Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tłumaczenia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą tłumaczenia. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 5 grudnia 2016

Nie zapłacimy, bo parasole chronią przed deszczem

Poseł Tomasz Jaskóła z Kukiz 15 wystąpił z interpelacją w sprawie nierewaloryzowanych stawek tłumaczy przysięgłych. Ucieszyło mnie to i poczułem do niego ogromną wdzięczność. Radości i wdzięczności nie osłabiło nawet to, że poseł nie bardzo wie, o czym pisze: „stawki wynagrodzeń za czynności translatorskie nie były rewaloryzowane od 7 lat”. Nie od siedmiu, tylko od ponad jedenastu. „Czy planowana jest rewaloryzacja stawek wynagrodzeń zawartych w ustawie z dnia 25 listopada 2004 r. o zawodzie tłumacza przysięgłego?”. Stawki wynagrodzeń zawarte są nie w ustawie, tylko w rozporządzeniu Ministra Sprawiedliwości ze stycznia 2005 r. Nie osłabiło również to, że posługuje się dość dziwną argumentacją: „Osoba nosząca tytuł tłumacza przysięgłego otrzymuje mniejsze wynagrodzenie, pracując na rzecz podmiotów wymienionych w art. 15 ustawy z dnia 25 listopada 2004 r. o zawodzie tłumacza przysięgłego, niżeli przez godzinę zegarową udzielając indywidualnych korepetycji”. Z tłumaczeń nie udziela się korepetycji, więc równie dobrze można by argumentować, że tłumacz, który dorabia sobie kładzeniem kafelków, ma z tego więcej. Poza tym to, że sądy, prokuratura i policja (to są z grubsza te podmioty wymienione w art. 15) płacą mniej niż klienci rynkowi, jest akurat uzasadnione: na ogół wydają pieniądze podatników, którymi należy gospodarować oszczędnie. Kwestia, ile mniej, więc poseł zasadnie wskazuje, że „tłumacz przez godzinę tłumaczenia ustnego może zarobić do 150 złotych”, podczas gdy w sądzie jest to 46 zł. To stawka za szwedzki, angliści i germaniści dostają jeszcze mniej. Nie wiadomo jednak, dlaczego poseł w swojej interpelacji niemal całkowicie skupia się na tłumaczeniach ustnych, jakby tylko te były nędznie płatnie. Owszem, rozziew kwotowy między urzędowymi a rynkowymi stawkami tłumaczenia ustnego jest większy niż przy stawkach tłumaczenia pisemnego, ale te ostatnie przecież też wymagają rewaloryzacji.

Ale skoro ministerstwo sprawiedliwości nie uznaje samo z siebie za stosowne zrewaloryzować stawek, niepodniesionych od ponad jedenastu lat, to nawet argumenty od czapy są dobre, żeby przymusić je do jakiejś reakcji. I reakcja nastąpiła, bo musiała, ministerstwo ma obowiązek odpowiadać na interpelacje posłów, ale, niestety, nie ma obowiązku odpowiadać z sensem i na temat:

Zgodnie z art. 16 ust. 1 powołanej ustawy, wynagrodzenie za czynności tłumacza przysięgłego ustala umowa ze zleceniodawcą lub zamawiającym wykonanie tłumaczenia. Oznacza to, że co do zasady ustawodawca nie ingeruje w wysokość wynagrodzenia tłumaczy przysięgłych, pozostawiając jej kształtowanie wolnemu rynkowi.

Ponieważ poseł Jaskóła nie zgłaszał problemu, że biednych osób nie stać na opłacenie tłumaczeń, które muszą wykonać na wolnym rynku, a potrzebnych im do załatwienia spraw urzędowych, powyższa informacja nie ma żadnego związku z kwestią poruszoną w interpelacji. Służy jedynie zapełnianiu kartki, żeby stworzyć wrażenie, że padła treściwa i wyczerpująca odpowiedź. I równie dobrze urzędnik mógłby zapełniać kartkę baśniami Szeherezady.

Należy zauważyć, że tłumaczenia tego rodzaju stanowią ok 90% wszystkich zleceń realizowanych przez tłumaczy przysięgłych[1].

Jeśli to ma być argument za niepodwyższaniem stawek za tłumaczenia dla organów wymiaru sprawiedliwości, to jest to sankcjonowanie pańszczyzny, o czym już pisałem. Ale przynajmniej dzięki odnośnikowi dowiedziałem się, skąd ministerstwo ma tę statystykę, bo wcześniej twierdziłem, że taka statystyka nie istnieje. Otóż z uzasadnienia do nowej ustawy o zawodzie tłumacza przysięgłego z 2004 r. W uzasadnieniu wprawdzie też nie jest podane, skąd ją wzięto, ale wcześniej sądy przy corocznej kontroli repertoriów rzeczywiście spisywały sobie, ile tłumaczeń dany tłumacz zrobił dla organów wymiaru sprawiedliwości, a ile dla prywatnych klientów i firm, więc faktycznie dało się to policzyć. Od 2005 r. jednak się nie da, bo kontrole repertoriów są już tylko wyrywkowe. Czyli ministerstwo posługuje się w swojej argumentacji statystyką sprzed dekady. No i ze statystyką jest tak, że według niej każdy Polak ma jedno jądro i jedną pierś, więc chciałbym się dowiedzieć, co w takim przypadku jak moim, że tłumaczenia dla organów stanowią gdzieś z połowę wszystkich tłumaczeń. Czy na te 40%, które nie mieści się w ministerialnej starożytnej statystyce, ministerstwo podniesie mi stawki?

Ta okoliczność była jedną z przyczyn podjęcia przez ustawodawcę decyzji o odejściu od wcześniejszego modelu tłumacza przysięgłego jako pomocnika procesowego sądu na rzecz stworzenia nowego wolnego zawodu, którego przedstawiciele świadczyliby usługi „także poza sądem: przy tłumaczeniu dokumentów dla obywateli, w obrocie gospodarczym oraz w kontaktach z administracją państwową. Wszystko to sprawiło, że konieczna stała się zmiana statusu tłumacza przysięgłego. Należało na nowo określić jego pozycję w systemie prawnym, czyli uwolnić go od sądu i przekształcić w instytucję świadczącą usługi na rzecz wszystkich obywateli i organów państwa”.

Poseł, reprezentujący wyborców, pyta, dlaczego tłumacze nie mają waloryzowanych stawek, a urzędnik Marcin Warchoł raczy go opowiastkami, z jakich motywów 12 lat wcześniej uchwalono ustawę. Czyli uważa, że poseł, wyborcy i tłumacze to durnie, którym na pytanie, dlaczego nie ma parasoli, można odpisywać, że parasol wynaleziono w starożytności i służy do ochrony przed deszczem, tudzież przed słońcem.

Natomiast wysokość wynagrodzenia za tłumaczenie wykonywane na żądanie takich podmiotów jak sąd, prokurator, Policja oraz organy administracji publicznej jest regulowana prawnie. Rozporządzenie w sprawie wynagrodzenia za czynności tłumacza przysięgłego określa stawki wynagrodzenia za przetłumaczoną stronę – w przypadku tłumaczeń pisemnych oraz godzinę pracy – w przypadku tłumaczeń ustnych. Wspomniane stawki są sztywne i nie mogą być modyfikowane w drodze negocjacji między zlecającym organem a tłumaczem przysięgłym.

Parasol składa się z rączki i czaszy ochronnej wykonanej z materiału.

Jak słusznie zauważył Pan Poseł w swojej interpelacji, stawki wynagrodzenia tłumaczy przysięgłych określone w powołanym rozporządzeniu, pozostają na niezmienionym poziomie od dłuższego czasu, co spowodowało realne obniżenie ich wartości. Niestety – jak do tej pory – sytuacja budżetu państwa, a także wcześniejsze czasowe objęcie Polski przez Komisję Europejską procedurą nadmiernego deficytu, uniemożliwiały wyodrębnienie środków na podwyższenie wynagrodzenia tłumaczy przysięgłych.

Cud, urzędas zdołał przejść do meritum. Pytanie, dlaczego posługuje się kłamstwem lansowanym przez poprzednią ekipę. Przecież prezydent Duda powiedział wyraźnie, żeby nie wierzyć, że nie ma pieniędzy. Dlaczego ministerialny urzędnik podważa autorytet prezydenta RP? Panie Prezesie, pan na to pozwala? Co? Aha, prezydent nie ma mieć autorytetu, by wiedział, kto naprawdę rządzi.

Biorąc jednak pod uwagę, że ustawa o zawodzie tłumacza przysięgłego obowiązuje już od dziesięciu lat, Minister Sprawiedliwości podjął działania zmierzające do całościowej oceny funkcjonowania jej przepisów oraz regulacji zawartych w aktach wykonawczych do niej. Dlatego zarządzeniem z dnia 21 lipca 2015 r. powołał Zespół do przeglądu i oceny funkcjonowania ustawy o zawodzie tłumacza przysięgłego .

Żeby zrewaloryzować stawki nie trzeba żadnego zespołu, wystarczy, że minister wyda odpowiednie rozporządzenie.

Na jednym z najbliższych posiedzeń Zespołu rozpatrzona zostanie kwestia zmiany przepisów dotyczących wynagrodzenia tłumaczy przysięgłych. Należy tu zastrzec, że ewentualne podjęcie działań legislacyjnych mających na celu podniesienie wynagrodzenia tłumaczy przysięgłych będzie zależeć nie tylko od rekomendacji Zespołu, ale także od możliwości budżetowych państwa.

Innymi słowy, figę dostaniecie. Żeby było śmieszniej, argumentem o możliwościach budżetowych państwa posługuje się urzędnik rządu, któremu pieniądze rosną na drzewach, który lekką ręką przeznacza po kilkadziesiąt miliardów na płacenie zamożnym ludziom po 500 zł na dzieci czy na emerytury dla ludzi doskonale mogących jeszcze przez długie lata pracować. A żeby już tłumacze naprawdę mogli pękać ze śmiechu, nie ma w budżecie państwa takiej pozycji jak „wynagrodzenia tłumaczy przysięgłych”. Ta pozycja mieści się w budżetach sądów, prokuratur i policji, które to budżety są przecież waloryzowane, więc bez żadnego uszczerbku dla budżetu państwa wynagrodzenia tłumaczy mogłyby rosnąć o taki sam procent, o jaki waloryzowane są budżety tych instytucji. Co więcej, w przypadku sądów nie płacą one za wszystkie tłumaczenia, całkiem sporą część tych kosztów każą zwracać procesującym się stronom.

poniedziałek, 7 listopada 2016

Alergik

Niestety, cierpię na alergię. Jak wiadomo, alergia jest tym dokuczliwsza, im częściej występuje alergen, na który człowiek jest uczulony. Mój, jak na złość, jest powszechny. Do tego całoroczny, a nie sezonowy. Jestem uczulony na ignorancję i głupotę ludzką.

Dzwoni do mnie sąd w osobie panienki sądowej. Czy może przesłać mi tłumaczenie do wykonania. Oczywiście, że może, mam obowiązek wykonywać tłumaczenia dla sądów. Świetnie, na jaki adres? Na adres podany na liście, oczywiście. Na jakiej liście? Pytanie, na jakiej liście jest mój adres jako tłumacza przysięgłego, zdumiało mnie do tego stopnia, że pozwoliłem sobie wyrazić zdziwienie, że pracownik sądu nie wie o istnieniu listy tłumaczy przysięgłych. Następnie poinformowałem panienkę, że rzeczona lista znajduje się na stronie Ministerstwa Sprawiedliwości. Panienka, zamiast zawstydzić się własnym niedouczeniem i wyrazić wdzięczność za darmowe korepetycje w zakresie jej obowiązków, strzeliła focha, że śmiem pouczać ją o istnieniu jakiejś listy. Obraziła się na mnie za swoją ignorancję.

Dzwoni do mnie panienka ze Szwecji, studiująca we Wrocławiu medycynę. Zwraca się do mnie oczywiście po angielsku, a przejście na szwedzki powoduje szok, bo poziom inteligencji nie pozwala przyszłej lekarce założyć takiej absurdalnej sytuacji, że tłumacz języka szwedzkiego będzie potrafił się w tym języku porozumiewać. Panienka ma sprawę, że tłumaczyła u mnie dokumenty (czyli była już u mnie i wie, że mówię po szwedzku, ale nie potrafi nabytej wiedzy wykorzystać, co znakomicie rokuje jej pacjentom), ale w dziekanacie powiedzieli jej, że jest źle przetłumaczone i trzeba poprawić. Skoro w dziekanacie powiedzieli, że jest źle przetłumaczone, to znaczy, że przetłumaczone jest dobrze, tylko urzędas szuka dziury w całym. Ale co mam zrobić, muszę studentkę przyjąć, wyjaśnić jej, jak się sprawy mają, i doradzić, jak ma sobie radzić z urzędasem.

Ale chociaż byłem przygotowany na to, że papiery są całkowicie w porządku, pretensje zgłoszone przez dziekanat wywołały u mnie takie niedowierzanie, jakbym usłyszał, że Duda zawetował PiS-owi ustawę. Ale ab ovo. Tłumacz przysięgły języka polskiego zamieszkały w Szwecji przełożył panience apostille dołączone do jej świadectwa z liceum, w którym to apostille szwedzki notariusz poświadczał, że z owym świadectwem jest z punktu widzenia prawa szwedzkiego wszystko w porządku. Ponieważ wrocławska Akademia Medyczna nie uznaje członkostwa Szwecji w Unii Europejskiej, nie przyjęła od niej tego tłumaczenia i zażądała, żeby tłumaczenie potwierdził tłumacz zamieszkały w Polsce. Sprawdziłem, że zgadza się ze szwedzkim oryginałem, i potwierdziłem. Na tym tłumaczeniu, potwierdzonym przeze mnie, pracownik dziekanatu w nagłówku „Przekład uwierzytelniony z języka szwedzkiego” skreślił słowo „szwedzkiego” i nadpisał nad nim „angielskiego”, a w samym tłumaczeniu zakreślił numer i datę wystawienia apostille jako niezgodnych z oryginałem. I z tym odesłał panienkę do mnie. Ta, zamiast pomyśleć, postanowiła marnować mój i swój czas, przyszła, pokazała mi tłumaczenie z adnotacjami urzędasa i na dowód, iż rzeczywiście jest niezgodne z oryginałem, przedłożyła oryginalne apostille. Apostille wystawione przez tego samego notariusza i odnoszące się do tego samego świadectwa, ale w języku angielskim, a nie szwedzkim, czyli _inne_ apostille, opatrzone innym numerem i inną datą.

Ja najmocniej przepraszam, ale jaki to jest stopień debilizmu, żeby mając przed sobą tłumaczenie _z języka szwedzkiego_ nie dość, że wykonane przez przysięgłego, to jeszcze przez drugiego przysięgłego przyklepane, założyć, że jeden przełożył dokument z angielskiego, będąc przekonanym, że tłumaczy ze szwedzkiego, pomylił przy tym datę i numer, a drugi tego wszystkiego nie zauważył. Trzysekundowy namysł pozwala pojąć, że przedkładany oryginał w języku angielskim nie jest tym, z którego dokonywane było tłumaczenie. I teraz ja jeszcze rozumiem, że posiadacz mózgu, służącego jedynie do podtrzymywania funkcji życiowych, może zostać pracownikiem dziekanatu, ale lekarzem?!

Wyjaśniłem panience, że z tłumaczeniem jest wszystko w porządku, tylko zostało dokonane z innego dokumentu, niż mi pokazuje. Że kiedy była u mnie za pierwszym razem, miała ze sobą apostille po szwedzku, a nie po angielsku. Uwaga! Nie załapała, o co chodzi. Przyjrzała się papierom, wzięła swoje świadectwo i powiedziała… Zanim zacytuję, muszę wyjaśnić, jak wygląda apostille. To króciutkie potwierdzenie w punktach, w żadnym przypadku nie da się go pomylić ze świadectwem, nawet jeśli oba dokumenty będą w obcym dla nas języku. A panienka powiedziała, pokazując na swoje świadectwo i przełożone apostille: „A może to jest tłumaczenie tego?”.

Kiedy pierwszy raz pisałem o gigantach intelektu, którym wrocławska Akademia Medyczna umożliwia studiowanie medycyny, chociaż w Szwecji uznano, że są na ten kierunek za słabi, ironizowałem sobie, że nasi chcą rozwalić szwedzki system zdrowia. Tyle że to wcale nie jest śmieszne, że osoba, u której proces myślowy przebiega mniej więcej w tempie ewolucji, dostanie prawo i możliwość podejmowania decyzji dotyczących zdrowia i życia innych ludzi. Bo wrocławska Akademia Medyczna chce zarobić.

poniedziałek, 24 października 2016

TEPIS dyskutuje, czyli jak uciec przed prawdziwą debatą

Natrafiłem na informację o panelu dyskusyjnym Etyka zawodu tłumacza przysięgłego, który odbył się w marcu w ramach konferencji tłumaczy. Niestety, nigdzie nie odnalazłem relacji z tego panelu, ale sama zapowiedź jest tak kuriozalna, że warta tego, by się do niej odnieść.

Pierwsze, co mnie powaliło, to skład panelu:

W dyskusji udział wezmą: Joanna Miler-Cassino – TEPIS , Maryja Łucewicz-Napałkow – STP oraz Łukasz Mrzygłód – BST.

