Opublikowany przeze mnie w 2007 roku poradnik „Jak wydać książkę” zaczął się powoli starzeć, prawo się wprawdzie nie zmieniło, ale obyczaje wydawnictw owszem, i to na gorsze, więc zacząłem myśleć o drugim wydaniu. Do rozstrzygnięcia miałem, czy publikować je też samodzielnie, czy najpierw spróbować w wydawnictwach. Ponieważ mi się nie śpieszyło, przymierzałem się na rok 2012, uznałem, że mogę popytać, a nuż jakaś oficyna zaproponuje przyzwoite warunki. Po raz pierwszy uderzyłem też do wydawnictw e-bookowych, widząc, że poradniki są ich mocną stroną. Zainteresowanych jednak nie było, toteż stanęło na samodzielnej publikacji.
Zabrałem się za pisanie (po części miała to być zupełnie nowa książka), kiedy nagle jak grom z jasnego nieba spadło na mnie pojawienie się pozycji niejakiego Aleksandra Sowy pt. „Autor 2.0. Jak wydać (własną) książkę i na tym zarobić?” Jak grom, bo stawiała ona pod znakiem zapytania sens mojego przedsięwzięcia. Dotąd moja książka nie miała konkurencji, a teraz konkurencja się pojawiała i, co tu dużo mówić, biła mnie na głowę. Bo kto kupi poradnik „Jak wydać książkę”, kiedy obok będzie leżał drugi, informujący również, jak na niej zarobić? A swojego nie umiałem rozbudować, bo chociaż wiem, jak doprowadzić do wydania książki, kwestia, jak na niej zarobić, nadal pozostaje dla mnie zagadką, misterium, które sam bardzo chciałbym rozwikłać. Na to, że pod obiecującym tytułem Sowy kryje się niewiele treści, nie mogłem liczyć. Jego książka ukazała się w wydawnictwie Złote Myśli, jednym z tym e-bookowych wydawnictw (ale została też opublikowana w wersji papierowej), które odrzuciło mój poradnik. To oznaczało jedno: porównanie dokonane przez fachowców wypadło na moją niekorzyść. Z dużym żalem, ale musiałem zrezygnować, bo stało się jasne, że nie zwrócą mi się nawet koszty wydania: z gorszym produktem stawałbym przeciwko promocyjnie dużo sprawniejszemu konkurentowi. Wynik był z góry do przewidzenia.

No cóż, czasami się przegrywa. Osłodziłem sobie tę cytrynkę myślą, że dzięki temu będę miał więcej czasu na pisanie powieści, na której w końcu, dzięki poradom Sowy, zarobię. Zamówiłem więc jego książkę i, mając przed oczami kupki szeleszczących banknotów, zabrałem się do lektury. Podczas czytania oczy robiły mi się coraz większe, a kupki coraz mniejsze. Ostatni raz takiego szoku doznałem, kiedy odkryłem, jak Elżbieta Jasińska-Brunnberg (nie)przetłumaczyła „Underdoga”.
I podobnie jak wówczas, gdy zobaczyłem, że tłumaczka umieściła w domowym akwarium rybę piłę zamiast mieczyka, zdumienie przeszło powoli w rozbawienie. Kiedy dotarłem do diagnozy, że pisarz będzie przymierał głodem, „jeśli krytyczny tyłek wyroczni w Delfach języczkiem po pośladkach nie przeciągnie” (str. 138), rżałem już ze śmiechu. Sowa okazał się autorem o, nazwijmy to, obrazowym stylu. Na stronie 108 informuje, że jeśli ktoś korzysta z usług agenta, poradzi sobie na rynku bez jego poradnika: „W ten sposób twórca zostaje odcięty od problemu mojego eseju.” Przecież aż widać tę pępowinę, którą płyną życiodajne soki wiedzy od Sowy do czytelnika. Nawiasem mówiąc, esejem Sowa nazywa swój poradnik kilkakrotnie – polecam lekturę słownika terminów literackich. Ale obrazowość stylu bez głębokiej treści byłaby pustą wydmuszką, autor dba więc, by od czasu do czasu rzucić, nomen omen, złotą myśl: „determinacja jest motorem sukcesu, a wiara w swoje dzieło opoką Twojej twórczości” (str. 77), „podstawą do wydania książki, na której można zarobić, jest napisać ją” (str. 74). Albo podchodzi do sprawy filozoficznie. Na str. 75 informuje, że trudno połączyć rolę pisarza i wydawcy, bo tak właściwie oba zajęcia wymagają pełnego zaangażowania: „zawsze któraś ze stron Twojego ja będzie poszkodowana kosztem drugiej”. Ta filozofia nie ogranicza się do spraw praktycznych, autor nie boi się fundamentalnych podsumowań: „Bycie pisarzem web 2.0 powoduje znaczny dysonans z wizją archetypu owego człowieka, powiedzmy sobie starego typu” (str. 97). I Sowa nie jest jakimś tam domorosłym filozofem, lecz wywodzącym się z głębokiej tradycji heglowskiej: „krytyk będzie przyjacielem tych bardziej ukształtowanych, a wrogiem tych wyrobionych mniej. Albo odwrotnie, bo tak naprawdę i jedno, i drugie będzie nieprawdą” (str. 208). Teza, antyteza, synteza.
