poniedziałek, 16 lutego 2015

Jacy to my jesteśmy nieszczęśliwi, że tak nas nienawidzą

Patrycja Żurek, selfpublisherka, w tekście Self się! wystąpiła w obronie vanity press i z atakiem na tych, którzy tę formę wydawania krytykują.

Od jakiegoś czasu obserwuję zjawisko, które rozprzestrzenia się w internecie niczym rak w zainfekowanym organizmie.

Rak to nie infekcja.

Mowa mianowicie o nienawiści niektórych osób do Autorów powieści, którzy wydają je ze współfinansowaniem.

Sami o sobie (self się!) piszemy z szacunkiem czy nie znamy zasad ortografii?

I chociaż sama do tego grona należę (przyznaje bez bicia, bo nie ma się czego wstydzić) to będę bronić ich z zupełnie innego powodu.

Pani ma na myśli, że przyznaje _się_ bez bicia?

W Polsce nienawidzenie wszystkiego i wszystkich to nie tylko stereotyp, krzywdzący i bolesny, ale także prawda.

To jest, proszę państwa, zdanie napisane przez osobę, która uważa się za pisarkę. Nienawidzenie to nie tylko stereotyp, ale też prawda. Co to znaczy?

Niektóre kręgi, które, ze względu na to, co reprezentują, powinny być „na poziomie”, wręcz plują jadem na wszystkich, którzy nie spełniają ich wyidealizowanej wizji świata. Dla nich pisarzem jest jedynie ten, kto przeszedł przez gęste sito wydawniczych oczekiwań i jakimś cudem wydał powieść w „normalnym” wydawnictwie.

Niektóre które, ale przechodzimy do meritum. Opinia, że ktoś, kto nie wydał książki w klasycznym wydawnictwie, nie zasługuje na miano pisarza, nie jest pluciem jadem. Jest poglądem, do którego każdy ma prawo, tak jak każdy ma prawo do poglądu, że osoba, która nie skończyła studiów medycznych, chociaż leczy, wcale nie jest lekarzem, tylko znachorem. Do tego kręgi „na poziomie” swój pogląd uzasadniają: jeśli za pisarza uznamy osobę publikującą ze współfinansowaniem, oznaczałoby to, że o pisarskim statusie będzie decydowało kryterium majątkowe (wystarczą dwie średnie krajowe), a nie umiejętność pisania. Ale coś takiego jak autorefleksja u selfów nie istnieje. Wydrukowano im książkę, więc spodziewali się laurów i zaszczytów, a tu środowisko pyta: hola, hola, koleś, ale jaki z ciebie pisarz, skoro w takiej firmie każdy może sobie wydać bezsensowny bełkot? A self zamiast odpowiedzieć, rozżalony, że środowisko go nie przyjęło, macha na oślep piąstkami i krzyczy, że jad i nienawiść.

Nie ważne, że większość wydawców omija szerokim łukiem teksty nadsyłane przez debiutantów. Jakkolwiek by były dobre, lądują w koszu, bo nikomu nie chce się inwestować w dobrych, ale nieznanych ludzi.

W koszach lądują teksty napisane takim językiem jak artykuł pani Żurek („nie ważne”, „jakkolwiek by były dobre”). Sprawnie napisanych powieści wydawcy wcale nie omijają szerokim łukiem, bez względu na to, kto jest autorem. Co więcej, czasami trudniej wydać drugą czy trzecią książkę niż debiutancką. Jeśli wydawca ma do wyboru równorzędne powieści autora, którego książki nie odniosły sukcesu komercyjnego, i debiutanta, wybierze debiutanta, bo to potencjalnie może być bestseller. Bajędy selfów o blokowaniu debiutantów biorą się zapewne z ich własnych doświadczeń: są odrzucani, a ponieważ nie przyjmują do wiadomości, że nie potrafią pisać, tłumaczą to sobie statusem debiutanta, a nie nędznym poziomem własnej twórczości.
Oczywiście, debiutanci nie mają łatwo, ich książki zwykle przynoszą straty, są raczej inwestycją na przyszłość. Pretensje do wydawnictw, że wolą uznanych pisarzy niż debiutantów, są więc de facto domaganiem się, by wydawnictwa prowadziły samobójczą politykę ekonomiczną, zmierzającą do bankructwa. Poza tym trudności, jakie napotykają debiutanci, nie są bynajmniej ograniczone do branży wydawniczej, to normalny los początkujących w każdej dziedzinie. A co za tym idzie, nie trzeba wcale cudu, żeby wydać książkę w normalnym wydawnictwie. Trzeba ciężkiej pracy, szlifowania warsztatu, ogromnej cierpliwości. I predyspozycji do pisarstwa. Czyli tego wszystkiego, czego selfy nie mają albo do czego nie potrafią się zmobilizować. A że w wydawnictwach sito gęste? No cóż, chociaż coraz więcej osób pisze, to jednak cały czas jest to stosunkowo elitarna umiejętność.

