Pokazywanie postów oznaczonych etykietą grafomania. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą grafomania. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 19 grudnia 2016

Sens pochowany w artystycznym smaku wulgaryzmów

W zeszłym miesiącu recenzowałem wspaniały kryminał Marcina Litwiniuka pt. „Detektyw: Przygody Stefana Mark'a”, w którym zabójca sprytnie uszkodził autokar i samolot, żeby zabić swoją pierwszą i drugą żonę. Następnie został zdemaskowany przez detektywa na tej podstawie, że zniknęły pieniądze, które dostał po śmierci żon (spadkobiercy niezabójcy nigdy odziedziczonego majątku nie trwonią), i tenże detektyw kazał policji (tak: kazał) aresztować winnego za dwa zabójstwa. Czyli morderca doprowadził do takiego wypadku autokaru i samolotu, że za każdym razem zginęła jedynie jego żona, reszta pasażerów się uratowała.

Zastanowiło mnie, dlaczego kryminał, opisujący takie przemyślne i nietypowe morderstwa, nie cieszy się wielką popularnością. Pomyślałem, że to może kwestia reklamy, najlepsza powieść bez dobrej promocji nie ma szans na sprzedaż. Ale nie. Wszedłem na stronę Psychoskoka i musiałem przyznać, że tak zachęcającego opisu książki dawno nie czytałem:

Jest to rodzaj powieści kryminalnej, opartej o reportaż z pracy śledczej.

Jeśli powieść oprzemy o reportaż, to może się przewrócić.

Stefan opisuje kilka historii z różnego okresu pracy biura, gdzie pełno jest pościgów za podejrzanymi, morderstw, zacierania śladów, a także zagrożenia życia własnego.

Pełno morderstw i pełno zagrożenia życia własnego, czegóż chcieć więcej od kryminału?

Akcja utworu rozwija się dynamicznie i żywiołowo

Potwierdzam. Tak dynamicznie i żywiołowo, że autor nie nadążył z podaniem większości szczegółów dla tej akcji istotnych.

W ciągu trzech lat rozwiązywałem tylko sprawy dotyczące zdradzanych małżeństw.

Przez kogo te małżeństwa były zdradzane, nie wiemy, ale to jest właśnie suspens.

Przy okazji odkryłem, że Psychoskok ma w swojej ofercie wiele fascynujących tytułów, w każdym razie jeśli wnioskować po opisach:

Testament Templariusza Jolanty Marii Kalety zabiera Czytelników do starego, o magicznym klimacie, opactwa cystersów w Henrykowie na Dolnym Śląsku. W pobliskiej małej Oleśnicy, przed wiekami, istniała komandoria templariuszy. Czyżby autorce udało się odnaleźć więzy łączące obydwa klasztory?

Komandoria to nie klasztor, mała Oleśnica to Oleśnica Mała, a z kolei nazwy członków zakonów piszemy małą literą, więc powinien być „Testament templariusza”.

Rok 1307, z miasta Troyes we Francji ucieka garstka templariuszy do komandorii Klein Öls, aby uniknąć aresztowań zarządzonych przez króla Filipa Pięknego. Tylko niektórzy z nich będą mieli szansę zrealizować misję, której się podjęli.

Jak rozumiemy, tą misją było uniknięcie aresztowania.

Grudzień 1981 roku. Magda Michalska po rozwodzie z mężem, wyrzucona z pracy za działalność związkową, wyprowadza się z Wrocławia na wieś, gdzie po swoim tragicznie zmarłym dziadku odziedziczyła starą, poniemiecką chałupę. (…) Po pierwszej nocy Magda budzi się w realiach stanu wojennego.

Obudzić się w realiach to już jest kanał, a co dopiero w realiach stanu wojennego. Zwłaszcza że te realia dotknęły ją wcześniej, skoro wyleciała z pracy za działalność, którą dopiero stan wojenny zdelegalizował.

Zostaje wciągnięta w tryby aparatu władzy wraz z mieszkańcami wsi Świątniki i niewielką społecznością zakonników.

Czyli można powiedzieć, że te tryby miały dużą moc zasysającą.

We wsi dochodzi też do brutalnych morderstw. Porucznik milicji prowadzący śledztwo nie radzi sobie z problemem (…)

Powiedzielibyśmy, że brutalne morderstwa to problem niewąski.

Czy zaginiony przed wiekami, przypadkiem odnaleziony, fragment Księgi Henrykowskiej może zawierać rozwiązanie zagadki? Jak wysoką cenę przyjdzie niektórym zapłacić?

Wydaje się nam, że za taką książkę każda cena będzie za wysoka.

Autor Michał Krupa, po sukcesie wydawniczym pierwszej swojej powieści “Łosoś norwesko-chiński” postanowił kuć żelazo póki gorące i napisał kolejną powieść - Łosoś a'la Africa

Podziwiając Psychoskokową umiejętność odgradzania przecinkiem podmiotu od orzeczenia, zapytamy, ile sprzedanych egzemplarzy złożyło się na ten sukces wydawniczy. Dziesięć?

W tle pojawiają się także inne postaci, częściej lub rzadziej uczestniczące w głównej fabule utworu (…)

Z tła przenoszą się do głównej fabuły.

Jako że akcja związana jest z operacjami wojskowymi, w powieści znajdziemy wątki natury militarnej.

Znaczy się, Krupa warsztat pisarski ma opanowany i wie, że w akcji związanej z operacjami wojskowymi wątków natury militarnej zabraknąć nie może.

Utwór charakteryzuje się szalonym tempem zwrotów akcji,

normalnie jazda bez trzymanki

niebywale humorystyczną narracją

to zupełnie jak ten opis

oraz dialogami obfitymi w śmieszne, a czasem abstrakcyjne wypowiedzi.

Dialogi obfite w śmieszne wypowiedzi to jest to, co tygryski lubią najbardziej.

Autor stosuje także zgrabne wulgaryzmy jako środek wyrazu literackiego, jednak, co warto zauważyć, owe wulgaryzmy posiadają swój artystyczny smak i fason, gdyż ilustrują potoczny język żołnierzy na misjach specjalnych.

Ożeż, kurwa. I to jest właśnie – biorąc pod uwagę właściwe znaczenie – zgrabny wulgaryzm, posiadający artystyczny smak i fason.

Należy odnotować, że Psychoskok wydaje nie tylko beletrystykę, jest to wydawnictwo wszechstronne, które nie boi się specjalistycznych publikacji. A na przykład z poradnikiem Jak leczyć reumatoidalne zapalenie stawów Jarosława Niebrzydowskiego spokojnie może konkurować z „Nature”:

Wyjaśnia zawiłości leczenia i w prosty sposób tłumaczy co i dlaczego oraz jak należy prawidłowo leczyć w tej chorobie.

Czyż nie potrzebujemy publikacji, które w prosty sposób tłumaczą co i dlaczego?

Do leczenia zniechęca chorych brak widocznych rezultatów i powszechne przekonanie, że choroba jest nieuleczalna.

Ciekawe, skąd się wzięło.

Leki te poza chwilową ulgą nie mogą pomóc osobom cierpiącym z powodu zapalenia stawów bo nie hamują postępów choroby. Tym samym nie dają szans na wyleczenie.

I to jest właściwe logiczne rozumowanie, którego Litwiniuk nie potrafi zastosować: nie hamują postępów choroby, więc nie dają szans na wyleczenie.

Dzięki tej lekturze dowiesz się czym i jak prawidłowo leczy się reumatoidalne zapalenie stawów. Co robi twój lekarz robi dobrze lub źle.

Aż strach pomyśleć, że gdyby Psychoskok nie umożliwił Niebrzydowskiemu opublikowania za jego pieniądze takiej wiekopomnej pozycji, nie dowiedzielibyśmy się, co lekarze robią dobrze lub źle.

Poradnik ten w przeciwieństwie do wszelkich innych publikacji dostępnych w Polsce opisuje aktualnie stosowane metody leczenia oparte na najnowszych wynikach badań naukowych.

Bo te inne publikacje promują szarlatanerię i znachorstwo.

Od ciała przejdźmy do ducha, czyli do poezji ze zbiorku O zachodzie słońca:

Tomik Barbary Wrzesińskiej przepełniony jest osobistymi przemyśleniami, nasączony rozmaitymi doznaniami.

Jak zostać poetą? Nasącz osobiste przemyślenia doznaniami.

Nie umyka uwadze autorki, że w porządek natury i ludzkiego życia wpisane są zarówno dobro jak i zło.

Spostrzegawcza kobita.

Poezja jest subiektywna także dla samej autorki, więc przegląda się ją jak swego rodzaju autobiografię.

Czego nie dałoby się zrobić, gdyby poezja była dla autorki obiektywna.

(…) im dłużej czyta się ten sam wiersz, tym większe odnosi się wrażenie, że gdzieś tu został pochowany sens i pojawia się nieodparta pokusa wyciągnięcia go na światło dzienne.

Im dłużej czytamy opisy książek Psychoskoka, tym większe odnosimy wrażenie, że sens zmarł i został pochowany.


PS. Ze względu na grube tomiska akt, które dostałem do tłumaczenia w napiętym terminie, przynajmniej do końca lutego jestem zmuszony zawiesić prowadzenie bloga.

poniedziałek, 21 listopada 2016

Sprytne uszkodzenie samolotu, czyli jak zamordować logikę

Z książką jest jak z kobietą. Urzeka nas jakimś elementem swej urody czy osobowości, wyobrażamy sobie, że dzięki temu wiemy o niej wszystko, a kiedy poznamy ją bliżej, okazuje się, że intuicja nas nie zawiodła. Powieść Marcina Litwiniuka pt. „Detektyw: Przygody Stefana Mark'a” urzekła mnie przepięknym bykiem na okładce w odmianie nazwiska głównego bohatera. A kiedy zobaczyłem, że opublikowało ją niezawodne wydawnictwo Psychoskok, wiedziałem, że czeka mnie czytelnicza uczta.

Tajemnica byka na okładce zostaje wyjaśniona już na stronie redakcyjnej: otóż książka przeszła nie zwykłą korektę, a „profesjonalną”, wykonaną przez Ryszarda Krupińskiego.

Dzięki „korekcie profesjonalnej” możemy rozkoszować się takimi passusami:

Największą [odległość], na jakich próbowałem urządzenie to trzysta metrów. Nie wierzcie w te brednie, które pokazują w filmach na temat, jakości podsłuchów. One nigdy nie odbierają sygnałów o tak wysokiej jakości.

Sygnałów nie odbierają brednie, filmy czy podsłuchy?

(…) mężczyzna po tym zdaniu uśmiechnął się i odrzekł. Nie mogę się już doczekać. Po czym wstali (…)

Kwestia dialogowa zgrabnie wpleciona w tekst.

Siedziałem w swojej Astrze, jest to samochód idealny w moim zawodzie, ponieważ nie wyróżnia się. (…) łatwo (…) nim wmieszać się w obraz miasta (…).

Bo taką vectrą na przykład, to za cholerę nie da się wmieszać w obraz miasta.

- Rozumiem, że intercyza ma warunki, które złamane unieważniają ją.

Warunki, które złamane. Miejmy nadzieję, że książka nie trafi w ręce polonistek Litwiniuka i Krupińskiego, bo na miejscu padną trupem. Chyba że już nie żyją, wtedy przewracają się w grobach.

(…) zatrzymał się przed jednym z wieżowców mieszanych. Jest to taki budynek, który wynajmuje różnym firmom poszczególne piętra.

Czyli tzw. budynek inteligentny, któremu wcale nic się nie miesza. Ale przejdźmy do akcji, bo poczynania detektyw’a Stefan’a Mark’a śledzimy naprawdę z zapartym tchem. Mark był policjantem, ale został ranny w „wypadku podczas akcji” i przekwalifikował się na prywatnego detektywa. Współpracuje z niejaką Katarzyną Kłos, która przyszła do niego do szpitala: „Uprzejmie się przedstawiła i zaczęła rozmawiać ze mną. Przychodziła codziennie i siedziała przy mnie cały dzień”. W jakim celu czy charakterze przychodziła i siedziała, czytelnik się nie dowiaduje.

Pierwszą sprawę zleca detektywowi Markowi niejaki Samuel Pilson. Prosi o zdobycie dowodów na zdradę żony. Mark sprawdza zleceniodawcę:

(…) trzydzieści osiem lat. W wieku dwunastu lat oskarżony o współudział w kradzieży w sklepie, oskarżenie odsunięto z powodu niewystarczających dowodów.

Litwiniuk nie podaje, w jakim państwie dzieje się akcja powieści, ale każdy czytelnik może to sobie łatwo wykoncypować, biorąc pod uwagę nazwiska jego obywateli (Kłos, Pilson), obowiązujący w nim system prawny, pozwalający na stawianie przed sądem dwunastoletnich dzieci, walutę („[w]yciągnąłem portfel i wręczyłem mężczyźnie sto euro”) oraz język inny niż angielski („jej akcent sugerował, że mieszkała w kraju anglojęzycznym”).

Choć muszę przyznać, że powyższa informacja nie jest na 100%, przeczytałem pierwszy rozdział, po którym dostałem drgawek i w trosce o własne zdrowie następne sobie podarowałem. Starałem się wyszukać po słowach kluczowych (nazwy państw, miast, waluty, języki), czy podana jest jakaś wskazówka, i nie znalazłem. Do tego każdy rozdział obejmuje jedną zagadkę i stanowi zamkniętą całość, więc nazwa kraju powinna być podana w pierwszym. I jeszcze gwoli ścisłości: Litwiniuk nie dzieli powieści na rozdziały, tylko „na Akty, wzięło się to od nazw teczek ze sprawami w archiwach policyjnych. Chociaż niektórym może się to kojarzyć z podziałem scen w teatrze, to nie ma z tym nic wspólnego”. Mamy więc nie rozdział I, tylko akt I. Taka duperela, że słowo „akt” w tym znaczeniu występuje jedynie w liczbie mnogiej, która wówczas brzmi „akta”, a nie „akty”, umknęła zarówno autorowi, jak i profesjonalnej korekcie.

