Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prawo autorskie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą prawo autorskie. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 10 października 2016

Kauzyperdia stosowana

Kiedy opisałem, jak wspaniale publikuje się w serwisie Ridero (przez ostatnie kilka miesięcy sprzedali jeden egzemplarz, ale że łączna liczba sięgnęła dziesięciu, hip, hip, hura!), poza publicznymi komentarzami reakcje były dwie: moja skrzynka pocztowa została zawalona tonami spamu (do trzech razy sztuka, powtórzycie atak po tej uwadze?) i dostałem maila od Publio, jednego z dystrybutorów Ridero. Mail nadawał się zdecydowanie bardziej na komentarz niż na mail, zapytałem więc o cel tej korespondencji i dowiedziałem się, że to dla pełnego naświetlenia sprawy, a publicznie komentować nie chcą, bo krytyka nie ich dotyczy. Myślałem zatem, że na zarzut łamania prawa i traktowania klientów jak w socjalistycznym sklepie przyhasają w te pędy z odpowiednimi wyjaśnieniami, ale najwyraźniej PR-owcy Publio uznali, że lepiej udawać, iż na mój wpis nie natrafili. No cóż, szanowni państwo, było nie pisać do mnie po krytyce Ridero, bo to udawanie jest średnio wiarygodne, skoro tak uważnie śledzicie wypowiedzi na swój temat i reagujecie nawet na te, w których wymienieni jesteście jedynie na marginesie.

Reakcji Publio się jednak doczekałem, choć zupełnie innej niż spodziewana. Myślałem, że sprawa reklamacji „Marsjanina” została zamknięta, tymczasem prawnik Publio (a właściwie spółki Agora, która tę księgarnię prowadzi) wysmażył pisemko, które, już po oddaniu mi pieniędzy przez wydawnictwo, trafiło do miejskiego rzecznika konsumentów, a stamtąd do mnie. I chociaż przeczytałem już wiele pism, w których prawnicy naginali fakty i powoływali się na niewłaściwe przepisy, demonstrując (albo udając) przy tym niewiedzę i nieumiejętność logicznego myślenia, byleby w ten mało uczciwy sposób zapewnić swojemu klientowi wygraną, to musiałem – nie bez mimowolnego podziwu – przyznać, że kauzyperda Agory osiągnął w tym prawdziwe mistrzostwo.

Prawnik w swojej odpowiedzi na pismo z biura rzecznika przede wszystkim zwrócił uwagę, że niewłaściwie przedstawiono w nim stan faktyczny:

(…) nie jest tak, by pan Paweł Pollak nabył _książkę pt Marsjanin autorstwa Andy’ego Weira_. Prawdą jest, że nabył e-book z polskim tłumaczeniem utworu ww. Autora w przekładzie p. Marcina Ringa.

Dzielenie włosa na czworo ma na celu pokazanie, że druga strona fałszywie referuje okoliczności, co ma świadczyć o jej niewiarygodności, kauzyperda jednak się w tym dzieleniu tak zapętlił, że wyszło mu, iż Marcin Ring dokonał przekładu polskiego tłumaczenia.

Następnie prawnik przeszedł do analizy, czym jest przekład literacki:

(…) tłumaczenie utworu literackiego na język inny, niż oryginalny [bo, jak wiadomo, na oryginalny też można tłumaczyć – uwaga moja, jak i wszystkie następne w nawiasach kwadratowych] jest także utworem, tzw. utworem zależnym. Autorowi utworu zależnego służy swoboda twórcza (…). Ewentualne niezgodności translacyjne mogą być zatem wynikiem błędu, albo zamierzonego działania autora tłumaczenia, który pragnie naznaczyć utwór swym piętnem autorskim. Rzecz oczywista największą swobodę w tym zakresie należy przyznawać w tej mierze tłumaczom poezji, zaś najmniejszą tłumaczom literatury technicznej. „The Martian” nie należy do żadnej z ww. gatunków [bo gatunek to rodzaj żeński] literackich, więc zakres swobody translatorskiej (w ramach tworzenia utworu zależnego) wypada ocenić jako wypadkową pomiędzy tymi skrajnymi kategoriami.

No i dowiedzieliśmy się od kauzyperdy, że istnieje taki gatunek literacki jak literatura techniczna (poleci pan coś ciekawego, bo nie znam, a z chęcią bym się zapoznał?) i że Marcin Ring w swoim tłumaczeniu siał ziemniaki nie dlatego, że nie panował nad językiem, tylko chciał „naznaczyć utwór swym piętnem autorskim”.

Nadzór autorski nad tłumaczeniem spoczywa w rękach Autora lub upoważnionych przez niego osób, a nie p. Marcina Pollaka [na kolanie pan pisał? Agora tak mało płaci, że na tworzenie pism w jej obronie nie można poświęcać zbyt dużo czasu?] lub organów administracji publicznej.

Nadzór autorski (potocznie zwany korektą autorską) nad tłumaczeniem spoczywa nie w rękach autora oryginału, tylko tłumacza (do czego jeszcze przejdę, bo to ciekawa kwestia), ale nawet gdyby kauzyperda miał rację, to myli albo świadomie miesza pojęcia z zakresu prawa autorskiego i konsumenckiego. Nadzór autorski to sprawdzenie przez autora, czy po redakcji utwór ma taką formę i treść, w jakiej on chce ją opublikować. Proszę zwrócić uwagę, że nie jest to rola brakarza w fabryce. Tłumacz nie sprawdza, czy jego tłumaczenie jest poprawne, tylko, czy redaktor, który ma poprawić błędy, właściwie wywiązał się ze swojego zadania. Kauzyperda jednak przypisuje mu rolę brakarza, a na dodatek stwierdza, że po brakarzu nikt nie ma już prawa wskazywać, że towar jest wadliwy. Czyli jeśli ten przeoczy rozklejające się buty, to żaden szewc ani organa administracji publicznej nie mogą podnieść zarzutu, że buty nie nadają się do chodzenia, bo nie do nich należy kontrola jakości.

Kauzyperda twierdzi, że ja wykonałem korektę autorską nie swojego tłumaczenia, do czego nie mam prawa, a ja nie wykonałem korekty autorskiej tłumaczenia Ringa, tylko je oceniłem. W ramach nadzoru autorskiego Ring mógł się domagać, żeby zostawić mu wszystkie anglicyzmy, bo jego zdaniem tak należy tłumaczyć (i jego zdanie jako autora tłumaczenia jest rozstrzygające), a ja jako oceniający stwierdzam, że takie tłumaczenie jest niezgodne z regułami sztuki.

Nie ma innej wersji „The Martian” w j. polskim, zatem zasadne (jak należy mniemać w świetle korespondencji z Redaktorem Naczelnym Wydawnictwa [tu, niestety, tekst przesłonięty przez logo kancelarii] łowanie krytyki pod adresem Tłumacza i wykonanej przez niego pracy. Jednak reprezentowany przez wrocławskiego Rzecznika Praw Konsumenta nabywca e-booka chciał nabyć polskie tłumaczenie The Martian (Marsjanin), nabył je takim jakim ono jest, nie ma więc mowy o „wadzie towaru” w rozumieniu powoływanych przez Pana [czyli Rzecznika Konsumentów] przepisów Kodeksu cywilnego.
W tym stanie prawnym odmawiam zwrotu kwoty uiszczone na rzecz Agory SA przez pana Pawła Pollaka.

Brawo, kauzyperda! Producent ma wyłączność na ten model butów, wyprodukował badziewne, ale nabywca chciał nabyć ten model, nabył buty takimi, jakie one są, a zatem buty nie są badziewne.

(…) wydawca polskiego tłumaczenia poczuwa się do odpowiedzialności finansowej względem p. Pawła Pollaka. Tym mniej roszczenia p. Pawła Pollaka dotyczą Agory SA.

Zgodnie z prawem wobec klienta za bubla ponosi odpowiedzialność sprzedawca, nie producent. Z faktu, że producent przyznaje, że wyprodukował i przekazał do sprzedaży bubla, nie wynika, że klient ma kierować roszczenia do producenta, a jedynie, że nie ma sporu, czy towar jest bublem, czy nie. Czyli przyznanie przez Muzę, że tłumaczenie jest źle wykonane, sprawia właśnie, że moje roszczenia wobec Agory są nie mniej, a bardziej uzasadnione. Ale logika nie jest mocną stroną naszych prawników. Dotąd myślałem, że trafiam po prostu na takich, którzy akurat mają z nią kłopoty, ale ponieważ jest ich od groma i trochę, doszedłem do wniosku, że wbrew temu, co zakładałem, na studiach prawniczych w Polsce logiki nie uczą, a kandydatów pod tym kątem się nie sprawdza. Zgłaszam więc postulat, żeby egzaminy na prawie obowiązkowo obejmowały przejście podstawowego poziomu w grze Mastermind. Powinno to wydatnie podnieść poziom logicznego myślenia wśród polskich prawników.

I na zakończenie kwestia nadzoru autorskiego nad tłumaczeniem. Prawnik Agory twierdzi, że „nadzór nad zgodnością tłumaczenia z wersją oryginalną wykonywany jest tylko przez autora oryginału w ramach przysługującego autorskiego prawa osobistego w postaci prawa do nadzoru autorskiego”. Owo „tylko” jest sprzeczne z twierdzeniem samego kauzyperdy (i stanem faktycznym oraz prawnym), że tłumaczenie jest odrębnym utworem, a zatem nadzór autorski sprawuje nad nim przede wszystkim tłumacz. Czy również autor oryginału? Moim zdaniem taka teza jest nie do obrony. Żaden przepis ustawy o prawie autorskim czy konwencji międzynarodowych nie daje mu wprost tego uprawnienia, a przyjęcie takiej interpretacji na podstawie art. 60 (Korzystający z utworu jest obowiązany umożliwić twórcy przed rozpowszechnieniem utworu przeprowadzenie nadzoru autorskiego) wymagałoby założenia, że autor oryginału jest również twórcą tłumaczenia, co przecież nie jest prawdą. Do tego takie rozwiązanie musiałoby wynikać z przesłanki, że pisarz zna się na tłumaczeniu, a niekoniecznie tak jest. Autor może oczywiście sprawdzić przekład, jeśli zna język, może wskazać tłumaczowi, że coś źle zrozumiał czy źle przełożył (i każdy rozsądny tłumacz takie uwagi przyjmie), ale nie może zażądać, żeby dane słowo zostało przełożone inaczej, jeśli tłumacz uzna, że jego wersja jest lepsza. Ingerowałby wtedy w cudzy utwór. Jeśli autor oryginału uważa, że tłumacz nietrafnie go przekłada, może nie wyrażać zgody na to, by tenże tłumacz go przekładał, ale w treść samego przekładu ingerować nie może.

poniedziałek, 27 czerwca 2016

Moja koncepcja prawa autorskiego

Jeśli chodzi o majątkowe prawa autorskie, obecnie obowiązuje 70-letni okres ochronny od śmierci autora (w Polsce i w większości krajów). Oznacza to, że autorowi za wykorzystanie jego dzieła należy zapłacić, a kiedy zejdzie z tego świata, te pieniążki będą trafiać do spadkobierców jeszcze przez 70 lat. Przy czym jeśli ktoś chce np. wydać powieść nieżyjącego pisarza, musi sam ustalić, czy od jego śmierci minęło odpowiednio dużo czasu, a jeśli nie, odszukać spadkobierców.

Uważam, że powyższe rozwiązanie jest złe, niepraktyczne i niesprawiedliwe. Skoro przyjmujemy, że twórcom należą się zyski, które sobie wypracowali swoim talentem (z ludźmi, będącymi innego zdania, w ogóle nie rozmawiam), to nie ma żadnego powodu, żeby prawo do czerpania tych zysków przez spadkobierców było ograniczone do 70 lat. Jest to wydziedziczenie, tyle że odroczone w czasie, ustawowe wydziedziczenie, które w każdym innym wypadku zostałoby uznane za czysty bolszewizm: nikomu nie przyszłoby na przykład do głowy odbierać człowiekowi domu, dlatego że minęło 70 lat od śmierci dziada czy pradziada, który go wybudował. Czyli majątkowe prawa autorskie powinny obowiązywać bezterminowo. Drugi powód, uzasadniający takie rozwiązanie, jest ten, że najczęściej wygaśnięcie majątkowych praw autorskich wcale nie oznacza, że utwór jest udostępniany bezpłatnie, a jedynie, że ci, którzy go odpłatnie udostępniają i na tym zarabiają, nic nie płacą spadkobiercom autora. Nie taka była chyba idea domeny publicznej.

Jest jeszcze trzeci powód. Otóż majątkowe prawa autorskie to nie tylko prawo do zarabiania na utworze, ale też prawo do decydowania, kto może go wykorzystywać. W sensie na przykład, jaki wydawca może wydać książkę. Trudno pokazać na polskim przykładzie, że może to być istotne, bo wskutek burzliwych dziejów nie mamy ponadstuletnich firm, więc sięgnę po szwedzki. Hjalmar Söderberg zmarł w 1941 roku, a więc od 2012 jego powieści są w domenie publicznej (obowiązuje zasada, że dzieła trafiają do niej 1 stycznia w roku następującym po tym, w którym wypadła 70. rocznica śmierci twórcy). Przez całe życie Söderberg publikował w wydawnictwie Bonniers, przyjaźnił się też z właścicielem Karlem Ottonem Bonnierem, który pomagał mu w ciężkich chwilach. Ale Bonniers nie było jego pierwszym wyborem, swój debiutancki utwór „Zabłąkania” posłał do Wahlström & Widstrand i został odrzucony. Oba wydawnictwa istnieją do dziś. Można sobie wyobrazić, że spadkobiercy Söderberga ze względu na historię chcieliby, by Bonniers teraz, kiedy książki autora „Doktora Glasa” są znacznie bardziej dochodowe, niż były za jego życia, miało wyłączność na ich wydawanie. Niestety, od 2012 r. nie mają nic do powiedzenia, może je publikować również Wahlström & Widstrand, jak i każdy inny wydawca.

W przypadku książki właściciel majątkowych praw autorskich decyduje też o tym, kto może ją przełożyć. Pozostańmy przy Söderbergu. Niemal każdy polski tłumacz literatury szwedzkiej ma w szufladzie chociaż jeden przekład utworu Söderberga, bo niemal każdy chciałby tego pisarza tłumaczyć, ale tylko jeden robi to kongenialnie :-). Powiedzmy teraz, że spadkobiercy autora chcieliby zadecydować, że właśnie ten gość będzie przekładał utwory Söderberga, i zapobiec robieniu z nich sieczki przez fuszerów. Nie mają takiej możliwości.

Czy w takim razie jestem po prostu za tym, by majątkowe prawa autorskie obowiązywały bezterminowo? Nie. Z dwóch powodów. Pierwszy jest taki, że znaczna część utworów nie ma wartości majątkowej, to znaczy za ich wykorzystanie mało kto jest gotów płacić. Powoduje to, że autorzy, a jeszcze częściej spadkobiercy nie dbają, by ten, kto jednak utwór zechce wykorzystać, miał do kogo się zgłosić z prośbą o pozwolenie. Drugi jest taki, że internet dał możliwość zostania twórcą (w świetle ustawy) całej masie ludzi, którzy z majątkowych praw autorskich wcale korzystać nie chcą. Należałoby jednak dopasować ustawodawstwo do tej sytuacji.

Moim pomysłem jest, by majątkowe prawa autorskie przysługiwały twórcy nie automatycznie, jak to ma miejsce obecnie, tylko po rejestracji utworu. Rejestracja byłaby na stosunkowo krótki czas, powiedzmy na 10 lat, później trzeba by ją ponowić, ale tego ponowienia można by dokonywać w nieskończoność (po śmierci twórcy robiliby to spadkobiercy). Można by też zarejestrować utwór dopiero w jakiś czas po jego powstaniu (w dowolnym momencie) albo ponownie mimo nieprzedłużenia rejestracji (w kolejną dziesiątą rocznicę). Takie rozwiązanie stąd, że dopiero po jakimś czasie może okazać się, że utwór jest dochodowy. Owa późniejsza czy ponowna rejestracja nie mogłaby naruszać praw osób, które wykorzystały utwór, kiedy nie znajdował się pod ochroną (np. wydawca książki nie musiałby wycofywać jej ze sprzedaży ani płacić pisarzowi, a właściciel praw musiałby zaczekać, aż wyprzeda on nakład, by nie robić mu konkurencji). Utwory niezarejestrowane od razu trafiałyby do domeny publicznej.

