poniedziałek, 29 sierpnia 2016

Zawód pośrednika

Mam swój prywatny ranking zawodów, które uważam za godne szacunku albo wręcz przeciwnie. Do pierwszych zaliczam m. in. lekarza, nauczyciela, rakarza, scenarzystę i prostytutkę, do drugich rzecznika prasowego, telemarketera, akwizytora, księdza i właściciela biura tłumaczeń. Chociaż tak do końca nie wiem, czy właściciel biura tłumaczeń to zawód, gdyż definicja „fachowe, stałe wykonywanie jakiejś pracy w celach zarobkowych” w ogóle do tego zajęcia nie przystaje. To znaczy zgadza się, że w celach zarobkowych, ale o pracy trudno mówić, raczej o żerowaniu na cudzej.

Żerowanie na cudzej pracy jest zajęciem nieetycznym. Etyka wprawdzie w naszym kraju ustąpiła miejsca katolicyzmowi, więc można postępować nieetycznie, byleby powołać się na wyznawanie katolicyzmu, bo zdaniem wyznawców tegoż z definicji uświęca to naruszanie międzyludzkich norm, ale pewni ludzie do zachowań etycznych zobowiązani są prawem. Do takich należy tłumacz przysięgły, bo to jest zawód zaufania publicznego. Toteż nieźle się zdziwiłem, kiedy dostałem zapytanie w sprawie przetłumaczenia dokumentu z języka szwedzkiego na polski od właścicielki biura tłumaczeń, która przedstawiała się jako tłumacz przysięgły języka angielskiego. Dlaczego się zdziwiłem? Bo rolą tłumacza przysięgłego jest tłumaczenie dokumentów, a nie sprzedaż cudzych tłumaczeń. Posługiwanie się prestiżowym tytułem w dosyć mętnej działalności jest nie do przyjęcia Pośrednictwo tłumacza przysięgłego języka angielskiego między osobą chcącą przetłumaczyć dokument z języka szwedzkiego a tłumaczem przysięgłym języka szwedzkiego jest całkowicie zbędne. Tłumacz angielskiego nie wnosi żadnej wartości dodanej, niczego klientowi nie ułatwia, nie ma ani uprawnień, ani wiedzy, żeby korygować moje tłumaczenie (tym bardziej, jeśli przekład jest w drugą stronę). Bierze prowizję de facto za zatajenie przed klientem, że ten mógłby udać się bezpośrednio do tłumacza języka szwedzkiego. Nazywając rzecz po imieniu, jest to albo kradzież zlecenia i oddanie go za odpowiedni okup, jeśli prowizja zostanie wykrojona z normalnej stawki tłumacza szwedzkiego, albo naciągnięcie klienta, jeśli prowizja zostanie do tej stawki doliczona.

Zgłasza się do mnie sporo osób z dokumentami angielskojęzycznymi. Bierze się to stąd, że angielski w Szwecji praktycznie funkcjonuje jako drugi język urzędowy, Szwedzi zakładają, że tak jest też w innych krajach, i dokumenty wystawiają często po angielsku w przekonaniu, że w tym języku zostaną przez urząd zagraniczny przyjęte. Klienci z kolei zakładają, że dokumenty ze Szwecji są po szwedzku i w ogóle na nie nie patrząc (takie musi być wyjaśnienie, bo nie wierzę, by było aż tylu ignorantów niepotrafiących rozpoznać, że dokument jest po angielsku), przychodzą z nimi do mnie. Nawet mi przez myśl nie przeszło, że mógłbym wykorzystać tę sytuację, znaleźć sobie jakiegoś tańszego tłumacza angielskiego, jeszcze takiego, który mi tłumaczenie przywiezie (ostatnio w jednym biurze tłumaczeń usłyszałem, że są tacy, kiedy na pytanie, czy przywiozę im tłumaczenie, odparłem, że to chyba żart) i zarabiać na tym, że klient jest nieprzytomny. Po pierwsze czułbym się mocno niekomfortowo, bo to tak, jakbym brał od ludzi pieniądze za udzielenie odpowiedzi na pytanie o godzinę albo o drogę, a po drugie uważam, że cwaniackie zachowania tłumaczowi przysięgłemu nie przystoją. Zamiast tego informuję klienta, że na stronie Ministerstwa Sprawiedliwości ma kompletną listę tłumaczy przysięgłych, gdzie znajdzie właściwego pod kątem swoich potrzeb (na przykład blisko jego miejsca zamieszkania), i odradzam udanie się do biura tłumaczeń, wskazując, że podroży mu to znacznie usługę, a w zamian nic dokładnie nie dostanie, bo przecież bez różnicy, czy zadzwoni i pojedzie do biura, czy zadzwoni i pojedzie do tłumacza.

Jeśli już pani tłumaczka musi sobie dorabiać przez kradzież zleceń kolegom po fachu, to powinna mieć na tyle wstydu, by robić to po cichu. To znaczy nie afiszować się ze swoim tytułem przysięgłego, bo pośrednicząc między klientem a tłumaczem nie w tej roli występuje. Czy jak pójdzie dorobić sobie do agencji towarzyskiej, to będzie przedstawiała się jako tłumacz przysięgły, licząc, że przez to złapie więcej klientów, których będzie rajcowało, że prześpią się z tłumaczką? Nie. Chociaż akurat w tym przypadku wykonywałaby uczciwą pracę, więc przeciwwskazania byłyby jakby mniejsze.

piątek, 26 sierpnia 2016

Czarna wdowa – w odcinkach (3)

Paweł Pollak

PLAN DNIA

ze zbioru „Czarna wdowa”