Dzielny detektyw śledzi też potencjalną niewierną:

Żona klienta wyszła z domu, kierując się do samochodu, a następnie ruszyła w stronę centrum. Jest to atrakcyjna blondynka, ma około sto siedemdziesiąt centymetrów wzrostu, włosy ledwo zakrywające szyję. Wygląda młodo i na pewno nie dałbym jej tych trzydziestu ośmiu lat.

Tych trzydziestu ośmiu, które ma jej mąż. Bo, jak wiadomo, małżeństwa mogą zawierać między sobą wyłącznie równolatkowie. Profesjonalna korekta nie zwróciła też Litwiniukowi uwagi, że w narracji należy stosować jednolity czas: „następnie ruszyła [na piechotę?] w stronę centrum. Była to atrakcyjna blondynka, miała około stu siedemdziesięciu centymetrów wzrostu [„około” wymaga dopełniacza, profesjonalna korekto]”.

Mark z miejsca rozszyfrowuje mężczyznę, z którym Gabriela, żona klienta, spotkała się w restauracji („[d]yskretna mowa ciała oraz ogólne zachowanie świadczy o możliwości pracy jako prawnik lub coś w tym guście”), ale potrzebuje twardych dowodów, więc w mieszkaniu małżonków montuje kamery „z funkcją wzmacniania światła, dzięki czemu może nagrywać praktycznie w całkowitej ciemności”. Litwiniuk mógłby pisać poradniki dla prywatnych detektywów: jeśli nie wiesz, gdzie spotykają się kochankowie, przyjmij założenie, że w mieszkaniu zdradzanego męża, i zamontuj tam kamery, które wzmacniają światło, kiedy tego światła nie ma. I gdzie spotyka się Gabriela z tajemniczym mężczyzną? Nie uwierzą państwo! W tymże mieszkaniu pod nieobecność męża.

Gabriela jest trzecią żoną pan Pilsona, który wcześniej dwukrotnie owdowiał:

Ożenił się w wieku dwudziestu lat z Marią Kilską, dwa lata później zginęła w wypadku autokaru. W wieku dwudziestu pięciu lat ożenił się ponownie, jego wybranką była Weronika Szaj, która zginęła w wypadku samolotu pięć lat później.

Szybko wyjaśnia się, że:

wypadki, w których zginęły poprzednie żony klienta zostały zaplanowane. Policja nie ma co do tego żadnych wątpliwości, niestety nie znaleziono winnych.

Może dlatego, że wypadki zaplanowano bardzo przemyślnie:

samolot jak i autokar zostały uszkodzone w taki sprytny sposób, który nie ujawniał się [sposób się nie ujawniał, żeby była jasność – przyp. mój] podczas rutynowej kontroli przed startem. Jednak w trakcie podróży blokował [oczywiście sposób blokował] układy sterujące i wyłączał ciąg silnika w przypadku samolotu oraz go zwiększał w przypadku autokaru.

Chcesz się pozbyć żony? Nic prostszego. Uszkodź sprytnie samolot, którym będzie lecieć. Łatwo to zrobić, zwłaszcza jeśli nie pracujesz na lotnisku i nie masz z branżą lotniczą nic wspólnego.

Emanuel przekazał te informacje od razu odpowiednim służbom, ale nie dało się cofnąć pieniędzy, które otrzymał Samuel Pilson. Było to około trzech milionów po śmierci pierwszej i cztery po śmierci drugiej żony. Siedem milionów (…)

Emanuel Kirsten jest policjantem prowadzącym śledztwo, więc rozumiemy, że w sprawie zabójstwa odpowiednie są inne służby, a nie policja. Chyba że uwięzienie mordercy jest sprawą drugorzędną, przede wszystkim należy mu zabrać pieniądze i mowa o służbach finansowych. Tylko dlaczego akurat Pilsonowi miałyby one zabierać pieniądze, skoro „nie znaleziono winnych”. Ale detektyw Mark jest sprytniejszy niż policja, ustala, że Pilson kasę przepuścił, i na tej podstawie konkluduje:

Może to klient stał za zabójstwami, bo tak należy o nich mówić, swoich poprzednich żon (…)

Konkluzja, że zabójstwa należy nazywać zabójstwami, jest niewątpliwie słuszna i chwała profesjonalnej korekcie, że w nią nie ingerowała. Detektyw jako człowiek czynu nie ogranicza się jednak do konkluzji i wydaje swej asystentce polecenie:

- Zadzwoń na policję, niech aresztują naszego klienta, dwa zabójstwa i wyłudzenia pieniędzy.

Bo, jak wiadomo, policja to taka instytucja, która aresztuje ludzi na polecenie prywatnych detektywów na podstawie ich przypuszczeń, że ktoś tam może jest mordercą. Mark domyśla się też, dlaczego klient trzeciej żony nie zabił, tylko zgłosił się do niego, by znaleźć dowody do rozwodu:

(…) z trzecią chciał się rozwieść, ponieważ przez intercyzę w wyniku śmierci współmałżonka nie dostaje niczego, lub prawie niczego.

Ktoś mógłby zaprotestować, że o tym, co dostaje współmałżonek po śmierci drugiego, decyduje testament, intercyza zaś jest właśnie na wypadek rozwodu, ale znajoma prawniczka tłumaczy Markowi, że wcale tak to nie wygląda:

(…) w większości wypadków jest to zabezpieczenie majątku na wypadek śmierci współmałżonka lub jego niepoczytalności, dzięki czemu część lub całość majątku przechodzi na drugą osobę. Takie umowy stosuje się, gdy jedna ze stron nie ma zaufania do swoich krewnych.

A majątek jest całkiem spory, o czym Mark dowiaduje się, dzwoniąc do notariusza:

Powiedział mi on, że intercyza jest na kwotę pięćdziesięciu milionów funtów, obydwie strony nalegały, by majątek został wyceniony w funtach.

„Na kwotę”, bo intercyza to rodzaj ubezpieczenia. A notariusz to taki gość, który dzwoniącym do niego ludziom wyjawia treść zawieranych w jego kancelarii umów. Chociaż tu może zadziałał osobisty urok detektyw’a Stefan’a Mark’a, gdyż okazuje się, że poufne informacje uzyskuje on bez żadnego problemu.

- Dzień dobry. Narodowy Bank Inwestycyjny, w czym mogę pomóc?
- Dzień dobry. Nazywam się Stefan Mark i dzwonię, aby dowiedzieć się o płynności finansowej mojego klienta Samuela Pilsona.
- Chwileczkę, możemy podać tę informację, ale najpierw chciałbym sprawdzić pana tożsamość, proszę odpowiedzieć na kilka pytań.

Pan Litwiniuk najwyraźniej od czasu do czasu dzwoni do swojego banku i tam, zanim go obsłużą, sprawdzają, czy to rzeczywiście on dzwoni. Pytają go o fakty, które podał przy zakładaniu rachunku, oraz o numery czy hasła, które do jego rachunku przypisano. I pan Litwiniuk wysnuł z tego wniosek, że w ten sposób można sprawdzić tożsamość każdego dzwoniącego do banku. Jaki wynik na teście IQ osiąga ktoś, kto rozumuje w ten sposób? Ujemny?

Każdy rasowy autor kryminałów dba o zwroty akcji, takoż i Marcin Litwiniuk, więc pan Samuel Pilson nie zostaje złapany za sprytne uszkodzenie samolotu i zabicie pasażerów, tylko ginie w wypadku samochodowym. Oczywiście jest to sprytnie zaplanowane morderstwo: Pilson zasnął za kierownicą (autor nie wyjawia, co się w wyniku tego zaśnięcia stało, jedynie, że miało to skutek śmiertelny) po tym, jak podano mu środek nasenny (autor nie wyjawia, czy doustnie, czy dożylnie). Co prawda detektyw żywi wątpliwości, czy ten lek w ogóle istnieje, ale morderca „jest po medycynie (…) jeśli nie ma leku nasennego którego podano ofierze, to potrafi go opracować”. Innymi słowy: faceta zabito czymś, co może nie istnieje, ale jeśli nie istnieje, to nie ma problemu, bo morderca potrafi to wynaleźć. Żeby lek nie zdążył się ulotnić, pogrzeb odbywa się w pośpiechu (ja tylko referuję, więc proszę mnie nie pytać, dlaczego należy pochować ofiarę, zanim substancja wskazująca na morderstwo wyparuje), ale „trumna jest pusta”. O tym, że zwłoki są nadal w zakładzie medycyny sądowej, informuje detektywa policyjny patolog. Do tego okazuje się, że już „zbadali krew ofiary miał dużą dawkę środka nasennego”. Jaki w tym sens, by grzebać pustą trumnę, skoro wszyscy zainteresowani wiedzą, gdzie jest trup? Mogę tylko powiedzieć, że taki, jak w całej intrydze kryminalnej. Pilsona zamordował niejaki Alwin Ziuba. Pilson zakochał się w jego żonie Izabeli, a wtedy właścicielka salonu masażu Angie Mendoza, która „za pomocą pana Pilsona nakłoniła go [mowa cały czas o panu Pilsonie – przyp. mój] do uwiedzenia, poślubienia, a następnie zabicia swoich poprzednich żon”, zorganizowała dla żony Ziuby nową tożsamość – ta właśnie wtedy stała się Gabrielą – by Pilson mógł się z nią ożenić. Czyli wspólniczka Pilsona (działająca z dobrego serca, skoro zostawiła mu całą kasę, jaką dostał po śmierci żon) obróciła się przeciwko niemu, ale dlaczego i co podsunięcie mu Izabeli miało na celu, pozostało słodką tajemnicą Litwiniuka. Cała trójka dzielnie spiskowała przed Pilsonem, ale ten pokrzyżował spiskowcom szyki, bo „zobaczył u żony bieliznę, którą dostała na rocznicę swojego pierwszego ślubu” i poszedł do prywatnego detektywa, że żona go zdradza. Mendozę tak to przeraziło, że „postanowiła zniszczyć wszystkie jego pieniądze oraz przekupić pracowników banków, aby ci wystawili kredyty z datami wstecznymi”. Przed czym miało to ją uratować i dlaczego go zabili, autor również nie wyjaśnia.

Powalają też dowody, jakie detektyw zdobył na potwierdzenie, że Ziuba był bezpośrednim wykonawcą mordu. „Ale skąd pewność, że Alwin Ziuba zabił Samuela Pilsona?”. „Alwin Ziuba chociaż udaje właściciela studia filmów sci-fi, to nie ma wykształcenia ani filmowego ani marketingowca. Jest po medycynie (…)”. A z czasów pierwszych rządów PiS-u wiemy, że lekarze to z definicji mordercy.

Podsumowując, logika poszczególnych scen i całej akcji jest na takim poziomie, że powiedzieć, że Litwiniuk ma elementarne z nią kłopoty, byłoby eufemizmem. Posunięta do tego stopnia nieumiejętność logicznego myślenia powinna zostać zakwalifikowana jako jednostka chorobowa.

Zakładam, że ci, którzy czytają mojego bloga regularnie albo którym nazwa „Psychoskok” skądinąd coś mówi, są przekonani, że omawiam kolejny przypadek publikacji z rodzaju vanity press. Grafoman stworzył dzieło, które każdy redaktor selekcjonujący teksty wywaliłby do kosza po przeczytaniu pięciu zdań, a pseudowydawnictwo opublikowało je za pieniądze autora, krojąc go na kosztach wydania i wmawiając mu, że jest pisarzem. Nic z tych rzeczy. „Przygody Stefana Mark’a” nie ukazały się na papierze, wydany został tylko e-book. To oznacza, że Psychoskok i Ryszard Krupiński, który książkę tak profesjonalnie zredagował (zresztą założyciel Psychoskoka), nie kantują autora (bo z samego wydania nic nie mają), lecz są przekonani, że to publikacja naprawdę warta rozpowszechniania wśród czytelników. Rozumiem, że sam grafoman nie dostrzega, że w jego tekście nic się nie trzyma kupy, ale poza tym powinno być to czytelne dla każdego dwunastolatka, który zdołał uzyskać promocję do czwartej klasy.

poniedziałek, 18 kwietnia 2016

Dajcie spokój Słowackiemu

Przyłapanie przeze mnie Muzy na wypuszczeniu beznadziejnego przekładu „Marsjanina” posłużyło Krzysztofowi Sokołowskiemu za dowód, że wydawnictwa klasyczne wcale nie prezentują wyższego poziomu niż vanity press. Szkopuł w tym, że w trybie vanity żadnych przekładów się nie wydaje, więc nie ma z czym porównywać. Gdyby było, prawdopodobnie zestawialibyśmy skopane tłumaczenie Marcina Ringa z przekładem wykonanym przez osobę, która dopiero zaczynałaby się uczyć angielskiego albo w ogóle zdobywania tej zbędnej umiejętności nie miałaby w planach.

