poniedziałek, 25 listopada 2013

Bo tłumacz do dupy jest

Justyna Sobolewska zrecenzowała w „Polityce” (nr 46) powieść Marii Sveland pt. „Zgorzkniała pizda”. Czytam tę recenzję, bo tytuł skutecznie zniechęcił mnie do czytania powieści (a unikam recenzji książek, które mam w planach) i natrafiam na opinię, że „Zgorzkniała pizda” nie wytrzymuje porównania z genialnym i autoironicznym „Strachem przed lataniem”, bo jest w gruncie rzeczy tylko poradnikiem (bardzo kiepsko przetłumaczonym), jak nie być sfrustrowaną matką i mężatką. Przecieram oczy ze zdumienia i czytam to zdanie powtórnie, ale nic w nim nie przybywa. Szukam w pozostałej części tekstu, też nic. Krytyczka rozprawiła się z tłumaczeniem ujętym w nawias równoważnikiem zdania. Na marginesie, mimochodem, od niechcenia oceniła w poczytnym tygodniku, że pan Maciej Muszalski źle wykonał swoją pracę. Bez żadnych przykładów, bez choćby szczątkowego uzasadnienia, mocą swego autorytetu orzekła, że tłumacz jest niekompetentny.

No to sprawdzam, jakim autorytetem w dziedzinie przekładu literackiego, ze szczególnym uwzględnieniem literatury szwedzkiej, jest Justyna Sobolewska. Może to aktywna tłumaczka z co najmniej dziesięcioma przełożonymi tytułami na koncie? Nie. Może wykłada literaturę szwedzką na skandynawistyce? Też nie. Specjalistka od translatoryki publikująca regularnie w „Przekładańcu”? Guzik. Czy pani Sobolewska zna w ogóle język szwedzki? Nic na to nie wskazuje. Ale wie, że tłumacz źle przełożył książkę. A ja się pytam, skąd wie, skoro z oryginału jest w stanie zrozumieć tyle, ile przeciętny Chińczyk z „Pana Tadeusza”.

Dotąd krytycy literaccy dezawuowali przekłady w ten sposób, że przytaczali z tekstu jedną źle brzmiącą frazę, wskazywali na jakiś źle przetłumaczony wyraz lub zwrot i na tej podstawie stwierdzali, że przekład jest do niczego. Skoro da się zjechać powieść, nie mając żadnej specjalistycznej wiedzy, to żadna specjalistyczna wiedza – zdaniem krytyków – nie jest też potrzebna, by zjechać tłumaczenie. Co tam, że źle brzmiąca fraza może być idealnym odwzorowaniem źle brzmiącej oryginalnej frazy. Takiemu krytykowi wydaje się, że tłumaczenie polega na wygładzaniu oryginału. Co tam, że tłumaczenie owego słowa lub zwrotu niekoniecznie jest błędne, bo żeby to stwierdzić, trzeba zajrzeć do tekstu źródłowego. A na to krytyk nie ma czasu, bo wisi nad nim deadline, więc lekką ręką wyrzuca do kosza kilka miesięcy cudzej pracy, swoją wykonując na kolanie.

Żeby solidnie ocenić przekład, trzeba usiąść i skrupulatnie porównać go z oryginałem. Bo jeśli nawet wskazane błędy rzeczywiście nimi są, to jeden (choćby rażący) czy kilka nie przesądza jeszcze o jakości przekładu. Ale Sobolewska idzie w drugą stronę. Teraz po prostu krytyk będzie nam ex cathedra obwieszczał, czy tłumaczenie jest dobre, czy złe.

Nie wiem, oczywiście, czy Muszalski przełożył powieść Sveland kongenialnie, poprawnie, kiepsko czy beznadziejnie. Ale wiem z całą pewnością, że Sobolewska ma o jakości tego przekładu takie pojęcie, jak głuchoniemy o prowadzeniu audycji radiowych. Co więcej, nie odważyłbym się oceniać tłumaczenia Muszalskiego wyłącznie po lekturze polskiej wersji, a śmiem twierdzić, że mam trochę wyższe kwalifikacje od pani Sobolewskiej do analizowania przekładów szwedzkiej literatury.

sobota, 23 listopada 2013

Wrocław – spotkanie autorskie

Miejska Biblioteka Publiczna zorganizowała mi spotkanie autorskie, które odbędzie się w najbliższą środę, 27 listopada, o godz. 17.00 w filii przy ul. Roosevelta we Wrocławiu. Poprowadzi je Alicja Borończyk-Lewandowska. Wbrew wrażeniu, jakie mogę sprawiać na blogu, nie gryzę, więc bez obaw można przyjść :-)

poniedziałek, 18 listopada 2013

Mały krok pisarza

Drodzy państwo, w piątek 15 listopada dokładnie o godzinie 14.37 wysłałem do Oficynki maila z załączoną nową powieścią o komisarzu Przygodnym. Mały krok pisarza, całkowicie pozbawiony znaczenia dla ludzkości.

Książka jest gotowa, ale nie ma jeszcze ostatecznego tytułu, co zdarza mi się po raz pierwszy. Ponieważ jednak nie muszę rozsyłać propozycji wydawniczych (też po raz pierwszy), tylko składam książkę w wydawnictwie, które na nią czeka, mogę sobie dać dodatkowy czas na wymyślenie tytułu.

Będę się teraz niepokoił, jak powieść zostanie przyjęta (i w wydawnictwie, i przez czytelników), bo „Gdzie mól i rdza” wzbudziło taki entuzjazm, że poprzeczka została ustawiona bardzo wysoko. A dotąd nie pisałem jeszcze kontynuacji, za każdym razem beztrosko brałem się za zupełnie inny temat lub gatunek.