odc. 1


Rozmowa telefoniczna wytrąciła go z równowagi. A raczej zapowiedziana wizyta.
Po co odbierał? Powinien wiedzieć, że nic dobrego to nie przyniesie. Bo kiedy ostatni raz ucieszył go czyjś telefon? Nawet nie szukał w pamięci, to było w poprzednim życiu.
Obecne miał tak doskonale urządzone, a ten palant mu je zakłócał.
– Sam jesteś palant! – zezłościł się na siebie. – Trzeba było się wymówić!
Ale przecież próbował. Tylko Chris nie dał się zbyć. Zawsze należał do natarczywych i upierdliwych. Do tego miał pewność, że w tym przypadku naleganie okaże się skuteczne, wiedział, że odmowa nie wchodzi w grę. Wiedzieli to obaj.
I jeszcze musiał go przyjąć w niedzielę przed południem. A wtedy też pracował. Nulla dies sine linea. Dopiero niedzielne popołudnia miał przewidziane na nieprzewidziane wydarzenia. Albo na spontaniczne działania. Inna sprawa, że wolał, kiedy mógł je sobie zaplanować.
Jak każdy swój dzień, cały tydzień, kolejne miesiące i lata, całe życie.
Pobudka o dziewiątej, śniadanie z „New York Timesem”, o dziesiątej siadał do pisania, pięć godzin, które zlatywało jak z bicza trzasł, dla złapania tlenu i utrzymania kondycji jogging z psem, po nim prysznic, późny lunch i dokończenie lektury gazety. Od szóstej znowu przy laptopie, druga runda pisania była o połowę krótsza, potem godzina z okładem na czytanie cudzych powieści i szykował sobie obiadokolację, z którą punkt dziesiąta sadowił się przed telewizorem. Po serialu – nigdy nie oglądał filmów, filmy były nieprzewidywalne – surfował jeszcze po internecie, a przed snem – kładł się o pierwszej – z kieliszkiem wina w ręku słuchał muzyki.
W soboty też pracował tylko przez pierwsze pół dnia, gdyż o szóstej przychodziła Jessica. Trochę trwało, zanim znalazł tę właściwą. Amerykańskie prostytutki były niepunktualne i nie miały zwyczaju dzwonić, kiedy coś im wypadło. Jessica nie tylko dzwoniła, ale i dbała, żeby przysłać mu w zastępstwie koleżankę, nie byle jaką, lecz o podobnym wyglądzie: wysoką Murzynkę przy kości. Lubił kobiety z krągłościami, z nogami masywnymi jak greckie kolumny. Nie potrafił zrozumieć zachwytów nad anorektyczkami zapełniającymi wybiegi dla modelek.
Zaletą Jessiki było też to, że wizyty odwoływała niezmiernie rzadko. Wiedziała, że nie lubił zmian, nowych twarzy wokół siebie. Z tego względu najpierw usiłował namówić sprzątającą i gotującą u niego w poniedziałki i czwartki Mildred, by rozszerzyła zakres swoich usług – warunki fizyczne miała po temu odpowiednie – ale mimo że zaproponował podwójną stawkę, odrzuciła jego propozycję z oburzeniem.
Wściekł się, że przez nią musi widywać w domu dodatkową osobę, i nawet chciał ją zwolnić. Potem jednak zreflektował się: musiałby szukać nowej gosposi, wprowadzać ją we wszystko, a może nawet robić to kilkakrotnie, gdyby nowa okazała się niekompetentna. A Mildred, poza tą jedną niesubordynacją, była idealna. Przychodziła i wychodziła o oznaczonej godzinie, poruszała się po domu tak, że ledwie zauważał jej obecność, a do odkurzania i innych hałaśliwych obowiązków brała się, kiedy biegał z Bassem.
Oczywiście logiczne argumenty nie ukoiły jego złości i przez jakiś czas był na tyle wytrącony z równowagi, że nie mógł skupić się na pisaniu. Nie odszedł od komputera – nie wiedziałby wtedy, co ma ze sobą zrobić – ale pisał ledwie połowę tego, co zwykle. Tak było zawsze, kiedy codzienną rutynę zakłócały mu nieprzewidziane zdarzenia: bolący ząb, dolegliwości Bassa, domowe awarie. Istnienie dentystów, weterynarzy i hydraulików stanowiło dla niego dowód, że Bóg, stwarzając świat, odstawił fuszerkę. Ale co się dziwić. Stworzenie świata jest prawie tak trudne, jak napisanie powieści. A kto widział powieść napisaną w sześć dni? Nawet grafomani mówią, że potrzebują dwóch tygodni. Bóg był Wielkim Grafomanem.
Jeśli żadne takie nieprzewidziane zdarzenie nie zaszło do niedzielnego popołudnia, był szczęśliwy. W tym tygodniu dotarł do soboty i nic nie zapowiadało wypadnięcia z utartych kolein. I nagle ten telefon od Chrisa. Diabli nadali!
Co go w ogóle naszło? Nie widzieli się od wypadku i nie mieli powodu, by się widywać. O czym „musieli porozmawiać”, jak wyraził się Chris? Na pewno o tym wypadku, nie mogli mieć innych wspólnych tematów po tylu latach. Tylko po co? Sprawa zamknięta, odłożona ad acta, odległa przeszłość, z której odgrzebywania nic nie wyniknie. Poza przywoływaniem upiorów. On odciął tę przeszłość grubą kreską i świetnie na tym wyszedł.
Słowo „odciął” uświadomiło mu, że Chris nie miał prawa go znaleźć. Po przeprowadzce z Seattle zerwał przecież wszelkie kontakty, dwóch byłych żon nie wyłączając. Oficjalnie zamilkł też jako pisarz i zaczął tworzyć pod pseudonimem. To co prawda niewiele miało wspólnego z przeprowadzką, ale zbiegło się w czasie. Odkrył wtedy istnienie Amazona i e-booków i dostrzegł w tym swoją szansę. Wcześniej mu się nie wiodło: jego powieści wzbudzały wprawdzie zachwyt czytelników, ale marketingowcy nie umieli przekuć tego w komercyjny sukces. W pierwszym wydawnictwie uznali, że książka jest tak dobra, że sprzeda się bez promocji, co skończyło się oczywiście spektakularną klapą. Po klapie nie mieli sobie nic do zarzucenia, a on długo musiał szukać następnego wydawcy, bo niesprzedany debiut zamykał większość drzwi. Kiedy w końcu znalazł, ten postanowił ambitny kryminał reklamować jako tanie romansidło. W efekcie czytelnicy, do których książka była skierowana, o niej nie wiedzieli, a ci, którzy się o niej dowiadywali, rezygnowali z kupna, widząc, że reklama wprowadziła ich w błąd. Szlag go trafiał, kiedy czytał entuzjastyczne recenzje blogerów z powtarzanym niemal jak mantra pytaniem: – Dlaczego taka świetna powieść jest tak słabo wypromowana? Niestety, blogerzy nie mieli większego wpływu na sprzedaż, więc trzecią książkę, opowiadania kryminalne, musiał wydać przez jakąś podejrzaną firemkę, która oszukała go na honorarium i wysokości nakładu. I jak dotąd uważał, że jego książki sprzedają się słabo, tak dopiero teraz przekonał się, co to naprawdę znaczy: gorsze wyniki mógł uzyskać tylko tomik poezji eksperymentalnej w jakimś wymarłym języku.
Był zniechęcony i rzuciłby pisarstwo, gdyby nie kupił sobie wówczas Kindle’a. Szukając lektur na to sprytne urządzonko, odkrył, że wielu pisarzy publikuje swoje utwory samodzielnie wyłącznie w wersji elektronicznej i całkiem nieźle na tym wychodzi. „Pisarzy” to zresztą za wiele powiedziane, dominowali wszelkiej maści grafomani – o czym przekonał się, ściągnąwszy parę tekstów – ale choć zżymał się jako czytelnik, ucieszył się jako twórca. Skoro zarabiali ludzie niepotrafiący posługiwać się angielskim, dlaczego nie miałby zarobić i on? Przecież był od nich lepszy. Nie, nie był lepszy – potrafił pisać, a oni nie.
Przybrał pseudonim i zadbał, żeby absolutnie nikt nie mógł połączyć tego pseudonimu z jego prawdziwym nazwiskiem. Zachowanie tajemnicy nie sprawiło mu kłopotu, bo właśnie wtedy przeprowadzał się do Nowego Jorku, zrywając ze swoim starym życiem. Powodem zaczynania pisarskiej kariery w internecie od zera było głębokie przekonanie, że odniesie sukces: nie chciał, by na fali tego sukcesu jego dotychczasowe wydawnictwa wznowiły książki, do których nadal miały prawa, i na nich zarobiły. Trudno żeby wykonywał całą robotę za kretynów z działów handlowych, a potem oddawał im lwią część zysków. Postanowił zaczekać, aż prawa wrócą do niego, i wtedy się ujawnić.
Czytelnicy go nie zawiedli. Z każdym zamieszczonym tytułem przybywało pozytywnych ocen, piął się w rankingach, a kiedy dotarł do pierwszej setki, nic już nie mogło zatrzymać lawiny. Co miesiąc na jego konto wpływało kilkaset tysięcy dolarów, a po Johnie Locke’u i Amandzie Hocking wymieniano jego nazwisko. Czy raczej pseudonim, bo umowy z wydawnictwami jeszcze nie wygasły i nadal się ukrywał. Ale właśnie dlatego Chris nie mógł do niego dotrzeć tą drogą. Ani żadną inną. Jak go, do cholery, namierzył?!
Namierzył! Co za słowo. Jakby miał do niego strzelać. Chociaż skoro zadał sobie tyle trudu, by go odszukać… Musiał przynajmniej wynająć prywatnego detektywa albo poprosić o przysługę znajomka z FBI.
– Uspokój się! – powiedział do siebie na głos. – Popadasz w paranoję. Wracaj do pracy.
Spojrzał na zegarek. Zmarnował przez ten telefon przynajmniej pół godziny. Do joggingu został mu kwadrans. Bezradnie zakręcił się na fotelu. Co miał zrobić? Za mało na złapanie z powrotem rytmu pisania, a jeśli wyjdzie już teraz, wszystko wypadnie piętnaście minut wcześniej niż zwykle. Na tę myśl wystąpiły mu krople potu na czoło. Zaczął czytać napisane dotąd fragmenty, żeby chociaż nanieść jakieś poprawki, ale zdenerwowanie z powodu straconego czasu nie pozwalało mu się skupić.
Z ulgą przywitał brzęczyk informujący, że może wstać od biurka, zamknął laptop i poszedł do przedpokoju. Kiedy przebierał się w ciepły dres chroniący przed panującym mrozem – myśl, że ma rezygnować ze swoich nawyków ze względu na pogodę, wydawała mu się absurdalna – przydreptał Bass, wysokonożny airedale terrier, niosąc w zębach swoją smycz.
– Dobry piesek. Przynajmniej ty wiesz, kiedy są twoje pory. – Bass zachowywał się podobnie przy porannym i wieczornym krótkim spacerze. – A nie jak ten pacan. Jakby nie mógł zadzwonić w niedzielę. I przyjść w następną. Jeśli już w ogóle musi przychodzić. Szkoda, że nie jesteś pitbullem, poszczułbym cię na niego.
Wyobrażenie natręta rozszarpywanego przez groźnego psa poprawiło mu trochę humor. Muszę napisać taką scenę, pomyślał. Kiedy ubrał w literacką formę, co go dręczyło, przestawało mu doskwierać.
Skierował się, jak zwykle, do East River Park. Kiedy przyjechał do Nowego Jorku, na dom nie było go stać, ale znalazł całkiem eleganckie mieszkanie w tej dzielnicy. A teraz już się przyzwyczaił, zresztą na myśl o kupowaniu domu, organizowaniu przeprowadzki i urządzaniu się w nowym miejscu robiło mu się niedobrze.
Odcinek do granicy parku wykorzystał na rozgrzewkę. Przy pierwszych drzewach popatrzył na psa.
– No to co, Bass? Biegniemy.
*
Chris siedział na krześle naprzeciwko biurka. Nie wyglądał na zdeprymowanego przyjęciem nie w salonie, tylko w gabinecie, jakby był petentem, a nie gościem. Bardzo się denerwował, choć starał się to ukryć, i najwyraźniej ten sygnał, że powinien skrócić swoją wizytę do minimum, uszedł jego uwagi.
– Tutaj więc mieszkasz.
– Przyjechałeś podziwiać moje mieszkanie?
– Nniee. – Chris speszył się.
– To po co?
– Chciałem porozmawiać o tym… no wiesz.
– Nie wiem. O czym?
Chris wpatrzył się w niego, jakby usiłował dociec, czy pytanie rzeczywiście wynika z niewiedzy, czy tylko ma pokazać, że gospodarz nie będzie ułatwiał mu wizyty.
– O wypadku.
– Po co?
– Zrujnował całe moje życie.
– W jaki sposób? Nic ci się nie stało, za nic nie zostałeś ukarany.
– Nie przez sąd, ale wyrzuty sumienia mnie zabijają. Nie mogę spać po nocach, za dnia działam jak automat, straciłem pracę, żona mnie rzuciła…
– I co z tego? Nie ty jeden masz przesrane życie.
Chris popatrzył przenikliwie na rozmówcę.
– Ty nie wyglądasz na takiego, co ma przesrane.
– Nie mówię o sobie. Ale założę się, że przynajmniej jakieś dwa miliardy ludzi na tej planecie uważa, że życie nie potoczyło im się tak, jak powinno. Nie wpada im jednak do głowy przychodzić z tym do mnie.
– Bo nie odpowiadasz za ich nieszczęście!
– Nie odpowiadam za to, że jesteś przewrażliwiony. Idź do psychiatry.
– Odpowiadasz za wypadek! Byłeś naprany i siadłeś za kółkiem!
– Ty też byłeś naprany i pozwoliłeś mi za tym kółkiem usiąść.
– Nie jestem twoją nianią!
– A ja nie jestem twoim terapeutą.
Przez chwilę mierzyli się nienawistnymi spojrzeniami. Potem Chris jakby stracił zapał do walki, skulił się w sobie i powiedział żałośnie:
– Ona ciągle mi się śni. Jak tam leży na poboczu, zakrwawiona, z tą nienaturalnie wykręconą głową… z otwartymi oczami, które patrzą na mnie z takim wyrzutem, że przecież miała całe życie przed sobą. Jezu, ona była taka młoda…!
Ukrył twarz w dłoniach.
– Tylko mi się tu nie rozpłacz.
Chris uniósł głowę.
– Ciebie nic nie rusza? Nie masz sumienia? Skąd się biorą takie dranie?!
– Jeśli chodzi o sumienie, to nader łatwo dałeś się przekonać, że nie ma sensu zostawać na miejscu wypadku i przyznawać się do winy, że odsiadką nie wrócimy jej życia.
– Popełniłem błąd. Gdybym odpokutował, byłbym dzisiaj innym człowiekiem.
– To odpokutuj. Co stoi na przeszkodzie, żebyś zgłosił się na policję?
Ledwo wypowiedział te słowa, uświadomił sobie, jak były niebezpieczne. Mogły sprowokować Chrisa do przyznania się i wtedy ten mazgaj pociągnąłby go za sobą. A przecież on jako kierowca dostałby znacznie dłuższy wyrok.
Ale Chris najwyraźniej też nie zamierzał iść do więzienia:
– Co stoi na przeszkodzie? Ano to, że teraz poszedłbym siedzieć również za ucieczkę z miejsca wypadku, a to nie był mój pomysł. I za ukrywanie przestępcy. Gdybym ciebie wtedy nie posłuchał, skazano by mnie co najwyżej za spowodowanie zagrożenia życia albo w ogóle tylko za spowodowanie zagrożenia bezpieczeństwa w ruchu drogowym.
Te fachowe sformułowania ujawniały, że Chris zasięgał porady prawnika.
– Przy dobrym adwokacie mógłbym liczyć na wyrok w zawieszeniu. Teraz już nie.
– Świetnie. Tylko czego ode mnie oczekujesz? Że się zgłoszę i wezmę całą winę na siebie? Spodziewasz się, że jak mnie wsadzą, to ta kobieta zostanie pomszczona, a twoje sumienie oczyszczone?
– „Ta kobieta” miała imię! Ty w ogóle wiesz jakie?!
Milczał. Nie wiedział. Co to zmieniało?
– Kyra. Kyra Pacey. Dwadzieścia dwa lata. Rodzice stracili córkę, brat siostrę, narzeczony dziewczynę. Widziałem ich na pogrzebie. To były zniszczone egzystencje. Myśmy nie zabili jednej osoby, zabiliśmy pięć!
Melodramatyzuje, pomyślał. Znał życie. Rodzice może i się nie otrząsnęli, ale dla brata i narzeczonego po pół roku dziewczyna musiała już być odległym wspomnieniem. Tę myśl przesłoniła jednak zaraz irytacja z powodu nieodpowiedzialności Chrisa.
– Byłeś na pogrzebie? Może jeszcze powiesiłeś sobie na szyi tabliczkę „Guilty”?!
– Musiałem… – głos Chrisa zabrzmiał płaczliwie.
– Czego ode mnie chcesz?
Spojrzał zniecierpliwiony na zegarek. Nie dość, że Chris spóźnił się całe trzy godziny – w zasadzie nie powinien już go wpuszczać – to teraz nie potrafił przejść do rzeczy, przeciągając wizytę, której każda minuta i tak była marnowaniem czasu.
Chris lekko się wyprostował, widać było, że zbiera się w sobie, jak biznesmen przystępujący do trudnych negocjacji. Kiedy się odezwał, głos miał dużo pewniejszy.
– Pomyślałem sobie, że założę fundację, która będzie pomagała ofiarom wypadków drogowych. Albo ich rodzinom, jeśli… tak jak Kyra. Pomoc finansowa, psychologiczna, też detektywistyczna, żeby wytropić sprawcę, jeśli… tak jak my.
– To zakładaj. Czy musisz mi o tym opowiadać i zakłócać mi dzień? Jestem szalenie zajęty…
– Muszę. Bo ty ją sfinansujesz.
– Ja?
– Przecież nie ja. Mówiłem ci, że straciłem pracę. Bieduję, czasami nie mam nawet na chleb, a co dopiero mówić funduszach na podobne przedsięwzięcie.
Dokonał błyskawicznej analizy. Nie. Chris nie mógł wiedzieć, że jest milionerem. Nikt nie wiedział. Wystrój mieszkania też nie ujawniał jego dochodów. Był człowiekiem, który rzeczy kupował dla wygody, a nie po to, by się nimi chwalić. Potrzebował dobrego samochodu, ale nie potrzebował luksusowego, by demonstrować innym swoją pozycję.
– I uważasz, że ja takie fundusze mam? Ciekawe skąd?
– Ze swoich książek.
– Nic mi nie wiadomo, żebym napisał jakiś bestseller. A skoro moje powieści kryminalne się nie sprzedawały, porzuciłem pisarstwo. To nie ambitna literatura dla wąskiego kręgu czytelników. Miałem na tyle samokrytycyzmu, by zdać sobie sprawę, że jeśli nie potrafię napisać poczytnego kryminału, to muszę zawiesić pióro na kołku.
– Niezła bajeczka.
Chris z odstawionej na podłogę torby wyciągnął Kindle’a, włączył go i wybrał pierwszą pozycję na ekranie. Przebiegł wzrokiem ciemne litery elektronicznego atramentu i przeczytał: „Chrzęst roweru dobiegł ich sprzed maski. Wtedy jeszcze nie wiedzieli, że to rower. Spostrzegli go dopiero, gdy wysiedli z wozu. Trekkingowa damka srebrnego koloru z małym pluszowym niedźwiadkiem na kierownicy. Impet zderzenia urwał niedźwiadkowi głowę. Kołysała się na paru nitkach, które oparły się niszczącej energii, jaką niesie ze sobą ponad tona stali miażdżąca lekki jednoślad. I jego właścicielkę. Bo ta, podobnie jak jej maskotka, straciła w wypadku życie”.
Chris oderwał wzrok od ekranu i przeniósł go na rozmówcę.
– Wyobraź sobie moje zdziwienie, kiedy sięgnąwszy po książkę bestsellerowego autora, przeczytałem nagle opis wypadku, w którym sam brałem udział. A nigdy z człowiekiem nie rozmawiałem. Najpierw sobie głupio pomyślałem, że może ty rozmawiałeś. Ale potem do mnie dotarło, że nie rozmawiałeś, tylko sam musisz być Donovanem Donesem. Sprawdziłem. Kiedy po tej tragedii Robert Saryan zniknął z Seattle i przestał pisać, narodził się Donovan Dones. A z tego, co wiem o pisarstwie, nie jest to zajęcie, z którego można tak po prostu zrezygnować.
– To mało wiesz. Pisałem dla chleba, nie dla przyszłych pokoleń. Nie zarabiałem, więc musiałem znaleźć sobie inną robotę. Po nas na miejscu kolizji z pewnością pojawiły się służby ratownicze, policja, dziesiątki gapiów, najwyraźniej jeden z nich opowiedział Donesowi o tym niedźwiadku.
Chris bez słowa sięgnął do torby i postawił na biurku pluszowego misia.
Małego, brązowego misia z urwaną głową. Zwisającą na paru nitkach.
– Zabrałem go stamtąd – powiedział cicho. – Nie wiem dlaczego.
Saryan wpatrzył się w ciemne guziki oczu w odwróconej głowie. Oczu, które spoglądały na niego niemal z triumfem.
– Ile chcesz? – zapytał.
– Dwa miliony dolarów. To umiarkowana kwota – dodał Chris tonem usprawiedliwienia – wziąwszy pod uwagę, ile sprzedajesz i jak dużo na tym zarabiasz. Łatwo policzyć, bo sam się chwalisz, ile masz pobrań poszczególnych tytułów, a procent, jaki Amazon płaci self-publisherom, nie jest przecież żadną tajemnicą.
Zastanowił się. Kwota rzeczywiście była umiarkowana. Jej brak nic w jego życiu nie zmieniał, liczba na koncie poprzedzająca sześć zer zmniejszyłaby się po prostu o dwa. A nie tworzyła jej jedna cyfra. Do debetu było jeszcze bardzo daleko. Także w perspektywie (nie)planowanych wydatków. Czyli spokojnie mógł zapłacić.
Ale…
Zapłacenie zmieniało w jego życiu wszystko. Przede wszystkim przyznawał się do winy. Gdyby teraz Chris poszedł na policję, musieliby jeszcze znaleźć dowody przeciwko niemu. Niedźwiadek nie był takim dowodem. Mógłby utrzymywać, że opowiedział mu o nim Chris, a teraz usiłuje go wrobić. Ulegnięcie szantażowi też wprawdzie nie stanowiło dowodu, ale już mocną poszlakę. W której świetle i niedźwiadek nabrałby innej wymowy.
Niby po zapłaceniu Chris nie miałby już powodu, żeby zgłaszać się na policję. Zresztą sam się tej policji bał. Szkopuł w tym, że sprawa nie była zamknięta. Pewnie umorzona, ale na sto procent nie zamknięta. Zawsze wracano do nierozwiązanej sprawy, jeśli pojawiły się nowe okoliczności czy dowody. Zbyt solidnie przygotowywał się do pisania swoich kryminałów, by o tym nie wiedzieć. Niech Chris palnie w jakimś wywiadzie, że fundację założył dla odkupienia winy za spowodowanie wypadku. Niech jakiś nadgorliwy policjant sprawdzi, że z tych wyjaśnionych prezes fundacji żadnego nie spowodował. I zacznie grzebać w niewyjaśnionych. Zresztą Chris nawet nie musiał chlapać jęzorem. Czy to nie jest trochę tak, jak z obecnością mordercy na pogrzebie? Policjanci znają ludzką naturę i wykorzystują tę znajomość do łapania przestępców. Może rutynowo sprawdzają tych, którym nagle zebrało się na dobroczynność. A jeśli nie, Chris mógł trafić pod lupę z racji wzbogacenia się z dnia na dzień o dwa miliony. Z jego konstrukcją psychiczną przyznałby się do wszystkiego najpóźniej podczas drugiego przesłuchania i poszedł na układ z prokuraturą. Za przestępstwa finansowe też trafiało się za kratki, a Chris dla uniknięcia więzienia zapłaciłby każdą cenę – wskazanie sprawcy wypadku wcale nie stanowiło tej najwyższej.
– A jak zamierzasz wytłumaczyć się IRS z tych pieniędzy? – zapytał. Bardziej dla zyskania czasu niż z ciekawości.
Z tego powodu nie słuchał też zbyt uważnie mętnej odpowiedzi, z której wynikało właściwie tyle, że Chris kontroli z urzędu podatkowego nie przewidział. No, jeśli on działa z taką przemyślnością, to wypłacenie żądanej kwoty było równoznaczne z wysunięciem rąk do kajdanek.
A gdyby nawet ten głupiec nie wpadł – czasami głupocie towarzyszy niewiarygodne szczęście – to przecież na tych dwóch milionach się nie skończy. Łatwo zarobione pieniądze łatwo się rozchodzą. I szantażysta wraca. Zawsze wracają. Mimo zapewnień, że zadowolą się jedną wypłatą. Ludzie, którzy dotrzymują obietnic, zwykle nie parają się szantażem.
Myśl, że będzie musiał znosić kolejne wizyty Chrisa, wprawiła go we wściekłość. Bo niech nawet po odebraniu mu, załóżmy, trzech czwartych majątku, da sobie powiedzieć, że dość, że kwota, którą dostał, powinna przynosić zyski, dostrzeże, że więcej nie wydusi, i rzeczywiście na tym poprzestanie, to do tego czasu będzie go nachodził. Będzie dzwonił o nieodpowiednich porach, przeszkadzając mu w pisaniu, może nawet przestanie się telefonicznie zapowiadać, kiedy poczuje, że ma ofiarę w garści. Mało co tak go irytowało na tym świecie, jak ludzie przychodzący bez uprzedzenia.
Nie, nie mógł do tego dopuścić. I oczywiście wypłata z góry trzech czwartych posiadanej sumy nie stanowiła rozwiązania. Alternatywę, żeby w ogóle zignorować szantaż, też odrzucił. Chris nie miał w ręku niezbitych dowodów, ale nie wiadomo, jakie ślady policja zabezpieczyła na miejscu wypadku: obaj byli w szoku, pijani, nie myśleli o tym, że na przykład kiedy pochylali się nad zabitą, mógł na nią spaść jeden czy drugi włos.
Sięgnął do szuflady biurka. Jednak wcale nie był paranoikiem, za jakiego niektórzy go uważali. Myśl, że został przez Chrisa „namierzony”, skłoniła go do poczynienia pewnych przygotowań. Kupienia pistoletu do obrony. Z tłumikiem, bo gdyby doszło do strzelaniny, sąsiedzi niekoniecznie musieli o niej wiedzieć. W razie czego zamierzał postrzelić Chrisa w rękę lub w nogę i w interesie ich obu leżało, aby zaalarmowani lokatorzy nie wezwali policji. Funkcjonariusze raczej by nie uwierzyli, że jego gość zranił się przy czyszczeniu broni. Taką wersję można było przedstawić w szpitalu, bo personel medyczny na kryminalistyce znał się dużo słabiej.
Chris – zobaczywszy wycelowany weń pistolet – zamilkł w pół słowa.
– No co ty… – wyjąkał.

