Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czytanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czytanie. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 19 września 2016

Siejemy ziemniaki, czyli jak oddawałem bubla

Fatalnie przetłumaczonego „Marsjanina” Andy’ego Weira postanowiłem zareklamować. Od dawna głoszę tezę, że książka jest takim samym produktem jak każdy inny i jeśli jest wadliwa, powinna podlegać reklamacji. Przy czym przez wadliwość należy rozumieć nie tylko usterki technicznie, jak na przykład niezadrukowane strony, ale również niezachowanie wydawniczych standardów, czyli właśnie złe tłumaczenie albo brak redakcji. Jest oczywistym, że nie mogę reklamować powieści dlatego, że wydawca zapowiadał ciekawą, a mnie znudziła, bo to kwestia subiektywnego odbioru, ale w mojej opinii prawo zezwala mi na reklamowanie powieści, w której jest cała masa błędów ortograficznych, gdyż można je ustalić i policzyć. Ponieważ jednak zwracania źle przetłumaczonych czy źle zredagowanych książek się nie praktykuje, byłem ciekaw, czy mi się to uda.

„Marsjanina” zakupiłem w wersji elektronicznej w Publio i w wersji papierowej w Empiku. Z książką z Empiku był ten problem, że procedura reklamacyjna wymagała odesłania jej do sklepu, a ja nie chciałem się tej książki pozbywać, gdyż miałem w niej pozaznaczane błędy w tłumaczeniu. Z reklamacją mailową zwróciłem się więc tylko do Muzy (gdzie zażądałem zwrotu pieniędzy za obie wersje) i do Publio. Nie chciałem oczywiście wycyganić podwójnego zwrotu, byłem ciekaw, kto i w jaki sposób zareaguje. Muza w ramach poszanowania klienta mnie olała, Publio odpisało mi natychmiast, że reklamację przekazuje do wydawnictwa Akurat (bo to Akurat wydało „Marsjanina”, Akurat jest imprintem Muzy, ja pisałem do Muzy dlatego, że e-maila Akurat nigdzie nie znalazłem, natomiast w książce były dane adresowe Muzy).

W kolejnym mailu Publio przekazało mi odpowiedź redaktora naczelnego Akurat Arkadiusza Nakoniecznika, która brzmiała: „Dziękuję za uwagi dotyczące przekładu książki. Z przykrością muszę przyznać, że w ogromnej większości są całkowicie uzasadnione”. Jednocześnie samo uchyliło się od odpowiedzialności: „Księgarnia Publio w której nabył Pan publikację jest jedynie dystrybutorem. I podobnie jak inni sprzedawcy na rynku książki, nie ponosi odpowiedzialności za treść merytoryczną poszczególnych pozycji. / Dokładamy najwyższej staranności, aby pliki były przygotowane poprawnie od strony technicznej. / Jednak za stronę edytorską ponosi odpowiedzialność wydawca”.

Było mi oczywiście wszystko jedno, czy pieniądze zwróci mi księgarnia (sprzedawca), czy wydawca (producent). Ponieważ jednak wydawca, chociaż przyznawał mi rację, że tłumaczenie jest źle wykonane, nie deklarował zwrotu pieniędzy, a adresu mailowego do Akurat nadal nie miałem, napisałem do Publio, że od odpowiedzialności uchyla się bezprawnie:

Zgodnie z prawem sprzedawca ponosi odpowiedzialność z tytułu rękojmi „w sytuacji, gdy rzecz sprzedana ma wadę fizyczną lub prawną. Wada fizyczna polega na niezgodności rzeczy sprzedanej z umową. W szczególności wada fizyczna występuje w sytuacji, gdy rzecz:
1) nie ma właściwości, które rzecz tego rodzaju powinna mieć ze względu na cel w umowie oznaczony albo wynikający z okoliczności lub przeznaczenia” (cytat za Miejskim Rzecznikiem Konsumentów z Poznania).
To, że rzecz (książka) nie ma właściwości, które powinna mieć (powinna być przetłumaczona na poziomie przyjętym przy publikacji tego rodzaju utworów w formie książkowej), wydawca niżej przyznaje, więc ta kwestia jest poza dyskusją.
Państwo sprzedają książki, a książki to również, a może przede wszystkim, warstwa edytorska. Twierdzenie, że odpowiada za nią wyłącznie wydawca (producent), a księgarnia (sprzedawca) nie, jest w świetle powyższej opinii nieuprawnione.

Na to przywołanie przepisów (art. 556 kodeksu cywilnego) Publio zastosowało taktykę „spierdalaj, kliencie”, czyli w ogóle nie raczyło mi odpowiedzieć. Smaczku owemu podejściu do klienta dodaje fakt, że nie ma takiej firmy jak Publio, jest to tylko nazwa księgarni prowadzonej przez spółkę Agora S.A. Tę samą, która wydaje „Gazetę Wyborczą”, gdzie dzień w dzień lecą (słuszne) gromy na PiS, że nie podporządkowuje się bezwzględnie prawu. Czyli PiS nie może sobie uznawać, że jakichś przepisów nie będzie przestrzegało, a Publio najwyraźniej tak. Jak się ten gość nazywał, który analizował, kiedy kradzież krów jest dobra, a kiedy zła?

W tej sytuacji wysłałem pismo z żądaniem zwrotu pieniędzy listem poleconym do wydawnictwa Akurat. Tym razem Arkadiusz Nakoniecznik uznał, że mnie zignoruje. Przypomnę, wcześniej przyznał, że sprzedał mi bubla. Swego czasu kupiłem na Allegro od jakiegoś szemranego biznesmena chińskie badziewie. Badziewie nie działało, więc je zareklamowałem. Szemrany biznesmen nie chciał uznać reklamacji, twierdząc, że badziewie działa, tylko ja nie potrafię go obsługiwać. Dostrzegają państwo różnicę? Szemrany biznesmen nie był tak bezczelny jak kulturalny redaktor naczelny książkowego wydawnictwa, by przyjąć postawę „no tak, nie działa, a ja ci nie oddam kasy i co mi zrobisz?”.

Zrobiłem to, że napisałem do miejskiego rzecznika konsumentów z prośbą o interwencję. Bardzo szybko odezwała się do mnie miła urzędniczka (sprawa tyle się ciągnęła z mojej winy, bo po wysłaniu poleconego do Akurat nie miałem czasu, by do tego wrócić). Dowiedziałem się od niej, że odpowiedzialność za wadliwy produkt ponosi wyłącznie sprzedawca, który z kolei może później dochodzić zwrotu pieniędzy od producenta. Czyli ona nie ma podstaw prawnych, by interweniować w wydawnictwie, może się jedynie zwrócić do księgarni, a ponieważ w Empiku nie złożyłem reklamacji, tylko do Publio. I tak zrobiła. Sprokurowała bardzo ładne pisemko, którego kopię mi przesłała. Jaki był efekt? Ano taki:

Victoria, proszę państwa! Można zareklamować książkę z tego powodu, że została źle przetłumaczona, i dostać za nią zwrot pieniędzy.

poniedziałek, 21 grudnia 2015

Za krawędzią literatury

Z książek, które przełożyłem, powieści Hjalmara Söderberga, Johanny Nilsson i Cariny Rydberg ukazały się z mojej inicjatywy. Zachwycony twórczością tych autorów, robiłem wszystko, by trafiła do polskiego czytelnika. Pierwszą negatywną recenzją – „Za krawędzią nocy” Rydberg w „Nowych Książkach” – mocno się przejąłem, ale następne, mimo mojego emocjonalnego zaangażowania, zbywałem już tylko wzruszeniem ramion. Tarcza w postaci pozycji autora w Szwecji (czy, jak w przypadku Söderberga, na świecie) i wielu pozytywnych recenzji w Polsce chroniła nader dobrze. Zareagowałem tylko raz, ale nie dlatego, że recenzentka oceniła książkę – były nią „Niebłahe igraszki” – jako słabą, bo do takiej oceny każdy ma prawo, tylko dlatego, że przypisywała Söderbergowi nieprawdziwe motywacje i poglądy, ignorując zarówno datę powstania powieści, jak i fakty z życia autora. Moja odpowiedź odnosiła się do tego, że recenzentka atakowała pisarza za niepopełnione grzechy.

Ostatnio poczułem się wywołany do tablicy po raz drugi, przez panią Agnieszkę, która na swoim blogu Koczowniczka o książkach zjechała „Za krawędzią nocy”. Powieść Cariny Rydberg ją znudziła. Znudzenie przy odbiorze obiektywnie wartkiej narracji (zero opisów, język prosty, powieść skromnej objętości) może wynikać z dwóch przyczyn: czytający książki nie rozumie albo nie trafia ona do jego wrażliwości. To trochę jak z meczem futbolu amerykańskiego. Będzie on nudny dla kogoś, kto widzi tylko kotłujących się zawodników, ale również dany kibic po zapoznaniu się z zasadami może nie pojąć fascynacji innych tą dyscypliną i stwierdzić, że woli piłkę nożną.

Jeśli chodzi o opinię czytelnika, to w zasadzie jest wszystko jedno, z jakiego powodu powieść go znudziła. Znudziła i już. Wnioski z tego faktu będzie wyciągał wyłącznie sam zainteresowany. Bloger to jednak trochę więcej niż czytelnik, bo swoją opinię komunikuje nie tylko znajomym. Co więcej, komunikuje ją najczęściej nie jako stricte czytelniczą refleksję, lecz w formie czegoś na kształt recenzji. Nie jest z kolei i nie musi być krytykiem literackim, a zatem pretensje o brak warsztatu krytycznoliterackiego byłyby nieuzasadnione. Ale pewnego obycia literackiego można już wymagać, a w przypadku tej recenzji trudno jakiekolwiek dostrzec.

Autor pisze powieść, bo pragnie coś powiedzieć. Ma jakąś ideę, którą chce przedstawić, gnębią go jakieś demony, z którymi chce się rozprawić. Temu służy konstrukcja powieści. Dla oceny książki najważniejsze jest ustalenie, czy zastosowane środki wyrazu były adekwatne do tego, co pisarz chciał powiedzieć. Innymi słowy, czy udało mu się wyrazić to, co wyrazić próbował. Oczywiście żeby to ustalić, trzeba zrozumieć główną ideę utworu. Odpowiedzieć sobie na tak często wyśmiewane, a w sumie bardzo sensowne pytanie: co autor miał na myśli?

Pani Agnieszka na to pytanie sobie nie odpowiedziała i zarzuca autorce epatowanie nieszczęściami i opisami anomalii. Treść książki przedstawia jako ciąg ekscesów seksualnych, gejowskich lub kazirodczych. I tylko w tym kontekście wspomina brata głównej bohaterki, nie podając nawet, że to brat bliźniak. Tymczasem relacje łączące Marikę i Carla są w „Za krawędzią nocy” najważniejsze. Nie napisać o nich w recenzji tej książki, to tak jakby omawiając „Przypadki Robinsona Crusoe”, nie wspomnieć, że bohater przebywa na bezludnej wyspie. Miłość do brata, podziw dla niego, poczucie, że ona jest gorsza, to wszystko ukształtowało Marikę i oddziaływało na jej relacje z innymi ludźmi. Carl z jednej strony krzywdzi Marikę, robiąc z niej swoją kochankę, z drugiej chroni ją przed światem zewnętrznym (przed ojczymem pedofilem). I analizując tę powieść należy się zastanowić, w jakim stopniu nieszczęścia spotykające Marikę były wynikiem jej chorego związku z bratem.

Pani Agnieszka wyłapała, że każdy z mężczyzn w powieści (nie licząc pedofila) ma doświadczenia homoseksualne. Można pogratulować spostrzegawczości, bo chyba ona pierwsza to dostrzegła, tyle że robienie z tego zarzutu autorce świadczy właśnie o niezrozumieniu powieści. Taka krytyka jest całkowicie aliteracka. Gdyby spali ze sobą wszyscy męscy bohaterowie Balzaka, słusznie można by twierdzić, że nijak ma się to do realistycznego obrazu społeczeństwa, jaki starał się zarysować. Rydberg nie ma takich ambicji. Społeczeństwo jako takie jej nie obchodzi, interesują ją ludzie porąbani, mający coś z głową, nieradzący sobie ze sobą i swoją seksualnością. I o takich ludziach pisze. Blogerka równie dobrze mogłaby zgłaszać pretensje, że w powieści nie ma żadnych muzułmanów ani Murzynów. Podobnie jak czysto heteroseksualnych mężczyzn można ich spotkać w Sztokholmie na każdym kroku, a w książce Rydberg ich nie uświadczysz.

Carina Rydberg chciała napisać o chorej relacji między bliźniakami, rozważyć, skąd bierze się zło, opisać je, pokazać, jak zatruwa międzyludzkie stosunki. Założenie zrealizowała w stu procentach w misternie skonstruowanej powieści (tam nie można przestawić ani jednej sceny!). Jest to oczywiście bardzo specyficzne pisarstwo, nie każdemu musi się podobać, ale ogłaszanie, że to kiepska literatura, przypomina utrzymywanie przez kogoś, kto nie zna zasad, że futbol amerykański to głupia gra.

Pani Agnieszka rekomenduje książkę tym, którzy lubią sceny przemocy i gejowską pornografię. To nieprawdziwe referowanie treści bierze się albo z przewrażliwienia, albo z utajonej homofobii. Rydberg częściej stosunki seksualne sygnalizuje, niż opisuje, a najostrzejszy fragment brzmi następująco: „Jego zadek błyszczy jasno w ciemności. Widzę, jak Jonas rozpina spodnie, wyciąga swój przyrząd i wpycha go z impetem”. To nie była pornografia nawet w roku 1990, kiedy powieść się ukazała. Co do scen przemocy, to każdy, kto widział choć jeden film Tarantino, zdrowo by się uśmiał, że tak można zakwalifikować oględne opisy Rydberg.

Na osobny akapit zasługują komentarze pod wpisem. Krytykowałem już bezmyślne przytakiwanie blogerom, którzy zachwycają się grafomanią, tutaj mamy do czynienia z sytuacją odwrotną, bezmyślne przytakiwanie, że tak, książka na pewno do dupy, skoro blogerka ją w ten sposób przedstawiła. „Boże, co za koszmarna książka, podziwiam, że dotrwałaś do końca!”, pisze jedna z komentujących. A my rozumiemy, że również powieść przeczytała i zgadza się w jej ocenie z panią Agnieszką. Dopiero następne zdanie komentarza ujawnia, że wcale nie, że formułuje swoją opinię na podstawie wpisu. Pewnie w efekcie książki nie przeczyta, a szkoda, bo może po lekturze by napisała: „Boże, ale ze mnie koszmarna idiotka, recenzent nie musi mieć racji”.

wtorek, 21 lipca 2015

...i horyzont bezkresny

Dzisiaj druga (i ostatnia) część akcji Przyślij opowiadanie. Zainteresowanie było znikome i nie znalazł się żaden tekst, którego omówienie na blogu coś by wniosło. Za bardzo dobre i warte zamieszczenia uznałem opowiadanie pt. „…i horyzont bezkresny”.


KAMILA PERCZAK

...I HORYZONT BEZKRESNY


(Wszelkie podobieństwa są najzupełniej przypadkowe)

Usiadłam na łóżku z książką w ręce. Zanim włosy mi dobrze wyschną, minie mniej więcej godzina – wystarczy na przekartkowanie wydawniczej nowości, którą ze sobą wzięłam, żeby dostać autograf jej autora i bohatera zarazem. W telefonie znalazłam pliki muzyki, wybrałam folder „Ulubione” i moją ukochaną piosenkę „Horyzont”, po czym otworzyłam średniej grubości tom w twardej, lakierowanej okładce.