O zagadce, jaką będzie miał do rozwiązania Przygodny, wspominałem już wielokrotnie, w wywiadach i na blogu: komisarz będzie musiał znaleźć sprawcę zabójstwa dwojga licealistów. Dowiemy się również, co dalej z jego życiem prywatnym. Poza tym zastosowałem receptę inżyniera Mamonia i w powieści występuje ta sama galeria postaci: seksistowski dziennikarz Kuriata, patolog Małecki ze swoimi sarkazmami, aspirant Gajda mający predylekcję do zbyt długich wstępów, nierozgarnięci posterunkowi Wójcik i Wojtkiewicz. Wojtkiewicz przekona kolegę do nowej teorii spiskowej, ale w pracy schowany za jego plecami będzie przypominał rodakom, że mówimy „właśnie”, a nie „dokładnie”. Pojawi się ponownie krewki profesor Sobieski, a wraz z nim kwestia, jak wygląda czy powinien wyglądać pisarz. To reperkusja spotkania autorskiego w sopockiej bibliotece, podczas którego jedna z czytelniczek ze zdziwieniem skonstatowała, że wcale nie wyglądam na autora kryminałów :-)

„Gdzie mól i rdza” było krytykowane za to, że nie ma w nim znaczących postaci kobiecych, a autor wziął sobie tę krytykę do serca i do zespołu „Kuriera” dokooptował zagorzałą feministkę. O tym, jak dogaduje się ona z Kuriatą, to już w książce :-)

A kiedy będzie można przeczytać? Zakładając, że napisałem rzecz przyzwoitą, to w przyszłym roku, ale kiedy dokładnie, będzie zależało od wydawnictwa. Teraz wszystko w rękach konia, jak mawiał niezapomniany Jan Ciszewski.

poniedziałek, 11 listopada 2013

Kalicińska vs. Karpowicz

Spór jest głośny, więc referował go nie będę, tylko komentował. Przede wszystkim świetnie, że spór literacki trafił na łamy wielkonakładowej prasy. Przeczytanie codziennej gazety zajmuje mi coraz mniej czasu, bo kiedy widzę artykuł o synekurach dla polityków, to dokładnie wiem, co dziennikarz skrytykuje i jak polityk będzie się tłumaczył, a wiedząc również, że nic z tego nie wyniknie, artykuł opuszczam. Dyskusja o kryteriach przyznawania nagród literackich była naprawdę odświeżająca i przeczytałem ją z dużym zainteresowaniem.

Z trochę mniejszym komentarze, bo przypomniały mi, że jesteśmy w Polsce i wielu komentatorów jak zwykle nie interesowało meritum, tylko _intencje_ uczestników sporu. Dla przeciętnego Polaka nie jest istotne, co ktoś napisał i jakich argumentów użył, tylko dlaczego to napisał i jaki miał w tym interes. Przy czym to, że miał interes, przyjmowane jest za taki sam pewnik, jak dwa wybuchy w Smoleńsku. A skoro Kalicińska skrytykowała nieprzyznawanie Nike twórcom literatury à la Kalicińska, to dla tropiących intencje jest oczywiste, że sama tę Nike chciałaby dostać. Tymczasem w jej tekście nie ma pół zdania, które by na taką intencję wskazywało. Co więcej, kompromitujące przyznawanie się, że książki, o których pisze, zna jedynie ze streszczeń, świadczy o tym, że gdyby Kalicińska była rozżalona niedostrzeganiem jej twórczości przez jury, nie byłaby w stanie tego rozżalenia ukryć. Moim zdaniem, Kalicińską szczerze by ucieszyło, gdyby Nike dostała Ulatowska, i chwała jej za to, że odważyła się wygłosić swą krytykę, bo większość pisarzy siedzi oczywiście cicho, mając świadomość, że kiedy tylko skomentują jakąś nagrodę, wszyscy przyjmą za pewnik, że bardzo tej nagrody pragną. A ponieważ nadal jesteśmy w Polsce, chęć dostania przez pisarza nagrody uznawana jest za coś deprecjonującego, chociaż to naturalne, że człowiek chce zostać wyróżniony. Poza tym dla polskich pisarzy nagrody to nie tylko wyróżnienie, lecz także, z braku stypendiów, sposób na podreperowanie finansów.

Czy Kalicińska ma rację, twierdząc, że jurorzy wszelakich nagród preferują książki pesymistyczne? Polemizowałbym. Z nagrodzonych Nike znam „Biegunów” Tokarczuk i „Traktat o łuskaniu fasoli” Myśliwskiego (właśnie przymierzam się do „Widnokręgu”) i nie powiedziałbym, że któraś z tych powieści jest szczególnie pesymistyczna. Upierałbym się raczej, że preferowane są książki mówiące o jakimś problemie. Bo one są po prostu o czymś. Na upartego można napisać powieść o szczęśliwym małżeństwie, tyle że tak naprawdę nie ma o czym pisać. A czy książka o niczym może być dobra? Dobrych powieści o nieszczęśliwych małżeństwach jest multum. Kłaniają się Tołstojowskie szczęśliwe i nieszczęśliwe rodziny.

Drugim elementem, którego Kalicińska nie bierze pod uwagę (czy nie dostrzega, korzystając ze streszczeń) jest język utworu, dla przyznających nagrody jednak ważniejszy od tematyki książki. Obojętne, o czym napiszą Tokarczuk czy Myśliwski, zrobią to takim językiem, że nominacja zawsze będzie uprawniona.

Jury „poważnych” nagród literackich nie uznaje takich gatunków literatury jak kryminał, fantasy, romans (owszem, „Jedenaście” Świetlickiego dostało Gdynię, ale właśnie za to, że bardziej kryminałem nie jest, niż jest). Dwa pierwsze dorobiły się własnych nagród i może to jest rozwiązanie. Nagroda dla najlepszej książki zakończonej happy endem. I nie piszę tego ironicznie. Jeśli chce się promować pisarzy, którzy patrzą na świat przez różowe okulary, to nie oglądać się na Nike, tylko ustanowić własną nagrodę.

Na Nike też się nie ma co oglądać, bo to kuriozalna nagroda. Wiadomo, że laury literackie są niewymierne, ale jednak dwie powieści można ze sobą porównać, wykazać, że według jakichś tam kryteriów jedna jest lepsza od drugiej. Można wyrazić subiektywną opinię, że jedna powieść podoba nam się bardziej od innej. Nie da się natomiast w żaden sposób wykazać wyższości danej powieści nad danym tomikiem poezji czy zbiorem esejów. Nie da się również powiedzieć, że na przykład „Stepy Akermańskie” podobają nam się bardziej od „Starej baśni”. Pani Jola może się wydawać komuś ładniejsza niż pani Zosia, ale jeśli ktoś za najładniejszego uznaje pana Henia, to gra już w innej lidze. Dobrze, że pomysłodawcy Nike nie organizują zawodów sportowych, bo wypuściliby na ring boksera, szachistę i gimnastyczkę i kazaliby im ze sobą konkurować.

