Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polityka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polityka. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 5 grudnia 2016

Nie zapłacimy, bo parasole chronią przed deszczem

Poseł Tomasz Jaskóła z Kukiz 15 wystąpił z interpelacją w sprawie nierewaloryzowanych stawek tłumaczy przysięgłych. Ucieszyło mnie to i poczułem do niego ogromną wdzięczność. Radości i wdzięczności nie osłabiło nawet to, że poseł nie bardzo wie, o czym pisze: „stawki wynagrodzeń za czynności translatorskie nie były rewaloryzowane od 7 lat”. Nie od siedmiu, tylko od ponad jedenastu. „Czy planowana jest rewaloryzacja stawek wynagrodzeń zawartych w ustawie z dnia 25 listopada 2004 r. o zawodzie tłumacza przysięgłego?”. Stawki wynagrodzeń zawarte są nie w ustawie, tylko w rozporządzeniu Ministra Sprawiedliwości ze stycznia 2005 r. Nie osłabiło również to, że posługuje się dość dziwną argumentacją: „Osoba nosząca tytuł tłumacza przysięgłego otrzymuje mniejsze wynagrodzenie, pracując na rzecz podmiotów wymienionych w art. 15 ustawy z dnia 25 listopada 2004 r. o zawodzie tłumacza przysięgłego, niżeli przez godzinę zegarową udzielając indywidualnych korepetycji”. Z tłumaczeń nie udziela się korepetycji, więc równie dobrze można by argumentować, że tłumacz, który dorabia sobie kładzeniem kafelków, ma z tego więcej. Poza tym to, że sądy, prokuratura i policja (to są z grubsza te podmioty wymienione w art. 15) płacą mniej niż klienci rynkowi, jest akurat uzasadnione: na ogół wydają pieniądze podatników, którymi należy gospodarować oszczędnie. Kwestia, ile mniej, więc poseł zasadnie wskazuje, że „tłumacz przez godzinę tłumaczenia ustnego może zarobić do 150 złotych”, podczas gdy w sądzie jest to 46 zł. To stawka za szwedzki, angliści i germaniści dostają jeszcze mniej. Nie wiadomo jednak, dlaczego poseł w swojej interpelacji niemal całkowicie skupia się na tłumaczeniach ustnych, jakby tylko te były nędznie płatnie. Owszem, rozziew kwotowy między urzędowymi a rynkowymi stawkami tłumaczenia ustnego jest większy niż przy stawkach tłumaczenia pisemnego, ale te ostatnie przecież też wymagają rewaloryzacji.

Ale skoro ministerstwo sprawiedliwości nie uznaje samo z siebie za stosowne zrewaloryzować stawek, niepodniesionych od ponad jedenastu lat, to nawet argumenty od czapy są dobre, żeby przymusić je do jakiejś reakcji. I reakcja nastąpiła, bo musiała, ministerstwo ma obowiązek odpowiadać na interpelacje posłów, ale, niestety, nie ma obowiązku odpowiadać z sensem i na temat:

Zgodnie z art. 16 ust. 1 powołanej ustawy, wynagrodzenie za czynności tłumacza przysięgłego ustala umowa ze zleceniodawcą lub zamawiającym wykonanie tłumaczenia. Oznacza to, że co do zasady ustawodawca nie ingeruje w wysokość wynagrodzenia tłumaczy przysięgłych, pozostawiając jej kształtowanie wolnemu rynkowi.

Ponieważ poseł Jaskóła nie zgłaszał problemu, że biednych osób nie stać na opłacenie tłumaczeń, które muszą wykonać na wolnym rynku, a potrzebnych im do załatwienia spraw urzędowych, powyższa informacja nie ma żadnego związku z kwestią poruszoną w interpelacji. Służy jedynie zapełnianiu kartki, żeby stworzyć wrażenie, że padła treściwa i wyczerpująca odpowiedź. I równie dobrze urzędnik mógłby zapełniać kartkę baśniami Szeherezady.

Należy zauważyć, że tłumaczenia tego rodzaju stanowią ok 90% wszystkich zleceń realizowanych przez tłumaczy przysięgłych[1].

Jeśli to ma być argument za niepodwyższaniem stawek za tłumaczenia dla organów wymiaru sprawiedliwości, to jest to sankcjonowanie pańszczyzny, o czym już pisałem. Ale przynajmniej dzięki odnośnikowi dowiedziałem się, skąd ministerstwo ma tę statystykę, bo wcześniej twierdziłem, że taka statystyka nie istnieje. Otóż z uzasadnienia do nowej ustawy o zawodzie tłumacza przysięgłego z 2004 r. W uzasadnieniu wprawdzie też nie jest podane, skąd ją wzięto, ale wcześniej sądy przy corocznej kontroli repertoriów rzeczywiście spisywały sobie, ile tłumaczeń dany tłumacz zrobił dla organów wymiaru sprawiedliwości, a ile dla prywatnych klientów i firm, więc faktycznie dało się to policzyć. Od 2005 r. jednak się nie da, bo kontrole repertoriów są już tylko wyrywkowe. Czyli ministerstwo posługuje się w swojej argumentacji statystyką sprzed dekady. No i ze statystyką jest tak, że według niej każdy Polak ma jedno jądro i jedną pierś, więc chciałbym się dowiedzieć, co w takim przypadku jak moim, że tłumaczenia dla organów stanowią gdzieś z połowę wszystkich tłumaczeń. Czy na te 40%, które nie mieści się w ministerialnej starożytnej statystyce, ministerstwo podniesie mi stawki?

Ta okoliczność była jedną z przyczyn podjęcia przez ustawodawcę decyzji o odejściu od wcześniejszego modelu tłumacza przysięgłego jako pomocnika procesowego sądu na rzecz stworzenia nowego wolnego zawodu, którego przedstawiciele świadczyliby usługi „także poza sądem: przy tłumaczeniu dokumentów dla obywateli, w obrocie gospodarczym oraz w kontaktach z administracją państwową. Wszystko to sprawiło, że konieczna stała się zmiana statusu tłumacza przysięgłego. Należało na nowo określić jego pozycję w systemie prawnym, czyli uwolnić go od sądu i przekształcić w instytucję świadczącą usługi na rzecz wszystkich obywateli i organów państwa”.

Poseł, reprezentujący wyborców, pyta, dlaczego tłumacze nie mają waloryzowanych stawek, a urzędnik Marcin Warchoł raczy go opowiastkami, z jakich motywów 12 lat wcześniej uchwalono ustawę. Czyli uważa, że poseł, wyborcy i tłumacze to durnie, którym na pytanie, dlaczego nie ma parasoli, można odpisywać, że parasol wynaleziono w starożytności i służy do ochrony przed deszczem, tudzież przed słońcem.

Natomiast wysokość wynagrodzenia za tłumaczenie wykonywane na żądanie takich podmiotów jak sąd, prokurator, Policja oraz organy administracji publicznej jest regulowana prawnie. Rozporządzenie w sprawie wynagrodzenia za czynności tłumacza przysięgłego określa stawki wynagrodzenia za przetłumaczoną stronę – w przypadku tłumaczeń pisemnych oraz godzinę pracy – w przypadku tłumaczeń ustnych. Wspomniane stawki są sztywne i nie mogą być modyfikowane w drodze negocjacji między zlecającym organem a tłumaczem przysięgłym.

Parasol składa się z rączki i czaszy ochronnej wykonanej z materiału.

Jak słusznie zauważył Pan Poseł w swojej interpelacji, stawki wynagrodzenia tłumaczy przysięgłych określone w powołanym rozporządzeniu, pozostają na niezmienionym poziomie od dłuższego czasu, co spowodowało realne obniżenie ich wartości. Niestety – jak do tej pory – sytuacja budżetu państwa, a także wcześniejsze czasowe objęcie Polski przez Komisję Europejską procedurą nadmiernego deficytu, uniemożliwiały wyodrębnienie środków na podwyższenie wynagrodzenia tłumaczy przysięgłych.

Cud, urzędas zdołał przejść do meritum. Pytanie, dlaczego posługuje się kłamstwem lansowanym przez poprzednią ekipę. Przecież prezydent Duda powiedział wyraźnie, żeby nie wierzyć, że nie ma pieniędzy. Dlaczego ministerialny urzędnik podważa autorytet prezydenta RP? Panie Prezesie, pan na to pozwala? Co? Aha, prezydent nie ma mieć autorytetu, by wiedział, kto naprawdę rządzi.

Biorąc jednak pod uwagę, że ustawa o zawodzie tłumacza przysięgłego obowiązuje już od dziesięciu lat, Minister Sprawiedliwości podjął działania zmierzające do całościowej oceny funkcjonowania jej przepisów oraz regulacji zawartych w aktach wykonawczych do niej. Dlatego zarządzeniem z dnia 21 lipca 2015 r. powołał Zespół do przeglądu i oceny funkcjonowania ustawy o zawodzie tłumacza przysięgłego .

Żeby zrewaloryzować stawki nie trzeba żadnego zespołu, wystarczy, że minister wyda odpowiednie rozporządzenie.

Na jednym z najbliższych posiedzeń Zespołu rozpatrzona zostanie kwestia zmiany przepisów dotyczących wynagrodzenia tłumaczy przysięgłych. Należy tu zastrzec, że ewentualne podjęcie działań legislacyjnych mających na celu podniesienie wynagrodzenia tłumaczy przysięgłych będzie zależeć nie tylko od rekomendacji Zespołu, ale także od możliwości budżetowych państwa.

Innymi słowy, figę dostaniecie. Żeby było śmieszniej, argumentem o możliwościach budżetowych państwa posługuje się urzędnik rządu, któremu pieniądze rosną na drzewach, który lekką ręką przeznacza po kilkadziesiąt miliardów na płacenie zamożnym ludziom po 500 zł na dzieci czy na emerytury dla ludzi doskonale mogących jeszcze przez długie lata pracować. A żeby już tłumacze naprawdę mogli pękać ze śmiechu, nie ma w budżecie państwa takiej pozycji jak „wynagrodzenia tłumaczy przysięgłych”. Ta pozycja mieści się w budżetach sądów, prokuratur i policji, które to budżety są przecież waloryzowane, więc bez żadnego uszczerbku dla budżetu państwa wynagrodzenia tłumaczy mogłyby rosnąć o taki sam procent, o jaki waloryzowane są budżety tych instytucji. Co więcej, w przypadku sądów nie płacą one za wszystkie tłumaczenia, całkiem sporą część tych kosztów każą zwracać procesującym się stronom.

poniedziałek, 28 listopada 2016

Syberia welcome to

Posłanka PiS Beata Mateusiak-Pielucha zażądała, żeby mnie jako ateistę deportować z Polski, jeśli nie podpiszę lojalki: powinniśmy wymagać od ateistów, prawosławnych czy muzułmanów oświadczeń, że znają i zobowiązują się w pełni respektować polską Konstytucję i wartości uznawane w Polsce za ważne. Niespełnianie tych wymogów powinno być jednoznacznym powodem do deportacji.

W pierwszym odruchu się oburzyłem, że Konstytucję RP znam, a najwyraźniej posłanka PiS-u nie, skoro nie wie, że mogę w Polsce być ateistą bez podpisywania lojalek i ona nie ma prawa z tego powodu mnie deportować. Ponieważ jednak mam taki zwyczaj, że kiedy z kimś na jakiś temat dyskutuję, to sprawdzam źródła, nawet jeśli jestem przekonany, że dobrze je pamiętam, sięgnąłem do tekstu polskiej ustawy zasadniczej i jeszcze raz go sobie przeczytałem. I ku swojemu zdumieniu odkryłem, że racja wcale nie jest po mojej stronie, błędnie interpretowałem postanowienia konstytucji i nie pozostaje mi nic innego jak pakować manatki.

Już w samej preambule czytamy: my, Naród Polski – wszyscy obywatele Rzeczypospolitej, zarówno wierzący w Boga będącego źródłem prawdy, sprawiedliwości, dobra i piękna, jak i nie podzielający tej wiary, a te uniwersalne wartości wywodzący z innych źródeł (…).

Dotąd błędnie zakładałem, że powyższe sformułowanie implikuje, że naród polski tworzą ludzie wierzący i niewierzący. Nic bardziej mylnego. Naród polski tworzą ludzie wierzący w Boga będącego źródłem prawdy, sprawiedliwości, dobra i piękna oraz katolicy, których Bóg, jak wynika ze Starego Testamentu, jest źródłem wojen, chorób, cierpień i krzywd. Ateiści do narodu polskiego wliczać się nie mogą, choćby z tego względu, że są racjonalni, a to z pewnością nie jest cecha narodu polskiego.

Ograniczenia są też od razu wskazane w art. 30 otwierającym rozdział II. Wolności, prawa i obowiązki człowieka i obywatela:
Przyrodzona i niezbywalna godność człowieka stanowi źródło wolności i praw człowieka i obywatela. Jest ona nienaruszalna, a jej poszanowanie i ochrona jest obowiązkiem władz publicznych.
Samo przez się rozumie się, że gorszego sortu to nie dotyczy, w przeciwnym razie Prezes Polski nie mógłby powiedzieć, że część Polaków jest gorszym sortem.

Artykuł 53 mówi, że każdemu zapewnia się wolność sumienia i religii. No właśnie. Wolność sumienia to chyba jasne: jak ci się nie podoba obowiązujące prawo, to mówisz, że sumienie nie pozwala ci go przestrzegać. A wolność religii? Czy gdzieś jest powiedziane, że zapewnia się wolność _od_ religii? Nie. Zresztą precyzuje to punkt drugi tego artykułu: Wolność religii obejmuje wolność wyznawania lub przyjmowania religii według własnego wyboru (…). Możesz wyznawać i przyjmować taką religię, jaką chcesz, ale jakąś musisz przyjąć. Może być nawet judaizm albo islam, tyle że wtedy masz podpisać lojalkę, że będziesz przestrzegał katolickich wartości… to jest polskiej Konstytucji, chciałem powiedzieć. Jeśli przyznasz, że twoi współwyznawcy zamordowali Jezusa albo że jesteś terrorystą, wcale nie musisz być w Polsce katolikiem.

Wbrew pozorom ateistom prawa do ateizmu wcale nie daje art. 53 pkt 6: Nikt nie może być zmuszany do uczestniczenia ani do nieuczestniczenia w praktykach religijnych. Chodzi wyłącznie o to, że katolik wcale nie musi iść w niedzielę do kościoła ani przestrzegać przykazań, jak tego wymagają niektórzy nieżyciowi księża z tym dziwnym papieżem na czele. Jest przecież oczywiste, że jeśli w niedzielę wypadnie jakaś patriotyczna demonstracja, to katolik powinien się na niej znaleźć, żeby werbalnie, a jeśli trzeba to i ręcznie, wyrazić dezaprobatę dla wszelkiej maści odszczepieńców od jedynej prawdziwej katolickiej wiary i moralności, czyli pedałów, liberałów, lewaków, feministek, żydów, muzułmanów, transseksualistów, cyklistów, wegan i robiących zakupy w niedzielę.