Gdy się ciągną szare dni,
kiedy nie do śmiechu ci,
gdy na niebie tęcza nie chce się pokazać,
gdy za ciosem spada cios,
gdy wyciągasz pusty los,
kiedy wszystko dookoła ci przeszkadza,
co to będzie – kto wie?

Matowy alt szemrał cichutko, podczas gdy ja oglądałam zdjęcie ubranego na biało, króciutko ostrzyżonego kilkulatka dzierżącego w prawej ręce ogromną świecę. Zwisający z szyi malucha łańcuszek z medalikiem sięgał niemal żołądka. Pierwsza komunia mojego idola. Zdjęcia z debiutanckich występów. Dalej ślubne – wpatrywał się na nich jak urzeczony w zjawiskowo piękną brunetkę, której śniada cera efektownie kontrastowała z białą koronkową suknią. Claire Gable, właścicielka matowego altu, największe szczęście i największa tragedia jego życia. Trzydzieści lat temu Toni i Claire zaczęli robić na światowych estradach furorę przepięknymi, melodyjnymi piosenkami o miłości. Ich własnej, widocznej w każdym ich geście, spojrzeniu, uśmiechu. Uchodzili za wzorowe małżeństwo i przykładnych rodziców, a Toni prowadził ponadto intensywną działalność charytatywną, pomagając dzieciom z patologicznych środowisk. Dlatego początkowo mało kto dawał wiarę plotkom o coraz większych problemach z ich najstarszą córką Eleną – niemożliwe przecież, żeby dziecko TAKICH rodziców ćpało. Doniesienia szmatławców były tym bardziej niewiarygodne, że dwójka młodszych potomków słynnego duetu, Marco i Cristina, nie sprawiała absolutnie żadnych kłopotów. Marco studiował nawet, z sukcesami, architekturę w Rzymie. Aż któregoś dnia – był marzec 1999 roku – świat obiegła wiadomość, że Elena Cattaldi zaginęła. Kiedy jej ojciec obudził się rano, nie było jej już w domu. Claire i Cristina poprzedniego dnia wyjechały do stolicy, żeby odwiedzić Marca. Gosposia nie mieszkała z Cattaldimi – przyjeżdżała codziennie na parę godzin, a po południu wracała do siebie, do odległego zaledwie o trzy kilometry kilkutysięcznego Cerano. Nikt nie widział, kiedy Elena wyszła z domu i w którym kierunku się udała. Późnym wieczorem wciąż nie było jej w domu, nie znalazła się też u nikogo ze znajomych, więc Toni zgłosił policji zaginięcie. Rok poszukiwań nie dał najmniejszego efektu – dziewczyna rozpłynęła się w powietrzu. I wtedy mit runął: Claire złożyła pozew o rozwód, obwiniając Toniego o narkomanię i ucieczkę Eleny, nad którą – jak twierdziła – od lat się znęcał. Proces toczył się przy drzwiach zamkniętych, więc nie wiadomo, co odpowiedziała na pytanie, które musiało paść, dlaczego ona – matka – pozwoliła mężowi maltretować własne dziecko i dlaczego samo dziecko – w chwili zaginięcia dwudziestotrzyletnie – nie wyprowadziło się z domu, w którym tak źle je traktowano. Wprawdzie ostatecznie sąd orzekł rozwód bez wskazywania winnego, ale Claire jeszcze długo publicznie obrzucała byłego już męża oskarżeniami. Co wraz z wyprowadzką Cristiny, która tymczasem dorosła, i ochłodzeniem stosunków z synem doprowadziło tego tryskającego niegdyś radością mężczyznę do depresji i myśli samobójczych. Bo jak żyć, kiedy człowiek, który jest całym twoim światem, obraca się przeciw tobie?

Dziś Hawaje mi się śnią,
jak marynarz jestem, co
się przeprawia sam przez morze betonowe.
Świat na głowę wali się,
wszystko w życiu idzie źle,
kto pocieszy, kto zrozumie wreszcie mnie?

Do altu dołączył piękny, potężny tenor Toniego. Pocieszycielka się znalazła (do duchowego wspierania sławnych i bogatych zwykle jest wielu chętnych). Vanessa Leoncino, podobno projektantka ogrodów, tyle że żadnej z gazet interesujących się sławnymi i bogatymi nie udało się znaleźć choćby jednej zaprojektowanej przez nią rabatki. Gazety dotarły za to do dokumentów mówiących, że nie miała na imię Vanessa, lecz Federica (a i tak wszyscy z przyzwyczajenia w dalszym ciągu nazywali ją pretensjonalnym imieniem, które sobie przywłaszczyła), i zdjęć pokazujących, jak nie całkiem trzeźwa tańczy na barze w jakiejś spelunie. Do Toniego zaś zaczęli docierać ludzie, od których Federica-Vanessa wyłudziła pieniądze, obiecując, że zainwestuje je w przedsiębiorstwo „narzeczonego”, złożone z luksusowego hotelu (w nim się właśnie znajdowałam) i winnicy produkującej słynne w całej Europie primitivo Villa Antonio Cattaldi. Po wizycie któregoś kolejnego kandydata na wspólnika Toni wystawił walizki Vanessy za drzwi. Oszukanym przez nią ludziom zwrócił wszystko co do grosza. Sporo tego było – plotkarskie gazety i portale internetowe mówiły o pięćdziesięciu tysiącach – ale dobre imię Toni cenił sobie wyżej. Od tamtego czasu nie widziano go w towarzystwie kobiety (na jego miejscu też bym miała uraz…), a czas wolny od koncertów i pilnowania interesu spędzał nie na imprezowaniu, jak wcześniej, tylko na samotnych rozmyślaniach na ulubionej, niemal zawsze pustej kamienistej plaży, położonej o pięć minut spaceru od domu. Pięć minut spaceru… Dom mojego ukochanego piosenkarza znajdował się po drugiej stronie winnicy. Skoro on ma do swojej świątyni dumania pięć minut, to z hotelu jest góra piętnaście. Piętnaście minut do spotkania z człowiekiem, w którego głosie, uśmiechu i wyrazistych rysach jestem obłąkańczo zakochana od trzydziestu lat. Tylko piętnaście minut…

Muszę wierzyć, że
będzie znów
miłość zawsze szczęśliwa i bajka na żywo.
Będzie znów
niebo bardziej niebieskie i horyzont bezkresny.
Będzie znów
twoja twarz roześmiana, kieliszek szampana.
Będzie znów
kilka słów, by powiedzieć wprost, że kocham ciebie
jak nikt.

„Będziesz miał niebo bardziej niebieskie i horyzont bezkresny, Toni” – pomyślałam. Włosy były już suche.

*

Idąc z hotelu w kierunku morza, mijało się winnicę i ogród otaczający dom Toniego. Zaraz potem wąska, nieco zaniedbana droga stawała się gruntową ścieżyną kończącą się na klifie, który opadał w kierunku zatoczki dwoma zboczami. Zamykały one wąski pasek plaży niczym obejmujące go ramiona. Żeby zejść na brzeg, trzeba było zsunąć się po którymś ze zboczy. Nic dziwnego, że nigdy nikt tu się nie pojawiał – dostęp trudny, a do opalania się, gry w siatkówkę plażową czy zabaw dzieci to miejsce zdecydowanie się nie nadawało. Stałam u podnóża urwiska, patrząc na rozciągający się przede mną Adriatyk. Niebo bardziej niebieskie i horyzont bezkresny…
– Czego chcesz?! Co miał znaczyć ten SMS?! – Z zadumy wyrwał mnie głos nie do pomylenia z żadnym innym.
– Dokładnie to, co napisałam – odpowiedział zdarty sznapsmezzosopran. – Znalazłam Elenę.
„Ożeż...” – to było wszystko, na co mój umysł potrafił się zdobyć w obliczu rewelacji. Urwisko było wysokie na dwa albo trzy piętra, w dodatku zapadał zmrok, ale wolałam nie ryzykować, że zostanę zauważona, więc najciszej jak umiałam podeszłam do skalnej ściany pełnej wyrw i szpar wyrytych przez wodę i wiatr. Jedna była akurat takiej wielkości, żeby mnie pomieścić.
– Gdzie jest? – Toni mówił spokojniej, ale w jego głosie dało się wyczuć napięcie.
– Tam, gdzie ją zostawiłeś.
– Co ty bredzisz? – Te słowa nie zostały powiedziane, tylko wysyczane.
– Bredzę? No, to spójrz… Powiedziałam „spójrz”, nie „weź do ręki”.
– Co to niby ma być?
– Twoja córka. A właściwie to, co z niej zostało. I ze szlafroka, w który była ubrana. Mankiet z wyszytymi inicjałami zachował się wyjątkowo dobrze. Nie trzeba długo kombinować, żeby się domyślić, że nie zaginęła, tylko zginęła. W domu, bo trudno przypuszczać, że wyszła z niego w szlafroku. Potem ktoś ją tu przetransportował i schował w jednej z tych dziur w ścianie klifu, takiej, żeby ciała nie było widać od strony plaży i żeby z niej nie wypadło nawet przy silnym wietrze. Ten sam ktoś rzucił na ziemię obok zwłok kilka ciuchów. Pewnie wiedział, że policja przed rozpoczęciem poszukiwań zawsze pyta, jak zaginiony był ubrany. Claire albo Cristina zaczęłyby wtedy przeszukiwać szafę Eleny, żeby sprawdzić, których ubrań brakuje, i mogłyby odkryć, że nie brakuje żadnych.
Nieciekawie się poczułam na myśl, że nieboszczka może być na wyciągnięcie ręki. Dosłownie.
– Znasz to miejsce od urodzenia. Schowanie na tej plaży czegokolwiek tak, żeby nikt poza tobą nie potrafił tego znaleźć, to dla ciebie bułka z masłem. Wczoraj tu przyjechałam, bo nie odbierasz moich telefonów ani nie odpowiadasz na esemesy, więc pomyślałam, że może cię tutaj spotkam, pogadamy jak ludzie, wyjaśnimy sobie to i owo… Może pamiętasz, że po południu padał deszcz. Przelotny, ale wolałam się przed nim schować, więc weszłam do jednej z tych nisz. Dopiero po chwili zauważyłam, że skała tworzy jakby przepierzenie, które dzieli wnękę na dwie części. W tej drugiej ktoś stał. W pierwszej reakcji powiedziałam „przepraszam”, ale zaraz się zorientowałam, że już żadne przeprosiny nie są potrzebne… Zaświeciłam telefonem i od razu wiedziałam, kto to jest. Ciało całkiem nieźle się zachowało, identyfikacja będzie formalnością. W najgorszym wypadku prokurator nakaże badanie DNA. Kiedy Elena zniknęła, poza nią byłeś w domu tylko ty. Odczekałeś, aż będziecie sami, i zabiłeś ją, a potem tu przywiozłeś. Groziła ci oskarżeniem o przemoc domową czy miałeś dość jej ćpania – teraz to nie ma znaczenia. Znaczenie ma to, że na razie tych zdjęć nikt nie widział i nie zobaczy, jeżeli w tym tygodniu wprowadzę się do ciebie, a do końca roku weźmiemy ślub. To chyba uczciwa oferta?
– Bzdury wygadujesz. Po takim czasie nikt nie będzie w stanie udowodnić, w jaki sposób umarła. W najgorszym razie powiem, że to był wypadek. Bo był. To nie ja się nad nią znęcałem. To ona dostawała ataków agresji po tych syfiastych prochach. Wtedy też była naćpana od bladego świtu. Kiedy rano wszedłem do kuchni, rzuciła we mnie deską do krojenia. Trafiła w głowę. Z bólu nie wiedziałem, co robię. Odruchowo uderzyłem, a ona upadając, trafiła głową w granitowy blat. Zresztą, równie dobrze mogła upaść sama – teraz nikt już nie ustali, jak było naprawdę. Spanikowałem, bałem się reakcji Claire, więc ją tu ukryłem. Nawet jeżeli w zwłokach nie da się już stwierdzić śladów narkotyków, to znajdę świadków, którzy zeznają, że brała ich coraz więcej i coraz częściej. Za odpowiednie wynagrodzenie powiedzą wszystko, co im każę. Jedyne, o co mnie będzie można oskarżyć, to ukrycie... Ty suko, nagrywasz?! Oddawaj to!
Chwila szamotaniny, krótki, przeraźliwy krzyk i przed moim nosem spadło bezwładne ciało. Vanessa. Cholera, za chwilę będzie tu Toni. W żadnym wypadku nie może mnie zobaczyć. Na szczęście w sytuacjach podbramkowych mój umysł działa jeszcze sprawniej niż zwykle, więc po mniej więcej dwóch minutach stałam już przyczajona w innej skalnej wnęce, kilkanaście metrów od miejsca, w którym leżała Leoncino. Niedługo potem pojawił się Toni.
– Vanessa! Vanessa, odezwij się! Vanessa! Porca Madonna!
Ja już chwilę wcześniej wiedziałam, że Vanessa nie odezwie się nigdy więcej. Toni rozglądał się dookoła. Zmiana kryjówki była dobrym pomysłem – gdybym została tam, gdzie stałam poprzednio, musiałby mnie zauważyć, a że wyraźnie nie panował nad nerwami, mogłoby się to dla mnie skończyć nie lepiej niż dla nieboszczki Leoncino. Podniósł z kamieni strzaskany telefon Vanessy. Zajrzał jeszcze w porastające ścianę klifu niezbyt gęste zarośla. Wreszcie – najwyraźniej przekonany, że poza nim nikt nie widział śmierci byłej ukochanej – szybkim krokiem wrócił w kierunku zbocza, którym przedtem zszedł na plażę. Uff. Odczekałam jeszcze jakieś dwadzieścia minut, przywarta do skały – gdybyśmy się spotkali na drodze prowadzącej do jego posiadłości i dalej do hotelu, z miejsca zgadłby, skąd wracam. Kiedy wreszcie zdecydowałam się opuścić to cmentarzysko kobiet życia Antonia Cattaldiego, wzięłam z ziemi spory kamień – było już ciemno, a okolica odludna. Na szczęście nie musiałam użyć tej broni, ale nocy i tak nie przespałam.