Sprzeciw, jaki się automatycznie rodzi, jest taki, że rejestracja to biurokracja i mitręga dla autora. Biurokracja tak, ale myślę, że jednak z korzyścią dla wszystkich. Też dla autorów. W tej chwili bowiem jest tak, że jeśli nawet ktoś chce wykorzystać jakiś mało popularny utwór, to często nie jest w stanie dotrzeć do właściciela praw i albo robi to nielegalnie, albo rezygnuje. Albo dociera znacznym nakładem sił. Pamiętam, jak zamieszczałem na stronie poświęconej Söderbergowi jego zdjęcie. Naprawdę dużym wysiłkiem, korzystając z pomocy przyjaciół w Szwecji, znalazłem wyrok sądowy, z którego wynikało, że autor zdjęcia nie zostawił spadkobierców i nie mam do kogo się zwrócić, żeby mi pozwolił zamieścić zdjęcie, ani komu za to zapłacić. Zamieściłem więc zdjęcie, ale wygląda na to, że półlegalnie. Gdyby istniał taki publicznie dostępny rejestr, ustalenie, czy i kogo należy zapytać o pozwolenie i z kim uzgadniać kwestię ewentualnej zapłaty (bo autor może przecież udzielić pozwolenia nieodpłatnie), byłoby kwestią minut.

Moje rozwiązanie spowodowałoby, że z czystym sumieniem można by korzystać z całej masy drobnych utworów zamieszczanych w internecie, których autorom wcale na zarobku nie zależy, a często nawet na ujawnianiu swojego autorstwa (co z góry blokuje wszelkie legalne wykorzystanie). Z kolei ci, którzy stworzyli dzieła dochodowe i chcący z tego korzystać, mieliby ułatwioną komunikację z potencjalnymi nabywcami. Do tego prawnuki przedsiębiorców nie byłyby uprzywilejowane w stosunku do prawnuków twórców.

poniedziałek, 20 czerwca 2016

Nie ta ustawa, panie dzieju, czyli jak abderyta wyroki odczytywał

Jako były belfer odczułem niemałą satysfakcję, kiedy w końcu udało mi się do redaktora Pawła M. przebić z komunikatem, że dyskusja polega na tym, że na argument musi przedstawić kontrargument, a nie domagać się od oponenta innych argumentów, jeśli na dany nie potrafi odpowiedzieć. Długo to trwało, ale satysfakcja tym większa, bo wytłumaczyć coś uczniowi zdolnemu, który chwyta w pół słowa, to żadna sztuka, prawdziwym wyzwaniem jest sprawić, by ten tępy włączył mózg.

Zdjęcie © WoGi

Oczywiście uczeń specjalnej troski nie wskoczy od razu na poziom piątkowy, ocena mierna będzie zadowalająca, więc nie ma co się czepiać, że redaktor swój merytoryczny wpis rozpoczął od personalnego ataku, w którym strzela ślepymi nabojami. Usiłuje mnie zdyskredytować, nazywając pisarczykiem i wskazując, że obserwuję swój własny blog. Ponieważ obserwowanie własnego bloga żadnych korzyści nie daje, łatwo się domyślić, że kliknąłem coś przez przypadek, a że na swój profil nie wchodzę, bo i po co, to nie jestem tego świadom, ale akurat myślenie nie jest mocną stroną naszego redaktorka. O właśnie, określenia „pisarczyk” i „pisarzyna” są odwetem za „redaktorka” i „redaktorzynę”. Różnica polega na tym, że te drugie są konkluzją po dokonanej ocenie redaktorskich predyspozycji Pawła M., a te pierwsze wyłącznie epitetem.

Ale przejdźmy do meritum, bo to jest znacznie ciekawsze. Najpierw ogólnie. Przypomnijmy, że szanowny pan redaktor lansował tezę, że strony mogą sobie umową wyłączyć postanowienia ustawy. Konkretnie, że chociaż ustawa o prawie autorskim mówi o niezbywalności osobistych praw autorskich i nakazuje dać autorowi tekst do korekty autorskiej przed publikacją, to regulaminem danej gazety czy danego serwisu można zadecydować inaczej. Wygląda na to, że Paweł M. z tego stanowiska się wycofał, bo już nie udowadnia, że regulamin sprzeczny z ustawą jest wiążący, tylko że regulamin pozwalający redaktorowi decydować o ostatecznym kształcie tekstu wcale z ustawą sprzeczny nie jest. Mimo że nasz redaktorek najwyraźniej porzucił swoje pierwotne stanowisko, że aktem prawnym niższego rzędu można wyłączyć postanowienia aktu prawnego wyższego rzędu, bardzo się pilnuje, żeby wprost nie przyznać, że nie miał racji. Jakie w ten sposób niweluje kompleksy, nie jest już naszą sprawą, o tym powinien porozmawiać w innym miejscu.

Zdjęcie © Trueffelpix

Przejdźmy teraz do cytowanego przez Pawła M. orzecznictwa:
1) Orzeczenie Sądu Apelacyjnego w Krakowie z 29 października 1997 roku (sygn. akt I ACa 477/97):
Nie każda zmiana dowolnego elementu treści lub formy utworu narusza prawo do jego integralności (art. 16 pkt 3 Prawa autorskiego), lecz tylko taka jego zmiana, która „zrywa” lub „osłabia” więź twórcy z utworem, usuwa lub narusza więź między utworem a cechami indywidualizującymi jego twórcę. Tak oznaczonych cech naruszenia prawa do integralności utworu nie spełniają drobne zmiany elementów jego treści lub formy, które nie uchylają atrybucji utworu.
2) Wyrok Sądu Apelacyjnego w Warszawie z 14 marca 2006 roku (VI ACa 1012/2005):
zakres czynności potrzebnych do usunięcia skutków naruszenia praw autorskich powinien być adekwatny do rozmiarów i skutków naruszenia.

Nie przypominam sobie, bym w jednym czy drugim przypadku twierdził coś przeciwnego, więc może szanowny pan redaktor zechciałby zacytować moje słowa sprzeczne z tymi orzeczeniami i wyjaśnić, co usiłuje nimi udowodnić. Bo nie stanowią one dowodu na to, że od korekty autorskiej można odstąpić, żadne z tych orzeczeń nie odnosi się do dyspozycji art. 60 ustawy o prawie autorskim, na który wskazywałem. Co więcej, powiedziałbym, że one w ogóle nie mówią o redakcji, gdyż redakcja obejmuje coś więcej niż drobne zmiany (o czym pisałem w swoim tekście).

3) Opinia prawnika (adwokata Jarosława Góry) o zgodzie z góry na zmiany w dziele:
W literaturze dopuszcza się również możliwość umownego udzielenie takiej zgody na przyszłość, pro futuro. Problem pojawia się jednak w kwestii zakresu zmian, tj. czy twórca może wyrazić zgodę na wprowadzenie konkretnej zmiany przez konkretną osobę, czy może udzielić zgody blankietowej, na wprowadzanie wszelkich zmian? W tej kwestii w literaturze również nie panuje zgoda. Znajdziemy liberalne podejście do tej kwestii, które dopuszcza możliwość zezwolenia na dokonywanie wszelkich zmian, związanych z korzystaniem z utworu. Znajdziemy również restrykcyjne podejście, opowiadające się za możliwością udzielenia zgody tylko na dokonanie konkretnych zmian. Zdaje się, iż większe poparcie ma drugie stanowisko, zgodnie z którym twórca może udzielić zezwolenia tylko na dokonanie dokładnie określonych zmian w przyszłości. Zgodnie z nim udzielenie zgody na dokonywanie w przyszłości wszelkich zmian jest nieskuteczna.
Paweł M.: Jak widać nie ma zgody co do zakresu, jest zgoda, że ogólnie takowej zgody udzielić można.

Smaczne. Dominuje stanowisko, że można „udzielić zezwolenia tylko na dokonanie dokładnie określonych zmian w przyszłości”, co według Pawła M. oznacza, że ogólnie można udzielić zgody na zmiany w przyszłości. Do tego Paweł M. zapomniał dodać, że ten spór dotyczy zmian, które nie naruszają prawa do integralności utworu, nie ma takiego stanowiska, że twórca może się zgodzić na zmiany w przyszłości, którym mógłby się słusznie sprzeciwić. No i Paweł M. nie potrafi prawidłowo zakwalifikować wypowiedzi, którą cytuje. Nieumiejętność rozpoznawania rodzaju tekstu byłaby czymś obojętnym na przykład u hydraulika, u pana redaktora musiałaby dziwić, gdyby pan redaktor nie dostarczył już wcześniej dowodów, że tak się nadaje na redaktora jak Stephen Hawking na hydraulika. Adwokat Jarosław Góra nie wyraża żadnej opinii, tylko referuje, jak kształtują się stanowiska w tej kwestii. Jego opina jako szeregowego prawnika, zamieszczona nie wiadomo gdzie (pewnie gdzieś w internecie), byłaby bezwartościowa. O wadze opinii rozstrzygają tytuły przed nazwiskiem i miejsce publikacji. Licząca się opinia w tej kwestii powinna być zacytowana następująco:
Prof. dr hab. Marian Kępiński: twórca może się zgodzić tylko na konkretne zmiany proponowane przez nabywcę praw. Nie może natomiast skutecznie pozwolić nabywcy na dokonywanie wszelkich zmian w przyszłości („System prawa prywatnego”, t. XIII, Prawo autorskie, red. J. Barta, Warszawa 2003, s. 444).

4) Wyrok Sądu Najwyższego z 31 października 1975 roku (I CR 624/75):
Wydawca, który wbrew żądaniu twórcy nie umożliwił mu wypowiedzenia się co do redakcyjnych, merytorycznych zmian w opublikowanym utworze, narusza autorskie dobra osobiste twórcy.
Paweł M.: Jeszcze raz: wbrew żądaniu twórcy. To przerzuca piłeczkę na pole autora – to on powinien wystąpić o korektę autorską.

Tak. Na mocy ustawy z 1952 roku, która mówiła, że twórca ma prawo żądać udostępnienia mu tekstu do korekty autorskiej. Obecna ustawa z roku 1994 zobowiązuje korzystającego z utworu do udostępnienia twórcy tekstu do korekty autorskiej. Powoływanie się na wyrok z 1975 r., bazujący na uchylonej ustawie i przepisie, który w nowej ustawie się nie znalazł, dość dobitnie pokazuje żenujący poziom wiedzy Pawła M. Facet usiłuje udawać oblatanego w orzecznictwie z zakresu ustawy o prawie autorskim, chociaż o jej istnieniu dowiedział się dwa miesiące temu. Wypowiada się „ze znawstwem” o interpretacjach tej ustawy, choć nawet nie raczył spojrzeć, kiedy ją uchwalono. Daje to pewne pojęcie o tym, jak sprawdza fakty w poprawianych przez siebie tekstach.

Jak widzimy, orzecznictwo przytoczone przez Pawła M. obala moje stanowisko, że twórcy należy udostępnić tekst do korekty autorskiej, w takim samym stopniu, jak wyroki w sprawie wchodzących w szkodę krów. Ale przypomnę, na razie cieszymy się z faktu, że Paweł M. w ogóle jakiekolwiek orzecznictwo przytoczył, gdyż świadczy to o uruchomieniu procesu, którego się u niego nie spodziewaliśmy:

Za okoliczność łagodzącą należy też uznać, że Paweł M. wcale nie chce ustalić, jaki jest stan faktyczny, jakie uprawnienia ustawa daje autorowi, a jakie redaktorowi. Za wszelką cenę dąży do wykazania, że ustawa nie wyznacza mu podrzędnej roli, bo ze swoim ego bardzo chce rządzić i nie może się pogodzić z faktem, że wybrał sobie zawód, w którym nie on podejmuje ostateczne decyzje. Z tym że w tej kwestii też muszę uznać się za niewłaściwego partnera do rozmowy.

Poza orzecznictwem szanowny pan redaktor przytacza argumenty „na chłopski rozum”. Posługiwanie się chłopskim rozumem w dyskusji o prawie jest de facto oświadczeniem, że nie ma się o prawie bladego pojęcia. Nic dziwnego, że redaktor ignorant wygłasza pogląd, jakoby prawo nie obowiązywało, jeśli nie ma czasu na przewidziane nim procedury. Wygłasza zresztą po raz kolejny, chociaż na bezsens tego poglądu wskazałem, ale najwyraźniej Paweł M. uważa, że przez powtarzanie jego argumenty nabiorą sensu. Ponieważ też mu napisałem, że tak nie jest, rodzi się pytanie:

Skoro nie, to nie wiem, dlaczego do Pawła M. pewne rzeczy nie docierają. Nowinką jest twierdzenie, że jak prawnicy wielkiej firmy coś napiszą, to ex definitione jest to zgodne z prawem. Nasz redaktor powinien stanąć koło tej babuni, która dokładała drewienek Husowi do stosu, bo prawnicy wielkiej firmy kierują się interesem tej firmy, a prawo mają tam, gdzie słabszy kontrahent firmy może im skoczyć. W przypadku zastrzeżenia, że redakcja może dokonać zmian i skrótów w nadesłanym tekście, jest to standardowa formułka jeszcze z czasów PRL-u. I nawet wtedy nie miała ona takiej mocy, jaką przypisuje jej Paweł M., który by o tym wiedział, gdyby raczył przeczytać cytowany przez siebie wyrok Sądu Najwyższego w całości, bo jest tam mowa o tym, że zastrzeżenie redakcji czasopisma o prawie skracania materiałów niezamówionych nie upoważnia do naruszania prawa do integralności utworu.

Przejdźmy teraz do regulaminu Biblionetki, który tę dyskusję sprowokował. Przypomnijmy, że Biblionetka odmawiała autorowi recenzji właśnie prawa do korekty autorskiej. Odmawiała, bo po tekstach na blogu Koczowniczki i moim uznała, że działa niezgodnie z prawem, i regulamin zmieniła. Tę okoliczność Paweł M. dyskretnie pominął, bo to, że serwis przyznał mi rację, średnio wspierałoby jego tezę, że racji nie mam.
Recenzent Biblionetki nie miał wpływu na to, co redaktor mu zmieni, mógł zareagować dopiero post factum:
Jeśli autor tekstu uzna ingerencję za zbyt daleko posuniętą, może poprosić redakcję o usunięcie tekstu z serwisu w terminie 7 dni od pojawienia się tekstu w BiblioNETce.
Samo sformułowanie „ingerencja zbyt daleko posunięta” wskazuje, że mowa o zmianie zdefiniowanej w przytoczonym przez Pawła M. orzeczeniu Sądu Apelacyjnego jako tej, która „zrywa” lub „osłabia” więź twórcy z utworem, usuwa lub narusza więź między utworem a cechami indywidualizującymi jego twórcę. Czyli Biblionetka chciała wprowadzać zmiany, co do których zakładała, że autor słusznie może się z nimi nie zgadzać. I pozwalała mu na reakcję, tyle że taką, jakiej ustawa nie zna, do tego cokolwiek spóźnioną. Bo autor ma prawo żądać, by jego teksty były publikowane w takiej postaci, w jakiej on chce, a nie do żądania (i to w określonym terminie), by wycofywano jego teksty spreparowane przez redaktora.

Jakie zmiany wprowadzała Biblionetka, referuje nam Paweł M., cytując recenzentkę:
Kiedy tydzień temu dodałam do Biblionetki swoją recenzję, pani redaktor poczyniła w niej kilka zmian – opisuje Koczowniczka. – Na pytanie, co znowu napisałam źle, otrzymałam odpowiedź, że w dwóch kolejnych zdaniach aż trzy razy pojawiło się „i”.
I nasz znawca komentuje:
Z tego wnoszę, że redaktorka po prostu zamieniła jedno lub dwa „i” na „oraz”. Nie sądzę, żeby jakikolwiek biegły uznał to za naruszenie integralności utworu lub pogorszenie jego jakości.