Na pozór nie ma się czego przyczepić, debatują przedstawiciele trzech organizacji tłumaczy, TEPIS-u, Stowarzyszenia Tłumaczy Polskich i Bałyckiego Stowarzyszenia Tłumaczy. Haczyk polega na tym, że Łucewicz-Napałkow i Mrzygłód należą do TEPIS-u. Czyli TEPIS urządził sobie debatę sam ze sobą. W PRL-u był większy pluralizm, bo jak spotykali się przedstawiciele PZPR, ZSL i SD, to ci dwaj ostatni do PZPR jednak nie należeli. TEPIS-owcy postanowili omówić następujące kwestie:

Kodeks tłumacza przysięgłego nie jest aktem prawnym i nie ma mocy obowiązującej. Czy wobec tego nieprzestrzeganie go jest nieetyczne?

Niech zgadnę, TEPIS-owcy we wsobnej dyskusji doszli do wniosku, że kodeks należy respektować? Tymczasem ciekawsze pytanie brzmiałoby, czy etyczne jest narzucanie tego pseudokodeksu, stworzonego przez skompromitowaną organizację, a właściwie przez jego wieczną prezeskę, wszystkim tłumaczom przysięgłym? Kodeksu opartego na podobnym kancie jak ta dyskusja, w celu zatajenia, że jest to wytwór jednej organizacji, która nie ma żadnego mandatu, by takie akty tworzyć i uchwalać? Kodeksu napisanego przez jedną osobę, Danutę Kierzkowską, której wiedza o zawodzie tłumacza i poziom intelektualny są odwrotnie proporcjonalne do ciągot, by tłumaczami rządzić? Kodeksu, którego poziom jest taki, że należy uznać go za parodię tego rodzaju aktów? Znamienne, że TEPIS-owcy nie potrafili wziąć w obronę owych wypocin swojej wiecznej prezeski, kiedy punkt po punkcie wykazałem, że jest to w znacznej części stek bredni. Rzeczywistej debaty, z prawdziwym oponentem, podjąć nie umieją, ale chcą mu narzucić respektowanie tych bredni pseudodebatami we własnym gronie.

Czy tłumacz przysięgły jest etycznie zobowiązany przyjmować zlecenia pracy dla sądu czy innego organu nawet wtedy, gdy np. ten sam sąd czy inny organ wciąż mu nie zapłacił za poprzednie tłumaczenie?

Pytanie właśnie na poziomie tego kodeksu. Tłumacz jest _prawnie_ zobowiązany przyjmować zlecenia pracy dla sądu, nawet jeśli ten sąd jeszcze mu za wcześniejsze tłumaczenie nie zapłacił. Ani przepisy, ani ich interpretacja nie pozwalają tłumaczowi jako ważną przyczynę uzasadniającą odmowę wykonania tłumaczenia podać opóźnionej płatności. I etyka nie ma tu nic do rzeczy. Chyba że TEPIS-owcom chodzi o to, czy etyczne jest postępowanie zgodnie z prawem, kiedy to prawo jest niekorzystne dla zainteresowanego.

Czy tłumacz przysięgły, który pracuje dla organów wymiaru sprawiedliwości za stawkę jeszcze niższą, niż ta wyznaczana rozporządzeniem (kiedy organy negocjują cenę), narusza zasady etyki zawodowej?

Widzę, że wsobne dyskusje prowadzą do tego samego, co chów wsobny, czyli drastycznego ograniczenia poziomu intelektualnego. Organ nie może negocjować ceny, bo stawki są sztywne, czyli jest to niezgodne z prawem, a tłumacz nie może wziąć niższej stawki, bo wtedy złamie prawo. Jak wyżej, etyka nie ma tu nic do rzeczy albo TEPIS-owcy chcą rozważyć kwestię, czy etyczne ze strony tłumacza jest, by kładł uszy po sobie, kiedy organ łamie prawo.

Czy kwestie etyczne związane z wykonywaniem zawodu tłumacza przysięgłego powinny zostać w pewnym zakresie uregulowane w ustawie o zawodzie tłumacza przysięgłego?

Chcemy marzenie Kierzkowskiej spełnić i przepisać ten jej głupawy kodeksik do ustawy?

Czy praktyka aktualnie stosowana przez niektóre biura i kancelarie polegająca na wymuszaniu poświadczenia przez tłumacza przysięgłego zgodności z oryginałem bez okazywania mu oryginału, a jedynie np. skanu, jest zgodna z zasadami etyki zawodowej tłumacza przysięgłego?

Z tego wynika, że nietyczne zachowanie biur i kancelarii może obciążać konto tłumacza. Wypowiadałem się już na temat poziomu intelektualnego TEPIS-owców? Bo może jednak należałoby się zastanowić, czy etyczne jest uleganie tego rodzaju żądaniom? A przecież to wieczna prezeska TEPIS-u wysmażyła kiedyś interpretację, że wcale nie trzeba widzieć oryginału, bo poświadczyć za zgodność z oryginałem, wystarczy uwierzyć klientowi (czyli też biuru i kancelarii), że kopia, którą przesłał, odpowiada oryginałowi.

Czy przesyłanie koledze po fachu tłumaczenia poświadczonego na potrzeby konsultacji narusza zasady etyki?

Pytanie z rodzaju, czy załatwianie się do zlewu jest higieniczne. Kwestia bezprzedmiotowa, skoro – mimo technicznej możliwości – nikt się do zlewu nie załatwia. Przecież nie muszę wysyłać koledze całego tłumaczenia, żeby coś z nim skonsultować, tylko wybrane fragmenty i to pozbawione wrażliwych informacji.

Jeżeli jest jakaś kwestia, którą chcieliby Państwo zgłosić pod dyskusję jeszcze przed Konferencją prosimy o informacje: info@translation-conference.com.

To się, niestety, spóźniłem. Bo chciałbym pod dyskusję zgłosić kwestię, czy etyczne jest, kiedy prywatna organizacja TEPIS, która nie potrafi niczego tłumaczom załatwić (przypomnijmy, dwunasty rok pracujemy za te same stawki), zamiast ośmieszać się na własny rachunek, utrzymuje, że reprezentuje tłumaczy przysięgłych, i prawem kaduka chce im narzucać jakieś swoje własne kodeksiki.

poniedziałek, 17 października 2016

Dupa pracuje na utrzymanie, czyli gdzie Muza ma czytelników

Czytelnicy mojego bloga poinformowali mnie, że pojawiła się skorygowana wersja przekładu „Marsjanina”. Kiedy ktoś coś robi dobrze, to go chwalę, zwróciłem się więc do Arkadiusza Nakoniecznika, redaktora naczelnego wydawnictwa Akurat (imprintu Muzy), by mi to umożliwił:

Ponieważ praktycznie nie zdarza się, by krytyka przekładu skutkowała wydaniem nowej wersji, z miłą chęcią napiszę o tej pozytywnej reakcji wydawnictwa na swoim blogu, proszę więc o udostępnienie (w formie elektronicznej) nowej wersji przekładu.

Nakoniecznik e-booka rzeczywiście mi przysłał, ale zanim zabrałem się do sprawdzania przekładu, natrafiłem na informację dla klientów, rozsyłaną przez Publio:

(…) Wydawnictwo Akurat opracowało nową wersję tłumaczenia książki Andy’ego Weira „Marsjanin” (…) dostępny jest plik zawierający wersję skorygowaną, wolną od nieścisłości, jakie obecne były pierwotnym tłumaczeniu na język polski.

Dobre. Błędy dyskwalifikujące przekład to w nomenklaturze państwa z Publio są „nieścisłości”. Czy też należy się cieszyć, że nie napisali „drobnych”?

Dziękujemy Wydawcy oraz Czytelnikom, którzy swoją wiedzą techniczną i znajomością języka oryginału przyczynili się do powstania nowej wersji „Marsjanina” w tłumaczeniu na język polski.

Niezła hipokryzja. Z tego, co wiem, a mogę się chyba uważać za zorientowanego w sprawie, jedynym czytelnikiem, który wskazał, że tłumaczenie jest poniżej wszelkiej krytyki, był niejaki Paweł Pollak. I Publio świetnie o tym wie, bo tenże Pollak zwracał się do Publio, żeby oddało mu szmal za bubla, ale Publio, zamiast oddać kasę za wybrakowany towar, posłało tegoż czytelnika do diabła, najpierw ignorując jego korespondencję, a potem zasłaniając się pozbawionym większego sensu pisemkiem swojego prawnika. A wydawca (sorry, Wydawca), któremu Publio tak serdecznie dziękuje, zamierzał olać krytykę nie powiem jaką cieczą i poprawił przekład jedynie dlatego, że zażądała tego strona amerykańska. Dodajmy jeszcze, że od zamieszczenia krytyki do pojawienia się nowej wersji minęło ponad pół roku i przez ten czas zarówno wydawnictwo, jak i księgarnia Publio bez cienia poczucia, że robią coś niewłaściwego, brały pieniądze od czytelników (sorry, Czytelników) za sknocone przez fuszera tłumaczenie.

Sprawdziłem, czy jakieś „nieścisłości” ostały się w przekładzie. Cała masa. Z mojej analizy wynika, że tłumaczenie zostało poprawione tylko we wskazanych przeze mnie miejscach (i też nie we wszystkich). To, że pracownik wydawnictwa – przy czym sposób wprowadzenia poprawek wskazuje raczej na sprzątaczkę niż redaktora – zasiadł do ratowania tłumaczenia nie z oryginałem, a z moim wpisem przed nosem, widać najwyraźniej po tym, że passusy z wytkniętymi przeze mnie błędami zostają skorygowane, ale te z nimi sąsiadujące, które również zawierają błędy, już nie. I tak na stronie 349 krytykowaną napuszoną frazę „dzięki, że po mnie przybywacie” poprawiający zmienił na „dzięki, że po mnie wracacie”, ale trzy linijki niżej nie uzupełnił po zdaniach „NASA sporo się nagłówkowała nad procedurami. Działają” brakującego „That’s not to say they’re easy”. Bo na to konkretne opuszczenie nie wskazałem. Nic też sprzątaczce nie zazgrzytało (jak wiadomo, sprzątaczki nie mają najlepszego wyczucia językowego) w porównaniu, że elementy statku „nawet w grawitacji Marsa są ciężkie jak skurwysyn” (even in Mars-g they’re heavy motherfuckers). Skurwysyny mają różne charakterystyczne cechy, ale akurat duża waga nie jest jedną z nich.

Na stronie 42 poprawiono anglicyzm „guess” i zamiast „zgaduję, że powinienem wytłumaczyć, co się stało” jest jak należy, czyli „przypuszczam, że…”. Szkopuł w tym, że dwa akapity dalej nadal straszy „ważna notatka”, choć, mimo „note” w oryginale, powinna być „uwaga”. Tyle że akurat tego dosłownego tłumaczenia nie wskazałem. Na stronie 43 pojawiło się opuszczone nawiązanie do frazy ze „Star Treka” „Cholera, Jim, jestem botanikiem, a nie chemikiem!”. Dopisujący tego Jima przeszedł do porządku dziennego nad następnym zdaniem, rozpoczynającym kolejny akapit: „Chemia jest niechlujna”. Chemia nie może być niechlujna, niechlujne to może być na przykład tłumaczenie.

W tej sytuacji nie może dziwić, że na stronach, gdzie wskazanych błędów nie poprawiono, nadal niechlujstwo Marcina Ringa występuje w pełnej krasie. Pozostawiono na przykład skrócony opis tłumacza, jak astronauta przygotowuje ziemię pod uprawę. I z tej samej strony (21) czytelnik dowiadywał się i nadal dowiaduje, że Mark Watney poleciał na Marsa zarabiać jako prostytutka: „Dupa pracuje na moje utrzymanie (…)”. Najwyraźniej tłumacz uznał, że z Watneya rasowy kurwiszon, który zdoła puścić się na pustyni za dwa worki piasku, więc brak innych ludzi na planecie nie będzie dla niego szczególną przeszkodą. W oryginale jest „My asshole is doing as much to keep me alive (…)”, czyli nie pracuje na utrzymanie, tylko utrzymuje przy życiu.

Innym dowodem, że poprawiający nawet nie zajrzał do oryginału i korzysta wyłącznie z mojej pracy (może wypłaci mi pan stosowne honorarium, panie Nakoniecznik?), jest passus ze śluzami, który skrytykowałem następująco: „natrafiałem na (…) bezsensowne opisy (np. na str. 30: „Frustrujące jest to, że nie można połączyć śluzy pompowanych namiotów z innymi śluzami!”, gdy z tekstu wynika, że bohater się frustruje, bo można je połączyć z innymi śluzami, tylko ze śluzą Habu nie, co akurat chce zrobić)”. Kierując się moją uwagą, pseudoredaktor poprawił następująco: „Frustrujące jest to, że nie można połączyć śluzy pompowanych namiotów ze śluzą Habu!”. Nie popatrzył ani następny akapit mojego wpisu, gdzie cytuję oryginał (The frustrating part is pop-tent airlocks _can_ attach to other airlocks!), ani na dalszy tekst w książce, który sprawia, że jego poprawka jest bez sensu. Bo tym tekstem są wyjaśnienia Marka, w jakim celu umożliwiono łączenie śluzy namiotów z innymi śluzami: „Mógłbyś mieć tam rannych ludzi albo za mało skafandrów. Musisz być w stanie wyciągnąć ludzi ze środka, nie narażając ich na kontakt z marsjańską atmosferą”.

W niektórych miejscach poprawki zostały naniesione częściowo. I tak na stronie 47 zdanie „Zaskakująco denerwujące było wymyślenie tego, jak sprawić, żeby łazik trzymał temperaturę, nawet gdy mnie tam nie ma” poprawiono na „Zaskakująco denerwujące było wymyślenie tego, jak sprawić, żeby łazik trzymał temperaturę, nawet gdy jest pusty” choć moja propozycja brzmiała „Zaskakująco denerwujące było znalezienie sposobu, żeby pusty łazik trzymał temperaturę”. W jakim celu zostawiono niezgrabne „wymyślenie tego, jak sprawić”? Na mój gust, żeby zatuszować, że korzysta się z mojego wpisu. Nakoniecznik zapewne obawiał się, że sięganie wprost po moje rozwiązania może się skończyć procesem o naruszenie praw autorskich, więc najwyraźniej pracownik dostał prikaz, by zrzynać tak, żeby nie było widać, że zrzyna. A przynajmniej, żeby nie dało się tego udowodnić w sądzie. I czasami kompletnie nie miał pomysłu, jak to zrobić. Na przykład w zaproponowanym przeze mnie zdaniu „Niemal całe zapasy misji są na powierzchni” zamiast tragicznego „Tam jest niemalże cała misja w zapasach na powierzchni” (str. 56) opuścił orzeczenie i efekt jest następujący: „Ewakuowali się po sześciu dobach. Niemalże całe zapasy misji na powierzchni. Szóstka kosztowałaby tylko ułamek tego co zwykła misja”. Tekst wprawdzie kuleje, ale przynajmniej pan Pollak nas nie pozwie.

W wielu miejscach wskazane przeze mnie błędy nie zostały w ogóle poprawione. Na przykład na stronie 103 fraza „Długie podróże to moja specjalność” pozostała bez zmian, chociaż wskazywałem, że w oryginale jest: „Long-ass trips are my business”. Ponieważ nie podałem polskiego tłumaczenia, nasuwa mi się podejrzenie, że poprawiający w ogóle nie znał angielskiego i nie wiedział, co z tym począć (za tą tezą przemawia też poprawka ze śluzami, być może poprawiający wcale nie przeoczył cytatu z oryginału, tylko go po prostu nie zrozumiał).

Choć są też passusy, gdzie napisałem, o co chodzi, a poprawka nie została wprowadzona. Na przykład nadal nie ma wyjaśnienia, że Mark będzie układał ogniwa słoneczne na łaziku w jeden stos, bo potrzebuje miejsca na sondę (str. 108). Złamane cholerne narzędzie ze strony 37 nadal jest złamanym narzędziem, a nie rozpołowioną komorą spalania.

A wiedzą państwo, jak ten domorosły redaktor poradził sobie z bezsensowną frazą „Tak wspominam” ze strony 7? Po prostu ją opuścił. Co potwierdza moje przypuszczenie, że nie znał angielskiego, więc nie umiał sobie przetłumaczyć, i że pilnował się, by nie przepisywać dosłownie ode mnie, a zwrotu „Żeby była jasność”, jako zbyt krótkiego, nie umiał przerobić. Teraz akapit zaczyna się po prostu od „Nie umarłem 6. sola”, bo kto by się tam przejmował, że w oryginale jest wcześniej jakiś tekst. I nadal jest „umarłem”, zamiast „zginąłem”, jakby Mark nie był astronautą, któremu w każdej chwili grozi tragiczna śmierć, tylko 90-letnim staruszkiem dogorywającym w swoim łóżku.

Poprawiający nie raczył nawet przeczytać książki na nowo. Każdy redaktor bowiem zatrzymałby się na przykład na zdaniu: „Minie tylko sto solów po moim wyjeździe i zostanę zabrany (albo umrę, starając się)” (str. 240). Może nie domyśliłby się, że tłumaczowi chodzi o śmierć podczas próby zabrania astronauty z Marsa, skoro Ring zaplątał się we własny język, ale nie mógł nie dostrzec, że tłumacz się zaplątał. Wskazane przeze mnie błędne użycie liczebnika zostało poprawione (śluzy mają już teraz tylko dwoje drzwi, a nie dwie pary), ale używanie np. zwrotu „sęk w tym” w znaczeniu „trik polega na tym” (str. 8), już nie.