Nike jest też nagrodą środowiskową. Swego czasu sprawdziłem dokładnie, z jakich wydawnictw pochodzą nominowane książki (było mi to potrzebne do opowiadania „Znajdź pan bestseller”) i okazało się, że Nike można by nazwać Nagrodą Pięciu, bo w praktyce liczyły się tytuły tylko pięciu oficyn. Jakoś nie chce mi się wierzyć, by pięć wydawnictw regularnie wydawało ambitną, dobrą literaturę, a reszta sporadycznie, i skłonny raczej jestem podejrzewać, że z trzech zgłoszonych książek faworyzowanego wydawnictwa jurorzy czytają wszystkie trzy, z trzech zgłoszonych przez niefaworyzowane jedną (którą być może wybierają na podstawie streszczenia – i tak zatoczyliśmy koło). Bo szczerze wątpię, by przy na pewno dużej liczbie zgłaszanych tytułów mieli czas na przeczytanie wszystkich.

poniedziałek, 4 listopada 2013

Krótki kurs pisania powieści (specjalnie dla Poli Pane)

Szanowna Pani, na początku minimalne wyrazy uznania, bo chociaż dołącza Pani do seansów nienawiści, które wybuchają w reakcji na moją krytykę zjawiska self-publishingu i możliwości, jakie otworzyło ono grafomanom, to jako jedyna potrafi Pani napisać coś merytorycznego. Co prawda nie na temat, bo ocena mojej powieści nijak ma się do omawianego zagadnienia, ale na tle wyzwisk, obelg i zniewag, do których ograniczają się Pani koledzy, jawi się to prawie jak podjęcie dyskusji.

Ale skoro chce Pani dyskutować o moich książkach, proszę bardzo. Do listy wyszczególnionych przez Panią błędów merytorycznych w „Niepełnych” pozwolę sobie dołączyć inne z moich książek, żeby oszczędzić Pani ich wyszukiwania: w stanie Nowy Jork nie ma kary śmierci, a 90% przepisów, którymi przerzucają się prokuratorzy i adwokaci, nie występuje w żadnym kodeksie („Między prawem a sprawiedliwością”), policjanci nie chodzą za biegłymi po mieście i nie prowadzą z nimi rozmów, tylko ślą im urzędowe pisma z poleceniem sporządzania pisemnych ekspertyz, a w obcym kraju mogą co najwyżej asystować, nie zaś sami prowadzić śledztwo („Kanalia”), posterunkowi nie pracują przy zabójstwach i nie dostają dodatkowego wynagrodzenia za nadgodziny („Gdzie mól i rdza”). A to tylko przykładowe „błędy”. Zresztą w „Niepełnych” też nie zdołała Pani odkryć wszystkich, umknęło Pani chociażby, że na całej trasie Wrocław-Oława nie ma (o zgrozo!) drzewa, o które Edyta mogłaby się rozbić. Autor bezczelnie sobie to drzewo dostawił.

Pani wyraźnie nie odróżnia powieści od reportażu. Owszem, było coś takiego jak powieść reportażowa, ale to przeszłość. Była przeszłością już w dobie telewizji, a co dopiero internetu. Dla autora rzeczywistość nie jest punktem odniesienia jak dla reportera. Dla autora punktem odniesienia jest wiedza _przeciętnego_ czytelnika. Napiszę to jeszcze raz, bo Pani krytyka świadczy o tym, że nie ma Pani bladego pojęcia, czym jest powieść: Dla powieściopisarza rzeczywistość nie jest punktem odniesienia. Punktem odniesienia jest wiedza _przeciętnego_ czytelnika. Nie mogę napisać, że ciąża kobiety trwa jedenaście miesięcy, bo każdy wie, że dziewięć, mogę pozwolić niepełnosprawnym uprawiać spontaniczny seks, bo że jest to niewykonalne, wiedzą tylko oni sami i fachowcy. Dalej: pisarz może nagiąć rzeczywistość, zmienić ją, zmodyfikować, dopóki na przeciętnym czytelniku to, co pisze, robi wrażenie prawdopodobnego. A żeby Panią jeszcze bardziej zaskoczyć, ujawnię jeszcze jeden pisarski sekret: autor może napisać coś nieprawdopodobnego, jeśli czytelnik mu to w ramach przyjętej konwencji zaakceptuje.