I ja się z Pawłem M. całkowicie zgadzam. Pomijając kwestię, że zmiana była najprawdopodobniej bezsensowna, bo trzykrotne „i” w dwóch zdaniach normalnie nie razi, o naruszeniu prawa do integralności utworu trudno mówić. Co najwyżej o manierze pań redaktorek i panów redaktorów, którzy na siłę poprawiają dobry tekst i wykazują swoje zaangażowanie, pracowitość i głęboką wiedzę przez zmienianie „i” na „oraz”. Ale Koczowniczka pisała też o innych zmianach:

Gdyby biblionetkowy redaktor ograniczał się do poprawiania błędów, nikt rozsądny by nie narzekał. Ale zmiany pojawiają się również w miejscach, gdzie błędów nie było. Podam przykłady:
– z prawidłowo zbudowanego przeze mnie zdania redaktor usunęła jedyny czasownik i nie zastąpiła go innym,
– przerobiła zdanie Mieszka samotnie, pracuje dorywczo i zachowuje się inaczej niż większość jej rówieśniczek, bo nie marzy o koncie bankowym, ślubie i dzieciach, tylko chce być „dzika, wolna, szalona” na Mieszka samotnie, pracuje dorywczo i zachowuje się inaczej niż większość jej rówieśniczek, bo nie marzy o koncie bankowym, ślubie i dzieciach, tylko chce być dzika, szalona i wolna.
(…) Redaktorka usunęła cudzysłów, nie pytając mnie, co on oznacza. A mógł to być cytat, wypowiedź ironiczna, przytoczenie, ważne słowa zrozumiałe jedynie dla tych, którzy przeczytali książkę. I wreszcie ustawiła przymiotniki w innej kolejności.

Paweł M. w swoim wywodzie w żaden sposób się do tego nie odniósł, co wyraźnie świadczy o jego przekonaniu, że jeśli pominie treści, na które nie potrafi odpowiedzieć, te niewygodne dlań fakty i argumenty znikną. Zmusza nas to po raz kolejny do zadania mu pytania:

Hm. Skoro jednak nie, to znaczy, że Paweł M. za głupich ma czytelników mojego bloga i bloga Koczowniczki. Najwyraźniej uważa, że to tępaki niezdolne do zauważenia, jak manipuluje i pomija te wypowiedzi i argumenty, które obalają jego tezy, a których nie jest w stanie zanegować. (Trzy razy „i” w dwóch zdaniach, nie trzeba zmieniać na „oraz”). W odpowiedzi na jego pytanie, na czym opieram swoją opinię, że ma się za geniusza, który nie robi błędów, wskazałem dwa cytaty (w komentarzach pod wpisem o redagowaniu). Paweł M. odniósł się tylko do jednego, dopisując zresztą swojej wypowiedzi nową treść (nie ma w niej mowy o działaniu z braku czasu), drugi pominął milczeniem. Ale najwyraźniej uznał, że udowodnił w ten sposób, że żaden z cytatów nie wspiera mojej opinii. No cóż, dyskutowania w szkole nie uczą, a szkoda. Paweł M. orłem intelektu nie jest, ale myślę, że gdyby w szkole poćwiczył, to od biedy jakąś sensowną dyskusję zdołałby przeprowadzić.

Wróćmy do wskazanych przez Koczowniczkę zmian. Co do pierwszej, nie mamy szczegółów, ale jeśli przyjmiemy, że tak to rzeczywiście wyglądało, to wprowadzenie błędu w miejsce poprawnego zdania jest jednoznacznym pogorszeniem jakości utworu. A może uważasz inaczej, szanowny panie redaktorze? Przy czym ingerencja tego rodzaju wcale nie jest nieprawdopodobna, też się z taką zetknąłem, bierze się ona pewnie stąd, że redaktor skreśla jakieś słowo, chcąc je zastąpić innym, ale potem zapomina to zrobić (bo coś go na moment oderwało od tekstu albo dlatego, że pracuje w pośpiechu).

Druga zmiana jest jednoznaczna. Cytat z omawianej książki, zgrabnie wpleciony w tekst recenzji, został przerobiony na tekst odautorski. Jeśli to nie jest naruszenie prawa do integralności utworu, to co nim będzie, panie dwumiesięczny znawco prawa autorskiego i orzecznictwa?

poniedziałek, 2 maja 2016

Trochę o redagowaniu

Z bloga Koczowniczki dowiedziałem się, że Biblionetka narzuca autorom recenzji regulamin, według którego recenzje publikowane są w serwisie po naniesieniu poprawek przez redaktora, ale bez konsultacji z recenzentem, czy na te poprawki wyraża zgodę.

Zakładając, że autorka bloga i jej czytelnicy niespecjalnie orientują się w przepisach prawa autorskiego lub, co także możliwe, nie postrzegają się jako autorzy, których ta ustawa chroni, wskazałem w komentarzu, czysto informacyjnie, że Biblionetka łamie prawo. Pojawił się na to redaktor z kilkunastoletnim stażem, który oświecił mnie że jeśli w danym serwisie czy danej redakcji wprowadzono takie rozwiązanie, że korekty autorskiej u nich się nie przeprowadza, to – uwaga! – ustawa nie obowiązuje. Ustawa, dodajmy, korektę autorską expressis verbis nakazującą. Dla tych, którzy się nie orientują: korekta autorska (nie mylić ze zwykłą, polegającą na poprawieniu literówek), zwana fachowo nadzorem autorskim, to właśnie owe konsultacje z autorem tekstu, czy na wniesione poprawki wyraża zgodę. Chociaż „konsultacje” to złe słowo, gdyż konsultacje zakładają dyskusję i równość stron, a tu takiej dyskusji ani równości nie ma. Autor te poprawki, które uznaje za niezasadne albo które mu się zwyczajnie nie podobają, może odrzucić bez tłumaczenia się czy wyjaśniania redaktorowi czegokolwiek. Oczywiście, jeśli chce, może je z redaktorem dodatkowo omówić, dopytać, które ten uznaje za istotniejsze, a które mniej, jest to nawet wskazane, ale ostateczna decyzja, zgodnie z prawem, pozostaje w jego gestii.

Czego wspomniany redaktorzyna (bo to będzie właściwe słowo) nie wiedział i nie zamierzał przyjąć do wiadomości. Dyskusję z tym ignorantem, w której z braku argumentów usiłował na mnie przerzucić ciężar udowodnienia, że nie mam racji, mogą państwo prześledzić tutaj. I, niestety, tacy redaktorzy jak on nie są szczególnym wyjątkiem: zerowa wiedza, za to niewzruszone przekonanie o własnej racji i ograniczeniu umysłowym autora. Dodajmy do tego arogancję gazet, serwisów i wydawnictw, które nic sobie nie robią z obowiązującego prawa, i człowiek nierzadko ma okazję zobaczyć w druku swój pokancerowany tekst.

A zauważmy, że nawet w sytuacji, gdy redaktor jest kompetentny, z samej definicji redakcji wynika, że autor wszystkich poprawek nie przyjmie. Bo redakcja to nie tylko poprawienie ewidentnych błędów, ale też zaproponowanie lepszych sformułowań, a to, czy są lepsze, jest kwestią czysto subiektywną, względnie autor z takich czy innych względów będzie wolał pozostać przy swoich. Czasami redaktor może źle zrozumieć intencje autora albo zwyczajnie przeoczyć, że jego poprawka jest niezasadna, bo nikt nie jest doskonały. Bywa też i tak, że nie gra chemia między autorem a redaktorem. Redaktor obiektywnie poprawia tekst w sposób właściwy, ale autor odbiera zmiany jako niepasujące do jego utworu.

To wszystko w przypadku redaktorów kompetentnych, a przecież znacznie częściej ma się do czynienia z takimi, którzy reguły polszczyzny znają dość wybiórczo. Co więcej przy poprawianiu ani myślą sięgać do słowników, by upewnić się, że to autor się myli, a nie oni. I tak dowiadywałem się np. że mam pisać nazwy marek samochodów dużą literą albo imiesłowy z „nie” rozłącznie. Taki niekumaty redaktor jest naprawdę dużym nieszczęściem, bo, nie widząc błędów, a nie chcąc zostawić akapitu bez poprawek (żeby było widać, że pracował), poprawia tam, gdzie jest dobrze. Inni z kolei próbują pisać za autora. Poprawki w każdym zdaniu świadczą nie o tym, że autor nie potrafi pisać, tylko o tym, że redaktor nie rozumie, na czym polega redakcja.

Mam w ogóle wrażenie, że do tego zawodu trafiają ludzie, którzy nigdy nie powinni go wykonywać albo ze względów charakterologicznych, albo dlatego, że wykonują go z musu, a tak naprawdę sami chcieliby tworzyć. Ze względu na podrzędną rolę (podrzędną w sensie hierarchii, bo zawód redaktora jest szalenie potrzebny, a dobry redaktor to skarb) nie jest to zajęcie dla osób o rozbuchanym ego, tymczasem na okrągło spotyka się redaktorów, którzy zachowują się, jakby zasiadali na królewskim tronie. Druga strona medalu jest taka, co zauważyłem, kiedy sam chciałem zlecić redakcję, że większość ludzi traktuje ją jako zajęcie doskonale pozwalające uzupełnić domowy budżet, zajęcie, do którego można zgłosić się jak do sprzątania, bo przecież każdy to umie. W efekcie, kiedy oddajemy tekst do redakcji w ciemno, a nie wybranemu i sprawdzonemu przez nas redaktorowi, nasze szanse trafienia na dobrego są mniejsze niż większe.

Wszedłem na stronę Biblionetki, żeby zapoznać się ze wspomnianym we wstępie regulaminem Działu Recenzji: „Jest to podstawowy dział BiblioNETki i zarazem jej wizytówka, dlatego przestrzeganie obowiązujących w nim zasad (…) oraz poszanowanie praw autorskich mają ogromne znaczenie”. Skoro poszanowanie praw autorskich ma tak ogromne znaczenie, to dlaczego Biblionetka nie szanuje praw autorów recenzji?

poniedziałek, 22 lutego 2016

Umowy wydawnicze – fakty i mity

Z umowami wydawniczymi jest kilka problemów. Pierwszy to taki, że znakomitej większości autorów jest całkowicie obojętne, co podpisują. Wydawałoby się, że człowiek inteligentny, który potrafił stworzyć powieść, będzie zdawał sobie sprawę, że umowę się czyta, analizuje i negocjuje. Nic z tych rzeczy. Jak ciemny chłop pańszczyźniany z zaboru pruskiego drukuje taki, co mu wydawnictwo przysłało, sygnuje (aż dziw, że własnym nazwiskiem, a nie trzema krzyżykami) i odsyła. A potem, kiedy dotrze do niego, że dał wydawnictwu cyrograf, by robiło, co chciało, i mogło go mieć gdzieś, rozpaczliwie szuka pomocy.

Drugi problem jest taki, że jeśli nawet autor zainteresuje się treścią umowy, natrafi w internecie na niekompetentne rady. Pół biedy, jeśli są one podane w ten sposób, że widać, że doradzający nie ma bladego pojęcia, o czym pisze. Gorzej, gdy wyglądają na sformułowane przez osobę znającą się na rzeczy. Tak jest w przypadku wpisu Tomasza Węckiego pt. Jak negocjować umowę z wydawcą? na blogu „Spisek pisarzy”.

Pozornie wpis wygląda na bardzo sensowny, zawiera zresztą dużo rzetelnych porad, dotyczących choćby wzięcia prawnika czy technik negocjacyjnych. Osoba nieznająca tematu nie ma szans, żeby zorientować się, że Węcki o prawie autorskim i jego stosowaniu w kontekście umów wydawniczych ma nikłe pojęcie. Zresztą skąd ma mieć? Prawnikiem nie jest, a z opisu jego zawodowych doświadczeń nie wynika, by kiedykolwiek jakieś umowy wydawnicze zawierał. Chyba że jako ghostwriter, co akurat byłoby dość specyficzną umową, gdyż w świetle polskiego prawa ghostwriting jest nielegalny (nie można podpisać cudzego utworu swoim nazwiskiem).

Węcki przestrzega przed przekazywaniem wydawcy majątkowych praw autorskich i zaleca udzielenie licencji (zapomina dodać, że wyłącznej). Bo „przekazując całość praw majątkowych, sprzedajesz książkę w zupełności”, a udzielając licencji „ciągle to Ty jesteś jedynym dyspozytorem tych praw”. „Sprzedawanie książki w zupełności” brzmi groźnie, tyle że to nonsens, podobnie jak nonsensem jest twierdzenie, że dzięki licencji autor będzie miał okazję do podpisywania aneksów, które przyniosą mu dodatkowe wynagrodzenie.

Powiedzmy więc jasno i wyraźnie: w praktyce nie ma kompletnie znaczenia, czy wydawcy przekażemy majątkowe prawa autorskie, czy udzielimy mu licencji wyłącznej. Liczą się tylko _warunki_ , na jakich przekażemy te prawa czy udzielimy licencji (zresztą Węcki w końcu to przyznaje, ale tak na marginesie, że wątpię, by przesłoniło to czytelnikowi komunikat, że przekazanie praw jest dla autora niekorzystne). Jeśli wydawca zaproponuje umowę z przeniesieniem praw, a my będziemy domagać się licencji, będziemy walczyć o coś, co nam żadnych korzyści nie da, a, jak sam Węcki wskazuje, zdobyte w jednym miejscu punkty trzeba podczas negocjacji oddać w innym.

„(…) zazwyczaj przekazując całość majątkowych praw autorskich, robisz to bezterminowo” – ostrzega Węcki. No właśnie wcale nie „zazwyczaj”, bo w większości wydawnictwa proponują przeniesienie praw na określony okres. Owszem, są jeszcze takie, które chcą dostać je bezterminowo, i przed bezterminowym oddaniem praw rzeczywiście należy przestrzegać, ale tylko i wyłącznie przed tym. Jeśli przeniesiemy prawa na przykład na sześć lat, to między takim przeniesieniem a sześcioletnią licencją nie ma w praktyce żadnej różnicy. I nieprawdą jest, że w tym pierwszym przypadku wydawca może samodzielnie robić dodruki, a w drugim przypadku musi nas pytać o zgodę. Zresztą byłoby bez sensu, gdyby autor sprzeciwiał się dodrukom, a jeśli chodzi o to, że miałby za nie dostać wyższe wynagrodzenie, to w okresie obowiązywania licencji wyższego wcale nie dostanie. Co innego, gdyby miał zapis w umowie, że np. powyżej dziesięciu tysięcy nakładu dostaje nie 14%, a 16%. Tyle że taki zapis doskonale może być również w umowie przekazującej prawa.

Nieprawdą jest też, że przekazanie praw majątkowych jest równoznaczne z tym, że wydawca będzie decydował komu sprzeda prawa do tłumaczenia lub ekranizacji. Węcki to w ogóle kompletnie myli, bo niżej twierdzi, że wydawca uzyska takie uprawnienie, jeśli skłoni nas do rezygnacji z wykonywania osobistych praw autorskich. Tymczasem tłumaczenie czy ekranizacja to całkowicie odrębna kwestia i nie ma nic wspólnego z prawami majątkowymi czy osobistymi, chodzi tu o udzielanie zezwolenia na wykonywanie praw zależnych do utworu. Zgodnie z art. 46 ustawy o prawie autorskim decyduje o tym autor, ale w umowie można zapisać, że wydawca, i zwykle tak się zapisuje, co ma uzasadnienie w tym, że zazwyczaj tłumacza dla książki szuka wydawca, a nie autor.

Węcki zaleca, by w umowie wydawniczej koniecznie była zapisana wysokość wynagrodzenia, i przestrzega, by nie dać się odesłać do innych dokumentów czy aneksu. Nie wiem, gdzie on widział takie odesłanie, może w umowach dotyczących tekstów reklamowych, bo wydawnictwa wprawdzie w umowach różne istotne rzeczy pomijają, ale nigdy wysokości wynagrodzenia.

Passus o terminach płatności też pokazuje nikłe doświadczenie Węckiego. Bo znacznie większym problemem niż brak terminów w umowach jest ich nieprecyzyjne określanie. Wiele wydawnictw nadal stosuje wzorki umów z PRL-u (niewiarygodne, ale tak jest), gdzie terminy zapisywało się „po wydaniu książki”, „po rozliczeniu”. Wtedy nie miało to znaczenia, dla wydawnictwa problemem nie był brak gotówki na zapłacenie autorowi, tylko brak papieru na wydanie jego książki. Teraz wydawnictwa często nie mają pieniędzy, więc korzystają z tego, że „po wydaniu” de iure nie wyznacza żadnego terminu, bo miesiąc, dwa czy cztery po wydaniu książki jest cały czas „po wydaniu”, i zwlekają z płatnościami.