To być może opinia krzywdząca dla niektórych wydawców, bo wiem, że są i tacy, którzy czytają i załamują ręce nad poziomej pisarstwa niektórych polskich twórców. Bo, przyznajmy szczerze, pisać nie każdy powinien.

Zwłaszcza ten, kto nie potrafi jasno wyrażać swoich myśli. Dobre teksty idą do kosza, ale ta opinia może być krzywdząca dla tych wydawców, którzy czytają i załamują ręce nad poziomem pisarstwa niektórych polskich twórców. Czyli co? Ci, co czytają i załamują, jednak drukują debiutantów? Czy załamują ręce, że debiutanci ślą nędzne teksty? Czy teksty debiutantów są dobre, a nędzne uznanych twórców?
Ciekawe, że self dostrzega, że nie wszyscy powinni pisać. Ale kto nie powinien? Bo są pisarze i są selfy, trzeciej grupy już nie ma, skoro w wydawnictwach ze współfinansowaniem przechodzi każdy tekst.

Tylko że bardzo trudno jest stwierdzić, dlaczego tak bardzo znienawidzeni są Ci, którzy wydali ze współfinansowaniem

Skoro diagnoza błędna, to i przyczyny nie da się znaleźć.

Czy finansowanie powinno być traktowane jako swoista śmierć Autora? Czy, jak to jest uważane, ten, kto w ten sposób wydał cokolwiek, nigdy nie może liczyć na uznanie w „normalnym” wydawnictwie?

Ma trudniej. Oczywiście, jeśli posługuje się frazami „jak to jest uważane”, to na uznanie w normalnym wydawnictwie rzeczywiście nie ma co liczyć.

Najbardziej jednak zastanawia nienawiść. Dlaczego ludzie opluwają innych, piszą niepochlebne recenzje, nawet nie przeczytawszy książki, oskarżają publicznie Autorów o grafomaństwo, nieudolność, brak zdolności czy głupotę? Kto dał im prawo do tego, by oceniać innych tylko na podstawie tego jednego kryterium?

Trochę trudno z tym polemizować, bo Żurek, jak każdy self, popada w histerię i zwykłą krytykę czy negatywną opinię definiuje jako nienawiść, a do tego unika konkretów i uzasadniania swoich twierdzeń. Brak przykładów owego rzekomego opluwania (w ciemno można powiedzieć, że to nie żadne opluwanie, tylko krytyka, która selfa drażni), brak przykładów recenzji bez przeczytania książki. Prawo do oceniania daje nam konstytucja, a po analizie zjawiska można w danym przypadku wygłosić ocenę na podstawie jednego kryterium. Po ustaleniu, że w szpitalu leżą na łóżkach chorzy, nie musimy najpierw badać człowieka, który trafił do szpitala, by wygłosić (prawdziwe) twierdzenie, że zachorował. Analiza tekstów selfów pokazuje, że w znakomitej większości są to utwory niedrukowalne: albo za słabe, albo wręcz grafomańskie. Do tego publikowane w stanie surowym, podczas gdy żaden szanujący się pisarz nie opublikuje swojej powieści bez redakcji i korekty. Przy tekstach mających potencjał zauważa się, że ich autorzy przechodzą do normalnych wydawnictw. Stąd zarzuty o grafomanię, brak zdolności i nieudolność w przypadku selfa, który ciągle publikuje ze współfinansowaniem, są zwykle zasadne. Głupota? No cóż. Książkę można wydać za znacznie niższą cenę niż w wydawnictwie ze współfinansowaniem. Do tego płacąc za rzeczy rzeczywiście zrobione, a nie tylko obiecane. Niektórzy uważają, że jeśli ktoś zdrowo przepłaca i daje się oszukiwać, do najlotniejszych nie należy.