Dokończenie opowiadania za tydzień

Poza „Planem dnia” zbiorek zawiera opowiadania kryminalne „Czarna wdowa”, „Perfekcjonista”, „Fair play” i „Czysta arytmetyka”. Książkę można nabyć w formie elektronicznej (mobi, epub i pdf), wpłacając 7,90 na mój rachunek w ING 52 1050 1575 1000 0092 0459 6432 albo przez PayPal na adres pollak[małpa]szwedzka z podaniem zwrotnego adresu mailowego, lub w księgarniach Wolne Ebooki, Legimi, Smashwords i Amazon (wersja dwujęzyczna angielsko-polska).

poniedziałek, 22 sierpnia 2016

O kaczkach, kajakach i sukcesach

Panowie Migura i Miłosz pocieszają się na blogu tego ostatniego, że Paweł Pollak jest be i dlatego nie będą z nim dyskutować. Muszę powiedzieć, że zastanawia mnie, co w tej postawie dominuje: brak inteligencji niepozwalający dostrzec, że zabrakło argumentów (jak to mówi Sheldon Cooper: „jestem jednostką wybitnie inteligentną, gdybym nie miał racji, zdawałbym sobie z tego sprawę”), czy konstrukcja psychiczna niepozwalająca się do tego przyznać i skutkująca szczerym przekonaniem, że gdyby Paweł Pollak był cacy, to byśmy podjęli z nim dyskusję i ją wygrali. W przypadku Miłosza musiałoby się to wiązać wprawdzie z uznaniem, że obowiązuje uchylona ponad dwadzieścia lat temu ustawa, ale w tym celu wystarczyłoby mu się zapisać do partii (jeśli jeszcze w niej nie jest), która obecnie decyduje w Polsce o tym, co jest prawem.

Szczególnie interesująca okazała się dla mnie wypowiedź Migury: „W maju bodajże 2015 dzięki niemu pobiłem rekord oglądalności na swoim blogu”. Wynika z tego, że Migura pisał prawdę, kiedy komentował pod moimi analizami jego tekstów, że napędzam mu czytelników, a nie jedynie starał się zatuszować fakt, że na te analizy nie potrafi odpowiedzieć. Frapujące dla mnie jest jednak co innego: Migura przedstawia się jako znawca social mediów, fachowiec od content marketingu, pozycjonowania i budowania marki. Reklamuje się na wszelkich możliwych platformach. Konstrukcja i oprawa jego bloga nadają się na wzorcowy przykład do podręcznika „Jak skutecznie wypromować swojego bloga”. I co? I kicha. Największą oglądalność zapewnia mu polemika na blogu Pollaka, który „w obsłudze nowych mediów cechuje się swego rodzaju archaicznością”, do korzystania z Facebooka został zmuszony i ogranicza się do zamieszczania praktycznie gołych linków, a o swoich wpisach poza tym nigdzie nikogo nie informuje. Czyżby internet był jednak takim wyjątkowym medium, gdzie liczą się nie działania promocyjne, a to, czy autor ma coś do powiedzenia?