Gdyby nie to, że lubię czytać wywody ludzi, nieumiejących oceniać faktów ani logicznie myśleć, pewnie do passusu o mojej analizie bym nie dotarł, bo wcześniej Sokołowski udowadnia, że w trybie vanity publikował Juliusz Słowacki. Jest to taka sama prawda, jak twierdzenie, że Sokołowski w księgarni dokonuje zakupu niczym magnat dający wioskę za księgę przepisaną przez benedyktynów, a zatem należy go umieścić na liście Forbesa. Na vanity press składa się cały szereg cech i dopiero kiedy dana publikacja wszystkie je wykazuje, można uznać, że w tej właśnie formule nastąpiła. Wyłożenie przez autora własnych pieniędzy na wydanie książki nie jest rozstrzygające. Nikt rozsądny za vanitowców nie uznaje Stasiuka, Kosika, Tokarczuk, Grocholi czy Łysiaka, a ci wybitni czy popularni pisarze inwestowali własne pieniądze. O, właśnie. To jest słowo klucz. Inwestowali. W dobry produkt, który zamierzali sprzedać, żeby na nim zarobić i mieć na kolejne publikacje. Gdyby nie zarobili, musieliby zwinąć interes. Bo inwestycja w dobry produkt sporo kosztuje. Vanitowiec nie inwestuje, on płaci za wydanie i za nazywanie go pisarzem. Wie albo szybko dowiaduje się, że na swoich książkach zarabiać nie będzie i że pieniądze na ich publikowanie musi zdobywać gdzie indziej. Ale to nie problem, bo vanity jest stosunkowo tanie, wystarczają dwie średnie krajowe. Tu jest pies pogrzebany. Wydanie książki własnym sumptem za czasów Słowackiego było bardzo drogie, mógł sobie na nie pozwolić tylko ktoś bardzo zamożny albo wierzący, że jest tak dobry, że odniesie sukces i inwestycja mu się zwróci. Niepowodzenie zamykało drogę do dalszych publikacji. Vanity jest praktycznie dla wszystkich, a książki można wydawać stale, nie przejmując się, że nikt ich nie kupuje. Vide casus Luizy Dobrzyńskiej, która z przeciętną pensją regularnie uszczęśliwiała świat kolejnymi wytworami swojego głębokiego przekonania, że jest pisarką.

Drugim rozstrzygającym punktem jest, że vanity de facto udaje wydanie książki. To nie jest tak, jak usiłuje przedstawiać sprawę Sokołowski, że dobry pisarz postanowił samodzielnie wydać książkę, ale nie chce bawić się w prowadzenie wydawnictwa, więc kupuje na uczciwych zasadach usługę wydawniczą. W vanity press nie ma nic uczciwego, jak twierdzi (czy, nazywając rzecz po imieniu, bredzi) Sokołowski. Wydawnictwo typu vanity bierze wszystko jak leci, w tym teksty najeżone błędami i pozbawione sensu, wydaje to w formie surowej albo jeszcze gorszej niż surowej, kantuje autora na kosztach wydania (bo na nich zarabia), wciskając mu kit, że bierze ledwie połowę, a potem oszukuje czytelników, że grafomański płód jest normalną książką.

No właśnie, cały tekst Sokołowskiego napisany jest tak, jakby na świecie nie było ludzi, którzy publikować nie powinni – jeszcze albo w ogóle – a którzy publikować bardzo chcą. Jakby wyłącznie utalentowani adepci pisarstwa albo dojrzali pisarze stawali przed wyborem: vanity, self czy tradycyjne wydawnictwo. Tymczasem do pisania garną się nastolatki, które na swój debiut jeszcze co najmniej dziesięć lat powinny zaczekać, i grafomani, których teksty należałoby zamknąć na wieki w szufladzie, a klucz wyrzucić do muszli klozetowej i spuścić wodę. Psychoskok, Poligraf, Białe Pióro, Warszawska Firma (obecnie Grupa) Wydawnicza umożliwiają im jednak publikację. Na te fakty zwolennicy vanity w rodzaju Sokołowskiego całkowicie zamykają oczy i powtarzają nonsensy o Słowackim i wartościowych książkach, które nie miałyby szans na ukazanie się w normalnych wydawnictwach ze względu na swoją niekomercyjność. No to ja bardzo proszę o podanie nazwisk tych współczesnych Słowackich i utworów na miarę „Beniowskiego”, które ukazały się nakładem wymienionych firemek. Nie działają one od wczoraj, więc powinniśmy już mieć cały zastęp nowych Słowackich i kilka półek utworów będących kamieniami milowymi literatury polskiej. A prawda jest taka, jeśli przejrzeć produkcję tych pseudowydawnictw, że w 97 procentach jest to szajs niespełniający wydawniczych standardów, nie zaś wybitne powieści niezrozumianych artystów, dla których trudno znaleźć na rynku miejsce. Poza tym to jest szajs, który imituje właśnie komercyjną papkę, a nie utwory eksperymentalne, nieszablonowe. Dla tych wcale nie jest tak trudno znaleźć wydawcę. Owszem, Rebis czy W.A.B. ich nie weźmie, ale jest od groma małych wydawnictw, fundacji czy stowarzyszeń, które jadą na dotacjach i zajmują się wydawaniem właśnie takich niszowych rzeczy.

Sokołowski ma rację, że duże wydawnictwa ponad miarę ingerują autorowi w tekst, chcą się rządzić na jego poletku. Z tym że vanity nie jest na to żadnym antidotum. Antidotum jest self-publishing, a self-publishing to zupełnie inna jakość niż vanity. Bardzo trafnie tę różnicę wypunktował Krzysztof Kietzman w dyskusji, czy utwory vanity należałoby wykluczyć z prawa ubiegania się o Nagrodę Zajdla: „Selfowi autentycznie zależy na sprzedaży nakładu i promocji - niezależnie od jakości. (…) Self z założenia nie psuje rynku - co najwyżej poszczególne selfy są kiepskie. (…) [vanity to] bardzo krzywdzący model biznesowy, który utrwala przekonanie, że pieniądze idą od pisarza do wydawcy - a nie odwrotnie”. Czyli self inwestuje, a nie płaci za wydanie. I nawet jeśli na początku wydaje mu się, że można wystartować z byle czym, to później zaczyna dbać o jakość, co widać na przykładzie choćby niemieckiego self-publishingu. W ciągu pięciu lat praktycznie zniknęli ludzie, którzy uważali, że redakcja to zbędna rzecz. Czyli to, co pisze Kietzman, zostało empirycznie zweryfikowane. Na selfach rynek wymusza podnoszenie jakości, na vanity nie, bo źródłem dochodów vanity nie jest sprzedaż książek. Dołóżmy jeszcze jeden aspekt: w self-publishingu czytelnik nie jest oszukiwany. Wie, z kim ma do czynienia, i może podejść do książki z odpowiednią rezerwą. W modelu vanity dostaje książkę „wydaną przez wydawnictwo” i na ogół jest przekonany, że to takie samo wydawnictwo jak Znak, W.A.B. czy Rebis.

Problemem dla polskiego pisarza jest to, że self-publishing, taki prawdziwy, dający szansę na sprzedaż porównywalną ze sprzedażą przez normalne wydawnictwa, w Polsce nie funkcjonuje. Nie ma platformy, która by coś takiego zapewniała.

Co do Nagrody Zajdla to bardzo się cieszę z tego, że Robert Szmidt i inni zdecydowali się zaprotestować przeciwko dopuszczaniu utworów z vanity do konkurowania o nominacje. Trochę miałem wrażenie, że jestem jedyną osobą w Polsce, która stara się walczyć z vanity, a okazuje się, że nie, co więcej Robert Szmidt, Rafał Dębski, Andrzej Pilipiuk, Marcin Mortka i Emil Strzeszewski ponieśli większą ofiarę, bo, wycofując swoje książki, zrezygnowali z potencjalnej nagrody, ja wywnętrzam się jedynie na blogu. Natomiast nie do końca rozumiem techniczne problemy z niedopuszczaniem tych utworów do konkurencji (jeśli ci, którzy są władni, taką decyzję podejmą): zapis w regulaminie, że utwory (współ)finansowane przez autora startować nie mogą. W razie wątpliwości niech pokaże umowę. Jest takie brytyjskie stowarzyszenie autorów powieści kryminalnych, które publikujących za własne pieniądze w swoje szeregi nie przyjmuje i, jak rozumiem, z weryfikacją nie ma żadnego problemu.

poniedziałek, 29 lutego 2016

Pstrykając szare komórki, czyli grafoman w wydawnictwie

Dotąd utrzymywałem, że autor, niepłacący za wydanie swojej książki i publikujący w tradycyjnym wydawnictwie, z definicji zasługuje na miano pisarza, gdyż musiał przejść selekcję, podczas której grafomański tekst zostałby odrzucony. Grafomański w sensie „napisany nie po polsku”, a nie „pozbawiony wartości artystycznych”. Niniejszym wycofuję się z tego twierdzenia. Skłoniła mnie do tego m.in. lektura fragmentów twórczości Doroty Milli, autorki opublikowanej przez wydawnictwo Lucky, ale fragmentów pochodzących nie z książki, lecz ze strony internetowej Milli:

Codzienność płynie swoim nijakim i wyplutym trybem, gdy w przypływie mdłości, jakby w konwulsjach, Lena postanawia wszystko zmienić i przed ostatecznym umieszczeniem się w trumnie (…)

Czyli przed self-pogrzebem. Wypluty tryb codzienności sprawia po prostu, że człowiek ma ochotę położyć się do trumny. A nie każdy ma takie szczęście jak Lena, że dostaje mdłości i konwulsji, które zmieniają jego życie.

Lenę dopadły znajome czarne myśli, które szybko rozbestwiły się w jej wizjach przyszłości, zwiastując jedynie upadek.

Te bestyjki to tak zwane wizje katastroficzne.

Chyba naprawdę przesadzam – rzekła Lena, powoli łamiąc swoje ciężkie na duszy kompleksy.

Jak widać, duszom nie tylko grzechy, lecz także kompleksy ciążą.

Tym razem zamknęła drzwi w ciszy, mocno zapierając się o drzwi i kilka razu pchając je na siłę, jakby chcąc wepchnąć do środka.

Scena walki (z drzwiami) napisana tak, że Sapkowski mógłby się uczyć.

(…) krzyczało nowe „ja”, które nie wiadomo z skąd miało siłę (…)

Ze skąd miało? Aha, nie wiadomo.

Pędząc niczym struś pędzi wiatr, pruła swoim niewielkim zdezelowanym autkiem (…)

No, proszę, a myśmy od zawsze żyli w przekonaniu, że strusie pędzą nie wiatr, lecz bimber.

Wydawało jej się, że minęło kilkanaście lat świetlnych, a tu mija niecały rok (…)

Aha, rok świetlny to taki dłuższy rok? 500-dniowy?

DUPA – to jedno słowo określa mnie całą. Dupa charakter. Dupa wygląd. Dupa osobowość. Dupa, dupa, dupa! Po prostu jedna wszechogarniająca dupa!!!

Nie tylko o bohaterce, lecz także o całym tekście można powiedzieć, że jedna wszechogarniająca dupa.

Lena również znieruchomiała, ale w głowie szybko pstryknęła szare komórki, które energicznie ożyły.

Ten passus wyjaśnia nam poziom tekstu pani Milli: przed pisaniem zapomniała pstryknąć szare komórki.

Właśnie, oprócz tego, że jestem dupowata to jeszcze jestem oszczędna. Chociaż jeden plus tego mojego cipowactwa.

Pisarz nie może bać się neologizmów. To przejaw cipowactwa.

Niewiele się zmieniłam od tamtego czasu, jedynie noszę inne ubrania – w końcu mój rozmiar i oprawki okularów również przeszył totalną metamorfozę.

Podobną metamorfozę przeszyła polska gramatyka i leksyka w dziele pani Milli.

Kocham pisać i przelewać na papier swoje historie, które oprócz rozkwitającej miłość wnoszą (…). Wydałam swoją debiutancką powieść "Płomień wspomnień" wydawnictwo Lucky.

Czekamy na debiutancką powieść Kalego „Jak my ze Staś i Nel Afryka przemierzać”.

Był lekko przygarbiony, przez co sprawiał wrażenie człowieka wątłego, choć to całkowicie kłóciło się z rzeczywistością nie będąc prawdą.

Nam się kłóci z rzeczywistością, że Dorota Milli opublikowała powieść w normalnym wydawnictwie, co, niestety, jest prawdą.

Nie tylko Dorota Milli. Marta Grzebuła wydała powieść „Dotyk przeznaczenia” we wrocławskim wydawnictwie Astrum.

Przejrzałem ją. Do języka trudno mieć zastrzeżenia. Nagle osoba kalecząca polszczyznę na każdym kroku, wypisująca co scenę bzdury, pisze poprawnie i z sensem. Metamorfoza? Cud? Jezus nagrodził Grzebułę za to, że zamiast wytoczyć mi proces, z chrześcijańską pokorą przyjęła krytykę? Gromadzona latami wiedza w końcu się ujawniła, jak przy nauce języka obcego, kiedy człowiek z dnia na dzień zaczyna płynnie mówić? Pozwolę sobie w te wyjaśnienia nie uwierzyć. Moim zdaniem prawdziwym autorem książki jest redaktorka Jolanta Tkaczyk. Która tekst skrajnej grafomanki przerobiła na zdatny do czytania. Musiało to wymagać gigantycznego nakładu pracy, więc zasadne jest pytanie „po co?”. Czy z panem Lechem Tkaczykiem, właścicielem wydawnictwa, cieszącym się specyficzną sławą, nikt z potrafiących pisać nie chce już współpracować i musi on sięgać po grafomanów, zlecając żonie ratowanie gniotów? Może tak, o czym świadczyłby fakt, że Astrum przygarnęło również Luizę Dobrzyńską, która bezskutecznie dobijała się do różnorakich wydawnictw.

Dobrzyńska zaatakowała mnie zresztą ostatnio na fejsie:

Paweł Pollak dobrał się do „Kawalkady” i przyzwoicie ją zjechał. Ten człowiek ma zaburzenia obsesyjne – jak się już przyczepi do kogoś, każda broń dla niego dobra.

Muszę powiedzieć, że spokojniej przyjąłbym oskarżenie, że zamordowałem Dobrzyńskiej matkę. Nie morduję ludzi, więc z góry wiedziałbym, że to Dobrzyńska ma coś z głową, nie ja. Recenzje od czasu do czasu pisuję, a skoro nie pamiętałem, żebym „Kawalkadę” zjechał czy w ogóle ją czytał, mogło to stanowić mocno niepokojący sygnał, że mózgownica poważnie już mi szwankuje. Poszukiwania wykazały jednak, że z moją jest wszystko w porządku. Bo w jedynym wpisie, w którym miałem „Kawalkadę” na tapecie, analizuję jej odbiór, a nie samą powieść. Dobrzyńska nie odróżnia jednego od drugiego, co świadczy o jej głębokim wtórnym analfabetyzmie, a będę się upierał, że bez umiejętności czytania ze zrozumieniem pisarzem nikt nie będzie. Zresztą Dobrzyńska w pełni zachowała swoją grafomańską mentalność: recenzowanie jej książki (tutaj, co prawda, tylko przez nią urojone) uznaje za przejaw obsesji krytykującego, negatywną ocenę za formę zwalczania jej osoby.