Z Pani krytyki wynika, że Pani zdaniem powieść pisze się po to, by zapoznać czytelnika z jakimś wycinkiem rzeczywistości. Spóźniła się Pani dobre sto lat z okładem, bo to w tej chwili margines powieściopisarstwa. „Niepełni” nie powstali po to, by wyjaśniać czytelnikom, że osoba sparaliżowana ma pęcherz neurogenny. Od tego są broszurki medyczne, co poprzednio Pani napisałem, a czego Pani nie zrozumiała (naprawdę trzeba punkt po punkcie kawę na ławę?), skoro twierdzi, że zbyłem zarzut milczeniem. „Niepełni” nie są powieścią o pęcherzu Edyty, tylko o jej uczuciach i międzyludzkich relacjach. Dla których ten pęcherz jest nieistotny. Mało, że on jest nieistotny, zajmowanie się pęcherzem zrujnowałoby wymowę powieści. Przyjmijmy, że równie skrupulatnie jak Pani wyjaśniam czytelnikowi, iż „rozróżnia się dwa typy: typ I - wiotki pęcherz i spastyczny zwieracz oraz typ II – wiotki pęcherz i wiotki zwieracz. W obu przypadkach używa się cewnika, dla typu I stosuje się cewnikowanie okresowe (co 3-4 godziny), natomiast dla typu II cewnik zewnętrzny (…) z powodu regularnego używania cewnika dochodzi do częstych infekcji dróg moczowych” oraz przed sceną miłosną informuję, że kobieta ten pęcherz opróżniła. Co mam? Zamiast czytelnika, który widzi Edytę jako zwykłą dziewczynę, który o jej wózku w czasie lektury parę razy zdążył zapomnieć, jest czytelnik postrzegający ją przez worek z moczem. Zamiast romantycznej sceny miłosnej mam scenę w stylu medycznego opisu albo nawet napawającą czytającego odrazą. Zamiast czułości skatologiczną pornografię. Tymczasem moim celem jest, by czytelnik dowiedział się o uczuciu łączącym Edytę i Jacka, a nie o ich technikach seksualnych. By wózek i biała laska skurczyły mu się do nieistotnych atrybutów, by widział normalnie kochającą się parę. I żeby ten cel osiągnąć, mogę sobie określone fakty pominąć (dopóki przeciętnego czytelnika nie będzie to raziło), bo rzeczywistość utworu literackiego jest _nadrzędna_ wobec tej zastanej. Czego Pani najwyraźniej nie pojmuje. Kuriozalne są Pani wywody (z przytoczeniem podstawy prawnej!), że AWF przyjmuje na studia osoby niepełnosprawne. Dlaczego Edyta przerywa studia, zostało w powieści pośrednio wyjaśnione, co po raz kolejny pokazuje, że krytykuje Pani książkę po nieuważnej lekturze. Ale nawet gdyby nie było wyjaśnione, to niekoniecznie wymagałoby to zamieszczania wynalezionych przez Panią informacji. Bo autor nie musi napisać o wszystkich faktach z realnego świata związanych z jego bohaterami. Proszę sobie to zdanie powiesić nad biurkiem: Autor nie musi napisać o wszystkich faktach z realnego świata związanych z jego bohaterami. Ze swoimi pretensjami przypomina Pani komisarza policji, który zżyma się nad czytanym kryminałem: „Ale z tego autora kretyn, świadka nie można tak po prostu o coś zapytać, trzeba wszystko zaprotokołować. Przecież to wynika z kodeksu postępowania karnego!”.

Powieść to nie wykład, który na zadany temat autor ma wygłosić czytelnikowi. Autor nie ma czytelnikowi referować rzeczywistości. Żeby napisać dobrą powieść, trzeba mieć coś do powiedzenia od siebie. Coś, czego czytelnik nie znajdzie w tych materiałach, z których autor korzystał przed pisaniem. Bo jeśli to ma być streszczenie tych materiałów (z Pani krytyki wynika, że takie założenie, niekoniecznie świadomie, Pani robi), to efektem będzie powieść, przy której czytelnik będzie ziewał, a recenzent da autorowi dwie gwiazdki, drugą za solidne przygotowanie się. Powieść to rozmowa z czytelnikiem: o jego emocjach, wrażliwości. Powiedzenie mu coś o nim samym i o innych ludziach przez stworzenie odrębnego świata, który, powtórzę, jest _nadrzędny_ wobec świata zastanego. Powieść ma być spójna wewnętrznie, a nie stanowić kopię zewnętrznego świata. Na tym polega fikcja literacka.

Z tego, co przeczytałem, jest Pani zorientowana w temacie, bo planuje Pani napisać powieść o niepełnosprawnych. Ale pani przedokładny research pokazuje, że albo nie ma Pani nic do powiedzenia czytelnikowi od siebie i potrafi tylko zreferować to, co on sam może sobie przeczytać w specjalistycznych publikacjach i w internecie, albo zafiksowała się Pani na tym punkcie, bo włada Panią strach, żeby ktoś przypadkiem nie złapał Pani na tym, że czegoś Pani nie sprawdziła. Przy jednej i drugiej motywacji włoży Pani do powieści wszystko, co Pani wie, by udowodnić, że Pani naprawdę wie. Powieści pisane z takim założeniem już powstawały, określa się je mianem profesorskich, a ich wspólną cechą jest to, że nie nadają się do czytania. Skoro chce Pani pisać niestrawne książki (i płacić za ich wydawanie), to jest to Pani wybór, ale proszę nie domagać się od innych, by tworzyli swoje powieści według Pani dyletanckich recept. Napisałem dokładnie taką powieść, jaką chciałem, włożyłem do niej dokładnie to, co było mi potrzebne, pominąłem dokładnie to, co ze względu na wymowę powieści uznałem za zbędne czy niepożądane, i – jak wnioskuję z reakcji czytelników, którzy książkę zrozumieli i do których wrażliwości ona trafia – osiągnąłem dokładnie taki efekt, jaki zamierzyłem.

Stawia Pani zarzut, że w mojej powieści niepełnosprawni pokazani są jako osoby „gorsze i bez żadnych życiowych perspektyw”, a „zamiast zwalczać stereotypy, które od lat pokutują w polskim społeczeństwie, pan Pollak je tylko utrwalił”. Pani najwyraźniej przeczytała inną powieść, niż ja napisałem, i inną, niż przeczytały Matylda, Agnieszka Tatera czy autorka bloga Między stronami. Proszę sobie przeczytać te recenzje, to dowie się Pani z nich, o czym są „Niepełni”, skoro nie jest Pani w stanie zrozumieć książki w trakcie bezpośredniej lektury.