Oczywiście Migura i Miłosz tylko udają, że nie obchodzi ich, co piszę, do tego są w tym udawaniu średnio wiarygodni, bo ponoszą ich nerwy. Migura poszedł na Facebooka namawiać Czwartą Stronę, żeby podała mnie do prokuratury za krytykowanie jej konkursu, a kiedy Miłosz zniknął ze swoimi wyzwiskami, pojawił się anonim, który przejął od niego pałeczkę. Inny anonim (raczej związany z Migurą, który przyczepił się tego samego) pod wpisem Bo samochód ma cztery koła... zażądał, żebym skrytykował blog Arka Mytki, bo ten też „wali niezłe kaczki językowe”, i od razu zasugerował, że tego nie zrobię, bo „swoich się nie rusza”. Zamiast „swoich” było obraźliwe słowo, dlatego komentarz skasowałem, mogę jeszcze tolerować, że anonimy obrażają mnie, na obrażanie moich czytelników nie będę pozwalał. I nie warto byłoby na niego odpowiadać, bo jakie kaczki mógł znaleźć ktoś, kto nie potrafi użyć tego słowa we właściwym znaczeniu („kaczka” to nieprawdziwa wiadomość, a nie błąd językowy), ale uznałem, że to doskonały pretekst, by zareklamować blog America Latina, zwłaszcza że jest co reklamować, a normalnie nie mam po temu okazji, bo tematyką podróżniczą w ogóle się nie zajmuję.

Komentujący, poza tym, że jest prymitywem i tchórzem, który nie ma odwagi wystąpić z otwartą przyłbicą, jest najwyraźniej bardzo głupi, skoro w mojej krytyce Migury dostrzegł jedynie krytykę błędów językowych. Zresztą co znaczy „najwyraźniej”? Przecież człowiek, u którego mózg stanowi aktywną część organizmu, zdaje sobie sprawę, że wulgarne i obraźliwe komentarze przysyłane z anonimowych kont, słowem nieodnoszące się do zarzutów, nijak tych zarzutów nie obalają. Ale dobrze, spójrzmy na stronę językową, choć samo to w przypadku bloga, który skupia się na przekazie wizualnym, a nie słownym, przypomina krytykowanie pantomimy za brak dialogów. Ponieważ dłuższych tekstów na blogu Mytki jak na lekarstwo, musiałem cofnąć się aż do 2013 roku, żeby takowy znaleźć (z nowszych był tylko oceniający sprzęt). I wziąłem sobie pod lupę wpis Pacyfik – Atlantyk – kajakowy trawers północnej Patagonii – część 3:

W sobotę około godziny 17tej dopłynęliśmy do miejscowości el Condor, leżącej nad Atlantykiem, gdzie zakończyliśmy naszą wyprawę.
Rio Negro nazywaliśmy rio 80, bo średni dystans, który robiliśmy codziennie, wynosił około 80km.
Spędzaliśmy na rzece 9 godzin, od wschodu do zachodu słońca.
Rzeka ciągnęła się leniwie, a przez ostatnie kilka dni wiał zimny wiatr z południa.
Prędkość spadała drastycznie, za to rósł ból w nadgarstkach i plecach od młócenia wiosłem.
Jak zawsze przez pierwsze godziny brak czucia w dłoniach i stopach.
Ostatnie dni to nie tylko walka z bólem ale i chęcią rzucenia tego w diabły i solidnego odpoczynku.
Moje ramiona obecnie wyglądają jak u stracha na wróble, czyli chude patyki.

Generalnie wyprawa okazała się dużo trudniejsza niż się spodziewaliśmy.
Zimno w połączeniu z wodą i wiatrem masakrowały ciało i niszczyły psychikę.

Najważniejsze jednak jest to, że ukończyliśmy projekt przepłynięcia północnej Patagonii z Pacyfiku do Atlantyku jako pierwsi, na dodatek bez wspomagania i zimą.
Przepłynęliśmy ponad 1500 km, z czego około 100 km przeszliśmy pieszo, przenosząc lub ciągnąc za sobą kajaki, drogami, przez góry i lasy, przez step.
Około 100 km przepłynęliśmy oceanami, oprócz tego przepłynęliśmy 2 rzeki i 8 jezior.

Teraz czas na odpoczynek, regenerację i pracę na materiałem filmowym i fotograficznym.

Bardziej przypomina wymienianie w punktach niż opowiadanie, może trochę szkoda, no ale nie każdy jest Arkadym Fiedlerem. I nie każdy musi nim być. Problem byłby wtedy, gdyby ktoś nie mając takich zdolności jak Fiedler, koniecznie próbował pisać jak on. Bo wówczas powstają humory zeszytów. We wpisie Mytki ich nie widzę, więc może specjalista od kaczek językowych mi je wskaże. Gdybym miał zrobić redakcję tego tekstu, to wyglądałby on następująco:

W sobotę około piątej po południu dopłynęliśmy do miejscowości El Condor, leżącej nad Atlantykiem, gdzie zakończyliśmy naszą wyprawę.
Rio Negro nazywaliśmy Rio 80, bo średni dystans, który codziennie pokonywaliśmy, wynosił około 80 km.
Spędzaliśmy na leniwie ciągnącej się rzece 9 godzin, od wschodu do zachodu słońca.
Przez ostatnie kilka dni wiał zimny wiatr z południa.
Nasz prędkość spadała drastycznie, w miarę jak rósł ból w nadgarstkach i plecach od młócenia wiosłem.
Jak zawsze przez pierwsze godziny brak czucia w dłoniach i stopach.
Ostatnie dni to walka nie tylko z bólem, ale i z chęcią rzucenia tego w diabły i udania się na solidny odpoczynek.
Moje ramiona obecnie wyglądają jak u stracha na wróble, czyli są chude jak patyki.

Generalnie wyprawa okazała się dużo trudniejsza, niż się spodziewaliśmy.
Zimno w połączeniu z wodą i wiatrem nadwerężały ciało i niszczyły psychikę.

Najważniejsze jednak jest to, że sukcesem zakończyła się próba przepłynięcia północnej Patagonii z Pacyfiku do Atlantyku. Dokonaliśmy tego jako pierwsi, na dodatek bez wspomagania i zimą.
Przepłynęliśmy ponad 1400 km, do tego około 100 km przeszliśmy pieszo, przenosząc lub ciągnąc za sobą kajaki, drogami, przez góry i lasy, przez step.
Około 100 km przepłynęliśmy oceanami, oprócz tego pokonaliśmy 2 rzeki i 8 jezior.

Teraz czas na odpoczynek, regenerację i pracę nad materiałem filmowym i fotograficznym.

Czyli jak widać, tekst wyjściowy wymagał zwykłej redakcji, żeby być całkiem przyzwoitym jak na tekst osoby, która nie zajmuje się zawodowo pisaniem ani nie ma takich ambicji. A kiedy czytam, że ktoś pokonał kajakiem półtora tysiąca kilometrów, to odczuwam niekłamany podziw i szacunek i forma opisu schodzi na drugi plan. Gdyby Migura swoim nieporadnym językiem opisywał mi, jak spędził dzień w hospicjum, pomagając chorym, do głowy by mi nie przyszło, by jego teksty wyśmiewać. Ale kiedy ułomną polszczyzną obwieszcza, że ma jakieś pisarskie osiągnięcia, bo opublikował trzy opowiadania na swoim blogu, i bierze się do uczenia innych, jak mają te opowiadania tworzyć, to sam kładzie głowę pod topór. Prowadząc analogię z blogiem Mytki, to tak jakby ktoś, kto nie zdołał przepłynąć kajakiem średniego jeziora w Polsce, wymądrzał się, jak przepłynąć północną Patagonię. I chociaż jej nie przepłynął, ogłaszał, że zamiar przepłynięcia jest jego sukcesem. Arek Mytko o tym, że dokonał tego jako pierwszy, pisze niejako mimochodem i jest to świadoma skromność, o czym świadczy chociaż sposób, w jaki poinformował, że zamieściła o nim artykuł chilijska gazeta. Migura zachowuje się tak, jakby zamieszczenie opowiadań na blogu było równoznaczne ze znalezieniem się wśród kandydatów do Nobla. I mam naprawdę nadzieję, że żadna chilijska gazeta nigdy o Migurze nie napisze, bo jeśli to zrobi, ten niechybnie zacznie zbierać pieniądze na własny pomnik.

piątek, 19 sierpnia 2016

Czarna wdowa – w odcinkach (2)

Dzisiaj odcinek drugi i ostatni (gdyby ktoś się po puencie nie zorientował :-) opowiadania pt. „Czarna wdowa”, pierwszy można przeczytać tutaj.