(…) na granice.pl dał mi najniższą notę.

Dobrzyńska odkryła tekst sprzed ponad dwóch lat (odkryła ponownie, bo pod nim komentowała), połączyła go z oceną, przy której nie ma żadnej daty ani żadnych wskazówek pozwalających zidentyfikować oceniającego, i oskarża mnie bez cienia dowodu o jej wystawienie. Na jakiej podstawie? No cóż, każdy sądzi według siebie. Być może pani Dobrzyńska chodzi po różnych portalach i opatruje moje książki jednogwiazdkowymi ocenami, i nie mieści się jej w głowie, że inni ludzie pewnymi zachowaniami się brzydzą.

środa, 17 lutego 2016

Kąkurs Walętynowy

Większość firm próbuje podczepić się pod walentynki, więc nie powinno dziwić, że Psychoskok ogłosił „z okazji Walentynek” Walentynowy konkurs literacki.

Proszę zwrócić uwagę, jak Psychoskok, pisząc błędnie nazwę święta dużą literą i źle tworząc przymiotnik, zgrabnie sygnalizuje, że mamy do czynienia z pseudowydawnictwem, w którym nikt nie będzie potrafił poprawić nadesłanego tekstu.

Konkurs Psychoskok organizuje wraz z portalem „Autorzy365”, a partnerem jest m. in. serwis „Biblioteczka Uchwycone chwile”. Oba albo należą do Psychoskoka, albo przynajmniej są nastawione na promowanie autorów i książek tego pseudowydawnictwa, więc spokojnie można powiedzieć, że konkurs Psychoskok zorganizował we współpracy ze sobą i sam objął go patronatem.

Na konkurs należy nadesłać opowiadanie o miłości, a najlepsze, o czym informuje nawet plakat, zostanie wydane w „zbiorowym e-booku”. Komuś może wydawać się to mało, a przecież zwycięzca przejdzie w ten sposób do historii: zostanie pierwszym autorem, którego opowiadanie będzie tworzyło zbiorowy e-book.

Jakiś czas temu opisywałem konkurs wydawnictwa Czwarta Strona, w którym do wygrania było honorarium za napisaną książkę. Psychoskok idzie dalej, co specjalnie nie dziwi, bo w odróżnieniu od Czwartej Strony nie jest żadnym wydawnictwem, ale mimo to nagrody powalają. Bo co można wygrać? Wydanie elektroniczne „z nazwiskami autorów” i „wydany ebook nieodpłatnie”. Zgodnie z ustawą o prawie autorskim wydawca każdego utworu jest zobowiązany opatrzyć go nazwiskiem autora (chyba że twórca tego nie chce) i przekazać mu egzemplarz autorski. Czyli w konkursie Psychoskoka wygrywamy, że Psychoskok, publikując nasz utwór, będzie przestrzegał prawa.

Frapująca jest polszczyzna, jaką posługują się organizatorzy konkursu _literackiego_: „Każdy zwycięzca otrzyma wydany zbiór opowiadań (ebook), który po wydaniu zostanie im przesłany na podany przez nie adres email”. Zostanie im przesłany. Im? Każdym zwycięzcom? Na podany przez nie adres. Przez nie? Przez te zwycięzcy?

Laureaci w liczbie dziesięciu mają swoje opowiadania oddać za darmo, do tego nie wiadomo, na jakich warunkach. Psychoskok pisze w regulaminie, że uczestnik ma przekazać majątkowe prawa autorskie do opowiadania, a w nawiasie, że udzielić licencji niewyłącznej. Są to dwa wykluczające się rozwiązania, tymczasem „fachowcom” z Psychoskoka wydaje się, że drugie jest uściśleniem pierwszego.

Ciekawe, ilu frajerów zechce zrobić Psychoskokowi dobrze i odda mu za friko swoje opowiadanie. Do zmasakrowania przez niedouczonych redaktorów Psychoskoka albo do opublikowania w stanie surowym. I do zarabiania na nim kasy, bo skoro tylko laureaci dostaną e-booka nieodpłatnie, oznacza to, że inni będą musieli za niego bulić.

poniedziałek, 15 lutego 2016

Salieri z Psychoskoka

Zackiewicz nie zauważył, że świeci, więc miota się dalej:

Widzę, że polemika nabiera tempa. I bardzo dobrze – niektórzy może się rozwiną intelektualnie.

Masz pan jeszcze nadzieję?

(…) nic nigdy nie płaciłem żadnemu wydawnictwu zarówno w Polsce jak i za granicą (…)

Ani w Polsce, ani za granicą.

Ja się pytam, jaki ma Pan dowód, na to, że wydaję swoje dzieła za pieniądze. Jeśli Pan oskarża kogoś, powinien Pan mieć ku temu podstawy. Jeśli Pan nie ma, to siłą rzeczy nie powinien Pan się nawet odzywać, gdyż się Pan zwyczajnie kompromituje.

Mam podstawy. Wydałeś pan książkę w „wydawnictwie”, które drukuje książki wyłącznie za pieniądze autorów. Nawet jeśli taka firma deklaruje, że może ponieść koszty wydania, w praktyce nigdy tego nie robi (w Novae Res nie płaci jedna autorka, w innych firmach takie nazwiska nie są znane). Wszedłeś pan do burdelu, to nie opowiadaj ludziom bajek, że na romantyczną randkę. A tym bardziej nie oczekuj, że ci uwierzą.

Wyciąg z umowy (…): 3. Całkowity koszt przygotowania książki do dystrybucji elektronicznej, w postaci ebook wynosi 500 zł brutto, przy czym Autor nie ponosi żadnych kosztów, jako że wybrany został wariant pełnego finansowania przez Wydawnictwo.

No i proszę, jak Zackiewicz przestał drzeć japkę, że za wydanie wcale nie płacił, a pokazał fragment umowy, to wynika z niego, że żadnej książki nie wydał, tylko mu e-booka wypuścili. Łaskawie nie biorąc od niego pięciu stów, które rzekomo przygotowanie e-booka kosztuje. Swoją drogą, piękny zapis, tradycyjne wydawnictwa powinny go wykorzystać: „wydawnictwo wykona redakcję wartą sto tysięcy, ale nie weźmie od autora tej kasy, bo pokrywa koszty wydania”.

Mam nadzieję, że to wystarczy i nie muszę cytować dalej. Wszystkie umowy z Wydawnictwem “Psychoskok” zawierają ten tekst i jestem gotów pokazać umowy publicznie z pieczątkami i naszymi podpisami.

Nie wystarczy, pokaż pan te umowy.

(…) wielka literatura powstaje z pijackich fantazji i wychodzi spod delirycznej ręki, tworzona często przez wykolejonych samotników nie potrafiących nawet zawiązać rodziny, a najlepiej jak się jest “tęczowym” i nosi czapkę stylizowaną na wojskową z symbolem SS.

Rodzinę się zakłada, panie Zackiewicz, zawiązać to możesz pan sobie buty. Salieri w „Amadeuszu” (genialny film, kto nie widział, niech pędzi do wypożyczalni) jest rozgoryczony, że taki nędzny chłystek jak Mozart został obdarzony boskim talentem, a on, prawy, zasłużony, bogobojny poddany Jego Cesarskiej Mości, nie. Tutaj mamy identyczne tony: Jerzy Pilch, pijaczyna bez rodziny, Michał Witkowski, ekscentryczny pedał, dlaczego oni są wybitnymi pisarzami, a ja, Tomasz Zackiewicz, mąż żonie, ojciec dzieciom, uczciwy niepijący heteryk muszę się tułać po jakichś Psychoskokach?

(…) “wielki talent” zawsze znajdzie ujście i zostanie doceniony przez “wielkie wydawnictwo”, prowadzone przez kolegę lub koleżankę “wielkiego literata”.

I na powyższe pytanie prosty umysł znalazł prostą odpowiedź.

Ja Panu powiem tak, ta Pańska wielka współczesna polska literatura to rynsztok i żul spod budki ma więcej do powiedzenia niż “literat” taki jak Pan. (…) Problem jest jednak taki, że owy żul nie należy do towarzystwa wzajemnej adoracji i raczej jego historia nie ujrzy światła dziennego.

Ja bym się jednak upierał, że historie żuli spod budki (telefonicznej?) nie ukazują się w formie powieści, gdyż żule nie próbują ich spisywać. Po prostu realistyczniej niż pan oceniają swoje literackie umiejętności.

I tu ma Pan odpowiedź, kto Panu “pozwolił” być literatem. Tajemnica została rozwiązana. Nie kosmici, tylko znajomości jak wszędzie w Polsce.

Ja się pytam, jaki ma Pan dowód, na to, że wydaję swoje dzieła po znajomości. Jeśli Pan oskarża kogoś, powinien Pan mieć ku temu podstawy. Jeśli Pan nie ma, to siłą rzeczy nie powinien Pan się nawet odzywać, gdyż się Pan zwyczajnie kompromituje.

Dawno temu w jakimś telewizyjnym programie Jerzy Pilch powiedział, że żeby nie znajomi z wydawnictwa (…), prawdopodobnie nigdy by nie został pisarzem.

I jak tu nie podziwiać Zackiewicza i jemu podobnych? Z pogardą wypowiadają się o prawdziwych pisarzach, ale jak tylko któryś powie coś, co da się dopasować do spiskowych teorii, dlaczego wydawnictwa nie chcą grafomanów, natychmiast spijają im słowa z ust.

“Grafomani”, jak Pan ich nazywa, przynajmniej są ciekawi, pochodzą z różnych środowisk i mają różne punkty widzenia (…)

Tak, taka fajna menażeria.

Kto to [wielką literaturę] w ogóle czyta? Zakompleksione panny z kilkoma magistrami, przekonane o swojej wyjątkowości, nie mogące sobie znaleźć chłopa?

Pilch bez rodziny, panny bez chłopa. Czyli argument o niewyżyciu albo niedorżnięciu. Ale trudno się dziwić, że autor Psychoskoka dyskutuje na poziomie spod budki (telefonicznej).

Czy też inni pseudointelektualiści chcący się dowartościować przez pochłanianie tej Pana “literatury”? Któż to doznaje owej “ekstazy” przy czytaniu Pana tekstów? Niech Pan mnie oświeci z łaski swojej.

Oświecam pana, panie Zackiewicz, że o ekstazie to pan pisałeś, nie ja. Czy pana teksty po wklepaniu do komputera znikają z pana mózgu, bo, jak u Kelly Bundy, się nie mieszczą i muszą ustąpić miejsca nowym informacjom?

Otóż dla Pana wiadomości powiem, że w Wydawnictwie “Psychoskok” spotkałem się z uprzejmością i zrozumieniem, a także – uwaga! – profesionalizmem.

Ależ ja od dawna utrzymuję, że Psychoskok to pełen profesionalizm. Na przykład korektę mają bardzo profesionalną.

Dodam jeszcze tylko, że zanim trafiłem do “Psychoskoku”, wydałem dwie książki z Wydawnictwem “Nowy Świat”, a więc już coś miałem swojego wydanego.

To też były e-booki?

Pan Prezes Wydawnictwa “Psychoskok” to przede wszystkich dobry biznesmen (…) I jeśli on uznał, że dla dobra Wydawnictwa korzystne jest napisanie czegoś od wydawanych autorów, to widocznie miał rację.

Wreszcie mamy informację z pierwszej ręki, jak te wazeliniarskie laurki powstały. Prezes uznał, że „korzystne jest napisanie czegoś od wydawanych autorów”. Dał wam to potem do przeczytania czy już nie?

Posądza Pan o “wazeliniarstwo”, a sam Pan jest w doskonałych kontaktach ze swoimi wydawcami, z którymi Pan zapewne wiedzie przyjacielskie rozmowy i spotyka się pewnie przy lampce wina. Przecież wszyscy się dobrze znacie, tworzycie zamknięty krąg, do którego nie wskoczy się ot tak z ulicy, choćby nie wiem jaki to byłby talent. Musi być zawsze namaszczenie.

Jakiej lampce wina, panie Zackiewicz? Wódę razem chlejemy. Toż znamy się od dzieciństwa, ze wszystkimi razem do szkoły chodziłem, dzieci im do chrztu trzymałem, do mnie jak w dym walą, kiedy problemy mają. A mnie przykro, że pomóc im nie umiem, kiedy żalą się, że świetny tekst dostali, poprawną polszczyzną napisany, ciekawy, ze zwrotami akcji i pomysłowym zakończeniem, dużą sprzedaż rokuje, ale nijak wydać nie mogą, bo człowieka nie znają, z ulicy przyszedł, do kręgu nie należy, nienamaszczony jest, wódki z nami nie pije.

(…) Roy C. Booth, dla którego miałem przyjemność tłumaczyć teksty, to znana osobistość w USA z ogromnym dorobkiem, którego utwory tłumaczone są na wiele języków. Dokonałem przekładu na język polski nie dla “Psychoskoku”, ale dla Pana Bootha i z jego polecenia.

W tym przekładzie też pan stosowałeś takie gramatyczne konstrukcje jak „osobistość, którego”?

Powoływanie się na moją frustrację świadczy o braku konkretnych argumentów w sprawie.