Naiwni po wypowiedzi poseł Mateusiak-Pieluchy powołali się na artykuł 52 pkt 4: Obywatela polskiego nie można wydalić z kraju ani zakazać mu powrotu do kraju. Obywatela polskiego nie, ale ile to takiego ateusza pozbawić obywatelstwa? Artykuł 34 mówi przecież, że obywatel polski nie może utracić obywatelstwa polskiego, chyba że sam się go zrzeknie. Utracić nie może, ale przecież „utracić” to coś innego niż „pozbawić”. Jeśli zgubiłem portfel, to go utraciłem, a jak mi go ukradli, to zostałem go pozbawiony. Wystarczy, że PiS uchwali ustawę, że za nieprzestrzeganie Konstytucji RP pozbawia się obywatelstwa, a potem nie wydrukuje wyroku Trybunału Konstytucyjnego, że to jest niezgodne z Konstytucją RP, bo przecież popieranie nieprzestrzegania Konstytucji RP z definicji będzie niekonstytucyjne, a niekonstytucyjnych orzeczeń TK rząd zgodnie z poleceniem KC PZPR… to jest Prezesa Polski, chciałem powiedzieć, nie drukuje.

W tej sytuacji oświadczam, że ani myślę respektować polską Konstytucję w powyższym kształcie, a jeszcze mniej wartości, które PiS uznaje za ważne, i informuję, że jestem gotów do deportacji. Jeśli można, chciałbym zapytać tylko o szczegóły techniczne, czy mam mieć przygotowaną szczoteczkę do zębów i żelazny prowiant, czy też dostanę trochę czasu na spakowanie się? I gdzie zostanę deportowany? Bardzo proszę, żeby nie na Madagaskar, bo nie lubię gorąca, i z tego samego względu nie do Izraela. Może być Syberia, a myślę, że przy dalszym odcinaniu się od Europy niedługo będzie dla Polaków w pełni dostępna.

poniedziałek, 31 października 2016

Piekara a sądy

Jacek Piekara, pisarz, skomentował zamach PiS-u na Trybunał Konstytucyjny (zamach nazywany sporem, w PiS-ie mają chyba jakieś wyjątkowe trudności ze zrozumieniem słowa „zamach”) w swoim blogowym wpisie pt. Czas wziąć sędziów za mordy, co może językiem parlamentarnym nie jest, ale w styl działania obecnej parlamentarnej większości doskonale się wpisuje.

Po co Polakom wybory, parlament i rząd - zapytał słusznie jeden z użytkowników Twittera - skoro wystarczy, że korporacja sędziowska powie nam komu wolno rządzić i w jaki sposób.

Trybunał Konstytucyjny, który komentujący ma na myśli pod dezawuującym określeniem „korporacja sędziowska”, ani nie wybiera posłów, ani nie mówi im, jakie mają ustawy uchwalać, sprawdza jedynie ich zgodność z konstytucją.

Oto stało się, że niezauważalnie dla wielu, środowisko sędziowskie (a więc środowisko w dużej mierze skompromitowane, skorumpowane i zdegenerowane bezkarnością oraz bezczelnym przeświadczeniem o własnej nieomylności) wyrosło nam na głównego rozgrywającego w walce o władzę.

Jakby tak Piekara zechciał przedstawić dowody na korupcję poszczególnych sędziów Trybunału, to wtedy można by powiedzieć, że nie rzuca gołosłownych oskarżeń. Trybunał nie walczy o władzę, walczy o możliwość skutecznego realizowania zadania, które wyznacza mu konstytucja.

Łamiące Konstytucję postępowanie Trybunału Konstytucyjnego oraz kuriozalna uchwała Sądu Najwyższego stawia nie tylko przed rządem, ale w ogóle przed państwem polskim ważne pytania. Najważniejsze z nich brzmi: co zrobić skoro ci, którzy mieli stać na straży prawa sami to prawo łamią?

W czyjej opinii łamią? PiS-u i jego zwolenników?

Nie ma w polskim prawie praktycznie ŻADNYCH możliwości zdyscyplinowania sędziów.

Nie tylko w polskim. Możliwości dyscyplinowania sędziów nie ma również w prawie amerykańskim, niemieckim, szwedzkim, holenderskim itd. To się nazywa niezawisłość sędziowska. Za to spore możliwości dyscyplinowania sędziów daje system obowiązujący na Białorusi i w Rosji. Też w PRL-u była możliwość dyscyplinowania sędziów. PiS-owi w ogóle dużo PRL-owskich rozwiązań wyraźnie pasuje.

Taka sytuacja jest nie do zaakceptowania dla jakiegokolwiek rządu i państwa.

Wyłączywszy rząd amerykański, niemiecki, szwedzki, holenderski itd.

Jak słusznie mówi Ryszard Bugaj niedopuszczalne jest by wola trzech sędziów TK (zakładając, że w składzie pięcioosobowym dwóch sędziów zgłasza zdanie odrębne) całkowicie przekreślała wolę parlamentu mającego umocowanie w woli wyborców i poparcie wielu milionów obywateli.

I ile zapadło takich wyroków w składzie pięcioosobowym z dwoma zdaniami odrębnymi oraz w jakich sprawach? I czy Ryszard Bugaj ma świadomość, że pełny skład Sądu Najwyższego USA (pełniącego tam rolę TK) to dziewięciu sędziów, a nie piętnastu? I nikt nie krzyczy o obalaniu woli parlamentu. TK sprawdza, czy wola parlamentarnej większości wybranej 39 procentami głosów jest zgodna z wolą narodu wyrażoną w konstytucji, którą poparło 53 procent. I TK na przykład pilnuje, żeby pan Piekara mógł wypisywać dowolne brednie, kiedy Jarosław Kaczyński uzna, że te brednie szkalują jego wybrany przez wiele milionów obywateli rząd, i postanowi wolą parlamentu zakazać mu pisania.

Nie mam zielonego pojęcia jak należy to zrobić, ale wiem jedno: sędziów należy postawić pod ścianą i przyłożyć im kilka razy (ale zdrowo!) po mordach. Oczywiście piszę to używając przenośni, bo nie fizyczna przemoc uzdrowi sytuację, lecz potrzebujemy radykalnych działań natury prawnej, które sprowadzą sędziów do ich właściwej roli, a nie pozwolą im działać jako jakiejś nad - władzy jednocześnie kontrolującej Sejm oraz rząd i w żaden sposób samej nie podlegającej kontroli.

Ma być inaczej, niż jest, bo jest źle, ale jak ma być, to pan Piekara nie wie. Rzeczywistość nie jest doskonała i to mu się nie podoba, więc zgłasza postulat, żeby była doskonała.

Bo demokracja na pewno nie jest ustrojem, w którym rządzi klika samozwańczych "strażników demokracji" dyktujących rządowi, Sejmowi i społeczeństwu, co mają robić.

Nie samozwańczych, wybrał ich parlament. I nie dyktują. Sprawdzają, czy rząd i Sejm nie naruszają praw, które to społeczeństwo wcześniej sobie zagwarantowało.

Jak zwykle prawnicy rządzą tam, gdzie prawo jest mętne, niejasne, zawiłe. I dlatego właśnie część środowiska sędziów będzie hamować zmiany i wszelkie próby uzdrawiania Rzeczpospolitej. Bo w końcu jaki interes ma banda małp, żeby ścięto pełne owoców drzewo, na którym owe małpy tuczą się od lat? Za co zresztą hojnie płacimy my wszyscy.

Co jest przykre, to okoliczność, że jesteśmy takim zacofanym społeczeństwem, w którym intelektualiście trzeba tłumaczyć, na czym polega zasada trójpodziału władzy. I że ta zasada zdała egzamin wszędzie tam, gdzie jest stosowana, a tam gdzie nie jest, prawa człowieka obywatelom albo z definicji nie przysługują, albo przysługują czysto teoretycznie, bo nie ma możliwości ich wyegzekwowania.

poniedziałek, 5 września 2016

Dla Boga i rodziny

Przewodniczący Solidarności Piotr Duda (swoją drogą co za przypadek, że dwa polskie nieszczęścia noszą to samo nazwisko), opowiadając się za zakazem handlu w niedzielę, przedstawił argument, że „niedziela jest dla Boga i rodziny”. Dotąd, jako gospodarczy liberał i konsument przyzwyczajony, że zakupy mogę zrobić w każdym dniu tygodnia, byłem temu zakazowi przeciwny, ale ponieważ ulegam racjonalnym argumentom, po wypowiedzi Dudy zmieniłem zdanie. Bo rzeczywiście nie może być tak, żeby w katolickim kraju niedziela nie była dla Boga. Kto to widział, żeby Polak katolik w niedzielę szedł do galerii handlowej, zamiast do kościoła. A jak niekatolik to też mu się krzywda nie stanie, jeśli na mszę pójdzie, przeciwnie, może się nawróci. A gdyby nie chciał iść, to chłopcy z ONR ręcznie mu wytłumaczą, że aby czuł się prawdziwym Polakiem, musi się pomodlić. Po kościele zaś należy spędzać czas z rodziną, a nie z kochanką na zakupach (jak wiadomo, na zakupy chodzi się z kochanką, żonie nie trzeba nic kupować). Gdyby ktoś nie miał rodziny, z którą mógłby spędzać niedziele, to się go zapisze do rodziny Radia Maryja.

Mam oczywiście nadzieję, że Solidarność nie poprzestanie na handlu, bo nie ma przecież żadnego powodu, by pracownicy z innych branż nie mogli swoich niedziel – zgodnie z niedziel przeznaczeniem – poświęcać Bogu i rodzinie (ewentualnie rodzinie Radia Maryja). Na przykład nie wiadomo dlaczego, w niedzielę zmusza się do pracy lekarzy i pielęgniarki. Bo choremu może się w niedzielę stan zdrowia pogorszyć, czasami nawet tak bardzo, że już w tę niedzielę zejdzie, zamiast zaczekać na lekarza do poniedziałku? Jest to rozumowanie ludzi małej wiary, bo przecież jeśli lekarz pójdzie w niedzielę do kościoła, to chorym Pan Bóg się zaopiekuje. A jeśli nawet postanowi zabrać go do siebie, to z wolą nieba nie ma co dyskutować.

Skoro sprzedawcy w niedzielę nie będą musieli dojechać do sklepów, spokojnie w tym dniu w domu mogą zostać motorniczowie i kierowcy autobusów. Kościoły rozmieszczone są tak gęsto, że każdy wierny dojdzie na mszę na piechotę (a niewiernego się doprowadzi), a jeśli gdzieś jakimś cudem (chociaż to chyba złe słowo) kościoła zabrakło, gmina, za pieniądze zaoszczędzone na niedzielnej komunikacji miejskiej, dobuduje.

Oczywiście istnieje ryzyko, że taki motorniczy, zamiast zajmować się w domu rodziną, będzie gapił się w telewizor. I, niestety (piszę to jako obywatel katolickiego kraju z prawdziwym ubolewaniem), z prawdopodobieństwem graniczącym z pewnością można przyjąć, że jeśli będzie gapił się w telewizor, wybierze inny kanał niż telewizję Trwam. Ale dlaczego technicy i dziennikarze, przygotowujący i prowadzący programy, mieliby pracować w niedzielę? Przecież prawo nakazuje telewizji przestrzegać wartości chrześcijańskich, a co to za przestrzeganie, kiedy zamiast chwalić Pana, chwali się rząd i PiS? To samo dotyczy zresztą dziennikarzy prasowych. To głęboko niechrześcijańskie zmuszać ich do pracy w niedzielę, by w poniedziałek mogła ukazać się gazeta. Czy gazety muszą się ukazywać od poniedziałku? Przecież nie muszą, mogą od wtorku. Zwłaszcza opozycyjne. Premier i ministrowie przychodzą do pracy w poniedziałek jeszcze rozmodleni, jeszcze z Bogiem w sercu i nie są w stanie tak od razu przestawić się na myślenie, że krytycy to nie bliźni, tylko gorszy sort. A taka bezbożna „Wyborcza” czepia się tych bezbronnych chrześcijan już od poniedziałku, naprawdę nic się nie stanie, jak zacznie czepiać się od wtorku.

poniedziałek, 11 lipca 2016

Niekonstytucyjne stadiony

Kibol Lecha o pseudonimie Klima został skazany za krzyczenie na stadionie „Islamista, brudna kurwa, nam, Polakom, nie dorówna. Cała Polska śpiewa z nami, wypierdalać z uchodźcami”.

Klima bronił się w sądzie następująco: „Społeczeństwo w Polsce nie chce uchodźców. Beata Szydło, premier polskiego rządu, też tak mówi i jakoś nie siedzi na ławie oskarżonych. (…) Nikt nikogo nie obrażał. My wyrażamy poglądy. 90 procent społeczeństwa nie chce tych ludzi”.

Można wprawdzie polemizować z twierdzeniem, że nazwanie kogoś „brudną kurwą” nie jest obrażaniem, ale sprawy o obrażanie powinny być rozstrzygane w sądzie cywilnym, a nie karnym. Poza tym Klima ma rację. Dlaczego prokuratura nie ściga na przykład Kaczyńskiego za wywody, że uchodźcy roznoszą pasożyty, albo Luizy Dobrzyńskiej za jej blog, gdzie – jako dobra katoliczka pełna miłości bliźniego – z nienawiścią pisze o muzułmanach? Bo Klima jest kibolem, a tamci nie? Bo wiadomo, że Kaczyński ani Dobrzyńska nie dadzą takiemu uchodźcy w papę, kiedy go spotkają? A Klima może dać? To jak da, wtedy się go zamknie. Dopóki nie robi nic innego niż Kaczyński i Dobrzyńska, sądzenie go jest stosowaniem prawa wybiórczo, uzależnianiem ścigania nie od czynu, a od osoby.

Żeby była jasność: nie jestem za pociąganiem do odpowiedzialności Kaczyńskiego ani Dobrzyńskiej czy innych, którzy podpisują się pod przytoczonym hasłem. Uważam takie poglądy za obrzydliwe i nieludzkie, jest mi wstyd, że jestem członkiem narodu, który w większości nie poczuwa się do pomocy ludziom uciekającym przed wojną, gdybym miał jakieś złudzenia co do polskiego katolicyzmu, dziwiłbym się, jak można żywić takie poglądy jednocześnie z przekonaniem, że jest się dobrym chrześcijaninem, stojącym moralnie wyżej od tych brudnych kurew, ale na tym właśnie polega wolność słowa, że każdy może sobie wygłaszać takie obrzydlistwa, jakie chce.