Czy to, że książka jest lubiana, kupowana, szeroko komentowana nie ma znaczenia? Tekst broni się sam. Nieważne, w jaki sposób został wydany, to jego odbiór jest najważniejszy.

Lubiana przez kogo? Przez kolegów, rodzinę i innych selfów? Kupowana? W jakiej liczbie egzemplarzy? O konkrety nie można się doprosić, a jak w końcu jakiś self ujawni, ile sprzedał, to dowiadujemy się, że 3o egzemplarzy przez dwa lata. Szeroko komentowana? Przez kogo? Przez blogerów mających kłopoty z elementarną polszczyzną?
Zgadza się, że sposób wydania może być nieistotny. Szkopuł w tym, że ze współfinansowaniem ukazują się teksty, które wcale się nie bronią, których poziom jest żenująco niski.

Poza tym pozostaje jeszcze tak ważna kwestia gustu, a o tym, jak wiadomo, się nie dyskutuje. Dla jednych to Tokarczuk będzie mistrzynią słowa, dla innych Sienkiewicz, jeszcze inni kochają twórczość Lema albo zaczytują się w książkach Małgorzaty Musierowicz. I to jest jak najbardziej w porządku, ponieważ niektórzy lubią fantastykę, a niektórzy powieści klasyczne. Nie rozumiem więc dyktowania innym, co mają czytać… Albo wręcz czego mają nie czytać. I to z powodu tego, że to self publishing.

A co ma to rozróżnienie gatunkowe do selfów? Czy selfy parają się jakimś gatunkiem literatury, którego prawdziwi pisarze nie biorą na warsztat? Tu nie chodzi o gatunek, tylko o nędzny poziom tekstów. To nie jest dyktowanie innym, co mają czytać, tylko troska, by do czytania dostawali rzeczy napisane poprawną polszczyzną i spełniające minimalne wymogi warsztatowe.

Kondycja polskiego czytelnictwa, przynajmniej według oficjalnych danych, nie napawa optymizmem. Więcej osób piszę niż czyta, gdyż istnieją dla Autorów możliwości, których wcześniej nie mieli.

Znowu logika szwankuje. Skoro kondycja polskiego czytelnictwa jest kiepska, bo za dużo osób pisze, to jest to argument za tym, żeby selfy przestały pisać, a nie odwrotnie.

Współfinansowanie pozwala im na zaistnienie, chociaż na chwilę, w świecie, do którego chcieli należeć od zawsze.

I tu jest pies pogrzebany. Selfy mają ambicje. Okej. W ambicjach nie ma nic zdrożnego. Gorzej, jeśli nie idą za tym umiejętności. Współfinansowanie nie pozwala im na zaistnienie. Pozwala na stworzenie ułudy, że zaistnieli. To tak, jakby gość marzący o zdobyciu ośmiotysięcznika, ale niemający sił i umiejętności, by na taką górę wejść, skorzystał z usługi cwaniaka, który wszystkim wchodzącym na Ślężę wystawiałby zaświadczenie, że zdobyli Mount Everest. Sorry, ale himalaistom ma prawo się nie podobać, że zdobywca Ślęży przypisuje sobie takie same osiągnięcia, tłumacząc, że należy je uznać, bo wejście na ośmiotysięcznik jest trudne, męczące i można zlecieć w przepaść.

To Czytelnicy, jako odbiorcy prozy czy poezji, ocenią ich jak najsurowiej. Jeżeli ich teksty są dobre – sięgną po następne. Jeżeli nie – przekonają się, że powinni zając się czymś innym i ustąpić pola lepszym. A jeżeli, bo tak też może być, chcą nadal pisać dla wąskiego grona odbiorców – niech to robią. Przecież to wolny kraj.