Twierdzisz pan, że zarzucanie oponentowi frustracji (nie powołujemy się na morderstwo, jeśli kogoś o nie oskarżamy, panie wybitny pisarzu z Psychoskoka) świadczy o braku argumentów? No to pytanie do pana, panie Zackiewicz: kto napisał „A że błądzić jest rzeczą ludzką, potraktowałem z początku pisaninę Pana Pollaka jako żart, ot taki tekścik sfrustrowanego pisarza, któremu zwyczajnie nie idzie w swoim rzemiośle” i „ambitni ludzie wyjeżdżają z tego kraju i odnoszą sukcesy, o jakich literacki mainstream może sobie pomarzyć. I to jest źródło frustracji takich jak Pan, Panie Pawle”?
Aha, i nie ja zarzucałem panu frustrację, tylko jedna z komentujących, więc bądź pan łaskaw zwracać się do niej, a nie do mnie. Ja rozumiem, że pojęcie pewnych rzeczy zdecydowanie przekracza możliwości pańskich szarych komórek, ale komentarze ludzie zamieszczają na swój własny rachunek, a nie na mój.

Poza tym, różnica między kimś, co wygrał kiedyś konkurs literacki a kimś, co też wygrał jest taka, że ten pierwszy został z niczym, a ten drugi całkiem nieźle sobie radzi i z tego żyje.

Kimś, kto wygrał. Poza tym piękna sentencja. Zdradzę panu, panie Zackiewicz, pewną tajemnicę: wydawcy biorą ludzi z ulicy, ale nigdy autorów takich baboli.

Bo wie Pan, Panie Pollak, książki to trzeba umieć pisać i trzeba je też umieć sprzedać. I to się liczy.

Naprawdę trzeba umieć pisać książki? A ja myślałem, że trzeba być namaszczonym i należeć do zamkniętego kręgu.

Aha, dziękuję za wytłumaczenie mi jak działają firmy w dobie kapitalizmu, gdyż nie miałem o tym bladego pojęcia. Jestem Panu dozgonnie wdzięczny. To dzięki Panu stałem się współwłaścicielem firmy informatycznej.

I tyle potrafi Zackiewicz odpowiedzieć na argumenty, że model działania Psychoskoka nie jest wcale właściwym dla kapitalizmu, lecz patologią w branży wydawniczej. Chociaż bardziej by dziwiło, gdyby zdołał przedstawić jakąkolwiek sensowną kontrargumentację.

poniedziałek, 8 lutego 2016

A bo ja piszę lepiej od kangura

Wierzący w reinkarnację dużą wagę przywiązują do tego, kim byli w poprzednich wcieleniach, tymczasem czasami więcej by się o sobie dowiedzieli, ustalając, kim nie byli. I tak na przykład możemy domyślać się, że Tomasz Zackiewicz, autor Psychoskoka, nie był w poprzednim wcieleniu szczurem. Szczury są bowiem na tyle inteligentne, że potrafią się uczyć, a porażone prądem nie dotykają drugi raz dźwigni pod napięciem.

Zackiewicz, który kilkaset woltów we wpisie Zagęszczenie okonia na centymetr kwadratowy zebrał, podniósł się jednak z dymiącą fryzurą i wytrzeszczem oczu i wysmażył (dwuznaczność zamierzona :-) polemikę, w której powtarza te same „argumenty”, bo nie dotarło do niego, że zostały w moim wpisie skompromitowane. I tak mój „żałosny i śmieszny” blog jest teraz „nudny”, jako pisarz, któremu „brak czytelników”, jestem „sfrustrowany”, w ramach pełnienia nie wiadomo jakiego urzędu, bo Zackiewicz nie zechciał tego wyjaśnić, nie „pozwalam” na pisanie, lecz „zatwierdzam pisarzy”, a państwo „klakierzy”, czytając moje wpisy, popadacie „w ekstazę”. Ponadto Zackiewicz oświadczył, że powyrywałem jego zdania z kontekstu, co jest koronnym „argumentem” każdego cytowanego grafomana, i jak każdy cytowany grafoman, Zackiewicz przezornie nie pokusił się o wykazanie, że zmieniłem sens którejkolwiek z jego wypowiedzi.

Zarzuca mi także (nie tylko mi zresztą), iż pochlebnie wyraziłem się o moim Wydawcy. Sorry Winnetou, ale dlaczego mam się wyrażać negatywnie? Po wielu próbach wreszcie moje książki zostały wydane w Polsce. (…) spotkałem się ze zrozumieniem i szacunkiem do mojej osoby (…). Dlatego myślę, że takie tam przynajmniej „dziękuję” chyba Wydawcy się należy. Od dobrego słowa chyba krzywda się nie stanie.

Wielkość ego Zackiewicza jest odwrotnie proporcjonalna do jego IQ, w związku z czym wpis, w którym jest wymieniony jako jeden z wielu, i to wcale nie primus inter pares, traktuje jako wymierzony głównie przeciwko niemu (reszta jest na marginesie), i nie pojął, że krytyka nie dotyczy tego, że ktoś kogoś chwali, lecz tego, że kierdel grafomanów, wywlekając na światło dzienne swoją kulawą polszczyznę i braki intelektualne, zachwyca się, że pseudowydawnictwo wzięło od nich kasę za pokazanie światu, że nie potrafią pisać. I tego, że właściciele Psychoskoka nie mają poczucia obciachu ani alergii na wazelinę.

Wydawnictwo to firma, a firma powinna przynosić zyski w czasach kapitalizmu. Nie ma zysków, nie ma firmy. Mało tego, Wydawnictwa przynoszą straty i wiele z nich po prostu upada. Utrzymanie więc się na rynku jest nie lada wyzwaniem. Dlatego rozumiem postępowanie Wydawnictwa „Psychoskok” czy też innych tego typu oficyn. Czasy państwowego garnuszka dawno się skończyły i trzeba wyżyć w niekorzystnych warunkach. Dlatego zrozumiałym dla mnie jest fakt, iż „Psychoskok” proponuje niektórym autorom finansowanie czy współfinansowanie swoich książek.

Państwo wybaczą, że będę teraz Zackiewiczowi tłumaczył rzeczy oczywiste. Niestety, dostęp do internetu (podobnie jak do wydawnictw „ze współfinansowaniem”) jest uzależniony od posiadanych środków finansowych, a nie od poziomu umysłowego.
W czasach kapitalizmu firmy żyją z wytwarzania i sprzedaży produktów. Każda firma płaci wynagrodzenie osobom, które tworzą produkt, sprzedawany przez tę firmę, a nie osoby tworzące produkt opłacają się firmie. Wydawnictwo to firma, która żyje z produkcji i sprzedaży książek. Pisarz jest twórcą produktu, sprzedawanego przez wydawnictwo, w związku z tym to jemu należy się wynagrodzenie. Wydawnictwa płacące pisarzom i żyjące ze sprzedaży książek doskonale radzą sobie na rynku, o czym świadczy fakt, że zarówno ich łączna liczba, jak i wolumen wydawanych przez nich książek ma stałą tendencję wzrostową (jeśli jakieś upadnie, zostaje zastąpione przez inne, ale w kapitalizmie nie chodzi o to, by firma X przetrwała za wszelką cenę, lecz by w każdej chwili mogła ją zastąpić lepiej zarządzana i wydajniejsza firma Y).
Psychoskok nie jest wydawnictwem. To patologia branży wydawniczej. Firma, która żeruje na tym, że grafomani chcą pisać i chcą być publikowani. Która cynicznie wmawia im, że mają talent. I Psychoskok publikuje każdy grafomański tekst, jeśli tylko autor mu zapłaci. Czytelnikom wciska się produkty książkopodobne. I nie ma to nic wspólnego z disco polo, do którego porównujesz pan twórczość Psychoskokowych autorów. Piosenkarze disco polo nie fałszują, grafomani z Pyschoskoka nie potrafią z sensem napisać kilku zdań, czego pan swoimi wpisami jednoznacznie dowodzisz.

NIE ZAPŁACIŁEM ANI ZŁOTÓWKI Z WŁASNEJ KIESZENI ZA WYDANIE MOICH KSIĄŻEK – WSZYSTKIE KOSZTY POKRYTE ZOSTAŁY PRZEZ WYDAWNICTWO. Ja wiem, że pisanie wielkimi literami oznacza w internecie krzyk i należy używać tego z rozwagą, ale może dzięki temu ten fakt wreszcie dotrze do Pana Pollaka.

I w tym swoim krzyku jesteś pan równie wiarygodny jak gość stojący pod burdelem i krzyczący, że jest tak dobry w te klocki, że wszystkie dały mu za darmo, może inni muszą płacić, ale on na pewno nie. I nie, nie porównuję w ten sposób Psychoskoka do burdelu, ale rzeczywiście nie wiem, dlaczego od gościa, który nie umie użyć adekwatnego porównania, miałbym wymagać, żeby te porównania rozumiał.

Co do mnie I mojej twórczości, to mogę dodać, iż przeszedłem do ścisłego finału (chociaż rzecz jasna nie wygrałem) konkursu literackiego dla Polonii w Australii z fragmentem mojej powieści. Recenzentami i jurorami były znane nazwiska z tytułami naukowymi.

Za przejaw pisarskiego geniuszu możemy oczywiście uznawać różne osiągnięcia, ale żadne nie będzie umywało się do miejsca w ścisłym finale konkursu literackiego dla australijskiej Polonii za fragment powieści, oceniony przez znane nazwiska z tytułami naukowymi. Uważam, że awans Tomasza Zackiewicza z fragmentem powieści do ścisłego finału konkursu literackiego dla australijskiej Polonii powinien mnie i państwa wprawić w zbiorową ekstazę.

Dlatego [odrzuceni przez normalne wydawnictwa] wydają gdzie się da i jak się da. Kto ma prawo zabronić im tego? I na mocy czego? Bo się komuś to nie podoba? Podobnie jest też w innych zawodach, zwłaszcza tych prestiżowych. Ale wbrew temu naszemu polskiemu betonowi (…)

Może państwo mi podpowiedzą, jak wytłumaczyć betonowi, że nikt niczego mu nie zabrania, bo ja już raz mu tłumaczyłem, ale nie pojął.

Są tacy jak Pan, którym pozwolono (z różnych względów) być pisarzem w naszym kraju i których obdarowuje się nagrodami i zaszczytami, choćby nie wiem jakie grafomaństwo uprawiali. I są tacy, co wcale nie są gorsi niż mainstream, a odmawia się im prawa dołączenia do zaszczytnego grona twórców literackich, bowiem stanowicie zamknięty krąg.

Sam pan pisałeś, że cenzury już nie ma i czasy państwowego garnuszka się skończyły, więc zechciej pan objaśnić, kto i z jakich względów zezwolił mi na zostanie pisarzem. Bo dotąd myślałem, że zostałem pisarzem dlatego, że napisałem dobrą powieść i jedno z wydawnictw postanowiło ją wydać, płacąc mi honorarium. Ale najwyraźniej się myliłem. No, panie Zackiewicz, bo normalnie padnę trupem, że tak ważnej rzeczy o swoim życiu nie wiem. Od kogo dostałem pozwolenie? Od prezesa Kaczyńskiego, od żydowskich bankierów, od facetów w czerni, od templariuszy, od Ku Klux Klanu, od masonów czy od E.T.? I czym się zasłużyłem? Tym, że czytam „Wyborczą”, że popieram Balcerowicza, że nie daję w kościele na tacę, że przerabiam chrześcijańskie dzieci na macę, czy tym, że zmieniam codziennie skarpetki? I skąd wydawnictwo, w którym zadebiutowałem, wiedziało, że jestem z zamkniętego kręgu, bo żadnego zaświadczenia im nie dawałem? Czekam na odpowiedź, panie Zackiewicz, bo rozumiem, że powyższy wywód nie jest wynikiem tego, że w Australii za dużo pan na słońcu z gołą głową chodziłeś, tylko oparłeś go pan na faktach i bez trudu potrafisz je pan wskazać.
A tak z ciekawości, skąd przekonanie, że pan jesteś tak samo dobry, jak pisarze, którzy publikują w Znaku, Prószyńskim, W.A.B., Literackim, Muzie? Bo mnie się wydaje, że skoro te wydawnictwa pana odrzuciły i został panu tylko Psychoskok, to jesteś pan zwyczajnie jako pisarz do bani. A, przepraszam, głupie pytanie, już pan na nie odpowiedziałeś: wygrałeś pan w konkursie z kangurami.

poniedziałek, 18 stycznia 2016

GNIOT KILER

Przecztałem właśnie pana quasi-recenzje o mojej wybitnej powieści i wogle sie dziwie, że ty bezmózga kreaturo umisz czytać, bo inni blogerzy zobaczyli czym się trzeba zachwycać a ty nie. Jak można tak hejtować i obrzucać pisaża błotem, kiedy się nie ma pojęcia o pisaniu recenzji tylko się stosuje chwyty poniżej pasa. Cały ten cytat jest zmanipulowany, bo tam nie stoi że „Ludzie wsiadali i wysiadali do tramwajów i autobusów", tylko „Ludzie wsiadali i wysiadali do tramwajów i trolejbusów”. Czy ty wypierdku kozie z pod ogona wogle wiesz, co to jest trolejbus?!!! To jest tło historyczne! I nic z akcji nie zrozumiałeś! Tam jest wojna! A na wojnie ludzie szczelają. I się zaszczeliwują. Więc to jest logiczne, że nikt nie przeżył. Jak ja cie za tą quasi-recenzję zaszczelę, to też nie przeżyjesz, debilu jeden! I wogle jak śmiesz się na mnie mścić? Kup sobie psa i na nim się mścij, a w internecie to ludzie czytają te twoje flaki na wierzchu bo pisaniem tego nazwać nie można! To jest żałosne! Ordynarne!! Chaniebne!!! Czy ty wszawy palancie wesz, że ja za tą powieść polskiego nobla dostałem? To znaczy pierwszą nagrodę w portalu granice. Co żiri się nie zna a ty kutasie złamany może sie znasz?! Czytelnicy mi pisza że im sie strasznie podoba, sto tysiecy kupili, a ty jesteś mondrzejszy niż sto tysięcy?! I teraz jak nie będą przez ciebie kupować to cie pozwe do sądu, bo straciłem zaufanie jako pisaż! Jak dostaniesz wyrok to odechce ci sie pisania takich kłamiących paszkwili!

