poniedziałek, 16 maja 2016

W labiryntach Ridero, czyli gdzie wsiąkła moja książka?

Ponieważ niemal rozpaczliwie wypatruję polskiej platformy self-publishingowej na miarę Amazona, przeczytałem wywiad Bartosza Adamiaka z twórcą Ridero Alexandrem Kasyanenką. W trakcie lektury zamiast szampana otwierał mi się jednak nóż w kieszeni i nie nadzieja mnie ogarniała, tylko pusty śmiech. Już chciałem brać się do pisania polemiki, ale potem pomyślałem sobie, że może jednak zbyt negatywnie podchodzę. Że jestem uprzedzony. Postanowiłem więc Ridero przetestować.

Założyłem konto, wrzuciłem tekst „Czarnej wdowy”, ale przy następnym kroku zdurniałem, bo tytuł i nazwisko autora wpisywało się nie, jak zwykle na takich platformach, w odrębnych rubrykach, tylko bezpośrednio na okładce. Na szablonowej okładce. A ja chciałem swoją. Okazało się, że Ridero proponuje mi zabawę pod hasłem „jak, kuźwa, dodać własną okładkę”. W FAQ ani słowa na ten temat, żadnej instrukcji, nic. Dopiero posiłkując się filmikami z YouTube’a, znalazłem, że ta opcja ukryta jest jako edycja tej szablonowej okładki. Dobra nasza. Niestety, po dodaniu okładka „Czarnej wdowy” wyszła ucięta. Bo spady. Wiedzą państwo, co to są spady? Kiedy oddaje się książkę do druku, okładka musi być szersza niż docelowo, bo drukarnia obcina brzegi, to są właśnie spady. Oczywiście przy e-booku nie są do niczego potrzebne, więc jeśli self-publisher nie planuje wersji drukowanej (a często nie planuje), przygotowuje okładkę bez spadów. Ridero ich jednak wymaga. Do wersji elektronicznej. To nie żart, choć równie dobrze mogłoby się domagać do publikacji e-booka naświetlonych klisz. Ponieważ nie miałem ochoty specjalnie dla Ridero robić nowej okładki, musiałem zrezygnować z „Czarnej wdowy” i wziąłem „Stan Nowy Jork przeciwko…”, którego okładka mimo ucięcia jako tako wyglądała.

Kolejna niemiła niespodzianka czekała mnie przy wyznaczaniu ceny za książkę. Okazało się, że w Ridero self-publisher nie ustala ceny, tylko kwotę, jaką chce ze sprzedaży książki uzyskać. Byłoby to bez znaczenia, gdyby nie skutkowało tym, że w każdej z czterech księgarni, w których Ridero miało umieścić e-booka, wychodziła inna cena. Taka myśl, że autor chciałby sprzedawać swoją książkę w jednolitej cenie, a nie dostawać jednolite honorarium, w głowie twórców „inteligentnego systemu wydawniczego” nie postała. Najwyraźniej są nieco mniej inteligentni od swojego systemu. Co więcej, musiałem z góry zgodzić się na to, że księgarnie będą obniżały cenę mojej książki bez konsultowania ze mną tych obniżek. Ideą self-publishingu jest, że autor sam ustala cenę swojej książki. Ale w Polsce potrafią spieprzyć każdą ideę. Moją złość udobruchało trochę to, że z czterech formatów, które przygotowywało Ridero, jeden mogłem pobrać nieodpłatnie, a pozostałe trzy w cenie 36 zł. Ja nie wiem, czy państwo dostrzegają szczodrość tej oferty. Cały jeden format za darmo, a za pozostałe trzy nie trzysta sześćdziesiąt złotych, nie trzy tysiące sześćset, tylko głupie 36 nowych złotych polskich. Przy takiej groszowej opłacie jest zupełnie bez sensu, żeby autor wrzucał swoją książkę np. do takiego Smashwordsa i ściągał sobie bezpłatnie osiem formatów.

Na umieszczenie książki w księgarniach internetowych czeka się w Ridero 10 dni. W amerykańskim Smashwordsie ten czas to od kilku godzin do maksymalnie tygodnia, w niemieckim Tolino 3-4 dni robocze, przy czym obie platformy mają po kilkunastu dystrybutorów, a nie czterech. No, ale, jako się rzekło, jesteśmy w Polsce. Odczekałem więc te 10 dni i zajrzałem do rzeczonych księgarni. W żadnej książki nie było. Wszedłem na swoje konto w Ridero w poszukiwaniu informacji, ile jeszcze będę czekał. Informacji nie było. Ale to małe piwo. Bo nie było też dodanej przeze mnie książki. Ani śladu po niej.