Podsumowując, jakiś niedouczony redaktorzyna poświęcił może ze trzy kwadranse na naniesienie paru poprawek na krzyż i tak samo chłamowaty przekład wydawnictwo Muza/Akurat wciska czytelnikom, twierdząc, że teraz już dostają właściwie wykonane tłumaczenie. Czyli hucpy ciąg dalszy. Bezczelność Muzy i pana Nakoniecznika powala. Doskonale wiedzą, że czytelnicy przyjmą zapewnienie o poprawionym przekładzie na wiarę. Bo nie będzie im się chciało czy nie będą mieli możliwości sprawdzić, ale też, co ważniejsze, wychodząc z założenia, że do ludzi pracujących z książkami można mieć zaufanie, że podejrzewanie ich z góry o oszustwo byłoby nie na miejscu. I rzeczywiście natknąłem się na komentarze chwalące wydawnictwo za właściwą reakcję na krytykę. Jak pan przyjął te komentarze, panie Nakoniecznik? Zaśmiewał się pan w kułak, że wyprowadził czytelników w pole?

Niektórzy zadają sobie pewnie pytanie, dlaczego Nakoniecznik w tej sytuacji udostępnił mi nową wersję. Myślę, że doszedł do słusznego wniosku, że nie ma wyboru. Gdyby tego nie zrobił, nie odciąłby mi przecież drogi do zapoznania się z „poprawionym” tekstem, a miał jak w banku, że o jego odmowie napiszę. Wyszedłby na oszusta, który okłamuje czytelników i stara się przed nimi zataić, że dostają dokładnie taki sam szajs, jak wcześniej. A tak zapewnił sobie alibi: może rżnąć głupa, że wcale nie jest oszustem, tylko niedorajdą, który nie wie, co się dzieje w zarządzanym przez niego wydawnictwie. Zlecił poprawienie przekładu, myślał, że redaktor poprawił, a redaktor wywinął mu taki numer. Ja oczywiście tego nie kupuję. Choćby dlatego, że Nakoniecznik jako tłumacz literatury doskonale wie, że tego przekładu nie da się poprawić, trzeba zrobić nowy. I dlatego, że cała jego reakcja na krytykę tłumaczenia „Marsjanina” wskazuje, że produkcja przekładowych bubli jest w wydawnictwie Akurat przyjętą normą. Przypomnę: mój tekst usiłował zignorować, nie zdobył się na żadne wyjaśnienia czy przeprosiny dla czytelników, że zlecił tłumaczenie fuszerowi bez cienia talentu literackiego, nie wycofał tego przekładu, tylko nadal go sprzedawał. I żeby jeszcze fatalna jakość tłumaczenia została spowodowana ekonomiczną koniecznością. Ale nie. Stawki za tłumaczenia literackie są tak spłaszczone, że dobrym tłumaczom wcale nie płaci się więcej niż takim dyletantom jak Ring. Czyli Nakoniecznik po prostu uważa, że to mało ważne, jak książka będzie przełożona. Grunt, żeby czytelnik miał pojęcie o akcji. Postawa wcale nierzadka, ale w przypadku gościa, który mieni się tłumaczem literatury, zdumiewająca. Przynajmniej dla mnie.

poniedziałek, 29 sierpnia 2016

Zawód pośrednika

Mam swój prywatny ranking zawodów, które uważam za godne szacunku albo wręcz przeciwnie. Do pierwszych zaliczam m. in. lekarza, nauczyciela, rakarza, scenarzystę i prostytutkę, do drugich rzecznika prasowego, telemarketera, akwizytora, księdza i właściciela biura tłumaczeń. Chociaż tak do końca nie wiem, czy właściciel biura tłumaczeń to zawód, gdyż definicja „fachowe, stałe wykonywanie jakiejś pracy w celach zarobkowych” w ogóle do tego zajęcia nie przystaje. To znaczy zgadza się, że w celach zarobkowych, ale o pracy trudno mówić, raczej o żerowaniu na cudzej.

Żerowanie na cudzej pracy jest zajęciem nieetycznym. Etyka wprawdzie w naszym kraju ustąpiła miejsca katolicyzmowi, więc można postępować nieetycznie, byleby powołać się na wyznawanie katolicyzmu, bo zdaniem wyznawców tegoż z definicji uświęca to naruszanie międzyludzkich norm, ale pewni ludzie do zachowań etycznych zobowiązani są prawem. Do takich należy tłumacz przysięgły, bo to jest zawód zaufania publicznego. Toteż nieźle się zdziwiłem, kiedy dostałem zapytanie w sprawie przetłumaczenia dokumentu z języka szwedzkiego na polski od właścicielki biura tłumaczeń, która przedstawiała się jako tłumacz przysięgły języka angielskiego. Dlaczego się zdziwiłem? Bo rolą tłumacza przysięgłego jest tłumaczenie dokumentów, a nie sprzedaż cudzych tłumaczeń. Posługiwanie się prestiżowym tytułem w dosyć mętnej działalności jest nie do przyjęcia Pośrednictwo tłumacza przysięgłego języka angielskiego między osobą chcącą przetłumaczyć dokument z języka szwedzkiego a tłumaczem przysięgłym języka szwedzkiego jest całkowicie zbędne. Tłumacz angielskiego nie wnosi żadnej wartości dodanej, niczego klientowi nie ułatwia, nie ma ani uprawnień, ani wiedzy, żeby korygować moje tłumaczenie (tym bardziej, jeśli przekład jest w drugą stronę). Bierze prowizję de facto za zatajenie przed klientem, że ten mógłby udać się bezpośrednio do tłumacza języka szwedzkiego. Nazywając rzecz po imieniu, jest to albo kradzież zlecenia i oddanie go za odpowiedni okup, jeśli prowizja zostanie wykrojona z normalnej stawki tłumacza szwedzkiego, albo naciągnięcie klienta, jeśli prowizja zostanie do tej stawki doliczona.

Zgłasza się do mnie sporo osób z dokumentami angielskojęzycznymi. Bierze się to stąd, że angielski w Szwecji praktycznie funkcjonuje jako drugi język urzędowy, Szwedzi zakładają, że tak jest też w innych krajach, i dokumenty wystawiają często po angielsku w przekonaniu, że w tym języku zostaną przez urząd zagraniczny przyjęte. Klienci z kolei zakładają, że dokumenty ze Szwecji są po szwedzku i w ogóle na nie nie patrząc (takie musi być wyjaśnienie, bo nie wierzę, by było aż tylu ignorantów niepotrafiących rozpoznać, że dokument jest po angielsku), przychodzą z nimi do mnie. Nawet mi przez myśl nie przeszło, że mógłbym wykorzystać tę sytuację, znaleźć sobie jakiegoś tańszego tłumacza angielskiego, jeszcze takiego, który mi tłumaczenie przywiezie (ostatnio w jednym biurze tłumaczeń usłyszałem, że są tacy, kiedy na pytanie, czy przywiozę im tłumaczenie, odparłem, że to chyba żart) i zarabiać na tym, że klient jest nieprzytomny. Po pierwsze czułbym się mocno niekomfortowo, bo to tak, jakbym brał od ludzi pieniądze za udzielenie odpowiedzi na pytanie o godzinę albo o drogę, a po drugie uważam, że cwaniackie zachowania tłumaczowi przysięgłemu nie przystoją. Zamiast tego informuję klienta, że na stronie Ministerstwa Sprawiedliwości ma kompletną listę tłumaczy przysięgłych, gdzie znajdzie właściwego pod kątem swoich potrzeb (na przykład blisko jego miejsca zamieszkania), i odradzam udanie się do biura tłumaczeń, wskazując, że podroży mu to znacznie usługę, a w zamian nic dokładnie nie dostanie, bo przecież bez różnicy, czy zadzwoni i pojedzie do biura, czy zadzwoni i pojedzie do tłumacza.

Jeśli już pani tłumaczka musi sobie dorabiać przez kradzież zleceń kolegom po fachu, to powinna mieć na tyle wstydu, by robić to po cichu. To znaczy nie afiszować się ze swoim tytułem przysięgłego, bo pośrednicząc między klientem a tłumaczem nie w tej roli występuje. Czy jak pójdzie dorobić sobie do agencji towarzyskiej, to będzie przedstawiała się jako tłumacz przysięgły, licząc, że przez to złapie więcej klientów, których będzie rajcowało, że prześpią się z tłumaczką? Nie. Chociaż akurat w tym przypadku wykonywałaby uczciwą pracę, więc przeciwwskazania byłyby jakby mniejsze.

poniedziałek, 4 kwietnia 2016

Tłumacz w szwajcarskim burdelu

W komentarzu do analizy przekładu „Marsjanina” Moreni napisała, że czytelnik nieznający języka oryginału jest wobec tłumacza właściwie bezbronny. Szalenie ciekawa i trafna obserwacja. Ponieważ mało kto zna dobrze więcej niż jeden język obcy i mało kto ogranicza swoje lektury tylko do książek tłumaczonych z tego języka, trzeba przyjąć, że każdy czytelnik znajdzie się w sytuacji, gdy będzie wobec tłumacza bezbronny. Ba, nawet znajomość języka tej bezbronności nie niweluje, gdyż przekład nieoddający oryginału może być napisaną dobrą polszczyzną i nie budzić podejrzeń, a jeśli budzi, to w ustaleniu co i jak może przeszkodzić na przykład wysoka cena oryginalnej książki.

Ponieważ, co pokazały między innymi Muza i słowo/obraz terytoria, wydawnictwa całkowicie abdykowały ze swej roli kontrolującego, czy tłumacz ma odpowiednie kwalifikacje, by przekładać literaturę, czytelnik jest zdany na jego łaskę i niełaskę. A, niestety, na to, że za przekładanie literatury będą się brały wyłącznie osoby rzetelne i kompetentne, nie ma co liczyć. Choćby z tego względu, że często umiejętności nie nadążają za ambicjami. I dlatego, że taka kategoria jak wstyd na scenie literackiej niemal całkowicie zanika. Jakiej odpowiedzi na pytanie (załóżmy, że w ogóle je sobie zadają) „a co będzie, jak skompromituję się swoim przekładem?” udzielają sobie pseudotłumacze, widzimy w reakcji Marcina Ringa. Po prostu krytykę olał. Nie zamierza swojego przekładu „Marsjanina” bronić, nie zamierza nic wyjaśniać, nie zamierza przeprosić. A przeprosiny z jego strony należą się czytelnikom jak psu kość. Milczeć i ignorować krytykę to może sobie pisarz (w tym każdy grafoman), choćby powypisywał największe bzdury, bo powypisywał je na swój rachunek. Czytelnik, jeśli nie chce, nie musi go czytać. Trudno natomiast rezygnować z książek autora, z którego twórczością chcemy się zapoznawać, kiedy na przeszkodzie stoi to, że przekłada go partacz. Zły tłumacz niszczy cudzą pracę i dlatego nie ma prawa zbywać krytyki milczeniem. A jeśli pan Ring się nie odzywa, bo nie może, to powinno zastąpić go wydawnictwo: „W imieniu Marcina Ringa, który zmarł na raka mózgu, bardzo przepraszamy za fatalny przekład powstały w wyniku właśnie tej choroby” (bo powiedzmy sobie szczerze, że tylko nowotwór mózgu usprawiedliwiałby poziom tego przekładu). Ale wydawnictwo też wybrało taktykę „ciszej nad tą trumną”. Dostałem maila (nie wiem dlaczego za pośrednictwem księgarni Publio) od redaktora naczelnego wydawnictwa Akurat, w którym przyznaje mi rację, że tłumaczenie jest fatalne, i w którym bardzo stara się połechtać moje ego. Zapewne żebym, połechtany, nie ciągnął tematu. Bo publicznie zero reakcji: wiemy, że przekład to nieziemska fuszerka, ale sprzedajemy dalej tego bubla, licząc na to, że sprawa przyschnie. Skoro tak, postanowiłem napisać do Andy’ego Weira. Wydawnictwo Muza/Akurat uważa, że może sobie lać na polskich czytelników z góry na dół i opychać im spartaczone tłumaczenie z pełną świadomością, że wciska im bubla, zobaczymy, czy może sobie lać też na autora. Jak znam międzynarodowe kontrakty, zawierają one zawsze klauzulę, że przekład ma być wykonany poprawnie bez zmian i skrótów. Zobaczymy, co Weir na to, że mu fuszer zastępuje tekst skrótem itd. Szukam ochotnika, który sprawdziłby angielszczyznę mojego listu, kiedy go napiszę.

W komentarzach do analizy przekładu „Marsjanina” znalazł się też link do wywiadu z Anną Gralak, która przełożyła ponad 500-stronicową książkę Rowling w trzy tygodnie. Trochę wcześniej przeczytałem wywiad z Marcinem Wróblem i oba wywiady utwierdziły mnie w decyzji podjętej po lekturze „Marsjanina”: nigdy więcej żadnej książki angielskojęzycznej w polskim przekładzie.

Wypowiedzi pani Gralak nie ma nawet specjalnie co komentować. Trzeba być takim ignorantem jak prowadzący wywiad, który uważa, że idiolekt danego człowieka zmienia się znacząco w ciągu pół roku, by nie dostrzec, że ta pani nigdy nie powinna tłumaczyć książek. Pytania są zresztą tak lizusowskie, że nie powstydziliby się ich dziennikarze kurwizji. Bo jeśli Gralak mówi „tłumaczę od poniedziałku do piątku, a w weekendy zwykle odpoczywam. W nocy w ogóle nie funkcjonuję. Po zmroku jestem umysłowo do niczego. Pracuję od rana do czternastej – piętnastej i to jest mój normalny tryb. O ile po południu jeszcze w miarę kontaktuję, o tyle wieczorem byłoby mi bardzo ciężko tłumaczyć”, to aż się prosi o pytanie, czy „Trafny wybór” przełożyła w tempie blisko pięciu stron na godzinę, czy też pracowała nad nim, kiedy była umysłowo do niczego.

Z samego tempa można wnioskować, że przekład nadaje się do kosza, niestety, najwyraźniej nikt się nad nim nie pochylił i tłumaczka jest pełna samozadowolenia, że wykonała go doskonale (podejrzewam zresztą, że dokładnie taką samą opinię o swoim tłumaczeniu „Marsjanina” miał Ring). I twierdzenie Andrzeja Polkowskiego, że dobry przekład wymaga czasu, zbywa komentarzem, że każdy ma swoje tempo. Maraton też każdy biega w swoim tempie, ale nikt poniżej dwóch godzin. A tłumaczenie powieści to jest maraton, nie sprint. Pewne rzeczy wymagają czasu i już. Jak mi pani Gralak udowodni, że w celu wygospodarowania dodatkowych minut na tłumaczenie, w ciągu tych trzech tygodni pracy nad „Trafnym wyborem” skróciła o 90% czas, który normalnie potrzebuje na wypróżnianie się, to ja uwierzę, że ten jej happening miał cokolwiek wspólnego z przekładaniem literatury.

Marcin Wróbel zniesmaczył mnie swoimi pogardliwymi wypowiedziami o grafomanach, których książki tłumaczył. Kiedyś czytałem wywiad ze szwajcarską prostytutką, której – wedle jej słów – największą satysfakcję sprawiało to, że dzięki niej nieatrakcyjni mężczyźni mogą uprawiać seks z piękną kobietą, na co w normalnym życiu nie mieliby szans. Nie wyrażała się o nich z pogardą, nie skarżyła się, że seks z nimi ją brzydzi, nie narzekała, że nie przychodzą do niej sami przystojniacy. Rozumiała sens i istotę swojej profesji i czerpała z niej satysfakcję. Pan Wróbel powinien udać się do tego szwajcarskiego burdelu i tam uczyć się właściwego podejścia do swojego zawodu. Bo grafomanem to pisarz może być dla czytelnika albo dla krytyka. Dla tłumacza jest Autorem. Autorem przez duże „a”. Bogiem. A napisana przez niego powieść jest tekstem kanonicznym, w którym tłumacz nie ma prawa niczego zmieniać. Tymczasem Marcin Wróbel poprawia. Bo autor czegoś nie sprawdził. A jak tłumacz nie poprawi, to błąd pójdzie na jego konto. Wymówka i to kiepska. Jeszcze nie słyszałem, żeby ktokolwiek obciążał tłumacza za błędy faktograficzne. Ale nawet gdyby tak było, to jest to po prostu ryzyko zawodowe, z którym trzeba się pogodzić. Moim zdaniem Wróbel poprawia, bo ma rozbuchane ego i czuje się lepszy od autora: ten grafoman nie wiedział, nie zadał sobie trudu, żeby sprawdzić, a ja się naszukałem i znalazłem! On słabo pisze, ale ja, ho, ho, jestem mistrzem pióra i gość ma szczęście, że na mnie trafił. Ludzie o takim ego nie powinni tłumaczyć książek. Bo tłumacz ma się schować, ma być przeźroczysty. Poza nazwiskiem na stronie tytułowej nie powinien istnieć. Musi przyjmować za oczywiste i respektować, że bez względu na to, co i jak autor napisał, jest to jego tekst, który należy oddać w innym języku dokładnie w takiej treści i formie. Stawianie się ponad pisarzem, przekonanie, że cokolwiek można zmienić lub poprawić, dyskwalifikuje każdego jako tłumacza literatury. Jeśli ktoś uważa, że może ingerować pisarzowi w treść powieści, poprawiać styl z uzasadnieniem (czysto zresztą subiektywnym), że to kiepska literatura i w tłumaczeniu będzie lepsza, to niech pisze własne książki. Zobaczymy wtedy, ile osób oceni je jako grafomańskie. Ja w ogóle nie rozumiem, dlaczego pan Wróbel grafomanów tłumaczy, skoro tak go mierżą. Dla kasy? No to sorry, koleś, ale jeśli się pracuje w burdelu, to się obsługuje wszystkich klientów bez względu na to, jak wyglądają, i traktuje się ich z szacunkiem. Swoje obrzydzenie grafomanią to niech pan wyraża publicznie, kiedy zdecyduje się pan przekładać wyłącznie dobre książki. Co, pieniążków wtedy nie będzie? Okej. Nie ma nic nagannego w pracy w burdelu. Ale prostytuować można się z klasą, co widać na przykładzie tej Szwajcarki. (Swoją drogą ciekawe, ilu klientów obsługuje ona w ciągu trzech tygodni i o ile niektórzy byliby w stanie poprawić jej rezultat, twierdząc, że nie ma co się napinać nad każdym klientem, bo to koszmar.)