*

Następny dzień spędziłam w Lecce. To kilkanaście kilometrów od Cerano i hotelu Toniego, ale moje skołatane nerwy potrzebowały ukojenia, a nic nie robi mi tak dobrze jak zwiedzanie zabytków, których w tym mieście jest całkiem sporo. Koło piętnastej stwierdziłam, że odwiedziłam już wszystkie miejsca, w których powinnam być, więc wróciłam autobusem do Cerano, a z miasteczka podreptałam do hotelu. Prysznic, makijaż, obiad w eleganckiej hotelowej restauracji. Wróciłam do pokoju, zabrałam książkę i kilka drobiazgów, po czym wyruszyłam w kierunku willi Toniego.
– Pani do kogo? – ponury osiłek warknięciem osadził mnie w miejscu, zanim zdążyłam dotknąć przycisku dzwonka.
– Do pana Cattaldiego – odpowiedziałam z całą uprzejmością, na jaką potrafiłam się w tej sytuacji zdobyć.
– Pan Cattaldi organizuje specjalne spotkania dla fanów. Terminy i miejsca podaje na swojej stronie internetowej. W domu nie przyjmuje.
– Myślę jednak, że mnie zechce widzieć. Proszę powiedzieć panu Cattaldiemu, że mam wiadomość od pani Leoncino.
Osiłek spojrzał na mnie uważniej.
– Pani Leoncino nie żyje. Dwie czy trzy godziny temu znaleziono ją martwą.
– To bardzo przykre, ale pan Cattaldi jako katolik wierzy chyba w życie pozagrobowe?
– Że co…? – Tym razem mina osiłka mówiła „rany boskie, wariatka”.
– Mam wiadomość od pani Leoncino, mimo że ta pani zmarła. Wiem, że trudno to zrozumieć, ale mimo wszystko proszę powiedzieć panu Cattaldiemu, że chciałabym się z nim widzieć. Tym bardziej, że się chmurzy i zaraz chyba zacznie padać, a ja bardzo nie lubię moknąć.
– Co się dzieje, Giorgio? – Dyskutując z ochroniarzem, nie zauważyłam, że za jego plecami pojawił się Toni.
– Ta pani mówi, że ma dla pana wiadomość. Od pani Vanessy.
– Vanessa nie żyje – powtórzył Toni informację przekazaną mi kilka minut wcześniej przez jego ciecia.
„Wyobraź sobie, że wiedziałam o tym wcześniej niż ty” – z trudem powstrzymałam się, by nie powiedzieć tego na głos.
– Niemniej mam panu coś do powiedzenia na jej temat. Coś ważnego. To – z kieszeni spodni wyciągnęłam pendrive’a – wyjaśni panu wszystko.
Mój idol zrobił taki ruch, jakby chciał wyrwać mi pendrive’a z ręki, ale w porę się pohamował i spojrzał z ukosa na Giorgia, jakby chciał sprawdzić, czy ochroniarz zauważył jego reakcję. Tępy wyraz twarzy osiłka nie wskazywał, by zauważał on cokolwiek.
– W porządku, proszę wejść. Dziękuję, Giorgio, możesz wrócić do dyżurki.
Giorgio odszedł, zapewne zadowolony, że nie musi dłużej użerać się ze świruską, a ja podreptałam za Cattaldim w kierunku okazałej willi. Gdy znaleźliśmy się w salonie, Toni starannie zamknął drzwi i okna. Wprawdzie zaczęło padać, ale chyba nie deszczu się przestraszył.
– O co chodzi z tym pendrive’em? – zapytał.
– Chciałabym pokazać panu kilka plików, które są na nim zapisane. Ma pan komputer, prawda?
– Oczywiście, ale nie tu. Muszę przejść do gabinetu.
– Chętnie poczekam – mojej odpowiedzi towarzyszył uśmiech numer pięć.
Toni wyszedł, nie mówiąc ani słowa. Po chwili wrócił. W rękach trzymał laptop niewiele grubszy od kartki papieru. Uruchomił go, a w któryś z licznych portów USB włożył mój pendrive. Kilka razy przesunął palcem po touchpadzie i wcisnął jego lewy klawisz. Nawet nie odetchnął głośniej przez cały ten czas.
– Co to jest? – zapytał wreszcie.
– Nieboszczka Vanessa, widok ogólny i zbliżenie na rękę, w której trzyma łańcuszek z medalikiem. Pana łańcuszek i pana medalik, maestro. Ten, który pan dostał na pierwszą komunię i którego nigdy pan nie zdejmował. Na zdjęciu w książce – stuknęłam palcem w lakierowaną okładkę – widać go całkiem dobrze. Vanessa zerwała go, próbując bronić się przed upadkiem z klifu. Kolejne dwa zdjęcia to pana świętej pamięci córka. Przegrałam je z karty pamięci w telefonie pani Leoncino.
– Więc to ty. – Z tonu głosu mojego idola trudno było wywnioskować, jakie wrażenie zrobiły na nim te wyjaśnienia.
– Co „ja”? – nie zrozumiałam.
– To ty wyjęłaś kartę z telefonu. Myślałem, że chociaż zwykle miała w telefonie kartę, to tym razem z jakiegoś powodu jej nie włożyła. Bo przecież nie widziałem przy zwłokach nikogo, kto mógłby ją zabrać. Brak łańcuszka spostrzegłem dopiero w domu, ale myślałem, że wpadł między kamienie na plaży. Dlaczego cię nie zauważyłem?
– Dobrze się schowałam. Ta skała to naprawdę świetna meta. Aż dziwne, że nie próbowałeś wetknąć Vanessy w któryś z tych załomów.
– Starość nie radość. Pewnie wiesz, że w młodości ciężko pracowałem fizycznie. Jakiś czas temu kręgosłup zaczął się za to na mnie mścić.
– A skoro już o tym mowa, jak to się stało, że tak szybko ją znaleźli na tym odludziu?
– Była dziś w południe umówiona z jakąś koleżanką. Nie zjawiła się, więc tamta dziewczyna próbowała do niej się dodzwonić. Kiedy po godzinie telefon Vanessy ciągle był poza zasięgiem, zaniepokoiła się i zaalarmowała policję. Dzięki… związkowi ze mną Vanessa stała się celebrytką, więc policjanci na sam dźwięk jej nazwiska rzucili się do poszukiwań i szybko ustalili, że jej telefon po raz ostatni logował się w pobliżu mojego hotelu. Samochód zaparkowała niedaleko, pies podjął trop i doprowadził funkcjonariuszy na sam klif.
– Byli u ciebie? – zaniepokoiłam się.
– Oczywiście. Stąd wiem, że została znaleziona.
– I…
– I nic. Wersja dla policji jest taka, że nie widziałem jej od trzech miesięcy, nie mam pojęcia, skąd się wzięła na plaży. Nękała mnie telefonami i esemesami, a ponieważ nie odpowiadałem, być może przyjechała w miejsce, o którym wiedziała, że często tam bywam, bo miała nadzieję, że mnie spotka. Weszła na urwisko, gdyż ominąć się go nie da, potknęła się o jakiś kamień czy wystający korzeń – tym bardziej to prawdopodobne, że zapadał zmrok – i zleciała w dół. Nawet im pokazałem rejestr połączeń mojego telefonu na dowód, jak usilnie próbowała się ze mną skontaktować. SMS o Elenie, rzecz jasna, wcześniej skasowałem. Tragiczny wypadek, z którym nie mam nic wspólnego, i tyle. Zresztą nie miałem powodu, żeby ją zabijać. Wręcz przeciwnie, dopóki żyła, mogłem ją ścigać sądownie o pieniądze, które musiałem zwracać oszukanym ludziom. Teraz mogę na tych pięćdziesięciu patykach położyć krzyżyk.
– OFICJALNIE nie miałeś powodu. O powodzie nieoficjalnym, jak dotąd, wiemy tylko my dwoje.
– Mówisz o tych zdjęciach Eleny? W żaden sposób nie da się na ich podstawie udowodnić zabójstwa ani nawet nieumyślnego pozbawienia życia. Najwyżej ukrycie zwłok.
– Zagrożone karą do trzech lat pozbawienia wolności. Cwani adwokaci, na których cię stać, mogliby wykukać karę znacznie niższą i pewnie jeszcze w zawieszeniu – przecież jesteś powszechnie szanowanym i wzorowym obywatelem, nie byłeś dotąd karany – ale nie uchroniliby cię przed społecznym ostracyzmem. Liczba amatorów twoich płyt, twojego hotelu i twojego wina mogłaby się bardzo zmniejszyć, gdyby wyszło na jaw, że zwłoki własnego dziecka potraktowałeś jak nielegalne odpady. A już tego, że latami udawałeś zrozpaczonego ojca szukającego zaginionej córki i robiłeś idiotów z połowy ludzi na świecie, którzy się tym przejmowali, nie wybaczyliby ci na pewno. Śmierć cywilną miałbyś jak w banku. Możliwe, że również fizyczną, z ręki Claire, która by ci tego – jak słusznie przypuszczasz – nie darowała. O tym, że Marco i Cristina raz na zawsze zerwaliby z tobą kontakty, nawet nie wspominam. Te zdjęcia są dla ciebie śmiertelnym zagrożeniem i doskonale zdajesz sobie z tego sprawę. Co zrobiłeś z telefonem Vanessy?
– Zniszczyłem do reszty i wyrzuciłem. Początkowo nawet chciałem położyć go z powrotem przy jej zwłokach, ale nie wiedziałem, czy nie da się odtworzyć zawartości pamięci, a diabli wiedzą, co w niej było. Nagranie naszej rozmowy na pewno, możliwe, że zapasowe kopie zdjęć Eleny, niewykluczone, że coś jeszcze. Brak telefonu da się wytłumaczyć – mógł jej wypaść podczas upadku, mogła go zmyć jedna większa fala...
– A ochroniarz? Widział, że wychodzisz z domu?
– Nie. Po przeciwnej stronie ogrodu jest furtka, którą można wyjść tak, żeby nikt cię nie zobaczył. Nad morze zawsze idę tamtędy, bo to znacznie krótsza droga.
– Jednym słowem, o tym, co się wydarzyło, wiemy tylko my dwoje. Tylko od ciebie zależy, czy tak zostanie. Pendrive możesz zniszczyć. Karta pamięci z telefonu Vanessy razem z moimi zdjęciami, które na nią przegrałam, i twój łańcuszek są w tej chwili daleko od Włoch, ale wrócą tu w ciągu czterdziestu ośmiu godzin, jeżeli stanie mi się coś złego. No, wiesz, samobójstwo, wypadek, śmiertelna choroba… albo jeśli po prostu przez trzy dni nie dam znaku życia. Nie muszę ci chyba tłumaczyć, do kogo trafią i jakie będą konsekwencje. Przed wyrokiem za zabicie Vanessy nie uchronią cię ani pieniądze, ani popularność, ani filantropia.
– Skoro uważasz mnie za mordercę, to dlaczego tu przyszłaś? – W głosie Toniego po raz pierwszy dało się usłyszeć irytację. – Dokąd w ogóle zmierza ta rozmowa? Czego chcesz?
– A, tam, zaraz mordercę – wzruszyłam ramionami. – Musiałam się ubezpieczyć, bo kobietom, z którymi jesteś związany, dziwnie często przytrafiają się wypadki. Śmiertelne.
– Więc jestem z tobą związany. Po pół godzinie znajomości. Masz mi do zakomunikowania jeszcze jakieś rewelacje? – Irytacja ustąpiła miejsca sarkazmowi.
– Jeszcze nie jesteś, ale chyba coś mi się należy za to, że próbuję cię uchronić przed konsekwencjami twoich… no, powiedzmy, błędów, i daję ci szansę, choć jesteś damskim bokserem, i to zdecydowanie za mocno bijącym. Pomyślałam, że twoje nazwisko będzie doskonale brzmieć w połączeniu z moim imieniem. Kamila Cattaldi – czyż to nie piękne zestawienie?
Wyraz twarzy mojego idola mówił, że nie podziela on mojego entuzjazmu.
– W zamian gwarantuję, że nie będę cię kompromitować jak Vanessa, niech jej ziemia lekką będzie. No, i kilka udziałów w twoim hotelu i winnicy też mi się należy. Przecież nie pozwolisz, żeby ukochana żona nie była zabezpieczona finansowo – ciągnęłam niezrażona. Toni chyba zaczął zastanawiać się, czy ujawnienie organom ścigania zdjęć martwej Vanessy nie byłoby jednak mniejszym złem, kiedy zadzwonił telefon.
– Tak właśnie myślałem. To był po prostu nieszczęśliwy wypadek. Dziękuję, Enzo – Toni odpowiedział zwięźle na niesłyszalny dla mnie kilkuminutowy wywód swojego rozmówcy. Wyłączył telefon i spojrzał na mnie triumfalnie.
– Patolog wykluczył udział osób trzecich – usłyszałam.
– Tak szybko?
– Mówiłem ci, że Vanessa była znana. Tylko dzięki mnie, ale jednak. W takich przypadkach wszystkie czynności śledcze wykonuje się możliwie najszybciej, bo dziennikarze dobijają się o informacje. Enzo właśnie pisze komunikat dla prasy.
– Kto to jest ten Enzo? – zainteresowałam się.
– Syn brygadzisty z mojej winnicy. Jest policjantem, rzecznikiem komendy regionalnej. Zadzwonił, żeby mnie uprzedzić, że zaraz zaczną do mnie wydzwaniać te cholerne pismaki.
– Na szczęście dostałeś urzędowy stempelek na swojej wersji: to był wypadek, nikt do śmierci Vanessy ręki nie przyłożył – podsumowałam nie całkiem szczerze. Bo co do tej ręki, to było tak, że osoba trzecia zdecydowanie rękę przyłożyła, ale dbała przy tym, żeby nie zostawić śladów. Łańcuszek wyjęłam jej z ręki przez chusteczkę, a jedyną częścią jej ciała, z którą miałam kontakt, były włosy. Nie dotykałabym ich, gdybym nie musiała, ale dopóki żyła, zagrażała Toniemu. A kiedy podeszłam do niej po tym, jak spadła z urwiska, jeszcze żyła...
Przez okno wpadły promienie zachodzącego słońca.
– Przestało padać – powiedziałam pogodnie. – Znów jest niebo bardziej niebieskie i horyzont bezkresny.

poniedziałek, 1 czerwca 2015

Ślepota mola książkowego

Autor bloga Galeria Kongo zamieścił recenzję książki „Gdzie mól i rdza”. Wszedłem, przeczytałem, przyjąłem do wiadomości, że uważa powieść za złą, i miałem właśnie zamknąć okno przeglądarki, kiedy pojawił się komentarz niejakiej Koczowniczki.

Znam tylko "Niepełnych" tego autora. Wrażenia miałam mieszane. Niektóre partie książki uważam za bardzo dobre, inne za niedopracowane albo przydługie. W jednym z fragmentów niewidomy od urodzenia bohater myśli tak: "Staram się zorientować, czy poza ptakami mam w zasięgu wzroku inne zwierzęta". A przecież człowiek niewidomy od urodzenia, nie mający wzroku nie może ocenić, co znajduje się w zasięgu jego wzroku. Szkoda, że pan Pollak nie dopracował tej powieści.

Cofnijmy się trochę w czasie. Koczowniczka zamieściła recenzję „Niepełnych” na swoim blogu. Dość krytyczną, ale na krytyczne recenzje reaguję po prostu zamknięciem okna przeglądarki, a po godzinie nie pamiętam, co w nich było. Tutaj nie zamknąłem, bo Koczowniczka robiła właśnie to, co w komentarzu powyżej: pokazywała mnie jako idiotę, który albo nie wie, że niewidomy nie widzi, albo zapomina, że ma niewidomego bohatera. Do tego myliła sporo faktów z powieści. Zastanawiałem się, co z tym fantem począć. Nie uśmiechała mi się dyskusja z osobą, która stosowała następującą logikę: „Również starszy brat Jacka nie budzi sympatii (…) Choć jest lekarzem (…) źle wyraża się o szkole dla niewidomych w Laskach” (proszę mi wyjaśnić, dlaczego o lekarzu źle świadczy to, że ma niepochlebną opinię o Laskach). Z doświadczenia wiedziałem też, że dyskusja z blogerem, który nie potrafi z sensem napisać o książce, jest bezcelowa. Uwag autora tak czy tak nie przyjmie do wiadomości, a będzie zarzucał mu, że czepia się o negatywną recenzję (taki zarzut potrafią postawić nawet blogerzy, którzy napisali recenzję pozytywną (sic!), kiedy zwraca im się uwagę, że na przykład nie powinni ujawniać zwrotów akcji). Postanowiłem przełknąć tę gorzką pigułkę i machnąć na wpis Koczowniczki ręką.