Musiałem napisać do obsługi i dowiedziałem się, że posiadam w Ridero dwa konta, książka jest na drugim. A do księgarń nie trafiła, bo nie skierowałem jej do sprzedaży, co powinienem był zrobić przez kliknięcie w przycisk „Sprzedaż Twojej e-książki”. Rzeczywiście, nie skierowałem, mam jakąś taką zaburzoną percepcję, że pod hasłem „Sprzedaż Twojej e-książki” domyślam się rubryki z rozliczeniem sprzedaży, a nie polecenia „zatwierdź, zaakceptuj, wyślij”. W Ridero chyba jednak doszli do wniosku, że takich jak ja jest więcej, bo kiedy ponownie wprowadzałem książkę do sprzedaży, akceptację wyrażało się już inaczej. Rozgryzłem chyba też, dlaczego miałem dwa konta: skorzystałem z opcji zalogowania się przez konto w Google, ale potwierdziłem adres mailowy, który jest dla tego konta drugim adresem. Może ja się nie znam, ale wydaje mi się, że system Ridero, skoro jest taki inteligentny, powinien w tym momencie zareagować, a nie zakładać mi dwa odrębne konta. Bo ja się zgadzam, że jestem komputerowym idiotą, ale ja jestem komputerowym idiotą w kontaktach z każdą platformą self-publishingową, a nie tylko w kontaktach z Ridero, a jak dotąd na żadnej nie udało mi się założyć dwóch kont jednocześnie.

Przygotowałem książkę ponownie do sprzedaży, po raz kolejny stwierdzając, że w Ridero nie odróżniają książki drukowanej od e-booka. Opis książki zatwierdza się mianowicie przez zatwierdzenie okładki. Skąd takie rozwiązanie? Pewnie stąd, że przy tradycyjnej książce ten opis znajduje się na czwartej stronie okładki. O tym, że e-booki czwartej strony okładki nie posiadają, w Ridero nie pomyśleli. A skoro nie posiadają i opis zamieszcza się gdzie indziej, a nie na okładce, nijak nie da się wpaść na to, że zatwierdzenie okładki będzie zatwierdzeniem opisu. W każdym razie ja na to nie wpadłem. A o tym, że takich idiotów jak ja jest więcej, świadczyły instrukcje, jakie przysłała mi pani konsultantka, choć o nie wcale nie prosiłem ani o nic nie pytałem.

Skierowałem przygotowaną książkę do sprzedaży, na co dostałem maila, że „doradca Ridero sprawdzi gotowość Państwa książki do opublikowania i poprawi ewentualne drobne błędy. Jeżeli potrzebne będą poprawki ze strony autora, przyślemy Państwu listę koniecznych zmian, aby Państwa książka wyglądała estetycznie i profesjonalnie. Opracowanie może zająć nam do 5 dni”. Pięć dni? Hm. W rzeczonym wywiadzie Kasyanenko mówi: „Przygotowanie książki z naszym serwisem może trwać naprawdę tylko kilka minut”. Dotąd wydawało mi się, że pięć dni to jest sto dwadzieścia godzin, a nie kilka minut. Nie podobało mi się też, że serwis uzurpuje sobie prawo do poprawiania „drobnych błędów” bez pytania mnie o zdanie. Nieraz już po takich poprawiających drobne błędy miałem ich więcej niż w wyjściowym tekście.

Z tym że chodziło chyba o błędy w opisie, a nie w samej książce, bo odpowiedź dostałem na drugi dzień. Ridero miało zastrzeżenia, że podałem „stricte wydawniczą” informację o liczbie słów. Jest to wprawdzie standard przy e-bookach, że w ten sposób informuje się czytelnika o objętości książki, ale już zauważyłem, że w Ridero jeszcze nie rozgryźli, co to takiego ten e-book. Ponadto zostałem poproszony „o usunięcie z tekstu danych pozostałych po publikacji w innym wydawnictwie” i o „przejrzyste rozmieszczenie tytułów części i rozdziałów w (…) książce oraz przypisanie im ‘Stylów tekstu’: ‘Część’ - ‘Rozdział’ - ‘Podrozdział’”. Odpisałem, że żadnych danych z wcześniejszych publikacji nie widzę i że moja książka nie ma części, rozdziałów ani podrozdziałów.