Innym reliktem PRL-u jest niepodawanie w umowach wysokości początkowego nakładu. I to jest sprawa kluczowa dla autora (jak zresztą parę innych, o których Węcki nie wspomina). Otóż autorowi należy się odszkodowanie, jeśli wydawca zrezygnuje z wydania książki. Przy czym rezygnacja z zakontraktowanych książek jest, wbrew pozorom, dość częsta. Żeby autor mógł się o takie odszkodowanie ubiegać, muszą być w umowie dwa zapisy, jeden, że „wydawca zobowiązuje się do wydania i rozpowszechniania utworu”, i drugi podający minimalny nakład. Pierwszy wynika z wymogów formalnych, drugi ma zapobiec cwanemu manewrowi. Jeśli nie będzie w umowie określonego nakładu, wydawca wydrukuje 10 egzemplarzy na cyfrze i oświadczy, że książkę wydał, bo przecież nigdzie nie jest powiedziane, że nakład miał być wyższy.

Węcki słusznie ostrzega przed „rezygnacją z egzekwowania przywilejów wynikających z posiadania praw autorskich osobistych”. Tylko obawiam się, że ostrzeżenie jest mocno nieskuteczne, dlatego że w umowie będzie mowa o wykonywaniu przez wydawcę lub niewykonywaniu przez autora osobistych praw autorskich i nie każdy zorientuje się, że to to samo. Dodajmy jeszcze, że taki zapis pojawia się w umowach bardzo rzadko, a jeśli nawet z umowy się go nie pozbędziemy (bo przeoczymy albo mamy słabą pozycję negocjacyjną), to nie stoimy wcale na straconej pozycji: zdania, czy taki zapis w ogóle jest dopuszczalny (bo osobiste prawa autorskie są niezbywalne), są wśród prawników podzielone, według części komentarzy do ustawy taki zapis w umowie jest z tą ustawą niezgodny.

Ważniejsze od powyższego zapisu jest, co będzie w umowie na temat redakcji. Wydawnictwa zawłaszczają sobie bowiem prawo do decydowania o ostatecznym kształcie tekstu, przy czym wygląda na to, że część robi to w przekonaniu, że tak im wolno. Nie. Jest to rażąca ingerencja w osobiste prawa autorskie pisarza. Wydawca może (i powinien) tekst zredagować, ale o tym, które poprawki zostaną przyjęte, a które odrzucone, decyduje wyłącznie autor i żaden redaktor, wydawca czy nawet sam Pan Bóg nie ma tu nic do gadania. Problem w tym, że jeśli wydawca jest przekonany, że może sobie umową scedować na siebie prawo do decydowania o ostatecznym kształcie tekstu, to później będzie odpowiednio do tego postępował, więc należy go w porę uświadomić, że na żadne pisanie naszej książki przez redaktora się nie zgadzamy.

Po bardziej szczegółowe omówienie, na co należy zwracać uwagę przy podpisywaniu umowy i co powinno się w niej znaleźć, odsyłam do mojego poradnika.

poniedziałek, 8 czerwca 2015

O plagiacie i winie okradzionego

Autor bloga i10 odkrył, że jego wpisy stanowią treść książki Franciszka Kacyniaka pt. „Osiem”, wydanej przez Agencję Reklamowo-Wydawniczą Vectra.

Porównanie tekstów jednoznacznie dowodzi, że plagiat miał miejsce. Kacyniak starał się wprawdzie ukradzione teksty modyfikować, ale po modyfikacji nie ma żadnej nowej myśli, odmiennej fabuły czy innej pointy. Zmieniony jest tylko nieistotny sztafaż, czasami Kacyniak przerabia oryginał tak nieudolnie, że gubi dowcip czy pointę:

Wersja oryginalna:
Widać było, że powinienem się zainteresować.
– Czego znowu? – zrobiłem to co powinienem.
– Jest pewien problem ojcze – nazywa mnie tak gdy czegoś chce. Odłożyłem laptopa.
– Co cię nurtuje córko?
– Widzisz, pojedziemy razem do Łodzi, prawda?
– Prawda.
– I ja tam nie mam koleżanek, prawda?
– Prawda.
– Więc, można by rzec, będę się tam czuła nieco samotna, prawda?
– Nieprawda. Będziesz miała mnie.
– Dziecko w moim wieku... – na co dzień Róża uważa się za dorosłą, więc jeśli sama się nazywa „dzieckiem”, coś knuje. Skupiłem uwagę.
– ...dziecko w moim wieku potrzebuje towarzystwa rówieśników, których mi nie zastąpisz... – zastanowiła się i postanowiła dokończyć – ...kochany ojcze.
– Niby racja. ale o co chodzi?
– Więc będę się czuła samotna.
– Tylko dopóki nie poznasz rówieśników.
– To może potrwać, tato. Bądźmy szczerzy, nawiązywanie kontaktów w dzisiejszych czasach nie jest takie łatwe.
Róża zrobiła przygnębioną minę mającą wizualizować ból jaki jej sprawiają dzisiejsze czasy z całą ich trudnością w nawiązywaniu kontaktów.
Zastanawiałem się dokąd ta rozmowa zmierza.
– Powiedzmy, że nie jest łatwe, choć biorąc pod uwagę możliwości jakie daje internet, moim zdaniem jest łatwiejsze niż w innych czasach.
– Nie ojcze, nie jest łatwe – pokiwała ponuro głową. – I dlatego, ponieważ będę czuła się samotna, pozbawiona towarzystwa rówieśników, skazana na twoje towarzystwo... – spojrzała na mnie - ...dość miłe, ale jednak dzieli nas conajmniej jedno pokolenie...
– Ja ci zaraz dam conajmniej.
– ...dobrze, DOKŁADNIE jedno pokolenie. Więc widzę jedno rozwiązanie problemu.
– Jakiego problemu?
– Problemu mojej samotności tato! Nie słuchasz mnie!
– Słucham, słucham, przepraszam. Jakie widzisz rozwiązanie problemu swej głębokiej i ponurej samotności, córko?
– Kupisz mi jeża!

Wersja plagiatora:
Widać było, że powinienem się zainteresować.
– Czego ty znowu chcesz? – zapytałem, jak zazwyczaj w podobnych sytuacjach.
– Jest pewien problem, tatku – nazywała mnie zawsze tak, gdy czegoś chciała. Odłożyłem wędkę.
– Bo widzisz, przyjeżdżamy razem do ciotuni, prawda?
– Prawda.
– I ja nie mam tutaj koleżanek.
– To też się zgadza.
– Więc mam prawo czuć się nieco samotna?
– Nieprawda. Masz przecież mnie.
– Dziecko w moim wieku... – na co dzień uważała się za dorosłą, ale kiedy sama nazywała się „dzieckiem”, niewątpliwie coś knuła. Skupiłem więc uwagę podwójnie. – ...potrzebuje towarzystwa rówieśników, których mi nie zastąpisz, tatku.
– Niby racja.
– Więc mogę się czuć samotna?
– Tylko dopóki nie poznasz rówieśników.
Zrobiła przygnębioną minę, mającą wyrażać ból, jaki jej sprawiały trudności w nawiązywaniu kontaktów. Zastanawiałem się, dokąd ta rozmowa zmierza. Pokiwała ponuro głową.
– I dlatego, ponieważ czuję się samotna, pozbawiona towarzystwa rówieśników, skazana na ciebie... – spojrzała na mnie – ...chociaż dzieli nas co najmniej jedno pokolenie...
– Ja ci zaraz dam co najmniej – zamachnąłem się w jej kierunku, ale uskoczyła.
– Dokładnie jedno pokolenie. Teraz lepiej?
– Owszem – roześmiałem się.
– Widzę rozwiązanie tego problemu.
Zawsze była rezolutna jak na swój wiek. Być może właśnie dlatego rówieśnicy jej nie rozumieli.
– Jakiego problemu?
Spośród wielu przymiotników, jakich można użyć na określenie mojej córki, szczególnie niepasującym byłby „nierozgarnięta”.
– Mojej samotności, przecież mówię. Tatku, nie słuchasz mnie.
– Ależ słucham – w wodzie coś zabulgotało. – Więc jakie widzisz rozwiązanie tego problemu?
– Złowisz mi złotą rybkę!

Poza kompletnie spieprzoną pointą praktycznie każda poprawka Kacyniaka spłyca tekst i gubi jego sens („rozwiązanie tego problemu” zamiast „rozwiązanie problemu swej głębokiej i ponurej samotności”, ból sprawiają nie dzisiejsze czasy, tylko trudności w nawiązywaniu kontaktów), rozwala jego spójność (np. dodanie passusu, że rówieśnicy nie rozumieją córki, co pokazuje, że córka rzeczywiście jest samotna, tymczasem ta samotność jest przecież rzekoma, czego Kacyniak najwyraźniej nie załapał) czy wprowadza jakiś błąd („ale” zamiast „więc” w zdaniu „więc jeśli sama się nazywa dzieckiem”). Tekst plagiatora jest po każdym względem gorszy (wyłączywszy interpunkcję, ale to pewnie zasługa redaktora, nie Kacyniaka), ale tak będzie zawsze, bo plagiator nie skupia się na tym, by napisać coś dobrego (czego zresztą nie potrafi), tylko na tym, by zatuszować plagiat.

Tłumaczenie się z plagiatu jest zadaniem karkołomnym, więc nie za bardzo wyszło to i Kacyniakowi:

Plagiator pomniejsza swoją winę („zapożyczenia dosłownie kilku opisów”), składa warunkowe przeprosiny („jeśli uraziłem”), implikujące, że tak do końca to wcale nie jest pewne, że wyrządził komuś krzywdę, przy jednoczesnej „zmianie kwalifikacji czynu” z karalnej kradzieży na piętnowane jedynie towarzysko urażenie. Podobnie do Kacyniaka, wielu czytelników odkrywa, że jakiś pisarz formułuje ich myśli, że wyraża dokładnie to, co sami chcieliby powiedzieć. Takie odkrycie nie skutkuje jednak zwykle wydawaniem książek tego pisarza pod swoim nazwiskiem, lecz polecaniem jego twórczości znajomym i przyjaciołom. „Jego opowieści stanowiły dla mnie niedoścignione natchnienie, którego mi brakowało”. To zdanie po prostu rozwala. Nie miałem natchnienia, więc opowieści tego blogera natchnęły mnie, żeby je splagiatować. Ciekawe w tym kontekście są też wynurzenia Kacyniaka, że nie czytuje książek, przez co nie kopiuje stylu innych autorów. Kopiuje gotowe teksty.

Modelowo zachowało się wydawnictwo: natychmiast ogłosiło, że książkę wycofuje z obrotu, wyjaśniło, że Kacyniak wprowadził je w błąd co do swojego autorstwa, i skontaktowało się z rzeczywistym autorem, w celu, jak rozumiem, polubownego załatwienia sprawy. Bo chociaż wydawnictwo nie ponosi winy w sensie etycznym, to prawnym tak. Czyjeś prawa autorskie można naruszyć świadomie bądź nieświadomie, w przypadku Vectry mamy do czynienia z tą drugą sytuacją. Pojawiają się głosy, że Vectra powinna sprawdzić tekst przed wydaniem, są programy wychwytujące plagiaty, stosują je uczelnie. Tyle że na uczelniach plagiaty są masowe, w literaturze to pojedyncze przypadki. Składa się na to kilka przyczyn. Powieści piszą wyłącznie ludzie, którzy chcą je napisać, i powieść jest też celem samym w sobie. Praca magisterska jest niekoniecznie mile widzianym obowiązkiem i tylko etapem prowadzącym do dyplomu. Powieść jest zawsze oryginalna, więc przy wpadce widać jak na dłoni, że plagiat. Praca magisterska jest podsumowaniem tego, co napisali inni, więc można iść w zaparte, że to uprawnione cytowanie, tylko zapomniało się podać źródła. Powieść będzie czytana, toteż wpadka jest pewna jak amen w pacierzu (stąd na plagiat decydują się tylko dzieci albo idioci), w przypadku pracy magisterskiej istnieje całkiem spore prawdopodobieństwo, że nikt więcej nigdy do niej nie zajrzy. No i wreszcie student nie podpisuje (a przynajmniej kiedyś nie podpisywał) oświadczenia, że praca jest wynikiem jego oryginalnej twórczości i w razie gdyby było inaczej, poniesie wszelkie konsekwencje, a autor tak, i czasami takie przypomnienie może mieć otrzeźwiające działanie.

W tej sytuacji standardowe zabezpieczenie, w postaci tego właśnie oświadczenia autora, jest dla wydawnictwa wystarczające i poza nielicznymi przypadkami skuteczne. Trudno wymagać, by podejmowało ono ponadstandardowe działania, niewarta skórka za wyprawkę. Kwestią jest, jak zachowa się, kiedy okaże się, że autor skłamał. Czy będzie próbowało kombinować jak Bellona, czy od razu odetnie się od plagiatora i wycofa książkę z rynku jak Vectra. Jeśli to drugie, to wszystko jest w porządku.

Autor bloga złożył na razie zawiadomienie do prokuratury przeciwko Kacyniakowi. Z jednej strony słusznie, bo przywłaszczenie sobie cudzego autorstwa jest przestępstwem na podstawie art. 115 ustawy o prawie autorskim, z drugiej strony jak znam polską prokuraturę, którą usiłowałem np. nakłonić do ścigania złodziei z Chomikuj, to zrobi ona wszystko, by sprawę umorzyć, i jeśli autor nie będzie gotów na wniesienie prywatnego aktu oskarżenia, to nic nie wskóra. Ale chciałbym się mylić, bo niewiele rzeczy bardziej by mnie ucieszyło niż wyrok dla plagiatora. Są tacy „fachowcy”, którzy twierdzą, że autor poszedł do prokuratury, bo musi mieć wyrok w ręku, by móc dochodzić swoich praw na drodze cywilnej, co jest bzdurą. W ogóle zastanawia mnie, że cały tłum ludzi wypowiada się, jakie są możliwości działania w tym przypadku, przy czym prezentuje wiedzę ze źródeł „słyszałem”, „wydaje mi”, „znajomy znajomego miał podobną sytuację”, a nikt nie zajrzy do ustawy, gdzie wszystko jest wprost napisane.

Art. 78 ustawy o prawie autorskim mówi: „Twórca, którego autorskie prawa osobiste zostały zagrożone cudzym działaniem, może żądać zaniechania tego działania”. – To już nastąpiło, książka została wycofana z rynku, a Kacyniak usunął z fejsa profil książki i swój jako jej autora.
„W razie dokonanego naruszenia może także żądać, aby osoba, która dopuściła się naruszenia, dopełniła czynności potrzebnych do usunięcia jego skutków, w szczególności aby złożyła publiczne oświadczenie o odpowiedniej treści i formie”. – Wydawnictwo takie oświadczenie złożyło, od autora zależy, czy mu wystarczy (bo może chciałby np. nie tylko w internecie, ale i w prasie), o oświadczeniu plagiatora trudno powiedzieć, by miało odpowiednią treść i formę.
„Jeżeli naruszenie było zawinione, sąd może przyznać twórcy odpowiednią sumę pieniężną tytułem zadośćuczynienia za doznaną krzywdę (…)”. – W tym przypadku tego zadośćuczynienia autor może dochodzić tylko od plagiatora, bo wydawnictwo też zostało przez niego oszukane i nie miało świadomości, że autorem książki jest ktoś inny.

Artykuł 79, mówiący o naruszeniu majątkowych praw autorskich, przewiduje, że naruszający musi oddać autorowi to, co zarobił na książce (w tym przypadku pewnie jeszcze nic), ale też autorowi należy się dodatkowo odszkodowanie albo podwójne (jeśli naruszenie było niezawinione) lub potrójne wynagrodzenie (jeśli naruszenie zawinione).

Generalnie całkiem sporo kasy można dostać i jeśli ktoś padnie ofiarą plagiatora, to warto, by o nią powalczył. Raz, że mu się takie zadośćuczynienie zwyczajnie należy, a dwa, że w przypadku tak oczywistego plagiatu jest duża szansa, że winni zapłacą odszkodowanie dobrowolnie, woląc sprawy sądowej uniknąć. Przy czym za naruszenie praw majątkowych odszkodowania należy dochodzić też od wydawnictwa, ono z kolei, na podstawie zawartej umowy, będzie mogło później zażądać jego zwrotu od plagiatora. Wydawnictwo nie może się tą umową zasłaniać przed poszkodowanym, mówiąc, plagiator nas okłamał, więc roszczenia wobec nas ze strony autora są bezpodstawne. Poszkodowany przez plagiat nie jest stroną umowy wydawniczej. Jak napisałem wyżej, umowa ze stosownym oświadczeniem (rzekomego) autora nie wyłącza prawnej odpowiedzialności wydawnictwa, usprawiedliwia je tylko w sensie moralnym.