Półtora miesiąca później natknąłem się na recenzję innej mojej książki. Niemile zaskoczony zobaczyłem, że Koczowniczka dzieli się pod nią swoimi odkrywczymi przemyśleniami, jak to nie wiem, że ślepy nie może mieć nic w zasięgu wzroku. Uznałem, że w tej sytuacji nie mam wyboru, skoro panienka zamierza łazić po internecie i prezentować mnie jako półgłówka. Na dodatek bez szans na sprostowanie, bo skoro recenzja dotyczyła innej książki niż „Niepełni”, to jej autor nie miał możliwości wskazania Koczowniczce, że bzdury pisze, że w powieści jest wytłumaczone, dlaczego Jacek posługuje się takimi pojęciami jak „zasięg wzroku”. Zamieściłem więc na jej blogu wyjaśniający komentarz, możliwie suchy i rzeczowy (a i tak został oceniony, że nie podoba mi się krytyka). Tak, jak się spodziewałem, do Koczowniczki nic z tych wyjaśnień nie dotarło, ale miałem nadzieję, że powstrzyma ją sam fakt, że bronię swoich rozwiązań. Przez jakiś czas wydawało się, że cel osiągnąłem, ale nie, skoro teraz znowu wyskoczyła ze swoim, tradycyjnym już, komentarzem. Odpisałem jej:

Szanowna Pani Koczowniczko, wyjaśniłem Pani, dlaczego Jacek używa pojęć będących w przypadku osoby niewidomej pozornie bez sensu. To wyjaśnienie zostało zresztą expressis verbis zawarte w powieści. Jacek robi to świadomie, jest to wyraz niezgody na ograniczanie jego świata z racji tego, że jest niewidomy. Dlatego mówi „patrzę”, „widzę”, posługuje się nazwami kolorów. Byłbym więc wdzięczny, gdyby przestała Pani pod każdą recenzją mojej książki zamieszczać komentarz dowodzący, że jestem półgłówkiem, który podczas pisania albo zapomina, że ma niewidomego bohatera, albo nie wie, że niewidomy nie widzi.

Koczowniczka odpowiedziała: Ależ po co te nerwy, przecież czytelnik ma prawo skrytykować te elementy książki, które wydały mu się niedopracowane i kiepskie. A wyjaśnienie, którego Pan udzielił, nie trafiło mi niestety do przekonania. Osoba niewidoma od urodzenia nie może wiedzieć, co to jest zasięg wzroku! Nigdy nie twierdziłam, że jest Pan półgłówkiem (zawsze trzymam się zasady: krytykujemy książkę, ale nie autora) i nie pisałam źle o całej Pana książce. Użyłam słów: "niektóre partie książki uważam za bardzo dobre, inne za niedopracowane albo przydługie". Pana książka wywarła na mnie duże wrażenie i gdyby nie kilka potknięć i słabizn, można by ją zaliczyć do najlepszych polskich powieści ostatnich lat.

No i proszę mi powiedzieć, jak dyskutować z wtórną analfabetką, która na twierdzenie, że z jej oceny _wynika_, że autor jest półgłówkiem, odpowiada, że wcale go tak nie nazwała, a na zarzut pomijania wyjaśnienia zawartego w powieści, że niewidomi pojęć związanych ze wzrokiem używają, chociaż nie widzą, tłumaczy się, że wcale nie napisała źle o całej książce. Uznałem, że trzeba dyskusję pociągnąć, żeby raz na zawsze zamknąć ten temat:

Gdzie Pani w moim komentarzu dopatrzyła się nerwów? Choć nerwy byłyby uzasadnione, bo z Panią to się rozmawia jak właśnie ze ślepym o kolorach. Tu nie ma co trafiać Pani do przekonania, bo Pani nie krytykuje mojej koncepcji bohatera, tylko przemyślaną, świadomie zastosowaną i jednoznacznie w powieści zakreśloną koncepcję Pani przedstawia jako wynik niedoróbki, braku logiki i nieuwagi autora. Przy czym taka niedoróbka i nieuwaga byłyby możliwe tylko w przypadku autora półgłówka, więc jako takiego mnie Pani pokazuje (oczywiście że nie formułując takiego twierdzenia wprost). A osoba niewidoma od urodzenia doskonale może wiedzieć, co to jest zasięg wzroku, bo człowiek jest w stanie rozumowo pojąć, na czym polegają i jak przebiegają zjawiska, których nie widział na własne oczy ani nie przeżył.
Pani wyjaśnienia, że nie napisała Pani źle o całej mojej książce, świadczą o tym, że Pani kompletnie nie rozumie, o co mam pretensje. Nie zastanawia Pani, dlaczego odniosłem się do Pani komentarza, ale ani słowem do powyższej negatywnej recenzji? Jeśli zechce mnie Pani zjechać za koncepcję bohatera, proszę bardzo, to jest Pani święte prawo. Ale jeśli w powieści bohater deklaruje, że kolory są częścią jego świata, bo on nie jest gorszy od widzących, i mówi, że podoba mu się seledynowa farba na ścianach jego pokoju, co jest właśnie wyrazem tego buntu przeciwko niepełnosprawności, a Pani daje wyrwany z kontekstu cytat, że niewidomy mówi, że podoba mu się seledynowy kolor, i komentuje, że autor się pomylił, był nielogiczny i to niedoróbka, bo niewidomy nie może zobaczyć kolorów, to jest to niedopuszczalne fałszowanie albo kompletne niezrozumienie materiału, który Pani ocenia.

Nie widzą państwo tego komentarza w dyskusji pod recenzją? Bo Marlow, czyli ten pan Kongo, go nie dopuścił. W komentarzu nie ma obraźliwych słów, jest rzeczowa polemika, czyli na blogu pana Kongo mamy do czynienia z cenzurą w najlepszym komunistycznym stylu. Po prostu pan Kongo decyduje, kto może prezentować argumenty. Podobnie arbitralnie decyduje, kto może krytykować:

Raz, drugi, trzeci można przeczytać tego rodzaju teksty (mowa o napiętnowaniu grafomanii przez Pawła Pollaka) ale bez przesady. W końcu książki piszą, wydają i czytają dorośli ludzie i każdy decyduje co zrobić z własnymi pieniędzmi i czasem. Ciągłe strzykanie jadem nie tylko, że robi się niesmaczne ale co gorsza jest nudne.

Dla mnie nudne są blogi poświęcone żegludze śródlądowej. Nie przypominam sobie jednak, bym z tego powodu zgłaszał ich autorom pretensje, że nie powinni o żegludze śródlądowej pisać. Po prostu tych blogów nie czytam.
Pan Kongo ma niejakie kłopoty z wyrażaniem myśli, bo nie bardzo wiadomo, jak fakt, że książki piszą, wydają i czytają dorośli ludzie, przekłada się na to, że krytyczne teksty można zamieścić góra trzykrotnie, stosuje interpunkcję godną Kałaskowej (w powyższej wypowiedzi brakuje pięciu przecinków), ale interesujące jest co innego. Poszukałem sobie na blogu pana Kongo i bez trudu znalazłem na nim więcej niż trzy bardzo krytyczne recenzje, w tym wyśmiewanie powieści Katarzyny Michalak i Katarzyny Enerlich, które pan Kongo ma za grafomanki, choć piszą o niebo lepiej od omawianych przeze mnie autorów. Ale oczywiście pan Kongo uprawia krytykę literacką, a ja „strzykam jadem”. Albo hipokryzja godna podziwu, albo nieumiejętność oceny tekstów. I niezła ignorancja, bo regularne komentowanie twórczości grafomanów jest praktykowane nawet w poważnych periodykach literackich (vide np. rubryka „Koktajl z maku” w „Lampie”) i nikt rozsądny nie nazywa tego „strzykaniem jadem”. W tym komentarzu zresztą pan Kongo ujawnił to, co w recenzji jako tako starał się maskować, że jest do mnie uprzedzony. Ale jeszcze ciekawszy jest jego następny komentarz:

Zastanawiało mnie, jakim cudem doświadczeni policjanci nie odróżniają bełtu do kuszy od strzały z łuku.

Nie ma w powieści takiej sytuacji, by policjanci wzięli bełt do kuszy za strzałę z łuku albo odwrotnie. Na dodatek nie chodzi tu o jakieś pojedyncze, epizodyczne zdarzenie, a o kwestię, która pojawia się w kilku miejscach, w związku z czym trudno ją przeoczyć czy źle zrozumieć. Skoro pan Kongo mimo to nie załapał, że policjanci żadnego bełtu do kuszy nie widzieli, to znaczy, że jest wtórnym analfabetą, który nie rozumie, co czyta (w tej sytuacji nie dziwi solidarność z Koczowniczką i niedopuszczanie komentarzy pokazujących jej intelektualne braki). Albo załapał i świadomie kłamie, przypisując mi wymyślone przez siebie błędy, bo bardzo mu zależy, żeby udowodnić, że jestem nieudolnym autorem (który w związku z tym nie powinien strzykać jadem na grafomanów). Za tą drugą wersją przemawiałby następujący passus z recenzji:

(…) trudno zrozumieć czemu Autor tak dużo miejsca poświęcił jego znajomemu, dziennikarzowi lokalnej gazety, bo ani opis panujących w niej stosunków opartych na molestowaniu seksualnym ani jego jazda porsche na basen, by pozostać tylko przy tych przykładach, nawet się nie ociera o rozwiązanie zagadki kryminalnej.

To zdanie jest bardzo zgrabną manipulacją. Rzeczywiście stosunki w redakcji ani wyjazd na basen nie wiążą się bezpośrednio z rozwiązaniem zagadki, czyli pan Kongo napisał prawdę, ale przemilczał, że Kuriata bierze aktywny udział w śledztwie, ten udział jest wynikiem wykonywanego przez niego zawodu (a zatem opisy pracy redakcji są zasadne), a jego teorie są dla tego śledztwa kluczowe. Chyba że pan Kongo rzeczywiście tego wszystkiego nie zauważył. W sumie skoro jeden wtórny analfabeta może przeczytać książkę i nie pojąć, że niewidomy wcale nie widzi kolorów, tylko o nich mówi, to dlaczego drugi nie miałby przeoczyć, że policjantowi ktoś w sposób znaczący w śledztwie pomaga?

Jako pisarz muszę się oczywiście pogodzić z tym, że ktoś będzie negatywnie oceniał moje powieści. I godzę się. Bez słowa przyjmuję do wiadomości, że krytyk ma akcję mojej książki za statyczną i nudną, że uznaje powieść za słabą (sformułowania z recenzji Jane Doe), że zakończenie jest godne telenoweli (to o „Niepełnych”), że tamto, siamto i owamto jest w utworze nie tak, jak powinno. Muszę pogodzić się z tym, że o książkach chcą pisać osoby o tak wątpliwym intelekcie jak Koczowniczka albo o tak ograniczonym warsztacie krytycznoliterackim jak pan Kongo (np. uznawanie za błąd, że bohater ma syna, „który w powieści nie wypowiada ani jednego słowa, bo wyemigrował”, jakby każdy wspomniany członek rodziny bohatera musiał przemówić). Jeżeli pan Kongo chce uznawać za błąd coś, co błędem nie jest, jego sprawa, też nie komentuję. Ale jeśli wymyśla mi sytuacje, których w powieści nie ma, po to, by pokazać, że robię błędy, to tutaj moja zgoda się kończy. Tak samo jak w przypadku robienia ze mnie półgłówka, bo czytająca nie jest w stanie zrozumieć, co napisałem. Jest jakaś granica, której blogerom przekraczać nie wolno. Tą granicą jest rzetelne przytaczanie faktów z powieści, faktów, które komentują i na których podstawie oceniają książkę. Blogowanie to nie pogaduszki przy kawie, gdzie można wymienić się wrażeniami, nie przejmując się, czy dobrze pamięta się szczegóły. To publiczna ocena książki. A jeśli publicznie ocenia się czyjąś pracę, to najpierw rzetelnie należałoby wykonać własną. Trzeba sprawdzić przytaczane fakty i jeszcze upewnić się, czy dobrze się zrozumiało. Bo tego wymaga elementarna uczciwość, to jest kwestia szacunku dla cudzej pracy. Którą można skrytykować, ocenić negatywnie, ale której nie wypada lekceważyć.

I wreszcie nie podoba mi się, że moją pracę ocenia ktoś, kto chowa się za pseudonimem. Debatuję z jakąś Koczowniczką, z jakimś Marlowem. To nie jest realny człowiek. Realny człowiek ma imię i nazwisko. I powinien mieć odwagę je podać, jeśli bierze się za recenzowanie.

A teraz do wtórnych analfabetów, którzy przeczytają ten wpis i zechcą zarzucić mi, że mam pretensje o negatywne recenzje: przeczytaj wpis jeszcze raz, zastanów się, co mnie skłoniło do jego zamieszczenia (odpowiedź jest we wpisie, ale nie wprost), przeanalizuj zarzuty, jakie stawiam. Dalej uważasz, że zirytowały mnie negatywne recenzje? Umów się z Koczowniczką i panem Kongo na kawę, dogadacie się.

PS. Jeśli komentarz miałby dotyczyć treści „Gdzie mól i rdza”, proszę o pamiętanie, że to kryminał i ostrożne przytaczanie faktów. Jeśli w komentarzu będzie za dużo ujawnione, będę musiał niestety go skasować.

poniedziałek, 8 grudnia 2014

Bloger oblężony

Moja krytyka blogerów chwalących grafomańską powieść, a jeszcze bardziej pretensje pewnego autora o nieprofesjonalną recenzję – pretensje wyrażone, w mojej opinii, w formie niedopuszczalnej – wywołały dyskusję na temat blogowania o książkach.

O blogerach wypowiadałem się lata temu, byłem wówczas bardzo pozytywnie nastawiony do tej formy omawiania książek i chociaż nadal jestem – najlepsze analizy moich powieści napisali blogerzy, a nie zawodowi krytycy – to, niestety, nie da się nie zauważyć, że od tamtego czasu, zgodnie z zasadą, że pieniądz gorszy wypiera lepszy, blogów słabych znacznie przybyło i przesłaniają one te, których autorzy rzeczywiście mają coś do powiedzenia. Ale nie mam pretensji o to, że ktoś, kto nie dysponuje warsztatem krytycznoliterackim, wypowiada się na temat przeczytanej książki. W przeciwieństwie do rzeczonego autora nie oczekuję, że bloger będzie zamieszczał fachowe recenzje. Osobiste wrażenia, przemyślenia są dla autora i innych czytelników równie cenne, jeśli nie cenniejsze, niż analiza zawodowca. Blogowe notki są nową, nieznaną wcześniej formą pisania o książkach, więc wcale nie muszą pokrywać się z którąś uprzednio istniejących. Ale tego nie dostrzegają nie tylko niektórzy pisarze, lecz także sami blogerzy. I na tym, moim zdaniem, polega problem. Że blogerzy – głównie słabi – nie dostrzegają, iż możliwość pisania w internecie o książkach nie jest zakwalifikowaniem ich jako krytyków literackich (nawet jeśli dostają książki z wydawnictw) i że opinia wyrażona na blogu to nie dyskusja z przyjacielem o przeczytanej książce.

