrzała do książki i nie zainteresowała się, jak wygląda przekład. Mojej krytyki tłumaczenia albo nie zauważyła, czyli nie monitoruje, co się pisze o powieści pisarza, którego interesów ma pilnować, albo wisi jej, jak wyglądają przekłady jego utworów. Zareagowała dopiero, kiedy zwrócili się do niej Amerykanie. Ale zamiast domagać się od wydawcy wycofania felernego nakładu i sporządzenia nowego przekładu, zadowala się obietnicą (której realizacji zapewne sprawdzać nie będzie), że na przyszłość przekład zostanie zredagowany, chociaż w tym przypadku ma to taki sens, jak robienie truposzowi makijażu, żeby wyglądał na żywego. Na czym więc polega dbanie o interesy zagranicznego pisarza przez taką agencję w Polsce? Bo ja nie widzę innej roli tworów typu Graal czy Macadamia, jak kasowanie prowizji za zupełnie zbędne pośrednictwo w obrocie prawami.

Graal poinformowała mnie, że dalsze kwestie związane z „Marsjaninem” mam sobie omawiać z naczelnym wydawnictwa Akurat Arkadiuszem Nakoniecznikiem. No jasne. Agencja swoją dolę wzięła, od odpowiadania na maile w sprawie książki moniaków już nie przybędzie, więc pisanie do palanta, który nie rozumie, że chodzi o to, by kasa się zgadzała, a nie, żeby przekład był dobry, jest marnowaniem czasu.

Nie bardzo też wiem, po co miałbym do Arkadiusza Nakoniecznika pisać. Ten pan najpierw okazał mi jako czytelnikowi głębokie lekceważenie, wydając tę parodię przekładu, następnie usiłował wcisnąć mi kit, że to wypadek przy pracy, a teraz nie chce oddać pieniędzy za tego bubla. Jeśli jego słowa, że w Akurat starają się wydawać jak najlepsze przekłady, wziąć za dobrą monetę, znaczyłoby to, że Nakoniecznik jest nieudolny i nie potrafi tak zorganizować pracy wydawnictwa, by tłumaczenia zlecane były osobom kompetentnym, albo nie wie, jak wygląda dobry przekład. A że sam jest tłumaczem literatury, pod znakiem zapytania stawiałoby to poziom jego własnych przekładów. Z tym że to oczywiście ściema, żałosna próba stworzenia pozorów, że literatura dla tego pana ma jakiekolwiek znaczenie. Gdyby tak było, gdyby rzeczywiście dowiedział się dopiero ode mnie, że przekład Ringa to jawna kpina, wycofałby „Marsjanina” w tej wersji ze sprzedaży albo podałby się do dymisji, gdyby ktoś stojący wyżej mu to uniemożliwił.

Przykre to, ale konkluzja jest taka, że rynek książki w Polsce opanowali cwaniacy, dla których czytelnicy w ogóle się nie liczą i których interesuje wyłącznie wyciąganie od tych czytelników kasy. A że da się to zrobić, wypuszczając byle jak przygotowaną książkę, etos wydawniczy, nakazujący dbać o poziom publikowanych utworów, odesłali oni do lamusa.

poniedziałek, 16 maja 2016

W labiryntach Ridero, czyli gdzie wsiąkła moja książka?

Ponieważ niemal rozpaczliwie wypatruję polskiej platformy self-publishingowej na miarę Amazona, przeczytałem wywiad Bartosza Adamiaka z twórcą Ridero Alexandrem Kasyanenką. W trakcie lektury zamiast szampana otwierał mi się jednak nóż w kieszeni i nie nadzieja mnie ogarniała, tylko pusty śmiech. Już chciałem brać się do pisania polemiki, ale potem pomyślałem sobie, że może jednak zbyt negatywnie podchodzę. Że jestem uprzedzony. Postanowiłem więc Ridero przetestować.

Założyłem konto, wrzuciłem tekst „Czarnej wdowy”, ale przy następnym kroku zdurniałem, bo tytuł i nazwisko autora wpisywało się nie, jak zwykle na takich platformach, w odrębnych rubrykach, tylko bezpośrednio na okładce. Na szablonowej okładce. A ja chciałem swoją. Okazało się, że Ridero proponuje mi zabawę pod hasłem „jak, kuźwa, dodać własną okładkę”. W FAQ ani słowa na ten temat, żadnej instrukcji, nic. Dopiero posiłkując się filmikami z YouTube’a, znalazłem, że ta opcja ukryta jest jako edycja tej szablonowej okładki. Dobra nasza. Niestety, po dodaniu okładka „Czarnej wdowy” wyszła ucięta. Bo spady. Wiedzą państwo, co to są spady? Kiedy oddaje się książkę do druku, okładka musi być szersza niż docelowo, bo drukarnia obcina brzegi, to są właśnie spady. Oczywiście przy e-booku nie są do niczego potrzebne, więc jeśli self-publisher nie planuje wersji drukowanej (a często nie planuje), przygotowuje okładkę bez spadów. Ridero ich jednak wymaga. Do wersji elektronicznej. To nie żart, choć równie dobrze mogłoby się domagać do publikacji e-booka naświetlonych klisz. Ponieważ nie miałem ochoty specjalnie dla Ridero robić nowej okładki, musiałem zrezygnować z „Czarnej wdowy” i wziąłem „Stan Nowy Jork przeciwko…”, którego okładka mimo ucięcia jako tako wyglądała.

Kolejna niemiła niespodzianka czekała mnie przy wyznaczaniu ceny za książkę. Okazało się, że w Ridero self-publisher nie ustala ceny, tylko kwotę, jaką chce ze sprzedaży książki uzyskać. Byłoby to bez znaczenia, gdyby nie skutkowało tym, że w każdej z czterech księgarni, w których Ridero miało umieścić e-booka, wychodziła inna cena. Taka myśl, że autor chciałby sprzedawać swoją książkę w jednolitej cenie, a nie dostawać jednolite honorarium, w głowie twórców „inteligentnego systemu wydawniczego” nie postała. Najwyraźniej są nieco mniej inteligentni od swojego systemu. Co więcej, musiałem z góry zgodzić się na to, że księgarnie będą obniżały cenę mojej książki bez konsultowania ze mną tych obniżek. Ideą self-publishingu jest, że autor sam ustala cenę swojej książki. Ale w Polsce potrafią spieprzyć każdą ideę. Moją złość udobruchało trochę to, że z czterech formatów, które przygotowywało Ridero, jeden mogłem pobrać nieodpłatnie, a pozostałe trzy w cenie 36 zł. Ja nie wiem, czy państwo dostrzegają szczodrość tej oferty. Cały jeden format za darmo, a za pozostałe trzy nie trzysta sześćdziesiąt złotych, nie trzy tysiące sześćset, tylko głupie 36 nowych złotych polskich. Przy takiej groszowej opłacie jest zupełnie bez sensu, żeby autor wrzucał swoją książkę np. do takiego Smashwordsa i ściągał sobie bezpłatnie osiem formatów.