Nikt wam administracyjnie nie zakazuje publikowania w wydawnictwach ze współfinansowaniem ani nie zgłasza postulatów, by taki zakaz wprowadzić. Natomiast wy najwyraźniej chcecie nam zakazać krytyki, podczas gdy w wolnym kraju można krytykować działania innych.
Spora część czytelników nie jest, niestety, w stanie ocenić, że dana książka nie spełnia wydawniczych standardów. To nie telewizor, gdzie każdy od razu widzi, że zepsuty. I ci czytelnicy przesiąkają waszą kulawą polszczyzną. A bez trudu dostaliby książkę o podobnej tematyce napisaną przez prawdziwego pisarza. Tylko że ten pisarz nie zawsze potrafi być tak nachalny i pozbawiony obiekcji we wciskaniu wszystkim wszędzie swojej twórczości jak self. A jeśli self trafi na wyrobionego czytelnika, to zniechęci go nie tylko do siebie, ale i do innych polskich pisarzy. Bo przecież nawet jeśli czytelnik wyrobiony, kulis rynku wydawniczego zazwyczaj nie zna, nie wie, że książka selfa została wydana za pieniądze selfa, a ten zwyczajnie go oszukuje, podając, że ukazała się „nakładem wydawnictwa”.

Wolny kraj, chociaż nie wolny od nienawiści. I przykre jest to, że w środowisku osób inteligentnych i oczytanych (a przecież takie powinno być środowisko pisarskie) pojawiają się ludzie, którzy chcą niszczyć innych tylko dlatego, że im się powiodło.

Żeby pisać, trzeba umieć oceniać i analizować rzeczywistość. Po pierwsze wskazywanie człowiekowi ośmieszającemu się swoimi tekstami, że powinien zająć się dziedziną, w której ma uzdolnienia i w której może zdobyć uznanie i szacunek, nie jest jego niszczeniem, przeciwnie, wyciągnięciem do niego ręki. Po drugie, w czym się powiodło? W zebraniu dwóch krajowych pensji, żeby zapłacić oszustom za „wydanie” książki? Walka z grafomanią to nie jest niszczenie tych, którym się powiodło, tylko walka o nieniszczenie polskiej literatury.

Może nie publikują w skali całej Polski, ale mają grono wiernych Czytelników. Mimo że współfinansowali swoje utwory, są czytani chętnie, a ludzie z niecierpliwością oczekują ich kolejnych książek.
Do hejterów można powiedzieć tylko jedno: (nie, nie będzie to brzydkie słowo, chociaż i ono ciśnie się na usta) wasza ostra, często niesprawiedliwa, niepoparta argumentami (oprócz tego jednego, według was najważniejszego argumentu: self!) krytyka robi więcej pożytku niż szkody. Bo nieważne jak mówią, byle mówili. Poza tym często negatywna krytyka działa wręcz w odwrotny sposób: jest najlepszą reklamą dla sponiewieranego tekstu.

Skoro tak, to skąd te histeryczne pretensje o krytykę? Przecież powinniście być nią zachwyceni i odcinać od niej kupony. Ego cierpi, bo chciałoby się, żeby oprócz tych trzech wiernych czytelników, docenił też ktoś mający pojęcie o literaturze? A tu tekst sponiewierany. Zaraz, zaraz, sponiewierany, czyli jednak przeczytany i błędy wyliczone. A w takim razie zostały przedstawione argumenty na poparcie krytyki. Tyle że jak się nie potrafi merytorycznie odpowiedzieć, to się ją zwalcza epitetami, jak ognia unikając dyskusji o konkretach.
I niech zgadnę, jaka będzie reakcja na ten tekst. O wskazanych błędach pani Żurek albo jej poplecznicy się nie zająkną, do argumentów nie odniosą się słowem, za to dowiem się, że jestem hejterem, nienawidzę selfów i mieszam ich z błotem?

26 komentarzy:

  1. Wyborny wpis. Pięknie obnażył Pan nieudolność Patrycji Żurek, choć i tak był Pan łagodny.
    W zdaniu:
    I przykre jest to, że w środowisku osób inteligentnych (...) pojawiają się ludzie, którzy chcą niszczyć innych tylko dlatego, że im się powiodło.
    to "im" chyba miało się odnosić do "osób inteligentnych". To nieporadność składniowa autorki spowodowała ten komiczno-bełkotliwy efekt...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Możliwa interpretacja, ostatecznie gramatykę w tym tekście trudno uznać za miarodajną wskazówkę.