Co do statusu recenzenckiego. Bloger wprawdzie fachowej recenzji nie pisze, ale się na takową sili. Ponieważ pierwsze, co kojarzy z recenzji w prasie, jest to, że zawierają jakąś formę streszczenia, to powieść streszcza. Zwykle zbyt obszernie, ujawniając fakty, których ujawniać nie powinien, nieraz aż po zwroty akcji, a w ekstremalnych przypadkach również zakończenie. Własnych opinii, przemyśleń, refleksji związanych z książką starcza na trzy zdania, więc tym streszczeniem zapewnia swojemu wpisowi odpowiednią objętość. A ta opinia nie jest formułowana jako przedstawiająca własny punkt widzenia, tylko jako obiektywne ustalenie. Zamiast pisać „powieść mi się podobała / nie podobała”, bloger obwieszcza „powieść jest bardzo dobra / bardzo słaba”. Ale to małe piwo w obliczu problemu, jakim jest podawanie nieprawdziwych informacji o treści książki. Bloger czegoś nie zrozumiał, nie doczytał, coś przekręcił i ogłasza światu, że autor nie umie logicznie myśleć, nie zna się itd. A potem powtarza tę prawdę objawioną w komentarzach na innych blogach, jeśli gdzieś natrafi na recenzję książki tegoż autora (niekoniecznie tej samej).

Cóż prostszego, zapyta ktoś, jak napisać do blogera i poprosić go, żeby usunął z notki spojlery, oraz zamieścić komentarz wskazujący, że dane fakty z powieści zostały błędnie przytoczone? Też byłem taki naiwny. Niestety, bloger, który nie rozumie, co czyta i że recenzja nie polega na opowiedzeniu całej książki, nie rozumie też tego, co się do niego pisze. Kiedy więc poprosiłem o usunięcie spojlerów blogerkę, która, zachwycona moim kryminałem, ujawniła z niego praktycznie wszystko poza nazwiskiem mordercy, dowiedziałem się, że nie mam prawa ingerować w jej opinię, bo ona może mieć taką opinię o książce, jaką chce (sic!). Ktoś powie, trafiło na niekumatą. Nie. Za każdym razem napomnienie, że nie wolno ujawniać zwrotów akcji czy zakończenia, jest traktowane jako zwalczanie opinii recenzenta. Pytanie, dlaczego autor miałby zwalczać pozytywną czy wręcz entuzjastyczną opinię o swojej książce, w głowie tego recenzenta się nie rodzi. To proszę teraz zgadnąć, jakie szanse ma autor, który domaga się usunięcia spojlerów z negatywnej recenzji. Takie, jak piszący sprostowanie, że recenzent myli fakty z powieści. Bez względu na to, w jak suchy i rzeczowy sposób to zrobi, dowie się, że napada na blogera, obraża go itd. Słabi blogerzy mają silnie rozwinięty syndrom oblężonej twierdzy. Zrobiłem ten błąd, że odpowiedziałem na zarzut jednej z blogerek (sformułowany w nader pozytywnej recenzji), że nie powinienem opisywać niemoralnych czy przestępczych zachowań pewnej grupy ludzi, bo ci ludzie robią dużo dobrego. Zostało to potraktowane jako zamach na jej wolność recenzencką i kneblowanie jej ust i nie ma szans, żeby pojęła, że to merytoryczna polemika (choć tłumaczyli jej to również inni komentujący). Blogerzy nie chcą polemik, a już na pewno nie ze strony autora, chcą komentarzy w stylu „miodzio reckę napisałaś”, a od autora co najwyżej podziękowań. Jeśli zaś pisarz jest tak głupi, że wdaje się w polemikę, to dowie się od blogera lub stałych czytelników jego bloga, że nie powinien dyskutować o swojej książce, jak mu się blog nie podoba, to nie musi go czytać, a Zosia, Kasia czy Basia ma prawo pisać, co chce, i może nie ma pojęcia, o czym pisze, ale to jej tego prawa nie odbiera.

Te komentarze pokazują całe niezrozumienie istoty zjawiska blogowania o książkach czy szerzej publicznego wypowiadania się w internecie.

Kiedyś rzeczywiście istniała zasada, że autor nie ma wdawać się z recenzentem w polemikę. Na mój gust wzięła się stąd, że autor nie miał po prostu takiej możliwości, gdyż jak gazeta zamieściła recenzję krytyka idioty, to niespecjalnie miała ochotę zamieszczać tekst polemiczny ten fakt ujawniający. A własnej gazety pisarz zwykle nie posiadał. Czasy się jednak zmieniły, teraz jeśli bloger skasuje mu komentarz, autor ma własnego bloga, gdzie może polemizować. W blogowych tekstach jest też więcej punktów zaczepienia taką polemikę uzasadniających (bo z samą opinią o książce rzeczywiście nie należy dyskutować). Jeśli jakaś zawodowa krytyczka chciałaby udowadniać, że „Przypadki Robinsona Crusoe” to powieść antyfeministyczna, bo na wyspie nie ma ani jednej kobiety, redakcja gazety by jej takiej bzdury nie puściła, w wypadku blogów podobnego sita nie ma.

Problem nie polega na tym, że autor wdaje się w polemikę z blogerem, tylko na tym, że bloger nie jest w stanie tej polemiki podjąć. A nie jest w stanie podjąć, bo nikt go w szkole nie nauczył dyskutować, jedyny zaś wzór dyskusji, jaki zna, to debaty polityków, którzy w ogóle nie dyskutują o faktach, tylko nad swoimi głowami przemawiają do elektoratów. Zamiast więc zidentyfikować argument, przeanalizować go i nań odpowiedzieć, wpada w panikę i szuka wyjaśnienia dla sytuacji, która go przerosła. Zjechał książkę, nie spodziewał się, że skrytykowany do niego napisze, więc chowa się za podwójną gardą twierdzenia, że autor go atakuje, bo nie może znieść krytyki. W głowie mu się nie mieści, że pisarz jest trochę inteligentniejszy od małpy i nie skacze z radości na widok banana ani nie zanosi się płaczem, kiedy tego banana nie dostał. Pisarzowi (nie mylić z rozhisteryzowanymi self-publisherami) negatywna opinia o książce zwykle szczerze wisi (bo ma świadomość, że takich nie uniknie), za to nieźle potrafią go wkurzyć bzdury w pozytywnej.

Wezwanie do nieczytania niepasującego nam bloga odnosi się raczej do innych krytycznych blogerów niż do pisarza (ten siłą rzeczy ma prawo być zainteresowany, co piszą o jego powieści), ale jest tak samo absurdalne. Bo to najprostsza droga to tworzenia kół wzajemnej adoracji. Właśnie należy zachęcać ludzi, by czytali teksty autorów o innych poglądach niż ich własne. I do podejmowania polemiki. Apel o nieprowadzenie wojen, skupienie się na pisaniu pozytywnych recenzji i komentowaniu tylko tego, co nam też się podoba, jest tak w zasadzie apelem o intelektualną stagnację i wzajemnie poklepywanie się po plecach. A przecież literatura stawia pytania, kwestionuje, drażni i powinna skutkować dyskusją, intelektualnym fermentem, ścieraniem się opinii. Niezdrową jest właśnie sytuacja, kiedy pod opinią o książce jest kilkanaście czy kilkadziesiąt komentarzy i żadnego polemicznego z jej treścią. Natomiast rzeczywiście problemem jest to, że negatywny komentarz, krytyka, są traktowane jako wypowiedzenie wojny, a nie wszczęcie dyskusji. Bo Polacy nie umieją dyskutować. Zamiast rozważyć merytorycznie argument, rozważają, czy ten, kto go sformułował, miał odpowiednie uprawnienia i kwalifikacje, by to zrobić, z jakich niecnych pobudek go zgłosił i co chce w ten sposób osiągnąć. Oczywiście taka ewentualność, że ktoś chce merytorycznie jakąś kwestię przedyskutować, w ogóle nie jest brana pod uwagę.

Do pozamerytorycznego zwalczania krytyki należy też twierdzenie, że słaby bloger coś tam sobie pisze, ale może to jego jedyna radość w życiu, więc nie ma co go flekować. Tymczasem jedyną istotną okolicznością dla ustalenia, czy można flekować, czy należy zostawić w spokoju, jest kwestia, gdzie pisze. Pisze w internecie, czyli publicznie, jego tekst może przeczytać praktycznie każdy, kto zna dany język. A w takiej sytuacji domaganie się immunitetu na zasadzie, może i ja jestem idiotą, ale to mój kawałek podłogi, jest nie do obrony. Swój kawałek podłogi można mieć w prywatnym mieszkaniu, a nie w publicznym budynku. Jeśli ktoś ogłasza swoje teksty publicznie, to musi się liczyć z tym, że będą publicznie krytykowane. A blogerzy najwyraźniej do przyjmowania krytyki jeszcze nie dorośli. Chcą pisać i oceniać innych, ale na ocenę swojego tekstu reagują oburzeniem, obrażaniem się albo w ogóle odsądzaniem krytyka od czci i wiary. Tymczasem jest to reakcja nie fair wobec krytyka, bo nie zrobił on nic zdrożnego. Jeśli bloger nie życzy sobie, by ktoś polemizował z jego tekstem, to może bloga zamknąć (jest taka techniczna możliwość) i udostępniać go tylko wybranej grupie osób.

poniedziałek, 29 września 2014

Wezwany przed oblicze waginy

Dowód na publikowanie tekstów niespełniających żadnych norm wydawnictwa ze współfinansowaniem zbyły milczeniem, zresztą trudno było się spodziewać innej reakcji – jeśli ktoś prowadzi nieetyczną działalność i ma tego świadomość, raczej stara się na ten temat nie dyskutować. Jedna z platform self-publishingowych była jednak tak bezczelna, że zamieściła pod wpisem reklamę swoich usług, którą usunąłem. Później chciałem owej platformie bliżej się przyjrzeć, ale że wpisywałem nazwę z pamięci, coś pomyliłem i wylądowałem ponownie na stronach Warszawskiej Firmy Wydawniczej. A tam natrafiłem na fragment opublikowanej przez to pseudowydawnictwo książki Adriana Saddlera pt. „Żyjmy wiecznie!”:

Nie zdążyłem odpowiedzieć. Wyłączyła się.

Bo to była kobieta cyborg. Po skończonej rozmowie się wyłączała.

Zresztą i tak nie byłbym w stanie wycedzić słowa, bo kompletnie mnie zatkało. Poznana zeszłego wieczoru kobieta proponowała mi seks! Zrobiło mi się gorąco, a serce zaczęło walić jak szalone.

Opóźniona reakcja, bo propozycja dotarła do niego, kiedy ją zwerbalizował. Tylko dlaczego wcześniej go zatkało?

Podświadomie czułem, że to nie blef. Pospiesznie narzuciłem marynarkę i wyszedłem z pokoju. W biegu zamówiłem taksówkę. Po żądanym czasie byłem pod drzwiami Gabrieli.

Wyznaczyła mu czas na dotarcie, ale, uf!, zdążył.

Mieszkała w wolnostojącym, dwukondygnacyjnym domu z ogrodem.

Narrator (i autor – tak samo mają na imię) podniecony, ale dom zauważył i opisał.

Wyciągnąłem dłoń w stronę dzwonka i już miałem nacisnąć, kiedy pomyślałem o Pati. Nie. Tak nie można… A właściwie… dlaczego nie? Przecież nie jesteśmy parą. Umówiliśmy się ledwie jeden raz. Nie mam wobec niej żadnych zobowiązań. Trzeba rwać ten kwiat, korzystać z życia! A Luiza? Ech… Przecież jej też tutaj nie ma i nawet nie wiem, czy cokolwiek nas łączy…

Dylemat moralny przezwyciężony.

Zadzwoniłem. Gabriela otworzyła ubrana jedynie w krótki, koronkowo wykończony peniuar. Stożki jej sutków przebijały przez delikatność czerwonej tkaniny. Rude, kręcone włosy opadały jej naplecy, dając swobodę skupienia wzroku na odkrytych ramionach.

Dobrze, że te stożki nie przebijały przez delikatność naplecy, bo wtedy swobodę skupienia wzroku na czymkolwiek diabli by wzięli.

Jedną dłoń opierała na talii, drugą podtrzymywała kieliszek wypełniony szampanem.

Bo tak przyjmują nas kobiety, które chcą seks.

Zmierzyłem ją od góry do dołu,

Przy zbyt dużej różnicy wzrostu seks jest niewygodny.

zatrzymując spojrzenie na czerwonych paznokciach u stóp, które wzniesione na przezroczystych platformach zapraszały na ucztę cielesnych przyjemności.

Wzniesiony na platformach mętnego stylu autor zaprasza na ucztę duchowych nieprzyjemności.

Przestąpiłem próg i… straciłem panowanie nad sobą. Zamiast się przywitać, padłem na kolana, zniżyłem głowę i zacząłem lizać nieosłonięte butami palce. Robiłem to łapczywie. Mój umysł ogarniała pewność, że tak właśnie musi być, że jest to obowiązek, który mam za zadanie bezwzględnie wypełnić.

Nasz umysł ogarnia pewność, że tak wcale nie musi być, że pisanie książek to nie jest obowiązek, który autor ma za zadanie bezwzględnie wypełnić

– Ty napalony samcze! – uraczyła mnie niewybrednym epitetem

Słownictwo do tego stopnia niewybredne, że tylko wśród kiboli takie można usłyszeć: „Podejdź, napalony samcze, a przyj… ci kastetem”.

i wylała zawartość kieliszka wprost na moją świeżo ogoloną głowę.

Przeszła jej ochota i chciała go ochłodzić? Chyba się nie udało:

Nie dość, że zdopingowała mnie tym do jeszcze większego oddania,to zacząłem mimowolnie sapać i mruczeć jak jaskiniowiec.

A nam się wydawało, że jaskiniowcy nie sapią ani nie mruczą, tylko krzyczą „jabadabadu!”.

Po chwilach adoracji,

czyli sapania i mruczenia…

wstałem i wziąłem ją na ręce. (…) niosłem swoją boginię do sypialni, a pomagał mi w tym popęd i choćbym miał ją tak nieść na sto metrów przez płotki, dałbym radę, trzymałem bowiem ucieleśnienie kobiecości.

To byłaby ciekawa dyscyplina: 100 metrów przez płotki panów wspomaganych popędem z ucieleśnieniem kobiecości na rękach.

W pomieszczeniu panował półmrok. Czerwone, upięte kotary zasłaniały okno. Zawieszone na wytapetowanych na różowo ścianach lampki kinkietowe (...)

Akcja dzieje się w dawnym burdelu.

Położyłem ją na wielkim łóżku z baldachimem i rozchyliłem uda.

Technika szwankuje, uda rozchylamy kobiecie.

Poddała się ochoczo i już za chwilę piłem ze źródła.

A z tego źródła to czego można się napić?

Było gorące. Pulsowało chucią. Degustowałem zachłannie. Szalałem z podniecenia. Nigdy przedtem żadna kobieta nie wezwała mnie przed oblicze waginy w tak bezpośredni i wulgarny sposób.

Nam tu ewidentnie brakuje przydawki. Wezwała przed marsowe oblicze waginy? Przed jaśniejące? Nie wolno zostawiać czytelnika w takiej niepewności co do oblicza!

To, co się działo, było spełnieniem fantazji, a odbywało się niczym według scenariusza filmu porno.

Też mamy wrażenie, że autor pisząc, spełnia swoje fantazje, ale z porno nie ma to nic wspólnego, porno nie służy do rozśmieszania ludzi.

Wielokrotnie marzyłem o tak ordynarnym i niewyszukanym zaaranżowaniu schadzki. Napalona rozpustnica zadzwoniła do mnie, kazała przyjechać i się posiąść.

Jasne, kazała się posiąść.

Autor onanizuje się tak przez 566 (!) stron, a niektórzy uznają tę żałosną grafomanię za literaturę i wystawiają szmirze pozytywne noty. Ludzie, czy wy naprawdę nie widzicie, co czytacie?!

A nawiązując do wpisu sprzed tygodnia, to szczerze jestem ciekaw, w jakich słowach WFW zachwaliła autorowi tekst, by nakłonić go do zostawienia u niej kasy (za 566 stron dość sporej). I ile policzyła mu za redakcję, której nie wykonała?