I nie przekonuje mnie argument, że w tym przypadku mamy do czynienia z mową nienawiści. Jeśli tak zakwalifikujemy to hasło, w praktyce nie można by wyrazić swojego poglądu na temat danej grupy wyznaniowej w inny sposób niż językiem literackim. Kibole użyli swojego normalnego języka, o kibolach wrogiej drużyny wypowiadają się przecież podobnie, nie sięgnęli po jakieś specjalne obelgi, żeby akurat obrazić wyznawców islamu. Nie nawołują do przemocy, trudno uznać, że jakiś uchodźca (których zresztą, żeby było śmieszniej, wcale w Polsce nie ma) po tym wezwaniu naprawdę się przestraszy, że ktoś go, bijąc i kopiąc, wyekspediuje za którąś polską granicę. Poza tym kibole nie chcą wyrzucać islamistów dlatego, że to islamiści, ale dlatego, że im się islam z terroryzmem kojarzy. Po części słusznie im się kojarzy, ale nawet gdyby kojarzył się niesłusznie, to nie ma takiej zasady, że do debaty publicznej dopuszcza się tylko poglądy mające oparcie w faktach. Gdyby tak było, spora część uczestniczących w tej debacie musiałaby zamilknąć.

Dlaczego o tym piszę? O wolności słowa i o tym, że w Polsce wcale jej nie ma i nawet intelektualiści nie rozumieją, na czym polega, pisałem już wielokrotnie. Otóż rozwaliło mnie uzasadnienie wyroku, cytuję za „Wyborczą”:

Sędzia Krzysztof Mikołajczak: Taki wyrok jest sprawiedliwy. Pokaże oskarżonemu oraz jego współtowarzyszom, że stadiony służą rozrywce, a nie są miejscem, gdzie można wyrażać swoje poglądy społeczne i polityczne.

Ktoś twierdzi, że PiS z Ziobrą na czele chce rozwalić polskie sądownictwo? Przecież jak mamy takich sędziów, to nie ma czego rozwalać. Kto temu panu dał dyplom ukończenia studiów prawniczych i dopuścił do orzekania? Przecież w tym uzasadnieniu sędzia ogłasza, że skazał Klimę za poglądy społeczne i polityczne. Nie za mowę nienawiści, a za _poglądy_. Za to, że wyrażał je w niewłaściwym miejscu. Nie wiem, jak państwo, ale ja na przykład dotąd nie wiedziałem, że stadiony piłkarskie są eksterytorialne i że polska konstytucja i zagwarantowane nią prawa na stadionach nie obowiązują. (Oczywiście PiS zawiesił konstytucję, ale odnosimy się do stanu, w którym by obowiązywała). Stadiony, panie sędzio, są takim samym miejscem do wyrażania poglądów jak internet, uliczna trybuna, dowolna aula czy mieszkanie każdego Polaka. Oczywiście, gospodarz danego obiektu może sobie nie życzyć, by w tym obiekcie jakiś rodzaj działalności był prowadzony. Ale to jest sprawa między nim a jego gościem. Jeśli organizator meczu zabroni politycznych transparentów, a kibic, kupując bilet, ten zakaz zaakceptuje, to późniejsze wywieszenie transparentu będzie złamaniem tylko umowy z organizatorem, a nie polskiego prawa. I sądowi nic do tego, że kibic tę umowę złamał, chyba że organizator będzie chciał nałożyć na niego karę przewidzianą umową i w celu jej wyegzekwowania zwróci się do sądu. Cywilnego, nie karnego. Czy jak ktoś zaprosi gości na imprezę i każe im się ubrać na biało, to będzie pan skazywał na ograniczenie wolności i grzywny tych, którzy przyjdą ubrani na czarno, bo gospodarz czarnych strojów sobie nie życzył?

poniedziałek, 11 kwietnia 2016

Piąta kolumna (albo o pożytkach płynących z logiki)

Szanowny Panie Prezesie, Geniuszu Tatr, Komendancie Rewolucji Moralnej, który w Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej zwyciężyłeś tych zdrajców z Platformy niczym… no, mniejsza o to. Piszę do Pana, bo jako gorący orędownik Dobrej Zmiany zauważyłem działania, które należy uznać za dywersję, i chcę ostrzec Pana Prezesa przed niebezpieczeństwem, że wielki plan ratowania Polski Naszej Ukochanej Ojczyzny przed nowoczesnością, to jest, chciałem powiedzieć, Nowoczesną, może spalić na panewce.

Najpierw ta ustawa chroniąca dzieci przed zabijaniem. Czy Pan Prezes ją czytał? Ja myślę, że Pan nie czytał, bo taki przenikliwy umysł jak brzytwa Pana Prezesa… nie, to ten lewak był, nieważne… w każdym razie Pan Prezes na pewno by zauważył, że kara za zabicie dziecka poczętego jest tylko pięć lat. I że można nie karać kobiety. Ja Panu mówię, Panie Prezesie, że to jest dywersja i piąta kolumna i projekt podrzucony przez farbowane lisy, które udają pro-life. Żeby nas ośmieszyć. Bo jak? Mówimy, że dziecko poczęte to człowiek, ale jakiś inny człowiek i jego kodeks karny normalnie nie chroni, że się mordercę wsadza na dożywocie? Albo że w ogóle można mordercę puścić wolno! Dlatego trzeba szybko zadziałać. Najlepiej uchwalić ustawę, że za zabicie tych, co udają pro-life jest pięć lat więzienia, ale morderców wcale nie będziemy zamykać. Jak wykończą tych dywersantów, to się wtedy uchwali uczciwy projekt, że za zabicie dziecka jest normalnie dożywocie, a jeszcze lepiej kara śmierci. I dla wszystkich morderców, a nie tylko dla niektórych.

Potem jest ta Przyłębska i ten Pszczółkowski w Trybunale Konstytucyjnym, który Pan Prezes prawie by spacyfikował, ale właśnie ta Przyłębska i ten Pszczółkowski. No, Panie Prezesie, jak można? Przekaz dnia jest, że Rzepliński i s-ka wydali sobie opinię albo komunikat, a oni składają zdanie odrębne od wyroku. Od wyroku! Rozumie Pan Prezes? Przyznają, że to wyrok. Myśli Pan, że z głupoty? To ja Panu Prezesowi powiem, że nikt nie jest tak głupi, nawet jak stanowisko wyłącznie PiS-owi zawdzięcza. To są dywersanci. Tylko jak to się mogło stać, że oni się Panu Prezesowi tak szybko ze smyczy urwali? Notariusza Pan trzyma, Broszkę Pan trzyma, za co ja Pana Prezesa podziwiam, a tych dwoje, pożal się Boże, sędziów… Ech, żyć się odechciewa. Może Pan miał słabszy dzień, kiedy się na nich zdecydował? Ja bym Panu Prezesowi radził magnez brać. Ja biorę i umysł mam jak ten lewak.

Trzecie to bym chciał ostrzec Pana Prezesa, że Macierewicz zdradził. Ja wiem, że Panu ciężko to zauważyć, bo się przyjaźniliście od lat, ale niech Pan Prezes pomyśli o Brutusie. Też się przyjaźnił z Cezarem, a nóż mu wbił. I Macierewicz wbija, tylko Pan Prezes jeszcze nie czuje. A potem będzie za późno, jednego Kaczyńskiego już straciliśmy i drugiego stracić nie możemy, bo Pan syna nie ma, nad czym ubolewam. Korony nie będzie miał kto od Pana Prezesa przejąć. A chce ją przejąć Macierewicz. Pięć lat pracował nad ustaleniem przyczyn zamachu w Smoleńsku. I przecież wszystko wiemy. Ruscy zrobili meaconing i tupolew wleciał w sztuczną mgłę, którą rozpylili, i w tej mgle zdetonowali bombę paliwowo-powietrzną, a żeby Polacy przed bombą nie uciekli, to Ił-76 blokował im przelot, potem dwa razy wybuchł trotyl w środku (ten, co go Gmyz znalazł), który Ruscy ukryli, jak naprawiali tutkę. Dla pewności Ruscy jeszcze samolot zestrzelili, a potem dobili rannych, bo przecież nie zaatakowali bombą atomową, która wszystkich by od razu zabiła. Sam Pan Prezes przyzna, że to spójne i logiczne i trzyma się kupy, jak każdy wywód poseł Pawłowicz. To ja się pytam: co Macierewicz chce jeszcze badać?! Ja myślałem, że jak dojdziemy do władzy, to prokurator Ziobro weźmie od Macierewicza te parówki i te puszki po piwie, co dowodzą, że był zamach, a nie żadna katastrofa, i zamknie Tuska i Putina, że zabili Najjaśniejszego Prezydenta, a tu co? Podkomisja? Do czego? Ja Panu mówię, Panie Prezesie, że platformersi go przekabacili. On ma teraz grać na zwłokę, żeby Tusk zdążył wrócić do władzy, zanim Ziobro skaże go… znaczy się, zanim sąd skaże go za zabójstwo Lecha. Na to nie można pozwolić!

czwartek, 10 marca 2016

Prezydent Osrama

Jak doniosła „Nowa Trybuna Opolska”, w jednej z opolskich podstawówek ktoś w damskiej toalecie naskrobał napis „Andrzej Dupa”. Nauczyciele uznali, że nie są to pretensje Zosi z szóstej a ani Kasi z szóstej b, że Andrzejek z szóstej c jest dupa, bo zamiast ją na szkolnej imprezie poprosić do tańca i pocałować, podpierał twardo ścianę. W napisie dopatrzyli się politycznej dywersji i niepochlebnej opinii o pierwszym niezłomnym prezydencie w dziejach Rzeczpospolitej. W związku z tym dyrekcja szkoły przeprowadziła fachowe śledztwo, analizując grafologicznie zeszyty wywrotowego dwunastoletniego elementu, ale element nie dał się nakryć. Nie jest jasne, czy element był tak przebiegły, że pismo zmienił celowo, bo mogło to być spowodowane innym podłożem.

Cała sytuacja jest bardzo niepokojąca, takoż reakcje na nią, w związku z czym rząd Jaro… Beaty Szydło powinien niezwłocznie podjąć działania, żeby do podobnych skandali nie dochodziło w przyszłości.

Przede wszystkim Ministerstwo Edukacji powinno zorganizować pogadanki dla szóstoklasistek, że język polski jest bardzo bogaty. Jeśli mają jakieś wąty do przedstawicieli męskiej części populacji, zwłaszcza tych o imieniu Andrzej, to nie muszą sięgać po – politycznie podejrzane – słowo „dupa”. Niewydarzonych osobników płci przeciwnej można bowiem określić takimi pięknymi słowami jak „kutas”, „palant”, „chechłak” albo „luj pasiaty”. Zauważmy, że podobne środki ostrożności nie są potrzebne, jeśli Zosia odbije Kasi Andrzejka, gdyż epitety „szmata” albo „głupia gęś” w ogóle się nie kojarzą (to drugie ze względu na różnicę płci).

Policja polityczna IV RP powinna równolegle zwinąć całe grono pedagogiczne i dyrekcję rzeczonej podstawówki. A następnie, stosując ideologicznie słuszne metody przesłuchań (hiszpańskie buty, widełki heretyków), dowieść, że dopuścili się obrazy prezydenta, skoro „Andrzej Dupa” skojarzył im się z powszechnie szanowaną i respektowaną głową państwa. Najwyższy czas zacząć wymierzać kary za to, co obywatele myślą, a nie tylko za to, co mówią. Historia dowodzi bowiem, że ograniczanie się do tego ostatniego jest mało skuteczne.

Skoro obywatele mają niepożądane skojarzenia, minister Gliński powinien zlikwidować wszelkie teatry lalkowe, w pierwszej kolejności te szkolne. Tylko ktoś musi pociągnąć za sznurki, żeby to zrobił.

Warto się też przyjrzeć rozmaitym gazetom, które, relacjonując zdarzenie, stosują pisownię „Andrzej Du*a”. Wziąwszy pod uwagę, że pod gwiazdkę można podstawić różne litery, a nawet dwie naprzemiennie, ewidentnie jest to działanie inspirowane przez wraże siły zgniłej Europy, dążącej do obalenia demokracji socja… znaczy się, woli suwerena.

O całym zdarzeniu podobno (podają ci, którzy jeszcze kurwizję oglądają) poinformował „Teleexpress” w osobie Macieja Orłosia: „W szkole podstawowej w Opolu dzieci nabazgrały w toalecie brzydki napis. Nauczyciele byli zmuszeni wyjaśnić uczniom, że toaleta nie służy do pisania, tylko do…”.

I tym sposobem znaleźliśmy się przy tytule. Co ma on do rzeczy? Nic, po prostu amerykańskiego prezydenta można obrażać do woli. A mimo to jest szanowany. Można to nazwać paradoksem Andrzeja Du*y.

poniedziałek, 7 marca 2016

[----]

[Ustawa Lex Kurski z dnia 8.01.2016 r. o kontroli publikacji i widowisk]

„Teleexpress”, informując o Oscarze dla filmu „Spotlight”, podał, że opowiada on losy dziennikarskiego śledztwa w sprawie afery pedofilskiej w… Bostonie. Dziennikarka Katarzyna Piwońska pominęła taki szczególik, że afera miała miejsce w Kościele katolickim. Z przemilczenia tłumaczy się Maciej Orłoś, więc rozumiem, że również, a może nawet głównie on jest za tę manipulację odpowiedzialny:

Często w Teleexpressie podajemy "zajawkowo" informację, w krótszej formie, jednocześnie zapowiadając, że w Teleexpressie Extra będzie więcej na ten temat - tak było też w tym przypadku. (…)
Bardzo łatwo ulec "histerii" i szufladkowaniu - "skoro tak powiedzieli, to znaczy, że są sterowani" etc, a rzeczywistość nie jest tak czarno-biała, tak oczywista, tak prosta, jak wielu się wydaje; są też przecież takie zjawiska jak zwykły, przez nikogo nie "sterowany" błąd ludzki...
(cytaty z profilu Orłosia na Facebooku).