Są dowody na plagiat potwierdzone przyznaniem się do winy, wydawałoby się, że sytuacja jest jasna. Niestety, istnieje taki gatunek ludzi, a w Polsce liczniejszy chyba niż gdzie indziej, którego przedstawiciele uważają, że motorem działań współbliźnich jest wyłącznie chęć zysku i że dla tego zysku dopuszczą się każdej podłości. W związku z tym, jeśli ktoś został okradziony, należy się najpierw zastanowić, jaki mógł mieć w tym interes, że dał się okraść. Na profilu "Czytamy polskich autorów" tę mentalność prezentują panie Monika Morhan („Ale coś mi w tej aferze śmierdzi. Bo i pozycja byle jaka, i mało znane wydawnictwo. Jakby sztucznie nakręcano aferę, żeby sprzedać kiepską powieść”.) i Beata Głąb („Też mnie to frapuje (że cała akcja jest zaplanowana), bo wystarczy że wydawnictwo w ramach "przeprosin" wyda powieść pod nazwiskiem prawdziwego autora a reklamę ma już gotową”.). Morhan na swoje obrzydliwe sugestie nie ma żadnych dowodów, Głąb ma dwa: że wydawnictwo przecież mogło odkryć przed wydaniem, że to plagiat (dlaczego wcale nie musiało, wyjaśniłem powyżej) oraz że bloger pewnie teraz wyda w Vectrze swoją powieść. Tak, dobrze państwo czytają: dla Głąb dowodem na to, że okradziony kombinuje, jest zdarzenie, które być może nastąpi w przyszłości (jest to tak genialne rozwiązanie prawne, że Głąb powinna je opatentować). I które na dodatek wcale niczego nie dowodzi, bo byłoby to naturalne usunięcie skutków plagiatu, choćby w ten sposób, że Vectra mogłaby zorganizować wymianę sprzedanych egzemplarzy książki Kacyniaka na właściwe, inne wydawnictwo raczej nie będzie się w to bawić. Już sam brak dowodów nakazywałby przyzwoitemu człowiekowi zamknąć buzię, a nie dodatkowo pluć na tego, kogo przed chwilą właśnie opluto (nie padłem nigdy ofiarą plagiatora, ale pozwolę sobie antycypować, że tak właśnie czuje się autor, którego utwór został pokancerowany i wydany pod cudzym nazwiskiem). Ale w tej sprawie wystarczy włączyć mózg na pięć sekund, by dostrzec, jaki to absurd. Dlaczego autor miałby przerabiać swój tekst na dużo gorszy, gdyby to była mistyfikacja? A Franciszek Kacyniak, postać przecież realna, to tak z dobrego serca zgodził się na rolę wroga publicznego numer jeden? I dlaczego wydawnictwo nie ma przygotowanej właściwej wersji do wypuszczenia, żeby skorzystać na największym szumie? A i10 zawiadamia prokuraturę o przestępstwie, którego nie było, bo to wcale nie jest karalne, tylko taka forma zabawy?

Dla przeciwwagi odnotujmy fantastyczną reakcję internautów, bo praktycznie wszędzie, gdzie o książce pisało się w internecie, pojawiło się stosowne sprostowanie, że Kacyniak nie jest autorem, tylko plagiatorem (choć część epitetów można by sobie darować).

I tak dotarłem do końca tekstu, a nie wyłoniła się żadna pointa. Idę sobie kupić jeża.

poniedziałek, 5 stycznia 2015

Tantiemy od wypożyczeń

Andrzej Pilipiuk odniósł się do mojego wpisu Cztery i pół grosza, z tym że w sumie wypowiedział się przeciwko tantiemom płaconym twórcom od wypożyczeń ich książek w bibliotekach, a nie sposobowi wprowadzenia tych tantiem, co ja krytykowałem. Przedstawił następujące argumenty:

Po pierwsze biblioteki publiczne są budowane i utrzymywane z naszych podatków i wprowadzanie dodatkowych opłat jest równie niemoralne jak opłaty za autostrady.

Tantiemy nie są dodatkowymi opłatami za biblioteki. To, że polski rząd wprowadza system tantiem, wprowadzając jednocześnie opłaty, jest złamaniem zasad tego systemu, a nie ich realizacją. Tantiemy są wynagrodzeniem dla ludzi, którzy dzięki swojej pracy umożliwiają funkcjonowanie bibliotek. Nie ma żadnego uzasadnienia, dlaczego np. bibliotekarz za pracę na rzecz publicznej biblioteki dostaje wynagrodzenie, a twórca nie. Jest to zwyczajnie niesprawiedliwe. Porównanie z opłatami za autostrady jest więc nieadekwatne. Adekwatnym byłoby porównanie do budowniczych autostrady, którym państwo by nie płaciło, uznając, że z jakichś tam względów mają obowiązek w czynie społecznym przyczynić się do jej powstania.

Po drugie sam korzystam z bibliotek – w tym ze zbiorów specjalistycznych. Wolę żyć w poczuciu równowagi. Dokładam coś od siebie i sam korzystam.

Pilipiuk ma prawo korzystać z bibliotek, bo – jak sam zauważył – płaci na nie podatki. Jako pisarz wcale nie musi dokładać więcej niż inni obywatele, by mieć „poczucie równowagi”.

Po trzecie – opłaty takie są obce naszej tradycji.

To samo można powiedzieć o innych krajach, bo tantiem od wypożyczeń nigdzie nie wprowadzono równocześnie z otwarciem bibliotek. Świat się rozwija, ludzie też, pewne rzeczy sobie uświadamiamy i wprowadzamy nowe rozwiązania.

Po czwarte – jest to kolejny niebezpieczny precedens – wprowadza się opłatę za coś co było dotąd swobodnie dostępne – pamiętam jakie oburzenie mnie ogarnęło gdy w 1988-mym zdarto z nas opłatę za wstęp na plażę w Łebie.

Argument tożsamy z pierwszym. I mogę tylko odpowiedzieć tak samo: tantiemy dla twórców nie są tożsame z opłatami za bibliotekę i zgodnie z honorowaną wszędzie poza Polską zasadą, nie mogą być finansowane przez takie opłaty.

Po piąte – wprowadzenie takiego systemu wymusi na bibliotekach wprowadzenie szczegółowej ewidencji a co za tym idzie dowali bibliotekarzom zbędnych obowiązków z papierkami.

W obecnych czasach załatwia to dobrze napisany program komputerowy.

Po szóste – ktoś tym będzie musiał zarządzać co spowoduje kolejne koszta – w tym konieczność tworzenia nowych stanowisk urzędniczych.

Jeśli ma się zająć tym organizacja typu ZAIKS, to nowych stanowisk urzędniczych nie będzie. Koszta można też zminimalizować, np. nie wprowadzając rejestracji twórców, którzy chcą tantiemy otrzymywać (tylko przyjmując zasadę, że dostają wszyscy). Poza tym albo jesteśmy za wolnym rynkiem i brakiem urzędników, albo za jakąś ingerencją państwa. Jeśli to pierwsze, to biblioteki w ogóle nie mają racji bytu (bo czemu państwo ma utrzymywać armię bibliotekarzy albo fundować obywatelom darmową lekturę?), a jeśli to drugie, to każdemu, kto dokłada swoją cegiełkę do funkcjonowania biblioteki, należy za tę cegiełkę zapłacić i koszty związane z realizacją tej zapłaty trzeba ponieść.

Po siódme – władza zdobędzie w ten sposób szczegółowe dane co Polacy czytają – być może nawet dane co czyta konkretny Kowalski.

Ponieważ biblioteki są w większości skomputeryzowane, władza te dane już ma. I wygląda na to, że jest nimi kompletnie niezainteresowania, nie mówiąc o wykorzystaniu ich do jakichś niecnych celów.

Wreszcie na koniec – dla konkretnego autora będą to grosze niezauważalne w budżecie domowym.

Przy takiej szczodrobliwości polskiego rządu, jaką opisałem, rzeczywiście, ale problem nie w systemie, tylko w patologicznym sposobie jego wprowadzenia. A przy rozsądnej kwocie za wypożyczenie, w miarę poczytny autor zbierze już – ziarnko do ziarnka – na jakiś większy wydatek.

poniedziałek, 27 października 2014

Cztery i pół grosza

Jest projekt nowelizacji prawa autorskiego, wprowadzający w końcu tantiemy dla pisarzy i tłumaczy od wypożyczeń ich książek z bibliotek. Tylko proszę nie myśleć, że Platformę pod nową premier nagle zaczął obchodzić los twórców. Ewę Kopacz obchodzi wyłącznie to, że Komisja Europejska dowali Polsce kary, jeśli to rozwiązanie nie zostanie wprowadzone. Platforma zwlekała i zwlekać będzie do ostatniej chwili (czyli chyba do końca przyszłego roku), bo na te tantiemy trzeba wyłożyć pieniądze z budżetu, a przecież dla polskiego rządu (jakiegokolwiek) dać coś twórcom, to niemal dyshonor.

Tantiemy od wypożyczeń funkcjonują w innych krajach europejskich, w niektórych od dawna. Niestety, jesteśmy w Polsce, gdzie wszystko przybiera karykaturalną formę. I chociaż zasady są jasne: owe tantiemy nie mogą wiązać się z opłatami za biblioteki ani nie powinny uszczuplać dotychczasowego budżetu bibliotek, rząd polski, zamiast poszukać dodatkowych środków, wymyślił sobie, że po cichu przerzuci ten koszt na czytelników. Do artykułu 28 został mianowicie dodany ustęp drugi w brzmieniu: „Pobieranie opłat przez jednostki wymienione w ust. 1 [czyli generalnie biblioteki], w granicach potrzebnych dla pokrycia kosztów ich działalności nie stanowi osiągania bezpośrednio lub pośrednio korzyści majątkowej”. Innymi słowy: biblioteki nie mogą brać od czytelników pieniędzy, ale wzięcie pieniędzy na czynsz, zakup książek i pensje pracowników nie jest braniem pieniędzy od czytelników. Dobrze, że mająca obywateli za durniów Omilanowska nie została ministrem sprawiedliwości, bo jeszcze do kodeksu karnego mogłaby wprowadzić zapis, że okradanie ludzi nie jest wprawdzie dozwolone, ale zabranie komuś paru rzeczy na własne potrzeby nie jest kradzieżą.

Łatwo sobie teraz wyobrazić, co się będzie działo: biblioteki zaczną pobierać opłaty, a bibliotekarze będą tłumaczyć rozzłoszczonym czytelnikom, że to dlatego, że trzeba pisarzom wypłacać tantiemy od wypożyczeń. Na taki niuans, że to chamski rząd próbuje zatrzymać w budżecie pieniądze, które ma obowiązek z tego budżetu wyłożyć (damy na tantiemy, ale mniej na biblioteki, które zrekompensują to sobie opłatami), nikt oczywiście nie zwróci uwagi. Rozwiązanie, które po części miało też ukrócić piractwo, obalając argument „jak biorę książkę z Chomika, to nie okradam autora, bo równie dobrze mogę wypożyczyć z biblioteki i autor też nic z tego nie ma”, obróci się teraz przeciwko pisarzom, a usprawiedliwienie złodziei będzie brzmiało „skoro to takie pazerne gnoje, że przez nich muszę płacić za bibliotekę, to trudno, żebym miał jakiekolwiek skrupuły, piracąc ich książki”.

A ile dostaną pisarze dzięki czytelnikom, których opłaty nie skłonią do przeniesienia się z biblioteki do Chomika? „Wartość wynagrodzeń za użyczanie należnego [tak w projekcie] twórcom i wydawcom w danym roku kalendarzowym, odpowiada 5% wartości zakupów zbiorów dokonanych przez biblioteki publiczne w poprzednim roku kalendarzowym, w tym 75% kwoty wypłacane jest twórcom, a 25% wydawcom”. Jaka to konkretnie kwota? Pracownia Bibliotekoznawstwa BN podaje, że w 2012 roku (nowszych danych najwyraźniej nie ma) biblioteki publiczne zakupiły książek za 73 253 893 złote. Wydały też ponad 10 mln złotych na prenumeratę czasopism, ale wątpię, by była ona brana tutaj pod uwagę. Nie wiem, co z publikacjami elektronicznymi, ale po pierwsze są to kwoty oscylujące wokół miliona, a po drugie pominę wypożyczenia e-booków, więc wyliczenie na podstawie samych książek powinno być miarodajne. A tych książek wypożyczono w 2012 roku 117 918 374. Są to wypożyczenia do domu, ustawa najwyraźniej nie ma obejmować udostępnień na miejscu: „Wynagrodzenie (…) nie przysługuje za udostępnianie utworów na terenie bibliotek publicznych dla celów badawczych lub poznawczych”. Niby jest ograniczenie, ale ponieważ wszystko da się podciągnąć pod cel poznawczy, więc pewnie to taki zapis, który ma pokazać, że rząd jest hojny, bo za udostępnianie też płaci, ale w praktyce twórcy nie zobaczą ani grosza.

Mamy dwie konkretne liczby, ale trzeba uwzględnić jeszcze parę aspektów i to, niestety, da się zrobić tylko szacunkowo. Z tej liczby wypożyczeń część to książki, do których prawa autorskie wygasły. Jak duża część? W grę wchodzą nie biblioteki szkolne, w których hurtem wypożyczane są lektury, tylko publiczne, gdzie większym wzięciem cieszą się nowości, więc przyjmijmy, że 10%. Zwłaszcza że spora część tych utworów ze względu na datę wydania udostępniana jest właśnie tylko na miejscu. Idźmy dalej. Nie są to tylko polskie książki, również zagraniczne. Jak kształtują się proporcje? Podaje się, że liczba przekładów i utworów rodzimych wypada mniej więcej pół na pół, ale zagraniczne pozycje ukazują się w większych nakładach. To znaczy, że również częściej są wypożyczane. Przyjmijmy relację 65% do 35%. Za przekłady również będą tantiemy, tłumacz dostanie 30% tego, co pisarz.

Mamy wszystkie liczby, możemy przystąpić do rachunków. Pięć procent z kwoty, jaką biblioteki przeznaczyły na zakup, to 3 662 694,65 zł. Liczba wypożyczeń pomniejszona o 10% wynosi 106 126 537 (w zaokrągleniu). Na tę liczbę wypożyczeń 65% czyli 68 982 249 to przekłady, a 35% czyli 37 144 288 oryginalne utwory polskie. Mamy więc równanie z dwiema niewiadomymi:

37 144 288•x + 68 982 249∙•y = 3 662 694,65
gdzie x to kwota, jaką ma otrzymać autor, a y kwota, jaką ma otrzymać tłumacz. Ponieważ y = 0,3x:
37 144 288 • x + 68 982 249∙•x • 0,3 = 3 662 694,65
37 144 288 • x + 20 694 674,7 • x = 3 662 694,65
57 838 962,70 • x = 3 662 694,65
x = 0,06
Sześć setnych złotówki, czyli 6 groszy. Z tego autor ma oddać wydawcy 25%, czyli zostanie mu cztery i pół grosza.

Cztery i pół grosza.

Autor za wypożyczenie książki ma otrzymywać tantiemy w wysokości czterech i pół grosza.

Niemożliwe.

Sprawdziłem wyliczenia, bo może się gdzieś rąbnąłem. Wyszło tak samo.

Cztery i pół grosza.

Kurwa.

Prawie dziesięć razy mniej niż w Szwecji. Czy tamtejsza przeciętna pensja jest dziesięć razy wyższa niż w Polsce? Nie. Jakieś trzy i pół raza. Symptomatyczne jest też, że Szwedzi bardziej cenią tłumaczy. Dostają oni połowę tego, co pisarze, a nie mniej niż jedną trzecią. 30% z sześciu groszy to 1,8 grosza, odjąwszy 25% dla wydawcy, zostaje 1,4 grosza. Wysiłek tłumacza przysparzającego kulturze polskiej światowe dzieła rząd polski wycenia na jeden i cztery dziesiąte grosza.

Kurwa.

W świetle tych zawrotnych kwot jasne stają się absurdalne z pozoru zapisy ustawy, jak na przykład ten, że pieniądze dostaną tylko ci twórcy, którzy się zarejestrują. Wiadomo, że część (przynajmniej w pierwszych latach) przegapi, inni uznają, że gra niewarta świeczki, przez co te okruchy dla pozostałych staną się odrobinę większe. Także przez to, że maksymalną kwotę, jaką może dostać pisarz, ograniczono do pięciomiesięcznego średniego wynagrodzenia. Bo to przecież byłby skandal, gdyby bardzo popularny autor zarobił z tantiem od wypożyczeń pełną krajową roczną pensję. A zatem w duchu socjalistycznej równości najlepsi oddadzą tym słabszym swoją nadwyżkę.