E-maile takie jak powyżej (wszelkie podobieństwa do prawdziwych e-maili, wysyłanych przez tak zwanych niezależnych autorów do blogerów, przypadkowe) są efektem choroby o dość skomplikowanej nazwie: Agresja Lub Ekstremalna Kurwica Spowodowana Acefalią Niedouczonych Debili Epatujących Recenzjami. Choroba dotyka głównie self-publisherów i grafomanów. Dotąd nie było na nią lekarstwa i w zasadzie dalej nie ma, ale że słynę ze swojej wynalazczej inwencji, skonstruowałem Specjalny Ochronny Wyłącznik Agresji, w skrócie… ożeż, ku… no, dobra, skrótu nie używamy. Wyłącznik składa się z obudowy i dwóch długich rur i zapobiega wysłaniu tego rodzaju maila do adresata, co pozwala self-publisherowi uniknąć kompromitacji i ośmieszenia się. Wynalazek ma, niestety, jedną wadę, wymaga pomocy drugiej osoby, ale będę go doskonalił, i mam nadzieję, że w przyszłości będzie to Samoczynny Ochronny Wyłącznik Agresji, w skrócie… ku… skrót cały czas taki sam.

Jak korzystać z tego wynalazku? Wyłącznik uruchamia któryś z domowników, zaalarmowany objawami choroby. Są to: próba pobiegnięcia dokądś mimo tkwienia przy komputerze, bordowy kolor twarzy, nabrzmiałe żyły na czole, dym wydobywający się z uszu lub owłosienia głowowego, wulgaryzmy rzucane w stronę monitora (w świetle pozostałych symptomów zespół Tourette’a można wykluczyć), w przerwie między wulgaryzmami sapnięcia, chrząknięcia, świsty lub gwizdy, generalnie jakieś dźwięki, w bardziej zaawansowanym stadium może się pojawić piana wokół ust. Do tego tempo uderzania w klawiaturę pozwalające napisać w miesiąc nie trzy powieści, lecz trzydzieści. Wtedy należy podejść, wziąć jedną rękę chorego i wsunąć ją w rurę Specjalnego Ochronnego Wyłącznika Agresji. Nie powinien protestować, gdyż druga ręka do redagowania maila mu wystarczy. Ale żeby pozwolił na włożenie tej drugiej do drugiej rury, trzeba go jakoś od mailowania oderwać. Dobrym pretekstem jest otwarcie strony, na której miałaby znajdować się entuzjastyczna recenzja jego książki. Na pewno w taki bajer uwierzy i zanim się zorientuje, że krytyk roznosi jego dzieło w puch, będzie miał obie ręce w Wyłączniku. Ale jeśli jego wściekłość okaże się tak silna, że nie skusi go nawet pochwalna recenzja, wówczas trzeba w pierwszej rurze zrobić otwór na dłoń, by dalej mógł klepać w klawiaturę. Bez obaw, konstrukcja Specjalnego Ochronnego Wyłącznika Agresji jest tak pomyślana, że otwór w żaden sposób nie obniży funkcjonalności urządzenia. Dzięki zastosowanym rozwiązaniom obudowa Wyłącznika automatycznie przylgnie do tułowia chorego i wtedy obie rury należy zespolić ze sobą za jego plecami, uniemożliwiając mu nie tylko wysłanie, lecz także napisanie czegokolwiek. Z tego względu Specjalny Ochronny Wyłącznik Agresji można stosować również profilaktycznie, żeby nie dopuścić do powstania powieści, która padnie pastwą krytyków. W tej funkcji bardziej adekwatną nazwą będzie: Grafomanii Niszczyciel Interwencyjny Oraz Tępiciel Kalectwa Intelektualnego Lokalnie Efektywnie Reagujący, w skrócie GNIOT KILER.

poniedziałek, 11 stycznia 2016

Logik ze spluwą, czyli Jezus polskiej literatury

Czytając recenzję „Za krawędzią nocy” na blogu Koczowniczki, nie mogłem oczywiście przeoczyć nieco wcześniejszego wpisu o kuriozalnym zachowaniu Aleksandra Sowy. Moją uwagę zwróciła informacja, że przerobił on post, do którego odnosiłem się w tekście Biadolenia i banialuki pana grafomana. Zajrzałem tam i odkryłem, że Sowa pozmieniał lub pousuwał niektóre krytykowane przeze mnie fragmenty, poprawił wskazane błędy (jeśli nie wskazałem, na czym konkretnie polega błąd, to poprawił tak, że nadal jest źle, jak w zdaniu „Wielu stawia znak równości pomiędzy niezależnym pisarstwem a grafomanią bez jakiegokolwiek zastanowienia”, ale chwała mu, że próbował :-) i, co najważniejsze, zamieścił polemikę z moim wpisem. Przerobienie w tym celu starego posta, co do którego wiadomo, że ponownie go czytał nie będę (ponownie można czytać teksty zgrabnie napisane, a nie takie, po których bolą człowieka zęby), i staranne unikanie mojego nazwiska świadczy o tym, że Sowa jak ognia boi się mojej odpowiedzi. Schował się ze swoją polemiką głęboko do dziupli i popiskuje z niej cichutko, żeby adwersarz nie usłyszał.

„Polemika” to zresztą za dużo powiedziane, zrozumienie argumentów i przedstawienie kontrargumentów przekracza możliwości intelektualne pana Sowy. Nie byłoby w tym nic sensacyjnego, bo na tym poziomie jest – tak lekko licząc – jakieś 80% „dyskutujących” w internecie, gdyby nie fakt, że Sowa chce uchodzić za pisarza. A od pisarza można by oczekiwać trochę więcej niż sowiego móżdżku, jak Sowa zarzuca mi, że napisałem, chociaż to była oczywista literówka (niestety, Word, nie wyłapuje błędu, kiedy zamiast „swoim” jest „sowim”).

Jeśli postarać się o wyłuskanie czegoś z jego bełkotu, to najciekawsze jest chyba zaprzeczenie, że wcale nie straszy krytyków sądem. Tak się zachłysnął tym, że ma dowód na kłamliwość mojego zarzutu, że dwukrotnie zamieszcza skan wyroku w sprawie, w której go pozwałem. Z tromtadrackim nagłówkiem „zobacz jaka jest prawda” (oczywiście z bykiem interpunkcyjnym, bo jakżeby inaczej). Dowód jest bezwartościowy, bo z faktu, że go pozwałem, bynajmniej nie wynika, że nie straszy on ludzi sądem, ale jest to wyższa logika, której Sowa nie ogarnia. Mógłby mi co najwyżej zarzucać hipokryzję, że sam robię to, o co go oskarżam. Dostrzeżenie, że moje postępowanie jest zupełnie inne, wymagałoby z kolei procesu myślowego, który groziłby mu chyba przegrzaniem synaps i wyparowaniem kory mózgowej.

Po pierwsze pozwanie do sądu a grożenie sądem to dwie diametralne różne rzeczy. Sądy zostały ustanowione w cywilizowanych społeczeństwach do cywilizowanego rozstrzygania sporów między cywilizowanych ludźmi. Wniesienie sprawy do sądu nie jest w żaden sposób naganne, nieprzyzwoite czy niemoralne. Naganne, nieprzyzwoite i niemoralne jest grożenie sądem, żeby wymóc na adwersarzu określone zachowanie, kiedy z góry się wie, że albo sprawa na proces się nie nadaje, albo wcale nie ma się zamiaru z drogi sądowej korzystać. Ja nie rzucam pustymi groźbami, jeżeli uważam, że sprawa kwalifikuje się do sądu, po prostu składam pozew. Sowa ciągle krzyczy, że kogoś pozwie, ale jeszcze nigdy tego nie zrobił, bo jego celem jest wyłącznie zastraszenie krytyków i zmuszenie ich do milczenia, a nie dochodzenie sprawiedliwości.

Po drugie jest diametralna różnica między pozwem o stek wyzwisk a pozwem z powodu prześmiewczej recenzji. Według norm kulturowych i prawnych obowiązujących w naszym społeczeństwie wyzywać innych ludzi nie wolno, za to ich utwory można wyśmiewać do woli. Sowa i inni grafomani nie tylko chcieliby, żeby było odwrotnie, lecz także stosują te odwrotne zasady w praktyce. Pozwałem Sowę z powodu następującego komentarza pod recenzją jego poradnika:

Jacy wielcy? Chłopie! Trzepnij się w czoło!
Nie rób idioty ze mnie i z Czytelnika. Przyłbica? Przyłbice mieli rycerze, Ty zaś jesteś małym człowiekiem, robiącym z siebie publicznie błazna nieudolną kreacją na wielość. Pisarze o uznanym dorobku mają więcej pokory. Czym sobie zasłużyłeś na wielkość? Staraniami by kompromitować innych? Brakiem kultury? Megalomanią, kompleksami i chamstwem? Bo, na pewno nie twórczością. Twoje powieści nie czynią Cię Hemingwayem, Forsythem a nawet Pilchem. Nie do Ciebie należy ocena, czy jesteś wielki, a do Czytelnika. Opluwanie innych w kłamliwych anty-recenzjach może i jest fajne, ale moralnie świadczy jakim prymitywem jesteś i literackiej gwiazdy z Ciebie nie zrobi.
Ubliżasz Layer-Sarzotti, Towarnickiej, Jasińskiej-Brunnberg, Jodełkce i innym. Teraz mnie. Napisz coś wartościowego. Na razie nic takiego nie napisałeś. Jedynie paszkwile, pozwy i stenogramy szczeknięć cienkim głosem w imię niskich, prostackich pobudek małego człowieka.
Jeśli myślisz, że Czytelnik to idiota i nie widzi, jak robisz szum koło siebie w nadziei, że sprzedaż Ci wzrośnie, to podpowiadam: choćbyś opluł pół Polski, Nike za to nie dostaniesz. To Czytelnicy mają prawo do nazywania autora wielkim. Oni o tym decydują. Downy, grafomani, ignoranci (jak piszesz). Nie Ty.

Komentarza już nie ma, bo kiedy Sowa dostał pozew, zrobił w portki i usunął wszystkie swoje komentarze (czy raczej wszystkie, które podpisał własnym nazwiskiem). To wiadro pomyj, które na mnie wylał, było odpowiedzią na następującą wymianę zdań:

Anonim (kryje się za nim Skajstop z forum „Wydawnictwa i ich obyczaje”, który tutaj nie ma odwagi podpisać się nawet pseudonimem): Buta i pieniactwo, a rozumek malutki. Styl też taki sobie, potwornie przegadany. Po kilku zdaniach zaczyna boleć głowa.
Ogólnie pan Pollak okazuje się po raz kolejny malutkim, zakompleksionym człowieczkiem, który lubi czasem dołożyć komuś zza węgła. Tak dla sportu. Kiedyś gościł na forum GW, ale pożegnał się w niesławie, bo generował bardzo negatywne emocje.

Ja: Jak widać, wielcy, niezakompleksieni ludzie potrafią wystąpić z pełną kulturą i otwartą przyłbicą.

Z komentarza Sowy wynika (a pisma procesowe to potwierdziły), że nie pojął on, że słowa o wielkim, niezakompleksionym człowieku są ironiczną charakterystyką przedmówcy, i uznał, że odnoszę je do siebie. Oczywiście w żaden sposób nie usprawiedliwia to jego chamskiej napaści, po prostu uświadomiło mi, że facet jest kompletnie ślepy na sarkazm i ironię. Sprawę rzeczywiście przegrałem: Sowa twierdził w sądzie, że wystąpił w obronie rzekomo przez mnie obrażanych osób z zespołem Downa, a sędzia się z nim zgodziła, choć w rzeczonym komentarzu żadnej takiej obrony nie ma. No cóż, na to, że sędziny w polskich sądach posługują się logiką godną Aleksandra Sowy, nic nie mogę poradzić.

Po trzecie jest diametralna różnica między dochodzeniem swoich praw w procesie cywilnym a grożeniem sankcjami z przepisu kodeksu karnego, który to przepis pozostaje w jawnej sprzeczności z zasadą wolności słowa. Nie mówiąc o tym, że grożenie kodeksem karnym, kiedy żadne przestępstwo nie zostało popełnione, wypełnia znamiona groźby karalnej. Sowa, który został policjantem, powinien o tym wiedzieć. Swoją drogą jest przerażające, że w Polsce do policji może zostać przyjęty, a zatem dostać prawo noszenia broni, ktoś o takiej histerycznej osobowości. Urażony grafoman Sowa może sobie jedynie pokrzyczeć albo obrzucić krytyka obelgami, urażony policjant Sowa może kogoś zastrzelić. Chociaż skoro naszym arsenałem jądrowym ma zarządzać Macierewicz, to może jest w tym jakaś logika systemu.

Nie umiejąc odpowiedzieć na argumenty w moim wpisie, odnoszące się do meritum, czyli samego self-publishingu, Sowa stara się ten wpis zdezawuować typową dla grafomanów, choć mocno już wyświechtaną metodą: pan to napisał, żeby się wypromować i sprzedać swoje książki.

JA, JA drodzy państwo, JA, JA, to, ho, ho! JA to umiem pisać: sami zobaczcie - i tutaj frazeńka „MOJE UTWORY” z maciupeńkim sznureczkiem, tyci, tyci, do księgarenki. A w niej, o! Jak to się dzieje – same dobroci! A nuż ktoś kliknie, hyc i kupi ebooczek albo książeczkę? Może wpadnie troszeczkę pieniążków. Srebrniczek wpadnie, rączki będzie można zacierać i kombinować jak by tu znowu przyłożyć, statystyki sobie podnieść, oglądalność zwiększyć. Brawo będą bić, klaskać i chwalić, że tak Sowie dopie*** (...kłem) i komentować mój przeuroczy, kulturalny blogasek.