Jedno z dwojga: albo zajawka, albo błąd. Skoro Orłoś podaje oba wyjaśnienia naraz, to od razu widać, że plącze się w zeznaniach. Zresztą też z osobna żadne nie jest wiarygodne. Informację, że „Boston Globe” bada aferę pedofilską wśród księży, omyłkowo pominąć mógłby tylko dziennikarz, który by o tym nie wiedział albo który nie potrafiłby ocenić, że jest to fakt dla filmu kluczowy. W obu przypadkach świadczyłoby to o jego skrajnej niekompetencji. Ponieważ materiał dziennikarski jest czytany i sprawdzany nie tylko przez jego autora, to wyjaśnienie o pomyłce byłoby możliwe do przyjęcia jedynie wraz z oświadczeniem Orłosia, że redakcję „Teleexpressu” tworzy banda ignorantów. Poza tym takiego pecha, że głupia pomyłka wygląda na świadome działanie i stawia człowieka w bardzo niezręcznej sytuacji, to mają tylko bohaterowie sitcomów. Co do zajawki, to również takowa zawiera zawsze kluczowe fakty. Czy Piwońska podała „zajawkowo” informację, że „Spotlight” dostał nagrodę na gali filmowej w Los Angeles, a dopiero w „Teleexpressie Extra” zostało dopowiedziane, że Oscara? Nie. Więc niech pan Orłoś nie robi z widzów idiotów. Bo wielu tych widzów jeszcze pamięta PRL i doskonale wie, jak wyglądają techniki manipulacji. Jeśli niewygodnej wiadomości nie da się pominąć, to się spycha ją do programu o dużo niższej oglądalności. Nowością zaś w PiS-landii jest zamieszczanie przeprosin za kłamstwa i manipulacje na Facebooku. Kilkumilionowej widowni wcisnęło się kit, a sprostowanie zamieszcza się dla kilkunastu tysięcy.

Co więcej, Orłoś nie podejmuje dyskusji z komentującymi, którzy jego wyjaśnienia w sposób rzeczowy obalili. Nieraz osobie sławnej rzeczywiście trudno włączać się w dyskusję pod wpisem, jeśli komentarzy jest kilkaset, ale tu zamieszczono ich raptem kilkadziesiąt, poza tym sprawa jest wielkiej wagi. Tymczasem Orłosia bronią pracownicy „Teleexpressu” i jego rodzina, ale nie merytorycznie, tylko „udzielając poparcia”. Koresponduje to z „argumentami” zwolenników PiS-u, którzy mają do powiedzenia tyle, że psy szczekają, a karawana jedzie dalej.

Maciej Orłoś zaprzecza, jakoby był sterowany, jakoby polecenie, żeby unikać łączenia słów „pedofile” i „księżą”, przyszło z góry. I ja mu wierzę. Bo Orłoś najwyraźniej nie jest z tych, z którymi cenzura musi walczyć. Wystarczy, że istnieje, a oni sami już wiedzą, co wolno powiedzieć, a czego należy się wystrzegać. To jest autocenzura, dużo gorsza od tej oficjalnej. Bo pozwala komuś, kto się zeszmacił, zachowywać przekonanie, że posiada kręgosłup: przecież ja nic nie wykreśliłem, nikt mi nic nie kazał wyrzucać czy zmieniać, gdyby tak było, to bym się postawił. Pan Orłoś żyje w przekonaniu, że on się Jacka Kurskiego nie boi, gdyż wypiera ze świadomości, że doskonale wie, skąd wieje wiatr, i że odpowiednio do tego wiatru potrafi się ustawić.

O tym wypieraniu świadczy też przedstawianie przez Orłosia dowodu, że manipulacji nie było, bo kiedy „Spotlight” wchodził w Polsce na ekrany, „Teleexpress” podał, że tematem jest afera pedofilska w Kościele. No cóż, filmy kręci się o różnych rzeczach, nagrody dostają nieliczne. Informacja, że powstał czy wszedł do kin film o księżach pedofilach, nie ma takiej wagi jak news, że dostał on najważniejszego Oscara. Bo to uwiarygadnia zawarte w nim zarzuty. A pan Orłoś nie chciał (czy raczej Kurski z Rydzykiem nie chcieli, a Orłoś doskonale wyczuwa, czego oni sobie nie życzą), żeby jego widzowie, z których spora część uznaje oskarżenia księży o pedofilię za pomówienia wygłaszane przez wrogów Kościoła, dostali komunikat, że te „pomówienia” zostały wsparte autorytetem najbardziej renomowanej nagrody filmowej na świecie.

A jako pointę odnotujmy smaczek, że Maciej Orłoś jest członkiem Stowarzyszenia Wolnego Słowa, którego statutowym celem jest „działanie na rzecz wolności słowa poprzez: / 1) monitorowanie przejawów naruszania wolności słowa (…)”. Mnie by interesowało, co Stowarzyszenie ma do powiedzenia w sprawie manipulowania wiadomościami w programach informacyjnych TVP, niestety, na jego stronie oświadczenia w tej sprawie na próżno szukać.


PS. Po latach prowadzenia bloga uznałem, że może byłoby fajnie, gdyby wpadło za to trochę kasy. Kto chciałby z tej kasy wyskoczyć, szczegóły znajdzie we wpisie Postaw mi piwo.

czwartek, 25 lutego 2016

Kilka oczywistych prawd, czyli dekalog człowieka rozsądnego

1. Ziemia jest okrągła.

2. Lechowi Wałęsie zawdzięczamy wolność.

3. Ziemia krąży wokół Słońca.

4. Leszkowi Balcerowiczowi zawdzięczamy zdrową gospodarkę.

5. Teoria ewolucji jest prawdziwa.

6. Nie było zamachu w Smoleńsku.

7. Homoseksualiści są normalni.

8. Szczepionki nie powodują autyzmu.

9. Ateiści nie są niemoralni.

10. Elvisa Presleya nie ma wśród żywych.

Przepraszam. Znajdując się w kraju nad Wisłą Anno Domini 2016, odczułem potrzebę przypomnienia paru oczywistości. Sobie samemu.

sobota, 6 lutego 2016

Nasi górą

Z niemieckiej telewizji dowiedziałem się, że niemiecka tenisistka Angelique Kerber wygrała Australian Open i że Niemcy zostali mistrzami Europy w piłce ręcznej.

Z polskiej prasy dowiedziałem się, że Kerber nie jest żadną Angelique, tylko Andżeliką, rodowitą Polką, bo bez akcentu mówi w języku Mickiewicza „ja pierdolę”. Do tego nawet chciała grać dla naszego kraju, ale Polski Związek Tenisowy nie był zainteresowany. Nie szkodzi. Moralnie to my wygraliśmy Australian Open, nawet jeśli niemieccy komentatorzy nie są tego świadomi. A że wygraliśmy za niemieckie pieniądze, to świadczy tylko o naszej przemyślności.

Niemieccy kibice piłki ręcznej poza piłką ręczną interesują się głównie polską polityką, w związku z czym podczas gali medalowej wygwizdali premier pacynkę. Żeby nie było wątpliwości, kto gwiżdże, gwizdali z niemieckim akcentem. Szkoda, że pani poseł Krystyna Pawłowicz pośpieszyła się z bojkotem niemieckich towarów, bo teraz nie mamy już po co sięgać w ramach retorsji. No chyba, że za takie uznamy zabranie Niemcom Kerber.

W ramach retorsji za nazwanie PiS-landii państwem mafijnym PiS podało „Wyborczą” do sądu. „Wyborcza” uznała, że po zlikwidowaniu mediów publicznych jest to próba zastraszenia mediów prywatnych. W razie przegrania procesu „Wyborcza” będzie musiała opublikować przeprosiny na swoich łamach (koszt 0 zł), na swojej stronie internetowej (koszt 0 zł) i przesłać je listem do siedziby PiS-u (koszt poleconeg0 4,20 zł). Rzeczywiście PiS dokonuje zamachu na ekonomiczne podstawy bytu prywatnej prasy.

Po udanym zamachu na polsko-słowackie centrum NATO PiS obawia się odwetu ze strony Słowaków. W tym celu musi odzyskać kolejkę na Kasprowy, by na granicy z potencjalnym agresorem nie działała obca firma. Może szpiegować dla wroga, a więc stanowi zagrożenie dla Polski.

Macierewicz, który będzie nas bronił przed Słowakami (piechotą, bo francuskich helikopterów nie chce), powołał podkomisję z wybitnymi specjalistami od parówek i puszek aluminiowych, mającymi ustalić prawdę o zamachu smoleńskim. Do ustalania przystępują bez wyrobionej z góry opinii, jak ta prawda wygląda, to, co wcześniej głosili w ramach pracy zespołu parlamentarnego Macierewicza, poszło w niepamięć.

O powstaniu podkomisji poinformowała radiowa Trójka. Zacytowała dra Macieja Laska, że nie ma w niej osób posiadających doświadczenie w badaniu katastrof lotniczych. Potem lektor wymienił kwalifikacje dwóch członków podkomisji (z dwudziestu jeden), mające sugerować coś przeciwnego. Przesłanie: Lasek mija się z prawdą. Rządowe media nie. Tylko nią manipulują.

poniedziałek, 28 grudnia 2015

Nikt mu nie wmówi, że białe jest białe, a czarne jest czarne

Niestety, moje prognozy, jak będą wyglądały rządu PiS-u, okazały się funta kłaków warte, rację w stu procentach miała „Wyborcza”, choć jej teksty sprzed wyborów sprawiały wrażenie histerycznych. I trudno mi się nawet pocieszać, że niektórzy byli jeszcze bardziej naiwni i uwierzyli, że PiS rzeczywiście będzie rządził w sposób umiarkowany. Że byli tacy, co za dobrą monetę wzięli zapewnienia, że Macierewicz wcale nie będzie ministrem obrony. W Gowina na tym stanowisku nie wierzyłem ani przez sekundę, choć oczywiście nie przypuszczałem, że nasz narodowy świr wypowie wojnę NATO, a nie Rosji.

Trudno się też pocieszać tym, że nawet w samym PiS-ie uwierzyli, że Kaczyński da im więcej swobody. Duda i Szydło nie mieli wprawdzie wątpliwości, że będą zależni od prezesa, ale byli jednak przekonani, że pewną autonomię z racji zajmowanych stanowisk dostaną. Szybko im Kaczyński pokazał, że są jedynie pacynkami. Przy czym w sytuacji pacynek występuje zasadnicza różnica: Szydło nie ma narzędzi, by się prezesowi przeciwstawić, może jedynie zrezygnować ze stanowiska na znak protestu, że premier w Polsce nie może być całkowicie ubezwłasnowolniony (oczywiście nie zrezygnuje, za stołek jest gotowa na każde upokorzenie, skoro dała się posłać na urlop, by nie przeszkadzała Naczelnikowi w tworzeniu jej rządu), Duda takie narzędzia ma. Ale za grosz charakteru. Człowiek niezłomny nie opowiada, że jest niezłomny, tylko pokazuje to w działaniu. Obserwując uległość Dudy, można się pytać, jak ktoś tak pozbawiony woli walki mógł trafić do polityki. Polityka jest zajęciem dla bokserów, a tymczasem tu na ring wszedł gość uprawiający gimnastykę artystyczną, przypadkiem znokautował swoją wstążką rywala i przerażony pomaga mu wstać, żeby ten mógł go walnąć kolejnym prawym sierpowym.

Byłem przekonany, że Kaczyński będzie działał tak jak poprzednio. Że będzie się rozpychał, naruszał demokratyczne procedury, ale nie, że wprost będzie je łamał. Że łatwość, z jaką ignoruje swoje obietnice wyborcze (co zresztą typowe dla wszystkich polskich polityków), pozwoli mu wycofać się z kosztownych prezentów dla wyborców. Na to zresztą wskazywały nominacje do resortów gospodarczych. Jeszcze wprawdzie te kosztowne prezenty nie zostały rozdane, ale raczej wygląda na to, że PiS nie zamierza się z nich wycofać.

Nawet jeśli się wycofa, to likwidacja państwa prawa jest już faktem. Kaczyński zaczyna przywracać stan sprzed roku 1989. Retoryka jest już w pełni komunistyczna (tylko określenia są inne, nie „zaplute karły reakcji”, lecz „Polacy najgorszego sortu”, nie „socjalistyczny”, lecz „narodowy”), wróciła nowomowa, mająca zatuszować, że działania rządzących stoją w całkowitej sprzeczności z głoszonymi ideami. Komuniści starali się udawać, że PRL jest krajem demokratycznym, PiS robiąc z Trybunału Konstytucyjnego instytucję pozbawioną realnej możliwości uznawania ustaw za niekonstytucyjne, nie likwiduje go, żeby móc twierdzić, że Polska pod rządami PiS-u jest demokratycznym państwem prawnym.

Co będzie dalej? Odpowiednio zmieniona ordynacja wyborcza, żeby PiS wygrywał wszystkie następne wybory? W obliczu zerowych szans Dudy na kolejną kadencję wybór prezydenta nie przez naród, a przez parlament (co z tego, że niekonstytucyjny, skoro nie ma kto tego stwierdzić, a PiS nie cofa się przed jawnym łamaniem konstytucji)? Wybór oczywiście nie Dudy, tylko Kaczyńskiego. Wystąpienie z Unii Europejskiej, bo wtrąca się w nasze wewnętrzne sprawy? Tak swoją drogą, czy ktoś kiedyś słyszał, żeby Francja, Wielka Brytania, Szwecja albo Kanada oskarżały inne państwa o wtrącanie się w ich wewnętrzne sprawy. To jest domeną krajów, w których rządzący łamią prawa człowieka lub rujnują gospodarkę, i Polska ustami ministra Waszczykowskiego właśnie dołączyła do chóru oburzonych, że ktoś im śmie wskazywać, jak mają postępować, który to chór tworzą m.in. Chiny, Białoruś i Grecja.

W tym, że człowiek działający w komunistycznej opozycji chce zaprowadzać dokładnie ten sam ustrój (zresztą przy pomocy jego funkcjonariuszy), generalnie nie ma nic zaskakującego. Niejeden rewolucjonista po obaleniu dyktatora sam się nim stawał. Pytanie, jak do tego doszło, że Polacy dali władzę człowiekowi, który politycznie i ekonomicznie chce im zafundować powtórkę z PRL-u. Bo Jarosław Kaczyński nie jest problemem. Problemem jest, że ma kilka milionów wyborców (tę kwestię poruszałem już we wpisie Tupolew a powstanie warszawskie).