W odpowiedzi konsultantka poinformowała mnie, że „z maszynopisu [chodzi oczywiście o maszynopis e-booka – przyp. mój] należy usunąć wszystkie fragmenty/treści, które nie są ‘samą książką’”. W moim przypadku była to nota copyright, apel o niekorzystanie z pirackiej wersji i dane autora zdjęcia na okładkę. Poinformowałem konsultantkę, że nie widzę miejsca na umieszczenie tych elementów tam, gdzie kazała mi je umieścić, czyli w zakładce „Publikacja - informacja o książce”. Maila wysłałem w czwartek późnym popołudniem i na odpowiedź musiałem czekać aż do poniedziałku. Ponieważ wcześniej już zauważyłem, że na maile wysłane po siedemnastej odpowiedź przychodziła dopiero na drugi dzień, wynikało z tego, że konsultanci Ridero pracują tylko do siedemnastej bez sobót i niedziel. Najpierw trochę mnie zdziwił taki sposób prowadzenia, było nie było, internetowego biznesu, ale potem wszedłem do Amazona, przeczytałem tabliczkę „otwarte w dni powszednie w godz. 10-18” i musiałem przyznać, że Ridero jednak nie odstaje od panujących pod tym względem zwyczajów.

Konsultantka zmieniła zdanie co do apelu o niekorzystanie z pirackiej wersji i stwierdziła, że mam go umieścić przed treścią książki (czyli potrzebne były trzy maile, by ustalić, że apel może zostać tam, gdzie był), bo „w darmowym systemie Ridero można dodawać informacje na stronie redakcyjnej w wąskim zakresie”. A dlaczego w wąskim? „Proszę pamiętać, że pracujemy w trybie beta i staramy się wprowadzać udogodnienia i poprawki, żeby usprawnić pracę”. Innymi słowy, na razie oferujemy szajs, ale będzie lepiej. Ponieważ twórca Ridero jest Rosjaninem, skojarzyło mi się to z innym produktem, który swego czasu wcisnęli nam Rosjanie, też był szajs i też miało być lepiej. Co symptomatyczne, konsultantka dała te wyjaśnienia sama z siebie. Ponieważ nastawiłem się na neutralne przetestowanie serwisu, bardzo się pilnowałem, żeby nie zgłaszać żadnych pretensji, po prostu pytałem co i jak.

Ale uznałem, że najwyższy czas zgłosić pretensje, poszło o to, że „nota copyrightowa utworzy się sama z datą 2016”. Odpisałem, że nie wchodzi to w grę, gdyż książka wyszła już jako e-book w 2014 roku, a przy copyrighcie podaje się datę powstania utworu lub jego pierwszej publikacji. Dalsza korespondencja wyglądała następująco:

Konsultantka: Data 2016 - nota copyrightowa w systemie Ridero pojawia się automatycznie. Nie mamy możliwości zmienienia daty. Pana książka pojawi się bowiem właśnie w tym roku w naszym systemie, a następnie, z nowym numerem ISBN, w e-księgarniach.
Ja: To 2016 powinno być datą _publikacji_ przez Ridero. Data przy copyright jest wyłącznie datą powstania lub pierwszej publikacji utworu i nie ma nic wspólnego z kolejnymi wydaniami i nadawaniem nowego numeru ISBN. Państwo tworzą system publikacji książek, a nie znają podstawowych pojęć z tego zakresu?
Konsultantka: Ridero nie jest tradycyjnym wydawnictwem, tylko darmową platformą self-publishingową, w której autor sam tworzy swoją książkę.
Ja: To tym bardziej nie mają Państwo prawa tworzyć noty copyright czy w nią ingerować ani opatrywać jej datą wprowadzenia do systemu. A skoro nie jesteście wydawnictwem, to na jakiej zasadzie opatrujecie książkę ISBN-em, bo to może zrobić tylko wydawca?