Cała ta parafraza odnosi się do jednego, jedynego zdania z mojego tekstu o brzmieniu: „Tymczasem na przykład moje surowe opowiadanie wygląda tak”. Z jednego „ja” Sowa zrobił pięć pisanych wersalikami, a sznureczek sobie domalował, bo link kierował do opowiadania, a nie do księgarni.

Interesujące jest, że zapłatą za moje książki są srebrniczki. Jak wiadomo, w tejże walucie Judasz dostał wynagrodzenie za zdradzenie Jezusa. Rozumiem więc, że jeśli sprzedaż napędza mi krytykowanie Sowy, dokonuję zdrady na miarę tej biblijnej. Czyli Aleksander Sowa uważa się za ni mniej, ni więcej, tylko Jezusa polskiej literatury. I nie pozostaje mi ani państwu nic innego, jak natychmiast postawić ołtarzyk z portretem tego wybitnego twórcy w wianuszku wiekopomnych dzieł, z „Umrzeć w deszczu” i „Requiem do miłości” (to „do” można przykryć jakimś kwieciem, żeby byk nie dawał po oczach) na poczesnym miejscu.

Formułując zarzut, że odniosłem się do wpisu, w którym wywoływał mnie do tablicy, bo chciałem się wypromować i sprzedać parę swoich książek, Aleksander Sowa dokonuje bardzo pięknego samozaorania. Gość o mentalności żydowskiego handlarza starzyzną, który swoje szmaty wciska każdemu, kto się tylko pojawi w zasięgu wzroku, nagle twierdzi, że promowanie się i sprzedawanie własnych książek to coś nagannego. Ciekawe, bo lodówkę rano jeszcze można spokojnie otworzyć, ale komputera już nie, wszędzie wyskakuje Sowa, wciskający swoje produkty książkopodobne. Żeby daleko nie szukać: na swoim blogu Sowa zamieszcza tekst, jakoby książka była złym prezentem. Ma to niby być przewrotne, bo odbiorca ma dojść do wniosku, że wcale nie, ale Sowa w swojej nachalności nie potrafi dostrzec, że musiałby zarekomendować książkę ogólnie jako prezent. Zamiast tego płaszczy się przed nabywcami i usiłuje wepchnąć im swoje pseudopowieści:

Gdyby po lekturze, tego co byłem bezczelny napisać powyżej jednak znalazł się desperat i uparciuch, który (ze)chce kupić książkę na prezent informuję: otóż moje książki można kupić w sprzedaży wysyłkowej w Empiku. I to nie tylko na prezent. Są również dostępne w księgarniach internetowych Amazon, Lulu oraz CreateSpace.

Z tym że przyznajmy: wpis jest tak drętwy, że szanse na dotarcie do tego akapitu czytelnik ma niewielkie (ja zdołałem zmusić się do przeczytania całości dopiero, kiedy postanowiłem ten wpis skomentować). A zatem można powiedzieć, że Sowa wprawdzie wciska swoje wypociny, ale jednocześnie uczciwie pokazuje, że tego, co pisze, czytać się nie da. W świetle policyjnej kariery pana grafomana nowego wymiaru nabiera dowcip o dwóch patrolujących policjantach, z których jeden nie potrafi pisać, a drugi czytać. Ten drugi nie nazywa się Sowa.

poniedziałek, 7 grudnia 2015

Zagęszczenie okonia na centymetr kwadratowy

Natrafiłem na wpis niejakiego Tomasza Zackiewicza pt. „Paweł Pollak wielkim pisarzem jest i basta!”. Niestety, Zackiewicz wcale nie zachwycał się moją twórczością, tylko miał pretensje, że uznałem go za grafomana. Musiałem ustalić, o co chodzi, bo nie przypominałem sobie, bym kiedykolwiek recenzował książki gościa nazwiskiem Zackiewicz, a Alzheimera jeszcze nie mam. Okazało się, że to jeden z tych, którzy dali wyraz zachwytowi, że mogli Psychoskokowi zapłacić za publikację swoich wypocin.

Od jakiegos czasu nie zajmuję się już pisarstwem, gdyż moja praca pochłania mój cały czas.

Może państwo nie wiedzą, ale Zackiewicz jest już słynnym pisarzem. Karierę zrobił w Chinach i Australii, a teraz robi ją w Polsce w Psychoskoku. Nikt nie jest prorokiem we własnym kraju, ale żeby po zawojowaniu Chin i Australii musieć płacić za wydawanie swoich książek, to skandal.

Jednak mam cichą nadzieję na powrót do tej szlachetnej aczkolwiek niewdzięcznej roboty. Tylko problem jest, czy niejaki Paweł Pollak mi na to pozwoli, gdyż zostałem przezeń zaliczony do grona “grafomanów” (…)

Dlaczego w cudzysłowie? I nic mi nie wiadomo o tym, bym sprawował jakiś urząd, który dawałby mi prerogatywę do wystawiania komukolwiek zezwoleń na pisanie.

Można się spierać o to, jaką politykę prowadzi “Psychoskok”, jednak prawdą jest, że nikt nikogo do niczego nie zmusza.

Chodzi o to, że te lizusowskie laurki zostały wystawione dobrowolnie? Czy o to, że Psychoskok żadnemu autorowi pistoletu do głowy nie przystawia, by płacił mu za wydanie książki? Bo nie przypominam sobie, bym twierdził, że przystawia.

Jeśli jest co wydać i kto wydać, nie widzę problemu.

No, i tutaj się różnimy w ocenie, bo jeśli autor powyższej frazy może wydawać książki, to ja widzę problem.

Może to być coś naprawdę grafomańskiego i trudnego do przełknięcia dla “prawdziwego pisarza”. Jednak nie mnie to oceniać. Oceny dokonają czytelnicy.

„Prawdziwy pisarz” nie może być czytelnikiem? I dlaczego krytycy nagle zostali pozbawieni głosu?

Jednak Paweł Pollak mieni się sędzią jedynym i nieomylmnym w kwestii literatury i pewną twórczość nazywa “grafomańską”.

Gdzie i kiedy mieniłem się sędzią jedynym i nieomylnym w kwestii literatury? Zechce pan zacytować, panie Zackiewicz?

W tej “recenzji” wspiera go grupa klakierów przyklaskujących mu przy każdym wpisie na jego mizernym blogu.

Jesteście państwo klakierzy. Którzy, jak to klakierzy, przyklaskują.

Dla mnie to, co Pan wypisuje na pańskim blogu, jest śmieszne, a nawet żałosne.

Prawo Murphy’ego mówi, że poziom inteligencji na planecie jest stały, a liczba ludności ciągle rośnie, natomiast powyższa argumentacja jest dowodem na prawdziwość tego prawa. Zackiewicz, który nie umie odnieść się do tematyki wpisu, w charakterze argumentów potrafi posługiwać się wyłącznie epitetami.

Pana zdanie na temat moich książek obchodzi mnie tyle, co zeszłoroczny śnieg.

Nie wyrażałem swojego zdania o książkach Zackiewicza, ale znamienne jest, że rzeczom, które obchodzą go tyle, co zeszłoroczny śnieg, Zackiewicz poświęca całe wpisy na swoim blogu.

Martwię się zwyczajnie o Pana, bowiem z Pana jest “rasowy pisarz” i kiedy brak czytelników, grozi Panu pisarska śmierć, czego Panu oczywiście nie życzę.

Ach, jak mnie ta troska wzruszyła. Aż łzę uroniłem, że są tacy serdeczni ludzie jak Zackiewicz. Nie wiem wprawdzie, czym się rasowy pisarz różni od nierasowego, ale domyślam się, że Zackiewicz przeczytał moje narzekania na słabą sprzedaż i z tego wysnuwa wnioski o braku czytelników. No cóż, panie Zackiewicz, ja, narzekając, porównuję się do autorów bestsellerowych, w porównaniu z nakładami Psychoskoka to sam jestem bestsellerowym autorem.

Nie znam Pana książek, więc nie będę się wypowiadał na temat Pana grafomaństwa.

Już ten dowcip opowiadałem, ale ponieważ nadaje się tu idealnie, powtórzę:
Siedzą dwie sowy na drzewie. Nagle jedna spogląda na drugą i mówi: „Weź mnie pocałuj w dupę”. Zaczepioną najpierw zatyka oburzenie, a potem ripostuje: „A ty mnie w… DUPĘ!”.

W zamian, jeśli Pan nie przeczytał nic mojego, proszę także nie krytykować mojej prozy.

Nie przypominam sobie, bym to robił. A że zaliczyłem Zackiewicza do grafomanów... No cóż, jak ładna młoda dziewczyna wchodzi do burdelu, to oczywiście istnieje możliwość, że jest córką właściciela, sprzątaczką albo zakonnicą, która chce się pomodlić za kobiety upadłe, ale przyjęcie założenia, że to prostytutka, będzie uprawnione.

A tak poza tym, wolny rynek, Panie Pawle, czasy “komuny” oraz wszędobylskich i wszechwładnych cenzorów już się chyba dawno skończyły.

Prawo Murphy’ego mówi, że poziom inteligencji na planecie jest stały, przy czym gęstość zaludnienia jest różna. Człowiek, który nie widzi elementarnej różnicy między cenzorem a krytykiem, musi mieszkać w Chinach. Albo przynajmniej często tam przebywać.

Musi Pan to w końcu zaakceptować i stawanie przysłowiowym okoniem nic nie da.

O jakie przysłowie z okoniem chodzi, bo nie wiem? „Okonia kują, żaba nogę podstawia” czy „okoń ma cztery nogi i też się potknie”?

Panie Pawle, głowa do góry! Będzie dobrze!

Państwo klakierzy pewnie dziwicie się, dlaczego polemizuję z wpisem, którego poziom argumentacji, choć wydawało się to niemożliwe do osiągnięcia, zszedł poniżej dna prezentowanego normalnie przez grafomanów (czego podsumowaniem są te dwa wykrzyknienia). Otóż ta logika, ta umiejętność odczytania zarzutów i ich odparcia, godna przysłowiowego okonia, charakteryzuje nie wyłącznie pisarza Zackiewicza, lecz także _naukowca_ Zackiewicza. Który swe naukowe dzieła też publikuje w Psychoskoku. I te dwa fakty, że gość, wokół którego bardzo tłoczno, podobno jest doktorem oraz że Psychoskok poza polską literaturą również polską naukę wprowadza na nowe wody, wydały mi się godne odnotowania.

poniedziałek, 9 listopada 2015

Biadolenia i banialuki pana grafomana

Aleksander Sowa ogłosił akcję Self-publishing = nowoczesna grafomania? Przekonaj się sam, w której ramach nieodpłatnie udostępniał swoje książki, by czytelnicy nie musieli Marcie Syrwid czy niżej podpisanemu wierzyć na słowo, że mają do czynienia z grafomanem. Niestety, dzieł autora 2.0 czytelnicy nie chcą nawet za darmo, więc to samokrytycznie pomyślane przedsięwzięcie zdechło z braku zainteresowania.

Czy wiedzą państwo, czym jest surebet? Surebet to taki zakład u bukmachera, w którym gracz wygrywa niezależnie od wyniku meczu. Jeśli jeden bukmacher daje na zwycięstwo Radwańskiej kurs 2,10, a drugi też płaci 2,10, ale za postawienie na zwycięstwo Szarapowej, to u pierwszego stawiamy stówkę na Radwańską, u drugiego stówkę na Szarapową, i bez względu na wynik spotkania mamy 10 zł czystego zysku. Akcja Sowy była właśnie takim surebetem:

Mam świadomość, że nie każdemu przypadnie do gustu moja twórczość, szczególnie zatwardziałym przeciwnikom polskiego self-publiszingu oraz pospolitym hejterom, ale jestem przekonany, że to świetna okazja dla miłośników mojej prozy.

Czyli twórczość Sowy z definicji nie mogła zostać uznana za grafomańską, czytelnik, który by ją tak ocenił, to hejter lub przeciwnik polskiego self-publishingu. Tymczasem to, że Sowa nie panuje nad językiem i nie umie pisemnie oddać swoich myśli, widać już po zacytowanym zdaniu. Zamiast „szczególnie” powinno być „szczególnie dotyczy to”, skoro wcześniej mamy przeczenie („nie każdemu”) i skoro powstaje zbitka „szczególnie zatwardziałym”, wprowadzająca niezamierzone znaczenie. W drugiej części powinna być mowa nie o miłośnikach jego prozy, tylko o neutralnych czytelnikach, bo to dla nich była akcja, żeby mogli sobie wyrobić opinię, a nie dla miłośników, by gratis pobrali książki, na które ich nie stać.

Podobnie jak z ewentualnymi czytelnikami, którzy uznaliby jego twórczość za grafomanię, Sowa rozprawia się z fachowcami, krytykującymi jego prozę:

Dla utrzymujących się z pisania oraz czerpiących z pracy takich autorów wydawnictw, każdy Czytelnik decydujący się na zakup utworu stworzonego przez self-publishera to utrata pieniędzy. Każdy niezależny autor to dla tego środowiska zagrożenie. Niewielkie, lecz jednak. Lepiej zdusić je w zarodku.

Niezależny autor (niezależnie, co napisze, będzie do kitu) ma kłopoty z ortografią (nie wiadomo, dlaczego „czytelnik” dużą literą), ale to drobnostka w porównaniu z poziomem jego rozumowania, które przypomina dowodzenie, że pianie koguta powoduje wschód słońca. Zacznijmy od tego, że bałagan faktograficzny i pojęciowy jest u Sowy niemożebny. Twierdzi, że ja utrzymuję się z pisania (gdyby ktoś miał wątpliwości, że we wstępie jest mowa o mnie, to na Facebooku w grupie „Self-publishing”, gdzie reklamował tę akcję, moje nazwisko podaje już wprost), co jest nieprawdą. Wielokrotnie na blogu narzekałem, że pisarstwo nie daje mi wystarczających dochodów, bym mógł się na nim skupić. Pisarz zawodowy to dla Sowy ten, który utrzymuje się z pisania, co ma sens z semantycznego punktu widzenia, ale nie w przypadku omawiania relacji między pisarzami współpracującymi z wydawnictwem a self-publisherami, bo tych zawodowych w rozumieniu Sowy jest w Polsce może ze trzydziestu. On sam uważa się za amatora, bo dla niego pisanie to tylko hobby, a to, że bierze za swoje książki pieniądze, z jakiegoś tajemniczego powodu nie ma być dla oceny jego statusu brane pod uwagę.