Paweł Pollak

CZARNA WDOWA

odc. 2


Do domu dotarła zmęczona, ale szczęśliwa. Cały dzień na zakupach. I zero komentarzy tego starego pierdziela, że mogłaby zrobić coś pożytecznego, zamiast szwendać się po sklepach, że szasta jego pieniędzmi, że kupionych ciuchów i butów nie zdąży włożyć przez resztę życia.
Wzięła wybrane we Floris of London olejki i pianki i poszła zrobić sobie luksusową kąpiel. Do egzotycznych zapachów dołożyła świece i wino. Dwa kieliszki wypiła, mocząc się w wodzie, trzeci nalała sobie po wyjściu z wanny, a czwarty kiedy przeglądała Facebooka, jeszcze raz napawała się stanem swojego konta i sprawdzała pocztę. Potem przebiegła palcami po klawiaturze w geście „gdzie by tu jeszcze wejść”. Zostało jej ostatnie pół kieliszka wina, a chciała je dopić, robiąc coś przyjemnego, zanim zacznie oglądać „Seks w wielkim mieście”. Wiedziała, że jeśli siądzie przed telewizorem z napoczętym kieliszkiem, w trakcie filmu otworzy nową butelkę i jutro będzie zmagać się z kacem.
Przypomniało jej się wczorajsze „włamanie” na konto tego chłopaka. Czemu nie? Czytanie prywatnych listów było z pewnością ciekawsze niż lektura wynurzeń świrów, dzielących się swoimi przemyśleniami z całym światem na różnych forach. Owoc zakazany zawsze ją pociągał. Gdyby nie pociągał, nie miałaby teraz swoich milionów.
Zalogowała się jako Kimberly24. Od wczoraj przybyło sporo nowych maili, a kiedy je przejrzała, ogarnęło ją podniecenie. Ale trafiła! Młodzieńcy znaleźli rozwiązanie swoich finansowych problemów. A przynajmniej jeden z nich.
„Ta stara raszpla – pisał, mając na myśli pewnie swoją matkę – zachomikowała całego melona w gotówce. To jest szansa”.
„Co chcesz zrobić?”.
„Czymś ciężkim w głowę i chodu”.
„Chodu do pierdla”.
„Spoko, mam dobry plan. Wchodzisz w to? Pół melona i pewnie parę fantów, które będzie można opylić za dobry grosz”.
„Dzięki, ale nie. Z tych fantów zrobią się kutasy mięśniaków w Rikers”.
„Ale z ciebie cykor. Jak chcesz. W życiu kto nie ryzykuje, ten nie wygrywa. Ja tam nie zamierzam się więcej prosić o forsę. Załatwiam sprawę jeszcze dziś wieczorem, jeśli tylko nastąpi pewne wydarzenie”.
„Jakie wydarzenie?”.
„Sorry, ale jeśli w to nie wchodzisz, nie mogę cię wprowadzać w szczegóły. Policja pewnie będzie cię przepytywać, więc im mniej wiesz, tym lepiej. Też dla ciebie”.
„Weź się, człowieku, opamiętaj!”.
Machinalnie sięgnęła po telefon, ale po wybraniu dziewiątki i jedynki zreflektowała się. Co też wyrabia? Chyba się upiła, że zachciało jej się bawić we wzorową obywatelkę. Policja będzie ją maglować jako świadka, kto wie, czy przy tej okazji nie wypłynie jakiś szczegół dotyczący wypadku jej męża. Musiała trzymać się jak najdalej od policji z tej samej przyczyny, która sprawiała, że proces przeciwko koncernowi farmaceutycznemu był ryzykowny. A nawet jeśli w tym przypadku niebezpieczeństwo zdemaskowania było znacznie mniejsze, to na długo miała dosyć towarzystwa gliniarzy.
Może to tylko takie gadanie? Kto ogłasza w mailu, że zamierza zamordować własną matkę, a potem rzeczywiście to robi? Przecież maile nie są bezpieczne, tak w każdym razie obiło się jej o uszy.
Wyszukała w kontaktach rodzinnego znawcę komputerów, bratanka Roberta i wcisnęła zieloną słuchawkę.
– Hej, Bob, tu ciocia Kimberly. Powiedz mi, czy maile są bezpieczne?
– W jakim sensie?
– No… powiedzmy, że jakiś terrorysta chce dokonać zamachu i będzie z innymi spiskowcami porozumiewał się mailem.
– To mógłby od razu zgłosić się do FBI.
– A czy mogę jakoś poznać, że ktoś czyta moje e-maile?
– Podejrzewa ciocia włamanie na konto?
– Mam wrażenie, że pewien mój przyjaciel wie o mnie rzeczy, których wiedzieć nie powinien.
Bob westchnął przeciągle.
– Rozumiem, że hasło i login ma ciocia zapisane i pewnie przyklejone żółtą karteczką na laptopie?
– Nie, w notesie.
Bob westchnął ponownie.
– Haseł, PIN-ów i loginów się nie zapisuje, ale jak widzę, kobietom nie da się tego wytłumaczyć.
– Nie wymądrzaj się, tylko powiedz mi, czy mogę jakoś zobaczyć, że on czyta moje maile.
– Powinna być informacja o ostatnim logowaniu na konto. Domyślam się, że nigdy ciocia nie sprawdza, czy faktycznie wtedy wchodziła, bo nikt tego nie robi. Niech więc ciocia sprawdzi.
Kimberly poszukała wzrokiem na ekranie, rzeczywiście widniał tam tekst „ostatnie udane logowanie” z datą i godziną. Ale skoro nikt tego nie kontrolował, więc ten chłopak pewnie też nie.
– A jakoś inaczej?
– To by już trzeba pogrzebać w ustawieniach.
Przez chwilę rozważała, czy nie wtajemniczyć Boba w sprawę i poprosić, żeby powiadomił policję, ale uznała, że nie jest to dobry pomysł. Mógłby się wygadać, że wie o wszystkim od niej, a wtedy dopiero stałaby się podejrzana. Rozłączyła się. W zamyśleniu przyłożyła komórkę do ust. Zaraz! Przecież nie musiała dzwonić ze swojego telefonu, istniały jeszcze chyba budki telefoniczne, ostrzegłaby przed przestępstwem anonimowo. Poderwała się z fotela, ale nie zrobiła ani dwóch kroków w stronę drzwi. Nawet jeśli chłopak pisał poważnie i był przekonany, że nikt poza przyjacielem, do którego najwyraźniej miał nieograniczone zaufanie, nie przeczyta o jego planach, na interwencję mogło być już za późno. Maile zostały wysłane przed kilkoma godzinami, a wieczór, choć to szerokie pojęcie, niewątpliwie już trwał. Zaraz jednak pojawił się kontrargument: jeśli do morderstwa jeszcze nie doszło, bo na przykład nie nastąpiło owo wydarzenie, od którego wyrodny syn uzależniał swoją akcję, policja mogła go powstrzymać. Potrafili być niezwykle skuteczni. Namierzenie właściciela maila było kwestią minut, to akurat wiedziała z filmów, a atak komandosów kolejnych paru.
Doszła do drzwi i zatrzymała się z ręką na klamce. Co się z nią działo, do cholery? Od kiedy to była taka sentymentalna? Co ją obchodziło jakieś stare babsko? Mało to ludzi umiera codziennie na świecie? Każdemu to pisane. Ze złością potrząsnęła głową, wróciła na fotel i dopiła wino. Ostatnie krople czerwonego napoju przywróciły jej właściwy stan ducha. Przecież chłopak chciał zrobić dokładnie to samo, co zrobiła ona, wyznawał dokładnie tę samą filozofię, że jabłka zza płotu nikt nie poda, samemu trzeba sobie zerwać. No owszem, zaciukanie własnej matki to trochę grubszy kaliber niż uśmiercenie męża, ale też bez przesady. A jak znała życie, tamta sama była sobie winna, pewnie zdecydowała się na dziecko, żeby rodzina uchodziła za idealną, dała je na wychowanie niańkom i spodziewała się, że liczne prezenty wystarczą za macierzyńską miłość. Co się dziwić, że chłopak się wkurzył, kiedy ten jedyny przejaw miłości, jaki znał, też zanikł. Dobrze, że ona nigdy nie ulegała presji otoczenia, tylko dążyła do własnych celów, a dzieci do szczęścia nie potrzebowała.
Sięgnęła po komórkę, ale od myśli o dzwonieniu na 911 oddaliła się już o lata świetlne, dziwiła się, że takowa w ogóle postała jej w głowie. Wybrała numer Pizza Hut i zamówiła dużą super supreme na grubym cieście. Miała zamiar porządnie się objeść. Koniec z pilnowaniem wagi z obawy, że kiedy utyje, mąż się z nią rozwiedzie. Randek nie planowała, ani myślała dawać się podrywać mięczakom, którzy najpierw pili w barze dla odwagi, a potem nie potrafili stanąć na wysokości zadania. Owszem, nędzny seks z tych wszystkich, pożal się Boże, małżeństw zamierzała sobie odbić, ale od tego byli żigolacy. Miała im z czego zapłacić. A oni nie mogli kręcić nosem, że klientka w jednym czy drugim miejscu ma trochę za dużo sadełka.
Czekając na dostawę, usiadła przed telewizorem i włożyła płytę do odtwarzacza. Perypetie czterech przyjaciółek tak ją wciągnęły, że o morderczych planach młodzieńca zupełnie zapomniała, a na dzwonek domofonu anonsującego dostarczyciela pizzy aż podskoczyła.
Otworzyła mu drzwi. Najpierw zdziwiła się, że syn sąsiadów roznosi pizzę. Nigdy nie widziała, by chociaż skosił trawnik, a teraz, proszę, wziął się do pracy. Kiedy uniósł młotek, uświadomiła sobie, że jego ojciec jest dyrektorem oddziału Manhattan Bank, w którym miała konto, i pewnie przy rodzinnej kolacji opowiedział, że wybrała milion. Kiedy pierwsze uderzenie trafiło ją w lewe oko, zrozumiała, że chłopak, pisząc „stara raszpla”, miał na myśli nie swoją matkę, tylko ją. Zanim otrzymała uderzenie w drugie oko, poczuła się tym urażona.

Za tydzień pierwszy odcinek „Planu dnia”.

Poza „Czarną wdową” zbiorek zawiera opowiadania kryminalne „Plan dnia”, „Perfekcjonista”, „Fair play” i „Czysta arytmetyka”. Książkę można nabyć w formie elektronicznej (mobi, epub i pdf), wpłacając 7,90 na mój rachunek w ING 52 1050 1575 1000 0092 0459 6432 albo przez PayPal na adres pollak[małpa]szwedzka z podaniem zwrotnego adresu mailowego, lub w księgarniach Wolne Ebooki, Legimi, Smashwords i Amazon (wersja dwujęzyczna angielsko-polska).

środa, 17 sierpnia 2016

Dyskomłociarz

A czytelnicy proszą „Wyborczą”, żeby do Tokio posłała sprawozdawcę, który wie, w jakiej dyscyplinie startuje Małachowski.

poniedziałek, 15 sierpnia 2016

Czarna wdowa – w odcinkach

Dzisiejszym wpisem zapoczątkowuję cykl „powieść w odcinkach”, czyli publikację na blogu swoich utworów i tych, które tłumaczyłem. Na pierwszy ogień idzie „Czarna wdowa”, choć akurat to nie powieść, tylko zbiór opowiadań kryminalnych (tytuł pierwszego jest tytułem całego zbioru).

