poniedziałek, 25 listopada 2013

Bo tłumacz do dupy jest

Justyna Sobolewska zrecenzowała w „Polityce” (nr 46) powieść Marii Sveland pt. „Zgorzkniała pizda”. Czytam tę recenzję, bo tytuł skutecznie zniechęcił mnie do czytania powieści (a unikam recenzji książek, które mam w planach) i natrafiam na opinię, że „Zgorzkniała pizda” nie wytrzymuje porównania z genialnym i autoironicznym „Strachem przed lataniem”, bo jest w gruncie rzeczy tylko poradnikiem (bardzo kiepsko przetłumaczonym), jak nie być sfrustrowaną matką i mężatką. Przecieram oczy ze zdumienia i czytam to zdanie powtórnie, ale nic w nim nie przybywa. Szukam w pozostałej części tekstu, też nic. Krytyczka rozprawiła się z tłumaczeniem ujętym w nawias równoważnikiem zdania. Na marginesie, mimochodem, od niechcenia oceniła w poczytnym tygodniku, że pan Maciej Muszalski źle wykonał swoją pracę. Bez żadnych przykładów, bez choćby szczątkowego uzasadnienia, mocą swego autorytetu orzekła, że tłumacz jest niekompetentny.

No to sprawdzam, jakim autorytetem w dziedzinie przekładu literackiego, ze szczególnym uwzględnieniem literatury szwedzkiej, jest Justyna Sobolewska. Może to aktywna tłumaczka z co najmniej dziesięcioma przełożonymi tytułami na koncie? Nie. Może wykłada literaturę szwedzką na skandynawistyce? Też nie. Specjalistka od translatoryki publikująca regularnie w „Przekładańcu”? Guzik. Czy pani Sobolewska zna w ogóle język szwedzki? Nic na to nie wskazuje. Ale wie, że tłumacz źle przełożył książkę. A ja się pytam, skąd wie, skoro z oryginału jest w stanie zrozumieć tyle, ile przeciętny Chińczyk z „Pana Tadeusza”.

Dotąd krytycy literaccy dezawuowali przekłady w ten sposób, że przytaczali z tekstu jedną źle brzmiącą frazę, wskazywali na jakiś źle przetłumaczony wyraz lub zwrot i na tej podstawie stwierdzali, że przekład jest do niczego. Skoro da się zjechać powieść, nie mając żadnej specjalistycznej wiedzy, to żadna specjalistyczna wiedza – zdaniem krytyków – nie jest też potrzebna, by zjechać tłumaczenie. Co tam, że źle brzmiąca fraza może być idealnym odwzorowaniem źle brzmiącej oryginalnej frazy. Takiemu krytykowi wydaje się, że tłumaczenie polega na wygładzaniu oryginału. Co tam, że tłumaczenie owego słowa lub zwrotu niekoniecznie jest błędne, bo żeby to stwierdzić, trzeba zajrzeć do tekstu źródłowego. A na to krytyk nie ma czasu, bo wisi nad nim deadline, więc lekką ręką wyrzuca do kosza kilka miesięcy cudzej pracy, swoją wykonując na kolanie.

Żeby solidnie ocenić przekład, trzeba usiąść i skrupulatnie porównać go z oryginałem. Bo jeśli nawet wskazane błędy rzeczywiście nimi są, to jeden (choćby rażący) czy kilka nie przesądza jeszcze o jakości przekładu. Ale Sobolewska idzie w drugą stronę. Teraz po prostu krytyk będzie nam ex cathedra obwieszczał, czy tłumaczenie jest dobre, czy złe.

Nie wiem, oczywiście, czy Muszalski przełożył powieść Sveland kongenialnie, poprawnie, kiepsko czy beznadziejnie. Ale wiem z całą pewnością, że Sobolewska ma o jakości tego przekładu takie pojęcie, jak głuchoniemy o prowadzeniu audycji radiowych. Co więcej, nie odważyłbym się oceniać tłumaczenia Muszalskiego wyłącznie po lekturze polskiej wersji, a śmiem twierdzić, że mam trochę wyższe kwalifikacje od pani Sobolewskiej do analizowania przekładów szwedzkiej literatury.