Na to nie dostałem już odpowiedzi. To była zresztą częściej stosowana przez konsultantkę metoda. Jeśli nie potrafiła mi na jakieś pytanie odpowiedzieć, po prostu zbywała je milczeniem. Tak było z owymi danymi, które rzekomo pozostały po wcześniejszych publikacjach. Trzy razy musiałem zapytać, o co chodziło, żeby dostać jawnie nieprawdziwą odpowiedź, że o ów apel, by nie korzystać z pirackiej wersji. Nieprawdziwą, bo apel był uniwersalny i doskonale mogłem go użyć po raz pierwszy przy tym wydaniu. Kiedy wskazałem na to konsultantce, po prostu mnie olała.

Równie długo dopytywałem się, gdzie mam podać dane autora zdjęcia na okładkę. Wskazywałem, że żadna z rubryk w zakładce "Nad książką pracowali" nie pasuje, bo do wyboru jest tylko projektant okładki i fotograf, a gość okładki nie projektował, tylko dał na nią zdjęcie, fotografem go jednak nie nazwę, bo to będzie sugerowało, że zdjęcia są w samej książce. W końcu konsultantka raczyła mi odpowiedzieć, że nie mam korzystać z rozwijalnego menu, tylko po prostu taką informację tam wpisać. Uwagę, że w ogóle nie widać, by tam cokolwiek dało się wpisać, że rubryka wygląda na taką, która umożliwia tylko wybór wskazanych współpracowników, oczywiście zignorowała.

Ale powiedzmy, że to szczególik. Bo kiedy już wszystko wpisałem, gdzie trzeba, i edytowałem treść książki, żeby usunąć z niej autora i tytuł, jak mi pani konsultantka kazała, odkryłem, że z mojej książki ostała się jedynie stroniczka. Pierwsza. Reszty nie było. Wysłałem więc kolejnego maila do Ridero w sprawie tajemniczego zaginięcia mojej książki i dowiedziałem się, że nie ma w tym nic tajemniczego, ja po prostu jestem kretynem, który zamiast wyrzucić tytuł, wyrzucił 99 procent tekstu. Może i dałbym sobie wmówić, że jestem kretynem, ale ponieważ do wyrzucenia tytułu dopiero się szykowałem, upierałem się, że moja mózgownica w odróżnieniu od serwisu działa, jak należy. Serwis w osobie pani konsultantki uznał to zagadnienie za niewarte dyskusji, a przeprosiny za wykasowanie prawie całej książki za zbędne.

Nie dowiedziałem się więc, jak książka zniknęła, ale dowiedziałem się, że „staraliśmy się odpowiedzieć na wszystkie Pana pytania [zadawane po trzy razy – przyp. mój], wyjaśnić wątpliwości [nie w kwestii copyrightu – przyp. mój] i zaproponować rozwiązania, dzięki którym forma Pana książki spełniłaby wymagania dla publikacji internetowej”. A jak czegoś nie wiem, to mam zajrzeć sobie do FAQ. Do FAQ zaglądałem już wcześniej, żeby dowiedzieć się, jak dodać własną okładkę, ale dowiedziałem się tylko, że „ridero” znaczy „będę się śmiać”. Jakoś publikacja w Ridero do śmiechu mnie nie nastroiła i moim zdaniem serwis powinien nazywać się Szajsero, wtedy nie trzeba by tłumaczyć, co to znaczy, a użytkownik miałby jasną informację, z czym będzie miał do czynienia.

Ktoś powie: znowu, Pollak, coś ci się nie podoba, czepiasz się, przyznaj, jesteś po prostu takim gościem, dla którego szklanka zawsze jest w połowie pusta. To ja powiem, że ta szklanka nie jest w połowie pusta, tam nawet na dnie nie ma odrobiny wody. Ona stoi na Saharze w palącym słońcu i próbowało z niej już pić paru, którym się z pragnienia oazy zwidywały. Ciekawe, że jak zamieszczałem swoją książkę w niemieckim Tolino, to nie miałem żadnych problemów, kontakt z obsługą na żadnym etapie nie był potrzebny, nie musiałem szukać, gdzie co się wpisuje, rubryki proste i czytelne, autor, tytuł, gatunek, opis, raz dwa wrzuciłem okładkę (nie ucięło) i tekst (nie wcięło), podałem cenę (swoją), zaakceptowałem, poszło, bez żadnego czepiania się ze strony serwisu, że mam wyrzucić z książki coś, czego w niej nie ma albo co jednak mam zostawić, i bez opatrywania mi książki niewłaściwą notą copyright (a też dawałem już wcześniej opublikowaną).