Ale zarzut, że nie zwalczam stereotypów, znowu pokazuje, że Pani nie wie, na czym polega pisarska autonomia. Nie muszę niczego zwalczać. Jest cała rzesza niepełnosprawnych z uśmiechem idących przez życie, radzących sobie lepiej niż pełnosprawni, mających więcej od nich optymizmu życiowego. A ja mam pełne prawo napisać o takich, którzy czują się poszkodowani i dotknięci przez los. Którzy sobie z życiem nie radzą czy nie do końca radzą. I nie jest to żadne szerzenie stereotypu. Kiedy pokażę w powieści nieszczęśliwego grubasa, nie znaczy to, że stawiam tezę, że każdy otyły jest nieszczęśliwy. To właśnie Pani myśli stereotypowo o niepełnosprawnych i nie traktuje ich jak normalnych ludzi, skoro robi Pani założenie, że powieść, której bohaterowie są niepełnosprawni, musi być manifestem na ich rzecz (z pozytywnymi przykładami, jak to dzielnie sobie ze swoją niepełnosprawnością radzą), walką o ich prawa i edukowaniem społeczeństwa. Pani nie mieści się w głowie, że można niepełnosprawność potraktować jako „element osobowości, który pewne rzeczy determinuje, ale nie zawsze musi być na pierwszym planie” (cytat z książki), a napisać o problemie, który z niepełnosprawnością ma jedynie pośredni związek i który dotyczy też osób pełnosprawnych. To właśnie Pani ma tak głęboko zakodowane w swojej podświadomości, że niepełnosprawny jest gorszy, że książkę, która nie zajmuje się udowadnianiem, że nie jest, odbiera Pani jako deprecjonującą niepełnosprawnych.

A wracając do punktu, od którego zaczęła się Pani krytyka: czy jest Pani w stanie napisać dwa zdania broniące tekstu Marty Grzebuły, broniące go bezpośrednio, a nie przez atakowanie mnie osobiście czy mojej twórczości? Albo uzasadnić merytorycznie, a nie przez ordynarną napaść na mnie, że z jakichś względów moja analiza tego tekstu była nieuprawniona?

PS. Przy okazji Pani dobrych rad, jak mam pisać, żeby zasłużyć na miano „Wielkiego Pisarza”, chciałbym zapytać, jak zdołała Pani tę moją starannie skrywaną ambicję zdemaskować. Bo rzeczywiście, co tydzień daję na mszę w tej intencji i regularnie pytam wróżki, kiedy to nastąpi, ale zarówno proboszcz jak i wróżka zapewnili mnie solennie, że pary z gęby nie puścili.

poniedziałek, 28 października 2013

Zgodnie z życzeniem

żebym nie wdawał się w polemiki na blogu, tylko skupił się na pisaniu, a jeszcze lepiej tłumaczeniu książki, wpisu dzisiaj nie będzie.

poniedziałek, 21 października 2013

Pisarze specjalnej troski

Kiedy poprzednio rozważałem, co self-publishing ma wspólnego z pisarstwem, zostałem przez kolegę po piórze wysłany na spacer, bo ze spaceru można przynieść ciekawe tematy, czemu kolega dał wyraz, opisując spotkanie swoje i pieska z kotem sąsiada. Wolałbym wprawdzie, żeby pisarz ocenił, czy trafna jest moja analiza, że musi ulec zmianie desygnat określenia „wydać książkę”, ale skoro ciekawsze są dla niego pieski i kotki, do wyboru tematów nie zamierzam mu się wtrącać i proszę łaskawie, żeby zrewanżował mi się tym samym.

Jak już ustaliliśmy (przy zdaniach odrębnych samych zainteresowanych :-), self-publisherzy pisarzami nie są. Pytanie, jak ocenić zjawisko self-publishingu. Czy ktoś może mieć pretensje, że dorosły człowiek za własne pieniądze kupuje sobie trochę złudzeń, które inny chce mu sprzedać? Przecież nie tylko na rynku wydawniczym dochodzi do takich transakcji. Problem polega na tym, że mamy do czynienia nie z pojedynczymi grafomanami, tylko z całą rzeszą, która nagle może prezentować swoje wypociny w formie książkowej. A to niesie za sobą parę niekorzystnych skutków.

Zacznę jednak od zdefiniowania pojęcia „grafoman”, a raczej od wskazania, że używam tego słowa w jego podstawowym, pierwotnym znaczeniu. Raz to już napisałem, ale większość albo nie rozumie, co piszę, albo to ignoruje. Powtarzam więc: grafomanami nie są Katarzyna Michalak, Andrzej Pilipiuk, Katarzyna Grochola, Paulo Coelho i inni, którym taką łatkę chętnie przypinają twórcy prozy wysokoartystycznej. Wszyscy wymienieni warsztat pisarski mają w małym palcu: znają reguły swojego języka, rozumieją słowa, jakimi się posługują, potrafią łączyć je w sensowne zdania, a z tych poprawnie konstruować sceny. Grafomani tych umiejętności nie posiadają. Dotąd „konflikt” przebiegał na linii twórcy wybitni – twórcy popularni. Ci drudzy zarzucali pierwszym brak czytelników i pisanie pod krytykę, za co w rewanżu dostawali epitetem „grafoman”. Ten „konflikt” jest przeszłością, bo na rynku pojawili się prawdziwi grafomani. Piszący takim bełkotem, że redaktorzy jak Polska długa i szeroka wywalali ich maszynopisy do kosza po przeczytaniu najdalej pięciu zdań. Na redaktorów stojących na straży polszczyzny znalazł się jednak sposób: druk cyfrowy. Parę tysiączków w portfelu i można ogłosić bełkot drukiem, a siebie pisarzem. Tym chętniej, im gorzej się pisze. Bo ciekawe, że self-publisherzy rzeczywiście mający jakieś pisarskie predyspozycje niekoniecznie zaraz wypinają pierś po order. Ba, sami pisarze jakby nie zawsze byli pewni, czy zasługują na to miano: Urszula Jaksik uważa, że bardziej pasuje do niej określenie „autorka”, Władysław Zdanowicz twierdzi, że jest „opowiadaczem literackich historii”, a ja sam nie odważyłem się powiedzieć o sobie „pisarz”, dopóki nie nazwało mnie tak kilkanaście obcych mi osób.