23 komentarze:

  1. Bracie! ;-) (mnie tytuł zniechęcił do przeczytania "Rzeczy o mych smutnych dziwkach", mimo że Osobisty Chłop podsunął mi to pod nos jako cymes :D).
    A tekst jak zwykle trafiony w sam środek dychy.
    Pozdrowienia
    i do zobaczenia w środę.

    OdpowiedzUsuń
  2. Chcialabym zadac pytanie z punktu widzenia odbiorczyni (w zyciu zrobilam jedynie kilka abstraktow z angielskich czasopism, wiec uwazam sie za laiczke).
    Czy do uznania przekladu za zly nie wystarczy w pewnych przypadkach znajomosc jezyka na ktory tlumaczono? Czasami wpadaja mi w rece ksiazki, w ktorych polszczyzna zostala zmasakrowana, pojawiaja sie bledy gramatyczne, niespojnosci (raz dana nazwa jest tlumaczona tak, raz owak, a w trzecim miejscu zostawiona w oryginale), a zastosowana terminologia to nowowor z nowomowa.
    Nawet nie znajac oryginalu, czuje sie w takich przypadkach ze cos tu jest nie w porzadku.
    Zgadzam sie oczywiscie, ze wypada podac jakies konkretne przyklady albo chociaz ogolnie omowic kwestie (np. ze szwankuje gramatyka).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jako tłumaczka powiem jedno: wszystkie wymienione przez Shigellę błędy to porażka redaktora lub redaktorki! ;)

      Usuń
    2. Shigella: Sama sobie Pani odpowiedziała, pisząc, iż odbiorca czuje, że coś jest nie w porządku. Żeby krytykować, trzeba wiedzieć, a nie czuć. Skąd na przykład pewność, że troistość nazwy nie została przeniesiona z oryginału? Poza tym przekład poza stylem ma jeszcze warstwę merytoryczną, którą przy ocenie trzeba wziąć pod uwagę, a tego bez znajomości oryginału nie da się zrobić.

      Anu: Z tym się nie zgodzę. Redaktor ma poprawić błędy, które się pojawią mimo solidności i umiejętności tłumacza, a nie ratować nieudolny przekład.

      Usuń
    3. Przekład napisany obiektywnie złą polszczyzną nie tylko można, ale trzeba uznać za zły. Wystarczy do tego znajomość polszczyzny.

      Usuń
    4. Problem złego przekładu jest na pewno złożony. Z jednej strony już książka może być źle napisana. Czasami tłumacze starają się ją poprawić. Tego nie powinno się robić - czytelnik ocenia książkę, nie pracę tłumacza i musi dostać do ręki tekst jak najbardziej zbliżony do oryginału. Tłumaczenie tekstu najeżonego błędami i zwyczajnie źle napisanego jest chyba trudniejsze niż tłumaczenie tekstu literacko wymagającego.
      Zgadzam się też z Shigellą, że za fatalny przekład ponosi częściowo odpowiedzialność też redaktor. Powinien wychwycić błędy gramatyczne, merytoryczne i wszelkie nieścisłości. Tyle że nawet jak to zrobi, to nie może zmienić tekstu. Naniesienie poprawek (nie mówię tu o literówkach) leży w gestii tłumacza. Jeśli ten uzna, że zdanie ma brzmieć właśnie tak, to tak zostanie. O tym, jak przebiegała ta współpraca nigdy nie wiemy, więc nie możemy przypisywać bezspornej winy żadnej ze stron.
      Obawiam się, że ten wtręt w recenzji Sobolewskiej ma większy oddźwięk niż jakakolwiek rzetelna krytyka przekładu.
      Pozdrawiam,
      Ingrid

      Usuń
    5. Przepraszam, zgadzam się z wypowiedzią Anu, nie Shigelli, która zadała pytanie:)
      Ingrid