Zresztą Wróbel uważa, że może ingerować w tekst nie tylko „grafomanom”, o pracy nad powieścią, którą chwali, mówi: „przeprowadziliśmy kilka długich rozmów z redaktorką na temat złagodzenia niektórych fragmentów, zdekolokwializowania ich, by nie zaburzać przyzwyczajeń czytelnika”. Hę? A co z przyzwyczajeniami czytelnika, który chce czytać dokładnie takie książki, jakie autor napisał, a nie po ocenzurowaniu ich przez tłumacza i wydawnictwo wedle ich wyobrażeń, że polscy czytelnicy to jakaś grupa debili, która czegoś oryginalniejszego lub nietypowego nie zniesie? „Na szczęście wydawnictwo uznało, że Polki są gotowe zobaczyć w literaturze język, który słyszą i którym posługują się każdego dnia”. Na szczęście? Rozumiem, że gdyby uznało inaczej, to Wróbel by się podporządkował. Bo kasa, bo rachunki, bo brak kręgosłupa, który pozwala powiedzieć wydawcy „nie”.

Przy przekładzie „trzeba brać pod uwagę minimum cztery opinie: autora, tłumaczki, redaktora, korektorki”, twierdzi Wróbel. W życiu nie słyszałem większej bredni i nie chodzi o to, że tłumacz i korektor muszą być płci żeńskiej. Korektor jest od poprawiania literówek. Redaktor jest od poprawienia błędów w tekście przekładu. Pełni rolę pomocniczą i jego opinię tłumacz może całkowicie zignorować, jeśli uzna ją za nonsensowną. No chyba że, jak najwyraźniej pan Wróbel, traktuje redaktora jako wysłannika wydawnictwa i daje temu wydawnictwu prawo do merytorycznej ingerencji w przekład. Dla mnie to tak, jakby lekarz przeprowadzał operację według poleceń dyrekcji szpitala, zamiast zgodnie z zasadami sztuki. Tłumacz nie wyraża żadnej opinii, tylko tłumaczy. Dąży do tego, by przekład był ekwiwalentny w stosunku do oryginału. Ani lepszy, ani gorszy. A autor ma głos rozstrzygający. Przez tekst, jeśli nie żyje lub nie mamy z nim kontaktu, i wtedy należy się postarać wszelkie jego intencje z tego tekstu wyczytać, albo wprost. W tej drugiej sytuacji możemy mu zaproponować poprawki i, jeśli się zgodzi, je wprowadzić.

Przekład skopany, przekład trzytygodniowy, przekład egotyczny. Dopóki polscy tłumacze literatury angielskojęzycznej nie dobiją ze swoją zawodową etyką do tej obowiązującej w szwajcarskim burdelu, ja im mówię „bye bye”.

poniedziałek, 21 marca 2016

Siejemy ziemniaki, czyli kosmiczna fuszerka

Kiedy sięgałem po „Marsjanina” Andy’ego Weira, wiedziałem o nim jedynie, że to science fiction z naciskiem na science. Tyle mi wystarczyło, by powieścią się zainteresować, a świadomie unikam jakichkolwiek recenzji czy opisów książek, które ewentualnie chcę przeczytać. Nie ma nic przyjemniejszego dla czytelnika, niż zanurzyć się w dobrej powieści, nie znając wcześniej nawet kawałka akcji. Po paru zdaniach zorientowałem się, że mam do czynienia z książką, którą człowiek zaczyna wieczorem z zamiarem poczytania godzinkę przed snem, po czym podnosi wzrok znad ostatniej strony i ze zdumieniem odkrywa, że na dworze jest jasno i trzeba iść do pracy.

Niestety, na stronie 48 natrafiłem na następującą sytuację. Bohater musi obniżyć temperaturę w bazie, tzw. Habie, do 1° C. Przykręca termostat i opuszcza Hab, bo musi z niego coś wynieść. Potem wraca: „Gdy dotarłem, było już tam całkiem zimno: –5° C. Trzęsąc się i widząc parę buchającą z ust, włożyłem na siebie kilka dodatkowych warstw ubrania. (…) Wspiąłem się do mojej koi i przykryłem, żeby się ogrzać. / Gdy temperatura spadła do 1° C, odczekałem jeszcze godzinę (…)”.
Temperatura z minus pięciu spadła do plus jednego stopnia? I dlaczego, skoro docelowo ma być plus jeden, przy minus pięciu bohater czeka na dalszy spadek temperatury? Przecież to bez sensu. Założyłem, że w oryginale były stopnie Kelvina i tłumacz Marcin Ring źle przeliczył. Normalnie pewnie zadowoliłbym się takim wyjaśnieniem, ale ponieważ wcześniej mocno potykałem się o polszczyznę Ringa i natrafiałem na równie bezsensowne opisy (np. na str. 30: „Frustrujące jest to, że nie można połączyć śluzy pompowanych namiotów z innymi śluzami!”, gdy z tekstu wynika, że bohater się frustruje, bo można je połączyć z innymi śluzami, tylko ze śluzą Habu nie, co akurat chce zrobić), wstałem z łóżka, włączyłem komputer i kupiłem sobie w Amazonie oryginał.
Okazało się, że tłumacz niczego nie przeliczał. W oryginale były stopnie Celsjusza. _Plus_ pięć i plus jeden. Nie błąd rachunkowy, gorzej: zwykłe niechlujstwo. Co ze śluzami? „The frustrating part is pop-tent airlocks _can_ [podkreślenie w oryginale] attach to other airlocks!”.
Nawiasem mówiąc, kiedy tłumacz dokonuje przeliczeń, to też się rąbie. „A week after the stunning announcement (…)”. Ring przeliczył tydzień na dni. Czemu nie? „Dziesięć dni po ogłoszeniu tej szokującej informacji (…)” (str. 67).

Średniej klasy tłumacz sprawdza, czy to, co wyszło mu w wyniku tłumaczenia, ma sens. Marcina Ringa od średniej klasy dzielą co najmniej cztery minuty świetlne (czyli jakieś 73 miliony kilometrów). Na stronie 62 analitycy NASA przeglądają zdjęcia satelitarne i stwierdzają, że „(…) łazik numer 2 jest ustawiony przodem do Habu”. Kłóci im się to z przebiegiem wydarzeń: ostatnia astronautka, która nim jeździła, „musiała go zaparkować przodem do Habu, inaczej by go nie podłączyła”, gdyż łazik „port do ładowania ma na przodzie, a kabel nie jest wystarczająco długi, żeby sięgnąć”. Wniosek? Łazik „został przestawiony od 5. sola” (sol to doba marsjańska). Czyli łazik musiał zostać zaparkowany przez astronautkę przodem, żeby mogła go naładować, ale stoi przodem, z czego wynika, że potem ktoś inny go przestawił. W logice Marcina Ringa, bo Andy Weir opisuje inną sytuację: „Rover 2 is facing _away_ [podkreślenie w oryginale] from the Hab”. Tyłem stoi, panie tłumacz!

W książce jest dużo opisów, jak bohater z dostępnych materiałów konstruuje coś nowego albo przerabia posiadane urządzenia. Nieraz ciężko je zrozumieć, ale głównie dlatego, że tłumacz nie rozumiał, co tłumaczył: „Potem dostałem się do komory spalania. Wymagało to trochę roboty i złamałem to cholerne narzędzie na pół, ale się udało. Na szczęście nie chcę odpowiednio przeprowadzonego spalania” (str. 37). Dlaczego wskutek złamania narzędzia nie można odpowiednio przeprowadzić spalania? Odpowiedź jest w oryginale:„Then I pried out [czyli nie „dostałem się”, tylko „wyciągnąłem”] the reaction chamber. It took some work and I cracked the damn thing in half, but I got it out. Lucky for me I don’t need a proper fuel reaction”. A zatem nie narzędzie złamał, tylko rozpołowił komorę, ale nic się nie stało, bo spalanie nie musi przebiegać prawidłowo.
Ringowi częściej jest zresztą obojętne, co jak działa albo jak przebiega dany proces. „Wewnętrzna elektronika Pathfindera zawierała uziemienie prowadzące do Habu” (str. 237). Z tego by wynikało, że inżynierowie NASA, konstruując Pathfindera, wykorzystali bazę, która miała pojawić się na Marsie kilka lub kilkanaście dekad później. Tymczasem uziemienie prowadzi do „hull”, czyli do obudowy. Hab, hull, jak się tłumaczy na kolanie, to się patrzy tylko na pierwszą literę wyrazu.
„Będę redukował hydrazynę i spalał wodór w Habie przez dziesięć kolejnych dni, dziesięć godzin dziennie” (str. 54). Akapit dalej jest powiedziane, że cały proces zajmuje tylko dwadzieścia minut, a dziesięć godzin trzeba czekać na napełnienie zbiornika dwutlenkiem węgla, czyli powinno być „co dziesięć godzin” i tak jest w oryginale „every ten hours”. Ale Ring najwyraźniej odhaczał przełożone akapity i nad tym, czy jego przekład w świetle następnych ma sens, już się nie zastanawiał.

Co tam akapity. Tłumaczowi nie chciało się nawet popatrzeć, czy w obrębie jednego krótkiego dialogu wszystko trzyma się kupy (str. 350):
– Jestem gotów – rzekł Martinez. – (…) Przećwiczyłem wszystkie scenariusze wprowadzania statku na orbitę.
– Wszystko poza najgorszymi usterkami – poprawiła Johanssen.
– No tak – odpowiedział. – Trochę bez sensu jest symulować eksplozję w trakcie wznoszenia. Nic się wtedy nie da zrobić.
Najwyraźniej kiedy do Ringa dzwoni żona, że mają usterkę w łazience, to pan Ring myśli, że łazienka wyleciała w powietrze. Piloci statków kosmicznych są nieco mniej przewrażliwieni, więc Martinez mówi o eksplozji, bo Johanssen użyła sformułowania „catastrophic failures”.

Kiedy Ring nie tłumaczy z błędami, to pisze własną książkę: „Obejrzałem je [szkiełka] pod mikroskopem, żeby sprawdzić moje ukochane bakterie. Odetchnąłem z ulgą, gdy ujrzałem zdrowe, żywe bakterie zajmujące się swoimi sprawami” (str. 52). Oryginał? „With shaking hands, I put a slide into the microscope and brought the image up on-screen. There they were! Healthy, active bacteria doing their thing!”. Czyli: „Drżącymi rękami wsunąłem jedno ze szkiełek do mikroskopu i wyświetliłem obraz na ekranie. Były tam! Zdrowe, pełne wigoru bakterie zajmujące się swoimi sprawami!”.

Poza tym tłumacz nie ma cierpliwości do opisów, jak bohater realizuje swoje pomysły (pozwalające mu przeżyć, a więc dla akcji kluczowe), i je sobie po prostu skraca. Na stronie 21 oryginalny tekst „I’ll bring in more lifeless soil from outside and spread some of the live soil over it. It’ll ‘infect’ the new soil and I’ll have double what I started with. After another week, I’ll double it again” przekłada „Rozłożę ją [ziemię], podwajając powierzchnię. Bakterie ‘zainfekują’ nową porcję marsjańskiej gleby”. Na stronie 109 czytamy: „Układałem trochę kamieni blisko lądownika. Potem ciągałem go w górę i w dół. Później robiłem stertę bardziej stromą itd.”. Itd. Itede. Marcin Ring uważa, że może w powieści autorski tekst „and made sure I could drag the lander up and down” zastąpić skrótem „itd.”! Idź, tłumacz, dyletancie, coś innego i nie dotykaj się literatury!

Kolejną ingerencją w tekst jest zmiana długości zdań. Owszem, nie ma wymogu, by zdania w tłumaczeniu odpowiadały zdaniom w oryginale, ale zmiany muszą być uzasadnione. Marcin Ring dokonuje ich po uważaniu. „I got the breach kit over the hole and sealed it. It held. The suit backfilled the missing air with yet more oxygen”. Czyli mamy trzy zdania z suspensem, nie od razu wiemy, czy uszczelnienie skafandra zadziałało. To jest literatura. Ring ma suspens gdzieś, bo wydaje mu się, że literaturę tłumaczy się tak, jak instrukcję obsługi pralki: „Przyłożyłem zestaw do łatania do dziury i uszczelniłem skafander, który dopełnił brakujące powietrze większą ilością czystego tlenu” (str.12).
Albo odwrotnie, Ring rozbija zdania oryginału, utrudniając czytelnikowi zrozumienie tekstu: „W razie awarii w trakcie drugiego etapu wznoszenia się MAV-u [z powierzchni Marsa na statek kosmiczny] bylibyśmy na orbicie”. Czemu przebywanie na orbicie miałoby być problemem? Wyjaśnienie tłumacz daje po kropce („Ale zbyt nisko, żeby dotrzeć do Hermesa”, str. 113), chociaż w oryginale jest to – i w tłumaczeniu też powinno być – jedno zdanie.

W instrukcjach styl jest obojętny, więc Ringa nie obchodzi, że narrator mówi o zamordowaniu skafandra albo ranie krzyczącej z bólu. Tłumacz przekazuje czytelnikowi, że skafander został rozwalony (str. 39), a rana przeraźliwie zabolała (str. 12). Ringowi wydaje się, że przekład literatury to przekazywanie czytelnikowi faktów zawartych w oryginale (choć w jego przypadku należałoby mówić o pomylonych faktach), warstwa stylistyczna jest dla pana tłumacza bez znaczenia. „Długie podróże to moja specjalność”, mówi bohater (str. 103). Bohater Ringa, bo bohater Weira jest znacznie bardziej dosadny: „Long-ass trips are my business”. Na stronie 117 astronauta relacjonuje nam: „Tak wybebeszyłem biedny łazik, że wygląda, jakbym go zaparkował w złej dzielnicy”. Odpowiednio do tego mówi wcześniej, że grzejnik z łazika „ukradł” (stole), co tłumacz oddaje jednak słowem „wymontowałem”. Obrazowy, emocjonalny język narratora Ring zmienia na neutralny, ale trzeba go pochwalić za konsekwencję, bo kiedy astronauta posługuje się neutralną frazą „thanks for coming back to get me” („dzięki, że po mnie wracacie”), tłumacz każe mu przemawiać jak królowej angielskiej: „dzięki, że po mnie przybywacie” (str. 349).

Jeśli chodzi o styl, to jednym z największych problemów przy przekładaniu literatury z języka germańskiego na polski są powtórzenia. W oryginale będące czymś normalnym, w języku docelowym niedopuszczalne. Dla mnie unikanie powtórzeń to w ogóle największa trudność przy tłumaczeniu książek. Synonim nie zawsze jest, nie zawsze pasuje, czasami brzmi sztucznie, trzeba się nagłówkować, żeby nie odejść od oryginału, a jednocześnie oddać ten oryginał dobrą polszczyzną. Nieraz gryzłem z rozpaczy palce, kiedy autor beztrosko na przestrzeni trzech zdań powtarzał pięć razy to samo słowo, a ja musiałem coś z tym począć, bo mnie w przeciwieństwie do niego nie wolno było tego zrobić. I co? I okazuje się, że męczyłem się zupełnie niepotrzebnie, zamiast poczytać sobie tłumaczenia Marcina Ringa, żeby dowiedzieć się, że można to mieć kompletnie w dupie: „Nie jestem maminsynkiem czy coś takiego. Jestem w pełni dorosłym facetem, który okazjonalnie nosi pieluchy (trzeba w skafandrach EVA). Jest dla mnie całkowicie męskie i normalne uczepienie się listu od mamy. To nie jest tak, że jestem jakimś dzieciakiem na obozie (…)” (str. 154), „Nadmie się, gdy zwiększę ciśnienie w łaziku, ale wytrzyma. Jak wytnę wielki kawał kadłuba z łazika? Pozwolę, żeby mój przemiły asystent Venkat Kapoor wam to wytłumaczył: / [14.38] JPL: Jestem pewien, że zastanawiasz się, jak wyciąć dziurę w łaziku (str. 226/227).
Ba, Ring wprowadza powtórzenia nawet wtedy, kiedy nie ma ich w oryginale, i to jest już prawdziwe mistrzostwo świata: „Będzie się spalał stopniowo, nie dochodząc do stężenia zdolnego zabić Marka. / Mam dużo czasu do zabicia” (str. 54). W oryginale jest odpowiednio „kill” i „dead time”.