Wróćmy do języka utworów. Dotąd literatura była bastionem poprawnej i ładnej polszczyzny. Jej swoistym barometrem, bo pisarze mają czułe ucho, słyszą, co i jak się wokół nich mówi, i oddają ten język w swoich utworach. Ale z pełną świadomością, wiedzą, co jest błędem i ten błąd zaznaczają (np. wkładając go w usta postaci mówiącej niepoprawnie), wiedzą, co jest zwrotem, który można i warto rozpowszechnić, i w jakich kontekstach wolno im użyć tych będących w polszczyźnie od dawna. Sami tworzą nowe słowa i zwroty, ale trzymając się reguł języka. Z literatury korzystają autorzy słowników, przytaczając z niej przykłady znaczeń słów i zastosowań danych zwrotów. I to wcale nie tylko z tej wysokoartystycznej, jak pewnie myśli większość i jak myślałem i ja, dopóki ku swojemu ogromnemu zdumieniu nie odkryłem w Wielkim słowniku języka polskiego cytatów z „Kanalii”. I co teraz? Czy mamy wziąć „książki” self-publisherów i dzięki nim wzbogacać polszczyznę? Czy do słownika frazeologicznego należy wprowadzić zwroty „noc opada ze świstem”, bo tak napisała Marta Grzebuła, albo „pijacki amok” na określenie stanu bezruchu wskutek przepicia, bo Aleksander Sowa, chociaż wpada w amok na krytykę swoich utworów, nie potrafi użyć tego słowa we właściwym kontekście? Dotąd czytanie książek miało pozytywny wpływ na polszczyznę czytającego, ale skoro możliwe stało się wprowadzanie do obrotu książek pisanych rażąco niepoprawnym językiem, to się to skończy.

Kolejny minus jest taki, że my tę całą makulaturę gromadzimy. Grafomańskie wypociny stają się częścią naszego dziedzictwa narodowego. Do bibliotek uniwersyteckich płyną egzemplarze obowiązkowe, skrupulatnie przesyłane przez firmy self-publishingowe, no bo skoro książka nie ma żadnej wartości, to tej wartości trzeba jej przysporzyć przez nadanie ISBN. Aleksander Sowa w poradniku Autor 2.0. Jak wydać (własną) książkę i na tym zarobić? swoim kuriozalnym stylem wyjaśnia: „(…) numer ISBN jest wyznacznikiem wydania. Innymi słowy jeśli Twoje dzieło otrzyma ten numer, powinien być to dla Ciebie sukces. Oczywiście możesz wydać swoją książkę bez numeru ISBN, ale nazwijmy to po imieniu. Jest to amatorszczyzna” (str. 38). I żeby udowodnić, że jego dzieła to nie amatorszczyzna, podaje ich numery ISBN. To oczywiście wszystko bzdury, nadanie ISBN nie jest ani wyznacznikiem wydania ani żadnym sukcesem, tylko standardową procedurą. Równie dobrze za wyznacznik wydania i sukces Sowa mógłby uznać, że książka ma okładki.

Zjawisko self-publishingu powoduje też fałszowanie statystyk. Ostatnio GUS podał, że średni nakład beletrystyki spadł z 5,8 tysiąca egzemplarzy w 2000 r. do 3,3 tys. w 2012 r. W tym czasie nie nastąpiły żadne zjawiska wyjaśniające tak duży spadek poza rozwojem firm self-publishingowych, które wypuszczają nakłady od trzystu egzemplarzy w dół, często nawet poniżej setki.

I tu mamy przejście do kolejnego problemu. Książka przy takim nakładzie jest bez szans na rynku, co oznacza, że self-publisherzy mający zadatki na pisarza marnują swoje debiuty. I nie rozwijają się. Nawet uzdolniony debiutant rzadko pisze tak, by jego książka nadawała się do druku bez większych poprawek. A współpraca z dobrym redaktorem jest dla pisarza naprawdę nie do przecenienia.

A jak reaguje czytelnik, kiedy dostaje nawet nieźle rokujący, ale niedopracowany tekst, nie mówiąc już o grafomańskich płodach? Ano tak, jak autorka bloga Książka na każdy dzień: „książki zagraniczne to bardziej pewny wybór”. Przeciętny bloger i czytelnik nie odróżnia Warszawskiej Firmy Wydawniczej od Warszawskiego Wydawnictwa Literackiego. Wydawnictwo to wydawnictwo, wydana książka to wydana książka, czyta i dochodzi do wniosku, że polscy pisarze nie potrafią pisać, lepiej sobie nie zawracać nimi głowy. A to w sytuacji, gdy rodzimi autorzy i tak mają ciężko, bo Polacy z definicji nie cenią dokonań swoich rodaków. W Szwecji akcja „czytajmy szwedzkich autorów” miałaby tyle samo sensu, co nawoływanie, by obywatele przynajmniej raz dziennie zjedli posiłek. W Polsce zachęcanie do czytania polskich pisarzy jest potrzebne i rewelacyjnie, że są zapaleńcy, którzy to robią. Tylko co z tego, skoro po zakupie książki Evanartu czytelnik będzie z daleka omijał wszystkie polsko brzmiące nazwiska.

Nic pozytywnego nie ma również w histerii, z jaką self-publisherzy reagują na krytykę. I nie mówię tylko o moich wpisach. Głośna była sprawa Karola Ketzera („wydawnictwo” Novae Res), który w odwecie za niepochlebną opinię ordynarnie komentował fizyczne walory 15-letniej dziewczyny (podaję za blogiem Waniliowe czytadła). Oczywiście zachowanie poszło na konto „polskich pisarzy”, bo przecież takiej zakulisowej wiedzy, że ten pan żadnym pisarzem nie jest, skoro za wydanie swojej książki musi płacić, większość nie posiada. Prawdziwy pisarz krytykę zbywa milczeniem, ewentualnie z recenzentem rzeczowo polemizuje (wcześniej się tego nie praktykowało, ale z wraz z internetem to się zmienia). Nawet jeśli zdarzy się, że pisarza poniosą nerwy, to pewnych granic nie przekracza. Pisarz ma ten pancerz, którego nie posiadają self-publisherzy: moja książka nie może być aż tak zła, jak twierdzi krytyk, skoro wydawca uznał, że jest na tyle dobra, by zainwestować w nią własną kasę. Ofiarą mojej złośliwości padają nie tylko grafomani. Poużywałem sobie na przykład na wierszu Macieja Cisły. Nie spotkało się to z żadną reakcją, bo pisarz z prawdziwego zdarzenia godzi się z tym, że pewne rzeczy musi przyjąć na klatę. Self-publisher uważa się za pisarza, ale najwyraźniej pisarza specjalnej troski, którego krytykowanie, a już nie daj Boże w sposób prześmiewczy, jest niedopuszczalne. Reakcja Aleksandra Sowy i Marty Grzebuły (choć w tym przypadku bardziej jej zwolenników niż samej autorki) na analizę ich pisaniny była do tego stopnia zbieżna, że sporządziłem sobie listę, którą następnym razem będę odhaczał. Bo oczywiście nie zamierzam dać sobie zamknąć ust, ale właśnie problemem jest to, że niejedna osoba po napaści ze strony grafomanów nie odważy się już więcej krytykować.