      Usuń
    6. Pszetfurnia: Po połowie przeczytanej książki też można orzec, że jest do kitu, ale jednak oczekujemy od krytyka, że swoją opinię będzie formułował po lekturze całości, a nie fragmentów. Nie ma powodu, by tłumacza traktować inaczej i wydawać sądy o jego pracy po zapoznaniu się z jej wycinkiem. A to, że przekład napisany jest obiektywnie złą polszczyzną (i to, że ta polszczyzna nie oddaje oryginału, bo i tak może być), trzeba najpierw wykazać, a nie ograniczać się, jak to krytycy mają w zwyczaju, do podania jednego czy dwóch przykładów.

      Usuń
    7. Nie zgadzam się z opinią Pawła, że książkę należy doczytać do końca i dopiero wtedy poddać swojej ocenie. Każdy ma prawo napisać, cytuję; "Doczytałem do strony 167, pozostało mi do przeczytania jeszcze 212 stron, ale szkoda mi mojego czasu tracić, bo nic dobrego ani zachęcającego innych czytelników i tak w niej nie znajdę. Jak dla mnie, żal tych drzew, które poszły na papier dla tej książki. " tu następujące podpis oceniającego i ja się z takim podejściem całkowicie zgadzam, bo nie ma się co męczyć. Co do tłumaczenia mogę się wyłącznie opowiedzieć jako jedna ze stron, czyli autora który jest czasami tłumaczony, ale chyba jestem dziwnym autorem ponieważ pozwalam i namawiam tłumacza aby starał się oddać nastrój i rytm książki, a nie trzymał się niewolniczo tekstu. Dla przykładu posłużyłem się frazą ""gdy się człowiek śpieszy, tam się diabeł cieszy", co po angielsku powinno brzmieć ~ "when a man in a hurry, there's a devil enjoys" ale jest takie fajne angielskie przysłowie, które oddaje ten sam nastrój i myśl: "Haste makes waste" czyli ~ co nagle, to po diable. Nie jestem niewolnikiem słowa, a już szczególnie swego, więc dlaczego nie miałbym zaakceptować lepszej propozycji tłumacza, który dla mnie jest partnerem a nie tylko bezwolną maszyną do tłumaczenia.
      Z poważaniem
      Władysław

      Usuń
    8. Oczywiście komentarz o winie redaktora był żartem. Kiepskiego tłumaczenia właściwie nic nie uratuje. Niemniej - zdarzyło mi się ostatnio czytać parę pozycji, które przetłumaczone były całkiem nieźle, ale ręki redaktora - mimo że był wymieniony w stopce - wyraźnie brakowało.

      Usuń
  3. Świetny tekst, masz absolutną rację.
    Szkoda, że takiej wiedzy nie ma również przeciętny czytelnik, który być może będzie chciał sięgnąć po następną książkę przetłumaczoną przez Kolegę Macieja Muszalskiego, ale być może zapamięta jego nazwisko i po kolejną książkę nie sięgnie...
    Wypada trąbić o takich nieodpowiedzialnych bezpodstawnych ocenach wystawianych przez osoby bez kwalifikacji!
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  4. Pszetfurnia, a skąd wiemy, czy ten obiektywnie złą polszczyzną pisany przekład nie pochodzi od obiektywnie złą "szwecczyzną" (angielszczyzną, niemczyzną) pisanego oryginału?

    Anonimowy: a dlaczego czytelnik ma dostać do ręki tekst jak najbardziej zbliżony do oryginału? To oznacza np. naginanie polskiej składni do składni języka szwedzkiego w tym przypadku. I proszę, mamy "złą polszczyznę". Zresztą. to tylko jedna możliwość.