Większość Polaków nie wie lub nie rozumie, jak działa demokracja. Świadczy o tym fakt, że połowa nie bierze udziału w wyborach, a część z biorących udział w wyborach nie respektuje demokratycznego werdyktu (vide: kwestionowanie wyboru Komorowskiego na prezydenta). Co za tym idzie, nie odwraca się od polityka, który zasady demokracji werbalnie odrzuca (bo dotąd Kaczyński tak robił, odrzucał je werbalnie, de facto szanował, odmawiał Komorowskiemu miana prezydenta, ale go nie obalał). Nawiasem mówiąc, doliczanie niegłosujących do przeciwników PiS-u i utrzymywanie, że na tę partię zagłosowało jedynie 18,5 % społeczeństwa, jest nieuprawnione. Po pierwsze najbardziej prawdopodobne jest założenie, że wśród niegłosujących sympatie rozkładają się podobnie jak wśród głosujących, a po drugie, jeśli ktoś nie poszedł na wybory, to sam zadecydował, że jego głos nie ma być liczony. PiS poparło 37,5%. Nie więcej i nie jest to żadna miażdżąca większość, ale też nie mniej.

Polscy politycy (wszystkich opcji), zamiast zadbać o stosowną edukację społeczeństwa, sami zasad demokracji nie rozumieją, a jeśli rozumieją, to nie mają specjalnej ochoty się ich trzymać. PiS chce zlikwidować służbę cywilną, będącą jednym z filarów demokratycznego współczesnego społeczeństwa? Jakoś trudno się dopatrzyć, by ta służba była oczkiem w głowie rządów SLD czy PO. Oczywiście wniosek/argument PiS-u, że skoro konkursy na stanowiska były obchodzone, to najlepiej je zlikwidować, przypomina rozumowanie, że jeśli pali nam się chałupa, najlepiej będzie dolać benzyny. Tyle że dyskusja nie toczy się już wokół tego, czy można kraść, czy nie, tylko wokół tego, ile można ukraść. „Pan ukradł telewizor”. „No, dobrze, ale to nie usprawiedliwia, żeby pan kradł samochód”. „Pan sam kradnie, więc proszę nie uczyć mnie moralności”, itd.

Duda łamie konstytucję, bo nie zaprzysięga sędziów wybranych przez Platformę? Ale to politycy PO dali mu pretekst, wybierając niekonstytucyjnie dwóch sędziów (i proszę mi nie mówić, że dowiedzieli się tego z orzeczenia Trybunału). PiS zlikwidował rotację na stanowisku przewodniczącego komisji ds. służb specjalnych, tak by nie zajmował go przedstawiciel opozycji? Ale tę rotację wprowadziła PO, wcześniej to stanowisko było zarezerwowane dla opozycji. PO konsekwentnie kruszyła fundamenty polskiego domu, więc średnio nadaje się na zgłaszającego pretensje, że ktoś inny rozwala te fundamenty z kopa. Oczywiście to rozwalania nie usprawiedliwia, bo nie będzie gdzie mieszkać. I wiadomo, że PiS rozwalałby tak czy tak, ale trudniej byłoby mu znaleźć wytłumaczenie albo mniej osób by je akceptowało.

Spora część Polaków (tych najgorszego sortu) nie ma ochoty żyć w kraju, w którym musi powstawać Komitet Obrony Demokracji, jakby były lata 70. ubiegłego wieku. Spora część Polaków (tych najgorszego sortu) uznaje demokratyczne standardy i prawa jednostki obowiązujące w Niemczech, Szwecji i Wielkiej Brytanii. Gdzie żadnemu politykowi nie mieści się w głowie, że można nie akceptować demokratycznego werdyktu, nie szanować praw mniejszości, nie uznawać ustanowionego prawa za nadrzędne. Gdzie człowiekowi nie odmawia się jego praw, dlatego że należy do mniejszości seksualnej czy religijnej. Spora część Polaków (tych najgorszego sortu) chce żyć w kraju podobnym do tych wymienionych, a nie w drugich Chinach (politycznie) i drugiej Grecji (ekonomicznie) pod rządami drugiego Łukaszenki. W związku z tym ponawiam swój wniosek, żeby się podzielić. Oddać Jarosławowi Kaczyńskiemu i jego zwolennikom 37,5% terytorium, gdzie będzie rządził do śmierci i gdzie nikt mu nie będzie wmawiał, że białe jest białe, a czarne czarne, bo wszyscy będą akceptować, że o tym, jaki widzą kolor, decyduje prezes.

poniedziałek, 2 listopada 2015

Przemoczeni

Ze wstydem muszę wyznać, że w dniu wyborów się złamałem i zagłosowałem na Nowoczesną. Ze wstydem, bo zwykłem dotrzymywać obietnic, nawet jeśli są dla mnie niewygodne. Usprawiedliwiałem się, że działam w interesie tych wszystkich ekonomicznych analfabetów i ludzi nierozumiejących współczesnego świata, którzy w większości tworzą polski elektorat. Co jest zadziwiające, jeśli chodzi o ten elektorat, to zawsze potrafi on we własnym interesie zagłosować nogami, nigdy głową. W latach 90. zatęsknił za socjalizmem, ale jakoś fala emigracji nie ruszyła na Kubę czy do Korei Północnej, które idee socjalizmu w pełni zrealizowały. Tak samo teraz. Zamiast do Iranu, Polacy wyjeżdżają do tych zepsutych krajów, które chcą nam narzucić uchodźców, homoseksualizm i swobodę światopoglądową. Do krajów, będących w ekonomicznie lepszej sytuacji, bo stosują rozwiązania, na które elektorat w Polsce nie wyraża zgody. Nogi są mądrzejsze od głowy. Taka genetyczna anomalia homo polaccus. Na to, że polski zakuty łeb dostrzeże, że z powodu decyzji tego łba nogi muszą się więcej nachodzić, szans najwyraźniej nie ma.

Wynikiem wyborów nie jestem jednak w najmniejszym stopniu zmartwiony, uważam, że w obecnej sytuacji politycznej jest on wręcz optymalny. Przede wszystkim bardzo dobrze, że nie może powstać rząd antypisowski. Członkowie takiej koalicji żarliby się ze sobą i w następnych wyborach PiS miałby większość konstytucyjną. Za to Platforma w opozycji może pójdzie po rozum do głowy, że ignorowanie własnego elektoratu i podlizywanie się wyborcom konkurenta nie jest wcale skuteczną metodą na wygrywanie wyborów i że rządzenie nie polega na tym, by utrzymywać się przy władzy, ale na tym, by realizować program, dzięki któremu do władzy się doszło.

Bardzo dobrze, że PiS ma samodzielną większość. Nie pozwoli to zaistnieć cudakom od Kukiza, a jednocześnie PiS nie będzie miał wymówki, że koalicjant na to czy siamto mu nie pozwala. Pewnie znajdzie sobie inne usprawiedliwienia, bo tłumaczenie się, dlaczego czegoś nie robią, jest jedyną umiejętnością, którą nasi politycy opanowali do perfekcji, ale już jakaś część wyborców tego nie kupi.

Czy rządy PiS są dla Polski niebezpieczne? Nie mam takiego przekonania. Będą niekorzystne, ale tylko nieco mniej niekorzystne byłyby rządy Platformy, którą kolejne zwycięstwo umocniłoby w przekonaniu, że najlepsza jest taktyka ciepłej wody w kranie, a nie modernizowanie kraju. Pewnie będzie polowanie na czarownice, ale z chęcią zobaczę, jak PiS, mając już teraz po temu wszelkie instrumenty, łapie zamachowców ze Smoleńska. Gospodarki Kaczyński nie zrujnuje, bo nie na tym punkcie ma obsesję. Co więcej, on wie, że socjalistyczna gospodarka nie działa, której to wiedzy najwyraźniej brakuje np. panu Zandbergowi. Zresztą pomysły PiS-u są dużo mniej groźnie niż pozornie wyglądają. Odwrócenie reformy emerytalnej ma rzekomo rozwalić finanse państwa, a ludzi skazać na głodową emeryturę. Tylko o czym my mówimy? Przecież to Tusk zlikwidował OFE, większości przywilejów emerytalnych nie zniósł, a docelowy wiek emerytalny kobiet 67 lat ma być osiągnięty w 2040 roku. W 2040 r. przeciętna długość życia będzie wynosiła tyle, że emerytury będą się bilansowały tylko wtedy, jeśli ludzie będą pracowali do 75 lat. To była pseudoreforma, a nie reforma. Nawiasem mówiąc, Tusk powinien dostać za nią politycznego IG Nobla. Naraził się jednocześnie przeciwnikom i zwolennikom wydłużenia wieku emerytalnego, a nie wprowadził żadnego rozwiązania korzystnego dla kraju.

Z Sejmu wypada SLD i bardzo dobrze; jeśli chodzi o mnie, ćwierć wieku za późno. Wypada zresztą na własne życzenie, bo nic nie stało na przeszkodzie, by się zarejestrować jako komitet wyborczy, a nie koalicja. Ponieważ w ten sposób nie tylko pozbawił się reprezentacji parlamentarnej, ale i zapewnił PiS-owi samodzielną większość, należy uznać to za kolejny majstersztyk godny IG Nobla.

Kompletnie nie podzielam żalów, że w Sejmie nie będzie lewicy. Po pierwsze z SLD jest taka lewica, jak z PiS-u prawica, bo lewicowcy nie modlą się publicznie w klasztorach, a prawicowcy nie fundują hojnych zasiłków na dzieci, a po drugie podział lewica-prawica jest całkowicie anachroniczny. Teraz linia podziału przebiega między zwolennikami postępu a zwolennikami zacofania, zwanymi obrońcami tradycyjnych wartości. Między ludźmi, którzy dostrzegają, że świat nie stoi w miejscu, i rozumieją, że problemy przynoszone przez postęp należy rozwiązywać bez ideologicznych naleciałości, a tymi, którzy chcą zatrzymać postęp, chociaż z niego w efekcie korzystają. Między politykami, którzy honorują prawa człowieka, a tymi, którzy przez człowieka rozumieją białego heteroseksualnego katolika. I niestety tych pierwszych w świeżo wybranym Sejmie jest garstka (i to jest problem, a nie brak lewicy). Ale w poprzednim wcale nie było wiele lepiej. Dlatego nie doczekaliśmy się euro, związków partnerskich, pełnej wolności słowa, za to mamy państwo półwyznaniowe i dyskryminacyjną ustawę o in vitro (która jak na razie w ogóle eliminuje tę formę leczenia). Zamiast ku nowoczesności, którą symbolizuje już nie tylko Europa Zachodnia, ale również katolicka Ameryka Południowa, wprowadzająca dzięki orzecznictwu sądów małżeństwa homoseksualne, orbitujemy w stronę Iranu z jego religijną dyktaturą i Nigerii z jej karaniem więzieniem za homoseksualizm. I to jest konkluzja po ośmiu latach rządów rzekomo liberalnej partii. Naprawdę nie zamieniliśmy siekierki na kijek, przenieśliśmy się jedynie z deszczu pod rynnę.

poniedziałek, 19 października 2015

Bye bye, Platformo!

Zgodnie ze złożoną obietnicą, że będę głosował na PiS, jeśli dojdzie do dziesiątej rocznicy niezrewaloryzowania stawek za tłumaczenia uwierzytelnione, w najbliższą niedzielę oddaję swój głos na tę partię.

Ale zagłosowałbym na PiS, nawet gdybym tej obietnicy nie złożył. Platforma się na mnie wypięła i nie przyłożę ręki do tego, by ponownie znalazła się u władzy, a takim przyłożeniem ręki byłby np. głos na Nowoczesną. A co z tego, że Petru ma świetny program, skoro Platforma nie pozwoli mu go zrealizować.

Platforma przed wyborami w 2011 roku złożyła następujące obietnice:

1. Obniżenie zasadniczej stawki VAT do 22% w 2014 roku.

Samo sformułowanie tej obietnicy było niezłą manipulacją, bo to Platforma wcześniej ten podatek podniosła, czyli mogłaby co najwyżej mówić o przywróceniu starej stawki, a nie jej obniżeniu. Oczywiście nadal płacimy 23-procentowy VAT. I wyższe podatki dochodowe przez zamrożenie wszystkich możliwych progów. Platforma, ciągle obiecująca obniżenie podatków, nigdy żadnych nie obniżyła, zrobił to PiS.

2. Płace sfery budżetowej, zamrożone ze względu na kryzys, zaczną ponownie rosnąć.

No, właśnie widzę, jak mi stawki za tłumaczenia urosły. Na wysokość kaktusa na mojej dłoni. Większość sfery budżetowej od 2009 roku nie miała nawet waloryzacji. Przy czym żadnego kryzysu w Polsce nie było, sama Platforma się chwaliła, że byliśmy zieloną wyspą i ciągle mieliśmy wzrost gospodarczy. Skoro przez osiem lat był wzrost, czyli pieniędzy przybywało, a Platforma ich nie ma mimo podwyższania podatków i oszczędzania na waloryzowaniu płac, to zasadne pytanie brzmi, gdzie się one podziały.

3. Wprowadzenie do 2013 roku rozwiązań gwarantujących Polsce wysokie przychody z wydobycia gazu łupkowego, które przeznaczone będą na bezpieczeństwo przyszłych emerytur.

Na łupkach pan Tusk nie zarobił, więc zrobił skok na OFE.

4. Wprowadzenie konkurencji dla NFZ przez możliwość wyboru ubezpieczyciela

No, i mamy wybór. Między NFZ a Narodowym Funduszem Zdrowia.

5. Skrócenie terminu oczekiwania przez obywatela na rozstrzygnięcie jego sprawy w sądzie o 1/3.

Także i ta obietnica została zrealizowana, gdyż, jak oznajmił sędzia Żurek w wywiadzie dla „Wyborczej”, przewlekłość postępowań sądowych jest mitem. A ja po prostu żyję w jakimś matriksie, nie zaś w trzeciej RP, i dlatego mój proces przeciwko Czarnej Owcy zbliża się do czwartej rocznicy, a rychłe rozstrzygnięcie się nie zapowiada.

Z pomniejszych spraw PO obiecała zniesienie formularzy PIT i obowiązku wożenia ze sobą prawa jazdy i dowodu rejestracyjnego. W ogóle na 21 obietnic, z tego, co patrzę, zostały zrealizowane… dwie. Ulga podatkowa na trzecie dziecko i 300 mld z UE. Na stronie internetowej Platformy oczywiście nie ma słowa, dlaczego te obietnice nie zostały wypełnione, w ogóle nie ma po nich śladu, można sobie za to przeczytać, jakich to cudów PO nie dokona przez następne cztery lata.

Po przegranej Komorowskiego „Wyborcza” wpadła w panikę i regularnie straszy czytelników czarnym ludem, czyli PiS-em. Różni autorzy w różnych tekstach wciąż powtarzają te same tezy:

1. PiS zrujnuje polską gospodarkę, bo będzie zwiększał deficyt budżetowy i dopłacał do kopalni, a w ogóle to etatystyczna partia.