Paweł Pollak

CZARNA WDOWA

odc. 1


Kimberly Núñez – jeszcze Núñez, ale zamierzała porzucić to parszywe latynoskie nazwisko z tymi idiotycznymi znaczkami, które ciągle jej się myliły, i wrócić do panieńskiego Steele – zzuła czarne pantofle i opadła na fotel. Odsunęła czarną woalkę na kapelusz i zaniosła się dzikim, radosnym śmiechem. Uniosła ręce nad głowę, wyciągnęła nogi w powietrze i zamachała nimi.
– Juhu!
Zdobyła, co chciała.
Nie było łatwo. Oj, nie. Przede wszystkim miała dziesięcioletni poślizg, bo założyła sobie, że cel osiągnie do trzydziestki. No trudno, są ludzie, którzy umierają, nie doczekawszy spełnienia swoich marzeń. Zresztą wyglądała i czuła się jak trzydziestolatka, jeszcze sobie pożyje. Najważniejsze, że bez tego obleśnego, obrzydliwego starucha. Westchnęła. No cóż, z podażą było kiepsko, popyt spory, a ona musiała konkurować z młodszymi rywalkami. I już na starcie zostawała w tyle, bo najwymyślniejsza pielęgnacja nie mogła jej przywrócić ciała dwudziestoparoletniej laski. Przeklętą biologię dało się oszukać, ale nie pokonać.
Górowała za to nad nimi doświadczeniem, wnioskami wyciągniętymi z popełnionych wcześniej błędów, przemyślaną już teraz strategią, którą ani myślała dzielić się z tymi smarkulami. Niby z jakiej racji, niech się też najpierw poparzą. Ona za pierwszym razem sparzyła się bardzo boleśnie. Zgodziła się na intercyzę, chcąc przekonać przyszłego męża, że nie zależy jej na pieniądzach, że naprawdę jest zakochana. Miała nadzieję, że którejś nocy, kiedy zamieni się w gorącą kurtyzanę, małżonek w dowód miłości intercyzę podrze. Był na to jednak za cwany. Mimo wszystko wniosła o rozwód – wtedy jeszcze nastawiała się na rozwód – licząc na prawników. Każdy kontrakt da się podważyć, każdą umowę zanegować, wystarczy znaleźć odpowiednie kruczki. Nie dało się. Owszem, jej adwokaci kruczków próbowali, ale jego potrafili odpowiedzieć kontrkruczkami. Byli zwyczajnie lepsi. Musiała obejść się smakiem, wyszła z małżeństwa tak biedna, jak do niego weszła.
Za drugim razem była już mądrzejsza. Co nie znaczy, że nie podpisała intercyzy. Podpisała, milionerzy nie byli głupi, inaczej nie doszliby do swoich pieniędzy, i tacy, którzy z umowy przedmałżeńskiej rezygnowali, należeli do wyjątków. A ona jakoś na te wyjątki nie mogła trafić. Ale wiedziała już, że nie papiery rozwodowe prowadzą do celu, tylko akt zgonu. Testament unieważniał intercyzę. A przed zapisaniem majątku ukochanej żonce milionerzy bynajmniej się nie wzdragali. Oskubanie w trakcie rozwodu postrzegali jako realne zagrożenie, czarne wdowy były dla nich postaciami z filmów i to nie dokumentalnych, tylko kryminalnych albo w ogóle komedii. Przepowiednia, że mogą jedną z nich spotkać na swojej drodze, wywołałaby tylko uśmiech rozbawienia. Może dlatego, że człowiek tak naprawdę nie wierzy, że umrze. Niby to wie, niby świat na co dzień dostarcza dowodów, że inny los go nie spotka, ale jednak jest przekonany, że będzie żył wiecznie. Pewnie trzeba tak myśleć, mieć ten pancerz ochronny, bo inaczej się zeświruje, co zresztą widać na przykładzie różnych pisarzy, którym natura go nie dała. Równie dobrze mogła pozbawić ich skóry.
Jej ślubny też niczego się nie obawiał, więc poszło łatwo, nader łatwo. „Pomylił” leki. Zamiast swoich tabletek obniżających ciśnienie, zażył jej – na podniesienie ciśnienia. A potem, przekonany, że nie zadziałały, że stres tego dnia sięgnął zenitu i nie zwalczyła go normalna dawka, dołożył drugą. Wystarczyło, żeby serce nie wytrzymało albo pękły żyłki w mózgu. Szczegółami nawet się nie zainteresowała, grunt, że wykitował, co za różnica, który organ zawiódł. Policja nie mogła jej udowodnić, że przesypała swoje tabletki do jego fiolki. Oglądała wszystkie „CSI”, więc sprawdziła, że nie zostawią tam żadnych śladów. Musiałby je rozkruszyć, a nie miał powodu, by to robić. Jego tabletki przełożyła na ten czas do starannie wymytego szklanego słoiczka, a nie do puderniczki czy pojemnika z mąką. Odciski palców na nich zostawiłby tylko idiota. A fiolki były prawie identyczne, więc rzeczywistej pomyłki nie mogli wykluczyć nawet najbardziej podejrzliwi gliniarze. Zresztą nie byli specjalnie podejrzliwi, raczej uważali, że pasierbowie ją oczerniają, żeby dobrać się do odziedziczonych przez nią milionów. Jednemu z detektywów wyrwała się nawet uwaga, że rodzina niech lepiej pozwie koncern farmaceutyczny za niemal takie samo opakowanie lekarstw o przeciwstawnym działaniu, zamiast zawracać im głowę przestępstwem, którego nie było. No bo gdyby na przykład podstępnie podrzuciła mu podobną fiolkę. Ale nie, medykamenty miała legalnie przepisane przez lekarza z society, nie żadnego konowała dorabiającego sprzedażą pustych recept, żeby ćpuni wpisywali sobie takie prochy, na jakie akurat mieli ochotę, historią choroby mogła się pochwalić od samego dzieciństwa, bo odkąd pamiętała, zawsze marzły jej dłonie i stopy.
I kiedy już była w ogródku, już witała się z gąską, okazało się, że jego majątek to wydmuszka, fasada. Owszem, miał fabryki, ale fabryki miały kredyty. Mogła dalej produkować, bo produkcja nawet przynosiła zyski, spłacić część kredytów, żeby banki dały nowe, i tak w kółko. Na przyzwoite życie by starczyło, pod warunkiem, że chodziłaby wokół interesu i pilnowała każdego centa. Teraz wiedziała, czym zajmował się całymi dniami i dlaczego kosztowało go to tyle nerwów. Nie miała zamiaru iść w jego ślady: biznes jej nie interesował, interesowały ją kosmetyczka, fitness club i przyjęcia dobroczynne, na których mogła prezentować swoje oszałamiające kreacje.
– A gdybym wszystko sprzedała? – zapytała adwokata.
– Po spłaceniu długów i kosztów obsługi prawnej zostanie pani jakieś pół miliona.
– Pół miliona?!
– Tak, pięćset tysięcy.
Sprzedała wszystko, bo pięćset tysięcy to było znacznie więcej niż puste kieszenie, z którymi odprawili ją adwokaci pierwszego męża. Kwota wypadała jednak daleko poniżej jej oczekiwań. Nie została nawet milionerką. Co najwyżej półmilionerką. Jak głupio to brzmi, każdy słyszy.
Zanim powzięła decyzję o sprzedaży, przyszła jej do głowy myśl, żeby, tak jak podpowiedzieli policjanci, pozwać koncern farmaceutyczny o ciężkie miliony za traumę, jaką była utrata ukochanego mężusia. Adwokat przejrzał jednak precedensy i wyszło na jaw, że inni już próbowali i przysięgli odprawili ich z kwitkiem. Prawnicy koncernu wskazali, że leki są przeznaczone do regularnego zażywania, a nie w stanach nagłych, więc można spokojnie przeczytać, co jest na opakowaniu napisane – czytać obecnie każdy potrafi, a twierdzenie o podobieństwie fiolek nie znajduje odzwierciedlenia w faktach, gdyż różnią się one wieloma szczegółami. Ponadto lekarstwa są dostępne tylko na receptę, a skoro mają przeciwstawne działanie, nigdy nie przepisuje się ich jednej i tej samej osobie, więc nie ma tu miejsca na pomyłkę. O wydanie właściwych dbają aptekarze. To, że ksiądz i gosposia leczyli się kolidującymi ze sobą środkami, jest przykrym zbiegiem okoliczności, ale firma nie może odpowiadać za bezmyślność duchownego, który swoje lekarstwa kładzie na stoliku nocnym gosposi. Na dobrą sprawę to koncern powinien pozwać księdza, że przez swoje bezmózgowie i niemoralne zachowanie naraża wizerunek firmy.
Później Kimberly zreflektowała się, że nawet gdyby miała widoki na wygraną, proces wiązałby się z ogromnym ryzykiem. Śmierć jej męża zostałaby wzięta pod lupę, a pod lupą można sporo zobaczyć. I dostrzec coś, co ona przeoczyła. Pokładała wiarę w swój spryt, ale nie była zadufana. Starannie wszystko przemyślała i zorganizowała, ale życie jest zbyt bogate, by dało się rzeczywiście wszystko przewidzieć. Jeśli umknął jej jakiś drobny szczegół, który nowojorskiego Columbo mógłby naprowadzić na ślad jej zbrodni, stworzenie mu takiej szansy byłoby skrajną głupotą. Nie, szklanka z mlekiem się rozbiła i nie zbierze rozlanego mleka, a jeśli będzie się upierać, że to wykonalne, może się tylko pokaleczyć.
Podjęła trzecią próbę. Wiedziała, że ostatnią. Drugiego martwego męża mogła policji jeszcze sprzedać, w kolejny naturalny zgon nie uwierzyłby nawet krawężnik o inteligencji średnio rozgarniętego śledzia. Rozejrzała się też wśród wiekowych kandydatów, licząc na faktycznie naturalne rozwiązanie. Ale gdy nie następowało, straciła cierpliwość. Dostać majątek po pięćdziesiątce to jak dostać pierwszego lizaka, kiedy jest się już dorosłym.
Numer z lekami nie nadawał się do powtórzenia, bo przyszły denat, mimo że najstarszy, ciśnienie miał w normie. Może dlatego – co, nauczona przykrym doświadczeniem, sprawdziła – że jego miliony nie były wirtualne i zapewniały mu spokojny sen. Zresztą nawet gdyby chorował, ta sama metoda równałaby się złożeniu pisemnego oświadczenia: „Jestem winna”.
Nie, to musiał być „wypadek” i tym razem wypadek niemający z nią absolutnie nic wspólnego. Jaki, nasuwało się od razu: samochodowy. Gorzej z wykonaniem. Jak sprawić, żeby jego luksusowy bentley zderzył się z dwudziestotonowym tirem? Zadanie tym trudniejsze, że prowadził go zawodowy szofer. I to szofer okazał się kluczem. Doprowadziła do jego zwolnienia, oskarżając o to, że się do niej dobierał, i zadbała, by ze zgłaszających się kandydatów pracę dostał zdesperowany Hindus, który za pieniądze na leczenie ciężko chorej córeczki i ściągnięcie rodziny do Stanów zgodził się odegrać rolę współczesnego kamikadze. Wywiązał się z zadania tak perfekcyjnie (przestała się dziwić, że amerykańskie firmy zlecają coraz więcej prac Hindusom), że podobno medycy sądowi mieli kłopot z oddzieleniem jego ciała od ciała chlebodawcy.
Detektywi wprawdzie trochę marudzili, że drugi raz zostaje wdową po milionerze (jakoś umykało im, że pierwszy był milionerem malowanym), zaczęli stawiać dziwne pytania, ale nic jej nie mogli udowodnić. Co było złego w tym, że postanowiła zatroszczyć się o rodzinę biednego pracownika, pomóc wymęczonemu straszliwą chorobą dziecku? Inklinacje do dobroczynności miała zawsze, może pokazać panom policjantom swoje zdjęcia z balów charytatywnych. Ale nie chcieli oglądać, mimo że wyszła na nich olśniewająco.
Żal jej było tego miliona dla rodziny szofera, wiedziała jednak, że Hindus zostawił u notariusza list zaadresowany do samego komendanta głównego NYPD z poleceniem wysłania go, w razie gdyby jego córka nie znalazła się pod opieką amerykańskich lekarzy.
Ale znalazła się, rokowania były dobre, Kimberly mogła czuć się bezpiecznie. Specjalnie zwlekała z pogrzebem do przylotu dzieciaka do USA, bo chciała, żeby ceremonia pochówku była symbolicznym dotarciem do mety, by po złożeniu szczątków (w dosłownym znaczeniu!) męża do grobu żadne niezałatwione sprawy nie kładły się cieniem na radości ze zdobytych milionów.
Nie wstając z fotela, sięgnęła po leżący na stole laptop, otworzyła stronę banku i zalogowała się na konto. Cyfry po słówku „saldo” przyprawiły ją o żywsze bicie serca: 24 125 670,23. Omal nie podrzuciła laptopa do góry. Kliknęła ikonkę Skype’a.
– Manhattan State Bank. John Smith, słucham panią?
– Chciałabym prosić o przygotowanie dla mnie większej kwoty gotówki.
– Oczywiście. Ile?
– Milion dolarów.
– Bez problemu – beznamiętny ton głosu pasował do słów, jakby Smith usłyszał, że klientka chce wyjąć dwa tysiące. – Taką kwotę możemy wypłacić od ręki. Odbierze pani osobiście czy mamy dostarczyć pod wskazany adres?
– Przywieziecie mi?!
– No jasne – trochę wypadł z roli pozbawionego emocji urzędnika bankowego – ma pani przecież konto VIP.
– To przywieźcie.
Czekając na pieniądze, zalogowała się do poczty. Rozgorączkowana myślą o banknotach, które za pół godziny miała trzymać w ręku, dopiero po chwili zorientowała się, że czyta maile skierowane nie do niej, tylko do kogoś innego. Co u diabła? Już chciała dzwonić do providera z pretensjami, kiedy jej wzrok spoczął na nagłówku „Hello, Kimberly24”. Zamiast opatrzyć swoje imię rokiem urodzenia, wpisała numer 24. Pewnie machinalnie wystukała na klawiaturze liczbę, którą jeszcze miała przed oczami, liczbę swoich milionów. Ale co z tego? Przecież system powinien zgłosić, że podała złe hasło. Nie miała o komputerach większego pojęcia, ale tyle, że to samo hasło do dwóch różnych kont z pewnością pasować nie będzie, wiedziała. Może więc dalej bezwiednie wpisywała inny tekst i przypadkiem trafiła? Zaciekawiona wylogowała się i spróbowała zalogować ponownie, podając jako hasło resztę posiadanej przez siebie kwoty. Pudło. Już chciała przejść do swojej poczty – co ją ostatecznie obchodziły cudze maile, dużo bardziej ciekawa była źle skrywanej zazdrości pseudoprzyjaciółek, niemogących przeboleć, że pozbyła się starego gnoma, a zatrzymała jego pieniądze – kiedy wpadła na pomysł, żeby w okienko wpisać frazę „miliony baksów”. Bo przecież to wtedy myślała: „Mam dwadzieścia cztery miliony baksów”. Też pudło. I nagle się zawzięła. Nie lubiła przegrywać. Nawet w drobnych sprawach. Ta cecha wyniosła ją na szczyt, dzięki niej była milionerką, a nie siedziała w jakimś call center, żeby związać koniec z końcem. Napisała oba słowa łącznie. Pudło. Z podkreślnikiem. Jest!
Już bez większego zainteresowania przejrzała korespondencję. Wbrew nazwie konta prowadził ją mężczyzna, ale nie było w tym nic dziwnego, wiadomo, że w Internecie facet to facet, kobieta też facet, a dwunastoletnia lolitka to agent FBI. Pewnie jego dziewczyna miała na imię Kimberly. Albo jedna z dziewczyn, bo z listów wynikało, że na brak powodzenia nie narzekał. Poza problemami sercowymi, co w tym przypadku oznaczało zwykle kłopot, jak wytłumaczyć tej, którą zapewniał o swych poważnych zamiarach, że po wspólnie spędzonej nocy nie chce się z nią więcej spotykać, maile dotyczyły głównie jego mizerii finansowej. Miał bogatych rodziców, ci uważali jednak, że jeśli młody człowiek sam nie zarobi na swoje potrzeby, to i w późniejszym życiu nic nie osiągnie. Filozofia, z którą ich syn głęboko się nie zgadzał, czemu dawał wyraz w listach do będącego w podobnej sytuacji przyjaciela. Obaj szczerze nienawidzili swoich „starych” i podburzali się w tej nienawiści, przytaczając liczne przykłady nastolatków czy nawet ludzi dwudziestoparoletnich, których kieszonkowe przekraczało zarobki niejednego Amerykanina, a nikt do pracy ich nie przymuszał.
Kimberly rozumiała ich nastawienie, bo praca kojarzyła się jej przede wszystkim z obozem koncentracyjnym, ale bynajmniej im nie współczuła. Każdy jest kowalem swego losu, ona wyrosła w biednym domu i sobie poradziła, doszła do dwudziestu czterech milionów. Ci, zamiast biadolić, powinni wytężyć szare komórki, mają przecież od niej dużo lepszą pozycję startową: przy bogatych rodzicach można coś wykombinować, wcale nie trzeba iść do pracy.
Te rozważania przerwał jej domofon, z wizytą zgłaszało się trzech panów z Manhattan Bank. Wpuściła ich i odebrała walizeczkę z pieniędzmi. Trochę się zdziwiła, że milion dolarów zajmuje tak niewiele miejsca. Ale zupełnie inaczej wyglądało to, kiedy stanęła na łóżku i zrobiła, co zawsze chciała zrobić. Zamachnęła się otwartą walizką do góry, banknoty pofrunęły w stronę sufitu, a potem opadły na nią deszczem, w którym skąpała się z taką radością jak Gene Kelly w „Singin' in the Rain”.