Jeśli będzie komu oddać, bo ustawa przewiduje, że wynagrodzenia nie będą wyliczane na podstawie rzeczywistej liczby wypożyczeń, tylko szacunkowej, na bazie wykazów z wytypowanych bibliotek. Wziąwszy pod uwagę, że bibliotek publicznych jest ponad osiem tysięcy, a średni nakład beletrystyki to trzy tysiące trzysta egzemplarzy, z czego przecież do tych bibliotek nie trafia ani całość, ani nawet większa część, może się okazać, że jakiś twórca (np. silnie osadzony w danym regionie) będzie wprawdzie często wypożyczany, ale nie w tych bibliotekach, w których będą dokonywane obliczenia. A jak podaje Pracownia Bibliotekoznawstwa BN 90% bibliotek publicznych jest skomputeryzowanych, więc prowadzenie realnej statystyki nie stanowiłoby żadnego problemu.

Proszę mi wytłumaczyć, jak to jest, że minister rolnictwa może załatwić rolnikom 27 groszy za kilogram zutylizowanych jabłek i to od ręki po pojawieniu się problemów ze skupem, a minister kultury dopiero pod batem Brukseli łaskawie daje pisarzom i tłumaczom odpowiednio 4,5 i 1,4 grosza. Jednocześnie de facto przerzucając ten koszt na czytelników. Czy w budżecie brakuje pieniędzy? Przecież 280 milionów na kopalnię się znalazło. Ktoś powie, norma. Demokracja demokracją, ale na partię, która górnikom nie da, zagłosować w Polsce nie można, bo taka partia nie istnieje. Szkopuł w tym, że nawet komuniści nie wpadli na pomysł, żeby dokładać do kopalni, w której skończył się węgiel. A „wolnorynkowa” Platforma tak. Twórcom zaś nie da, bo jest wolny rynek i mają sobie radzić sami. To jest dogmat obowiązujący również we wszystkich partiach (czyli na taką, która wesprze twórców, też w Polsce zagłosować nie można), nawet jeśli poza tym realizują lewacki program. Przeznaczając te 280 milionów na tantiemy za wypożyczenia, rząd mógłby dać pisarzom po 15 groszy i miałby zapewnione finansowanie na ćwierć wieku naprzód. Ale przecież Omilanowska to nie Sawicki, nie będzie się bić o twórców. Dała im jałmużnę i niech się cieszą. Chociaż, przepraszam, złe słowo. Jałmużna starcza na bułkę i daje się ją w taki sposób, że ta bułka nie staje obdarowanemu kością w gardle. No, ale Omilanowska jest ministrem od niedawna, jeszcze się musi tej kultury nauczyć.

poniedziałek, 17 czerwca 2013

Jeśli a, to b, czyli logika pani sędzi

Proces (opisany przed tygodniem) przegrałem.

Na ogłoszeniu wyroku nie byłem (musiałbym specjalnie jeździć do Warszawy), uzyskana telefonicznie informacja sprowadzała się do lakonicznego „pozew oddalony”. Bardzo niemile mnie to zaskoczyło, ale, chociaż byłem pewien wygranej, nie zaszokowało. Doszedłem do wniosku, że przeważyło owo nieszczęsne zezwolenie dla wydawcy na wykonywanie osobistych praw autorskich. Najwyraźniej sędzia uznała, że w jego ramach mieściło się uprawnienie do zmiany tytułu i chociaż aż rzucało się w oczy, że dla tonącego wydawnictwa była to jedna z wielu brzytew, których usiłowało się chwycić, to prawo – w opinii tej sędzi – nie zezwalało na inne rozstrzygnięcie. Byłem w stanie to zaakceptować.

Wystąpiłem jednak o uzasadnienie, żeby potwierdzić swoje przypuszczenia, no i zorientować się, jakie będą możliwości wniesienia apelacji. Musiałem odczekać dwa miesiące, gdyż tyle sędzia potrzebowała, żeby uzasadnienie napisać. A kiedy do mnie dotarło i je przeczytałem, wtedy pojawił się szok. Bo sędzia Monika D.* uznała, że dopisany podtytuł nie jest podtytułem, tylko hasłem reklamowym.

Z koronnym dowodem, że jako podtytuł zaklasyfikowały owo rzekome hasło reklamowe wszystkie biblioteki, sędzia rozprawiła się następująco:
(…) przedstawione przez powoda wydruki świadczące o tym, że w katalogach Biblioteki Narodowej i szeregu bibliotek uniwersyteckich jego książka została skatalogowana jako „Niepełni: o miłości wbrew przeciwnościom losu”, nie przemawiają za uznaniem, że fraza zamieszczona na stronie tytułowej stanowiła podtytuł książki (…)
Za czym przemawiają, skoro całość została umieszczona w polu „Tytuł”, sędzia nie zechciała wyjaśnić. Zaznaczyła jedynie, że z treści tych wydruków nie wynikało, że sporna fraza stanowi właśnie podtytuł książki. Co stanowi, też się z uzasadnienia nie dowiedziałem. Mogłem się tylko domyślić, że zdaniem pani sędzi bibliotekarze do rubryki „Tytuł” wpisali coś, co częścią tytułu nie jest. Wszyscy jak jeden mąż.

Pozwana konsekwentnie twierdziła, że przedmiotowa fraza nie była podtytułem, lecz stanowiła hasło reklamowe (…)
„Konsekwentnie” znaczy od początku do końca tak samo, tymczasem w jednym z maili wydawnictwo przyznało, że przez zamieszczenie tej frazy na stronie tytułowej stała się ona podtytułem, a od połowy procesu zaczęło udowadniać, że miało prawo ten podtytuł zamieścić.
W takim też charakterze [reklamowym] umieszczono to hasło, jak wynika (…) z treści maili przedstawicieli pozwanej z 2009 r. i 2011 r.
Sędzia Monika D. owych rzekomych treści nie przytacza, powtarza jedynie twierdzenia adwokata wydawnictwa, ignorując moje wskazanie, że jest to nieprawda, gdyż żaden pracownik Prószyńskiego w mailach do mnie takiej tezy, że hasło reklamowe przeniesione na stronę tytułową pozostało hasłem reklamowym, nie stawiał (świetnie wiedząc, że to bzdura). A kierownik redakcji literatury polskiej napisał expressis verbis coś dokładnie przeciwnego. Szukam w uzasadnieniu, jak sędzia zdołała ten dowód obalić. Bardzo prosto. Pominęła go. Jeden z dwóch kluczowych dowodów przedstawionych przez stronę sędzia zwyczajnie zbyła milczeniem. Rozumiem, że pomijali go moi przeciwnicy, nie będąc w stanie tego dowodu obalić, ale sędzia?

Ignorowanie moich argumentów okazało się zresztą częściej stosowaną przez sędzię metodą.
(…) omawiane hasło (…) zostało (…) zaczerpnięte z noty bibliograficznej opracowanej przez powoda (…) W sporządzonej przez niego nocie na temat książki zostały zawarte sformułowania, że utwór jest poruszającą historią miłości, która rodzi się wbrew przeciwnościom losu. Tak więc to sam powód twierdził, że jego utwór jest powieścią o miłości, która rodzi się wbrew przeciwnościom losu, co potwierdza treść noty zamieszczonej na tylnej okładce książki.
Wskazałem, że notę pisałem z założeniem, że nie będę uchodził za jej autora, i że dla danych treści istotny jest kontekst. Poza tym, owszem, nie kwestionowałem, że fraza pochodzi z mojej noty, ale wskazałem, że została przerobiona przez dodanie słówka „losu”, które nie pochodzi ode mnie, i że w tej formie, nadanej przez wydawnictwo, fałszuje mój przekaz. Sędzia wydaje się w ogóle nie wiedzieć, że słowo „losu” zostało dopisane przez Prószyńskiego, a do powyższych argumentów nie odnosi się nawet półsłówkiem. Rozumiem, że może ich nie podzielać, ale chyba powinna się do nich ustosunkować?

Sędzia nie przychyliła się również do mojego stanowiska, że skoro uczestnicy rynku książki zgodnie odczytali tę frazę jako podtytuł, to jest ona podtytułem. Bo przecież nie ma żadnych przepisów, które by określały, gdzie informację o podtytule trzeba dać, jest to sprawa zwyczajowa, a zatem odbiór czytelników należy uznać za miarodajny.
Podnieść należy, że jedynie niektóre osoby komentujące książkę powoda wskazywały, że fraza „O miłości wbrew przeciwnościom losu” stanowi podtytuł książki.
W s z y s t k i e osoby, które komentowały frazę, odczytywały ją jako podtytuł. Ż a d n a nie uznała jej za hasło reklamowe. Ale sędzia zastosowała taką logikę, że skoro ktoś tej frazy nie komentował, to znaczy, że nie uznał jej za podtytuł.

Żelazna logika przebijała też z innych argumentów pani sędzi.
Co prawda na stronie przedtytułowej zwyczajowo znajdują się okrojone dane o książce, lecz gdyby pozwanej zależało na uznaniu frazy „O miłości wbrew przeciwnościom losu” za podtytuł, to taką frazę zamieściłaby ona także na stronie przedtytułowej.
Innymi słowy: wydawnictwo nie musi podawać podtytułu na stronie przedtytułowej, ale żeby uznać, że opatrzyło książkę podtytułem, musiałoby go podać na stronie przedtytułowej. Brawo, pani sędzia!

Jeżeli więc tekst „O miłości wbrew przeciwnościom losu” zamieszczony na okładce bezpośrednio pod tytułem stanowił hasło reklamowe, a nie pełnił funkcji podtytułu książki, wobec tego identyczny tekst zamieszczony na stronie tytułowej książki również pełnił rolę hasła reklamowego, a nie pełnił funkcji podtytułu książki.
Do pani sędzi nie dotarło, że miejsce umieszczenia tekstu w książce determinuje charakter tego tekstu. Tytuł rozdziału przeniesiony na okładkę przeistoczy się w tytuł książki, a nie pozostanie tytułem rozdziału. Gdyby na okładce podano nazwisko redaktora (nie zaznaczywszy kto zacz), a pisarz wniósł pozew, że bezprawnie dopisano mu współautora, czy sędzia argumentowałaby, że „skoro pan Kowalski na stronie redakcyjnej wymieniony jest jako redaktor, to również w identycznej roli występuje na okładce, a nie jako współautor książki”?

Po wybraniu okładki na stronie tytułowej postanowiono odwzorować formę tej okładki, z wyjątkiem znajdującego się na niej zdjęcia.
Taki argument przytoczył adwokat wydawnictwa. Było to kolejne z wyjaśnień, które padało dopiero na rozprawie, czyli jawnie nieprawdziwe, wcześniej wydawnictwo twierdziło, że brak protestu przeciwko haśle na okładce uznano za moją zgodę na dołożenie podtytułu, a potem, że grafik omyłkowo skopiował hasło na stronę tytułową, nigdy nie było mowy o świadomym odwzorowaniu grafiki bez zdjęcia. Nie odpowiedziałem na to twierdzenie, gdyż uznałem, że są jakieś granice absurdu. Odwzorowanie grafiki bez zdjęcia, jedynie gołego tekstu, ma tyle samo sensu, co skopiowanie obrazu z zachowaniem wyłącznie podpisu malarza.
Ale najwyraźniej sędzia była skłonna zaakceptować każdą bzdurę wygłoszoną przez pełnomocnika Prószyńskiego. Na dodatek, żeby zaakceptować to wyjaśnienie, musiała zignorować nie tylko logikę (co w jej przypadku akurat wyraźnie nie stanowiło kłopotu), lecz także fakty. Najpierw powstała okładka, a dopiero potem strona tytułowa, nie odwrotnie. Człowieka, który potrafi ocenić, czy ktoś kłamie, czy nie (a sędzia rozstrzygający spory powinien chyba tę umiejętność posiadać), musiałoby zastanowić, dlaczego „odwzorowania grafiki bez zdjęcia” dokonano dopiero po przedstawieniu autorowi do akceptacji „nieodwzorowanej” strony tytułowej. I dlaczego uznano, że tej nowej, po „odwzorowaniu”, lepiej autorowi nie pokazywać.

Ponieważ przeciwko okładce nie zgłaszałem protestów, sędzia uznała, że z tych przyczyn tym bardziej pozwana była uprawniona do zamieszczenia hasła z okładki także na stronie tytułowej (…)
O tym, że zmieniało ono wtedy swój charakter, czego sędzia nie zdołała pojąć, już pisałem. Tu ciekawe jest co innego. Fakt, że respektowałem umowę z wydawnictwem, bo przecież protest przeciwko okładce byłby naruszeniem umowy, sędzia Monika D. interpretuje na moją niekorzyść. Chyba tylko w polskim sądzie prawnik może uznać, że ścisłe przestrzeganie umowy przez jedną ze stron, uprawnia drugą stronę do działań łamiących i tę umowę, i ustawę.

Przypomnijmy w tym miejscu, że sędzia przez cały czas broni stanowiska, z którego samo wydawnictwo na rozprawie de facto się wycofało, dostrzegłszy, że twierdzenie, iż hasło reklamowe przeniesione na stronę tytułową książki pozostało hasłem reklamowym, jest nie do utrzymania. Skoro wydawnictwo się wycofało, sędzia postanowiła je zastąpić.

Za uznaniem, że fraza ta nie była podtytułem, a hasłem reklamowym przemawia (…) także sam wygląd książki w wersji ostatecznie wydanej. Na grzbiecie okładki podano jedynie imię i nazwisko autora oraz tytuł książki. Nie dodano wówczas tekstu „O miłości wbrew przeciwnościom losu”, który miałby stanowić podtytuł. Gdyby tekst ten rzeczywiście był podtytułem, to na grzbiecie książki zostałby on zamieszczony.
Jest to taki nonsens, że nawet wydawnictwo tego nie twierdziło. Pani sędzia należy najwyraźniej do tych dwudziestu pięciu procent osób z wyższym wykształceniem, które nie czytają w ciągu roku ani jednej książki, w domu na półkach zamiast książek ma bibeloty i nie jest w stanie sobie sprawdzić, że podtytułów na grzbietach nie zamieszcza się praktycznie nigdy.

Na tylnej okładce w nocie biograficznej powoda podano, że „Niepełni” są jego drugą książką. Jeśli omawiana fraza stanowiłaby podtytuł książki, na tylnej okładce we wskazanym fragmencie przedmiotową książkę określono by nie jako „Niepełni”, ale jako „Niepełni. O miłości wbrew przeciwnościom losu”.
Na tylnej okładce powieści „Buddenbrookowie” Tomasza Manna, wydanej przez wydawnictwo Książka i Wiedza w 1988 r. czytamy: Trudno w istocie uwierzyć, że jego pierwsza powieść, „Buddenbrookowie”, jest dziełem dwudziestopięcioletniego mężczyzny. Czyli pani sędzia dokonała wiekopomnego dla historii literatury odkrycia, że powieść niemieckiego noblisty wcale nie nosi podtytułu „Dzieje upadku rodziny”, bo jeśli omawiana fraza stanowiłaby podtytuł książki, we wskazanym fragmencie przedmiotową książkę określono by nie jako „Buddenbrookowie”, ale jako „Buddenbrookowie. Dzieje upadku rodziny”.
Pani sędzia nie tylko nie orientuje się w kwestiach oczywistych dla każdego czytelnika, że podtytuł we wszelkiego rodzaju omówieniach jest najczęściej pomijany, ale łamie tutaj zasady procesu, bo ma oceniać dowody przedstawione przez strony, a nie wynajdywać – i to dopiero na etapie uzasadnienia – fakty przemawiające na korzyść jednego z uczestników sporu. Pół biedy, jakby rzeczywiście je wynajdywała, tymczasem ona je tworzy. Argument jest tak bzdurny, że na rozprawie nie wpadł na niego nawet adwokat wydawnictwa, zmuszony przecież do wymyślania nonsensów, skoro jego klient wdał się w proces, nie mając racji.