Na umieszczenie książki w księgarniach internetowych czeka się w Ridero 10 dni. W amerykańskim Smashwordsie ten czas to od kilku godzin do maksymalnie tygodnia, w niemieckim Tolino 3-4 dni robocze, przy czym obie platformy mają po kilkunastu dystrybutorów, a nie czterech. No, ale, jako się rzekło, jesteśmy w Polsce. Odczekałem więc te 10 dni i zajrzałem do rzeczonych księgarni. W żadnej książki nie było. Wszedłem na swoje konto w Ridero w poszukiwaniu informacji, ile jeszcze będę czekał. Informacji nie było. Ale to małe piwo. Bo nie było też dodanej przeze mnie książki. Ani śladu po niej.

Musiałem napisać do obsługi i dowiedziałem się, że posiadam w Ridero dwa konta, książka jest na drugim. A do księgarń nie trafiła, bo nie skierowałem jej do sprzedaży, co powinienem był zrobić przez kliknięcie w przycisk „Sprzedaż Twojej e-książki”. Rzeczywiście, nie skierowałem, mam jakąś taką zaburzoną percepcję, że pod hasłem „Sprzedaż Twojej e-książki” domyślam się rubryki z rozliczeniem sprzedaży, a nie polecenia „zatwierdź, zaakceptuj, wyślij”. W Ridero chyba jednak doszli do wniosku, że takich jak ja jest więcej, bo kiedy ponownie wprowadzałem książkę do sprzedaży, akceptację wyrażało się już inaczej. Rozgryzłem chyba też, dlaczego miałem dwa konta: skorzystałem z opcji zalogowania się przez konto w Google, ale potwierdziłem adres mailowy, który jest dla tego konta drugim adresem. Może ja się nie znam, ale wydaje mi się, że system Ridero, skoro jest taki inteligentny, powinien w tym momencie zareagować, a nie zakładać mi dwa odrębne konta. Bo ja się zgadzam, że jestem komputerowym idiotą, ale ja jestem komputerowym idiotą w kontaktach z każdą platformą self-publishingową, a nie tylko w kontaktach z Ridero, a jak dotąd na żadnej nie udało mi się założyć dwóch kont jednocześnie.

Przygotowałem książkę ponownie do sprzedaży, po raz kolejny stwierdzając, że w Ridero nie odróżniają książki drukowanej od e-booka. Opis książki zatwierdza się mianowicie przez zatwierdzenie okładki. Skąd takie rozwiązanie? Pewnie stąd, że przy tradycyjnej książce ten opis znajduje się na czwartej stronie okładki. O tym, że e-booki czwartej strony okładki nie posiadają, w Ridero nie pomyśleli. A skoro nie posiadają i opis zamieszcza się gdzie indziej, a nie na okładce, nijak nie da się wpaść na to, że zatwierdzenie okładki będzie zatwierdzeniem opisu. W każdym razie ja na to nie wpadłem. A o tym, że takich idiotów jak ja jest więcej, świadczyły instrukcje, jakie przysłała mi pani konsultantka, choć o nie wcale nie prosiłem ani o nic nie pytałem.

Skierowałem przygotowaną książkę do sprzedaży, na co dostałem maila, że „doradca Ridero sprawdzi gotowość Państwa książki do opublikowania i poprawi ewentualne drobne błędy. Jeżeli potrzebne będą poprawki ze strony autora, przyślemy Państwu listę koniecznych zmian, aby Państwa książka wyglądała estetycznie i profesjonalnie. Opracowanie może zająć nam do 5 dni”. Pięć dni? Hm. W rzeczonym wywiadzie Kasyanenko mówi: „Przygotowanie książki z naszym serwisem może trwać naprawdę tylko kilka minut”. Dotąd wydawało mi się, że pięć dni to jest sto dwadzieścia godzin, a nie kilka minut. Nie podobało mi się też, że serwis uzurpuje sobie prawo do poprawiania „drobnych błędów” bez pytania mnie o zdanie. Nieraz już po takich poprawiających drobne błędy miałem ich więcej niż w wyjściowym tekście.

Z tym że chodziło chyba o błędy w opisie, a nie w samej książce, bo odpowiedź dostałem na drugi dzień. Ridero miało zastrzeżenia, że podałem „stricte wydawniczą” informację o liczbie słów. Jest to wprawdzie standard przy e-bookach, że w ten sposób informuje się czytelnika o objętości książki, ale już zauważyłem, że w Ridero jeszcze nie rozgryźli, co to takiego ten e-book. Ponadto zostałem poproszony „o usunięcie z tekstu danych pozostałych po publikacji w innym wydawnictwie” i o „przejrzyste rozmieszczenie tytułów części i rozdziałów w (…) książce oraz przypisanie im ‘Stylów tekstu’: ‘Część’ - ‘Rozdział’ - ‘Podrozdział’”. Odpisałem, że żadnych danych z wcześniejszych publikacji nie widzę i że moja książka nie ma części, rozdziałów ani podrozdziałów.

W odpowiedzi konsultantka poinformowała mnie, że „z maszynopisu [chodzi oczywiście o maszynopis e-booka – przyp. mój] należy usunąć wszystkie fragmenty/treści, które nie są ‘samą książką’”. W moim przypadku była to nota copyright, apel o niekorzystanie z pirackiej wersji i dane autora zdjęcia na okładkę. Poinformowałem konsultantkę, że nie widzę miejsca na umieszczenie tych elementów tam, gdzie kazała mi je umieścić, czyli w zakładce „Publikacja - informacja o książce”. Maila wysłałem w czwartek późnym popołudniem i na odpowiedź musiałem czekać aż do poniedziałku. Ponieważ wcześniej już zauważyłem, że na maile wysłane po siedemnastej odpowiedź przychodziła dopiero na drugi dzień, wynikało z tego, że konsultanci Ridero pracują tylko do siedemnastej bez sobót i niedziel. Najpierw trochę mnie zdziwił taki sposób prowadzenia, było nie było, internetowego biznesu, ale potem wszedłem do Amazona, przeczytałem tabliczkę „otwarte w dni powszednie w godz. 10-18” i musiałem przyznać, że Ridero jednak nie odstaje od panujących pod tym względem zwyczajów.

Konsultantka zmieniła zdanie co do apelu o niekorzystanie z pirackiej wersji i stwierdziła, że mam go umieścić przed treścią książki (czyli potrzebne były trzy maile, by ustalić, że apel może zostać tam, gdzie był), bo „w darmowym systemie Ridero można dodawać informacje na stronie redakcyjnej w wąskim zakresie”. A dlaczego w wąskim? „Proszę pamiętać, że pracujemy w trybie beta i staramy się wprowadzać udogodnienia i poprawki, żeby usprawnić pracę”. Innymi słowy, na razie oferujemy szajs, ale będzie lepiej. Ponieważ twórca Ridero jest Rosjaninem, skojarzyło mi się to z innym produktem, który swego czasu wcisnęli nam Rosjanie, też był szajs i też miało być lepiej. Co symptomatyczne, konsultantka dała te wyjaśnienia sama z siebie. Ponieważ nastawiłem się na neutralne przetestowanie serwisu, bardzo się pilnowałem, żeby nie zgłaszać żadnych pretensji, po prostu pytałem co i jak.