Moim zdaniem to, że panel Ridero jest nieprzejrzysty i skomplikowany, jest świadomym działaniem. Chodzi o to, żeby autor uznał, że sobie sam nie poradzi, i skorzystał z odpłatnych usług asystenta. Do czego zresztą w trakcie korespondencji byłem wprost zachęcany. Kasyanenko w rzeczonym wywiadzie wciska kit, że „wraz z rozwojem inteligentnych technologii autor może i powinien odzyskać pierwsze miejsce w triumwiracie” i niby dzięki Ridero autor ma być ważniejszy od wydawcy i sprzedawcy. A tak naprawdę Ridero to sposób, by na autorach zbijać kasę. Owszem, w zbijaniu kasy nie ma nic złego, dopóki się uczciwie mówi, że robi się biznes, a nie opowiada bajki o zbawianiu świata. Do tego serwis nie nastawia się na dochody ze sprzedaży książek, tylko na płatności ze strony autora za coś, co na każdej zachodniej platformie self-publishingowej jako element procesu publikacji w sposób oczywisty jest darmowe (nigdzie nie płaci się za rozwiązywanie problemów przez konsultanta ani za pobranie swojej własnej książki). Bardzo to przypomina vanity press z tradycyjnej ścieżki wydawniczej: wiemy, że na sprzedaży książek nie jesteśmy w stanie zarobić, więc kroimy autora na publikacji, ale jeśli autor nie będzie wierzył, że swoją książkę sprzeda, to do nas nie przyjdzie, więc trzeba mu robić wodę z mózgu, że trafił na superplatformę.

Dopisek: A tak wyglądało rozprowadzanie przez Ridero książki.

6 komentarzy:

  1. Nie dowiedziałem się więc, jak książka zniknęła, ale dowiedziałem się, że „staraliśmy się odpowiedzieć na wszystkie Pana pytania ..

    Na coś takiego przed wojną mówiło się "hucpa"..

    Jeśli nie potrafiła mi na jakieś pytanie odpowiedzieć, po prostu zbywała je milczeniem.

    Aż trudno mi sobie wyobrazić taki brak brak profesjonalizmu i olewanie klienta.A podobno to my,urzędnicy,jesteśmy chamscy i niekompetentni...

    Chomik

    OdpowiedzUsuń
  2. Panie Pawle, z zainteresowaniem przeczytaliśmy Pana opinię. Chcemy podkreślić, że nadrzędną ideą systemu Ridero jest jego uniwersalny charakter. To dlatego w tym samym edytorze może utworzyć Pan zarówno e-book, jak i plik przystosowany od razu do druku. Dzięki temu korzystanie z naszego programu może być bezpłatne. Zespół Ridero dokłada wszelkich starań, by panel Ridero jaki i praca z serwisem były przejrzyste. Wszystkie uwagi przyjmujemy i bierzemy pod uwagę. Dziękujemy, że poświęcił Pan czas zarówno na przetestowanie Ridero, jak i na napisanie tej krytyki. Wyciągniemy z niej wnioski.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Marketingowy bełkot, w ogóle nie odnieśliście się do najważniejszych zarzutów. :)

      Usuń
    2. Na jeden, że e-book i książka drukowana są traktowane jako jednolity produkt, jest odpowiedź. Tyle że takie podejście jest absurdalne, bo z technicznego punktu widzenia to dwa odrębne byty. Równie dobrze można by z oszczędności trzymać węża dusiciela i białe myszki w jednym akwarium. Poza tym w jaki sposób umożliwienie użytkownikowi załadowania odrębnej, właściwej dla e-booka okładki podniosłoby tak koszty funkcjonowania serwisu, że trzeba by wprowadzić opłaty?

      Usuń
  3. I jak - masz coś na Ridero czy odradzasz? Bo mi się wydawało, że ta platforma umożliwia wyjście książki poza Polskę, ale chyba nawet w kraju promują średnio dzieło.
    Zatem jaką platformę wydającą ebooki wybrać?

    OdpowiedzUsuń
  4. witam,
    ...i ja również chętnie się dowiem, co polecasz?
    Pytam po kiepskich doświadczeniach z Wydaje oraz Virtualo - swoją drogą nie odzyskałem od nich części kasy.

    OdpowiedzUsuń

Komentarze anonimowe są niemile widziane i zastrzegam sobie prawo do ich kasowania bez dalszych wyjaśnień.