Zauważyć też należy, że pomiędzy tytułem książki „Niepełni” a frazą „O miłości wbrew przeciwnościom losu” na stronie tytułowej nie ma powiązania za pomocą znaków interpunkcyjnych takich jak kropka, myślnik czy dwukropek, co (…) potwierdza, że omawiana fraza nie została zamieszczona na stronie tytułowej wkładu w charakterze podtytułu.
Trzeci argument sędzi z tej samej serii. Nie stosuje się znaków interpunkcyjnych między tytułem a podtytułem na stronach tytułowych. Ale wiem, skąd ona tę bzdurę wzięła. W piśmie procesowym wskazałem, że zasady zapisu bibliograficznego przewidują, że o podtytule informuje się po dwukropku stojącym za tytułem właściwym (i biblioteki tak właśnie odnotowały rzeczoną frazę). Dotyczyło to katalogów bibliotecznych, ale pani sędzi się pomerdało.

W ramach opracowania redakcyjnego utworu (…) pozwana była uprawniona do wprowadzenia takich zmian na stronie tytułowej, aby zachować tożsamość między tą stroną tytułową a okładką (…)
W Prószyńskim pewnie by się zdziwili, że istnieje taki wymóg jak „zachowanie tożsamości” między stroną tytułową a okładką. I że jest to element opracowania redakcyjnego utworu. A nawet gdyby był, to przecież Sąd Najwyższy orzekł, że opracowanie redakcyjne za plecami autora jest z definicji bezprawne. Wydawnictwo wcale nie próbowało twierdzić, że miało moją zgodę albo że starało się ją uzyskać, ale najwyraźniej orzeczenia Sądu Najwyższego pani sędzia ma w nosie.

Po rozstrzygnięciu, że podtytuł nie jest podtytułem, tylko hasłem reklamowym, sędzia w dalszej części uzasadnienia przeszła do udowadniania, że wydawnictwo miało prawo je zamieścić. Wywód w świetle jej rozstrzygnięcia całkowicie bezprzedmiotowy, bo uprawnień wydawnictwa do opatrywania książki dowolnymi hasłami reklamowymi nigdy nie kwestionowałem.

Po otrząśnięciu się z szoku zacząłem analizować, dlaczego przegrałem tę sprawę. Pierwsza przyczyna była oczywista. Sędzią mianowano osobę, która w ogóle nie powinna dostać dyplomu ukończenia studiów prawniczych, skoro trzeba na nich zaliczyć logikę. To jednak nie wyjaśniało, dlaczego przyjęła ona wszystkie twierdzenia jednej strony za dobrą monetę, ignorując kontrargumenty, ani dlaczego wspomagała tę stronę wymyślonymi przez siebie nonsensami. Pomyślałem, że wzięła łapówkę, choć zwykle jestem daleki od dopatrywania się wszędzie korupcji. Zaraz zresztą tę teorię odrzuciłem. Przyjęcie łapówki to przestępstwo, trzeba je zatuszować, tymczasem taki stronniczy, ordynarnie ignorujący fakty werdykt byłby w zasadzie gotowym aktem oskarżenia.

Moją uwagę zwróciły wywody sędzi na temat zmiany tytułu. Otóż w uzasadnieniu przeczytałem, że wydawnictwo zażądało ode mnie tej zmiany dwukrotnie: pierwszy raz przed zawarciem umowy, w styczniu 2009 r., i ponownie po zawarciu umowy. Sędzia myliła fakty, i to fakty, które w pismach procesowych nie były wspomniane na marginesie, tylko szczegółowo omówione. Prószyński domagał się zmiany tytułu rzeczywiście dwukrotnie, ale dopiero po zawarciu umowy. Tymczasem sędzia znała nawet datę wydarzenia, które nie miało miejsca. Nie przeczytała mojego pisma (albo przeczytała je bardzo nieuważnie), w którym wywodziłem, że gdyby wydawnictwo zażądało ode mnie zmiany tytułu przed podpisaniem umowy, to tej umowy bym nie podpisał (i żeby nie być gołosłownym wskazałem na casus „Gdzie mól i rdza”: wolałem odczekać, i to sporo, niż wydać wcześniej kosztem zmienionego tytułu). W tej sytuacji można się domyślić, dlaczego sędzia nie wiedziała, co było w mailach Prószyńskiego: najwyraźniej w ogóle się z nimi nie zapoznała. Adwokat wydawnictwa zreferował jej treść, więc uwierzyła mu na słowo, do moich zaprzeczeń już nie dotarła albo umknęły jej przy nieuważnej lekturze. Wszystko wskazuje na to, że sędzia Monika D. zapoznała się z materiałem dowodowym po łebkach i na tej podstawie wydała wyrok. Że wyrobiła sobie pogląd na sprawę po pierwszych dwóch pismach, resztę czytała już tylko pobieżnie, wyłapując z nich fakty, które ten jej pogląd potwierdzały, a ignorując te, które mu przeczyły. Większość ludzi tak się zachowuje, że kiedy zajmie już stanowisko w jakiejś sprawie, często zresztą bez głębszego namysłu, to się go trzyma, dopuszczając do siebie tylko zgodne z nim informacje. Jednak ktoś, kto chce pełnić rolę sędziego i rozstrzygać spory, powinien chyba być świadom, że taki psychologiczny mechanizm istnieje i mu się opierać.

Myślę też, że na wyroku zaważył jeszcze jeden aspekt, niekoniecznie nawet na zasadzie chłodnej kalkulacji. Otóż po zaangażowaniu wydawnictwa w proces widać było wyraźnie, że będzie ono walczyć do upadłego. Że nie ma takiej możliwości, by przyznało się do błędu, że nie pogodzi się z porażką przed orzeczeniem ostatecznej instancji. A to oznaczało dla sędzi konieczność pisania uzasadnienia po niekorzystnym dla wydawnictwa wyroku (strata czasu), tymczasem w przypadku autora można było liczyć na to, że z apelacji zrezygnuje ze względów finansowych.

I tak się stało, bo chociaż uzasadnienia zażądałem, musiałem pogodzić się z faktem, że na dalszą walkę mnie nie stać. Wygrałem jeden proces, ale na ściągnięcie wygranych pieniędzy nie ma szans, drugi okazał się kosztowniejszy, niż myślałem, bo trzeba powołać biegłych, nie miałem na to, by inwestować w trzeci. Zresztą nawet gdybym miał, to jaki sens ma prowadzenie sporu w systemie, w którym sędziowie nie interpretują faktów, tylko te fakty mylą i przekręcają? W którym sędzia nie rozstrzyga, czy powodowi należy się odszkodowanie za to, że pozwany pomalował mu ściany na czarno, choć umówili się na białe, ani czy umowa ewentualnie dopuszczała zmianę koloru, tylko zgadza się ze stanowiskiem pozwanego, że ściany są białe, bo pozwany tak je widzi i tak twierdził w mailu do powoda, choćby w tym mailu pisał, że przeprasza, ale biała farba mu się skończyła, więc pomalował na czarno. I nie ma znaczenia, że wszyscy goście widzą czarne ściany, bo to nie jest żaden dowód, gdyż chodzi o osoby nieposiadające specjalistycznej wiedzy w zakresie kolorystyki. Zresztą tylko niektórzy mówili, że widzieli czarne, inni dyskretnie milczeli, co znaczy, że widzieli białe. Wprawdzie jest jeszcze opinia malarzy, którzy również dostrzegli czarne, ale to wcale nie przemawia za uznaniem, iż rzeczywiście są czarne. Owszem, można powiedzieć, że trafiłem na wyjątkowo niekompetentną sędzię. Tylko na jakiej podstawie miałem przyjąć, że w sądzie apelacyjnym zasiadają sędziowie o wyższych kwalifikacjach, skoro osoba bez umiejętności i predyspozycji do wykonywania tego zawodu orzeka nie w kolegium w Koziej Wólce, tylko w warszawskim sądzie okręgowym?

*Nazwiska sędzi nie podaję z dwóch powodów: pierwszy to istnienie artykułu 212 kodeksu karnego, de facto eliminującego w Polsce wolność słowa. Drugi wynika z tekstu powyżej: co z tego, że w sądzie udowodnię swoją niewinność, skoro sędzia może wydać wyrok od czapy, ignorując fakty i dowody?

poniedziałek, 10 czerwca 2013

„Niepełni” – sprawa sądowa

Håkan Nesser pytany, dlaczego swojej powieści nadał tytuł „Kim Novak nigdy nie wykąpała się w jeziorze Genezaret”, odpowiada, że najpierw miał tytuł, a potem dopisał do niego powieść (nawiasem mówiąc, znakomitą powieść obyczajową, a nie kryminalną, jak widnieje na okładce polskiego wydania). Podwędziłem mu ten tekst i mówię to samo o „Niepełnych”. Nesser ze swoim nietypowym tytułem nie miał żadnych problemów, bo tworzy w kraju, w którym o książce decyduje pisarz. W Polsce pisarz powinien oddać książkę wydawnictwu (i wyrażać dozgonną wdzięczność, że raczyło ją przyjąć) i nie wtrącać się do tego, co zechce ono z jego powieścią zrobić. W Prószyńskim po zawarciu umowy poinformowali mnie więc, że mam zmienić tytuł. Nie zapytali, czy byłbym skłonny zmienić tytuł, nie poprosili o zmianę, tylko jej zażądali. Odmówiłem (o sprawie już pisałem i szczegółowo wyjaśniałem dlaczego). W reakcji wydawnictwo przyszykowało okładkę, na której zamieściło hasło reklamowe „O miłości wbrew przeciwnościom losu”. Hasło zostało zapisane tak, by wyglądało na podtytuł, ale na przesłanych do akceptacji stronach tytułowych książki widniał goły tytuł „Niepełni”. Formalnie więc wszystko było w porządku, nieformalnie nie, ale założyłem, że protest nie ma sensu: Prószyński wyraźnie starał się obejść moją niezgodę na zmianę tytułu, dodając podtytuł, który jednak oficjalnie podtytułem nie był, i pewnie tak by mi odpowiedzieli. Nie przewidziałem, że to dopiero początek planu. Bo kiedy rozpakowałem otrzymane egzemplarze autorskie odkryłem, że owa fraza została wydrukowana na stronie tytułowej, stając się pełnoprawnym podtytułem. Napisałem wkurzony do wydawnictwa, co to ma znaczyć, i dowiedziałem się, że skoro nie protestowałem, to założyli, że się zgadzam. Napisałem jeszcze raz, tym razem informując, że jestem wkurzony i że nie przyjmuję takiego wyjaśnienia do wiadomości: wydawnictwo nie ma prawa pod żadnym pozorem zakładać mojej domniemanej zgody w tak istotnej kwestii, jak opatrzenie powieści podtytułem, a zapytanie o zgodę przy dzisiejszych środkach komunikacji nie stanowi żadnego problemu.

Mój wściekły e-mail trochę chyba pokrzyżował szyki Prószyńskiemu. Nie zapytali o zgodę, bo wiedzieli, że takiej zgody nie uzyskają, ale założyli, że kiedy dopiszą autorowi podtytuł za jego plecami i przedstawią jakiekolwiek wyjaśnienie, ten położy uszy po sobie, bo co ma zrobić. Autor jednak zaczął brykać, więc wyjaśnienie trzeba było dopracować. Dostałem zatem kolejnego maila, od wyżej postawionego pracownika, kierownika redakcji literatury polskiej, i nagle okazało się, że nikt wcale nie zakładał mojej zgody, tylko grafik się pomylił i przeniósł hasło z okładki na stronę tytułową. Kierownik redakcji mnie przeprosił i zapewnił, że przy dodrukach zostanie to poprawione, bo „umieszczenie na stronach tytułowych leadu jako podtytułu [wytłuszczenie moje, dalej będzie to istotne] jest ewidentnym naszym błędem”.

Na tym poprzestałem, choć płakać mi się chciało, kiedy brałem swoją książkę do ręki albo patrzyłem, jak znajomi wybuchają śmiechem, dostając ją ode mnie w prezencie.

Minęło parę latek i okazało się, że żadnych dodruków, które by przykryły ten nieszczęsny podtytuł, nie będzie. Napisałem więc do Prószyńskiego, że oczekuję, że wydawnictwo zrekompensuje mi skutki naruszenia moich praw autorskich w inny sposób. Ów kierownik redakcji literatury polskiej już w Prószyńskim nie pracował, odpisała mi pani Anna Derengowska, wiceprezes zarządu. Pani Derengowska w długim mailu szczegółowo wyjaśniła mi, że nikt nie naruszył moich praw autorskich: owa fraza jest hasłem reklamowym, które wydawnictwo miało pełne prawo zamieścić na okładce, bo zgodnie z umową okładka leży w jego wyłącznej gestii. Odpisałem pani Derengowskiej, że całkowicie się z jej licznymi argumentami zgadzam, sęk w tym, że są bezprzedmiotowe, bo nie mam pretensji o zamieszczenie frazy na okładce, tylko na stronie tytułowej. Kiedy pani Derengowska została wprowadzona w temat, przestała przedstawiać argumenty i przysłała mi lakoniczne oświadczenie, że wydawnictwo w żaden sposób nie naruszyło moich praw autorskich. Czyli dopóki pani Derengowska wierzyła, że ma rację, obficie argumentowała, kiedy zorientowała się, że nie ma racji, poszła w zaparte.

Złożyłem przeciwko Prószyńskiemu pozew do sądu. Wskazałem, że wydawnictwo dopisało mi podtytuł do mojej powieści, czego nie miało prawa zrobić, bo tytuł jest integralną częścią utworu, a o formie i treści tegoż zgodnie z ustawą o prawie autorskim decyduje wyłącznie twórca. Na dowód, że hasło reklamowe przeniesione na stronę tytułową uzyskało status podtytułu, przedstawiłem zarówno e-mail kierownika redakcji literatury polskiej (to wytłuszczone miejsce) oraz wyciąg z katalogu Biblioteki Narodowej, której bibliografowie nie mieli wątpliwości, że należy je odczytać jako podtytuł.

Adwokatka wydawnictwa przyjęła taką linię obrony, że fraza „O miłości wbrew przeciwnościom losu” mimo przeniesienia na stronę tytułową pozostała wyłącznie hasłem reklamowym. Przy czym, najwyraźniej nie umiejąc obalić przedstawionych przeze mnie dowodów w tej kwestii, po prostu pominęła je milczeniem. Ale przedłożyła liczne dowody potwierdzające stanowisko wydawnictwa. Przytaczam je poniżej i od razu podaję, jak na te argumenty w kolejnym piśmie do sądu odpowiedziałem.

W korespondencji e-mailowej między stronami było wielokrotnie podkreślane, że jest to wyłącznie hasło reklamowe, a nie podtytuł książki.
Nieprawda. Pierwszy pracownik wydawnictwa w ogóle tego nie klasyfikował, drugi napisał wprost, że wydawnictwo dodało podtytuł, a trzeci udowadniał, że jest to hasło reklamowe, dopóki myślał, że chodzi o okładkę, kiedy dowiedział się, że o stronę tytułową, przestał cokolwiek udowadniać i nabrał wody w usta.

Recenzenci, np. Agnieszka Tatera, „identyfikują jako tytuł utworu jeden wyraz ‘Niepełni’”.
Recenzenci nie podają pełnych danych bibliograficznych książki, co przy recenzjach jest normą. Niepoinformowanie o jakimś fakcie, w tym przypadku, że książka ma podtytuł, nie jest równoznaczne z jego zanegowaniem. Wspomniana Agnieszka Tatera nie podaje, że książka nosi podtytuł „O miłości wbrew przeciwnościom losu”, za to w tekście recenzji tę frazę omawia i jednoznacznie identyfikuje ją właśnie jako podtytuł. Pani mecenas najwyraźniej nie doczytała do tego miejsca, bo poza tym bardzo skrupulatnie pominęła wszystkie recenzje, których autorzy odnosili się do tej frazy. A ci bez wyjątku kwalifikowali ją jako podtytuł (podobnie księgarnie, sprzedawcy na Allegro, biblioteki), żaden nie uznał jej za hasło reklamowe (dodać można, że wszyscy byli zgodni, że nie jest ona adekwatna do treści powieści). Na potwierdzenie swojej tezy strona przeciwna wskazała jednak wybiórczo recenzje, w których inkryminowana fraza nie jest w żaden sposób komentowana ani odnotowana, i wysnuwa z tego nieuprawniony wniosek, że jest to równoznaczne z uznaniem jej za hasło reklamowe.

Żeby tę frazę zaklasyfikować jako podtytuł, musiałaby ona znaleźć się również na stronie przedtytułowej, a nie tylko na stronie tytułowej.
Nieprawda. Na stronie przedtytułowej zamieszcza się okrojoną informację, często tytuł nie tylko bez podtytułu, ale i bez nazwiska autora. Co można zobaczyć również w licznych publikacjach wydawnictwa Prószyński. Dla ustalenia, czy i jaki podtytuł ma dana książka, rozstrzygające są informacje podane na stronie tytułowej.