Ale uznałem, że najwyższy czas zgłosić pretensje, poszło o to, że „nota copyrightowa utworzy się sama z datą 2016”. Odpisałem, że nie wchodzi to w grę, gdyż książka wyszła już jako e-book w 2014 roku, a przy copyrighcie podaje się datę powstania utworu lub jego pierwszej publikacji. Dalsza korespondencja wyglądała następująco:

Konsultantka: Data 2016 - nota copyrightowa w systemie Ridero pojawia się automatycznie. Nie mamy możliwości zmienienia daty. Pana książka pojawi się bowiem właśnie w tym roku w naszym systemie, a następnie, z nowym numerem ISBN, w e-księgarniach.
Ja: To 2016 powinno być datą _publikacji_ przez Ridero. Data przy copyright jest wyłącznie datą powstania lub pierwszej publikacji utworu i nie ma nic wspólnego z kolejnymi wydaniami i nadawaniem nowego numeru ISBN. Państwo tworzą system publikacji książek, a nie znają podstawowych pojęć z tego zakresu?
Konsultantka: Ridero nie jest tradycyjnym wydawnictwem, tylko darmową platformą self-publishingową, w której autor sam tworzy swoją książkę.
Ja: To tym bardziej nie mają Państwo prawa tworzyć noty copyright czy w nią ingerować ani opatrywać jej datą wprowadzenia do systemu. A skoro nie jesteście wydawnictwem, to na jakiej zasadzie opatrujecie książkę ISBN-em, bo to może zrobić tylko wydawca?

Na to nie dostałem już odpowiedzi. To była zresztą częściej stosowana przez konsultantkę metoda. Jeśli nie potrafiła mi na jakieś pytanie odpowiedzieć, po prostu zbywała je milczeniem. Tak było z owymi danymi, które rzekomo pozostały po wcześniejszych publikacjach. Trzy razy musiałem zapytać, o co chodziło, żeby dostać jawnie nieprawdziwą odpowiedź, że o ów apel, by nie korzystać z pirackiej wersji. Nieprawdziwą, bo apel był uniwersalny i doskonale mogłem go użyć po raz pierwszy przy tym wydaniu. Kiedy wskazałem na to konsultantce, po prostu mnie olała.

Równie długo dopytywałem się, gdzie mam podać dane autora zdjęcia na okładkę. Wskazywałem, że żadna z rubryk w zakładce "Nad książką pracowali" nie pasuje, bo do wyboru jest tylko projektant okładki i fotograf, a gość okładki nie projektował, tylko dał na nią zdjęcie, fotografem go jednak nie nazwę, bo to będzie sugerowało, że zdjęcia są w samej książce. W końcu konsultantka raczyła mi odpowiedzieć, że nie mam korzystać z rozwijalnego menu, tylko po prostu taką informację tam wpisać. Uwagę, że w ogóle nie widać, by tam cokolwiek dało się wpisać, że rubryka wygląda na taką, która umożliwia tylko wybór wskazanych współpracowników, oczywiście zignorowała.

Ale powiedzmy, że to szczególik. Bo kiedy już wszystko wpisałem, gdzie trzeba, i edytowałem treść książki, żeby usunąć z niej autora i tytuł, jak mi pani konsultantka kazała, odkryłem, że z mojej książki ostała się jedynie stroniczka. Pierwsza. Reszty nie było. Wysłałem więc kolejnego maila do Ridero w sprawie tajemniczego zaginięcia mojej książki i dowiedziałem się, że nie ma w tym nic tajemniczego, ja po prostu jestem kretynem, który zamiast wyrzucić tytuł, wyrzucił 99 procent tekstu. Może i dałbym sobie wmówić, że jestem kretynem, ale ponieważ do wyrzucenia tytułu dopiero się szykowałem, upierałem się, że moja mózgownica w odróżnieniu od serwisu działa, jak należy. Serwis w osobie pani konsultantki uznał to zagadnienie za niewarte dyskusji, a przeprosiny za wykasowanie prawie całej książki za zbędne.

Nie dowiedziałem się więc, jak książka zniknęła, ale dowiedziałem się, że „staraliśmy się odpowiedzieć na wszystkie Pana pytania [zadawane po trzy razy – przyp. mój], wyjaśnić wątpliwości [nie w kwestii copyrightu – przyp. mój] i zaproponować rozwiązania, dzięki którym forma Pana książki spełniłaby wymagania dla publikacji internetowej”. A jak czegoś nie wiem, to mam zajrzeć sobie do FAQ. Do FAQ zaglądałem już wcześniej, żeby dowiedzieć się, jak dodać własną okładkę, ale dowiedziałem się tylko, że „ridero” znaczy „będę się śmiać”. Jakoś publikacja w Ridero do śmiechu mnie nie nastroiła i moim zdaniem serwis powinien nazywać się Szajsero, wtedy nie trzeba by tłumaczyć, co to znaczy, a użytkownik miałby jasną informację, z czym będzie miał do czynienia.

Ktoś powie: znowu, Pollak, coś ci się nie podoba, czepiasz się, przyznaj, jesteś po prostu takim gościem, dla którego szklanka zawsze jest w połowie pusta. To ja powiem, że ta szklanka nie jest w połowie pusta, tam nawet na dnie nie ma odrobiny wody. Ona stoi na Saharze w palącym słońcu i próbowało z niej już pić paru, którym się z pragnienia oazy zwidywały. Ciekawe, że jak zamieszczałem swoją książkę w niemieckim Tolino, to nie miałem żadnych problemów, kontakt z obsługą na żadnym etapie nie był potrzebny, nie musiałem szukać, gdzie co się wpisuje, rubryki proste i czytelne, autor, tytuł, gatunek, opis, raz dwa wrzuciłem okładkę (nie ucięło) i tekst (nie wcięło), podałem cenę (swoją), zaakceptowałem, poszło, bez żadnego czepiania się ze strony serwisu, że mam wyrzucić z książki coś, czego w niej nie ma albo co jednak mam zostawić, i bez opatrywania mi książki niewłaściwą notą copyright (a też dawałem już wcześniej opublikowaną).

Moim zdaniem to, że panel Ridero jest nieprzejrzysty i skomplikowany, jest świadomym działaniem. Chodzi o to, żeby autor uznał, że sobie sam nie poradzi, i skorzystał z odpłatnych usług asystenta. Do czego zresztą w trakcie korespondencji byłem wprost zachęcany. Kasyanenko w rzeczonym wywiadzie wciska kit, że „wraz z rozwojem inteligentnych technologii autor może i powinien odzyskać pierwsze miejsce w triumwiracie” i niby dzięki Ridero autor ma być ważniejszy od wydawcy i sprzedawcy. A tak naprawdę Ridero to sposób, by na autorach zbijać kasę. Owszem, w zbijaniu kasy nie ma nic złego, dopóki się uczciwie mówi, że robi się biznes, a nie opowiada bajki o zbawianiu świata. Do tego serwis nie nastawia się na dochody ze sprzedaży książek, tylko na płatności ze strony autora za coś, co na każdej zachodniej platformie self-publishingowej jako element procesu publikacji w sposób oczywisty jest darmowe (nigdzie nie płaci się za rozwiązywanie problemów przez konsultanta ani za pobranie swojej własnej książki). Bardzo to przypomina vanity press z tradycyjnej ścieżki wydawniczej: wiemy, że na sprzedaży książek nie jesteśmy w stanie zarobić, więc kroimy autora na publikacji, ale jeśli autor nie będzie wierzył, że swoją książkę sprzeda, to do nas nie przyjdzie, więc trzeba mu robić wodę z mózgu, że trafił na superplatformę.