PS. Mam problem z wołaczem od „samiec”. Tutaj jest podane, że „samcu”. Mój słownik (Szymczak) odsyła do wzoru deklinacyjnego, który podaje, że albo tak jak w miejscowniku (stróżu), albo przez dodanie końcówki „e” (chłopcze). A bliżej „samcowi” do „chłopca” niż do „stróża”. Jak to wygląda w innych słownikach?

poniedziałek, 8 września 2014

Książka do grobu

W 30 dni z książkami już się bawiłem, ale że dużo czasu minęło, postanowiłem zabawić się ponownie, kiedy zabawa odżyła na blogach z nowymi pytaniami. Niestety, okazało się, że nie do końca z nowymi, część się powtarzała. Nie mając ochoty na te same, postanowiłem ten zostaw zmodyfikować. Zamieszczam go poniżej, najpierw bez odpowiedzi, żeby można było wygodnie skopiować, jeśli ktoś zechce wykorzystać go na swoim blogu.

Dzień 1 – Najlepsza książka, którą przeczytałeś w zeszłym roku
Dzień 2 – Najnudniejsza przeczytana książka
Dzień 3 – Ulubiony wiersz
Dzień 4 – Książka, która początkowo ci się nie podobała, a potem okazała się jedną z lepszych
Dzień 5 – Książka, którą chcesz przeczytać od dawna, ale jeszcze tego nie zrobiłeś
Dzień 6 – Książka, którą lubisz i która jednocześnie cię drażni
Dzień 7 – Najbardziej przereklamowana książka
Dzień 8 – Książka, która cię rozczarowała
Dzień 9 – Książka, przy której zaśmiewałeś się do łez
Dzień 10 – Lektura szkolna, którą byłeś zachwycony
Dzień 11 – Ulubiona powieściowa scena
Dzień 12 – Ulubiony powieściowy cytat
Dzień 13 – Bohater, z którym się utożsamiasz
Dzień 14 – Najbardziej irytująca bohaterka
Dzień 15 – Najegzotyczniejsza książka, jaką przeczytałeś
Dzień 16 – Ulubiony duet autorski
Dzień 17 – Najgrubsza przeczytana książka
Dzień 18 – Książka z najbardziej zaskakującym zakończeniem (tylko zakończenia proszę nie ujawniać)
Dzień 19 – Książka, który nigdy nie powinna zostać napisana
Dzień 20 – Książka z najlepszą okładką
Dzień 21 – Książka o najciekawszym tytule
Dzień 22 – Książka, którą byś polecił osobie nieczytającej
Dzień 23 – Pisarz, z którym chciałbyś osobiście porozmawiać
Dzień 24 – Pisarz, któremu dałbyś Nobla
Dzień 25 – Głośna książka, której nie przeczytałeś
Dzień 26 – Dawno przeczytana książka, która zrobiła na tobie takie wrażenie, że do dziś ją pamiętasz
Dzień 27 – Książka, którą czytałeś najdłużej
Dzień 28 – Książka, której przytrafiło się coś złego, kiedy ją czytałeś
Dzień 29 – Ulubiony autor, który nie pisze po angielsku
Dzień 30 – Książka, z którą chciałbyś zostać pochowany

A teraz moje odpowiedzi:

Dzień 1 – Najlepsza książka, którą przeczytałeś w zeszłym roku
Paolo Giordano „Samotność liczb pierwszych”. Jak zwykle moje lektury znajdują odzwierciedlenie w moich powieściach, więc jedna z bohaterek „Zbyt krótkiego szczęścia” przyznaje się do przeczytania tej książki.

Dzień 2 – Najnudniejsza przeczytana książka
Jokum Rohde „Księga Jonasza”. Kolega przełożył to z duńskiego, więc chciałem się zapoznać i dzielnie przez te smęty przebrnąłem, a potem dowiedziałem się od kolegi, że nawet redaktorzy poodpadali przy czytaniu.

Dzień 3 – Ulubiony wiersz
„Między nami nic nie było” Adama Asnyka.

Dzień 4 – Książka, która początkowo ci się nie podobała, a potem okazała się jedną z lepszych
„Kochający na marginesie” Johanny Nilsson. Dostałem od Johanny tę książkę razem ze „Sztuką bycia Elą”. Przeczytałem obie i napisałem do autorki, że „Sztuką” jestem zachwycony, tłumaczę i szukam wydawcy, ale z „Kochających” rezygnuję, bo mi się nie podobają. Potem jednak wydawca „Sztuki” zamówił u mnie też przekład „Kochających” i podczas tłumaczenia odkryłem, że to znakomita powieść.

Dzień 5 – Książka, którą chcesz przeczytać od dawna, ale jeszcze tego nie zrobiłeś
Biblia. To znaczy Stary Testament, bo Nowy (w odróżnieniu od licznych katolików) przeczytałem od deski do deski.

Dzień 6 – Książka, którą lubisz i która jednocześnie cię drażni
„Bieguni” Olgi Tokarczuk. Z jednej strony kunszt i klasa znakomitej pisarki, a z drugiej, moim zdaniem, zupełnie niepotrzebne eksperymentowanie z formą opowieści.

Dzień 7 – Najbardziej przereklamowana książka
Wydana w wydawnictwie powiązanym (towarzysko, finansowo, reklamowo) z „Gazetą Wyborczą” i sprzedawana w Publio. Jaki to tytuł, można niemal codziennie przeczytać w tejże gazecie.

Dzień 8 – Książka, która cię rozczarowała
„Adwokat” Phillipa Margolina. Bardzo spodobały mi się „Dowody zbrodni”, więc, jak to mam w zwyczaju, sięgnąłem po kolejną książkę tego samego autora, a tu niemiłe zaskoczenie, rzecz bez pomysłu i bez ikry.

Dzień 9 – Książka, przy której zaśmiewałeś się do łez
A kto nie śmiał się przy „Lesiu”.

Dzień 10 – Lektura szkolna, którą byłeś zachwycony
„Giaur” Byrona. Nigdy nie cierpiałem, czytając lektury, ale żebym wpadał w zachwyt, też nie można powiedzieć. Za to przy frazach „Giaura” zaczęła pojawiać się myśl „piękne to jest”. I później już częściej postrzegałem lektury jako książki, które ktoś o dobrym guście podsuwa mi do przeczytania.

Dzień 11 – Ulubiona powieściowa scena
Jak w „Sposobie na Alcybiadesa” gogowie odkrywają, że „czwororęczni” ósmoklasiści mało co wiedzą.

Dzień 12 – Ulubiony powieściowy cytat
„Wybudować grób. To się tylko tak mówi. A kto nie budował, ten nie wie, co taki grób kosztuje. Prawie tyle, co dom. Choć grób, mówią, też dom, tylko że na tamto życie. Bo wieczność, nie wieczność, a swój kąt powinien człowiek mieć”. Specjalnie nauczyłem się na pamięć tego pierwszego akapitu z powieści „Kamień na kamieniu” Wiesława Myśliwskiego, żeby zachęcać nim do przeczytania książki.

Dzień 13 – Bohater, z którym się utożsamiasz
Ostatnio to chyba z Robinsonem Crusoe, mam poczucie, że żyję na bezludnej wyspie.

Dzień 14 – Najbardziej irytująca bohaterka
Izabela Łęcka z „Lalki”. Miałem ochotę udusić gołymi rękami.

Dzień 15 – Najegzotyczniejsza książka, jaką przeczytałeś
„Obieżyświat. Nowe Przygody” Macieja Kuczyńskiego. Miałem niecałe dwanaście lat, teraz pamiętam tylko odurzenie azjatyckimi klimatami i fascynację opisywaną grą, czymś w rodzaju rugby na koniach, gdzie za piłkę służył korpus kozła (jeśli dobrze pamiętam – nazwy nie udało mi się odszukać).

Dzień 16 – Ulubiony duet autorski
Bez dwóch zdań Maj Sjöwall i Per Wahlöö. Z ich kryminałami zetknąłem się na studiach. Wtedy na polski przełożone były z tej serii tylko cztery tytuły, na szczęście dosyć szybko musieliśmy czytać książki po szwedzku, więc w tym języku mogłem kontynuować.

Dzień 17 – Najgrubsza przeczytana książka
Tego to nie wiem. Pewnie jakieś trzytomowe dzieło w rodzaju „Potopu” Sienkiewicza.

Dzień 18 – Książka z najbardziej zaskakującym zakończeniem (tylko zakończenia proszę nie ujawniać)
Zaskoczyło mnie zakończenie „Wichrowych Wzgórz” Emily Brontë. Typowałem zupełnie inne, potem musiałem przyznać, że moje było bez sensu, jej logiczne, zamykające całość jak ostatni kawałek puzzle.

Dzień 19 – Książka, który nigdy nie powinna zostać napisana
„Mein Kampf” Adolfa Hitlera. Autora wymieniam, bo widziałem fragment niemieckiego teleturnieju, w którym zawodnik na pytanie, jaki tytuł nosi biografia Muhammada Ali, po krótkim, acz intensywnym namyśle odparł: „Mein Kampf”.

Dzień 20 – Książka z najlepszą okładką
„Er ist wieder da” Timura Vermesa (polskie wydanie: „On wrócił”). Co do samej książki, to chociaż mi się podobała, przyznaję rację krytykom, że banalizowanie Hitlera, wykorzystywanie zbrodniarza do wskazania problemów, które są niczym w porównaniu z jego zbrodniami, i (niewłaściwe) pokazywanie go tak, że czytelnik nabiera do niego sympatii.

Dzień 21 – Książka o najciekawszym tytule
Dla mnie taką niezmiennie pozostaje „Kim Novak nigdy nie wykąpała się w jeziorze Genezaret” Håkana Nessera. Świetna powieść o dojrzewaniu chłopaka w latach 60. ubiegłego wieku (a nie kryminał, jak widnieje na okładce polskiego wydania).

Dzień 22 – Książka, którą byś polecił osobie nieczytającej
Podstawowe kryterium: ciekawa, z wartką akcją, taka, którą się czyta jednym tchem. A konkretny tytuł, to już zależnie od upodobań gatunkowych adepta czytelnictwa (jeśli nie czyta, to na podstawie filmów można ustalić).

Dzień 23 – Pisarz, z którym chciałbyś osobiście porozmawiać
Z Cariną Rydberg. Baba nie odpowiada na moje maile, żeby dała zgodę na wydanie „Za krawędzią nocy” w formie elektronicznej.

Dzień 24 – Pisarz, któremu dałbyś Nobla
Do niedawna takim moim murowanym kandydatem był Tadeusz Różewicz, a nowego jeszcze sobie nie znalazłem.

Dzień 25 – Głośna książka, której nie przeczytałeś
Trylogii Millennium Stiega Larssona.

Dzień 26 – Dawno przeczytana książka, która zrobiła na tobie takie wrażenie, że do dziś ją pamiętasz
„Sto lat samotności” Márqueza. Choć może bardziej od treści pamiętam, jakie wrażenie na mnie zrobiła :-)

Dzień 27 – Książka, którą czytałeś najdłużej
Nie wiem, czy rzeczywiście najdłużej, ale dokładnie pamiętam, że „Dzwon Islandii” Halldora Laxnessa czytałem równo rok. A pamiętam, bo zacząłem latem nad jeziorem i skończyłem następnego lata nad tym samym jeziorem.

Dzień 28 – Książka, której przytrafiło się coś złego, kiedy ją czytałeś
W trakcie czytania przeze mnie nie ucierpiała żadna książka :-)

Dzień 29 – Ulubiony autor, który nie pisze po angielsku
Na swój użytek dodam „ani po szwedzku”, żeby wyłączyć drugi częsty język. I powiem Juliusz Verne. Oczywiście nie teraz, tylko kiedyś.

Dzień 30 – Książka, z którą chciałbyś zostać pochowany
Z „Kanalią” i z „Niepełnymi”.

poniedziałek, 18 sierpnia 2014

Papier czy elektronika

Kiedy pojawia się temat elektronicznego czytania, momentalnie tworzą się dwa obozy, zwolenników i przeciwników. Przy czym jedni i drudzy są uprzedzeni do tej formy czytania, której nie preferują. Argumenty pojawiają się dopiero post factum i, jak to w Polsce, nie służą temu, by coś ustalić, tylko by bronić z góry założonej tezy. I tak z jednej strony mamy „postępowców”, dla których dana powieść staje się warta przeczytania dopiero wtedy, kiedy pojawi się w formie elektronicznej, choć na papierze fabuła jest dokładnie taka sama, a z drugiej „konserwatystów”, którzy oświadczają, że wolą czytać na papierze, choć nigdy czytnika w ręku nie mieli i równie dobrze mogliby oświadczać, że wolą żytnią od sake, w sytuacji, gdy tej drugiej nigdy nie pili.

Dla obu stron ważniejszy od treści, będącej przecież istotą książki, staje się nośnik, za którego pomocą ta treść jest przekazywana. I zamiast dyskusji o tym, co pisarz chciał nam przekazać, mamy dyskusję, czy lepiej z jego myślami zapoznać się z czytnika, czy z zadrukowanych kartek.

Owszem, w tym sporze więcej argumentów mają zwolennicy elektronicznego czytania, co wynika z faktu, że każdy postęp daje nowe możliwości. Sam ogromnie doceniam, kiedy najdzie mnie w niedzielę ochota na książkę, której nie mam w swoich zbiorach, że mogę wejść do internetu i po wyszukaniu interesującej mnie pozycji w kilka sekund mieć ją na czytniku. Albo to, że wyjeżdżając na urlop, nie muszę zastanawiać się, ile książek ze sobą wziąć, i rozstrzygać kwestii, czy lepiej dźwigać, czy ryzykować, że to, co zabrałem, przeczytam, zanim urlop dobiegnie końca. Argumenty zwolenników papieru są natury bardziej estetyczno-sentymentalnej. Książka to ładny przedmiot, pomieszczenie wypełnione woluminami ma niepowtarzalną atmosferę.

Sporu nie ma co szczegółowo przytaczać, dlatego że jest on w dużej mierze bezprzedmiotowy. Zarysowana w tytule alternatywa jest fałszywa, ponieważ nie ma konieczności dokonywania wyboru. Żyjemy w czasach, kiedy mamy dwa nośniki, i wszystko wskazuje na to, że nieprędko się to zmieni. Nawet najwięksi orędownicy książki elektronicznej przestali wieszczyć śmierć papierowej w perspektywie góra dekady, a grafomani, dla których e-booki wydawały się ziemią obiecaną, przesiedli się na „współfinansowanie”, bo koniecznie chcą mieć swoje wypociny drukiem. Skoro mamy dwa nośniki, to można korzystać z obu i moim zdaniem to jest najrozsądniejsza postawa. Zarówno oddanie swojego księgozbioru na makulaturę po kupieniu czytnika (zawsze może się zepsuć), jak i bronienie się przed korzystaniem z czytnika, bo książka pachnie (pachnie klej i jego tubkę zawsze można sobie podczas czytania na Kindle’u otworzyć) zasługuje na popukanie się w czoło.

Co jest istotne, komfort czytania jest dokładnie taki sam, z lekkim wskazaniem na czytnik, dlatego że można ustawić sobie dowolną wielkość czcionki. Tutaj mamy lekki paradoks, bo ta funkcja czytnika będzie najbardziej przydatna osobom starszym, które nowinkom technicznym są najbardziej niechętne.