Przekład „Marsjanina” jest zresztą doskonałą ilustracją zasady, że tłumacz literacki musi przede wszystkim biegle posługiwać się językiem ojczystym. Przy czym „biegle” nie oznacza tutaj umiejętności swobodnego dogadania się w sklepie czy zrozumienia artykułu w gazecie bez pomocy słownika. Niestety, tym, którzy zlecili Marcinowi Ringowi przekład, tak się właśnie wydaje, dzięki czemu dostał szansę, by raczyć nas konstrukcjami w stylu: „Zaskakująco denerwujące było wymyślenie tego, jak sprawić, żeby łazik trzymał temperaturę, nawet gdy mnie tam nie ma” (str. 47). Aż widać, jak tłumacz brnął przez to zdanie, a dobrnąwszy do celu, niczym małe dziecko z dumą pokazuje krzywo posklejaną konstrukcję i oczekuje pochwał: „Zobaczcie, udało mi się, zrobiłem, sam!”. Ktoś mający pojęcie o języku polskim napisałby: „Zaskakująco denerwujące było znalezienie sposobu, żeby pusty łazik trzymał temperaturę”. Zgrabniej i bliżej oryginału, bo to, co tłumacz oddał zwrotem „gdy mnie tam nie ma”, jest po angielsku jednym słówkiem „unoccupied”.
Albo takie śliczne zdanko: „Tam jest niemalże cała misja w zapasach na powierzchni” (str. 56). Misja w zapasach? A może jednak, panie Ring, „Niemal całe zapasy misji są na powierzchni”?
Niewątpliwie jednak szczytowym osiągnięciem Marcina Ringa, które powinno zająć poczesne miejsce w annałach polskiej translatoryki, jest odkrycie, że ziemniaków wcale się nie sadzi. „Doszedłem także do wniosku, że czas zasiać pierwsze rośliny. (…) Na początek dwanaście ziemniaków” (str. 28). Nie na początek, bo bohater ma wszystkiego dwanaście sztuk („I had twelve potatoes to work with”) i nic innego uprawiać nie zamierza. A zatem ziemniaki, proszę państwa, siejemy!

Błędów językowych jest zresztą od groma. „Stawka toczy się o twoje życie” (str. 136), „o ile ludzkich istnień toczy się stawka” (str. 212). Stawka toczyłaby się tylko wtedy, gdyby pan Ring puścił sobie po podłodze żeton z ruletki. To gra toczy się o jakąś stawkę, czego tłumacz nie wie. Podobnie jak nie wie o istnieniu liczebników zbiorowych, w związku z czym jego zdaniem „śluza powietrzna to nic innego jak zawory i dwie pary drzwi” (str. 29). O jaką stawkę się pan założy, panie Ring, że tych drzwi jest tylko dwoje, a nie czworo?

Czasami polszczyzna tłumacza zwyczajnie uniemożliwia zrozumienie tekstu. „Tak wspominam… Nie umarłem 6. sola” (str. 7). Co bohater wspomina, skoro zdarzenia opowiada nam na bieżąco? W oryginale jest „for the record”. Czyli bohater nic nie wspomina, tylko przekazuje komunikat, że nie zginął szóstego sola („die” należy w tym kontekście tłumaczyć właśnie jako „zginąć”, skoro byłaby to śmierć tragiczna). Przekład tego zwrotu jest możliwy na kilka sposobów, także mniej formalnych np.: „Żeby była jasność… Nie zginąłem szóstego sola”.

Na urokliwą polszczyznę Ringa składają się również liczne anglicyzmy. I tak pan tłumacz zgaduje (bo „guess”, str. 42, 108), że marsjański łazik standardem odpowiada pokojowi w Hiltonie, więc jest w nim „komfortowo” („comfortable”, str. 102). Tymże komfortowym łazikiem bohater wybiera się na „epicką wyprawę” (str. 225). Każdy tłumacz, który „epic” w znaczeniu „pełny przeszkód, trudny, ekscytujący” przekłada jako „epicki”, powinien trzymać się z dala od epiki. Wyprawę śledzi Centrum Lotów Kosmicznych, gdzie stoją „tuziny rozrzuconych budynków” (str. 55). Z ciekawości sprawdziłem, jak „dozens” tłumaczy translator Google’a, i okazało się, że poprawnie jako „dziesiątki”. Tyle się mówi, że automatyczne translatory jeszcze długo nie będą w stanie zastąpić tłumaczy literackich, tymczasem w przypadku takich partaczy jak Marcin Ring są już od nich lepsze.

Każdy inteligentny pisarz lubi pobawić się aluzjami czy nawiązaniami do innych utworów, chętnie sięga po kody kulturowe. Andy Weir jest bardzo inteligentnym pisarzem, niestety, w Polsce natrafił na bardzo nieinteligentnego tłumacza. W oryginale bohater mówi „Damn it, Jim, I’m a botanist, not a chemist!”. Owo zwrócenie się do Jima jest nawiązaniem do kultowego „Star Treka”. Nie mam pojęcia, czy Ring tego nie wie, czy nie umie odpowiednio przełożyć (tak, by polski czytelnik zrozumiał, o co chodzi), bo nawiązanie po prostu opuszcza: „Cholera, jestem botanikiem, a nie chemikiem!” (str. 43). Za pierwszym wyjaśnieniem przemawiałby fakt, że przy tych fragmentach, gdzie jest mowa o serialach z lat siedemdziesiątych, wyraźnie widać, że tłumacz nie ma o nich bladego pojęcia. I tak w serialu „Three’s Company” raz występuje u niego pan Roper (str. 31), a raz pan Ropers (str. 37), bo Ring nie wie, że mieszkanie należy do małżeństwa Roperów. Z kolei w serialu „Diukowie Hazzardu” zdaniem tłumacza „generał Lee może wyprzedzić radiowóz” (str. 54). Tymczasem generał Lee mógł co najwyżej uciekać (bo tak powinno być w tłumaczeniu) unionistom, w filmie ucieka Generał Lee, bo to nazwa własna samochodu braci Duke’ów. Za drugim wyjaśnieniem przemawia okoliczność, że tłumacz opuszcza fragmenty, z którymi ewidentnie sobie nie radzi. Na przykład na stronie 21 nie wie, jak przełożyć „night soil” jako określenie ziemi nawożonej ludzkimi odchodami, więc je po prostu pomija.

Inna sprawa, że Ring opuszcza całą masę rzeczy bez żadnego powodu. Na stronie 107 bohater ma problem z lądownikiem: „Nie miałem nadziei, że w całości zabiorę go do Habu. Był po prostu za duży. Musiałem nałożyć mój kapelusik inżyniera mechanika”. Wszystko jasne. Lądownik jest za duży, bohater musi go rozebrać na części, co niekoniecznie będzie prostą sprawą. W każdym razie taki komunikat przekazuje czytelnikowi fuszer swoim tłumaczeniem. Inny niż pisarz: „It was just too big, but I only needed the probe itself”. Czyli owszem, lądownik jest za duży, ale bohater potrzebuje tylko sondy.
Na stronie 348 astronauta obwieszcza: „Nawet swój mocz będę elektrolizował”. W oryginale dodaje „That’ll make for a pleasant smell in the trailer”. Ring chyba nie zrozumiał, że z tym „pleasant smell” to ironia, z jego wiedzy wynika, że siki śmierdzą, a nie ładnie pachną, więc zdanie, jako bezsensowne, wywalił.
Ale żeby polski czytelnik nie czuł się pokrzywdzony, tłumacz w innych miejscach dopisuje. „Istnieje bardzo duże prawdopodobieństwo, że dziś umrę. Muszę pogodzić się z tą myślą. Nie mogę powiedzieć, że jestem tym zachwycony” (str. 352). My musimy pogodzić się z myślą, że Ring, dokładając drugie zdanie, schrzanił kontrast między powagą sytuacji a lekkim komentarzem astronauty.

Są tacy nieżyciowi tłumacze, którzy nie biorą się za teksty z obcej im tematyki. Marcin Ring do nich nie należy. I tak astronauci w „Marsjaninie” ćwiczą przelot z powierzchni Marsa na orbitę bezpośrednio w przeznaczonym do tego statku (str. 113). Jak sobie tłumacz takie ćwiczenia na Ziemi wyobraża, nie bardzo wiadomo, normalnie używa się do tego symulatora, ale Ring pewnie myślał, że symulator to taki dekownik, który udaje chorego, żeby go na front nie posłano, i to słowo, jako do kontekstu niepasujące, opuścił.
Jak wynika z opisu, ów statek jest niezwykle ciasny, ale astronauci mają w nim do dyspozycji – werble! – kanapy! „Musimy usadowić się w kanapach”, informuje jeden z nich (str. 146). Gdyby komuś „usadowić się” zasugerowało, że rozsiadają się do five o’clock tea, to zostałby wprowadzony w błąd. Szaleje burza piaskowa, astronauci spieprzają z planety, bo grozi im, że zostaną na niej na zawsze, ich kolega zaginął, ale dzięki odpowiedniemu wyszkoleniu nie zapominają o dystyngowanym języku. Jedynie Weir nie wie, że NASA dba o to, by w sytuacjach zagrożenia życia astronauci odpowiednio się wyrażali, i pisze „We must get to the couches”. Tu mają państwo wyjaśnienie, dlaczego kanapy. Bo w słowniku jak byk stoi, że „couch” to „kanapa”. I cieszmy się, że tłumacz zdecydował się na „kanapę”, a nie na „tapczan”. Należy też go pochwalić za konsekwencję. Na stronie 346 jest mowa o „crew seats”, Ring dostrzega, że chodzi o te same fotele, które wcześniej nazywał kanapami, więc dalej nazywa je kanapami.
Na stronie 349 bohater martwi się, że może tym statkiem w ogóle nie wystartować, bo „w końcu usunąłem silnik”. Tłumaczowi wydaje się, że statek kosmiczny to coś w rodzaju samochodu. Gdy wymontujemy z samochodu jeden silnik, wymontowaliśmy wszystkie. W przypadku statku kosmicznego tak to nie działa, o czym Ring by wiedział, gdyby choć odrobinę interesował się treścią przekładanej przez siebie książki. Bo wtedy musiałby zadać sobie pytanie, dlaczego przy starcie tego statku kontrola mówi o zapłonie głównych silników (str. 358).

Wszyscy znamy panów spod budki z piwem, którzy potrafią wyrazić bardzo wiele treści za pomocą dwóch słów. Podobnie Marcin Ring, przy czym w jego wypadku są to słowa „robić” i „problem”. Choć czasami jest bliski spodbudkowej poetyki: „Mógłbym to zrobić lodem” (str. 169). Na szczęście jest narzędnik zamiast dopełniacza.
Bohater regularnie „robi wyjście”. Nie, nie, wcale nie montuje w bazie futryny z drzwiami w miejsce śluzy, tylko nakłada skafander (albo, w wersji tłumacza, „ubiera się”, str. 115) i wychodzi na zewnątrz.
„Czemu alfabet Morse’a? Ponieważ robienie kresek i kropek kamieniami jest dużo łatwiejsze niż liter” (str. 154). W oryginale jest „making”, więc panu tłumaczowi oczywiście nie postaje w głowie taka myśl, by przełożyć „układanie kresek i kropek z kamieni jest dużo łatwiejsze”.
„Kiedy zrobię to ostatni raz, będę to robił na tej ziemi, którą przyniosłem ostatnio ” (str. 31), „Robi się wtedy naprawdę, naprawdę gorąco. I niebezpiecznie. Jeśli zrobię to w atmosferze tlenowej (…)” (str. 33). Robiłem tłumaczenie i sknoci… zrobiłem.
„Mógłbym bez problemu spalić cały układ”, informuje nas bohater (str. 117). Piroman, szantażysta, chce się tego układu pozbyć? Wręcz przeciwnie, bardzo nie chce i obawia się, że „łatwo” (easily) mógłby go spalić.
„(…) Hermes ma ludzką załogę, zdolną do stawienia czoła potencjalnym problemom” (str. 213). Bo po co główkować, żeby „hiccups” przełożyć jakoś, nomen omen, oryginalniej, skoro mamy takie poręczne słówko jak „problem”? Issue, trouble, failures, trickier, weak point – dla Marcina Ringa takie zróżnicowanie to nie problem i wszystko tłumaczy jako „problem”.

Błędy w „Marsjaninie” są praktycznie na każdej stronie. Powtórzmy: praktycznie na każdej stronie. To nie jest tak, że wypisałem wszystkie, które znalazłem. Ledwie ułamek. Wystarczy zacząć analizować w dowolnym miejscu, by odkryć, że Marcin Ring ma takie kwalifikacje na tłumacza literatury jak Andrzej Duda na niezależnego prezydenta. Jeśli już Ring nie wykłada się na jeden ze sposobów opisanych powyżej, to przynajmniej dba o to, żeby źle przekazać akcenty. „Jadąc tutaj, miałem dwa stosy ogniw, które zajmowały cały dach. Wracać będę z jednym stosem. To troszkę bardziej niebezpieczne; mogą spaść. Ale główny problem jest taki, że będzie cholernie trudno ułożyć tak wysoki stos” (str. 108). Wcale nie główny, tylko taki sam jak niebezpieczeństwo, że ogniwa mu zlecą, bo „Also, the cells will be a pain in the ass to stack that high”.
Chociaż może niesłusznie napisałem, że to zamiast innych błędów, bo mamy i problem, i powtórzenia, i opuszczenie, że te wygibasy stąd, że potrzebne jest miejsce na sondę, a „pain in the ass” i „cholernie trudno” to nieco inny rejestr stylistyczny.

Należy podkreślić, że powyżej była cały czas mowa o błędach w tłumaczeniu, przy czym ich rodzaj i ilość dyskwalifikowałyby nawet studenta pierwszego roku filologii. Nie mamy tutaj do czynienia z akceptowalnymi rozwiązaniami, które nie podobają się drugiemu tłumaczowi, bo sam przełożyłby inaczej i uznaje, że jego wersja byłaby lepsza. Tam, gdzie Ring tłumaczy w zasadzie poprawnie, można było to zrobić trzy razy lepiej. Na przykład w pewnym momencie bohater mówi o powrocie „do mojego małego Habu na prerii” (str. 28). Jest to nawiązanie do serialu „Domek na prerii” (Little House on the Prairie). W angielskim oryginale brzmi ono „to my Little Hab on the Prairie” i jest dużo czytelniejsze przez to, że powtarza się słowo „little”, „Hab” i „House” zaczynają się na tę samą literę, a cały zwrot zapisany jest jak tytuł. Czy po polsku nie można było dać wyraźniejszej wskazówki? Oczywiście, że można było. Wystarczyło „mały Hab” zamienić na „domek”. Dokąd wraca bohater, pozostaje oczywiste, bo innej siedziby na Marsie nie ma, a uzyskujemy efekt tzw. ekwiwalentności, o którą w przekładzie literackim przede wszystkim chodzi: czytelnik tłumaczenia ma od razu to samo skojarzenie, co czytelnik oryginału.
„(…) dotarliśmy na Marsa sto dwadzieścia cztery dni później (…) / Stamtąd dostaliśmy się przy użyciu MDV-a (Mars Descent Vehicle) na powierzchnię” (str. 9). Dotarliśmy na Marsa i z Marsa na jego powierzchnię? Bez sensu. Powinno oczywiście być, że po 124 dniach dotarli na _orbitę_ Marsa. Ale jak raz nie jest to wpadka tłumacza. Tak napisał Weir. A kardynalna zasada przy tłumaczeniu powieści brzmi, że pisarza nie poprawiamy. Co zrobić, kiedy w oryginale mamy „(…) we got to Mars 124 days later (…) / From there, we took the MDV (Mars descent vehicle) to the surface”? Ano można było napisać „(…) dotarliśmy na Marsa sto dwadzieścia cztery dni później (…) / Na powierzchnię dostaliśmy się przy użyciu MDV-a (Mars Descent Vehicle)”. Poprawiliśmy pisarza, nie poprawiając go. W przekładzie literackim możliwe są takie paradoksy.

A teraz podsumowanie tego przekładowego gniota, przy czym chcę napisać nie tylko o tłumaczu i wydawnictwie, lecz także o czytelnikach. Przejrzałem opinie na „Lubimy czytać” i blogowe wpisy o „Marsjaninie”. Generalnie zachwyty, nikt się nie zżyma, że temperatura spada z minus pięciu do jednego stopnia, że opisy są bez sensu, że bohaterowie rozmawiają sami ze sobą (na str. 212-213 trzy kwestie z rzędu tłumacz przypisał tej samej postaci), że tekst naszpikowany jest anglicyzmami, że polszczyzna utworu jest tak drętwa jak przemowy na zjazdach PZPR. Znalazłem wszystkiego dwie osoby, które miały zastrzeżenia do przekładu. Pierwsza wyłapała _jeden_ anglicyzm i _jeden_ błąd składniowy, poza tym uznała tłumaczenie za dobre, druga miała wprawdzie dużo więcej pretensji, ale też nie dostrzegła, że powinno ono wylądować w koszu. To ja się pytam, kto czyta w Polsce książki. Wtórni analfabeci, którzy nie widzą, co czytają? Ludzie, którzy przelatują tekst wzrokiem, żeby mniej więcej zorientować się, o co chodzi? Mutanci, którzy czytają przekład tak jak nieudolni tłumacze oryginał, i w efekcie trafia do nich właściwa treść? Translatorscy geniusze, którzy rozpoznają błąd i odczytują źródło, a że są ludźmi ze wszech miar wyrozumiałymi, kompletnie nie przeszkadza im, że ktoś wciska im translatorskiego gniota?
No właśnie. Przekład Ringa musiał wpaść w ręce niejednego tłumacza literatury angielskojęzycznej. Nie wierzę, żeby czytali oni wyłącznie w oryginale. Szukam jakiejkolwiek krytyki, nie znajduję. Dlaczego? Literatura jako taka ich nie obchodzi, więc nie rusza ich, że ignorant masakruje powieść? Nie mają czasu analizować cudzych tłumaczeń, bo muszą natłuc odpowiednio dużo arkuszy w miesiącu, żeby przy nędznej stawce wyjść na swoje? Tłumaczą na tym samym poziomie, więc lepiej kolegi nie krytykować, bo można samemu zostać wziętym pod lupę? I wtedy okaże się, że podobnie jak w przypadku Marcina Ringa znajomość angielskiego i polskiego kwalifikuje co najwyżej do wypełnienia wniosku paszportowego i kelnerowania w Londynie?