Dokończenie opowiadania

Poza „Czarną wdową” zbiorek zawiera opowiadania kryminalne „Plan dnia”, „Perfekcjonista”, „Fair play” i „Czysta arytmetyka”. Książkę można nabyć w formie elektronicznej (mobi, epub i pdf), wpłacając 7,90 na mój rachunek w ING 52 1050 1575 1000 0092 0459 6432 albo przez PayPal na adres pollak[małpa]szwedzka z podaniem zwrotnego adresu mailowego, lub w księgarniach Wolne Ebooki, Legimi, Smashwords i Amazon (wersja dwujęzyczna angielsko-polska).

wtorek, 9 sierpnia 2016

Polska biega, i to szybko

Z artykułu "Szklanka wody zamiast pociągu" we wczorajszej "Wyborczej":

Teraz wiem, że gość, który śmignął wczoraj koło mnie, kiedy uprawiałem jogging, po czym zniknął na horyzoncie, oddalając się w tempie rekordu świata w półmaratonie, to był autor artykułu Tomasz Dybalski.

poniedziałek, 8 sierpnia 2016

Człowiek uszkodzony, czyli Migura o pokemonach

Ponieważ mamy sezon ogórkowy, na moim blogu sezon migurkowy. Także z tego powodu, że poprzednio przeoczyłem wpis Dlaczego nie powinieneś instalować Pokemon Go?, w którym Migura osiągnął prawdziwe mistrzostwo w pisaniu bez sensu. A przecież należy doceniać mistrzowskie osiągnięcia bliźnich.

Dzisiaj chciałbym opowiedzieć o powodach, dla których nie powinieneś instalować gry na swoim telefonie. Nie dlatego, że plik może zawierać wirusy. Nie dlatego, że gra może Cię opętać.

Tak. Kiedy człowiek instaluje na swoim telefonie jakąś grę, to przede wszystkim obawia się opętania.

Tym tekstem chciałbym pokazać Ci, że Pokemon Go to kolejny rozpraszacz. Kolejna rzecz, której nie potrzebujesz.

Tak. Zamiast się rozpraszać, skup się na tekstach Migury, to jest rzecz, której potrzebujesz.

Głównym założeniem produkcji jest przemieszczanie się po mieście z telefonem w ręce.

I jak ta produkcja się przemieszcza, to co się dzieje?

Aby szukać i łapać pokemony (…)

Gramatyka, panie Migura. Łapać coś, ale szukać czegoś. Aby szukać pokemonów i je łapać.

Kiedy znajdę chwilę czasu, na spacer wychodzę, żeby uciec do ekranów, internetów i pracy w bliży. Moje oczy potrzebują odpoczynku i zielonego koloru. Dlatego podstawowe założenie, żeby zabrać ze sobą komórkę i stale się w nią wgapiać nie wchodzi w grę.

Założenie nie wchodzi w grę? A może jednak realizacja tego założenia nie wchodzi w grę? I co jeśli w Pokemon Go gra pracownik zieleni miejskiej, który zielonego koloru ma po dziurki w nosie? W jego przypadku przecież podstawowe założenie wchodzi w grę. Czy też mamy rozumieć, że Łukasz Migura jest miarą wszystkich rzeczy?

Zdaję sobie sprawę, że wielu ludzi potrzebuje jakiegoś motywatora. Czasem nie chce się wyściubiać nosa poza cztery ściany, a włóczenie się po mieście bez celu wydaje się stratą czasu. Dla takich ludzi Pokemon Go faktycznie może początkowo spełnić zadanie.

Tak. Dopóki nie było Pokemon Go, ludzie nie mieli żadnego innego powodu, by wychodzić z domu, poza bezcelowym włóczeniem się po mieście.

Ale łapanie pokemonów to ledwie część gry. Kwintesencją tytułu nie jest zdobywanie potworków, a ich trening i walka z innymi trenerami. Obie czynności możliwe są w specjalnie oznaczonych miejscach.

Konia z rzędem temu, kto nie znając wcześniej reguł gry, z opisów Migury zrozumiał, na czym ona polega i dlaczego, żeby w nią grać, trzeba chodzić po mieście.

Gym – siłownie – najczęściej znajdują się nieopodal restauracji i kawiarni.

Naprawdę? Pewnie w wyniku spisku żydowskich gastronomów. Co mają siłownie do Pokemon Go?

Znów zalegniemy na fotelach i kanapach. I tym razem zrobimy to w miejscach, gdzie za kawę zapłacimy od kilku do kilkunastu złotych.

A czyż można sobie wyobrazić większe marnotrawstwo, niż zapłacić za kawę od kilku do kilkunastu złotych?

Moją największą bolączką od chwili, w której postanowiłem pisać i prowadzić bloga jest chroniczny brak czasu.

Pańską największą bolączką jest nieumiejętność sklecenia mającego ręce i nogi tekstu.

Kiedy miałbym wybierać między niszczeniem sobie wzroku, by napisać opowiadanie czy opublikować kolejny materiał a wpatrywaniem się w ekran komórki, celem szukania pokemonów, to właściwie nie wiem, o czym mowa.

Czytelnicy też nie wiedzą, o czym mowa, więc gorąca prośba: niech pan przestanie publikować kolejne materiały i zajmie się szukaniem pokemonów.

Nawet jeśli Twoją pasją są psy i pomyślisz, że przy okazji wyprowadzania czworonoga możesz wziąć udział w grze – z taką propozycją wyszło jedno ze schronisk – zastanów się, czy faktycznie kochasz zwierzęta. Bo w takim momencie wszystko staje się wyłącznie pretekstem.

Twoją pasją są psy, ale jeśli przy wyprowadzaniu psów chcesz sobie pograć w Pokemon Go, wychodzi na jaw, że miłość do zwierząt jedynie udawałeś, pieprzony hipokryto!

W socjologii istnieje zjawisko owczego pędu. Polega ono na pragnieniu zdobywania dóbr, nawet po wyższych cenach, wyłącznie dlatego, że kupują je inni.

W socjologii nie istnieje zjawisko owczego pędu. Socjologia co najwyżej zna albo opisuje zjawisko owczego pędu. Poza tym nie zjawisko, tylko efekt, jak się zmienia tekst Wikipedii (efekt owczego pędu – zjawisko występujące, gdy konsumenci pragną nabywać pewne dobra, także po wyższych cenach, tylko dlatego, że kupują je inni), to trzeba to robić uważnie. I co ma gotowość do przepłacania do gry, która jest darmowa?

W przypadku owczego pędu wyboru dokonujemy pod wpływem innych osób. Krzywa popytu jest wyżej od popytu dla zwykłego rodzaju konsumentów, a opadająca tendencja krzywej jest słabsza.

Panu chyba coś krzywo opadło.

O ile młode osoby, którym zależy do przynależności do większych grup potrafię jeszcze zrozumieć, nie potrafię pojąć, dlaczego na wtórną modę na pokemony dali złapać się dorośli ludzie zajmujący wysokie stanowiska w swoich firmach,

Pojąłby pan, gdyby potrafił pan właściwie ocenić to, o czym pan pisze: ludzie nie grają w Pokemon Go, bo chcą należeć do większej grupy, tylko gra im się podoba i zapewnia rozrywkę.

(…) jeśli zainteresowałeś się Pokemon Go, sprawdź czy nie masz poczucia niepewności w relacjach z innymi, bądź czy inni nie zaobserwowali niskiej samooceny. Te dwie cechy mogą prowadzić do izolowania się jednostki i poważniejszych problemów, jak depresja.

Tak z ciekawości, specjalizację z psychiatrii w jakiej klinice pan zrobił?

Rozumiem, że Pokemon Go to tylko gra.

No właśnie z powyższych wywodów wynika, że pan nie rozumie.

Ale czasem takie niewinne zabawy mogą skutecznie uszkodzić człowieka.

Jakim niewinnym zabawom pan się oddawał, panie Migura, że wypisuje pan takie dyrdymały?

poniedziałek, 1 sierpnia 2016

Viva Panthers!

Wrocławscy futboliści wygrali Ligę Mistrzów. Nie, nie chodzi o Śląsk Wrocław, tylko o drużynę futbolu amerykańskiego Panthers Wrocław. W poprzedni weekend na stadionie przy ul. Oporowskiej został rozegrany turniej finałowy. W pierwszym półfinale zmierzyły się turecki zespół Koç Rams z włoskim Milano Seamen. Widzowie przybyli na mecz tak tłumnie, że postanowiłem to uwiecznić na zdjęciu:

Ci, co nie przyszli, mogą żałować, bo spotkanie było zacięte (ostatecznie Seamen wygrali 17:14), a sporo zagrywek sięgało poziomem amerykańskiej NFL. Między innymi włoski zawodnik próbował kopnięcia na bramkę z 52 jardów i niewiele brakowało, by trafił. W drugim półfinale Pantery zmierzyły się z austriackim Danube Dragons (widzów było już więcej, prasa podaje, że dwa tysiące). Wrocławianie swego czasu już z wiedeńczykami grali (choć wrocławski zespół nosił wtedy inną nazwę) i że dostali baty, to mało powiedziane, bo schodzili z boiska pokonani 84:0. To niechlubna, ale jednak przeszłość, bo w futbolu amerykańskim udało nam się to, czego nie potrafimy osiągnąć w piłce nożnej: zbudować zespół europejskiego formatu. I Panthers pewnie pokonali Dragons 49:34.

Finał z Milano Seamen był bardziej nerwowy, wrocławianie przez sporą część meczu prowadzili z dużą przewagą, ale Włosi zaczęli odrabiać straty i niewiele brakowało, by je odrobili. Skończyło się na 40:37, a potem była feta :-)

Na hasło „futbol amerykański” większość czytelników będzie miała przed oczami wpadających na siebie i kotłujących się bez sensu zawodników. Tak jest zazwyczaj, kiedy się czegoś nie rozumie. Kotłowanie bierze się stąd, że drużyna atakująca próbuje zablokować obrońców, by nie dopadli biegnącego z piłką, a broniąca stara się go właśnie dorwać. A atakującym chodzi o to, żeby w ciągu trzech prób przenieść piłkę do przodu o 10 jardów. Można to zrobić również przez podanie. Jeśli się uda, atakujący mają trzy nowe próby na pokonanie z piłką 10 jardów i tak aż do końcowego pola punktowego, którego osiągnięcie daje przyłożenie (touchdown) i 6 punktów. Przy czym wbrew nazwie zawodnik nie musi położyć na nim piłki, wystarczy, że ją w nim złapie albo przeniesie nad linią końcową. Efektowne szczupaki, jakie można zobaczyć na meczach, nie mają na celu położenia piłki, tylko zawodnik, który nie ma szans na wbiegnięcie na pole punktowe, stara się do niego doskoczyć.