      Usuń
    2. Ja szwankuje zarówno logika, jak i gramatyka, to na dwoje babka wróżyła.

      Usuń
  2. Jak zwykle trafił Pan w punkt. A nawet w kilka :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Jaki pisze Pani PŻ każdy widzi i nie wymaga to dalszego komentarza. Natomiast uważam, że każdy przeciętnie rozsądny czytelnik potrafi wybrać dla siebie odpowiednią książkę i dokonać jej oceny. Nie wierzę żeby komukolwiek, kto ma odrobię oleju w głowie, przysparzało to trudności. Ocena zaś, żeby posiadała przymiot rzetelności, powinna dotyczyć konkretnego dzieła. Wyznacznikiem jakości zawsze jest tekst, który jeżeli jest dobry obroni się sam. Zastrzegam, iż nie twierdzę, że Pan prezentuje odmienny pogląd, to po prostu komentarz o charakterze ogólnym.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie nie wiem, czy każdy widzi, jak Żurek pisze. Pod artykułem nie ma ani jednego komentarza wskazującego, że polszczyzna autorki pozostawia wiele do życzenia.
      „Ocena, żeby posiadała przymiot rzetelności, powinna dotyczyć konkretnego dzieła”. Takie postawienie sprawy wyklucza jakiekolwiek uogólnienia, np. że wydawnictwo X publikuje książki starannie przygotowane albo że powieści Iksińskiego są wciągające. Tymczasem dokonywanie takich uogólnień jest w pełni uprawnione, nawet jeśli weźmiemy pod uwagę, że wydawnictwu X może się zdarzyć albo zdarzyła książka niestarannie przygotowana, a Iksińskiemu nudna.
      I niestety, ale - co pokazałem na przykładzie „Obsesji” Marty Grzebuły (http://pawelpollak.blogspot.com/2014/11/jak-kobra-w-najczulszy-punkt-czyli.html) - spora część czytelników nie potrafi dostrzec, że dostaje do ręki grafomańskie wypociny.

      Usuń
    2. Właśnie niestety nie każdy to widzi.
      Słyszałem gdzieś, jak ktoś mówił, że Grzebuła pisze fajnym poetyckim językiem...
      Dlatego warto obnażać tego typu twórczość.

      Co ciekawe tzw. rozprawka jest formą wałkowaną przez całe gimnazjum, a później taki 1 na 100 Paweł Pollak potrafi argumentować i logicznie uzasadniać te argumenty. Reszta to poziom PŻ.

      Nie zgadzam się, że wyznacznikiem jest zawsze tekst, ponieważ nie każdy ma wystarczające kompetencje do jego samodzielnej krytyki. Każdy ma natomiast - moim zdaniem - prawo do lektury na poziomie i to prawo powinno być zapewnione właśnie przez wydawnicze sito...

      Usuń
  4. Miałam wątpliwą przyjemność zapoznać się z twórczością Pani Patrycji Żurek. Logika i składnia leżały i kwiczały, tekst rozpaczliwie potrzebował korekty. Sprzedawanie książek w takiej postaci to jak wciskanie ludziom surowych ziemniaków i wmawianie im, że to frytki...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. piękne porównanie!

      Usuń
  5. Panie Pawle, mówiąc o "ocenie" miałam na myśli rodzaj dzieła w postaci konkretnej książki (utworu). Naturalnie nie wyklucza to możliwości dokonywania uogólnień, które również mogą być rzetelne, być może nie dość precyzyjnie wyraziłam myśl. Zastanawiam się natomiast, czy ktoś, kto nie dostrzega co i dlaczego szwankuje w tekstach, co do których możemy być zgodni, że pozostawiają wiele do życzenia, w ogóle chce sięgać po literaturę, którą Pan Burski określił mianem "na poziomie"? To pytanie można również odwrócić: Czy pisarz chce, aby taki czytelnik sięgnął po jego książkę i ją oceniał według swoich "kompetencji"...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja zrozumiałem pana Burskiego inaczej, że na poziomie oznacza nie literaturę wysoką, tylko zachowującą wydawnicze standardy. Romansidło można napisać poprawną polszczyzną, dbając o logikę zdarzeń i sensowność opisów. Każdy niech czyta, co chce, pod warunkiem, że autor ma pojęcie o pisaniu. Porównajmy to do stołu. Każdy stawia sobie w salonie taki, jaki mu się podoba, ale te stoły mają jedną cechę wspólną: równe nogi. Tymczasem powieść wydana ze współfinansowaniem to zwykle taki stół z każdą nogą innej długości. A spora część czytelników, niestety, tego nie widzi