I najlepszy dowód: Powód sam przyznaje, że to jest hasło reklamowe, bo na swojej stronie internetowej napisał, że „fraza ‘O miłości wbrew przeciwnościom losu’ nie jest podtytułem, tylko hasłem reklamowym sformułowanym przez wydawcę”.
Pozwanemu wyraźnie brakuje argumentów na poparcie swojej tezy, skoro jednoznaczne sprostowanie, że autor nie nadał książce takiego podtytułu, jaki w niej widnieje, próbuje przedstawiać jako rozbieżność między tym, co autor twierdzi w pozwie, a tym, co mówi poza salą sądową.

Poza powyższymi argumentami adwokatka przedstawiła długachny wywód, że wydawnictwo miało pełne prawo zamieścić na okładce hasło reklamowe. Podniosła również okoliczność, że nigdy przeciwko temu hasłu nie zaprotestowałem. Z wywodem w pełni się zgodziłem, wskazując, że jest on całkowicie bezprzedmiotowy, bo ani przez moment nie kwestionowałem uprawnień wydawnictwa do zamieszczania na okładce dowolnych haseł reklamowych. Tyle że pozew dotyczy nie okładki, a strony tytułowej. Co do braku protestu, to nie można udowadniać, że hasła reklamowe na okładce należą do wyłącznych kompetencji wydawnictwa, a jednocześnie twierdzić, że fakt, iż autor w te kompetencje nie wkraczał, przemawiają na korzyść pozwanego.

W kancelarii reprezentującej Prószyńskiego zorientowali się, że adwokatka dała dupy, przyjmując taką linię obrony, że hasło reklamowe przeniesione z okładki na stronę tytułową pozostało wyłącznie hasłem reklamowym. I odsunęli ją od sprawy. Jest to oczywiście moje przypuszczenie, a nie wiedza, przypuszczenie wynikłe z faktu, że kolejne pismo napisał inny adwokat, a linia obrony uległa zmianie o 180 stopni. Ale równie dobrze adwokatka mogła zmienić zawód albo umrzeć.

Zmieniona linia obrony polegała na tym, że wydawnictwo nagle przypomniało sobie, że przecież umowa uprawnia je do zamieszczenia podtytułu bez pytania autora o zgodę. W odpowiedzi na pozew taka teza nie padła nawet z tak zwanej ostrożności procesowej.

Ponieważ żaden punkt umowy nie uprawniał wydawnictwa expressis verbis do zmiany tytułu powieści, adwokat przyjął znaną skądinąd zasadę, że ilość przechodzi w jakość, i powołał się na szereg zapisów umowy, stosując taką mniej więcej interpretację, że jeśli mowa jest o dzwonach, to rzecz dotyczy kościoła. I tak do dopisania podtytułu miałoby uprawniać zezwolenie na:
1) „podejmowanie wszelkich czynności mających na celu przygotowanie utworu do wydania”;
2) na dokonanie „opracowania redakcyjnego polegającego m.in. na wprowadzeniu skrótów, śródtytułów, podtytułów (…)”;
3) „uzupełnienie utworu dla celów wydawniczych elementami, które są typowe dla utworów tego samego rodzaju i ułatwiają korzystanie z nich”;
4) „decydowanie o wszelkich sprawach wydawniczych związanych między innymi z szatą graficzną okładki oraz umieszczania na niej dowolnych napisów informacyjnych i reklamowych”.

Nie dość, że punkt pierwszy był całkowicie absurdalny, bo nadawanie książce tytułu nie jest czynnością mającą na celu przygotowanie utworu do wydania, tytuł jest integralną częścią utworu, który będzie wydawany, to jeszcze adwokat zdołał sam obalić swoje twierdzenie, argumentując, że upoważniłem wydawcę do „podjęcia wszystkich niezbędnych działań [wytłuszczenie moje] związanych z wydaniem pozycji książkowej”. Dopisanie podtytułu nie było „niezbędne”, by zakontraktowana książka mogła się ukazać.

Punkt drugi brzmiał groźnie ze względu na te podtytuły, mimo to z łatwością go obaliłem, wskazując, że zgodnie z ustawą o prawie autorskim wszelkie zmiany redakcyjne w utworze muszą zostać przedstawione autorowi do akceptacji (a ustawa stoi wyżej od umowy) i powołałem się na orzeczenie Sądu Najwyższego, wedle którego pominięcie korekty autorskiej samo w sobie jest naruszeniem osobistych praw autorskich twórcy. Tymczasem wydawnictwo dokonanej zmiany tytułu przez uzupełnienie go o podtytuł do akceptacji mi nie przedstawiło.

W punkcie trzecim adwokat przezornie nie przytoczył dalszej części zapisu, bo elementy, które wydawnictwo miało prawo dołożyć, zostały tam wymienione, podtytuł się wśród nich nie znalazł, a na ich tle widać było wyraźnie, że to zupełnie inna kategoria. Chodziło bowiem o wstęp, posłowie, indeks, przypisy, kalendarium i materiały ilustracyjne.

W dalszej części zapisu z punktu czwartego była mowa o tym, że owe informacje i reklamy nie mogą ingerować w treść utworu. Adwokat tym razem nie manipulował, wycinając fragment paragrafu, tylko postawił tezę, że inkryminowana fraza nie ingeruje, gdyż „została zaczerpnięta z noty napisanej przez powoda”.
Udowodniłem, że ingeruje, chociaż rzeczywiście została wzięta z noty, którą sam napisałem. Noty na okładce, nawet jeśli pisane przez autora, uchodzą za tekst redakcyjny, i tak wydawnictwo powinno je traktować: jako tekst, pod którym autor niekoniecznie chciałby się podpisać własnym nazwiskiem. Ale nawet jeśli nie, to stosując rozumowanie wydawnictwa, należałoby przyjąć, że ze wszystkiego, co autor o swojej książce powie lub napisze (np. w mailu), można wyjąć dowolne słowo albo frazę i tak mu wbrew jego woli zatytułować książkę. Miałem prawo wskazać w opisie na aspekt miłosny powieści, co nie oznaczało, że wyraziłem zgodę czy chciałem, by ten aspekt podkreślać w tytule. Przeciwnie, bardzo nie chciałem, bo to jest przede wszystkim powieść o samotności. Poza tym wydawca w sposób istotny zmienił treść cytatu. W nocie pisałem, że „Niepełni” to „poruszająca historia miłości, która rodzi się wbrew przeciwnościom i ma wiele przeszkód do pokonania”, mając na myśli przeciwności wynikające z traktowania niepełnosprawnych przez społeczeństwo i trudności, jakie niepełnosprawni napotykają przy szukaniu partnera. Prószyński zmienił to na „przeciwności losu”, sugerując, że bohaterowie książki musieli zmagać się z jakimiś nadzwyczajnymi wydarzeniami, tymczasem nic takiego nie ma miejsca, w okresie, kiedy ich miłość się rodzi, prowadzą oni ustabilizowane życie, niczym nieróżniące się od życia setek tysięcy niepełnosprawnych w Polsce. Ale nawet jeśli wydawca zacytowałby mnie bez przeróbek, to i tak nie miał do tego prawa, bo co z tego, że fraza jest identyczna, skoro przez wyrwanie jej z kontekstu i nadanie innej rangi niesie zupełnie inny komunikat i inną treść.

Ostatnim punktem umowy, z którego wydawnictwo wywodziło swoje uprawnienie do samodzielnego nadania powieści podtytułu, był zapis upoważniający je do wykonywania osobistych praw autorskich w moim imieniu. I tu naprawdę zrobiło się groźnie. Zdania autorytetów prawniczych były w tej kwestii podzielone: przekładając to już na tę konkretną sytuację, jedni twierdzili, że tak, wydawnictwo miało prawo dopisać mi podtytuł, inni, że absolutnie nie, bo to oznaczałoby faktyczne zrzeczenie się osobistych praw autorskich, co zgodnie z ustawą nie jest możliwe. Co ciekawe, adwokat wydawnictwa do tych pierwszych interpretacji nie dotarł. Na poparcie swojej tezy przedstawił za to wyrok sądu apelacyjnego, w którym za właściwe uznano… to drugie stanowisko. Otóż sąd nie zgodził się, by na podstawie zapisu o wykonywaniu osobistych praw autorskich przedsiębiorcy przysługiwały te wszystkie uprawnienia, które przysługują twórcy. Żeby było śmieszniej, w tamtej sprawie twórcą i przedsiębiorcą była jedna i ta sama osoba, tylko raz występująca jako piosenkarz, a raz jako osoba prowadząca działalność gospodarczą. I chociaż trudno zakładać, by przedsiębiorca Jan Kowalski chciał działać na szkodę czy niezgodnie z intencjami piosenkarza Jana Kowalskiego, to jednak sąd doszedł do konkluzji jak wyżej.

W tym miejscu powstaje pytanie, dlaczego się na taki niekorzystny czy wręcz niedopuszczalny zapis zgodziłem. Nie miałem wyboru. Próbowałem negocjować umowę, ale szybko przekonałem się, że Prószyński nie przysyła autorowi propozycji umowy, tylko gotowca. Mogłem podpisać albo spadać. A nie miałem już gdzie z tą książką pójść, powieści z niepełnosprawnymi bohaterami nikt nie chciał.

Podsumowując ten wątek, powołałem się na kodeks cywilny, który jasno mówi, że intencje stron są wiążące dla interpretacji umowy. Tymczasem wydawnictwo ani w trakcie przygotowywania książki do druku, ani w trakcie sporu, dopóki nie okazało się, że ów spór przegrywa, nic nie wiedziało o tym, by jakikolwiek punkt umowy dawał mu prawo do samodzielnego dopisania podtytułu. I tak, kiedy chciało tytuł zmienić, pytało mnie o zgodę. Kiedy dopisało podtytuł, wyjaśnienie brzmiało, że moją zgodę przyjęto przez domniemanie, a nie, że owa zgoda była niepotrzebna. Potem zadeklarowało, że dodruki będą realizowane bez podtytułu, a dlaczego dodruki nie miałyby mieć podtytułu, skoro nadano go zgodnie z umową? Również w korespondencji przed procesem Anna Derengowska nie twierdziła, że wydawnictwo miało prawo samodzielnie zmienić tytuł utworu przez opatrzenie go podtytułem. Ja ze swej strony nie pozostawiałem żadnych wątpliwości, że decyzje dotyczące tytułu uważam za leżące wyłącznie w mojej gestii. Czyli zamiar i intencje stron przy podpisywaniu umowy dało się jednoznacznie ustalić, wydawnictwo zaczęło twierdzić, że miało prawo dopisać podtytuł, dopiero wtedy, kiedy pierwsza linia obrony, że inkryminowana fraza jest wyłącznie hasłem reklamowym, legła w gruzach.

Oczywiście tej pierwszej linii obrony, zawalonej przez poprzedniczkę, adwokat nie mógł tak po prostu porzucić, musiał udawać, że ją podtrzymuje. Nie bardzo też mógł nadal ignorować dowód w postaci wyciągu z katalogu Biblioteki Narodowej, bo nie tylko wskazałem, że został on przez stronę przeciwną pominięty milczeniem, lecz dołączyłem także wyciągi z katalogów pozostałych bibliotek uniwersyteckich. Wszystkie bez wyjątku identyfikowały rzeczoną frazę jako podtytuł. Adwokat orzekł jednak, że jest to „subiektywne stanowisko” bibliotek, a „sposób klasyfikacji książki nie przesądza (…) o jej rzeczywistym tytule”. Subiektywne stanowiska mają to do siebie, że są rozbieżne, a nie jednolite, ale adwokat nie widział potrzeby, by tę sprzeczność rozwikłać, i nie pokusił się o wyjaśnienie, jakim to cudem specjaliści od bibliografii tak jednogłośnie się pomylili czy ulegli zbiorowej halucynacji, że hasło reklamowe przeczytali jako podtytuł. Nie zadał sobie również trudu, by wytłumaczyć sądowi, co przesądza o rzeczywistym tytule książki. Zdawał sobie chyba jednak sprawę, że nie przytacza dowodów, tylko gołosłowne stwierdzenia, bo postanowił bibliografów zdyskredytować w inny sposób. Posiłkując się wyciągiem z Biblioteki Jagiellońskiej, gdzie zapis wyglądał następująco: „Tytuł: Niepełni: o miłości wbrew przeciwnościom losu / Paweł Pollak”, wskazał, że nie można na jego podstawie wysnuć wniosku, że inkryminowana fraza jest częścią tytułu, bo wtedy należałoby przyjąć, że biblioteka również imię i nazwisko autora uznaje za część tytułu. Innymi słowy stwierdził, że w bibliotekach uniwersyteckich z Jagiellońską na czele pracują półanalfabeci, którzy nie są w stanie zinterpretować informacji podanej przez wydawcę na książce i w związku z tym dla pewności do pola „Tytuł” przepisują wszystkie informacje z okładki, w tym nazwisko autora, bo nie są pewni, czy to autor, czy może jednak bohater książki. W celu przeprowadzenia tego „dowodu” „nie zauważył” kreski oddzielającej tytuł od nazwiska autora i pominął katalogi, gdzie w polu „Tytuł” był sam tytuł z inkryminowanym podtytułem.

Z argumentem, że recenzenci i księgarze zgodnie odczytują rzeczoną frazę jako podtytuł, adwokat poradził sobie bardzo prosto, wyjaśniając, że jest to niemiarodajne, gdyż chodzi o osoby „nie posiadające specjalistycznej wiedzy”. Ten brak specjalistycznej wiedzy jego poprzedniczce nie przeszkadzał, kiedy udowadniała, że te osoby odczytują ową frazę jako hasło reklamowe, ich odbiór został uznany za niemiarodajny dopiero, kiedy jednoznacznie wykazałem, że odczytują ją jako podtytuł. „Specjalista – utrzymywał adwokat w swoim piśmie – rzeczoną frazę zakwalifikowałby w sposób prawidłowy, jako lead reklamowy”. Domniemanie, że specjalista dokonałby oceny zgodnie z twierdzeniami wydawnictwa, w sytuacji, gdy wydawnictwo żadnej takiej specjalistycznej opinii nie potrafiło zacytować, to niewątpliwie oryginalny sposób dowodzenia swoich racji. Oczywistym jest również, że ta hipotetyczna ocena hipotetycznego specjalisty byłaby obiektywną ekspertyzą w przeciwieństwie do subiektywnej opinii amatorów z bibliotek uniwersyteckich.

Ten kamuflaż, że wydawnictwo pozostaje przy pierwszej linii obrony, a nowe argumenty przytacza jedynie na wszelki wypadek, adwokat podsumował następująco: „Strona pozwana podtrzymuje swoje stanowisko, iż fraza ‘O miłości wbrew przeciwnościom losu’ nie jest podtytułem, lecz hasłem reklamowym. Powyższe potwierdza sposób zakwalifikowania publikacji przez samego wydawcę (…), który na swej stronie internetowej w sposób jednoznaczny oznacza pozycję autorstwa powoda, jako książkę pod tytułem ‘Niepełni’”. Przekładając to na polski: na swojej stronie internetowej wydawca podaje jedynie tytuł „Niepełni”, czyli żaden podtytuł nie istnieje. Innymi słowy: wydawca mówi, że książka nie ma podtytułu, więc nie ma. Ujmując to prawniczym językiem: dowodem na twierdzenie pozwanej jest twierdzenie pozwanej.

Sprzeczny z tym twierdzeniem e-mail kierownika redakcji literatury polskiej adwokat zbył milczeniem, nie zechciał również wyjaśnić, dlaczego w innych książkach Prószyńskiego podtytuł na stronie przedtytułowej nie musiał być podawany, a w mojej tak. W kolejnym piśmie do argumentów, że ze wskazanych zapisów umowy nie da się wyinterpretować uprawnień do nadania przez wydawnictwo podtytułu, ani że przy zawieraniu umowy wydawnictwo wcale takich uprawnień nie chciało dostać, a ja nie chciałem mu ich dać, w ogóle się nie odniósł. Nie przedstawił również żadnej polemiki z tezą, że zdanie wyrwane z kontekstu i przerobione nie jest już tym samym zdaniem.

Znają państwo wszystkie rzeczowe argumenty stron, proszę zgadnąć, jaki zapadł wyrok, i z jakim uzasadnieniem. Odpowiedź tutaj.