    OdpowiedzUsuń
  5. Mnie rażą błędy, gdy czytam powieści tłumaczone z angielskiego - są w nich kalki językowe, które po prostu po polsku źle brzmią, jak np. słuchał półuchem, dookolny ogródek, czy "stanął w hotelu Regency" (w znaczeniu: zatrzymał się, nocował). Zastanawiam się też czytając dzieciom "Franklina" dlaczego zakłada on "gumowe buty" a nie kalosze?? Kalka językowa JEST błędem tłumaczeniowym i nie da się uzasadnić w żaden sposób treścią oryginału. Może właśnie o tego rodzaju zła jakość tłumaczenia chodziło? M. T. Tłumacz niemieckiego

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W kwestii formalnej: "stawać w hotelu" czy "stanąć gospodą u kogoś" to nie kalka językowa, tylko stylizacja na staropolszczyznę.
      Iza Szczypka

      Usuń
    2. "Półucho" to też nie kalka: http://sjp.pwn.pl/slownik/2507671/p%C3%B3%C5%82uchem Istnieją również inne przysłówki tego typu: półgębkiem, półgłosem, półkolem, półszeptem, półżartem...
      I.S.

      Usuń
  6. Mam tylko jedną uwagę do tekstu - nie każdy tłumacz podpisuje się pod przekładem własnym (aktualnym) nazwiskiem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Można prosić o rozwinięcie tej myśli?

      Usuń
  7. Pani Justynie Sobolewskiej się po prostu w głowie poprzewracało od występów w telewizorze. Takie cotygodniowe osądzanie dzieł w charakterze eksperta w "Tygodniku kulturalnym" trochę psuje człowieka. Ja szwedzki znam jako tako, tłumaczę, chociaż rzadko książki. "Zgorzkniałą pizdę" czytałam, oceniam wysoko jako literaturę, choć (lub bo) może być kontrowersyjna, a zakończenie z lekka rozczarowujące. Tytuł jednak uważam za świetny. Do przekładu ogólnie nic nie mam. Nie drażni, a to już dobrze. Jak wiadomo tłumacz powinien być niewidoczny. Do oceny szczegółowej brak mi znajomości oryginału i głębszej analizy.

    OdpowiedzUsuń
  8. @Olek Szojda

    Oczywiście nie chodziło mi o to, że tekst ma odbijać składnię, ilość słów w zdaniu czy dowcipy oryginału, raczej o to, że tłumacz nie powinien poprawiać oryginału - dopisywać, nadinterpretować, zmieniać sensów. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu było to dopuszczalne, dzisiaj standardy się zmieniły - chociażby ze względu na silniejsze nacisk na zachowanie osobistych praw autorskich. Właśnie to poprawianie na siłę, nadawanie wartości literackiej tam, gdzie jej nie ma, jest odchodzeniem od oryginału.
    Ingrid

    OdpowiedzUsuń
  9. Przypomina mi się bulwersujący przypadek z mojej (rosyjskiej) działki:
    Powieść Poliny Daszkowej "Efirnoje wriemia" została w polskim przekładzie ("Rosyjska orchidea", gdyby ktoś chciał przeczytać) zmasakrowana. Dosłownie. Bohater, który na przestrzeni dwóch stron był Dmitrijem, Dimitrijem i Dymitrem (dziwne, że nie Demetriuszem), ustawiczne mylenie nazwisk postaci czy kalki składniowe z rosyjskiego, a nawet nieudolnie zbudowane zdania po polsku. Widzi to czytelnik, który zna rosyjski, który kiedyś miał z tym językiem do czynienia.
    Widzi to więc i recenzent znający choćby podstawy rosyjskiego. I teraz pytanie do Pana, Panie Pawle: czy jeżeli taki recenzent nie jest rusycystą ani przekładoznawcą, a jego "kompetencje" w tym zakresie kończą się na znajomości języka oryginału, może skrytykować przekład, odwołując się do konkretnych przykładów z tekstu? I od razu drugie pytanie - czy może to zrobić, nie przeczytawszy oryginału?