Jak to więc przebiega? Krytyki sensu stricto grafomani (lub ich poplecznicy) nawet nie próbują kwestionować. Nie starają się wykazać, że wskazane błędy błędami nie są, że przytoczone frazy to nie kulawa grafomańska stylistyka, lecz piękna literacka polszczyzna. Skoro nie są w stanie obronić swojego tekstu, starają się zdyskredytować krytyka (czyli mnie) następującymi zarzutami:

a) Paweł Pollak obraża autora;
b) Paweł Pollak jest pozbawionym kultury chamem;
c) Paweł Pollak zwalcza konkurencję;
d) Paweł Pollak chce zrobić wokół siebie szum i tym sposobem wypromować swoje nędzne książki oraz bloga, na którego pies z kulawą nogą nie zagląda.

Ogólnie można podsumować, że nawet gdyby te wszystkie cztery zarzuty uznać za zasadne, to w meritum niczego one nie zmieniają. Ale oczywiście o meritum grafomani ani ich poplecznicy rozmawiać nie mają zamiaru. W ogóle od jakichkolwiek uzasadnień swoich twierdzeń są jak najdalsi. Zarzut obrażania pada, ale oczywiście żądanie, aby owe rzekome obelgi raczyli wskazać, pozostaje bez odpowiedzi, co bynajmniej grafomanom nie przeszkadza powtarzać zarzutu, kiedy tylko i gdzie tylko się da. Ci sami ludzie, piszący o moim braku kultury, bez problemu godzą swoją kulturę z nazywaniem mnie „błaznem” i „moralnym prymitywem” (Aleksander Sowa), „narcystycznym” (pod tekstem, w którym o sobie napisałem tyle, że przeszedłem weryfikację na normalnej ścieżce wydawniczej) i „infantylnym” (Luiza Dobrzyńska; nawiasem mówiąc, epitet w ustach kobiety przebierającej się w stroje ze „Star Treka” dość ryzykowny) czy określaniem mojej fizjonomii mianem „ryja” i wyrażaniem opinii, że na taką osobę jak ja „plunąć nie warto” (Ewa Pałczyńska Winek, również self-publisherka, rzeczniczka Fundacji Oscar, na profilu facebookowym Dobrzyńskiej, która jako osoba wysoce kulturalna nie dostrzegła w tych wpisach nic niestosownego).

Zarzut zwalczania konkurencji tylko potwierdza megalomanię grafomanów, skoro są przekonani, że ich wypociny mogą dla kogokolwiek stanowić konkurencję. Po krytyce Grzebuły podniosły się też głosy, że niesmaczne jest, by jeden pisarz wyśmiewał twórczość drugiego. Jak wskazałem, nikomu nie przyszło do głowy stawiać takiego zarzutu, kiedy wyśmiewałem wiersz Cisły. Po pierwsze, prześmiewcza krytyka jest w pełni uprawniona, po drugie, pisarz ma pełne prawo krytykę uprawiać. Osobiście staram się tego unikać i krytykuję jedynie teksty jednoznacznie grafomańskie, ale nie ma takiej normy, że pisarzowi nie wolno zajmować się twórczością kolegów po piórze.

Co do chęci robienia wokół siebie szumu, to jak każdy zarzut moich oponentów pozostaje on oczywiście bez dowodu. I jeśli zapytam, dlaczego nie biorę sobie co miesiąc jakiegoś grafomana pod lupę (tekstów przecież nie brakuje), skoro zapewnia to taki rozgłos, to odpowiedzi, rzecz jasna, się nie doczekam.

Na tym jednak nie koniec. Grafomani grożą mi też zawsze sądem i starają się zdyskredytować moją twórczość. Sowa robił to w ten sposób, że anonimowo zamieszczał negatywne opinie na temat moich książek na czytelniczym portalu. Nieco bardziej wyrafinowana okazała się Pola Pane, która oceniła, że „Niepełni” są beznadziejni, bo w rzeczywistości niepełnosprawni uprawiają seks inną techniką, niż jest to opisane w książce, do tego „według autora ciąża kobiety trwa 11 miesięcy”, bo „tam laska jest w 2 miesiącu ciąży, ale kilka stron później mówi, że za 9 miesięcy dziecko ujrzy świat, no to jak się to doda wychodzi 11 i nie chce być inaczej”. Czyli „strona merytoryczna to KATASTROFA” (cytaty z profilu na Facebooku). Ja bym powiedział, że katastrofą jest to, że polska szkoła wypuszcza takich wtórnych analfabetów jak Pola Pane. W rzeczonej scenie dziewczyna rzeczywiście jest w drugim miesiącu ciąży, ale potem następuje r e t r o s p e k c j a i zostają przytoczone słowa bohaterki sprzed dwóch miesięcy. Co się dziwić, że osoba, która uważa, że powieść pisze się według tych samych reguł, co instruktażowe broszurki medyczne, i nie rozpoznaje retrospekcji, podkreślonej jeszcze słowami „wtedy” i „teraz”, nie może znaleźć wydawcy na swoją książkę. Żeby pisać dobre powieści, trzeba najpierw wiedzieć, czym powieść jest, a przede wszystkim trzeba nabyć umiejętność czytania ze zrozumieniem.

Czy ze zjawiskiem self-publishingu da się jakoś walczyć? Metodami administracyjnymi nie, bo chroni je zarówno zasada wolności słowa, jak i swobody obrotu gospodarczego. Ale należałoby mieć na celowniku takich autorów, każdy portal literacki powinien prowadzić „Kącik grafomana” i cytować co smaczniejsze passusy z samowypocin (za drobne honorarium podejmuję się pisać komentarze do tych passusów :-). Tymczasem portale traktują te wytwory jako normalne książki. Niech będzie, że wyłuskają dwie, trzy wartościowe pozycje i je zrecenzują. Ale po co zamieszczać „informacje nadesłane” przez „wydawnictwa”, w ogóle nie przyglądając się ich kulawej polszczyźnie.