Dopisek: A tak wyglądało rozprowadzanie przez Ridero książki.

poniedziałek, 21 marca 2016

Siejemy ziemniaki, czyli kosmiczna fuszerka

Kiedy sięgałem po „Marsjanina” Andy’ego Weira, wiedziałem o nim jedynie, że to science fiction z naciskiem na science. Tyle mi wystarczyło, by powieścią się zainteresować, a świadomie unikam jakichkolwiek recenzji czy opisów książek, które ewentualnie chcę przeczytać. Nie ma nic przyjemniejszego dla czytelnika, niż zanurzyć się w dobrej powieści, nie znając wcześniej nawet kawałka akcji. Po paru zdaniach zorientowałem się, że mam do czynienia z książką, którą człowiek zaczyna wieczorem z zamiarem poczytania godzinkę przed snem, po czym podnosi wzrok znad ostatniej strony i ze zdumieniem odkrywa, że na dworze jest jasno i trzeba iść do pracy.

Niestety, na stronie 48 natrafiłem na następującą sytuację. Bohater musi obniżyć temperaturę w bazie, tzw. Habie, do 1° C. Przykręca termostat i opuszcza Hab, bo musi z niego coś wynieść. Potem wraca: „Gdy dotarłem, było już tam całkiem zimno: –5° C. Trzęsąc się i widząc parę buchającą z ust, włożyłem na siebie kilka dodatkowych warstw ubrania. (…) Wspiąłem się do mojej koi i przykryłem, żeby się ogrzać. / Gdy temperatura spadła do 1° C, odczekałem jeszcze godzinę (…)”.
Temperatura z minus pięciu spadła do plus jednego stopnia? I dlaczego, skoro docelowo ma być plus jeden, przy minus pięciu bohater czeka na dalszy spadek temperatury? Przecież to bez sensu. Założyłem, że w oryginale były stopnie Kelvina i tłumacz Marcin Ring źle przeliczył. Normalnie pewnie zadowoliłbym się takim wyjaśnieniem, ale ponieważ wcześniej mocno potykałem się o polszczyznę Ringa i natrafiałem na równie bezsensowne opisy (np. na str. 30: „Frustrujące jest to, że nie można połączyć śluzy pompowanych namiotów z innymi śluzami!”, gdy z tekstu wynika, że bohater się frustruje, bo można je połączyć z innymi śluzami, tylko ze śluzą Habu nie, co akurat chce zrobić), wstałem z łóżka, włączyłem komputer i kupiłem sobie w Amazonie oryginał.
Okazało się, że tłumacz niczego nie przeliczał. W oryginale były stopnie Celsjusza. _Plus_ pięć i plus jeden. Nie błąd rachunkowy, gorzej: zwykłe niechlujstwo. Co ze śluzami? „The frustrating part is pop-tent airlocks _can_ [podkreślenie w oryginale] attach to other airlocks!”.
Nawiasem mówiąc, kiedy tłumacz dokonuje przeliczeń, to też się rąbie. „A week after the stunning announcement (…)”. Ring przeliczył tydzień na dni. Czemu nie? „Dziesięć dni po ogłoszeniu tej szokującej informacji (…)” (str. 67).

Średniej klasy tłumacz sprawdza, czy to, co wyszło mu w wyniku tłumaczenia, ma sens. Marcina Ringa od średniej klasy dzielą co najmniej cztery minuty świetlne (czyli jakieś 73 miliony kilometrów). Na stronie 62 analitycy NASA przeglądają zdjęcia satelitarne i stwierdzają, że „(…) łazik numer 2 jest ustawiony przodem do Habu”. Kłóci im się to z przebiegiem wydarzeń: ostatnia astronautka, która nim jeździła, „musiała go zaparkować przodem do Habu, inaczej by go nie podłączyła”, gdyż łazik „port do ładowania ma na przodzie, a kabel nie jest wystarczająco długi, żeby sięgnąć”. Wniosek? Łazik „został przestawiony od 5. sola” (sol to doba marsjańska). Czyli łazik musiał zostać zaparkowany przez astronautkę przodem, żeby mogła go naładować, ale stoi przodem, z czego wynika, że potem ktoś inny go przestawił. W logice Marcina Ringa, bo Andy Weir opisuje inną sytuację: „Rover 2 is facing _away_ [podkreślenie w oryginale] from the Hab”. Tyłem stoi, panie tłumacz!

W książce jest dużo opisów, jak bohater z dostępnych materiałów konstruuje coś nowego albo przerabia posiadane urządzenia. Nieraz ciężko je zrozumieć, ale głównie dlatego, że tłumacz nie rozumiał, co tłumaczył: „Potem dostałem się do komory spalania. Wymagało to trochę roboty i złamałem to cholerne narzędzie na pół, ale się udało. Na szczęście nie chcę odpowiednio przeprowadzonego spalania” (str. 37). Dlaczego wskutek złamania narzędzia nie można odpowiednio przeprowadzić spalania? Odpowiedź jest w oryginale:„Then I pried out [czyli nie „dostałem się”, tylko „wyciągnąłem”] the reaction chamber. It took some work and I cracked the damn thing in half, but I got it out. Lucky for me I don’t need a proper fuel reaction”. A zatem nie narzędzie złamał, tylko rozpołowił komorę, ale nic się nie stało, bo spalanie nie musi przebiegać prawidłowo.
Ringowi częściej jest zresztą obojętne, co jak działa albo jak przebiega dany proces. „Wewnętrzna elektronika Pathfindera zawierała uziemienie prowadzące do Habu” (str. 237). Z tego by wynikało, że inżynierowie NASA, konstruując Pathfindera, wykorzystali bazę, która miała pojawić się na Marsie kilka lub kilkanaście dekad później. Tymczasem uziemienie prowadzi do „hull”, czyli do obudowy. Hab, hull, jak się tłumaczy na kolanie, to się patrzy tylko na pierwszą literę wyrazu.
„Będę redukował hydrazynę i spalał wodór w Habie przez dziesięć kolejnych dni, dziesięć godzin dziennie” (str. 54). Akapit dalej jest powiedziane, że cały proces zajmuje tylko dwadzieścia minut, a dziesięć godzin trzeba czekać na napełnienie zbiornika dwutlenkiem węgla, czyli powinno być „co dziesięć godzin” i tak jest w oryginale „every ten hours”. Ale Ring najwyraźniej odhaczał przełożone akapity i nad tym, czy jego przekład w świetle następnych ma sens, już się nie zastanawiał.

Co tam akapity. Tłumaczowi nie chciało się nawet popatrzeć, czy w obrębie jednego krótkiego dialogu wszystko trzyma się kupy (str. 350):
– Jestem gotów – rzekł Martinez. – (…) Przećwiczyłem wszystkie scenariusze wprowadzania statku na orbitę.
– Wszystko poza najgorszymi usterkami – poprawiła Johanssen.
– No tak – odpowiedział. – Trochę bez sensu jest symulować eksplozję w trakcie wznoszenia. Nic się wtedy nie da zrobić.
Najwyraźniej kiedy do Ringa dzwoni żona, że mają usterkę w łazience, to pan Ring myśli, że łazienka wyleciała w powietrze. Piloci statków kosmicznych są nieco mniej przewrażliwieni, więc Martinez mówi o eksplozji, bo Johanssen użyła sformułowania „catastrophic failures”.