Platforma, jak wiadomo, przez osiem lat rządów sprywatyzowała resztę państwowego majątku, co roku uchwalała budżet z nadwyżką, a górnikom twardo się postawiła i nie dała na nierentowne kopalnie ani złotówki.

2. Za PiS-u Polska przestanie być państwem neutralnym światopoglądowo i rządzić będzie Kościół.

Za Platformy, jak wiadomo, zasada, że Polska jest państwem neutralnym światopoglądowo, była egzekwowana z żelazną konsekwencją, PO wypowiedziała konkordat, lekcje religii w szkołach zastąpiła wychowaniem seksualnym, nie zapraszała katolickich biskupów na państwowe uroczystości, zniosła art. 196 kodeksu karnego penalizujący bluźnierstwo, uchwaliła ustawę o związkach partnerskich, dopuściła aborcję ze względów społecznych.

3. PiS nie będzie honorował demokratycznych standardów.

Platforma, jak wiadomo, jest partią, która skrupulatnie dba o demokratyczne standardy. Na przykład taki pomysł (podsunięty pewnie przez piątą kolumnę z PiS-u), by przyśpieszyć wybór dwóch sędziów Trybunału Konstytucyjnego, żeby nie wybrał ich – zgodnie z terminarzem – następny parlament, w którym PiS mógłby mieć większość, uznano w PO za absurdalny.

4. PiS to partia nacjonalistów i ksenofobów.

Kosmopolityczna Platforma, jak wiadomo, nie uprawiała żenujących targów, czy przyjąć mniejszą czy większą garstkę uchodźców, tylko zadeklarowała, że w obliczu ludzkiego nieszczęścia Polska jest gotowa pomagać, nie patrząc na rasę i wyznanie potrzebującego pomocy.

Jeśli mam dwie partie, z których jedna opowiada się za socjalistyczną gospodarką i katolicyzmem jako obowiązującą doktryną, a druga ma w programie liberalizm gospodarczy i światopoglądowy, tymczasem rządząc, wprowadza socjalistyczne rozwiązania i pozwala, by Kościół jej dyktował, co ma robić, to wybieram tę pierwszą. Wolę mieć do czynienia z ludźmi, którzy mają poglądy całkowicie odmienne od moich, niż z hipokrytami, którzy co innego mówią, a co innego robią. Lepszy wróg, niż fałszywy przyjaciel. Kiedy Kaczyński będzie dotował kopalnie i blokował związki partnerskie, to będę się wkurzał. Ale to będzie nic przy tym wkurwie, jaki odczuwam, kiedy Kopacz dotuje kopalnie i blokuje związki partnerskie, jednocześnie opowiadając, jaka to ona jest przeciwna dotowaniu kopalni i jak bardzo jej zależy na zalegalizowaniu związków partnerskich. I szanuję Kaczyńskiego za to, że dąży do władzy nie dla samej władzy, lecz by zrealizować jakąś swoją wizję. Ta wizja jest oczywiście na miarę XIX, a nie XXI wieku, ale nie zmienia to faktu, że Kaczyński jest ostatnim z wielkich polskich polityków, jak Kuroń, Wałęsa czy Mazowiecki, którym na czymś zależało. Tusk, Kopacz i całej tej miernocie zależy wyłącznie na tym, by rządzić, ale innej motywacji do tego rządzenia, niż bycie przy władzy i czerpanie z niej profitów, nie widać.

Przez osiem lat rządów PO konsekwentnie ignorowała swój elektorat, działała wbrew jego interesom (co zresztą, biorąc pod uwagę strukturę tego elektoratu, było działaniem antymodernizacyjnym), a teraz Michnik sięgnął po kij, by ten elektorat poparł PO. Niedoczekanie, panie Michnik. Przecież Kopacz już nawet nie próbuje udawać, że ma dla swoich wyborców marchewkę. Ogłasza, że zniesie ZUS. Każdy prowadzący działalność gospodarczą na takie hasło nadstawia uszu jak królik. Oczywiście nikt nie jest naiwny i w zniesienie ZUS-u nie wierzy, ale może to horrendalne obciążenie zostanie jakoś zracjonalizowane. Uzależnione od dochodu, od przychodu, dostosowane wielkością do rzeczywistych średnich zarobków, a nie zawyżonych przez pensje górników z trzynastką i czternastką. I co? Okazuje się, że to propozycja dla pracowników. Będąca, jak słusznie zauważył Petru, zwykłą księgową ściemą. Na dodatek głęboko szkodliwą, bo po to wypłaca się pensje brutto, by przeciętny człowiek miał świadomość, że budżet państwa i ZUS-u zasilają jego pieniądze, a nie jakieś rządowe, których w związku z tym może być nieograniczona ilość.

Kolejnym powodem, dla którego nie zagłosuję na Platformę, jest skład jej list. Michał Kamiński, Joanna Kluzik-Rostkowska, Ludwik Dorn. Sorry, ale po co mam głosować na jakiś PiS bis, skoro mogę na oryginalny? A przecież ci ludzie wcale nie zmienili poglądów. Kluzik-Rostkowska jako minister pisze i wydaje podręcznik szkolny, co jest socjalistycznym rozwiązaniem, którego nie było nawet w PRL-u, a Dorn oświadcza, że jak się komuś nie podobają rekolekcje zamiast zajęć szkolnych i krzyże w urzędach, to może wypierdalać do Francji. Użył wprawdzie łagodniejszego sformułowania, ale sens był właśnie taki. Jako wrocławianin mam zresztą małe déjà vu, bo prezydent Dutkiewicz oświadczył, że ci wrocławianie, którym nie podoba się jego polityka, mogą wypierdalać do Łodzi. Osobiście uważam, że Dorn powinien ze swoimi poglądami wypierdalać do Iranu, a Dutkiewicz ze swoją butą na Księżyc, na Dutkiewicza nie głosowałem i na Dorna też nie zamierzam.

W wywiadzie dla „Gazety Wyborczej” Joanna Mucha, posłanka Platformy, na pytanie o Gowina jako potencjalnego ministra obrony w rządzie PiS odpowiada:
Jarosław Gowin nie jest specjalistą w sprawach obrony, tak samo jak nie był specjalistą w sprawie wymiaru sprawiedliwości. Gdy stał na czele resortu sprawiedliwości, oparł się na wiceministrze Królikowskim, który bardziej zajmował się sprawami światopoglądowymi niż kwestiami reformy wymiaru sprawiedliwości. Gdyby został szefem MON, najważniejsze decyzje podejmowałby „główny doradca”. Powstaje pytanie, czy będzie to Antoni Macierewicz (…)

Tak, pani poseł, ma pani całkowitą rację. Partia, która mianuje niekompetentnego Gowina ministrem i pozwala, by resortem kierował zideologizowany wiceminister, nie powinna rządzić.

poniedziałek, 12 października 2015

Rada Strażników Konstytucji

Po parodii procesu Doda została skazana za swoją wypowiedź, że Biblię „spisał jakiś napruty winem i palący jakieś zioła”. Teraz Trybunał Konstytucyjny uznał, że paragraf o obrazie uczuć religijnych, z którego ją dupnięto, jest zgodny z konstytucją i zasadą wolności słowa. Fabuła tej farsy rozgrywa się nie w średniowieczu na Bliskim Wschodzie, lecz w Europie XXI wieku.

Swój komentarz opieram na artykule w „Wyborczej”, co zaznaczam, bo jego autorka Ewa Siedlecka, jak to dziennikarz, myli fakty, podaje nieprawdziwą kwotę grzywny (nie 50, a 5 tysięcy, taka drobna różnica) i źle cytuje wypowiedź Dody, więc diabli wiedzą, co jeszcze w swoim tekście zdołała pokręcić.

Przepisu, karzącego de facto za bluźnierstwo, przed Trybunałem Koście… tfu, Konstytucyjnym bronili przedstawiciele Prokuratura Generalnego i Sejmu. Przedstawili argument, że skazań jest mało i nikt nie poszedł siedzieć. Skoro nikła liczba ściganych osób i niewymierzanie maksymalnej sankcji usprawiedliwiają karanie za rzecz w całym cywilizowanym świecie dopuszczalną, to proponuję, w celu zlikwidowania grafomanii, wprowadzić karę śmierci za opublikowanie więcej niż pięciu książek rocznie.

Sędzia Andrzej Wróbel wyjaśnił, że przepis nie ogranicza wolności słowa, bo nie wolno swoich oponentów obrażać. W swym dążeniu do podlizania się biskupom on i jego koledzy zapomnieli o takim szczególe, że kardynalną zasadą wolności słowa jest to, że nikt nie może być ścigany za swoje wypowiedzi przez prokuratora, o ile nie namawia bezpośrednio do popełnienia przestępstwa. A obrażanych doskonale chroni procedura cywilna, w ramach której mogą dochodzić odszkodowania od tego, kto ich spostponował.

W tym miejscu trzeba zaznaczyć, że chociaż polski Trybunał Konstytucyjny bardziej przypomina Towarzystwo Obrońców Ewangelii niż świecki sąd, to akurat jeśli chodzi o niezrozumienie zasady wolności słowa, jego sędziowie nie są bardziej tępi niż inni polscy intelektualiści. „Wyborcza” na okrągło publikuje pretensje, że jakiś faszysta nie ma procesu, chociaż obrażał żydów czy, ostatnio, muzułmanów. Bo pan Maziarski i s-ka nie rozumieją, że faszyści też mają prawo do głoszenia swoich poglądów, dopóki wyrażają je gębą, a nie pięścią. A ja powinienem móc napisać, że faszysta ze swoim antysemityzmem jest durniem, że Maziarski i Wróbel ze swoją koncepcją wolności słowa są durniami, i jedyną sankcją, jaka powinna mi za to grozić, to proces cywilny. A swoją drogą ciekawe, że inkryminowany paragraf nie ma zastosowania do uczuć religijnych muzułmanów. Przestępstwo jest ścigane z oskarżenia publicznego, obecnie popełniane jest masowo (głównie zresztą przez osoby deklarujące się jako katolicy), a o żadnych działaniach prokuratury nie słychać.

Wróćmy do orzeczenia Trybunału. Trzeba się naprawdę dobrze napruć wodą święconą i upalić kadzidłem, żeby nie dostrzegać, że zarówno celem tego przepisu, jak i jego efektem jest tłumienie krytyki i polemiki z religią katolicką. Wybicie tej krytyce zębów. Jednym ze skuteczniejszych sposobów wykazania absurdalności jakichś poglądów jest ich wyśmianie. Tę metodę zastosowali twórcy Pomarańczowej Alternatywy, odsłaniając nonsensy komunistycznej ideologii, po nią sięgnęli artyści z grupy Monty Python, kręcąc „Żywot Briana”. Sędzia Wróbel zamknąłby jednych i drugich, bo obrażają, znieważają czy co tam jeszcze.

Ale jest światełko w tunelu. Otóż gdyby ktoś – obserwując, jak nasi politycy i sędziowie ścigają się, kto głębiej wejdzie w anus episcoporum – miał wątpliwości, to sędzia Wróbel uspokaja: „Można (…) negować istnienie Boga, byle nie w sposób znieważający”. Można, proszę państwa! W roku dwa tysiące piętnastym, blisko pięćset lat po przewrocie kopernikańskim, dwieście lat po oświeceniu i rewolucji francuskiej, sto pięćdziesiąt lat po odkryciu procesu ewolucji można w europejskim kraju powiedzieć, że Boga nie ma. Oględnie, ale można. Nie będą za to łamać kołem, nie wrzucą do lochu, nie spalą na stosie, ba, nawet grzywny się nie zapłaci. Czy państwo odczuwają tę samą dumę, co ja, że żyjemy w takim postępowym kraju?

A na koniec chciałbym dołączyć do podziękowań Jana Hartmana. Dla Dody pięć tysięcy to grosze, wyrok nie uniemożliwia jej wykonywania zawodu, a jednak nie machnęła na niego ręką. Dostrzega, że walczy o pryncypia i chce się jej o te pryncypia walczyć, czego po gwiazdce znanej ze sporów o majtki trudno się było spodziewać. Szacunek, bo może dzięki takim ludziom jak Dorota Rabczewska w końcu doczekamy się, że polskie władze nie będą obywatelowi dyktowały, w jaki sposób wolno mu powiedzieć, że Boga nie ma.

czwartek, 11 czerwca 2015

Pedalska cola

Coca-Cola w przeciwieństwie do naszego przyszłego byłego prezydenta się reklamuje:

Plakat oburzył posła PiS-u Stanisława Piętę:

Dawno nie byliśmy świadkami manifestu takiej pogardy dla chrześcijaństwa, rodziny i godności dziecka. Coca-Cola=wstyd.

Poseł Pięta oburzył się na Twitterze, więc lakonicznie, co, niestety, skazuje mnie na domysły interpretacyjne.
I tak poseł Pięta informuje, że już dawno nie spotkał się z atakami na chrześcijaństwo, co świadczy o tym, iż rzeczy w kraju zmierzają we właściwym kierunku. A po wybraniu biskupiego przydupasa na prezydenta tylko powinny w tym kierunku przyśpieszyć, więc takie plakaty będące manifestem pogardy dla chrześcijaństwa raz na zawsze znikną z naszego krajobrazu. Trzeba przy tym docenić przenikliwość posła Pięty, bo nie każdy od razu ten manifest i tę pogardę dostrzeże. Nikt na plakacie nie polewa krzyża colą ani tym bardziej mniej szlachetną cieczą. Ale właśnie o to chodzi, że krzyża nie ma. A powinien być. Krzyż jest w Sejmie, w szkole, w szpitalu, w urzędzie, więc dlaczego nie ma na plakacie?! A ta butelka coca-coli. Stoi ni w pięć, ni w dziewięć. A gdzie, symboliczne choćby przypomnienie, że to dzięki Wielkiemu Papieżowi Polakowi, który obalił komunizm, mogliśmy polo coctę zastąpić coca-colą?

Pogarda dla rodziny jest bardziej czytelna. Plakat przedstawia dwóch gejów, tworzących najwyraźniej związek i bezczelnie z tego powodu szczęśliwych. A przecież nic nie stało na przeszkodzie, by każdy z nich normalnie się ożenił, unieszczęśliwiając siebie i wybraną kobietę. Umówmy się, że szczęście w małżeństwie to nie jest rzecz najważniejsza, najważniejsze, by tworzyli je mężczyzna z kobietą. A potem mężczyzna może sobie wziąć kochankę, jak mu kobieta, z którą się ożenił, nie pasuje. Grunt, żeby się nie rozwodził, to żaden ksiądz wypominał kochanek mu nie będzie. Czy, w tym przypadku, kochanka. Grunt to dyskrecja. Ksiądz zresztą może podpowiedzieć, jak się takie sprawy załatwia, ma przecież doświadczenie we wciskaniu wiernym, że gosposia to gosposia. Albo samemu być do dyspozycji, bo przecież czasami zamiast gosposi jest kleryk.