      Usuń
  6. Jak to widzę trochę inaczej:
    Mamy kryzys gospodarczy i dodatkowo kryzys na ryku książki, spowodowany decyzjami palantów którzy tu rządzą.
    W tej sytuacji wielu wydawców boi się ryzyka jakim jest wydanie - nawet nieźle napisanej - powieści debiutanta. Stawia się na "pewniaków".
    Kryzys odpuści i wszystkim jaśniej zaświeci słoneczko.
    *
    Self widzę jako dobre narzędzie do publikacji rzeczy hermetycznych - np, wspomnień rodzinnych czy opracowań regionalistycznych. Gdy ktoś spisze wspomnienia 5 staruszków ze swojej wioski to siłą rzeczy odpowiedni nakład wyniesie powiedzmy 100 sztuk...
    *
    Poezje mojego śp.Ojca wydałem na nakładzie 100 egz. 20 szt dla różnych bibliotek, reszta dla rodziny i ludzi którzy Go znali.
    *
    Wiara w to że self pozwoli nam się przebić jest trochę naiwna... Ja w każdym razie nie słyszałem o żadnej publikacji tego typu która stałaby się bestselerem, albo której autor zostałby dzięki temu zaproszony do współpracy z normalnym wydawnictwem.
    *
    Nie potępiam selferów choć patrzę na nich z odrobiną pobłażliwości. KAŻDEMU WEDLE MARZEŃ!

    Andrzej Pilipiuk

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przez kryzys zmniejszyła się liczba debiutów, ale nie ma takiej sytuacji, jaką usiłują zarysować selfy, że debiut w normalnym wydawnictwie jest niemożliwy i pozostaje jedynie współfinansowanie. I problem właśnie w tym, że selfy nie potrafią zaczekać na słoneczko. Muszą mieć książkę już i teraz i nie zdają sobie sprawy, że w branży wydawniczej działa się w perspektywie lat, a nie miesięcy.
      Jasne, że self to jest doskonała opcja dla wszystkich publikacji niszowych (choć doprecyzujmy, że prawdziwy self-publishing, a nie nabijanie kabzy cwanym właścicielom wydawnictw ze współfinansowaniem), ale tu mówimy o autorach mających ambicje pisać dla mas. Żurek, z tego, co się zorientowałem, tworzy tzw. literaturę kobiecą, a na to jest duży popyt. Trzeba naprawdę kiepsko pisać, żeby przy tym rodzaju literatury być skazanym na współfinansowanie.

      Usuń
    2. Pan Pilipiuk napisał:
      "Wiara w to że self pozwoli nam się przebić jest trochę naiwna... Ja w każdym razie nie słyszałem o żadnej publikacji tego typu która stałaby się bestselerem, albo której autor zostałby dzięki temu zaproszony do współpracy z normalnym wydawnictwem".
      Panie Pilipiuk, jest Pan w błędzie.
      Jeśli tak zwany normalny wydawca uzna, że powieść ma potencjał, to mimo wcześniejszej publikacji w "selfie", może zdecydować się na wydanie.
      Wiem to z własnego doświadczenia.
      Ujawnię się w stosownym momencie.
      Pozdrawiam serdecznie :)


      Usuń
  7. Hmmm...pierwszą wydałam w "prawdziwym wydawnictwie", drugą w self publishingu, ale tylko dlatego, że zależało mi na czasie - książka miała być prezentem dla mamusi;). Piszę trzecią i jestem przekonana, że będę próbowała wydać ją w "prawdziwym". Zależy mi na uczciwych warunkach wydawniczych i podejściu do autora.

