Kiedy poprzednio rozważałem, co self-publishing ma wspólnego z pisarstwem, zostałem przez kolegę po piórze wysłany na spacer, bo ze spaceru można przynieść ciekawe tematy, czemu kolega dał wyraz, opisując spotkanie swoje i pieska z kotem sąsiada. Wolałbym wprawdzie, żeby pisarz ocenił, czy trafna jest moja analiza, że musi ulec zmianie desygnat określenia „wydać książkę”, ale skoro ciekawsze są dla niego pieski i kotki, do wyboru tematów nie zamierzam mu się wtrącać i proszę łaskawie, żeby zrewanżował mi się tym samym.
Jak już ustaliliśmy (przy zdaniach odrębnych samych zainteresowanych :-), self-publisherzy pisarzami nie są. Pytanie, jak ocenić zjawisko self-publishingu. Czy ktoś może mieć pretensje, że dorosły człowiek za własne pieniądze kupuje sobie trochę złudzeń, które inny chce mu sprzedać? Przecież nie tylko na rynku wydawniczym dochodzi do takich transakcji. Problem polega na tym, że mamy do czynienia nie z pojedynczymi grafomanami, tylko z całą rzeszą, która nagle może prezentować swoje wypociny w formie książkowej. A to niesie za sobą parę niekorzystnych skutków.
Zacznę jednak od zdefiniowania pojęcia „grafoman”, a raczej od wskazania, że używam tego słowa w jego podstawowym, pierwotnym znaczeniu. Raz to już napisałem, ale większość albo nie rozumie, co piszę, albo to ignoruje. Powtarzam więc: grafomanami nie są Katarzyna Michalak, Andrzej Pilipiuk, Katarzyna Grochola, Paulo Coelho i inni, którym taką łatkę chętnie przypinają twórcy prozy wysokoartystycznej. Wszyscy wymienieni warsztat pisarski mają w małym palcu: znają reguły swojego języka, rozumieją słowa, jakimi się posługują, potrafią łączyć je w sensowne zdania, a z tych poprawnie konstruować sceny. Grafomani tych umiejętności nie posiadają. Dotąd „konflikt” przebiegał na linii twórcy wybitni – twórcy popularni. Ci drudzy zarzucali pierwszym brak czytelników i pisanie pod krytykę, za co w rewanżu dostawali epitetem „grafoman”. Ten „konflikt” jest przeszłością, bo na rynku pojawili się prawdziwi grafomani. Piszący takim bełkotem, że redaktorzy jak Polska długa i szeroka wywalali ich maszynopisy do kosza po przeczytaniu najdalej pięciu zdań. Na redaktorów stojących na straży polszczyzny znalazł się jednak sposób: druk cyfrowy. Parę tysiączków w portfelu i można ogłosić bełkot drukiem, a siebie pisarzem. Tym chętniej, im gorzej się pisze. Bo ciekawe, że self-publisherzy rzeczywiście mający jakieś pisarskie predyspozycje niekoniecznie zaraz wypinają pierś po order. Ba, sami pisarze jakby nie zawsze byli pewni, czy zasługują na to miano: Urszula Jaksik uważa, że bardziej pasuje do niej określenie „autorka”, Władysław Zdanowicz twierdzi, że jest „opowiadaczem literackich historii”, a ja sam nie odważyłem się powiedzieć o sobie „pisarz”, dopóki nie nazwało mnie tak kilkanaście obcych mi osób.
Wróćmy do języka utworów. Dotąd literatura była bastionem poprawnej i ładnej polszczyzny. Jej swoistym barometrem, bo pisarze mają czułe ucho, słyszą, co i jak się wokół nich mówi, i oddają ten język w swoich utworach. Ale z pełną świadomością, wiedzą, co jest błędem i ten błąd zaznaczają (np. wkładając go w usta postaci mówiącej niepoprawnie), wiedzą, co jest zwrotem, który można i warto rozpowszechnić, i w jakich kontekstach wolno im użyć tych będących w polszczyźnie od dawna. Sami tworzą nowe słowa i zwroty, ale trzymając się reguł języka. Z literatury korzystają autorzy słowników, przytaczając z niej przykłady znaczeń słów i zastosowań danych zwrotów. I to wcale nie tylko z tej wysokoartystycznej, jak pewnie myśli większość i jak myślałem i ja, dopóki ku swojemu ogromnemu zdumieniu nie odkryłem w Wielkim słowniku języka polskiego cytatów z „Kanalii”. I co teraz? Czy mamy wziąć „książki” self-publisherów i dzięki nim wzbogacać polszczyznę? Czy do słownika frazeologicznego należy wprowadzić zwroty „noc opada ze świstem”, bo tak napisała Marta Grzebuła, albo „pijacki amok” na określenie stanu bezruchu wskutek przepicia, bo Aleksander Sowa, chociaż wpada w amok na krytykę swoich utworów, nie potrafi użyć tego słowa we właściwym kontekście? Dotąd czytanie książek miało pozytywny wpływ na polszczyznę czytającego, ale skoro możliwe stało się wprowadzanie do obrotu książek pisanych rażąco niepoprawnym językiem, to się to skończy.