Jeśli chodzi o godność dziecka, to najpierw myślałem, że ci geje porwali je jakiejś katolickiej rodzinie. Ale wtedy byliby za kratami, a krat na plakacie nie ma. Czyli adoptowali. Zabrali z domu dziecka. Skandal. Proszę zobaczyć, jakie to dziecko jest uśmiechnięte i rozradowane. Czy to po chrześcijańsku? Chrześcijaństwo jest przecież religią umartwiania się i cierpienia. Chrystus umarł na krzyżu, to jak można się śmiać? Nie, dziecko powinno wrócić pod opiekę siostry Bernadetty. Jako dobra katoliczka wie ona, co jest dla takiego dziecka najlepsze: regularne bicie i gwałcenie, wtedy wejdzie ono w dorosłe życie naprawdę zahartowane.

Jak coca-coli nie piję, tak po twicie posła Pięty poszedłem do sklepu i nabyłem. Napoiłem nią mojego jeża.

czwartek, 19 lutego 2015

Dziób w ciup!

Profesor filozofii z Uniwersytetu Wrocławskiego Bogusław Paź zamieścił na fejsie film, na którym widać, „jak prorosyjscy separatyści znęcają się nad wziętymi do niewoli ukraińskim żołnierzami: wyciągają ich zwłoki z samochodowego bagażnika, rzucają nimi (…)”. Z relacji Barbary Stanisz w dolnośląskiej „Gazecie Wyborczej” wynika więc, że separatyści wzięli w niewolę zwłoki, a lead informuje nas, że zabici przechodzili gehennę, choć nawet osoby religijne nie żywią przekonania, że martwi coś czują.

Paź skomentował film słowami „Banderowskie ścierwa dostają łomot aż miło!”, za co władze Uniwersytetu zawiesiły go w obowiązkach.

Reakcja rektora i komentarze w prasie (wyłączywszy komentarz profesora Jana Hartmana w „Polityce”) wskazują, że polskie elity intelektualne zasady wolności słowa nie rozumieją i właściwie nie ma szans, żeby w jakiejś przewidywalnej przyszłości do nich dotarło, na czym ona polega.

Żeby nie było wątpliwości: zamieszczanie takich filmów uważam za zezwierzęcenie, komentarz Pazia za ohydny, jego samego za niezłego palanta, ale ten palant ma prawo zamieszczać takie filmy, jakie chce, i komentować je, jak chce, bo na tym polega wolność słowa. I nie wolno wyrzucać go za to z pracy. Zwłaszcza że, jak wynika z relacji studentów, Paź swoje ideologiczne przekonania zostawia poza salą wykładową.

Całkowite niezrozumienie, na czym polega wolność słowa, wykazuje cytowany przez Stanisz dr Mirosław Tryczyk. „W pełni popieram reakcję rektora uczelni. Zestawiona z filmem wypowiedź profesora jest kompletnie nie do przyjęcia. Po pierwsze dlatego, że naruszył sacrum – w naszej kulturze ciała zmarłych są świętością”. Czyli mamy wolność słowa, ale nie wolno naruszać sacrum. No oczywiście, przecież obowiązuje przepis przewidujący więzienie za obrazę uczuć religijnych. Tyle że wolność słowa bez prawa do naruszania sacrum jest mniej więcej równoważna z wolnością więźnia ograniczoną do dwunastu metrów kwadratowych celi. „Po drugie, nie rozumiem, dlaczego profesor wiąże ze sobą oddziały Ukraińskiej Powstańczej Armii z walczącymi o wolność żołnierzami z Doniecka. Przecież oni nie mają nic wspólnego z mordercami z UPA”. Czyli Tryczyk podejmuje z Paziem merytoryczną polemikę (abstrahujemy tutaj od bezsensownego sformułowania „wiąże ze sobą z”, bo jak znamy gazetowe realia, Tryczyk zawdzięcza je wybitnej dziennikarce Stanisz). I rzeczywiście racja jest po jego stronie. Tylko co z tego wynika? Że wolno wygłaszać wyłącznie twierdzenia zgodne ze stanem faktycznym? To dlaczego prof. Binienda i dr Cieszewski jeszcze nie wylecieli ze swoich uczelni? I dlaczego Kaczyński nie siedzi za mówienie o sfałszowanych wyborach? A co, jeśli w danej sprawie nie ma jasności? Zakaz rozmowy na ten temat? Idźmy dalej. „Wypowiedź (…) Bogusława Pazia godzi w polskie interesy, a i zwyczajnie po ludzku jest podła”. Rzeczywiście godzi i rzeczywiście jest podła. Co nadal nie jest powodem, by mu takich wypowiedzi zakazywać. Facet nie pełni ani funkcji ministra spraw zagranicznych, ani ambasadora, by miał obowiązek dbać o polskie interesy, a zasada wolności wypowiedzi oznacza ochronę właśnie słów podłych, przykrych, kontrowersyjnych. Niepodłych, nieprzykrych, niekontrowersyjnych nikt w ogóle nie ma zamiaru zakazywać.

Zgadza się z tym profesor Jacek Hołówka: „Wolność słowa i wolność myśli są kluczowe. Wszelkie poglądy, opinie i przekonania powinny mieć prawo ekspresji w życiu społecznym”. Do tego momentu uważałem, że Hołówka to mądry człowiek. Ale… „Ale wolność słowa dotyczy treści, a nie formy”. Normalnie zleciałem z krzesła. I powiem tak: Paź nie jest żadnym zagrożeniem. Paź to folklor, anomalia, nieszkodliwa aberracja, bo na kilometr widać, że to palant w skórze inteligenta. Niebezpieczni są tacy profesorowie jak Hołówka, bo ich poglądy traktuje się poważnie. Jak to wolność słowa nie dotyczy formy, tylko treści? Czyli co, Dodzie nie wolno powiedzieć (została za to skazana), że Biblię „spisał jakiś napruty winem i palący jakieś zioła”, ale gdyby powiedziała, że „autorzy Biblii znajdowali się nieraz pod wpływem alkoholu i innych środków odurzających”, to wtedy byłoby okej? Bo treść jest zgodna ze stanem faktycznym, a całą ostrość wypowiedzi diabli wzięli? Przecież forma ma przemożny wpływ na treść, na jej odbiór. Tę samą treść można zawrzeć w wielu formach i wszystkie, panie Hołówka, muszą być dozwolone, jeśli mamy mieć wolność wypowiedzi.

Dr Tryczyk stwierdza, że Paź „zdecydowanie przekroczył granice wolności słowa”. Ten zarzut stał się w Polsce ostatnio niezwykle modny: jeśli tylko ktoś powie coś, co innych złości i drażni, co kwestionuje ich świętości czy utarte poglądy, dowiaduje się, że przekroczył granice wolności słowa. Przy czym te granice ustala sobie swobodnie i arbitralnie ten, komu dana wypowiedź się nie podoba. Maziarskiemu nie podobają się np. poglądy antysemickie, więc chciałby ich zakazać. Tego, że w ten sposób likwiduje wolność słowa, nie dostrzega. Bo kończy się ona w momencie, kiedy są jakieś granice. Żadnych obiektywnych nie da się ustalić, a skoro można je dowolnie wyznaczać i przesuwać, to o tym, co można powiedzieć, decyduje po prostu silniejszy. A to jest cenzura.

Prof. Hołówka twierdzi: „Język nienawiści nie zmierza do debaty, tylko do wzbudzenia nienawiści, może także do fizycznej agresji. Mowa nienawiści nie jest chroniona wolnością słowa. I musi być piętnowana”.

Musi być piętnowana. Ale nie zakazywana. Nie karana więzieniem. Bo mowa nienawiści też powinna być chroniona wolnością słowa. Nie ma takiego wymogu, żeby wygłaszający jakieś poglądy miał do nich prawo tylko wtedy, jeśli chce o nich debatować. Może chce je wykrzyczeć. Ma prawo sobie krzyczeć. Dla mnie kluczowe w wypowiedzi Hołówki jest sformułowanie „może także do fizycznej agresji”. A konkretnie „może także”. Uważam, że takie potencjalne, mało realne skutki czyichś słów nie są powodem, by ich zakazywać. Karane powinno być wyłącznie nawoływanie do agresji, które do tej agresji rzeczywiście prowadzi (i udowodni się związek) albo które w ofierze wywołuje realny strach (czyli podobny warunek jak przy groźbie karalnej). Jeśli ktoś pisze „Żydzi do gazu”, to ani nie ma zamiaru budować krematoriów, ani nikt nie zareaguje na ten apel budową krematoriów, ani Żydzi się nie boją, że ktoś po nich przyjdzie i zaprowadzi do krematoriów. Jest to wypowiedź bez dwóch zdań nienawistna, wyrażająca chory światopogląd, że Żydzi rządzą światem i są sprawcami wszelkich nieszczęść. Ale ten człowiek do tego światopoglądu prawo ma, tak samo jak ma prawo uważać, że słyszy w głowie głosy, bo porwały go ufoludki i wszczepiły mu do mózgu implant. I może o tym pisać. A Żydzi, jeśli chcą, mogą go pozwać o naruszenie dóbr osobistych. Wszelkie spory dotyczące wypowiedzi powinny toczyć się w sądach cywilnych, a nie karnych. Jeśli nie, to mamy ściganie ludzi za ich poglądy i wypowiedzi wedle aktualnie dominujących trendów politycznych. Polska Liga Obrony w reakcji na zamach w Paryżu oblepiła meczet w Poznaniu nalepkami z hasłem „Polska wolna od islamu”, a prokuratura wszczęła sprawę o nawoływanie do nienawiści na tle wyznaniowym. Do żadnej przemocy nie doszło i nie dojdzie. Aktywiści PLO nie wrzucili do meczetu koktajlu Mołotowa, nie potłukli w nim szyb, nie pobili żadnego muzułmanina ani do takich czynów nie wzywali. W sposób pokojowy wyrazili swój pogląd, że nie chcą w Polsce islamu. Do tego na maksymalnym poziomie ogólności, nie podejmując ani nie proponując żadnych konkretnych działań. Za co ich ścigać? Przecież nawet nie pomazali ścian sprayem, tylko zadbali o nieinwazyjne nalepki, które można odkleić, nie niszcząc fasady. Mimo to prokuratura prowadzi postępowanie. Ale już przeciwko posłowi Jaworskiemu, który założył Zespół ds. Przeciwdziałania Ateizacji Polski, prokuratura śledztwa nie wszczęła. A facet nie tylko wygłosił swój pogląd, że w Polsce nie powinno być ateistów, lecz także podjął konkretne działania zmierzające do wyrugowania jednego z konstytucyjnie uprawnionych światopoglądów. I co? I nic.

Podsumowując, w Polsce mamy wolność słowa dla tych, którzy grzecznie i uprzejmie wyrażają poglądy zgodne z poglądami większości i poprawne politycznie. Reszta przekracza granice tej wolności i zwykle podpada pod jakiś paragraf. Proponuję, żeby odpowiednio do tego zmodyfikować nasze godło i zawiązać orłu dziób.

poniedziałek, 12 stycznia 2015

Nie wszyscy jesteśmy Charlie

Od ohydnego zabójstwa redaktorów satyrycznego tygodnika „Charlie Hebdo” odcięli się umiarkowani muzułmanie, twierdząc, że prawdziwy islam nie ma nic wspólnego z terroryzmem. Złość świata nie może zatem kierować się przeciwko islamowi, bo jego wyznawcy to w przeważającej większości pokojowo nastawieni ludzie. Pogląd (realizowany w praktyce), że należy mordować niewiernych, jest aberracją, a nie właściwą interpretacją dogmatów islamu.

Jeśli zgodzić się z powyższym twierdzeniem, to pojawia się pytanie, dlaczego podobna aberracja nie pojawiła się w hinduizmie, buddyzmie czy na przykład w religii rzymskiej. Dlaczego wyznawcy Brahmy czy Jowisza nigdy nie wpadli na pomysł, że należy mordować tych, którzy w Brahmę i Jowisza nie wierzą, nie zamierzają wypełniać ich przykazań albo, co gorsza, z Brahmy i Jowisza się śmieją. Dlaczego zabijanie jako sposób nawracania jest typowy właśnie dla islamu? I dla chrześcijaństwa, którego świadomie wcześniej nie wymieniłem. Ktoś się oburzy, że chrześcijanie nie mordują. Teraz nie. Kilkaset lat wcześniej stosowali te same metody, co obecnie islamiści.

Ano dlatego, że to religie monoteistyczne. A religia monoteistyczna, niedopuszczająca innych bogów, jest ze swej natury nietolerancyjna. Skoro tylko jeden bóg jest prawdziwy, inni bogowie muszą być fałszywi. Skoro wiara tylko w danego boga prowadzi do zbawienia, należy innych ludzi na tę wiarę nawrócić. Jeśli nie da się inaczej, również siłą, bo w efekcie to dla ich dobra. Zakres stosowania siły, jej intensywność, liczba wyznawców, gotowych jej użyć, będą oczywiście różne w zależności od warunków w danej epoce i stopnia rozwoju danego wyznania, ale przemoc jest integralną częścią religii monoteistycznych. Jeśli ktoś jako chrześcijanin czy muzułmanin utrzymuje, że on z krucjatami i terroryzmem nie ma nic wspólnego, bo to błędy i wypaczenia, a nie istota jego religii, jest jak ten zwolennik komunizmu, który nadal wierzy, że puste półki były nie rezultatem systemu, tylko efektem nieprawidłowości przy jego wprowadzaniu.

Nie jest więc przypadkiem, że z tego samego numeru „Gazety Wyborczej”, w którym znalazły się relacja z zabicia zamachowców i przedruki karykatur „Charlie Hebdo”, dowiadujemy się, że Polska, wbrew rekomendacji Komisji Europejskiej, nie zniesie recept na pigułkę „dzień po”. „Stosowanie takich pigułek jest sprzeczne z naszym światopoglądem, bo tabletka ta ingeruje w powstające życie. Poza tym to niezgodne z nauką Kościoła katolickiego” – wyjaśnił poseł PiS Andrzej Jaworski. Poseł Jaworski nie rozumie, że skoro pigułka jest niezgodna z jego światopoglądem i nauką Kościoła, to może trzymać się od niej z daleka, natomiast nie ma prawa zabraniać czy utrudniać jej stosowania innym. Tym, którzy mają odmienny od niego światopogląd i nauki Kościoła katolickiego nie uznają. Jest tylko kwestią czasu i miejsca urodzenia, że Jaworski jest szanowanym (powiedzmy) parlamentarzystą, a nie mordercą. Gdyby urodził się tysiąc lat wcześniej, wyrzynałby w pień Saracenów, gdyby urodził się jako muzułmański imigrant we Francji, strzelałby do karykaturzystów. Bo to jest ten typ człowieka, który właśnie chce swoje wyznanie i zasady z niego wynikające narzucać innym. Także siłą, jeśli nie da się inaczej, bo w efekcie to dla ich dobra.