Oczywiście panu Ringowi może się roić, że jest świetnym tłumaczem, pytanie, dlaczego wydawnictwo zleciło mu przekład. Powieść została wydana przez oficynę Akurat. Nic to państwu nie mówi? Mnie też nie mówiło. Dopiero po sprawdzeniu dowiedziałem się, że to imprint Muzy. Dużego, doświadczonego i zamożnego wydawnictwa. Dla którego znalezienie kompetentnego tłumacza to pestka. Ale po co szukać kompetentnego, jeśli jakość tłumaczenia mamy gdzieś? Co się będziemy przejmować poziomem przekładu, skoro recenzenci nie zwracają na niego uwagi, a kiedy zwracają, to w taki sposób, że sami wychodzą na ignorantów? A jeśli nawet ktoś nas złapie, że wypuściliśmy skopany przekład, to krytyka olejemy. Może nam skoczyć, bo przecież czytelnik nie pójdzie i nie kupi konkurencyjnego tłumaczenia. Nic dziwnego, że przy takim podejściu wzięto byle jakiego tłumacza i zapłacono mu byle jaką stawkę za byle jakie tłumaczenie, byle szybko zrobione. I pewnie ani przez sekundę nikt w Muzie nie pomyślał, że zapłacić dwa razy więcej niż zwykle, dać nie pięćset złotych za arkusz, lecz tysiąc, to przy gwarantowanym bestsellerze i książce, która ma zostać sfilmowana przez Hollywood, wydatek rzędu kosztu wycieraczek przy zakupie mercedesa. Co zresztą mówić tu o dobrym tłumaczu. Muza zlekceważyła czytelnika do tego stopnia, że nie pofatygowała się nawet, by przekład dać komukolwiek do sprawdzenia. W książce, owszem, wymienieni są redaktor i dwie korektorki. Tyle że cała trójka musiała zasiąść do pracy po swoim zgonie, skoro pan redaktor nie wyłapał żadnego ze wskazanych błędów, a panie korektorki poprawiły jedynie te literówki, które poprawia Word. Racjonalniejsze wyjaśnienie jest takie, że nigdy nie widzieli tekstu na oczy. Co więcej, kupiona przeze mnie książka jest drugim wydaniem. Kiedyś dla renomowanego wydawnictwa kolejne wydanie było okazją, żeby poprawić błędy, które prześlizgnęły się w poprzednim. W Muzie na tekst „Marsjanina” nawet nie spojrzano, zmieniono tylko okładkę na „filmową”, bardziej dochodową, i rzucono bubla czytelnikom. Jak wybrakowany towar do socjalistycznego sklepu: cieszcie się, że w ogóle macie.

Muszę powiedzieć, że jestem rozżalony i wściekły. Bo wydawnictwo Muza do spółki z tłumaczem Marcinem Ringiem spieprzyło mi lekturę rewelacyjnej książki. Uznało, że może jako przekład sprzedawać nieudane translatorskie wprawki jakiegoś dyletanta bez cienia literackiego talentu. Czuję się zwyczajnie okradziony. I nie mam zamiaru więcej dać się okradać. Czytam swobodnie po szwedzku i niemiecku, zabrakło mi cierpliwości, by przebić się przez parę angielskojęzycznych książek ze słownikiem w ręku i uzyskać tę samą umiejętność w ich przypadku. Teraz to nadrobię. Będę czytał w oryginale. Moje pieniądze, a przeznaczam ich na książki całkiem sporo, trafią do wydawców zagranicznych. Muza i inne polskie wydawnictwa, jeśli chodzi o poziom przekładów, wypinają się na polskich czytelników. Bo są przekonane, że ci nie mają innej możliwości, jak pocałować je w tę wypiętą dupę. No cóż, ja akurat (znowu nomen omen) jestem w tej szczęśliwej sytuacji, że przy trzech językach mogę dać im kopa.

czwartek, 17 marca 2016

Szok

Wydział Gospodarczy Sądu Rejonowego w Opolu zlecił mi w połowie lutego tłumaczenie. Sądom na ogół z tłumaczeniem się śpieszy, choć później potrafią odłożyć je do szafy. Sądowi w Opolu się nie śpieszyło, dał mi miesiąc na przełożenie papierów. Było ich sporo, ale nie aż tyle, żebym musiał grzebać się z tym przez miesiąc, wysłałem przekład pierwszego marca. Sądy rejonowe, a zwłaszcza wydziały gospodarcze, to najmniej solidni płatnicy, zdarza się, że nie płacą przez rok, kilka miesięcy czekania jest normą. Zanotowałem więc sobie datę wysłania, żeby po dwóch miesiącach słać skargę na brak postanowienia o płatności. Postanowienie przyszło po dziesięciu dniach, wystawione siódmego marca. Zanotowałem sobie datę postanowienia, żeby po dwóch miesiącach słać skargę na brak płatności. Pieniądze wpłynęły szesnastego, czyli wczoraj. Kiedy zobaczyłem przelew, spadłem z krzesła. Napisałbym coś więcej, ale wciąż leżę pod biurkiem, więc chyba umarłem, a powyższe jest relacją z raju tłumaczy przysięgłych.

poniedziałek, 25 stycznia 2016

Sądowa wolnoamerykanka

Jeśli sądy kojarzą się komuś ze stosowaniem prawa, to naoglądał się za dużo amerykańskich filmów. Ponieważ thrillery prawnicze oglądam i czytam pasjami, też mam takie skojarzenie, ale dość regularnie jestem wyprowadzany z błędu.

Sytuacja pierwsza. Dostaję z sądu do przełożenia pozew w sprawie gospodarczej. Polska spółka domaga się, żeby szwedzka zapłaciła jej za wykonaną usługę. Nic ciekawego, nic trudnego, standard. Poza żądaniem, żebym przełożył na szwedzki również postanowienie o przyznaniu mi wynagrodzenia. Postanowienie, którego nie ma, bo tłumaczenia jeszcze nie zrobiłem. Takie postanowienie wydawane jest dopiero po wykonaniu przez tłumacza pracy (nieraz długo po), co ma sens choćby dlatego, że ze względu na sposób obliczania honorarium (od liczby znaków gotowego tłumaczenia) nie da się z góry określić, ile owo honorarium wyniesie.

Zamiast postanowienia o przyznaniu mi wynagrodzenia sąd załączył więc wzorek postanowienia z zostawionymi pustymi miejscami. Oczywistym było, że sędzia zamierza na moim tłumaczeniu dopisać sobie odpowiednie kwoty i daty i przystawić na nim pieczątkę. Byłoby to po pierwsze przestępstwo sfałszowania mojego tłumaczenia, które przestałoby odpowiadać oryginałowi, a po drugie bezprawne sporządzenie przez polski sąd dokumentu w języku innym niż urzędowy tego kraju (niestety, w przeciwieństwie do Finlandii Polska nigdy nie należała do Szwecji, więc na szwedzki urzędowy się nie załapaliśmy). Żeby uchronić sędzię przed popełnieniem przestępstwa i bezprawnym działaniem, mogłem przełożyć wzorek, starannie zakreskowując puste miejsca, by nie dało się nic dopisać. Ale uznałem, że byłoby to działanie nieuczciwe, sąd musiałby mi zapłacić za nieprzydatne i niepotrzebne tłumaczenie. Odesłałem więc wzorek nieprzetłumaczony, wyjaśniając, że mogę sporządzić uwierzytelnione tłumaczenie dopiero gotowego postanowienia.

W reakcji sąd do mnie zatelefonował. Najpierw w osobie oburzonej sekretarki, która chciała się dowiedzieć , dlaczego nie wywiązałem się z nałożonego przeze mnie na sąd obowiązku. Jej ton nie pozostawiał wątpliwości, że dopuściłem się czynu co najmniej na miarę rzezi niewiniątek. Po wyjaśnieniu, na które nie potrafiła odpowiedzieć, pani sekretarka spuściła z tonu i połączyła mnie z sędzią. Pani sędzia poinformowała mnie, że ona musi wliczyć koszt tłumaczenia do kosztów sprawy, w związku z tym mam przetłumaczyć wzorek, na którym ona wpisze przecież „tylko kwotę”. A nie może mi dać do przetłumaczenia dopiero gotowego postanowienia o przyznaniu mi płatności, bo postanowienie nie będzie obejmowało kosztów tłumaczenia tego postanowienia, więc trzeba będzie wystawić kolejne, które znowu trzeba będzie przetłumaczyć, za co znowu trzeba będzie zapłacić, co będzie wymagało wydania nowego postanowienia, które też trzeba będzie przetłumaczyć, i tak się będziemy wozili dłużej nawet niż przewidywany czas grania Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy.

Poinformowałem sędzię, że mechanizm tego błędnego koła doskonale rozumiem (mam nadzieję, że państwo też załapali :-), ale złamanie prawa jest kiepskim pomysłem na jego przerwanie. Sędzia miała chyba inne zdanie, bo przekonywała mnie, że takie są wytyczne sądu wyższej instancji i inni tłumacze nie robią problemu, tylko przesyłają przetłumaczone wzorki, które ona uzupełnia. Innymi słowy argument: wszyscy tu, człowieku, łamią prawo, albo z ignorancji, albo mają je gdzieś, więc przestań cudować, dopasuj się i nie utrudniaj innym życia.

Sytuacja druga. Odbieram telefon z wrocławskiego sądu:
– Czy podczas mistrzostw w piłce będzie pan we Wrocławiu?
Najpierw zdurniałem, bo co sąd może obchodzić, gdzie ja będę, jak polscy piłkarze będą zbierać baty we Francji (sorry, ale w żaden sukces nie wierzę). Potem jednak jako jednostka wybitnie inteligentna załapałem, że musi chodzić nie o Mistrzostwa Europy w piłce nożnej, tylko jakieś inne. I rzeczywiście. Po moich pytaniach wyjaśniło się, że sąd miał na myśli nie piłkę kopaną, tylko rzucaną kończynami górnymi. Najwyraźniej sąd uważał, że każdy wrocławianin w ramach lokalnego patriotyzmu będzie wiedział, że Wrocław mistrzostwa piłki rzucanej organizuje, i znał ich terminarz.

Nadal jednak pozostała do wyjaśnienia kwestia, co sąd obchodzi, gdzie ja będę podczas jakiejś imprezy sportowej. Oczywiście jako jednostka wybitnie inteligentna natychmiast domyśliłem się, że sąd obawia się, że jakiś szwedzki zawodnik zgwałci polską cheerleaderkę, bo polski sąd siedzi jeszcze w jaskini i nie wie, że szwedzcy zawodnicy na cheerleaderki patrzeć nie mogą, i wtedy będę potrzebny, by zeznania Szweda przetłumaczyć. Ale pozwoliłem sobie to wyjaśnić, by zapytać, czy sąd oczekuje, że będę w trakcie mistrzostw do jego dyspozycji, a jeśli tak, to na jakiej podstawie prawnej i czy zamierza mi za tę gotowość zapłacić.

Okazało się, że sąd nie zamierza zapłacić, tylko bez podstawy prawnej sporządza listę, którzy tłumacze będą na miejscu, a którzy na przykład wyjeżdżają. Oświadczyłem sądowi, że na razie nie planuję wyjeżdżać, ale być może zmienię zdanie w czasie mistrzostw, więc żadnej deklaracji sądowi nie złożę, zresztą nie muszę, bo mam obowiązek stawić się na wezwanie do tłumaczenia, ale nie mam obowiązku pozostawać w gotowości do dyspozycji sądu. Jeśli w chwili wezwania będą miał wyłączony telefon, znajdował się na drugiej półkuli albo będę cierpiał na chorobę filipińską, to sądowi nic do tego, bo kiedy tylko najdzie mnie ochota, mogę, bez informowania sądu, odciąć się od świata, wsiąść w samolot czy wychylić pół litra. Żadna z tych czynności nie jest przez prawo zabroniona, zabronione przez prawo jest wykonywanie obowiązków zawodowych pod wpływem alkoholu, nie licząc oczywiście obowiązków prezydenckich. Sąd się z moim stanowiskiem w całej rozciągłości zgodził, po czym zapisał sobie, że na czas mistrzostw nigdzie nie wyjeżdżam i pozostaję do jego dyspozycji.

poniedziałek, 30 listopada 2015

Fart

Tłumaczenia ustne mam rzadko. Na szczęście zresztą, bo uważam się za bardzo dobrego tłumacza pisemnego, wybitnego literackiego i mocno średniego ustnego. Szwedzi są jednak tak mili, że w dolnośląskich sądach nieczęsto mają jakieś sprawy, a i również nieczęsto ktoś ich po tych sądach ciągach. Poza Dolnym Śląskiem już skrupulatnie patrzę, czy inny tłumacz nie ma bliżej. Bo siedzi sobie taki łajza w mieście L. i kiedy dzwoni do niego sąd, prokurator czy policja, to on akurat nie ma czasu, bo jest bardzo zajęty. A potem sąd, prokuratura czy policja np. z miasta G., do którego z L. jest o połowę bliżej niż z Wrocławia, dzwoni do mnie, żebym przyjechał na tłumaczenie. I rozmowa z sądową panienką, prokuratorem albo policjantem wygląda zwykle tak:

– Czy mógłby pan przyjechać na tłumaczenie do G.?
– Do G. to pan Iksiński z L. ma o połowę bliżej niż ja.
– Tak, wiem, ale dzwoniliśmy do niego i on akurat nie ma czasu, bo jest bardzo zajęty.
– On jest zawsze bardzo zajęty, tyle że on nie ma prawa być zajęty, bo on ma zasrany obowiązek [oczywiście używam innego słowa, ale tonacja wskazuje na „zasrany”] się stawić, jeśli go państwo wezwą.
– No tak, ale…
– Nie ma żadnego „ale”, proszę go oficjalnie wezwać, zagrozić mu konsekwencjami wynikłymi z ustawy, jeśli się nie stawi, i zobaczą państwo, że przygna z wywieszonym językiem [jw., znaczenie oddane tonacją].
Zwykle ta moja propozycja zostaje milcząco odrzucona.
– Czyli nie może pan przyjechać?
– Mogę. Jeśli go państwo oficjalnie wezwą, on odmówi z rzeczywiście uzasadnionych przyczyn, wtedy ja jestem drugi w kolejności i przyjadę. Nie ma żadnego powodu, by wyrzucać pieniądze podatników na płacenie za przejazd tłumaczowi, który ma dalej.

Oczywiście z mojego wywodu jasno wynika, że ja również mam zasrany obowiązek się stawić i to nawet do Białej Podlaskiej, jeśli organ mnie wezwie, a przepłacanie za takie wezwanie, to już sprawa nadzorujących budżet, a nie moja, ale Polska to jest taki kraj, w którym organom powołanym do egzekwowania prawa egzekwowanie przepisów wydaje się czymś absurdalnym i niestosownym. Zamiast tego wydzwaniają po prośbie, szukając frajera, który odbędzie wycieczkę przez pół Polski, pozwalając, by jakaś łajza, która nie chce odrabiać pańszczyzny, przerzucała ją na kolegów po fachu. Działanie łajzy jest tym bardziej nieetyczne, że organa nie płacą za czas przejazdu, więc tłumacz, który ma dalej, jest na takim wezwaniu bardziej w plecy.

Często też mam wrażenie, że prokurator czy policjant dopiero ode mnie dowiaduje się, że wcale nie musi się prosić, że ma prawo tłumaczowi po prostu nakazać stawiennictwo. Zresztą ignorancja prawników, czym jest tłumacz przysięgły, jest nieraz aż wzruszająca i wcale nie chodzi mi o notoryczne nazywanie nas biegłymi. Nie tak dawno temu zostałem wezwany na rozprawę, na której miałem tłumaczyć zeznania dwóch świadków w sprawie cywilnej. Spotkałem ich pod salą, nawiązałem rozmowę, jednego rozumiałem bez problemów, drugiego ledwo co. Lekko spanikowany zapytałem:

– Przepraszam, w jakim dialekcie pan mówi?
– Nie mówię w dialekcie, tylko po norwesku.