    OdpowiedzUsuń
  8. Kolejny znakomity wpis. Potrzeba więcej takich celnych komentarzy, bo sprawa jest poważna. Rynek książki jest zalewany bezwartościowymi czy wręcz szkodliwymi dla czytelnika pozycjami "współfinansistów". Bogu ducha winny odbiorca tych tworów sięgając po produkt doskonale udający książkę (przynajmniej formalnie) nie wie, że ma do czynienia z pseudowydaniem pseudoliteratury. Nie ulega dla mnie wątpliwości, że lektura tworu może skutecznie zniechęcić do sięgnięcia w przyszłości po jakąkolwiek inną książkę (udawaną, czy prawdziwą). I to jest poważny problem w naszej obecnej sytuacji, kryzysu czytelnictwa.

    Moim zdaniem sprawa powinna zostać uregulowana prawnie. Firmom oferującym wypuszczenie dzieła ze współfinansowaniem albo jego druk na żądanie powinno się zakazać występowania pod szyldem "wydawnictwa". Na okładce i stronach redakcyjnych powinien za to figurować jakiś charakterystyczny znak (chciałoby się powiedzieć: piętno) mówiący o współfinansowaniu.

    Być może, a nuż to by coś w czymś komuś pomogło? Nie wiem.

    Szczepan

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Litości, dlaczego traktujesz czytelnika jak idiotę? Przecież po dwóch akapitach tekstu na poziomie tego, co przywoływał gospodarz bloga czytelnik wie, że trafił na szmirę i taką książeczkę odkłada mówiąc nie, dziękuje. I szuka dalej. A że szmira potrafi się spodobać? Cóż, tak było zawsze i tak zawsze będzie, nie zmieni tego żaden przepis, ani nalepka ostrzegawcza na okładce - one jak w sam raz już od dawna funkcjonują, tyle że w odwrotną stronę, niż przez Ciebie proponowana. Ot na przykład; "Kolekcja Mistrzów", "Klasyka S-F", lub niesławne "Andrzej Sapkowski przedstawia";)

      Pozdrawiam Miszka

      Usuń
    2. Zakaz używania w nazwie słowa „wydawnictwo” jest niemożliwy do wprowadzenia, skoro, jak sam Pan zauważa, formalnie te firemki wypuszczają na rynek książki. Ale drugi pomysł jest dobry i realny. W ramach prawa konsumenta do pełnej informacji, z jakim produktem ma do czynienia, pewnie dałoby się prawnie zobowiązać wydawnictwa (wszystkie) do umieszczania na stronie redakcyjnej stosownej adnotacji, jeśli autor pokrył koszty wydania (bo z tym współfinansowaniem to ściema, autor płaci całość).

      Usuń
    3. Sytuacje są różne, można kupić książkę na prezent (np. dla osoby, która bardzo mało czyta i sama z siebie książki nigdy nie kupi) decydując tylko po okładce, można kupić dla siebie decydując tylko po streszczeniu. Poza tym twór może trafić na czytelnika, który nie musi być "idiotą", tylko jest mniej obyty z rynkiem książki albo z literaturą i językiem w ogóle i czytając szmirę nie dość, że uzna ją za reprezentatywną dla prawdziwej literatury ("bo przecież ktoś to wydał a ja kupiłem w prawdziwej księgarni"), to jeszcze po lekturze nabędzie koszmarnych nawyków językowych. A w najlepszym przypadku twór zniechęci takiego (może bardziej krytycznego) czytelnika do sięgania po kolejne książki,

      Naprawdę nie widzisz potencjalnej szkodliwości niezredagowanych, nieobjętych profesjonalną korektą tekstów puszczonych w masowy obieg? Całe szczęście firmy-naciągacze zarabiają przede wszystkim na wkładzie naiwnych "współfinansistów", a nie na sprzedaży ich tworów w dużych nakładach.

      Sz

      Usuń
    4. Panie Pawle, dziękuję za profesjonalną opinię. Otóż to. prawo konsumenta do pełnej informacji o produkcie!