Jeśli trzy próby się nie powiodą, drużyna atakująca ma do wyboru: próbować po raz czwarty, ale przy fiasku przeciwnicy zaczną atak z tego miejsca, odkopnąć piłkę, by przesunąć punkt, z którego przeciwnicy rozpoczną atak, lub, jeśli jest odpowiednio blisko, kopać na bramkę (tzw. field goal). Piłka musi przelecieć nad poprzeczką między słupkami, co daje 3 punkty.

Po przyłożeniu jest szansa na zdobycie dodatkowych punktów, jednego przez podwyższenie, czyli kopnięcie na bramkę, lub dwóch przez ponowne dotarcie z piłką na pole punktowe z odległości kilku jardów (dokładna odległość jest zależna od ligi).

Różne możliwości zdobywania punktów, wybór między grą biegową a podaniową powodują, że w grze jest wiele taktyki, co czyni ją znacznie ciekawszą (przynajmniej dla mnie) od piłki nożnej. I w ogóle się te punkty zdobywa, nie ma meczów, które kończą się wynikiem zero zero. Przecież można kipnąć z nudów, kiedy piłkarze stoją i podają sobie piłkę pod własną bramką albo do bramkarza, bo nie mogą przejść dalej i przez 90 minut nie pada żadna bramka. Po odpadnięciu naszych z Euro kibicowałem dalej Niemcom, bo w państwie Kaczyńskiego to ja zawsze będę opcja niemiecka, i to nie ukryta, a jawna, i ziewałem podczas meczu z Włochami, a potem się zirytowałem, kiedy o wyniku przesądziło przypadkowe zagranie ręką w polu karnym przez Boatenga. Przy czym nie było groźnej sytuacji, Włosi nic by nie wskórali, a tak praktycznie dostali w prezencie bramkę. Karny to może miał sens w latach 50., kiedy wyniki były 5-2, 7-3 czy 6-4, przy obecnych, gdzie o zwycięstwie najczęściej decyduje przewaga jednego gola, powinien być strzelany z szesnastu metrów.

W futbolu amerykańskim zdecydowanie bardziej emocjonujące są też końcówki. W piłce drużynie prowadzącej pod koniec spotkania jedną bramką w praktyce przegrana nie grozi, w futbolu przewaga siedmiopunktowa nie daje żadnej gwarancji, przeciwnicy mogą ją odrobić i mają na to szansę do ostatniej sekundy, bo akcja rozpoczęta w ostatniej sekundzie rozgrywana jest do końca. I nieraz odrabiają.

Kogo zainteresowałem, to może popatrzeć na jesieni na mecze w ProSieben Maxx (z satelity), gdzie co niedziela będą transmitowane po dwa spotkania NFL, futbol amerykański zaczął też pokazywać Polsat Sport News (naziemna cyfrowa). A w Gdyni, Szczecinie, Białymstoku, Warszawie i Wrocławiu można przyjść na mecze polskiej Topligi (z tym że to już na wiosnę przyszłego roku), jest bardzo sympatyczna atmosfera, żadnych kiboli.

poniedziałek, 25 lipca 2016

Bo samochód to ma cztery koła, czyli Migura o Twitterze

Łukasz Migura wezwał czytelników mojego bloga, by przenieśli się do niego, gdzie jest bardziej estetycznie tudzież mniej hejtersko. Oczywiście nie chcąc tych czytelników stracić, w te pędy pognałem na blog Migury, by nauczyć się pisać bardziej estetycznie tudzież mniej hejtersko. Podglądanie lepszych od siebie jest bardzo dobrą metodą nauki.

Moją uwagę zwrócił uwagę wpis pt. Jak to się robi z Twitterem?. Pewnie dlatego, że widziałem jego reklamę na facebookowej grupie poświęconej self-publishingowi. Dlaczego wpis o Twitterze Migura rekomenduje self-publisherom, a nie miłośnikom rybek akwariowych, jest wprawdzie dla mnie niejasne, ale ja taki trochę ograniczony jestem i nie zawsze nadążam za tokiem rozumowania wielkich umysłów.

Minęło już pięć lat i pięć miesięcy, odkąd założyłem konto na Twitterze. (…) O ile dobrze pamiętam na Twitterze pojawiłem się w grudniu 2010 roku (…)

Długopis, przyszykowany do zaznaczenia tej wiekopomnej daty w kalendarzu, by stosownie czcić rocznice, wypadł nam z ręki. No jak tak można, żeby nie podać daty dziennej wydarzenia na miarę zburzenia Bastylii? :-(

Nie jestem specjalistą od tej platformy (…). Coś już jednak wiem i chciałbym podzielić się moimi przemyśleniami.

O Boże.

O ile dobrze pamiętam na Twitterze pojawiłem się w grudniu 2010 roku, ale z jakimkolwiek działaniem czekałem kilka miesięcy od chwili założenia konta. W latach 2012-2013 liczba Polaków, rejestrujących się na portalu nieśmiale rosła.

A my z pewną taką nieśmiałością chcielibyśmy zapytać, co ma nieużywanie konta do liczby Polaków nieśmiale rosnącej.

Pojawiali się tam głównie dziennikarze, których przyciągnęła szybkość tworzenia i dzielenia się komunikatami (…)

Potwierdzamy, że szybkość tworzenia komunikatami jest bardzo przyciągająca.

Trzeba jednak zaznaczyć, że obie grupy w obsłudze nowych mediów cechują się swego rodzaju archaicznością.

Zgodzą się państwo, że Migura ze swego rodzaju nowoczesnością bardzo ładnie im przysrał?

Powiedziałbym nawet względnie wysokim poziomem skostnienia i zabawną nieporadnością.

Wypisz wymaluj, jak Migura przy pisaniu tekstów.

Nie da się ukryć, że dziennikarze i politycy nie tylko nie zrozumieli idei towarzyszącej Twitterowi, ale również nie potrafili wykorzystać go na własną modłę.

Nie da się ukryć, że Migura nie tylko nie zrozumiał idei towarzyszącej pisaniu, ale również nie potrafi wykorzystać języka polskiego na własną modłę.

Dziennikarze zaś, o ile prowadzą prywatny profil, robią to z musu, często pod naciskiem redaktorów naczelnych.

Dziennikarze się panu Łukaszowi w mankiet wypłakiwali, to świetnie wie, do jakich niecnych rzeczy są zmuszani.

Ich działania ograniczają się wtedy jedynie do śmiecenia linkami, nikt nawet nie myśli o komentowaniu rzeczywistości czy promowaniu treści obcych.

Po katastrofie pozaziemskiego statku kosmicznego bierzemy takiego obcego i patroszymy go z treści, żeby wypromować ją na Twitterze.

Kolejny duży błąd w obsłudze tej platformy społecznościowej popełniają firmy, przede wszystkim niewielkie, których prezesi i właścicieli ledwie słyszeli o social mediach.

Musimy powiedzieć, że zawsze nas rozczula przekonanie Migury i jemu podobnych, że oni są znawcy soszialmidjów, a reszta to internetowi analfabeci.

Założyciele niedużych biznesów albo skupiają się na Facebooku, na Twitterze robiąc jedynie przedruki postów, zamieszczonych na platformie Zuckerberga, albo ćwierkają o własnej ofercie. Co oczywiście nie pozwoli uzyskać oczekiwanego efektu.

Migura oczywiście wie, jak uzyskać oczekiwany efekt, ale nie powie.

Twitter to platforma mikroblogowa, pozwalająca na publikację treści nie dłuższych niż 140 znaków.

No właśnie mieliśmy takie wrażenie, że nie wiemy, o czym czytamy, ale na szczęście Migura w porę wyjaśnił.

Cechuje się dużą szybkością wymiany wiadomości, zmuszając użytkowników do publikowania jak najzwięźlejszych komunikatów.

To my nie łapiemy, może wiadomość za szybko podana. Komunikaty są zwięzłe, bo trzeba się nimi szybko wymieniać, czy dlatego, że jest odgórne ograniczenie do 140 znaków?

W świecie mass mediów, tysięcy informacji docierających do nas każdego dnia i wciąż przyspieszającego mobilnego internetu, z którego jeszcze kilka lat temu korzystali wyłącznie biznesmeni, a dzisiaj mogą cieszyć się nim niemal wszyscy, wydaje się, że pomysł na platformę pokroju Twittera był strzałem w dziesiątkę.

Aha. Bo Twitter powstał wczoraj, a nie dziesięć lat temu, kiedy to z mobilnego internetu nie korzystali nawet biznesmeni, tylko jaskiniowcy. Dlatego też Migura jest ostrożny w ocenie. Wydaje się. Przy nowych rzeczach nie można być kategorycznym w osądach, co innego, gdyby Twitter działał z dziesięć lat, wtedy można by już jednoznacznie powiedzieć, czy pomysł na Twittera to był strzał w dziesiątkę, czy kulą w płot.

Twitter to miejsce dla ludzi, którzy mają coś do powiedzenia.

Też uważamy, że Twitter to nie miejsce dla Łukasza Migury.

Być może tkwię w pewnej bańce informacyjnej (…)

Też mamy wrażenie, że Migura tkwi w pewnej bańce, ale o rodzaju bańki nie będziemy się wypowiadać.

(…) dostrzegam tendencję przejmowania w Polsce Twittera przez wszelkiej maści twórców. Obok blogerów, dużą grupą obecną w portalu założonym przez Jacka Dorseya są PRowcy i HRowcy pracujący w koprporacjach

PR to skrót od „pisarz”, a HR „harfistka”.

W Twitterze chodzi głównie o promocję, kreowanie wizerunku i networking. (…) biznesmeni i blogerzy, ludzie, którzy chcą nawiązać kontakty z innymi ciekawymi osobami są uczestnikami i prowodyrami ruchu wewnątrz strony. To właśnie oni rozumieją ideę portalu i nie promują swoich usług czy produktów, ale wchodzą w dyskusję i być może, kreują lepszy świat.

Chodzi o promocję, ale prowodyrzy ruchu, którzy rozumieją ideę, nie promują. Czy prowodyr ruchu to rodzaj zawiadowcy ruchu?

(…) serwis oferuje możliwość analizy danych zarówno śledzących ludzi, jak i organicznych odbiorców. Kiedy odkryłem tę funkcję, zrozumiałem, że działanie na Twitterze powinno być spontaniczne, ale analiza zawartych danych pozwoli na zwiększenie CTRu publikowanch wiadomości.

Objawienie takie, że apokalipsa św. Jana wysiada.

Kiedy pierwszy raz zetknąłem się z Migurą, który postanowił uczyć innych pisania opowiadań, choć ani o uczeniu, ani o pisaniu nie ma bladego pojęcia, wydawało mi się, że trafiłem na gościa rokującego pewne nadzieje. Że intensywna nauka, praca nad warsztatem i zdobywanie doświadczenia zaowocują sensownymi tekstami. Muszę przyznać, że pomyliłem się na całej linii. Nie wiem wprawdzie, czy Migurze nie chce się przykładać do nauki, bo uważa, że już jest doskonały, czy należy do tych opornych na wiedzę, ale dla efektu nie ma to znaczenia. Istotę tekstu o Twitterze najlepiej oddaje frazeologizm „pierdolenie kotka za pomocą młotka”, nie tylko pod względem semantycznym, ale też obrazu, jaki za sobą niesie. Wpis dokładnie o niczym, brak myśli przewodniej, niezdefiniowany odbiorca (dla kogo jest informacja, że Twitter pozwala tylko na krótkie komunikaty? dla tych, którzy wczoraj odkryli internet, a wraz z nim bloga Migury?), informacje od Sasa do Lasa w sąsiadujących zdaniach, szwankująca logika, polszczyzna pozostawiająca bardzo wiele do życzenia. Migura pisze tak, jak odpowiada słaby uczeń, który, zacinając się, bez ładu i składu wyrzuca z siebie wszystko, co na dany temat wie. Nie umie czytelnika poprowadzić, zainteresować, opowiedzieć o czymś w sposób atrakcyjny, a ta ostatnia umiejętność jest szczególnie potrzebna, jeśli – jak Migura – pisze się głównie o rzeczach wszystkim znanych. No bo, na litość boską, ile osób dopiero z tekstu Migury dowiedziało się, czym jest Twitter i jak funkcjonuje?