Opowiadając się za tym, by bez rezygnowania z czytania na papierze dać sobie nowe możliwości, jakie wiążą się z czytaniem elektronicznym, dostrzegam, nazwijmy to drętwo: potrzebę działań edukacyjnych w tym zakresie. Ostatnio ukazał się w „Wyborczej” wywiad z dziewczyną prowadzącą na Facebooku stronę z cytatami z książek. Zapytana o elektroniczne czytanie odpowiada, że jest przeciw, bo ją oczy bolą od komputera. Rozmawiam z młodą dziewczyną, która książki dosłownie połyka. Pytam ją, czy wie, co to jest czytnik. Pierwsze skojarzenie, jakie ma, to czytnik kart. Precyzuję, że chodzi mi o czytnik do e-booków. Wtedy mówi, że to coś w rodzaju tabletu. No właśnie nie. Czytnik od tabletu i komputera różni się ekranem, wykonanym w technologii elektronicznego atramentu, niepodświetlanym, przez co doskonale imituje on kartkę papieru i tak samo jak papier nie męczy wzroku. Złudzenie jest do tego stopnia, że kiedy odebrałem zakupionego Kindle’a, chciałem zerwać z niego naklejoną kartkę z tekstem. Żadnej kartki nie było, tekst znajdował się na ekranie.

środa, 30 lipca 2014

Literatura a życie

W ramach wakacyjnej powtórki z rozrywki anegdota, której pointa po upowszechnieniu się nawigacji satelitarnej trochę wprawdzie ucierpiała, ale mimo to chyba warta przytoczenia:

W roku 2001 brałem udział w warsztatach przekładu literackiego ze szwedzkiego na polski organizowanych przez uczelnię Södertörns Högskola pod Sztokholmem. W sześcioosobowej grupie pracowaliśmy pod okiem Zbigniewa Kruszyńskiego (szerszej publiczności znanemu w roli pisarza, jego dwie ostatnie powieści to „Ostatni raport” i „Kurator”). Każdy tłumaczył inną książkę, czytaliśmy nawzajem swoje przekłady i je analizowaliśmy. Jednym z zadań – wspólnym dla wszystkich – było też przełożenie „Futra” z „Opowiastek” Hjalmara Söderberga. To zadanie pokazało nam, że nie ma teoretycznej idealnej wersji przekładu. Sześć osób stworzyło sześć wersji tłumaczenia i wszystkie były dobre lub bardzo dobre, choć w każdej można było coś poprawić.


Jednym z kluczowych wydarzeń w tym opowiadaniu jest wypadek, do którego dochodzi na skrzyżowaniu sztokholmskich ulic Regeringsgatan i Hamngatan. Główny bohater doktor Henck, pośliznąwszy się na śniegu, przewraca się, a na leżącego najeżdżają sanie. Z wypadku wychodzi cało, ale ma zniszczony płaszcz, co będzie miało dalsze, nieoczekiwane konsekwencje. Na tym zdarzeniu skupiło się nasze zainteresowanie, bo w dalszej części opowiadania jest mowa o „przedpołudniowym wypadku”, tymczasem jeden z uczestników przerobił to w swoim tłumaczeniu na „popołudniowy wypadek”. Pozostała piątka z lekką Schadenfreude od razu wskazała na oczywisty, kłujący w oczy i szkolny błąd. Nieudolny – w mniemaniu tej piątki – tłumacz nie przejął się demonstrowanym mu oryginałem, tylko zacytował początek opowiadania, z którego jasno wynika, że doktor Henck szedł w stronę feralnego skrzyżowania „około trzeciej po południu, w zapadającym akurat zmierzchu”. Söderberg się pomylił, opisując później wypadek jako „przedpołudniowy”. Po dyskusji doszliśmy jednak do wniosku, że klasyka nie można poprawiać. Nie wyłapał błędu szwedzki redaktor, trudno, musi zostać na wieki. To też ma swój urok.

Następnego dnia po zajęciach musiałem wybrać się do Instytutu Szwedzkiego, który finansował nam pobyt, żeby załatwić jakieś formalności. Instytut mieścił się wówczas na Hamngatan. Zrobiłem zakupy w centrum, po czym skierowałem się w stronę Instytutu. Tak mi się przynajmniej wydawało. W Sztokholmie orientuję się średnio, znam poszczególne miejsca, ale nie zawsze umiem trafić z jednego do drugiego. Tym razem nie trafiłem. Nie przejąłem się tym, tylko spokojnie krążyłem sobie po centrum, będąc pewnym, że prędzej czy później dojdę do punktu, z którego będę umiał dotrzeć pod właściwy adres. Jak na złość ciągle trafiałem w nieznane sobie rejony. Kiedy już chciałem się poddać i zapytać kogoś o drogę, dostrzegłem tabliczkę z napisem „Regeringsgatan”. I przypomniałem sobie „Futro”: to na skrzyżowaniu tej ulicy z Hamngatan doktor Henck miał wypadek. Wystarczy nią pójść, a któraś z przecznic będzie szukaną przeze mnie Hamngatan. I była, bo Söderberg Sztokholm opisywał bardzo wiernie.

I jak tu twierdzić, że literatura nie przydaje się w codziennym życiu?

poniedziałek, 21 lipca 2014

Jakim jestem czytelnikiem

Na blogach książkowych trwa(ła) zabawa pod hasłem „Jakim jestem czytelnikiem”, więc się do niej włączam, jak zwykle spóźniony i jak zwykle sam się nominując, bo ja jestem taka Zosia Samosia.

Ponieważ preferuję czytanie w pomieszczeniach ogrodzonych sufitem i ścianami, można powiedzieć, że jestem czytelnikiem klatkowym. Wziąć koc i położyć się z książką na trawie jest dla mnie mniej więcej taką samą atrakcją jak wizyta u dentysty (do samej trawy wprawdzie nic nie mam, ale do jej mieszkańców to i owo). Natomiast jeśli już trafię na taką plażę w celach rekreacyjnych, to kiedy nie pływam, oczywiście czytam. Zawsze mam książkę przy sobie i stojąc w kolejce czy lecąc samolotem, czas, który normalnie by się zmarnował, przeznaczam na czytanie.

Od najmłodszych lat zapisuję przeczytane książki. Bardzo długo nie miałem świadomości, że inni też tak robią, i uchodziłem w swoich oczach z tego powodu za straszliwego dziwaka. Ponieważ nikomu się nie przyznawałem, żeby nie ujawnić, że jestem dziwakiem, dopiero na studiach zgadałem się z jedną z koleżanek, że ona też zapisuje. Uznałem ją za straszliwą dziwaczkę :-) Ponieważ jestem takim dziwakiem, który nie tylko zapisuje, lecz także te zapiski przechowuje, okazały się one mieć bardzo praktyczne zastosowanie. Ostatnio postanowiłem doczytać książki Forsytha, po które wcześniej nie sięgnąłem, i bez tej listy w życiu bym nie ustalił, jakie to są.

No właśnie, jestem czytelnikiem wiernym autorowi. Jeśli pisarz mnie zachwyci, sięgam po jego następne książki, chyba że którąś kolejną bardzo mocno się rozczaruję. Za to zbyt łatwo się zrażam. Jeśli autor mi nie podejdzie, nie daję mu drugiej szansy, a powinienem. „Rebeliantka o zmarzniętych stopach” Johanny Nilsson, którą to powieścią tak się zachwyciłem, że ją przełożyłem, moim znajomym niespecjalnie przypadła do gustu. W związku z tym nie podsuwałem im „Sztuki bycia Elą”, a kiedy przyjaciółka poprosiła mnie o tę książkę, zdziwiłem się, że chce ją czytać, skoro „Rebeliantka” się jej nie podobała. Usłyszałem „ja tak łatwo się nie zrażam” i to jest właściwe podejście, bo „Sztuka” okazała się jedną z ważniejszych książek w jej życiu.

Skoro tłumaczę z obcych języków, to i w tych językach czytam. Kiedyś więcej po szwedzku, teraz po niemiecku, co jest uwarunkowane dostępem do książek. Z niemieckim było tak, że drugą książkę w tym języku czytałem w trakcie tłumaczenia :-) Kiedyś było mi obojętne, czy powieść szwedzkiego lub niemieckiego autora czytam w oryginale czy w przekładzie, ale odkąd z własnej praktyki dowiedziałem się, jak wygląda tłumaczenie literatury w polskich wydawnictwach, starannie unikam przekładów. Żeby swobodnie czytać beletrystykę w obcym języku, trzeba najpierw przez parę książek przebić się ze słownikiem w ręku i zabrakło mi samozaparcia, żeby uzyskać tę umiejętność w języku angielskim. Parę lat temu przebijałem się przez „Fatherland” Harrisa, po stu stronach poddałem się, kupiłem sobie na Allegro polską wersję, ale kiedy przesyłka doszła, wziąłem się na ambit, że jednak skończę po angielsku. Jestem obecnie na… setnej stronie.

Teraz na Allegro już raczej nie kupuję, zwłaszcza w przypadku polskich autorów staram się nabywać książki nowe, żeby koledzy po piórze coś z tego mieli. Ale omijam przy tym z dala pewną dużą sieć, uznając działalność tej firmy za szkodliwą dla rynku książki. Z bibliotekami pożegnałem się już dawno, nie znoszę czytać, mając wyznaczony termin na skończenie powieści. Okazyjnie pożyczam coś od znajomych, ale generalnie wolę mieć książki na własność. Z tym że swoje chętnie pożyczam, niezbyt przejmując się tym, że nie zawsze do mnie wracają. Zamiast walczyć z wiatrakami, dostrzegam pozytywny aspekt tej sytuacji: wolne miejsce na półkach na nowe pozycje.

Kiedyś czytałem tylko jedną książkę w danym czasie, zawsze do końca, a po skończeniu następną zaczynałem dopiero następnego dnia. Teraz czytam kilka książek naraz, a jeśli jakaś mi nie podchodzi, zostawiam. Przy wielu książkach nie pamiętam, w którym miejscu ostatnio czytałem, i potrzebne są zakładki. Mam ich wprawdzie dość sporo, tyle że nigdy pod ręką, więc zakładam czym popadnie. Problem zakładek rozwiązała technika, na czytniku książka otwiera się sama tam, gdzie człowiek przerwał lekturę.

Tak. Z początku miałem parę zastrzeżeń do tego urządzenia, ale kiedy najpoważniejsze, brak książek, straciło rację bytu, coraz częściej sięgałem po Kindle’a. Bo miałem łatwiejszy i szybszy dostęp do wersji elektronicznej niż do papierowej. I tylko od tego, w jakiej formie książka do mnie trafi, czy znajdę ją w księgarni internetowej czy stacjonarnej, uzależniam wybór nośnika. W praktyce bowiem nie ma wielkiej różnicy między czytaniem na papierze a na czytniku. To znaczy czyta się dokładnie tak samo, różnice są natury, że tak powiem, pozalekturowej, o właśnie, że do czytnika nie potrzeba zakładek, a książkę papierową łatwiej przewertować.

Czytam w przeważającej mierze beletrystykę, ale za to, wyłączywszy horror i fantasy, wszystkie gatunki. Ze wskazaniem na kryminały i sensacje, jak można się domyślić, patrząc na moją twórczość. Lubię sięgnąć po autorów o mniej znanych nazwiskach, ale ignoruję przy tym rekomendacje „Wyborczej”, która recenzuje pisarzy tylko z określonych wydawnictw.

A ile czytam? Niedużo. Około trzydziestu książek rocznie. Czasy, w których czytałem osiemdziesiąt do stu dawno minęły. Choć były i takie (pierwsze lata aktywności zawodowej), że liczba przeczytanych w ciągu roku tytułów skurczyła się do pięciu, a w tych pięciu wcale nie było „W poszukiwaniu straconego czasu” Prousta.

poniedziałek, 30 czerwca 2014

Elektroniczne e-booki, czyli jak zostać (pseudo)ekspertem

Na początku oświadczenie dla tych, którzy przygnają po tym wpisie i pałając świętym oburzeniem oraz bolejąc nad moim moralnym upadkiem, zechcą wyrazić swoją opinię, świadczącą o ich niezłomnej etycznej postawie (prezentowanej najczęściej anonimowo), że wpis powstał po to, by dowalić konkurencji i wypromować mój nędzny poradnik. Właśnie tak, celem tego wpisu jest zohydzenie konkurencyjnej publikacji, by nie zagroziła sprzedaży mojej, i jako taki jest on całkowicie pozbawiony merytorycznej wartości, a zawarta w nim krytyka wypływa z najniższych merkantylnych pobudek i w związku z tym nie może być traktowana poważnie. Świadczy ona jedynie o degrengoladzie Pawła Pollaka, którą to degrengoladę wielokrotnie zresztą na swoim prymitywnym blogu udowodnił.
Tych, którzy nie zrozumieją tego oświadczenia i dadzą wyraz swemu oburzeniu, pocieszę, że tępota jak na razie jest nieuleczalna, ale medycyna rozwija się tak szybko, że jeszcze za życia mają szansę doczekać tabletki.

Zakupiłem sobie poradnik Grażyny Grace Tallar pt. „Jak napisać i wydać książkę. Najskuteczniejsze narzędzie Public Relations dla każdego” (2013). Błąd ortograficzny w podtytule (nie ma powodu, by public relations pisać dużymi literami) i okoliczność, że książka ukazała się „ze współfinansowaniem” w firmie Poligraf, kazały mi podejrzewać, że dostanę do ręki niewąskiego bubla, i te podejrzenia sprawdziły się.



Książkę redagowały aż dwie osoby, Aneta Koperczak-Bilko i Klaudia Dróżdż, mimo to sporo w niej błędów i stylistycznych niezręczności:
W dedykacji czytamy: „Wspaniałej trójce ‘miracle’ dzieci (…)”. Dlaczego nie cudownych? Co to za pidgin?
„Jak wszystko na świecie, świat pisarzy i pisania także podlega zmianom”. Świat na świecie podlega zmianom.
„Reklama na żywo (…) jest kreacją naszego wizerunku jako osoby otwartej i nowoczesnej. Nasza marka zaczyna istnieć w wielu miejscach jednocześnie, a siła reklamy jest wzmocniona”. Nie ma to jak sentencja niczym cios pięścią między oczy.
„Fabuła powinna być zawsze oparta o nadzwyczajne, niespotykane wydarzenia”. Sędzia: Czy pokrzywdzona się opierała? / Tak, o beczkę. Jeśli nie o beczkę, to fabuła opiera się na czymś.
„Pisanie (…) to wiele odkryć wnętrza samego siebie (…)”. A może jednak własnego wnętrza? I może lepiej „ciągłe odkrywanie własnego wnętrza”?
„(…) wielcy wydawcy mogą zauważyć naszą książkę i zaproponować nam kontrakt”. Kontrakt to się proponuje piosenkarzom i menadżerom, szaremu autorowi w Polsce wydawca proponuje wydanie książki albo zawarcie umowy.

Ale powyższy anglicyzm jest niczym w zestawieniu z tym, że na innym anglicyzmie Tallar oparła całą koncepcję swojej książki. Otóż mieszkająca w Kanadzie i publikująca również po angielsku autorka przypisuje polskiemu słowu „pisarz” dokładnie ten sam zakres znaczeniowy, co angielskiemu „writer”, chociaż po polsku oznacza ono wyłącznie twórcę beletrystyki. Tymczasem dla Tallar pisarz to również autor poradników. A skoro pisarz tworzy poradniki, to są one (obok pamiętników, dzienników i biografii), zdaniem Tallar, rodzajem powieści (sic!). Od którego należałoby zacząć swoją przygodę z pisarstwem, bo taki poradnik biznesowy łatwiej napisać niż powieść właściwą. Ktoś mimo to nie czuje na siłach? „Pisanie nie wymaga takich wrodzonych zdolności, jakie musi posiadać muzyk, śpiewak operowy czy olimpijczyk”. Myślę, że każdy grafoman powinien sobie powiesić tę sentencję nad łóżkiem, by co wieczór utwierdzała go w przekonaniu, że bełkot, którym zarzuca świat, to prawdziwa literatura.