Kolejny minus jest taki, że my tę całą makulaturę gromadzimy. Grafomańskie wypociny stają się częścią naszego dziedzictwa narodowego. Do bibliotek uniwersyteckich płyną egzemplarze obowiązkowe, skrupulatnie przesyłane przez firmy self-publishingowe, no bo skoro książka nie ma żadnej wartości, to tej wartości trzeba jej przysporzyć przez nadanie ISBN. Aleksander Sowa w poradniku Autor 2.0. Jak wydać (własną) książkę i na tym zarobić? swoim kuriozalnym stylem wyjaśnia: „(…) numer ISBN jest wyznacznikiem wydania. Innymi słowy jeśli Twoje dzieło otrzyma ten numer, powinien być to dla Ciebie sukces. Oczywiście możesz wydać swoją książkę bez numeru ISBN, ale nazwijmy to po imieniu. Jest to amatorszczyzna” (str. 38). I żeby udowodnić, że jego dzieła to nie amatorszczyzna, podaje ich numery ISBN. To oczywiście wszystko bzdury, nadanie ISBN nie jest ani wyznacznikiem wydania ani żadnym sukcesem, tylko standardową procedurą. Równie dobrze za wyznacznik wydania i sukces Sowa mógłby uznać, że książka ma okładki.
Zjawisko self-publishingu powoduje też fałszowanie statystyk. Ostatnio GUS podał, że średni nakład beletrystyki spadł z 5,8 tysiąca egzemplarzy w 2000 r. do 3,3 tys. w 2012 r. W tym czasie nie nastąpiły żadne zjawiska wyjaśniające tak duży spadek poza rozwojem firm self-publishingowych, które wypuszczają nakłady od trzystu egzemplarzy w dół, często nawet poniżej setki.
I tu mamy przejście do kolejnego problemu. Książka przy takim nakładzie jest bez szans na rynku, co oznacza, że self-publisherzy mający zadatki na pisarza marnują swoje debiuty. I nie rozwijają się. Nawet uzdolniony debiutant rzadko pisze tak, by jego książka nadawała się do druku bez większych poprawek. A współpraca z dobrym redaktorem jest dla pisarza naprawdę nie do przecenienia.
A jak reaguje czytelnik, kiedy dostaje nawet nieźle rokujący, ale niedopracowany tekst, nie mówiąc już o grafomańskich płodach? Ano tak, jak autorka bloga Książka na każdy dzień: „książki zagraniczne to bardziej pewny wybór”. Przeciętny bloger i czytelnik nie odróżnia Warszawskiej Firmy Wydawniczej od Warszawskiego Wydawnictwa Literackiego. Wydawnictwo to wydawnictwo, wydana książka to wydana książka, czyta i dochodzi do wniosku, że polscy pisarze nie potrafią pisać, lepiej sobie nie zawracać nimi głowy. A to w sytuacji, gdy rodzimi autorzy i tak mają ciężko, bo Polacy z definicji nie cenią dokonań swoich rodaków. W Szwecji akcja „czytajmy szwedzkich autorów” miałaby tyle samo sensu, co nawoływanie, by obywatele przynajmniej raz dziennie zjedli posiłek. W Polsce zachęcanie do czytania polskich pisarzy jest potrzebne i rewelacyjnie, że są zapaleńcy, którzy to robią. Tylko co z tego, skoro po zakupie książki Evanartu czytelnik będzie z daleka omijał wszystkie polsko brzmiące nazwiska.