Nie jest też przypadkiem, że polska gazeta przyłączająca się do akcji „Wszyscy jesteśmy Charlie” (chwała jej za to) i drukująca w ramach solidarności okładki rozstrzelanego tygodnika, łamie polskie prawo. Bo bez dwóch zdań obrażają one uczucia religijne. We Francji można obrażać, bo tam jest wolność słowa i my jesteśmy za wolnością słowa we Francji, w związku z czym, kiedy ta wolność została zdeptana i zagrożona, wszyscy jesteśmy Charlie, ale tylko dlatego, że wydarzyło się coś tragicznego. Na co dzień nie jesteśmy Charlie, bo żyjemy w kraju katolickim i nie ma powodu, żeby katolików obrażać. Jeśli w Polsce jest się Charlie, to można pójść na dwa lata do pierdla, co należy uznać za rozsądny kompromis. Bo dwa lata jak dla brata, lepsza cela niż trumna, a kto wie, czy to, że poseł Jaworski może składać doniesienia do prokuratury, że śmieją się z jego religijnych urojeń, nie działa na niego uspokajająco. Kto wie, czy gdyby nie mógł donieść, nie zechciałby śmiejącemu się wytłumaczyć serią z karabinu, że nie ma się z czego śmiać.

poniedziałek, 20 października 2014

Samobój z ataku pozycyjnego

Patrzę na sondaże i oczom własnym nie wierzę, Tusk odszedł, Kopacz przyszła, i Platformie urosło. Czy któraś z pustych obietnic PO została w ten sposób zrealizowana? Czy nastąpiła obniżka podatków? Czy zostały skrócone o jedną trzecią postępowania sądowe? Czy weszła ustawa o in vitro? Czy objęto rolników podatkiem? Przecież nie. Czy Kopacz zapowiedziała, że którąś z tych obietnic zrealizuje? Ależ skąd. Więc jak można być tak durnym, by przepraszać się z Platformą, dlatego że premier inaczej się nazywa i zmienił płeć? Ale może źle interpretuję ten wzrost i do Platformy wcale nie wracają rozczarowani liberalni wyborcy, tylko napływają nowi, którym Tusk rzucił kiełbasę przed swoim wyjazdem do Brukseli. Nagle się okazało, że rząd ma sporo pieniędzy do rozdania. Najwyraźniej kryzys się skończył, kryzys, który do Polski nie dotarł, bo byliśmy zieloną wyspą, ale przez który Platforma podniosła podatki i który np. od blisko dziesięciu lat uniemożliwia zrewaloryzowanie tłumaczom przysięgłym stawek (wiem, że kryzys trwa krócej, ale rząd się tak, nomen omen, tłumaczy), Tuskowi zleciała z nieba mamona i postanowił kupić sobie wyborców. Niestety, mojego głosu Tusk ani Kopacz nie chcą kupić. Nie, to nie. W takim razie idę głosować na PiS. Miałem to zrobić dopiero w przyszłych wyborach parlamentarnych, ale skoro rząd postanowił realizować program opozycji, to chcę dać wyraz swojemu przekonaniu, że program opozycji winna realizować opozycja.

Tusk z Platformą są bezczelni, bo w zasadzie bez ogródek mówią swoim pierwotnym wyborcom: wy na nas i tak zagłosujecie, bo boicie się PiS-u, więc my będziemy mieli was gdzieś i waszym kosztem będziemy dbali o wyborców Kaczyńskiego. Ta strategia przeszła w poprzednich wyborach i najwyraźniej ma szansę przejść w następnych. Tyle że w ten sposób liberalni wyborcy będą podtrzymywać fikcję, że mają jakiegoś politycznego reprezentanta. Gdyby od PO się odwrócili, zostawiając jej głosy tylko PiS-owskiego elektoratu, którego interesy PO de facto reprezentuje, PO by padła, a na jej gruzach powstałaby partia rzeczywiście modernizująca Polskę, rzeczywiście dbająca o neutralność światopoglądową państwa, rzeczywiście stwarzająca przestrzeń do działania dla ludzi zaradnych i aktywnych.

Tak więc w wyborach do sejmiku województwa mój głos idzie na PiS. W wyborach do rady miejskiej nie będę głosował. Nie głosuję, odkąd odkryłem, że rada kompletnie nie jest zainteresowana egzekwowaniem uchwał, które podejmuje. Otóż rajcy uchwalili zakaz puszczania psów luzem na terenach miejskich parków. Zakaz bardzo mi się podoba, bo uprawiam jogging i czuję się nieswojo, kiedy podbiega do mnie obcy pies, a jak jeszcze ujada, to zwyczajnie się boję. Niestety, właściciele psów to, nazywając rzecz po imieniu, hołota, która nie zamierza respektować żadnych przepisów, więc zwróciłem się z prośbą do straży miejskiej o pojawianie się tam, gdzie biegam, bo biega też tam cała masa kundli, a straż miejska jest od tego, by wymierzać mandaty, jeśli kundel nie jest na smyczy. Dostałem odpowiedź, która, jeśli zajrzało się pod grzeczną formę i odcedziło wodę, w treści sprowadzała się do stwierdzenia: „Wisi nam to, nigdzie nie będziemy łazić”. Napisałem zatem do prezydenta miasta, który strażników nadzoruje, by przypilnował, żeby ci raczyli wykonywać swoją obowiązki. Prezydent odpisał mi, że strażnicy bardzo aktywnie walczą z nieprzestrzegającymi przepisów właścicielami psów, a na dowód podał, że przez rok wymierzyli bodajże sto siedemdziesiąt mandatów. Muszę powiedzieć, że nic mnie u rządzących nie wkurza równie mocno, jak kryjące się za takimi argumentami przekonanie, że obywatel to debil, który nie umie liczyć ani logicznie myśleć. Sto siedemdziesiąt mandatów na rok oznacza jeden na dwa dni. Tymczasem wystarczy przejść się wałem nadodrzańskim, żeby w ciągu pół godziny spotkać dziesięć osób łamiących przepisy, a zatem przy „intensywnym ściganiu” sto siedemdziesiąt mandatów strażnicy wystawiliby w ciągu jednego dnia. Do tego dochodziła okoliczność, że doskonale wiedziałem, że mandaty straż wystawia nie z własnej inicjatywy, lecz dopiero po skargach, bo sam złożyłem skargę na jedną panią, do której nie docierało, że nie życzę sobie, by jej kundel doskakiwał do mnie ujadając, kiedy biegnę. W końcu zgłosiłem to strażnikom i dopiero wtedy ukarali ją mandatem. To znaczy, nie od razu. Najpierw musiałem im wskazać, gdzie pani mieszka, bo do wezwania przyjeżdżali na przykład po półtorej godziny i bezradnie rozkładali ręce, że nie wiedzą, kogo ścigać. Ponieważ prezydent leciał sobie w kulki, napisałem do rady miejskiej, która z kolei nadzoruje prezydenta, by przypilnowała, żeby ten raczył wykonywać swoje obowiązki, a do nich należy pilnowanie, czy ze swoich obowiązków wywiązuje się straż miejska. Dostałem odpowiedź, że w sprawie nic się nie da zrobić, bo ciężko złapać srającego psa na gorącym uczynku, a kiedy gówno ostygnie, to trudno ustalić, kto je zostawił. Chociaż widywałem już strażników, którzy tak odwracali głowy, by przypadkiem nie zobaczyć, że pies wali na chodnik, a właściciel nie ma zamiaru sprzątać, nie wdałem się w polemikę, gdyż nie zasrywania miasta przez kundle dotyczyła moja skarga. I to właśnie panom i paniom rajcom napisałem, że moje pisma dotyczą nie uchwały o sprzątaniu, tylko o nakazie wyprowadzania psów na smyczy. Dostałem ponownie odpowiedź, że ciężko złapać srającego psa itd. Radni udawali, że wskazywana przez mnie uchwała nie istnieje, nie mówiąc o tym, żeby chcieli cokolwiek zrobić, by ją egzekwowano. A skoro tak, to pojawiało się pytanie, po co w ogóle ją podjęli. Żeby mieć poczucie, że na diety zarobili? No to beze mnie. Nie widzę powodu, bym swoim głosem dawał ciepłe posadki ludziom, którzy mnie lekceważą i zajmują się uchwalaniem przepisów, z góry zakładając, że będą one martwe.

Został jeszcze prezydent i tutaj idę głosować na kandydata bez szans, żeby Rafał Dutkiewicz miał mniejszy procent, bo kwestią nie jest, kto wygra (sondaże dają Dutkiewiczowi miażdżącą przewagę), tylko jakie dotychczasowy prezydent będzie miał poparcie. I szczerze powiem, że nie rozumiem, jakim cudem zwycięstwo w kieszeni ma polityk, który na krytykę, że Łódź ma znacznie większy budżet obywatelski niż Wrocław, arogancko oświadcza mieszkańcom, że jak im się nie podoba, to mogą wyprowadzić się do Łodzi, który wyrzuca sześć milionów złotych na zdjęcia Marilyn Monroe, który nic nie zrobił, żeby miasto nie było zasrane przez psy (jeśli się nie chce egzekwować przepisów, to można zlecić komuś sprzątanie, jak to ma miejsce np. w Berlinie). I dzięki temu Wrocław będzie zasraną Europejską Stolicą Kultury, bo prymityw prezydent nie rozumie, że do teatru nie wchodzi się w butach obsmarowanych gównem. O wjeżdżaniu służbowym samochodem pod tramwaj w czasie prywatnej eskapady i wciskaniu mieszkańcom kitu, że wracał od biskupa, choć ptaszki ćwierkają, że wycieczka była związana z aktywnością, której akurat biskupi nie pochwalają, nie wspomnę. Swoją drogą to kuriozalne: przedstawiciel władzy publicznej w kraju konstytucyjnie neutralnym światopoglądowo uważa, że usprawiedliwia go wyjaśnienie, że służbowym samochodem pojechał złożyć nad ranem życzenia świąteczne katolickiemu biskupowi.

Wyszło więcej o uciążliwych właścicielach psów (do samych psów nic nie mam) niż o polityce, ale to dlatego, że mój kontakt z nią jest ograniczony, bo przestałem oglądać polską telewizję. Kiedy kot obluzował mi kabel doprowadzający polskie programy, zauważyłem to dopiero wtedy, gdy chciałem obejrzeć mecz ze Szkocją. Do pierwszej bramki dla Szkotów, bo nie byłem naiwny i nie uwierzyłem, że zwycięstwo z Niemcami to było coś więcej niż gigantyczny fuks. Przypadkiem zresztą tego fuksa obejrzałem. Wróciłem do domu z otwarcia biblioteki w wiosce o nazwie Potasznia, które to wydarzenie miałem uświetniać swoją osobą, ale jako mało ważny uświetniający uświetniałem pod innym imieniem, bo pani, która przemawiała na otwarciu, nie uznała za stosowne sprawdzić albo zapamiętać, jak mam na imię – i włączyłem telewizor, żeby zobaczyć, jaki jest wynik. Akurat trafiłem na bramkę, więc zacząłem oglądać, czekając, aż Niemcy wyrównają. Niestety, „Czesny”, jak nazwisko naszego bramkarza wymawiał niemiecki komentator, cały czas im przeszkadzał, a potem nastąpił cud, przy którym wskrzeszenie Łazarza to był pikuś, i nasi strzelili drugiego gola. Ale w meczu ze Szkocją niemal wszystko wróciło do normy, a typuję, że do pełnej wróci w Gruzji, gdzie nam nakopią, i tak skończą się rojenia o awansie. Znowu będzie odbywało się pozbawione sensu liczenie, że jak wygramy wszystkie pozostałe mecze, to awansujemy, pod warunkiem, że Gibraltar zremisuje z Niemcami, a Szkocja wygra dwanaście do zera z Irlandią. Tę swoją opinię opieram nie tylko na przeszłych doświadczeniach, ale i na wypowiedzi Zbigniewa Bońka (obok Tomaszewskiego drugi człowiek w Polsce, który rzeczywiście zna się na futbolu), że Polacy nigdy nie będą w stanie tak prowadzić ataku pozycyjnego jak Niemcy czy Hiszpanie. A śmiem twierdzić, że kontrą to można raz na jakiś czas cudem wygrać mecz z dużo lepszym przeciwnikiem, a nie regularnie odnosić zwycięstwa nad równorzędnymi czy trochę słabszymi.

Ponieważ oglądam telewizję niemiecką, a nie polską, trochę żyję w tamtej rzeczywistości i dotarło do mnie, że Niemcy dyskutują, czy rzeczywiście zasadne jest karanie współżyjącego ze sobą rodzeństwa, jeśli odbywa się to za zgodą obojga i jeśli nie planują mieć dzieci. Taka dyskusja zamarzyła się profesorowi Janowi Hartmanowi w Polsce, o czym obwieścił na swoim blogu. Filozof najwyraźniej uznał, że skoro Polska sąsiaduje z Niemcami, jest razem z nimi w Unii Europejskiej i wykazała swoją wyższość w najważniejszej dyscyplinie sportu, to nie ma powodu, by Polacy nie potrafili ze sobą rozmawiać w równie cywilizowany sposób jak Niemcy. I dość boleśnie przekonał się, że mentalnie tkwimy w średniowieczu, że jesteśmy państwem de facto wyznaniowym (gdyby słyszał wyjaśnienia Dutkiewicza po rozbiciu służbowego samochodu, wiedziałby to wcześniej): został wyrzucony z Twojego Ruchu (gratuluję hipokryzji, panie Palikot), usunięty z komisji etyki przy ministrze zdrowia, znieważony przez „Wprost”, które zasugerowało, że chce sypiać z własną córką, zwyzywany w internecie od zboczeńców, żydów, pedofilów czy jakie tam jeszcze epitety „kulturalnym” obrońcom katolickiej etyki przyszły do głowy. Niemcy mogą dyskutować, czy jest sens utrzymywać religijnie motywowane przepisy, Duńczycy mogą dyskutować, ale Polacy nie, bo Polacy stoją moralnie wyżej od tych zdegenerowanych narodów. Tylko organicznie są niezdolni do skutecznego prowadzenia ataku pozycyjnego.