Wróćmy do twierdzenia Sowy, że autor współpracujący z wydawnictwem traci pieniądze, jeśli czytelnik kupi książkę self-publishera, i dlatego „środowisko” zwalcza self-publisherów. Pytanie, dlaczego autor z jednego wydawnictwa nie zwalcza autora z innego wydawnictwa. Czy jak czytelnik kupi książkę tego drugiego, to ten pierwszy nie traci? Bo autorzy ze „środowiska” tworzą komunę i wpływy wrzucają do wspólnego worka? Może Sowa się zdziwi, ale tak wcale nie jest. Każdy autor po prostu z otwartymi rękami wita „konkurenta” piszącego w tym samym gatunku lepiej od niego. Bo czytelnik, zachwycony dobrą książką, będzie szukał podobnej. Cała rzesza szwedzkich pisarzy średniego sortu dziękuje w tej chwili opatrzności, że zesłała im kogoś takiego jak Stieg Larsson. Dzięki niemu ich kryminały schodzą jak ciepłe bułeczki na całym świecie. Dobry pisarz dla dobrego czy średniego pisarza nigdy nie jest zagrożeniem, może go tylko pociągnąć. Ale działa to też w drugą stronę. Zagrożeniem dla dobrych jest pisarz słaby albo grafoman. Czytelnik natrafia na grafomańskie wypociny Sowy, Grzebuły, Nasiłowskiej czy Saddlera i stwierdza: „Jeśli tak piszą polscy pisarze, to ja dziękuję, wolę zagranicznych”. I pod tym kątem self-publishing rzeczywiście stanowi zagrożenie dla normalnie publikujących autorów, bo obecnie w Polsce jest on wylęgarnią grafomanii. I nie, jak chce Sowa, krytycy zwalczają self-publishing, kłamliwie twierdząc, że to grafomania, tylko zwalczają grafomanię, która dzięki self-publishingowi weszła do literackiego obiegu.

Sam self-publishing jest doskonałą ścieżką wydawniczą, ja również jestem self-publisherem (np. mój zbiór opowiadań „Czarna wdowa” był dostępny tylko w formie elektronicznej, bez pośrednictwa wydawnictwa, i całkiem ładnie się sprzedał), czego niezależny autor sowim móżdżkiem nie jest w stanie pojąć. Problem w tym, że w tej chwili z tej ścieżki w Polsce korzystają prawie wyłącznie ludzie pozbawieni talentu literackiego, a nie pisarze z prawdziwego zdarzenia.

Przykłady ze świata ilustrują, że wydawcy utracili z powodu self-autorów miliony. A kiedy chodzi o pieniądze, nikt nie walczy czysto…

Pisanie negatywnych recenzji Aleksander Sowa uznaje za walkę. Wcześniej to się nazywało krytyką literacką, ale grafo… sorry, self-publisherzy redefiniują wszelkie pojęcia. I mają swoje czyste metody: na przykład grożenie krytykującemu sądem albo udawanie rozczarowanego czytelnika i wystawianie negatywnych ocen książkom krytykującego. Co do przykładów ze świata, to po pierwsze nie mają one przełożenia na polskie realia, a po drugie ilustrują wręcz coś przeciwnego. Dla wydawnictw self-publisherzy, którzy osiągnęli sukces, to żyła złota. Taka Amanda Hocking czy E. L. James z pocałowaniem ręki przyjęły propozycję tradycyjnego wydania. Wydawnictwo przyszło na gotowe, żadnego ryzyka, że włożone w publikację i promocję środki się nie zwrócą, żadnych wysiłków, często daremnych, by z książki zrobić bestseller, przeciwnie, miliony sprzedanych egzemplarzy podane na tacy.

Bez profesjonalnej współpracy z kilkoma redaktorami, korektorami, grafikiem, specem od marketingu, dystrybucji, kontaktów z mediami, bez doświadczania w branży i pieniędzy, jedynym, co self-publiszer ma do ma do wytoczenia przeciw, jest utwór.

No, jak się nie umie utworów pisać, to się je wytacza, tylko nie wiadomo przeciw komu.

Udostępniając swoje utwory pragnę zwrócić uwagę przeciętnemu czytelnikowi, że powstały one nakładem niemal wyłącznie autora.

Mam nadzieję, że dzięki tej inicjatywie część odbiorców oceni samodzielnie jaki jest poziom self-publishingu (na moim przykładzie) z zastrzeżeniem tego, co napisałem wyżej.

Czyli Aleksander Sowa sam przyznaje, że jego książki odbiegają poziomem od tych publikowanych przez wydawnictwa, a czytelnik (przeciętny, nie zasługuje na dużą literę) ma je kupować, wykazując się zrozumieniem, że Sowy nie stać na profesjonalne przygotowanie utworu. To tak, jakby pod sklepem z telewizorami stanął gość ze skleconym w garażu odbiornikiem i przekonywał, żeby kupić od niego złom, bo on w przeciwieństwie do takiego Philipsa czy Samsunga nie ma ekipy, która by ten złom przerobiła na sprawny telewizor. Sowa, pisząc o współpracy z kilkoma redaktorami i korektorami, ujawnia po raz kolejny, że nigdy nie widział wydawnictwa od środka i nie wie, jak wygląda praktyka przygotowywania książki do druku. Do tego stawia tezę, którą można by ująć następująco: drogi czytelniku, ci goście z wydawnictw piszą tak samo nędznie jak ja, ale ich teksty poprawia cały sztab ludzi i dlatego możesz mieć wrażenie, że oni piszą lepiej. Sowa może nawet w to wierzy, bo człowiek, który chce się zajmować tym, do czego nie ma uzdolnień, jakoś z własnej nieudolności musi się przed sobą wytłumaczyć. Tymczasem na przykład moje surowe opowiadanie wygląda tak. Redakcja to szlifowanie tekstu, a nie jego ratowanie. Żaden doświadczony pisarz nie musi się wstydzić swojego dzieła, nawet jeśli zostanie ono opublikowane bez redakcji. Aleksander Sowa mimo napisania tuzina utworów prozatorskich (czyli doświadczeniem daleko mnie przewyższa) nie jest zaś w stanie stworzyć niczego, co można by pokazać światu bez głębokiej ingerencji redaktorskiej. „Wielu stawia znak równości pomiędzy niezależnym pisarstwem, a grafomanią bez zastanowienia”. Otóż to. Twórczość Sowy to grafomania bez zastanowienia.

A propos doświadczenia, można zaobserwować ciekawą prawidłowość. Marta Grzebuła po opublikowaniu kilkunastu utworów cały czas pisze o sobie per „skromna debiutantka”, Aleksander Sowa z podobnie imponującym dorobkiem stwierdza, że jest „autorem-amatorem” (powinno być „autorem amatorem”, bo człony nie są równorzędne, tylko jeden określa drugi, ale nie wymagajmy znajomości takich niuansów od wybitnego self-publishera, który ma kłopoty z elementarnym szykiem zdania). Całkowita nieprzystawalność tych określeń do stanu rzeczywistego ujawnia, jak oni sami się postrzegają: w głębi ducha mają świadomość, że z nich tacy pisarze jak z osłów rumaki.

Amator Sowa informuje nas, że pozwalając sobie na „tą akcję” (tą, bo redaktora nie było) i udostępniając swoje książki za darmo, rezygnuje z zarobienia kilkudziesięciu tysięcy złotych. Przychodzi mu to łatwo, bo on nie musi zarabiać na pisaniu jak „99% autorów współpracujących z wydawnictwami i nie-self-publisherów”. Kim jest ten pisany z błędem „nie-self-publisher”, nie wiadomo, a, o czym wspominałem już wyżej, znakomita większość pisarzy w Polsce nie utrzymuje się z pisania. Nie jest to wcale sytuacja zdrowa, powinno być tak, jak Sowie się wydaje, że jest, ale symptomatyczne, że facet wypowiadający się o rynku wydawniczym nie ma bladego pojęcia, jak wyglądają realia na tym rynku.

Przyjmijmy bajędy Sowy o jego zarobkach na książkach za prawdę i zapytajmy, jak to się dzieje, że tak świetnie zarabiający autor nie ma pieniędzy, żeby opłacić ekipę, która by jego grafomańskie wypociny przerobiła na zdatne do czytania książki. Jak to się dzieje, że do takiej kury znoszącej złote jaja nie zgłasza się żadne wydawnictwo i nie proponuje publikacji? Przecież, według twierdzeń Sowy, wydawnictwa chcą tylko zarabiać pieniądze i dlatego on, bidulek, musi działać poza oficjalnym obiegiem wydawniczym. Czyżby Sowa pisał wysokoartystyczną prozę, przeznaczoną z definicji dla bardzo wąskiego kręgu czytelników, i dlatego wydawnictwa nie są nim zainteresowane? Ale skąd wtedy te gigantyczne nakłady, jakie osiąga (głosy oszczerców o konfabulowaniu, kłamaniu czy braniu swoich fantazji za rzeczywistość pomińmy)? Zobaczmy sami: „Era Wodnika” – kryminał, „Koma” – o morderstwie nie tylko szeroko opisywanym przez prasę, ale i filmowanym, „Zła miłość”, „Requiem do miłości” – tytuły mówią same za siebie. Czy może być coś bardziej komercyjnego niż kryminały i powieści o miłości? Dlaczego więc te pazerne wydawnictwa nie pielgrzymują do Sowy, dlaczego się o niego nie biją? Bo jednak chcą autorów, którzy wiedzą, że requiem jest dla, a nie do, i wolą nie współpracować z tymi, którzy walą byki nawet w tytułach swoich książek?

Self-publiszing i tradycyjne pisarstwo to dwa przeciwstawne bieguny w spojrzeniu na tworzenie. Publikowanie tradycyjne i samopublikowanie dzieli konflikt interesów. Wszystko, co nie pojawia się u Czytelnika w inny niż tradycyjny sposób jest zagrożeniem dla świata wydawniczego 1.0 – podsumowuje dramatycznie autor 2.0. Równie mądrą myślą byłoby ogłoszenie przez Sowę, że zagrożeniem dla rozgrywek koszykarskiej ligi NBA jest to, że on na podjeździe swojego garażu porzuca piłką do kosza (proszę się nie zdziwić, jeśli Sowa w polemice napisze, że wcale nie ma garażu). Choć w jednym ma rację, podejście do twórców jest inne: tradycjonaliści wychodzą z założenia, że aby wydać książkę, trzeba ją umieć napisać, w self-publishingu nie wydaje się to warunkiem sine qua non. Obraz tych dwóch walczących ze sobą bloków, dowodzący, że Sowa ma elementarne kłopoty z analizą zachodzących w rzeczywistości zjawisk (co dyskwalifikowałoby go jako pisarza, nawet gdyby nauczył się gramatyki), posypał się zresztą od razu, kiedy dzieło Sowy, „Komę”, zrecenzował inny z self-publisherów, Bartosz Adamiak. Przy czym Adamiak książki nie zjechał, a jedynie ubolewa, że jest dość kiepskawa jak na jego oczekiwania. Oczekiwania będące rezultatem opisanego wyżej przeze mnie mechanizmu: ja, Adamiak, jestem self-publisherem, Sowa jest bardzo znanym self-publisherem, jeśli jego książka okaże się znakomita, czytelnicy przekonają się, że self-publisherzy tworzą świetne rzeczy, i może sięgną również po moją powieść. Co robi Sowa? Zwraca Adamiakowi uwagę, że nie powinien pisać „quasi-recenzji”, bo jest konkurentem, ma pisać własne książki (swoją drogą bzdura, każdy pisarz ma prawo być jednocześnie krytykiem literackim). Jak tylko inny self-publisher uznał, że dzieło Sowy jest lichawe, przestał być sojusznikiem, a stał się konkurentem.

Sowa nie próbuje przy tym z zarzutami Adamiaka polemizować. Zamiast tego dezawuuje krytyka, co jest jego (i innych grafomanów) jedyną metodą obrony. Syrwid wyśmiała twórczość „giganta”, co z tego, skoro jej książki zbierają gorsze oceny niż wiekopomne dzieła krytykowanego. Syrwid po prostu zazdrości mu takich czytelników, jak Malwina z „Lubimy czytać”, która zachwyca się dziełami mistrza, pisząc tym samym stylem i z tymi samymi błędami co on. Pollak zjechał jego poradnik, bo Złote Myśli wydały poradnik Sowy, a nie Pollaka (który jest do dupy, co jasno wynika z najniższej noty wystawionej przez Malwinę). Każdy, kto krytykuje twórczość Sowy, ma coś za uszami i robi to z pobudek pozamerytorycznych, czytelnicy zaś (jak Malwina) są jego książkami zachwyceni (jeśli nie są, to hejterzy albo przeciwnicy self-publishingu). Dla autora 2.0 są to prawdy jasne i oczywiste, aż dziw, że jeszcze nie wystąpił do papieża, by twierdzenie, że powieści Aleksandra Sowy są genialne, zostało uznane jeśli nie za jedenaste przykazanie, to przynajmniej za dogmat wiary.

PS. Dodałem cztery swoje książki (poradnik, „Niepełnych”, „Między prawem a sprawiedliwością” i wspomnianą „Czarną wdowę”) do księgarni Wolne Ebooki, która praktykuje coś, co nazwałbym jakościowym self-publishingiem. Książki selfów nie są przyjmowane z automatu, tylko po weryfikacji, czy trzymają poziom. Może dlatego nie ma tam żadnych utworów Aleksandra Sowy.