Kiedy Ring nie tłumaczy z błędami, to pisze własną książkę: „Obejrzałem je [szkiełka] pod mikroskopem, żeby sprawdzić moje ukochane bakterie. Odetchnąłem z ulgą, gdy ujrzałem zdrowe, żywe bakterie zajmujące się swoimi sprawami” (str. 52). Oryginał? „With shaking hands, I put a slide into the microscope and brought the image up on-screen. There they were! Healthy, active bacteria doing their thing!”. Czyli: „Drżącymi rękami wsunąłem jedno ze szkiełek do mikroskopu i wyświetliłem obraz na ekranie. Były tam! Zdrowe, pełne wigoru bakterie zajmujące się swoimi sprawami!”.

Poza tym tłumacz nie ma cierpliwości do opisów, jak bohater realizuje swoje pomysły (pozwalające mu przeżyć, a więc dla akcji kluczowe), i je sobie po prostu skraca. Na stronie 21 oryginalny tekst „I’ll bring in more lifeless soil from outside and spread some of the live soil over it. It’ll ‘infect’ the new soil and I’ll have double what I started with. After another week, I’ll double it again” przekłada „Rozłożę ją [ziemię], podwajając powierzchnię. Bakterie ‘zainfekują’ nową porcję marsjańskiej gleby”. Na stronie 109 czytamy: „Układałem trochę kamieni blisko lądownika. Potem ciągałem go w górę i w dół. Później robiłem stertę bardziej stromą itd.”. Itd. Itede. Marcin Ring uważa, że może w powieści autorski tekst „and made sure I could drag the lander up and down” zastąpić skrótem „itd.”! Idź, tłumacz, dyletancie, coś innego i nie dotykaj się literatury!

Kolejną ingerencją w tekst jest zmiana długości zdań. Owszem, nie ma wymogu, by zdania w tłumaczeniu odpowiadały zdaniom w oryginale, ale zmiany muszą być uzasadnione. Marcin Ring dokonuje ich po uważaniu. „I got the breach kit over the hole and sealed it. It held. The suit backfilled the missing air with yet more oxygen”. Czyli mamy trzy zdania z suspensem, nie od razu wiemy, czy uszczelnienie skafandra zadziałało. To jest literatura. Ring ma suspens gdzieś, bo wydaje mu się, że literaturę tłumaczy się tak, jak instrukcję obsługi pralki: „Przyłożyłem zestaw do łatania do dziury i uszczelniłem skafander, który dopełnił brakujące powietrze większą ilością czystego tlenu” (str.12).
Albo odwrotnie, Ring rozbija zdania oryginału, utrudniając czytelnikowi zrozumienie tekstu: „W razie awarii w trakcie drugiego etapu wznoszenia się MAV-u [z powierzchni Marsa na statek kosmiczny] bylibyśmy na orbicie”. Czemu przebywanie na orbicie miałoby być problemem? Wyjaśnienie tłumacz daje po kropce („Ale zbyt nisko, żeby dotrzeć do Hermesa”, str. 113), chociaż w oryginale jest to – i w tłumaczeniu też powinno być – jedno zdanie.

W instrukcjach styl jest obojętny, więc Ringa nie obchodzi, że narrator mówi o zamordowaniu skafandra albo ranie krzyczącej z bólu. Tłumacz przekazuje czytelnikowi, że skafander został rozwalony (str. 39), a rana przeraźliwie zabolała (str. 12). Ringowi wydaje się, że przekład literatury to przekazywanie czytelnikowi faktów zawartych w oryginale (choć w jego przypadku należałoby mówić o pomylonych faktach), warstwa stylistyczna jest dla pana tłumacza bez znaczenia. „Długie podróże to moja specjalność”, mówi bohater (str. 103). Bohater Ringa, bo bohater Weira jest znacznie bardziej dosadny: „Long-ass trips are my business”. Na stronie 117 astronauta relacjonuje nam: „Tak wybebeszyłem biedny łazik, że wygląda, jakbym go zaparkował w złej dzielnicy”. Odpowiednio do tego mówi wcześniej, że grzejnik z łazika „ukradł” (stole), co tłumacz oddaje jednak słowem „wymontowałem”. Obrazowy, emocjonalny język narratora Ring zmienia na neutralny, ale trzeba go pochwalić za konsekwencję, bo kiedy astronauta posługuje się neutralną frazą „thanks for coming back to get me” („dzięki, że po mnie wracacie”), tłumacz każe mu przemawiać jak królowej angielskiej: „dzięki, że po mnie przybywacie” (str. 349).

Jeśli chodzi o styl, to jednym z największych problemów przy przekładaniu literatury z języka germańskiego na polski są powtórzenia. W oryginale będące czymś normalnym, w języku docelowym niedopuszczalne. Dla mnie unikanie powtórzeń to w ogóle największa trudność przy tłumaczeniu książek. Synonim nie zawsze jest, nie zawsze pasuje, czasami brzmi sztucznie, trzeba się nagłówkować, żeby nie odejść od oryginału, a jednocześnie oddać ten oryginał dobrą polszczyzną. Nieraz gryzłem z rozpaczy palce, kiedy autor beztrosko na przestrzeni trzech zdań powtarzał pięć razy to samo słowo, a ja musiałem coś z tym począć, bo mnie w przeciwieństwie do niego nie wolno było tego zrobić. I co? I okazuje się, że męczyłem się zupełnie niepotrzebnie, zamiast poczytać sobie tłumaczenia Marcina Ringa, żeby dowiedzieć się, że można to mieć kompletnie w dupie: „Nie jestem maminsynkiem czy coś takiego. Jestem w pełni dorosłym facetem, który okazjonalnie nosi pieluchy (trzeba w skafandrach EVA). Jest dla mnie całkowicie męskie i normalne uczepienie się listu od mamy. To nie jest tak, że jestem jakimś dzieciakiem na obozie (…)” (str. 154), „Nadmie się, gdy zwiększę ciśnienie w łaziku, ale wytrzyma. Jak wytnę wielki kawał kadłuba z łazika? Pozwolę, żeby mój przemiły asystent Venkat Kapoor wam to wytłumaczył: / [14.38] JPL: Jestem pewien, że zastanawiasz się, jak wyciąć dziurę w łaziku (str. 226/227).
Ba, Ring wprowadza powtórzenia nawet wtedy, kiedy nie ma ich w oryginale, i to jest już prawdziwe mistrzostwo świata: „Będzie się spalał stopniowo, nie dochodząc do stężenia zdolnego zabić Marka. / Mam dużo czasu do zabicia” (str. 54). W oryginale jest odpowiednio „kill” i „dead time”.