Co się okazało? Pełnomocnik strony, na której korzyść ci świadkowie mieli zeznawać, dowiedział się od Norwega, że ten ze Szwedami dogaduje się bez problemu. W związku z tym uznał, że wystarczy tłumacz jednego języka, bo po co ciągać dwóch, zwłaszcza że tych skandynawistów cokolwiek mało i bywają kłopoty z ciąganiem. Z tego, że osoba, dla której język szwedzki jest nauczonym, a nie ojczystym, wcale się z Norwegiem nie dogada, zdawać sobie sprawy rzeczywiście nie musiał. To wiedza filologiczna. Ale wyłącznie z jego prawniczej ignorancji wynikało założenie, że mogę tłumaczyć zeznania świadka składane w innym języku niż ten, dla którego zostałem ustanowiony. I z bezmyślności. Bo wystarczyło pod norweski podstawić angielski czy niemiecki, by uświadomić sobie, że sąd nie zezwoliłby przecież tłumaczowi mającemu uprawnienia wyłącznie z języka skandynawskiego tłumaczyć zeznań po angielsku czy niemiecku, choćby tenże przysięgły zadeklarował, że biegle zna również i te języki.

Ale wróćmy do tego, że tłumaczenia ustne mam rzadko. Jeśli częściej niż raz na dwa miesiące, to mogę narzekać, że mnie nimi sądy strasznie zawaliły. Ponieważ na grudzień jedno tłumaczenie mam już wyznaczone, z niezadowoleniem odebrałem kolejny telefon z wezwaniem na ustne, i to zamiejscowe (czyli znowu pięć godzin w drodze, by potłumaczyć godzinę i skasować 45,99 zł brutto). Telefon zresztą bardzo nietypowy, bo zwykle albo dostaję od razu pisemne wezwanie, albo telefonicznie jestem zapytywany, czy zgodzę się takie wezwanie dostać, tymczasem sądowa matrona (głos wskazywał, że już nie panienka) oświadczyła sucho:

– Informuję, że został pan wyznaczony do tłumaczenia na rozprawie w tutejszym sądzie w dniu 16 grudnia o godzinie dziewiątej. Dzisiaj wyślemy do pana oficjalne…

A ja patrzyłem w kalendarz i nie mogłem uwierzyć, że mam takiego farta. Bo kratkę z szesnastką zakreśliłem i oznaczyłem adnotacją „sąd wroc tłum. 9.00”. Nastąpiła kolizja terminów, która mi się nigdy dotąd nie zdarzyła, bo i przy takiej częstotliwości zleceń była po prostu nieprawdopodobna:

– Przykro mi [nieprawda, wcale mi nie było przykro, przeciwnie, wiwatowałem w duchu], ale szesnastego i to też na dziewiątą mam wyznaczoną rozprawę w Sądzie Rejonowym dla Wrocławia…

Matronę zatkało, odetkało, coś powiedziała i się rozłączyła. A ja postanowiłem zagrać w totka. Potem jednak zrezygnowałem, bo doszedłem do wniosku, że i tak bym nie wiedział, na co te parę milionów wydać.

poniedziałek, 9 lutego 2015

Przewidywana niemożność, czyli legislacyjna biegunka prezeski

Danuta Kierzkowska, z zawodu prezes TEPIS-u (w tym roku mija ćwierć wieku jej pontyfikatu i wyprzedzają ją już tylko czterej papieże), cierpi na chorobę, którą można nazwać legislozą. Jej objawy to zamiłowanie do pisania wszelkiego rodzaju regulaminów, tworzenia przepisów, zakazów i nakazów. W efekcie Kierzkowska, chociaż nie zasiada w Sejmie ani w Senacie (pewnie dlatego, że tam trzeba wygrać prawdziwe wybory, a nie tepisowskie), wysmażyła twór pod nazwą „Kodeks tłumacza przysięgłego”. Twór został „w poszanowaniu” przyjęty i ogłoszony przez Radę Naczelną TEPIS, czyli Towarzystwo Umiłowania Prezeski. W oczekiwaniu na spisanie przez Kierzkowską oraz ogłoszenie przez TEPIS konstytucji Marsa, przyjrzyjmy się temu „kodeksowi”.

§ 1. Godność tłumacza jako osoby zaufania publicznego
Tłumacz przysięgły czyni wszystko, aby swą postawą etyczną spełnić wymagania, jakie społeczeństwo stawia przed osobą zaufania publicznego, zwłaszcza w zakresie staranności, bezstronności, przestrzegania tajemnicy zawodowej, doskonalenia kwalifikacji zawodowych i lojalności koleżeńskiej, która wyklucza nieuczciwą konkurencję oraz uleganie nieuprawnionym żądaniom zleceniodawców, w szczególności w zakresie nadinterpretacji, błędnej interpretacji lub pominięcia.

Nadinterpretacji, błędnej interpretacji lub pominięcia czego? Tylko osoba tak pozbawiona słuchu językowego jak Kierzkowska mogła zgubić tutaj przydawki. To i inne językowe potknięcia („formuła poświadczająca tłumaczenie (…) powinna (…) zawierać (…) pieczęć okrągłą przyłożoną bezpośrednio pod formułą poświadczającą”, par. 54) pokazują, że wbrew twierdzeniom, jakoby kodeks pisało więcej osób, jest on wyłącznie autorstwa Kierzkowskiej. Na pewno nie redagował go profesor Tadeusz Zgółka z Rady Języka Polskiego, którego nazwisko wymienione jest wśród konsultantów.

§ 2. Obowiązek zachowania staranności i wierności tłumaczenia oraz osobista odpowiedzialność za wierność i rzetelność tłumaczenia
Tłumacz przysięgły jest zobowiązany do wykonywania powierzonego mu tłumaczenia ze szczególną starannością, zachowując wierność wobec tekstu źródłowego zgodnie z zasadami sztuki tłumaczenia specjalistycznego i formalnoprawnymi zasadami tłumaczenia sądowego i prawniczego, które mogą różnić się od nieprofesjonalnych interpretacji zleceniodawców.

Zasady mogą różnić się od interpretacji?

§ 4. Uzasadniona odmowa tłumaczenia
Tłumacz przysięgły powinien odmówić przyjęcia tłumaczenia, jeżeli nie dysponuje wystarczającą wiedzą fachową, nie zna terminologii specjalistycznej w danej dziedzinie, nie ma możliwości przygotowania się do specjalistycznego tłumaczenia w zbyt krótkim – w jego ocenie – czasie (…).

Taki zapis jest wprawdzie zgodny ze zdrowym rozsądkiem, ale niezgodny z prawem. W Polsce nie ma specjalizacji tłumaczy przysięgłych, nie są oni ustanawiani z konkretnych dziedzin. A zatem jeśli tłumacz odmawia przyjęcia tłumaczenia z powodu niedostatecznej wiedzy, znaczy się, nie spełnia warunków, by być przysięgłym. De iure ma się znać na wszystkim. Tego, że na wszystkim znać się nie można, polskie prawo nie przewiduje. Ale durna lex, sed lex.

§ 5. Obowiązek terminowego wykonania tłumaczenia oraz zawiadomienia o niemożności wykonania tłumaczenia
Tłumacz przysięgły ma obowiązek terminowego wykonania tłumaczenia, zaś w razie wystąpienia nieprzewidzianych okoliczności, takich jak choroba tłumacza, wypadek losowy oraz wyjątkowa sytuacja osobista uniemożliwiająca mu wykonanie zlecenia, ma obowiązek bezzwłocznego powiadomienia o tym zleceniodawcy.

A dlaczego nie ma nic o tym, że tłumacz ma obowiązek powiedzieć klientowi „dzień dobry”? Czy też, skoro tego w kodeksie nie zapisano, taki obowiązek został zniesiony?

§ 8. Obowiązek korzystania z pomocy warsztatowych i konsultacji znawcy przedmiotu
Tłumacz przysięgły ma obowiązek wykorzystania wszelkich dostępnych mu pomocy warsztatowych: słowników, encyklopedii, podręczników, baz terminologicznych i norm oraz innych źródeł wiedzy oraz korzystania z konsultacji znawcy przedmiotu w celu zapewnienia najwyższej jakości tłumaczenia.

Kodeks hydraulika polskiego. Hydraulik polski ma obowiązek wykorzystania wszelkich dostępnych mu narzędzi, kluczy do rur, giętarek, zgrzewarek i spiral kanalizacyjnych, w celu zapewnienia najwyższej szczelności połączeń wodociągowych, oraz korzystania z konsultacji lepszego majstra, jeśli sam nie daje rady.

§ 9. Prawo dostępu do materiałów pomocniczych
Tłumacz przysięgły ma prawo zwrócić się do zleceniodawcy o udostępnienie mu materiałów umożliwiających uzyskanie lub uzupełnienie wiadomości niezbędnych do wykonania tłumaczenia (…)

A zleceniodawca udostępni mu materiały, bo przestraszy się tego paragrafu czy dlatego, że zależy mu na sensownym tłumaczeniu?

§ 11. Prawo do konsultacji z rodowitym znawcą obcego języka specjalistycznego
Tłumacz przysięgły ma prawo skonsultować z rodowitym znawcą obcego języka specjalistycznego problemy związane z tłumaczeniem.

No i proszę sobie teraz wyobrazić taki przerażający stan rzeczy, że Kierzkowska nie uszczęśliwiłaby nas tym swoim kodeksikiem. Biedny tłumacz, który natknąłby się na problemy podczas tłumaczenia tekstu specjalistycznego, nie wiedziałby, czy może zwrócić się do fachowca obcokrajowca (bo rozumiemy, że o niego chodzi pod pojęciem „rodowitego znawcy obcego języka specjalistycznego”), czy nie może.

§ 12. Wynagrodzenie tłumacza przysięgłego
Przy ustalaniu wysokości wynagrodzenia tłumacz przysięgły powinien uwzględnić stopień trudności, zakres tłumaczenia oraz własne kwalifikacje i pozycję zawodową, bacząc na solidarność koleżeńską i godność zawodową, aby uniknąć zarzutu o uprawianie nieuczciwej konkurencji przez stosowanie rażąco zaniżonych lub bezzasadnie zawyżonych cen za świadczone przez siebie usługi.

Kierzkowska jako prezeska TEPIS-u ma wysokie stawki, chociaż tłumaczem jest beznadziejnym, więc ciągle jojczy o nieuczciwej konkurencji i solidarności koleżeńskiej, żeby tańsi, a lepsi tłumacze nie podbierali jej na rynku klientów. A tymczasem na rynku obowiązują stawki rynkowe, a nie zależne od stanowiska w TEPIS-ie.

§ 13. Obowiązek dzielenia się wiedzą
Tłumacz przysięgły ma obowiązek uczestniczenia w procesie przekazywania własnych doświadczeń i wiedzy zawodowej kolegom i adeptom zawodu.

A jak nie, to co? Klaps, chłosta czy doniesienie do prokuratury? Tłumacz wcale nie ma takiego obowiązku. Ładnie z jego strony, ale jeśli (i większość tak robi) uzna, że skoro się naharował, żeby mieć wzory skomplikowanych tekstów, nie będzie ich za friko i dziękuję udostępniał smarkaczom (niech smarkacze sami się ich dopracują), to pani Kierzkowska może mu skoczyć tam, gdzie oni mogą pana tłumacza w dupę pocałować.

§ 14. Solidarność koleżeńska
Tłumacz przysięgły powinien pomagać koleżankom i kolegom w potrzebie i w miarę możliwości nie odmawiać im takiej pomocy, zwłaszcza gdy chodzi o zastępstwo w wykonaniu pilnego tłumaczenia w razie nieprzewidywanej niemożności wykonania go w terminie (…)

W razie nieprzewidywanej niemożności (styl Kierzkowskiej podziwiamy od dawna) to zmartwienie organu, żeby sobie znalazł zastępstwo, a nie tłumacza. A przy prywatnym zleceniu kasa jest wystarczającą motywacją, szlachetność zbędna.

§ 15. Solidarność międzynarodowa
Tłumacz przysięgły ceni doświadczenie i poglądy swoich koleżanek i kolegów z innych krajów, solidaryzuje się z nimi w dążeniu do zapewnienia godnego statusu zawodu tłumacza (…)

A co, jeśli nie ceni i się nie solidaryzuje? Obowiązuje zasada „(…) kochamy Juliusza Słowackiego i zachwycamy się jego poezjami, gdyż był on wielkim poetą”?

§ 16. Przedmiot tłumaczenia poświadczonego
Przedmiotem tłumaczenia poświadczonego przez tłumacza przysięgłego może być oryginał dokumentu urzędowego lub firmowego, poświadczony odpis dokumentu, jego tłumaczenie oraz dokument prywatny lub tekst niesygnowany, w tym kserokopia, wydruk skanu, faksu i innego zapisu elektronicznego, jak również zapis głosu utrwalony na dowolnym nośniku.

Faksu nie trzeba drukować, on już wychodzi z urządzenia na papierze.

§ 18. Znamiona dokumentu urzędowego i firmowego
Dokument urzędowy i firmowy jest opatrzony nagłówkiem (nadrukiem lub tuszowym odciskiem pieczęci nagłówkowej), odciskiem pieczęci lub nadrukiem pieczęci na nalepce (okrągłej, owalnej, podłużnej lub innego kształtu) odpowiedniej rangi (z godłem państwowym, emblematem lub logo firmowym) i rodzaju (tuszowej lub suchej), oraz podpisem osoby lub osób, które poświadczają fakty stwierdzone w tym dokumencie.

Aha. A skoro szwedzkie dokumenty urzędowe i firmowe nie mają pieczęci ani podpisów, to nie wolno mi ich tłumaczyć, bo wedle prezeski TEPIS-u nie są dokumentami urzędowymi i firmowymi?

§ 20. Poświadczenie zgodności tłumaczenia z oryginałem dokumentu
1. Tłumacz przysięgły poświadcza zgodność tłumaczenia z oryginałem dokumentu w formule poświadczającej tłumaczenie, jeżeli fakt ten nie budzi jego zastrzeżeń.

Jaki fakt? Że wykonał tłumaczenie zgodne z oryginałem?

2. Jeżeli tłumacz przysięgły nie jest w stanie stwierdzić zgodności tłumaczenia z oryginałem dokumentu, czy to z powodu zastrzeżeń, czy też z braku dostępu do oryginału, łączy na stałe z tłumaczeniem kopię tego dokumentu w sposób określony w § 21 i stwierdza w formule poświadczającej zgodność tłumaczenia z załączonym tekstem w postaci kserokopii, wydruku skanu, wydruku z faksu lub innego rodzaju kopii tłumaczonego dokumentu.

Bzdura. W polskim obiegu prawnym funkcjonują dokumenty w języku polskim, a nie dwujęzyczne. Tłumacz stwierdza zgodność tłumaczenia z tekstem dokumentu źródłowego, z zaznaczeniem, że przekładu dokonał z kopii, i tyle.

§ 21. Poświadczenie zgodności tłumaczenia z tekstem niesygnowanym
Tłumaczenie tekstu niesygnowanego, w tym kserokopii, wydruku skanu, faksu i innego zapisu elektronicznego łączy się na stałe z wydrukiem takiego tekstu, który opatruje się następnie podpisem i pieczęcią okrągłą tłumacza oraz stwierdza wykonanie tych czynności w formule poświadczającej zgodność tłumaczenia z załączonym tekstem niesygnowanym.

Taka sama bzdura jak wyżej. Ciekawe, przed jakim przekrętem ta procedura miałaby chronić?

§ 22. Układ graficzny tekstu tłumaczenia poświadczonego i jego postać materialna
1. Układ graficzny tekstu tłumaczenia powinien być zbliżony do układu tłumaczonego tekstu.

A niby dlaczego?

§ 23. Oznaczanie końca ustępu i niepełnego wiersza
Znak przestankowy, jakim jest przerwa między ustępami, należy zachować w tekście tłumaczenia przez pozostawienie pustych części wierszy kończących ustęp zgodnie z układem graficznym tłumaczonego tekstu.

Kierzkowska nie zna zasad języka polskiego, w polskim akapity sygnalizujemy wcięciami, a nie przerwami.

§ 25. Uwagi i wzmianki tłumacza wyróżnione kursywą w nawiasach kwadratowych
W tekście tłumaczenia tłumacz przysięgły może zamieszczać własne uwagi, poprzedzone wyrazami „uwaga tłumacza" lub ich skrótem (…) Wszystkie uwagi i wzmianki powinny być zwięzłe, wyróżnione kursywą i umieszczane w nawiasach kwadratowych.

O w mordę. A ja nie poprzedzam, tylko zamykam, nie wyrazami „uwaga tłumacza”, tylko „przypis tłumacza” i nie wyróżniam kursywą. I co teraz?! Białołęka czy Wronki?

§ 34. Przytaczanie nazw własnych zapisanych w obcym języku źródłowym
1. Nazwy geograficzne oraz nazwy instytucji i firm zapisane w alfabecie łacińskim należy przytaczać w tekście tłumaczenia na język polski w pisowni oryginalnej (…)

Podejrzany uciekł z London do New York?

2. Imiona i nazwiska zapisane w alfabecie łacińskim należy przytaczać w tekście tłumaczenia na język polski wyłącznie w pisowni oryginalnej, zaś w alfabetach niełacińskich – w wersji transkrybowanej i oryginalnej, nie stosując w żadnym razie istniejących polskich odpowiedników imion ani spolszczonych form nazwisk obcojęzycznych.

A zatem jeśli tłumaczymy w sprawie skradzionych z biblioteki w London pierwszych wydań dzieł niejakiego Williama Shakespeare’a, pamiętamy, że „w żadnym razie” nie wolno nam pisać „Szekspir”, bo tak uznała Kierzkowska w swoim głupawym kodeksie.