Dla Tallar książka nie jest celem samym w sobie, lecz metodą, by wypromować się jako ekspert w danej dziedzinie („(...) napisana przez nas publikacja jest najsilniejszym narzędziem promocji siebie jako eksperta (…)”). Przy literaturze fachowej można by się jeszcze z takim podejściem zgodzić (ze stylem już nie bardzo), jednak przy pięknej jest ono co najmniej dziwne. Ale, jako się rzekło, autorka jednej od drugiej nie odróżnia. Tallar wyznaje filozofię, że należy najpierw przeprowadzić badania, na co jest zapotrzebowanie, i na taki temat pisać. Ale chociaż sam piszę o tym, co mi w duszy gra, to nie potępiam i nie odrzucam takiego komercyjnego podejścia, przeciwnie, dostrzegam, że moje jest trochę bez sensu, skoro chciałbym z pisania się utrzymywać. Niemniej jednak wszystko ma swoje granice. Tallar ocenia, że najlepiej sprzedaje się humor, poleca więc osobom poczucia humoru pozbawionym, by takowy w sobie wyrobiły. Zacząć należy „od czytania śmiesznych historii, felietonów, anegdot (…)”. Potem „poczucie humoru można rozwijać za pomocą ćwiczeń fizycznych i relaksacyjnych”. Nic tak nie wyrabia umiejętności opowiadania dowcipów, jak pompki, brzuszki i przysiady. Zdaniem Tallar rozwijaniu umiejętności pisania z humorem ma też sprzyjać częste śmianie się na głos. No, ludzie.

Jak wspomniałem, autorka mieszka w Kanadzie. I pisze tak, jakby jej czytelnik też mieszkał w Kanadzie, poradnik jest kompletnie oderwany od polskich realiów. Otrzymujemy rady w stylu „zapisz się do klubu Toastmaster International”, cytowani są wyłącznie anglojęzyczni pisarze i przykłady takowych mają dowodzić, że na self-publishingu można zarobić 150 tysięcy dolarów, chociaż nad Wisłą jeszcze żaden self-publisher nie zarobił na książce nawet jednej dziesiątej tego, i to w złotych, a nie w dolarach. Z tej samej parafii jest wyżej cytowane stwierdzenie, że po samodzielnej publikacji „wielcy wydawcy mogą zauważyć naszą książkę i zaproponować nam kontrakt”. Jakoś Wydawnictwo Literackie ani W.A.B. nie szuka talentów wśród autorów Poligrafu czy Evanartu. Cudowna jest rada, że po odkryciu w sobie pasji pisania nie należy „rezygnować z [dotychczasowej] pracy, przynajmniej przez sześć miesięcy”. Ale po pewnym czasie nasze książki, zwłaszcza „w formie audio, e-booka lub treningu na CD” będą stanowić „wspaniałe źródło dochodów pasywnych (…) Miło jest dostawać niespodziewanie czeki z różnych stron świata”. Już widzimy, jak książki w języku polskim w formie treningu na CD będą się rozchodzić po całym świecie. Pani Tallar ewidentnie urwała się z kanadyjskiej choinki.

W rozdziale o prawach autorskich czytamy: „Kolejnym sposobem zabezpieczenia swojej pracy jest rejestracja. Niestety, w Polsce nie ma centralnego urzędowego rejestru utworów (jak np. rejestr przedsiębiorców czy rejestr stowarzyszeń). Są natomiast rozmaite rejestry (banki) utworów prowadzone przez różne organizacje. Wydają one np. certyfikaty rejestracji, potwierdzające, że jesteśmy autorem danego utworu i stworzyliśmy go danego dnia. Takie certyfikaty mogą być wykorzystywane jako dowód w ewentualnym procesie, gdyby ktoś bezprawnie wykorzystywał nasz utwór”.

Nie zetknąłem się z rejestracją utworów literackich, kojarzyło mi się to raczej z piosenkami, ale żeby się upewnić, poszukałem w sieci i natrafiłem na poradę udzieloną autorowi treatmentu filmu przez radcę prawnego Jakuba Bonowicza w 2009 r.: „Otóż nie ma w Polsce jakiegoś centralnego urzędowego rejestru utworów (jak np. rejestr przedsiębiorców czy rejestr stowarzyszeń). Natomiast są rozmaite rejestry (banki) utworów prowadzone przez różne organizacje (sporo w formie elektronicznej). Wydają one np. certyfikaty rejestracji, potwierdzające, że np. Pan jest autorem danego utworu i stworzył go Pan z taką i taką datą. Takie certyfikaty mogą być wykorzystywane jako dowód w ewentualnym procesie, gdyby ktoś bezprawnie wykorzystywał Pana utwór”.
Bonowicz zaleca też: „Jeśli jednak chce Pan być zupełnie pewny, proponuję udać się do notariusza z egzemplarzem utworu, podpisanym przez Pana. Notariusz może wówczas dokonać poświadczenia: 1) Własnoręczności Pana podpisu złożonego w jego obecności”.
Grażyna Grace Tallar: „Jeśli jednak chcemy być zupełnie pewni naszych praw, należy udać się do notariusza z egzemplarzem utworu podpisanym przez nas. Notariusz może wówczas dokonać poświadczenia naszego własnoręcznego podpisu”.
Doradzając, jak pisać powieść, Tallar utrzymuje: „Nie musimy (…) wymyślać czegoś zupełnie nowego, ale musimy to opisać własnymi słowami. Podobieństwo fabuły nie jest plagiatem, podobieństwo słów – tak”. No właśnie.

Nie jest to jedyny splagiatowany fragment w tej książce, informacja, co składa się na komunikat prasowy, została przepisana z Wikipedii bez podania źródła, chociaż Wikipedię jako źródło Tallar podaje, kiedy wyjaśnia różnicę między majątkowymi a osobistymi prawami autorskimi. Ale to nie wszystko. W serwisie Notka prasowa założonym w 2011 r. Anna Komendzińska udziela porad, jak napisać komunikat prasowy:
„Tekst dziennikarski musi być obiektywny, a zatem: pod względem gramatycznym – pisany w trzeciej osobie, a nie w perspektywie autorskiej, pierwszoosobowej (nie wolno więc używać słów typu: ‘ja’, ‘moim zdaniem’, ‘jak sądzimy’ itp.)”.
G. G. Tallar: „Tekst dziennikarski musi być obiektywny, dlatego powinien być napisany w trzeciej osobie. Z tego powodu też nie używamy zwrotów typu: ‘moim zdaniem’, ‘jak sądzimy’ itp.”.
A. Komendzińska: „(…) należy unikać wszelkich określeń wartościujących i opinii, eliminować zbędne przymiotniki i przysłówki (np. ‘wspaniały’, ‘godny pożałowania’, ‘super’)”.
G. G. Tallar: „Należy też unikać wszelkich określeń wartościujących, eliminować zbędne przymiotniki i przysłówki (np. ‘nieoceniony’, ‘wspaniały’, ‘super’).
A. Komendzińska: „Ponadto zaleca się zwięzłość i operowanie konkretami. Krótka notatka jest często dla dziennikarza atrakcyjniejsza. Jej przeczytanie i ocenienie, czy zawartość nadaje się do umieszczenia w mediach nie zabiera mu zbyt wiele cennego czasu”.
G. G. Tallar: „Ponadto zaleca się zwięzłość i operowanie konkretami. Krótka notatka jest zazwyczaj atrakcyjniejsza – jej przeczytanie i ocena nie zabiera dziennikarzowi zbyt wiele cennego czasu”.
A. Komendzińska: „Warto też pamiętać, że krótkie zdania i akapity łatwiej przyciągną odbiorcę niż wielokrotnie złożone konstrukcje składniowe. Należy tak dobierać słownictwo, by było ono zrozumiałe dla przeciętnego czytelnika – w tym celu trzeba niekiedy zrezygnować z terminologii fachowej na rzecz wytłumaczenia zagadnienia, wyjaśnienia praktycznego zastosowania danego produktu (…)”.
G. G. Tallar: „Warto też pamiętać o tym, że krótkie zdania i akapity łatwiej przyciągną uwagę odbiorcy niż wielokrotnie złożone konstrukcje składniowe. Należy tak dobierać słownictwo, by było ono zrozumiałe dla przeciętnego czytelnika – w tym celu trzeba niekiedy zrezygnować z terminologii fachowej na rzecz wytłumaczenia zagadnienia prostszym językiem”.
A. Komendzińska: „(…) notatka ma być ciekawa, ma zainteresować czytelnika (a wcześniej dziennikarza). Trzeba zatem tak pisać, by informowanie nie ograniczało się do tworzenia nudnych, sztampowych i przewidywalnych zdań”.
G. G. Tallar: „Notatka powinna być ciekawa i zainteresować czytelnika (a wcześniej dziennikarza). Trzeba zatem tak pisać, by informowanie nie ograniczało się do tworzenia nudnych, sztampowych i przewidywalnych zdań”.

Wróćmy do zabezpieczania swoich praw. Plagiatorka dba o to, żeby jej tekstów nikt nie kradł (rozczulające), i doradza jeszcze jeden sposób, który sama „stosuje od lat”: „wysłanie do siebie kopii utworu listem poleconym i nieotwieranie koperty, aż do momentu, kiedy będzie nam potrzebne przedstawienie dowodu w sądzie”. Czyli koperta na zawsze pozostanie zamknięta, bo kradzież tekstu przeznaczonego do publikacji w formie książkowej jest tak idiotycznym i nieopłacalnym przestępstwem (dlaczego, wyjaśniam szczegółowo w moim poradniku w rozdziale „Uczył Marcin Marcina…”), że nikt się w to nie bawi, a stosowanie takich środków ostrożności i zalecanie ich innym jest przejawem i szerzeniem paranoi.

Tallar zaleca wydanie książki metodą self-publishingową, a konkretnie w wydawnictwie Poligraf, którym zachwyca się i które nachalnie reklamuje przez kilka stron. Odwodząc od publikacji w normalnym wydawnictwie, twierdzi, że gwarantuje ono sobie prawo do wydania również następnych książek debiutanta, czyli „wiąże” autora. Jest to nieprawda, jedyną taką gwarancją byłoby zamówienie książki i wypłacenie za nią zaliczki, co praktykuje się tylko w przypadku głośnych nazwisk. Wydawnictwa zapewniają sobie jedynie prawo pierwokupu następnej książki, co oznacza tyle, że debiutant ma ją zaproponować temu samemu wydawnictwu, ale jeśli oferowane warunki wydania przestaną mu odpowiadać, a wydawnictwo nie zgodzi się na lepsze, nic nie stoi na przeszkodzie, by ze swoją drugą książką udał się gdzie indziej.

To nastawienie na self-publishing sprawia, że Tallar każe autorowi wynajmować redaktora i korektora i martwić się o materiały na okładkę. Chociaż podkreślanie, jak ważną rolę pełni redaktor, autorce poradnika się chwali, to jednak przy normalnym wydaniu za redakcję, korektę, okładkę i wszystkie sprawy techniczne odpowiada wydawnictwo, tymczasem z tekstu wynika coś przeciwnego: „Może się zdarzyć też i tak, że wydawnictwo zaproponuje nam redaktora. Skorzystajmy z tego, odpada nam wtedy szukanie fachowca (…)”, „Często wydawcy zapewniają autorom jedynie korektora (…)”.

Książka Tallar ma 112 stron w formacie 145x205 mm i kosztuje 24,90 zł (wersja elektroniczna 19,90). Z tych 112 stron właściwy tekst stanowi 85% (podaję w procentach, bo mam e-booka, stąd przy cytowaniu brak numerów stron), reszta to materiały pomocnicze w postaci propozycji tematów (np. „Jak zaplanować pogrzeb”), rzeczowników opisujących emocje, uczucia, stany i cechy człowieka (radość, agresja, przerażenie, sprawiedliwość – sprawiedliwość to emocja, uczucie, stan czy cecha?), propozycji na początek zdań („Mamy siedzibę…”, „Trendy przedstawione…” – powieść zaczynająca się od zdania „Trendy przedstawione…” musowo będzie bestsellerem) i przykładów łączników w dialogach („odparł i wszyscy się roześmiali”, „musiał wiedzieć zawsze”).
We właściwym tekście znajdziemy nic niewnoszące passusy w rodzaju „Książki są lepsze i gorsze, cenniejsze i te przeciętne, trudne i łatwe, popularne i naukowe, elektroniczne e-booki [ktoś z państwa słyszał o nieelektronicznych e-bookach? – przyp. mój] i te drukowane [e-booki?] na czerpanym papierze, inkrustowane bursztynem, złotem czy srebrem”, informacje, że „do pisania musimy przygotować sobie spokojne miejsce z biurkiem i dobrym oświetleniem. Jeśli biurko jest małe, będzie nam potrzebny także stolik, gdzie umieścimy nasze materiały, z których będziemy korzystać” (potem jeszcze autorka rozwodzi się, że jej przydałyby się właściwie dwa biurka), przepisaną ze strony Biblioteki Narodowej informację, jakim publikacjom nadaje się ISBN (bo czytelnik musi wiedzieć, że mikrofiszom i mikrofilmom), szkolne definicje, czym są epika, liryka i dramat, oraz opis współpracy z agentem literackim, bo chociaż autorka ma świadomość, że w Polsce autorzy z pośrednictwa takowych nie korzystają, to „może ktoś z Państwa zechce pisać i wydawać za granicą (…)”.

Pobieżność potraktowania tematu najlepiej widać w rozdziale o prawach autorskich. Kilka podstawowych informacji, nie ma nic o umowach, nie ma przystępnego wyjaśnienia, czym są pola eksploatacji i jakie zasady w tym zakresie obowiązują, nic o uprawnieniach autora, o obowiązkach wydawnictwa. Tylko odesłanie czytelnika do poradnika Andrzeja Karpowicza, żeby tam sobie o tym wszystkim poczytał. To na cholerę pisać własny?

Filozofia przebijająca z książki Tallar jest następująca: nieważne, że się na czymś dogłębnie nie znasz, że nie zjadłeś na tym zębów, coś cię tam na pewno interesuje, weź napisz o tym książkę, nawet jeśli niespecjalnie umiesz pisać, odbiorcy się pojawią, bo „każdy temat znajdzie zainteresowanie wśród czytelników”, wtedy łatwiej będzie ci się wepchnąć na jakąś konferencję czy jakiś kongres, a kiedy będziesz się światu pokazywał, zaczniesz uchodzić za eksperta. „Główną zaletą poradnika jest to, że jego wydanie czyni nas ekspertem w konkretnej dziedzinie”. Bo nie chodzi o to, żeby czytelnikowi dostarczyć solidnej porcji wiedzy, tylko żeby skompilować parę częściowo splagiatowanych tekstów i wciskać ludziom ten kit jako sensowną publikację. Dla tych, którzy zechcą tak robić, książka Tallar rzeczywiście będzie przydatna, ci naiwni, którzy jeszcze uważają, że o statusie eksperta decyduje wiedza i umiejętność jej przekazywania, a nie łokcie pozwalające dopchać się do kamery, mogą ją sobie podarować. Znacznie lepiej wyjdą na skorzystaniu z porad zawartych w moim poradniku. C.b.d.o.