Przekład „Marsjanina” jest zresztą doskonałą ilustracją zasady, że tłumacz literacki musi przede wszystkim biegle posługiwać się językiem ojczystym. Przy czym „biegle” nie oznacza tutaj umiejętności swobodnego dogadania się w sklepie czy zrozumienia artykułu w gazecie bez pomocy słownika. Niestety, tym, którzy zlecili Marcinowi Ringowi przekład, tak się właśnie wydaje, dzięki czemu dostał szansę, by raczyć nas konstrukcjami w stylu: „Zaskakująco denerwujące było wymyślenie tego, jak sprawić, żeby łazik trzymał temperaturę, nawet gdy mnie tam nie ma” (str. 47). Aż widać, jak tłumacz brnął przez to zdanie, a dobrnąwszy do celu, niczym małe dziecko z dumą pokazuje krzywo posklejaną konstrukcję i oczekuje pochwał: „Zobaczcie, udało mi się, zrobiłem, sam!”. Ktoś mający pojęcie o języku polskim napisałby: „Zaskakująco denerwujące było znalezienie sposobu, żeby pusty łazik trzymał temperaturę”. Zgrabniej i bliżej oryginału, bo to, co tłumacz oddał zwrotem „gdy mnie tam nie ma”, jest po angielsku jednym słówkiem „unoccupied”.
Albo takie śliczne zdanko: „Tam jest niemalże cała misja w zapasach na powierzchni” (str. 56). Misja w zapasach? A może jednak, panie Ring, „Niemal całe zapasy misji są na powierzchni”?
Niewątpliwie jednak szczytowym osiągnięciem Marcina Ringa, które powinno zająć poczesne miejsce w annałach polskiej translatoryki, jest odkrycie, że ziemniaków wcale się nie sadzi. „Doszedłem także do wniosku, że czas zasiać pierwsze rośliny. (…) Na początek dwanaście ziemniaków” (str. 28). Nie na początek, bo bohater ma wszystkiego dwanaście sztuk („I had twelve potatoes to work with”) i nic innego uprawiać nie zamierza. A zatem ziemniaki, proszę państwa, siejemy!

Błędów językowych jest zresztą od groma. „Stawka toczy się o twoje życie” (str. 136), „o ile ludzkich istnień toczy się stawka” (str. 212). Stawka toczyłaby się tylko wtedy, gdyby pan Ring puścił sobie po podłodze żeton z ruletki. To gra toczy się o jakąś stawkę, czego tłumacz nie wie. Podobnie jak nie wie o istnieniu liczebników zbiorowych, w związku z czym jego zdaniem „śluza powietrzna to nic innego jak zawory i dwie pary drzwi” (str. 29). O jaką stawkę się pan założy, panie Ring, że tych drzwi jest tylko dwoje, a nie czworo?

Czasami polszczyzna tłumacza zwyczajnie uniemożliwia zrozumienie tekstu. „Tak wspominam… Nie umarłem 6. sola” (str. 7). Co bohater wspomina, skoro zdarzenia opowiada nam na bieżąco? W oryginale jest „for the record”. Czyli bohater nic nie wspomina, tylko przekazuje komunikat, że nie zginął szóstego sola („die” należy w tym kontekście tłumaczyć właśnie jako „zginąć”, skoro byłaby to śmierć tragiczna). Przekład tego zwrotu jest możliwy na kilka sposobów, także mniej formalnych np.: „Żeby była jasność… Nie zginąłem szóstego sola”.

Na urokliwą polszczyznę Ringa składają się również liczne anglicyzmy. I tak pan tłumacz zgaduje (bo „guess”, str. 42, 108), że marsjański łazik standardem odpowiada pokojowi w Hiltonie, więc jest w nim „komfortowo” („comfortable”, str. 102). Tymże komfortowym łazikiem bohater wybiera się na „epicką wyprawę” (str. 225). Każdy tłumacz, który „epic” w znaczeniu „pełny przeszkód, trudny, ekscytujący” przekłada jako „epicki”, powinien trzymać się z dala od epiki. Wyprawę śledzi Centrum Lotów Kosmicznych, gdzie stoją „tuziny rozrzuconych budynków” (str. 55). Z ciekawości sprawdziłem, jak „dozens” tłumaczy translator Google’a, i okazało się, że poprawnie jako „dziesiątki”. Tyle się mówi, że automatyczne translatory jeszcze długo nie będą w stanie zastąpić tłumaczy literackich, tymczasem w przypadku takich partaczy jak Marcin Ring są już od nich lepsze.

Każdy inteligentny pisarz lubi pobawić się aluzjami czy nawiązaniami do innych utworów, chętnie sięga po kody kulturowe. Andy Weir jest bardzo inteligentnym pisarzem, niestety, w Polsce natrafił na bardzo nieinteligentnego tłumacza. W oryginale bohater mówi „Damn it, Jim, I’m a botanist, not a chemist!”. Owo zwrócenie się do Jima jest nawiązaniem do kultowego „Star Treka”. Nie mam pojęcia, czy Ring tego nie wie, czy nie umie odpowiednio przełożyć (tak, by polski czytelnik zrozumiał, o co chodzi), bo nawiązanie po prostu opuszcza: „Cholera, jestem botanikiem, a nie chemikiem!” (str. 43). Za pierwszym wyjaśnieniem przemawiałby fakt, że przy tych fragmentach, gdzie jest mowa o serialach z lat siedemdziesiątych, wyraźnie widać, że tłumacz nie ma o nich bladego pojęcia. I tak w serialu „Three’s Company” raz występuje u niego pan Roper (str. 31), a raz pan Ropers (str. 37), bo Ring nie wie, że mieszkanie należy do małżeństwa Roperów. Z kolei w serialu „Diukowie Hazzardu” zdaniem tłumacza „generał Lee może wyprzedzić radiowóz” (str. 54). Tymczasem generał Lee mógł co najwyżej uciekać (bo tak powinno być w tłumaczeniu) unionistom, w filmie ucieka Generał Lee, bo to nazwa własna samochodu braci Duke’ów. Za drugim wyjaśnieniem przemawia okoliczność, że tłumacz opuszcza fragmenty, z którymi ewidentnie sobie nie radzi. Na przykład na stronie 21 nie wie, jak przełożyć „night soil” jako określenie ziemi nawożonej ludzkimi odchodami, więc je po prostu pomija.

Inna sprawa, że Ring opuszcza całą masę rzeczy bez żadnego powodu. Na stronie 107 bohater ma problem z lądownikiem: „Nie miałem nadziei, że w całości zabiorę go do Habu. Był po prostu za duży. Musiałem nałożyć mój kapelusik inżyniera mechanika”. Wszystko jasne. Lądownik jest za duży, bohater musi go rozebrać na części, co niekoniecznie będzie prostą sprawą. W każdym razie taki komunikat przekazuje czytelnikowi fuszer swoim tłumaczeniem. Inny niż pisarz: „It was just too big, but I only needed the probe itself”. Czyli owszem, lądownik jest za duży, ale bohater potrzebuje tylko sondy.
Na stronie 348 astronauta obwieszcza: „Nawet swój mocz będę elektrolizował”. W oryginale dodaje „That’ll make for a pleasant smell in the trailer”. Ring chyba nie zrozumiał, że z tym „pleasant smell” to ironia, z jego wiedzy wynika, że siki śmierdzą, a nie ładnie pachną, więc zdanie, jako bezsensowne, wywalił.
Ale żeby polski czytelnik nie czuł się pokrzywdzony, tłumacz w innych miejscach dopisuje. „Istnieje bardzo duże prawdopodobieństwo, że dziś umrę. Muszę pogodzić się z tą myślą. Nie mogę powiedzieć, że jestem tym zachwycony” (str. 352). My musimy pogodzić się z myślą, że Ring, dokładając drugie zdanie, schrzanił kontrast między powagą sytuacji a lekkim komentarzem astronauty.