Nic pozytywnego nie ma również w histerii, z jaką self-publisherzy reagują na krytykę. I nie mówię tylko o moich wpisach. Głośna była sprawa Karola Ketzera („wydawnictwo” Novae Res), który w odwecie za niepochlebną opinię ordynarnie komentował fizyczne walory 15-letniej dziewczyny (podaję za blogiem Waniliowe czytadła). Oczywiście zachowanie poszło na konto „polskich pisarzy”, bo przecież takiej zakulisowej wiedzy, że ten pan żadnym pisarzem nie jest, skoro za wydanie swojej książki musi płacić, większość nie posiada. Prawdziwy pisarz krytykę zbywa milczeniem, ewentualnie z recenzentem rzeczowo polemizuje (wcześniej się tego nie praktykowało, ale z wraz z internetem to się zmienia). Nawet jeśli zdarzy się, że pisarza poniosą nerwy, to pewnych granic nie przekracza. Pisarz ma ten pancerz, którego nie posiadają self-publisherzy: moja książka nie może być aż tak zła, jak twierdzi krytyk, skoro wydawca uznał, że jest na tyle dobra, by zainwestować w nią własną kasę. Ofiarą mojej złośliwości padają nie tylko grafomani. Poużywałem sobie na przykład na wierszu Macieja Cisły. Nie spotkało się to z żadną reakcją, bo pisarz z prawdziwego zdarzenia godzi się z tym, że pewne rzeczy musi przyjąć na klatę. Self-publisher uważa się za pisarza, ale najwyraźniej pisarza specjalnej troski, którego krytykowanie, a już nie daj Boże w sposób prześmiewczy, jest niedopuszczalne. Reakcja Aleksandra Sowy i Marty Grzebuły (choć w tym przypadku bardziej jej zwolenników niż samej autorki) na analizę ich pisaniny była do tego stopnia zbieżna, że sporządziłem sobie listę, którą następnym razem będę odhaczał. Bo oczywiście nie zamierzam dać sobie zamknąć ust, ale właśnie problemem jest to, że niejedna osoba po napaści ze strony grafomanów nie odważy się już więcej krytykować.
Jak to więc przebiega? Krytyki sensu stricto grafomani (lub ich poplecznicy) nawet nie próbują kwestionować. Nie starają się wykazać, że wskazane błędy błędami nie są, że przytoczone frazy to nie kulawa grafomańska stylistyka, lecz piękna literacka polszczyzna. Skoro nie są w stanie obronić swojego tekstu, starają się zdyskredytować krytyka (czyli mnie) następującymi zarzutami:
a) Paweł Pollak obraża autora;
b) Paweł Pollak jest pozbawionym kultury chamem;
c) Paweł Pollak zwalcza konkurencję;
d) Paweł Pollak chce zrobić wokół siebie szum i tym sposobem wypromować swoje nędzne książki oraz bloga, na którego pies z kulawą nogą nie zagląda.
Ogólnie można podsumować, że nawet gdyby te wszystkie cztery zarzuty uznać za zasadne, to w meritum niczego one nie zmieniają. Ale oczywiście o meritum grafomani ani ich poplecznicy rozmawiać nie mają zamiaru. W ogóle od jakichkolwiek uzasadnień swoich twierdzeń są jak najdalsi. Zarzut obrażania pada, ale oczywiście żądanie, aby owe rzekome obelgi raczyli wskazać, pozostaje bez odpowiedzi, co bynajmniej grafomanom nie przeszkadza powtarzać zarzutu, kiedy tylko i gdzie tylko się da.
Ci sami ludzie, piszący o moim braku kultury, bez problemu godzą swoją kulturę z nazywaniem mnie „błaznem” i „moralnym prymitywem” (Aleksander Sowa), „narcystycznym” (pod tekstem, w którym o sobie napisałem tyle, że przeszedłem weryfikację na normalnej ścieżce wydawniczej) i „infantylnym” (Luiza Dobrzyńska; nawiasem mówiąc, epitet w ustach kobiety przebierającej się w stroje ze „Star Treka” dość ryzykowny) czy określaniem mojej fizjonomii mianem „ryja” i wyrażaniem opinii, że na taką osobę jak ja „plunąć nie warto” (Ewa Pałczyńska Winek, również self-publisherka, rzeczniczka Fundacji Oscar, na profilu facebookowym Dobrzyńskiej, która jako osoba wysoce kulturalna nie dostrzegła w tych wpisach nic niestosownego).