§ 36a. Przytaczanie nazw jednostek miar i wag
Nazwy jednostek miar i wag w tłumaczeniu przytacza się wyłącznie w wersji oryginalnej, nie przeliczając ich z jednego systemu na inny.

Znakomity dowód na to, że Kierzkowska nie potrafi wyjść poza język, którego jest tłumaczem (angielski), i że mimo dekad stażu nie dotarło do niej, iż w tłumaczeniu nie ma reguł, są jedynie przykłady. To, co ma sens przy anglosaskich miarach, nie ma sensu przy szwedzkich. Szwedzki samochód może mieć na przykład 20 000 mil przebiegu. Ale nie są to mile angielskie, jak założy odbiorca, kiedy pozostawię tę jednostkę. Jeśli w ogóle zwróci na nią uwagę, a nie automatycznie przyjmie, że są to kilometry. Przypis, że chodzi o milę szwedzką mającą 10 km, dostrzeże może jedna trzecia czytających. Przeliczenie więc na kilometry nie tylko nie jest błędem, lecz jedynym właściwym rozwiązaniem, zwłaszcza że po przeliczeniu wynik zawsze będzie okrągłą liczbą, podobnie jak wyjściowa.

§ 37. Znaki diakrytyczne i ich brak w nazwach własnych
3. Polskie nazwy własne osób i nazwy geograficzne podane w tekście źródłowym bez znaków diakrytycznych powinny być w tłumaczeniu przytoczone w tej samej postaci (bez znaków diakrytycznych).

Dla Szwedów Wrocław to Wroclaw, więc ja mam w tłumaczeniu pisać „Wroclaw”, bo może chodzić nie o Wrocław, tylko o jakiś nieleżący nad Odrą Wroclaw?

§ 41. Adres osoby lub instytucji w tłumaczeniu
Adres osoby lub instytucji, jako informacja pełniąca funkcję komunikacyjną dla służb pocztowych, nie wymaga tłumaczenia jego poszczególnych elementów; elementy te mogą być tłumaczone jedynie wtedy, gdy wchodzą w skład całych zdań lub gdy stanowią element aktu stanu cywilnego.

To trzeba być Kierzkowską, żeby w tak mętny i rozbudowany sposób zapisać, że „Blumenstraße” zostawiamy w oryginale, a nie tłumaczymy jako „ulica Kwiatowa”. To po pierwsze. Po drugie, ja się zgadzam, że sporo idiotów kończy studia i zostaje tłumaczami, ale naprawdę nie takich, którzy by przekładali nazwy ulic z adresów. I naprawdę nie trzeba na to paragrafu na czterdzieści wyrazów.

§ 47. Tłumaczenie części dokumentu
Tłumaczenie części dokumentu wymaga w uwadze tłumacza dokładnego określenia jej miejsca w całym dokumencie, przy czym w obrębie tłumaczonej części nie wolno opuszczać żadnego elementu tekstu.

Tłumaczowi nie wolno tłumaczyć części dokumentu, dlatego że nie jest uprawniony do sporządzania wyciągów z dokumentów. Jeśli tłumacz (sam lub na prośbę klienta) wybrałby jakąś część dokumentu do tłumaczenia, to de facto sporządziłby z niego wyciąg, który potem odwzorowałby w języku docelowym. Informacje z przetłumaczonej części dokumentu mogą nabrać innego wydźwięku przy braku całości. Na przykład przetłumaczenie ocen z indeksu tylko z jednego roku albo z wybranych przedmiotów może pokazać studenta jako lepszego, niż był w rzeczywistości. Jeśli studenta nie stać na tłumaczenie całego indeksu, powinien wystąpić do uczelni o wystawienie karty przebiegu studiów.
Oczywiście tłumacz nie musi przekładać tekstów, które nie są integralną częścią dokumentu, czyli np. objaśnień i pouczeń.

§ 50. Sposób pisania dat w tłumaczeniu
W celu uniknięcia nieporozumień możliwych w wyniku różnorodności systemów stosowanych na świecie, tłumacz przysięgły powinien wyeliminować dwuznaczność cyfr składających się na datę poprzez słowne wymienienie nazwy miesiąca lub przynajmniej jego skrótu.

De – bi – lizm. W każdym języku obowiązują określone zasady zapisywania dat cyframi i odbiorcy nie mają żadnych kłopotów z odczytaniem tak zapisanych dat. To, że Polacy i Amerykańcy zapisują inaczej, a Kierzkowskiej się merda, nie jest powodem do stosowania debilnych rozwiązań.

§ 54. Formuła poświadczająca tłumaczenie
Formuła poświadczająca tłumaczenie wykonane przez tłumacza przysięgłego powinna być umieszczona bezpośrednio pod tekstem tłumaczenia, wyrażona w pierwszej osobie, zawierać imię i nazwisko tłumacza (…) miejsce i datę poświadczenia, numer wpisu do repertorium czynności tłumacza przysięgłego oraz pieczęć okrągłą przyłożoną bezpośrednio pod formułą poświadczającą po lewej stronie arkusza obok własnoręcznego podpisu tłumacza złożonego po prawej stronie pieczęci.

A ja pieczętuję po prawej i podpisuję się po lewej. I co, pani Kierzkowska? Moje tłumaczenia jako wadliwe formalnie nie mają mocy prawnej? Niech się pani stuknie pieczątką w czoło. W środek.

§ 55. Pieczęć okrągła tłumacza przysięgłego
Tłumacz przysięgły używa metalowej pieczęci okrągłej wydanej mu na wniosek Ministra Sprawiedliwości przez Mennicę Państwową. Używanie wszelkich odmian takiej pieczęci okrągłej wykonanej na prywatne zamówienie tłumacza w celu poświadczania tłumaczeń, czy to w języku polskim, czy też w języku obcym, nie jest zgodne z prawem.

Bo tłumacz to taki idiota, który ustawy nie umie sobie przeczytać, więc pani Kierzkowska musi mu napisać, co jest w ustawie.

§ 56. Pieczęcie podłużne i blankiet firmowy tłumacza przysięgłego
Tłumacz przysięgły może stosować dodatkowo pieczęcie podłużne oraz blankiet firmowy, które w języku polskim i obcym informują czytelnika o jego tytule, pozycji na liście tłumaczy przysięgłych, tytule zawodowym i stopniu naukowym, adresie pocztowym, numerze telefonu, adresie poczty elektronicznej i innych danych, które uzna za niezbędne dla własnej identyfikacji.

Chodzi o to, żeby tłumacz idiota, który z pieczęci okrągłej nie potrafi odczytać własnego nazwiska, miał wystarczająco dużo danych, by mógł się zidentyfikować, że to on zrobił tłumaczenie.

§ 60. Ochrona danych tłumacza
Tłumacz przysięgły ma prawo żądać, żeby w miejscu publicznym nie podawano jego adresu i innych danych osobowych do wiadomości osób obecnych podczas wykonywania tłumaczenia ustnego zgodnie z przepisami o ochronie danych osobowych i w celu zapewnienia jego osobistego bezpieczeństwa. Tłumacz ma również prawo oświadczyć cudzoziemcom, których wypowiedzi tłumaczy, że nie reprezentuje instytucji wymiaru sprawiedliwości ani żadnej ze stron uczestniczących w postępowaniu oraz że obowiązuje go zasada bezstronności.

Tym sposobem zwiększamy swoje szanse, że przestępca stuknie tylko prokuratora i sędziego, a nas zostawi przy życiu. Zapis powinien zostać uzupełniony o klauzulę: „Tłumacz ma prawo założyć na tłumaczenie ustne pampersa, żeby nie śmierdziało, jak narobi ze strachu”.

§ 61. Sprawdzenie możliwości porozumienia się z cudzoziemcem
Przed przystąpieniem do wykonywania swoich czynności tłumacz przysięgły ma prawo upewnić się co do możliwości porozumienia się z osobą, której wypowiedzi ma tłumaczyć, zaś w przypadku stwierdzenia zaburzeń wymowy osoby z uszkodzonym słuchem, zwrócić się z prośbą o powołanie tłumacza języka migowego.

Kierzkowskiej najwyraźniej często przydarza się, że osoby, których wypowiedzi ma tłumaczyć, mają zaburzenia wymowy z powodu uszkodzonego słuchu, skoro akurat ta ułomność kojarzy się jej ze wstępną rozmową. Ponieważ jednak inni tłumacze na głuchych trafiają nader rzadko, podejrzewamy, że te „zaburzenia wymowy” to normalna angielszczyzna, a Kierzkowska osłuchana jest ze szkolną.

§ 62. Stanowisko pracy tłumacza ustnego
Tłumacz przysięgły ma prawo zająć miejsce w pobliżu cudzoziemca, którego wypowiedzi ma tłumaczyć, aby zapewnić sobie odpowiednią słyszalność i kontakt wzrokowy z tą osobą.

To już nie jest legisloza, tylko regularna biegunka legislacyjna. Kierzkowska wszystkie oczywistości musi zapisać w formie paragrafu, inaczej będzie nieszczęśliwa. Równie dobrze w tym paragrafie mogłoby zostać zawarte, że tłumacz ma prawo wejść do budynku, w którym będzie się odbywało tłumaczenie. Przecież nikt nie broni tłumaczowi siadać czy stawać w pobliżu cudzoziemca. A jeśli się taki fantasta trafi, to co będzie skuteczniejsze? Machanie tym paragrafem czy „niesłyszenie” cudzoziemca?

§ 63. Dobra słyszalność wypowiedzi uczestników postępowania
Tłumacz przysięgły ma prawo, w razie potrzeby, prosić o zapewnienie mu dobrej słyszalności bez zniekształceń brzmienia wypowiedzi wszystkich uczestników postępowania, a także prosić o ich powtórzenie w razie potrzeby.

Tłumacz ma też prawo oddychać podczas tłumaczenia. A nawet obowiązek, żeby nie padł trupem.

§ 66. Przerwa w tłumaczeniu
Tłumacz przysięgły ma prawo do przerwy na odpoczynek w razie zmęczenia długotrwałym tłumaczeniem ustnym.

A sędzia ma prawo wyśmiać ten paragraf (jeśli tłumacz będzie idiotą i zażąda przerwy, powołując się na ten kodeks), bo do końca tłumaczenia niewiele zostało, bo świadek ma samolot, bo jest poślizg, a wokanda długa. Sędzia może też zarządzić przerwę, jeśli tłumacz poprosi, czując się zmęczonym. W takich sytuacjach wszystko zależy od okoliczności (czy jest czas na przerwę) i nastawienia osób, które decydują, a nie od paragrafów Kierzkowskiej. Poza tym Kierzkowska pisze te paragrafy tak, jakby organy (których te jej paragrafy nie obowiązują) starały się na wszystkie możliwe sposoby utrudniać tłumaczenie, tymczasem zwykle jest z ich strony pełna współpraca.

§ 69. Użycie słownika podczas tłumaczenia ustnego
Tłumacz przysięgły powinien, w razie potrzeby, poinformować zleceniodawcę podczas tłumaczenia ustnego o konieczności skorzystania ze słownika.

Pisemnie za potwierdzeniem odbioru czy wystarczy werbalnie? A jeśli wystarczy werbalnie, czy należy na tę okoliczność sporządzić protokół?

Łącznie cudo ma siedemdziesiąt paragrafów, które można podzielić na pięć grup:
1) powtórzone zapisy obowiązującej ustawy;
2) Kierzkowska lex, czyli nieistniejące wymogi formalne;
3) zapisy „tłumacz ma prawo”, przy czym albo jest to oczywistość, albo tłumacz ma prawo poprosić;
4) zapisy „tłumacz ma obowiązek”, przy czym chodzi o obowiązek posługiwania się młotkiem przy wbijaniu gwoździ;
5) zapisy, które de facto są poradami, sensownymi lub bezsensownymi.

Treściowo nadaje się to na kiepskiego bloga o tłumaczeniu i formalnie ma dokładnie taką samą rangę jak blog dowolnego tłumacza. Hucpa Kierzkowskiej i TEPIS-u polega na tym, że sprzedają te wypociny jako kodeks, a na skandal zakrawa, że ciała powołane ustawą to kupują. Komisja Odpowiedzialności Zawodowej powołuje się na niego w sądzie, a Państwowa Komisja Egzaminacyjna wymaga jego znajomości na egzaminie na przysięgłego. Nie wiadomo, z jakiej racji kandydaci mają posiadać wiedzę o prywatnym dokumencie prywatnej organizacji, która nie ma żadnego ustawowego mandatu do reprezentowania ogółu przysięgłych. Niby dlaczego ktoś, kto chce zostać przysięgłym, ma zapamiętywać, że jakaś tam Kierzkowska każe mu przystawiać pieczątkę po lewej, a podpisywać się po prawej i pisać daty słownie. Co to ma być? Egzamin z tego, co uważa Danuta Kierzkowska i co przyklepała jakaś tam Rada Naczelna, której członkowie najwyraźniej tak się zapatrzyli w Wieczną Prezeskę, że nie są w stanie krytycznym okiem spojrzeć na to, co ich idolka tworzy, i dostrzec, że są to bzdury. Przecież TEPIS to nie jest żadna organizacja zawodowa, tylko sekta. Bo jedynie w sektach przywódcy są niewymienialni i są autorytetem dlatego, że są, a nie dlatego, że mają coś mądrego do powiedzenia.

Typowe dla sekty są też manipulacje. Czytamy, że kodeks konsultował jakiś „Międzyinstytucjonalny Komitet Konsultacyjny”. Międzyinstytucjonalny, czyli utworzony przez instytucje. No to spójrzmy. Przede wszystkim dziwnie są one wymieniane, bo dopiero w drugiej kolejności, poprzedza je czyjeś imię i nazwisko. Czyżby przedstawiciela danej instytucji? A jeśli tak, to dlaczego nie najpierw instytucja z adnotacją „reprezentowana przez”? Może dlatego, że jak weźmiemy pod lupę zapis „dr Artur Kubacki, Uniwersytet Śląski, Instytut Filologii Germańskiej” to się okazuje, że pan Kubacki nie jest ani rektorem, ani inną szychą uprawnioną do reprezentowania tego uniwersytetu, tylko jego szeregowym pracownikiem. Jest za to członkiem TEPIS-u. Czyli TEPIS-owi kodeks konsultował członek TEPIS-u, a jako instytucję konsultującą wpisano miejsce jego pracy. Idźmy dalej. Kodeks konsultowało Bałtyckie Stowarzyszenie Tłumaczy w osobie jego przewodniczącej Małgorzaty Grabarczyk. Czy pani Grabarczyk należy jeszcze do jakichś innych organizacji tłumaczy? Proszę zgadnąć. Tak, tak, odpowiedź prawidłowa: do TEPIS-u. Ale powiedzmy uczciwie, że Wojciech Gilewski ze Stowarzyszenia Tłumaczy Polskich członkiem TEPIS-u nie jest. Może dlatego STP się do tego kodeksu nie przyznaje, chociaż rzekomo go konsultowało, i nie wymienia go na swojej stronie wśród ważnych dla tłumaczy przysięgłych dokumentów. Sprawdzamy dalej: „prokurator Jacek Zieliński, przewodniczący Komisji Odpowiedzialności Zawodowej Tłumaczy Przysięgłych przy Ministrze Sprawiedliwości”. Nie, „prok. J. Zieliński, Komisja Odpowiedzialności Zawodowej”, tylko „przewodniczący”, więc samo sformułowanie ujawnia, że KOZ jako instytucja (niech będzie, że komisja to instytucja) nie brała udziału w pracach. Chyba że chodzi o to, że instytucją jest prokurator Zieliński; czemu nie, są ludzie, o których mówimy „człowiek instytucja”. Że to właściwy trop, wskazuje okoliczność, iż prok. Zieliński jest również w komitecie redakcyjnym. W podobnej podwójnej roli występują też panowie Cieślik i Ulitko z Ministerstwa Sprawiedliwości. Czyli najpierw kodeks zredagowali, a potem go skonsultowali. Z kolei członkowie Rady Naczelnej TEPIS-u też najpierw kodeks redagowali, a potem go uchwałą przyjęli. Jest to samowystarczalność, przy której fantazję tego, co wymyślił onanizm, należy uznać za ograniczoną.

Á propos pracowników Ministerstwa Sprawiedliwości, jako podatnik chciałbym się dowiedzieć, w ramach jakich swoich ustawowych obowiązków, za pensję otrzymywaną z podatków obywateli, redagowali oni dokument prywatnej organizacji (jeśli rzeczywiście redagowali i nie jest to kolejna manipulacja Kierzkowskiej i spółki). A jeśli robili to po godzinach, w ramach hobby, to dlaczego ten prywatny dokument firmują autorytetem Ministerstwa?

W zasadzie pozostaje tylko żałować, że Kierzkowska została tłumaczem, a nie przedsiębiorcą pogrzebowym. Jej kodeks nieboszczyka (a ze swoją legislozą z pewnością by go napisała) skonsultowany z Ministerstwem Zdrowia, to byłby dopiero przebój: „Zmarły powinien legitymować się dokumentem stwierdzającym fakt jego nieżycia, czyli aktem zgonu. Zmarły ma prawo leżeć w trumnie wzdłuż dłuższych jej boków. Zmarły ma obowiązek leżeć nieruchomo i w milczeniu, żeby zapewnić ceremonii pogrzebowej aurę ceremonii pogrzebowej”.