Są tacy nieżyciowi tłumacze, którzy nie biorą się za teksty z obcej im tematyki. Marcin Ring do nich nie należy. I tak astronauci w „Marsjaninie” ćwiczą przelot z powierzchni Marsa na orbitę bezpośrednio w przeznaczonym do tego statku (str. 113). Jak sobie tłumacz takie ćwiczenia na Ziemi wyobraża, nie bardzo wiadomo, normalnie używa się do tego symulatora, ale Ring pewnie myślał, że symulator to taki dekownik, który udaje chorego, żeby go na front nie posłano, i to słowo, jako do kontekstu niepasujące, opuścił.
Jak wynika z opisu, ów statek jest niezwykle ciasny, ale astronauci mają w nim do dyspozycji – werble! – kanapy! „Musimy usadowić się w kanapach”, informuje jeden z nich (str. 146). Gdyby komuś „usadowić się” zasugerowało, że rozsiadają się do five o’clock tea, to zostałby wprowadzony w błąd. Szaleje burza piaskowa, astronauci spieprzają z planety, bo grozi im, że zostaną na niej na zawsze, ich kolega zaginął, ale dzięki odpowiedniemu wyszkoleniu nie zapominają o dystyngowanym języku. Jedynie Weir nie wie, że NASA dba o to, by w sytuacjach zagrożenia życia astronauci odpowiednio się wyrażali, i pisze „We must get to the couches”. Tu mają państwo wyjaśnienie, dlaczego kanapy. Bo w słowniku jak byk stoi, że „couch” to „kanapa”. I cieszmy się, że tłumacz zdecydował się na „kanapę”, a nie na „tapczan”. Należy też go pochwalić za konsekwencję. Na stronie 346 jest mowa o „crew seats”, Ring dostrzega, że chodzi o te same fotele, które wcześniej nazywał kanapami, więc dalej nazywa je kanapami.
Na stronie 349 bohater martwi się, że może tym statkiem w ogóle nie wystartować, bo „w końcu usunąłem silnik”. Tłumaczowi wydaje się, że statek kosmiczny to coś w rodzaju samochodu. Gdy wymontujemy z samochodu jeden silnik, wymontowaliśmy wszystkie. W przypadku statku kosmicznego tak to nie działa, o czym Ring by wiedział, gdyby choć odrobinę interesował się treścią przekładanej przez siebie książki. Bo wtedy musiałby zadać sobie pytanie, dlaczego przy starcie tego statku kontrola mówi o zapłonie głównych silników (str. 358).

Wszyscy znamy panów spod budki z piwem, którzy potrafią wyrazić bardzo wiele treści za pomocą dwóch słów. Podobnie Marcin Ring, przy czym w jego wypadku są to słowa „robić” i „problem”. Choć czasami jest bliski spodbudkowej poetyki: „Mógłbym to zrobić lodem” (str. 169). Na szczęście jest narzędnik zamiast dopełniacza.
Bohater regularnie „robi wyjście”. Nie, nie, wcale nie montuje w bazie futryny z drzwiami w miejsce śluzy, tylko nakłada skafander (albo, w wersji tłumacza, „ubiera się”, str. 115) i wychodzi na zewnątrz.
„Czemu alfabet Morse’a? Ponieważ robienie kresek i kropek kamieniami jest dużo łatwiejsze niż liter” (str. 154). W oryginale jest „making”, więc panu tłumaczowi oczywiście nie postaje w głowie taka myśl, by przełożyć „układanie kresek i kropek z kamieni jest dużo łatwiejsze”.
„Kiedy zrobię to ostatni raz, będę to robił na tej ziemi, którą przyniosłem ostatnio ” (str. 31), „Robi się wtedy naprawdę, naprawdę gorąco. I niebezpiecznie. Jeśli zrobię to w atmosferze tlenowej (…)” (str. 33). Robiłem tłumaczenie i sknoci… zrobiłem.
„Mógłbym bez problemu spalić cały układ”, informuje nas bohater (str. 117). Piroman, szantażysta, chce się tego układu pozbyć? Wręcz przeciwnie, bardzo nie chce i obawia się, że „łatwo” (easily) mógłby go spalić.
„(…) Hermes ma ludzką załogę, zdolną do stawienia czoła potencjalnym problemom” (str. 213). Bo po co główkować, żeby „hiccups” przełożyć jakoś, nomen omen, oryginalniej, skoro mamy takie poręczne słówko jak „problem”? Issue, trouble, failures, trickier, weak point – dla Marcina Ringa takie zróżnicowanie to nie problem i wszystko tłumaczy jako „problem”.

Błędy w „Marsjaninie” są praktycznie na każdej stronie. Powtórzmy: praktycznie na każdej stronie. To nie jest tak, że wypisałem wszystkie, które znalazłem. Ledwie ułamek. Wystarczy zacząć analizować w dowolnym miejscu, by odkryć, że Marcin Ring ma takie kwalifikacje na tłumacza literatury jak Andrzej Duda na niezależnego prezydenta. Jeśli już Ring nie wykłada się na jeden ze sposobów opisanych powyżej, to przynajmniej dba o to, żeby źle przekazać akcenty. „Jadąc tutaj, miałem dwa stosy ogniw, które zajmowały cały dach. Wracać będę z jednym stosem. To troszkę bardziej niebezpieczne; mogą spaść. Ale główny problem jest taki, że będzie cholernie trudno ułożyć tak wysoki stos” (str. 108). Wcale nie główny, tylko taki sam jak niebezpieczeństwo, że ogniwa mu zlecą, bo „Also, the cells will be a pain in the ass to stack that high”.
Chociaż może niesłusznie napisałem, że to zamiast innych błędów, bo mamy i problem, i powtórzenia, i opuszczenie, że te wygibasy stąd, że potrzebne jest miejsce na sondę, a „pain in the ass” i „cholernie trudno” to nieco inny rejestr stylistyczny.

Należy podkreślić, że powyżej była cały czas mowa o błędach w tłumaczeniu, przy czym ich rodzaj i ilość dyskwalifikowałyby nawet studenta pierwszego roku filologii. Nie mamy tutaj do czynienia z akceptowalnymi rozwiązaniami, które nie podobają się drugiemu tłumaczowi, bo sam przełożyłby inaczej i uznaje, że jego wersja byłaby lepsza. Tam, gdzie Ring tłumaczy w zasadzie poprawnie, można było to zrobić trzy razy lepiej. Na przykład w pewnym momencie bohater mówi o powrocie „do mojego małego Habu na prerii” (str. 28). Jest to nawiązanie do serialu „Domek na prerii” (Little House on the Prairie). W angielskim oryginale brzmi ono „to my Little Hab on the Prairie” i jest dużo czytelniejsze przez to, że powtarza się słowo „little”, „Hab” i „House” zaczynają się na tę samą literę, a cały zwrot zapisany jest jak tytuł. Czy po polsku nie można było dać wyraźniejszej wskazówki? Oczywiście, że można było. Wystarczyło „mały Hab” zamienić na „domek”. Dokąd wraca bohater, pozostaje oczywiste, bo innej siedziby na Marsie nie ma, a uzyskujemy efekt tzw. ekwiwalentności, o którą w przekładzie literackim przede wszystkim chodzi: czytelnik tłumaczenia ma od razu to samo skojarzenie, co czytelnik oryginału.
„(…) dotarliśmy na Marsa sto dwadzieścia cztery dni później (…) / Stamtąd dostaliśmy się przy użyciu MDV-a (Mars Descent Vehicle) na powierzchnię” (str. 9). Dotarliśmy na Marsa i z Marsa na jego powierzchnię? Bez sensu. Powinno oczywiście być, że po 124 dniach dotarli na _orbitę_ Marsa. Ale jak raz nie jest to wpadka tłumacza. Tak napisał Weir. A kardynalna zasada przy tłumaczeniu powieści brzmi, że pisarza nie poprawiamy. Co zrobić, kiedy w oryginale mamy „(…) we got to Mars 124 days later (…) / From there, we took the MDV (Mars descent vehicle) to the surface”? Ano można było napisać „(…) dotarliśmy na Marsa sto dwadzieścia cztery dni później (…) / Na powierzchnię dostaliśmy się przy użyciu MDV-a (Mars Descent Vehicle)”. Poprawiliśmy pisarza, nie poprawiając go. W przekładzie literackim możliwe są takie paradoksy.