Zarzut zwalczania konkurencji tylko potwierdza megalomanię grafomanów, skoro są przekonani, że ich wypociny mogą dla kogokolwiek stanowić konkurencję. Po krytyce Grzebuły podniosły się też głosy, że niesmaczne jest, by jeden pisarz wyśmiewał twórczość drugiego. Jak wskazałem, nikomu nie przyszło do głowy stawiać takiego zarzutu, kiedy wyśmiewałem wiersz Cisły. Po pierwsze, prześmiewcza krytyka jest w pełni uprawniona, po drugie, pisarz ma pełne prawo krytykę uprawiać. Osobiście staram się tego unikać i krytykuję jedynie teksty jednoznacznie grafomańskie, ale nie ma takiej normy, że pisarzowi nie wolno zajmować się twórczością kolegów po piórze.
Co do chęci robienia wokół siebie szumu, to jak każdy zarzut moich oponentów pozostaje on oczywiście bez dowodu. I jeśli zapytam, dlaczego nie biorę sobie co miesiąc jakiegoś grafomana pod lupę (tekstów przecież nie brakuje), skoro zapewnia to taki rozgłos, to odpowiedzi, rzecz jasna, się nie doczekam.
Na tym jednak nie koniec. Grafomani grożą mi też zawsze sądem i starają się zdyskredytować moją twórczość. Sowa robił to w ten sposób, że anonimowo zamieszczał negatywne opinie na temat moich książek na czytelniczym portalu. Nieco bardziej wyrafinowana okazała się Pola Pane, która oceniła, że „Niepełni” są beznadziejni, bo w rzeczywistości niepełnosprawni uprawiają seks inną techniką, niż jest to opisane w książce, do tego „według autora ciąża kobiety trwa 11 miesięcy”, bo „tam laska jest w 2 miesiącu ciąży, ale kilka stron później mówi, że za 9 miesięcy dziecko ujrzy świat, no to jak się to doda wychodzi 11 i nie chce być inaczej”. Czyli „strona merytoryczna to KATASTROFA” (cytaty z profilu na Facebooku). Ja bym powiedział, że katastrofą jest to, że polska szkoła wypuszcza takich wtórnych analfabetów jak Pola Pane. W rzeczonej scenie dziewczyna rzeczywiście jest w drugim miesiącu ciąży, ale potem następuje r e t r o s p e k c j a i zostają przytoczone słowa bohaterki sprzed dwóch miesięcy. Co się dziwić, że osoba, która uważa, że powieść pisze się według tych samych reguł, co instruktażowe broszurki medyczne, i nie rozpoznaje retrospekcji, podkreślonej jeszcze słowami „wtedy” i „teraz”, nie może znaleźć wydawcy na swoją książkę. Żeby pisać dobre powieści, trzeba najpierw wiedzieć, czym powieść jest, a przede wszystkim trzeba nabyć umiejętność czytania ze zrozumieniem.
Czy ze zjawiskiem self-publishingu da się jakoś walczyć? Metodami administracyjnymi nie, bo chroni je zarówno zasada wolności słowa, jak i swobody obrotu gospodarczego. Ale należałoby mieć na celowniku takich autorów, każdy portal literacki powinien prowadzić „Kącik grafomana” i cytować co smaczniejsze passusy z samowypocin (za drobne honorarium podejmuję się pisać komentarze do tych passusów :-). Tymczasem portale traktują te wytwory jako normalne książki. Niech będzie, że wyłuskają dwie, trzy wartościowe pozycje i je zrecenzują. Ale po co zamieszczać „informacje nadesłane” przez „wydawnictwa”, w ogóle nie przyglądając się ich kulawej polszczyźnie.
Portale literackie zamiast z dużym krytycyzmem odnosić się do surowych, nieselekcjonowanych tekstów, wręcz promują self-publishing. Granice.pl organizują konkurs, w którym self-publisherzy regularnie zdobywają nagrody i wyróżnienia. Jakim cudem? Ano takim, że nie jest to żaden konkurs, tylko płatna reklama, z której poważni wydawcy raczej nie korzystają. A żeby więcej zarobić, portal ustanowił kategorii od groma i na nominację, wyróżnienie czy nagrodę łatwo się załapać. I potem Sowa czy Dobrzyńska mają argument, że są pisarzami, i to nawet lepszymi od takiego Pollaka, bo zdobyli nagrody literackie, a Pollak nie (też w tym „konkursie” dostałem „nagrodę” za „Między prawem a sprawiedliwością”, ale kiedy dowiedziałem się od wydawnictwa, że za „nagrodę” zapłaciło, oczywiście odpuściłem sobie wpisywanie jej do swojego pisarskiego CV).
I to na razie tyle o self-publishingu z mojej strony.