    Pytanie nurtuje mnie od jakiegoś czasu i nie miałam komu go zadać, a Pan ma doświadczenie w branży tłumaczeniowej i jakieś pojęcie o tym, kto może, a kto nie może oceniać przekład.
    Pytam też dlatego, że jakiś czas temu na zajęciach z przekładoznawstwa rozgorzała dyskusja na temat nieobecności kwestii jakości przekładu we współczesnych recenzjach. Cała grupa uznała, że pomijanie roli tłumacza przy ocenie książki jest zjawiskiem negatywnym. Pan zabrał głos niejako z drugiej strony barykady (czy źle to odczytuję?) i zwrócił uwagę na poważny problem: kto jest, a kto nie jest upoważniony do oceny przekładu. Pojawia się pytanie numer trzy: czy w takim razie pomijanie milczeniem tematu jakości przekładu w recenzjach jest czy nie jest negatywną tendencją?

    Z góry dziękuję za odpowiedzi :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wskazuje Pani na przypadek ekstremalny. Przypadki ekstremalne nie nadają się do tworzenia reguł. A regułą powinno być to, że jeśli formułuje się publiczne oceny na temat jakości przekładu, to należy do końca sprawdzić, jak z tą jakością jest, a nie opierać się na częściowych przesłankach. Bo czasami są one miarodajne, ale często nie. Wyraźnie to widać, kiedy krytyk przekład chwali, bo mu się świetnie książkę czytało. Regularnie zbieram pochwały za tłumaczenie „Zamachowca” Lizy Marklund, jedna z recenzentek zaapelowała nawet do wydawnictwa, by to mnie zlecało jej przekłady, bo inne gorzej się czyta, tymczasem jest to mój najsłabszy przekład, bo nie udało mi się oddać kiepskiego stylu tej pisarki.
      Poza tym nie ma takiego problemu, że recenzenci szczegółowo omawiają fatalne przekłady tylko na podstawie polskiej wersji. Problemem jest to, że autorytatywnie wydają sądy o tłumaczeniach, posługując się ogólnikami, że fatalna polszczyzna, że kalki itp., w najlepszym razie podając ze dwa przykłady, często dyskusyjne. Bo kiedy taki recenzent rzeczywiście bardziej szczegółowo przeanalizuje tłumaczenie, to wtedy okazuje się, że tłumacz potrafi swoje rozwiązania wybronić, a z polszczyzną na bakier jest nie on, tylko pan krytyk.

      Co do recenzji. Zjawiskiem negatywnym są takie właśnie jedno- czy dwuzdaniowe wstawki o jakości tłumaczenia (obojętnie: krytyczne czy pochwalne). W recenzji książki krytyk powinien jedynie podać nazwisko tłumacza, gołosłowne sądy na temat przekładu są nie do przyjęcia. Recenzja omawiająca tłumaczenie po szczegółowej analizie powinna być zjawiskiem odrębnym (kiedyś takie powstawały i rzeczywiście szkoda, że zanikły). Kto jest uprawniony do pisywania takowych? Pisać oczywiście każdy może, ale wszelkie amatorskie oceny pokazują, że żeby napisać coś z sensem o przekładzie, trzeba jednak mieć pojęcie o warsztacie tłumacza.

      Usuń
  10. Dziękuję za odpowiedź :) Wyciągnęłam z niej sporo dla siebie - i o przekładzie, i o recenzji, i o miejscu przekładu w recenzji.

    OdpowiedzUsuń
  11. Bardzo przepraszam wszystkich tłumaczy języków skandynawskich. Skrytykowałam co niektórych, co prawda nie publicznie i nie z nazwiska, ale skrytykowałam, albowiem do głowy mi nie przyszło, że na rynku skandynawskim mogą być książki tak źle napisane, a tak popularne i wychwalane. Czy to nie jest udręka, tłumaczyć takie dzieło, skoro nawet czytelnikowi, nie poloniście przecież, włos się na głowie jeży?
    Z pozdrowieniami
    Alicja Górczyńska

    OdpowiedzUsuń

Komentarze anonimowe są niemile widziane i zastrzegam sobie prawo do ich kasowania bez dalszych wyjaśnień.