A teraz podsumowanie tego przekładowego gniota, przy czym chcę napisać nie tylko o tłumaczu i wydawnictwie, lecz także o czytelnikach. Przejrzałem opinie na „Lubimy czytać” i blogowe wpisy o „Marsjaninie”. Generalnie zachwyty, nikt się nie zżyma, że temperatura spada z minus pięciu do jednego stopnia, że opisy są bez sensu, że bohaterowie rozmawiają sami ze sobą (na str. 212-213 trzy kwestie z rzędu tłumacz przypisał tej samej postaci), że tekst naszpikowany jest anglicyzmami, że polszczyzna utworu jest tak drętwa jak przemowy na zjazdach PZPR. Znalazłem wszystkiego dwie osoby, które miały zastrzeżenia do przekładu. Pierwsza wyłapała _jeden_ anglicyzm i _jeden_ błąd składniowy, poza tym uznała tłumaczenie za dobre, druga miała wprawdzie dużo więcej pretensji, ale też nie dostrzegła, że powinno ono wylądować w koszu. To ja się pytam, kto czyta w Polsce książki. Wtórni analfabeci, którzy nie widzą, co czytają? Ludzie, którzy przelatują tekst wzrokiem, żeby mniej więcej zorientować się, o co chodzi? Mutanci, którzy czytają przekład tak jak nieudolni tłumacze oryginał, i w efekcie trafia do nich właściwa treść? Translatorscy geniusze, którzy rozpoznają błąd i odczytują źródło, a że są ludźmi ze wszech miar wyrozumiałymi, kompletnie nie przeszkadza im, że ktoś wciska im translatorskiego gniota?
No właśnie. Przekład Ringa musiał wpaść w ręce niejednego tłumacza literatury angielskojęzycznej. Nie wierzę, żeby czytali oni wyłącznie w oryginale. Szukam jakiejkolwiek krytyki, nie znajduję. Dlaczego? Literatura jako taka ich nie obchodzi, więc nie rusza ich, że ignorant masakruje powieść? Nie mają czasu analizować cudzych tłumaczeń, bo muszą natłuc odpowiednio dużo arkuszy w miesiącu, żeby przy nędznej stawce wyjść na swoje? Tłumaczą na tym samym poziomie, więc lepiej kolegi nie krytykować, bo można samemu zostać wziętym pod lupę? I wtedy okaże się, że podobnie jak w przypadku Marcina Ringa znajomość angielskiego i polskiego kwalifikuje co najwyżej do wypełnienia wniosku paszportowego i kelnerowania w Londynie?

Oczywiście panu Ringowi może się roić, że jest świetnym tłumaczem, pytanie, dlaczego wydawnictwo zleciło mu przekład. Powieść została wydana przez oficynę Akurat. Nic to państwu nie mówi? Mnie też nie mówiło. Dopiero po sprawdzeniu dowiedziałem się, że to imprint Muzy. Dużego, doświadczonego i zamożnego wydawnictwa. Dla którego znalezienie kompetentnego tłumacza to pestka. Ale po co szukać kompetentnego, jeśli jakość tłumaczenia mamy gdzieś? Co się będziemy przejmować poziomem przekładu, skoro recenzenci nie zwracają na niego uwagi, a kiedy zwracają, to w taki sposób, że sami wychodzą na ignorantów? A jeśli nawet ktoś nas złapie, że wypuściliśmy skopany przekład, to krytyka olejemy. Może nam skoczyć, bo przecież czytelnik nie pójdzie i nie kupi konkurencyjnego tłumaczenia. Nic dziwnego, że przy takim podejściu wzięto byle jakiego tłumacza i zapłacono mu byle jaką stawkę za byle jakie tłumaczenie, byle szybko zrobione. I pewnie ani przez sekundę nikt w Muzie nie pomyślał, że zapłacić dwa razy więcej niż zwykle, dać nie pięćset złotych za arkusz, lecz tysiąc, to przy gwarantowanym bestsellerze i książce, która ma zostać sfilmowana przez Hollywood, wydatek rzędu kosztu wycieraczek przy zakupie mercedesa. Co zresztą mówić tu o dobrym tłumaczu. Muza zlekceważyła czytelnika do tego stopnia, że nie pofatygowała się nawet, by przekład dać komukolwiek do sprawdzenia. W książce, owszem, wymienieni są redaktor i dwie korektorki. Tyle że cała trójka musiała zasiąść do pracy po swoim zgonie, skoro pan redaktor nie wyłapał żadnego ze wskazanych błędów, a panie korektorki poprawiły jedynie te literówki, które poprawia Word. Racjonalniejsze wyjaśnienie jest takie, że nigdy nie widzieli tekstu na oczy. Co więcej, kupiona przeze mnie książka jest drugim wydaniem. Kiedyś dla renomowanego wydawnictwa kolejne wydanie było okazją, żeby poprawić błędy, które prześlizgnęły się w poprzednim. W Muzie na tekst „Marsjanina” nawet nie spojrzano, zmieniono tylko okładkę na „filmową”, bardziej dochodową, i rzucono bubla czytelnikom. Jak wybrakowany towar do socjalistycznego sklepu: cieszcie się, że w ogóle macie.

Muszę powiedzieć, że jestem rozżalony i wściekły. Bo wydawnictwo Muza do spółki z tłumaczem Marcinem Ringiem spieprzyło mi lekturę rewelacyjnej książki. Uznało, że może jako przekład sprzedawać nieudane translatorskie wprawki jakiegoś dyletanta bez cienia literackiego talentu. Czuję się zwyczajnie okradziony. I nie mam zamiaru więcej dać się okradać. Czytam swobodnie po szwedzku i niemiecku, zabrakło mi cierpliwości, by przebić się przez parę angielskojęzycznych książek ze słownikiem w ręku i uzyskać tę samą umiejętność w ich przypadku. Teraz to nadrobię. Będę czytał w oryginale. Moje pieniądze, a przeznaczam ich na książki całkiem sporo, trafią do wydawców zagranicznych. Muza i inne polskie wydawnictwa, jeśli chodzi o poziom przekładów, wypinają się na polskich czytelników. Bo są przekonane, że ci nie mają innej możliwości, jak pocałować je w tę wypiętą dupę. No cóż, ja akurat (znowu nomen omen) jestem w tej szczęśliwej sytuacji, że przy trzech językach mogę dać im kopa.