      Kłaniam się
      Sz

      Usuń
    5. To nie jest opinia profesjonalisty, tylko laika :-)

      Usuń
  9. Drogi Szczepanie, przecież sam odpowiadasz na swoje pytanie. Jakim zagrożeniem jest self wydrukowany w nakładzie 300 egzemplarzy (a sprzedany w 20)? Czy ten mityczny, młodociany czytelnik, o którego niewyrobiony gust tak się boisz, nie jest aby tym, kim i my, wyrobieni przecież czytelnicy (jak mniemam) onegdaj byliśmy? Czy nie ogarnia Cię lekkie zażenowanie na myśl o lekturach, które fascynowały Cię w czasach szkolnych? Mi zdarzało się czytać dziadostwo, a nawet dziadostwem "jarać", ale obok tego zdarzały się lektury dobre i bardzo dobre. Kształtowanie się gustu jest procesem, w trakcie którego jest czas aby poznawać zenit i nadir. nawet jeśli jest nim dno piekieł i trzy metry mułu.

    Nie znam nikogo, komu zraziłaby do czytelnictwa kiepska lektura. Mam wrażenie, iż pochylasz się nad problemem laboratoryjnie sterylnym, a takowe w życiu nie występują. Przecież wazie co zawsze można, jako starszy kolega, takiej osobie coś dobrego podsunąć. Do porównania. Przeczyta, przetrawi, jak ma łeb na karku zrozumie różnicę i jego wola co zrobi dalej. PP rozdmuchuje, w mojej opinii, problem, bo zrobił sobie z walki z salfem trademark, dzięki któremu osiąga jakieś tam swoje tajne cele;) I dobrze. Lubię tu zajrzeć i poczytać, w zasadzie chłop ma rację, ale bez obaw, czytelnicy byli, są i będą w tym kraju mniejszością.

    M.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Obcowanie ze słabszym dziełem literackim ("dziadostwo", na które mogliśmy trafić w szkole) nie jest tym samym co obcowanie z nieopracowanym a wydanym tekstem najeżonym błędami ortograficznymi, gramatycznymi i stylistycznymi (który może zaszkodzić niedoświadczonemu czytelnikowi, a na który ja nigdy w szkole nie trafiłem, nie wiem jak Ty).

      Szczęście w nieszczęściu, że twory "współfinansowania" mają niewielkie nakłady, dlatego, zauważ, mówię o "potencjalnym" zagrożeniu. Zawsze istnieje przecież możliwość dodruku. A i przypuszczam zdarzają się sytuacje, że wyprzedaje się większość kilkusetegzemplarzowego nakładu, a to dla mnie już niebagatelne grono czytelników, którym lektura może zaszkodzić (nawyki językowe, zniechęcenie do literatury). Nie możesz przecież z góry wykluczyć możliwości zaistnienia takiego scenariusza.
      Według mnie, póki istnieje takie ryzyko, warto problem rozdmuchiwać.

      Sz

      Usuń
    2. A poza tym mówimy o nakładach pojedynczego wydania. A podobnych wydawanych tworów są setki. Ryzyko rośnie...

      Sz

      Usuń
    3. Wyraziłem się troszkę nieprecyzyjnie, bo pisząc o "dziadostwie" nie miałem na myśli utworów z kanonu lektur, raczej bzdurki, które nie raz czytają dzieciaki, ale to nie istotne.

      Napiszę wprost: nie wierzę w to, że osoba która sięga po książkę może się po kiepskiej lekturze (nawet najgorszego selfu) zrazić do czytania. Co najwyżej do autora. O nawykach językowych nawet nie wspomnę, bo one nie kształtują się po jedno, czy nawet wielorazowej lekturze i zazwyczaj nie w oparciu o język literacki (w świecie mediów masowych to pobożne życzenie). Dokładając do powyższego fakt, iż "wydawnictwom" uszczęśliwiające świat selfdziełami nie zależy na tym aby dotarły one do czytelnika (po co? kasa jest już na koncie i nie pochodzi od czytelnika, a od autora), a i samym autorom zdaje się te nie bardzo (ważne, że kolega-bloger słitaśną lautkę nam wystawił) to jak rany Julek, czego tu się bać? Z czym wojować (potencjalnie;)? Lepiej zając się wspieraniem dobrej prozy.
      M.

      Usuń

Komentarze anonimowe są niemile widziane i zastrzegam sobie prawo do ich kasowania bez dalszych wyjaśnień.