Portale literackie zamiast z dużym krytycyzmem odnosić się do surowych, nieselekcjonowanych tekstów, wręcz promują self-publishing. Granice.pl organizują konkurs, w którym self-publisherzy regularnie zdobywają nagrody i wyróżnienia. Jakim cudem? Ano takim, że nie jest to żaden konkurs, tylko płatna reklama, z której poważni wydawcy raczej nie korzystają. A żeby więcej zarobić, portal ustanowił kategorii od groma i na nominację, wyróżnienie czy nagrodę łatwo się załapać. I potem Sowa czy Dobrzyńska mają argument, że są pisarzami, i to nawet lepszymi od takiego Pollaka, bo zdobyli nagrody literackie, a Pollak nie (też w tym „konkursie” dostałem „nagrodę” za „Między prawem a sprawiedliwością”, ale kiedy dowiedziałem się od wydawnictwa, że za „nagrodę” zapłaciło, oczywiście odpuściłem sobie wpisywanie jej do swojego pisarskiego CV).

I to na razie tyle o self-publishingu z mojej strony.

czwartek, 17 października 2013

Lem rozmnożony

Z wywiadu Fundacji Oscar, promującej self-publisherów:



Godna podziwu powściągliwość w komplementowaniu: autorka nie jest podobna do Lema właściwego, tylko do tego drugiego.

poniedziałek, 14 października 2013

Pisanie na klęczkach

„Wyborcza” jest zachwycona papieżem Franciszkiem, ale właśnie papieżem, podczas gdy o Janie Pawle II nie pisała inaczej jak „Papież”. Niby aż dwie zasady zezwalają tutaj na użycie wielkiej litery, nazwę godności możemy tak zapisać ze względów emocjonalnych albo gdy wskazuje na konkretną osobę, ale stosowanie dużej litery stale i bez wyjątku było błędem. Kiedy „Gazeta” podawała, że „premier spotkał się z Papieżem”, to wynikało z tego, że albo jest niekonsekwentna, bo jeden urząd pisze małą a drugi dużą literą, albo że premiera już szacunkiem nie darzy.

Oczywiście „Wyborcza” w swej czołobitności odosobniona nie była. Pisanie na kolanach, podobnie jak malowanie, dobrych efektów nie daje, czego przykładem niech będzie książka opublikowana dwa lata temu przez wydawnictwo Virgo, zawierająca anegdoty z życia Jana Pawła II. Tytuł: „Z zawodu jestem Papieżem”.


Która z wymienionych zasad umożliwia tutaj użycie wielkiej litery? Tytuł jest wypowiedzią Jana Pawła II, czyli wychodziłoby na to, że sam papież okazuje sobie szacunek. Owszem, różni ludzie mówią o sobie z dużym szacunkiem, tyle że wtedy na otoczeniu robią wrażenie zadufanych. A zdaje się, że zebrane w książce anegdoty mają pokazać, iż Wojtyła nawet na tak wysokim urzędzie zachował wobec siebie dystans. Ten dystans widoczny jest zresztą w tej wypowiedzi, sam jej charakter kłóci się z użyciem wielkiej litery. Nie jest to też zdanie w rodzaju „podczas pielgrzymki Papież Jan Paweł II spotkał się z wiernymi”. Godność papieska została sprowadzona tutaj do roli przeciętnego zajęcia („z zawodu jestem murarzem, piekarzem, nauczycielem”), a przede wszystkim nie mówi się o konkretnym papieżu, tylko ogólnie o funkcji. Użycie wielkiej litery jest zatem wykluczone. Podobnie w opisie książki: „To pierwszy Papież, który zakłada kąpielówki i dla utrzymania kondycji wskakuje do swojego basenu”. Czyli nie ten papież, a pierwszy z wielu papieży.

Nawet całe to biskupie i kardynalskie towarzystwo, zazwyczaj wywyższające się nad innych, respektuje w tym przypadku zasadę, że stopnie kościelnej hierarchii zapisuje się małą literą, i nie postuluje pisowni „Papież”. Można więc powiedzieć, że w Virgo okazali się bardziej papiescy od papieża. Czy raczej Papiescy.

Książka została przełożona z języka niemieckiego, autorem jest Wolfgang Broer, tłumaczem Aleksander Kisil. We wpisie Tytułomania wskazałem, że jeśli tytuł przełożonej książki jest zupełnie inny niż oryginalny, stoi za tym zazwyczaj wydawnictwo, jeśli jest to mniej lub bardziej dokładny przekład, tłumacz. Oryginalny tytuł brzmi „Mein Job ist Papst”. Czyli polski tytuł stanowi tłumaczenie oryginalnego, a co za tym idzie, podejrzewać o tę błędną pisownię należałoby tłumacza. Podejrzenie wzmacnia okoliczność, że podobną pisownię stosuje on w tekście książki: „»Dlaczego Polak nie miałby być Papieżem? W końcu Święty Piotr też był cudzoziemcem« – stwierdza rzymski taksówkarz po wyborze Karola Wojtyły, odwożąc jednego z dziennikarzy do hotelu” (cytuję za facebookową stroną książki, egzemplarza nie posiadam).

Tak właściwie to dałem zły tytuł postu. Autor książki nie mógł napisać słowa „Papst” małą literą, bo to rzeczownik, a rzeczowniki w niemieckim pisze się zawsze od wielkiej litery. Błąd jest tylko w polskiej wersji, z czego wynika, że tłumaczyć na klęczkach również nie należy. I tak mamy chyba pierwszą w naszej historii pozycję książkową z błędem ortograficznym w tytule. Świat idzie do przodu.

środa, 9 października 2013

Do kąta!



To ftorkowa „Wyborcza”, a o wierszówce za artykuł „Nie śmigłowiec, nie samolot. Co to?” myślał Paweł Wroński.