Ktoś powie „czepiasz się pan, to nie powieść, żeby styl był ważny, ważna jest jakość udzielonych porad.” I będzie miał całkowitą rację. Ostatecznie, jeśli dzięki poradom Sowy ktoś wyda książkę i zarobi, to co może przeszkadzać, że uśmieje się przy nich po pachy? Śmiech to zdrowie. Nastraja człowieka optymistycznie, łatwiej mu będzie znieść „tzw. odmowę, która jest częścią żywota każdego prawdziwego pisarza” (str. 25) (ktoś mi wyjaśni, dlaczego „tak zwaną”?).
Przy poradnikach rozstrzygające jest, czy autor potrafi dokonać tego, w czym chce nam pomóc. Poradnik „Jak zostać milionerem” napisany przez kloszarda z przytułku wywalimy do kosza. Szkopuł w tym, że pojęcie „zarobić na książce”, a nawet „wydać książkę” nie jest tak jednoznaczne jak „zostać milionerem”. Na miano milionera zasłużymy, kiedy zbierzemy milion jednostek w walucie, w której chleb nie kosztuje kilkaset tysięcy. Ale kiedy zarobimy na książce? Czy jeśli za pisaną przez rok powieść dostaniemy tysiąc złotych, to na niej zarobiliśmy? Czy tylko dostaliśmy za nią jakieś (psie) pieniądze, bo nakład pracy w żaden sposób nie jest współmierny do wynagrodzenia? Czy też „zarobić” oznacza „zarobić dużo” i każde honorarium niestarczające na nowy samochód będzie porażką? Myślę jednak, że znakomitej większości polskich literatów nie marzy się własna wyspa i chcieliby brać za swoje książki tyle, by móc spokojnie je pisać i nie zajmować się niczym innym. Oczywiście każdy będzie potrzebował na to innej kwoty, więc przyjmijmy, że miernikiem zarobienia na książce będzie miesięczny dochód w wysokości średniej krajowej pensji, która w interesującym nas okresie wynosiła ok. 3000 zł.
Wydanie książki „w podłożu czasowym, w jakim się znajdujemy” (str. 205 rzeczonego poradnika), też nie jest już pojęciem tak jednoznacznym jak kiedyś. Bo czy będzie nim wydrukowanie za pieniądze autora książki w „wydawnictwie” typu print on demand, które przez cztery lata sprzeda trzy (to nie pomyłka) egzemplarze, jak My Book pierwszą powieść Aleksandra Sowy? Zdecydowanie nie. Albo wydanie powieści tylko w wersji elektronicznej w sytuacji, gdy beletrystykę w tej formie lekceważą zarówno czytelnicy, jak i krytycy? Też nie.
Mamy więc jasne kryteria, chcemy opublikować powieść na papierze w klasycznym wydawnictwie (na str. 73 Sowa przyznaje: „większość sięgających po pozycję, którą teraz piszę, będą stanowić autorzy prozy”) i zarobić na niej tyle, by suma tantiem podzielona przez liczbę miesięcy potrzebną na napisanie tej powieści dała nam średnią krajową. Czy autor poradnika sam tego dokonał? Jeśli chodzi o publikację powieści w klasycznym wydawnictwie, to nie, żaden z jego utworów nie został przyjęty do druku. Ze sprawdzeniem zarobków mogłoby być trudniej, bo to rzecz poufna, ale w sukurs przychodzi nam wydawnictwo Złote Myśli, które uczciwie ostrzega czytelnika, że autor nie ma bladego pojęcia, jak na książce przyzwoicie zarobić. Niezupełnie wprost, ale w czasach, kiedy wytwórcy nagminnie przeceniają zalety swoich produktów, a przemilczają ich wady, jest to i tak postawa godna pochwały. Otóż Złote Myśli podają na czwartej stronie okładki, że „Aleksander Sowa napisał już 18 książek, które w sumie rozeszły w liczbie 25 tysięcy egzemplarzy”. Dokonujemy więc dzielenia i ustalamy, że średni nakład jego książek to niecałe 1400 egzemplarzy. Wynik słaby nawet jak na beletrystykę (inna sprawa, że większość tytułów w Polsce sprzedaje się słabo), a Sowa jest przecież w przeważającej mierze autorem poradników. Jakie są z tego pieniądze? Sowa zamieszcza w swojej książce skany rozliczeń z wydawnictwami, wiemy więc, że za papierowy poradnik „Jak kupić używany samochód” dostał 3 zł za egzemplarz, a za elektroniczne „Legendy naszej motoryzacji” niecałe 5. Na str. 29 podaje, że papierowych publikacji sprzedał 5 tys., a reszta to elektroniczne. Przyjmijmy podane kwoty jako średnie i przemnóżmy: 5000 egz. x 3 zł + 20000 egz. x 5 zł = 115 000 zł. Sowa zarabiałby więcej na książkach, gdyby był jednocześnie wydawcą, bo „jeśli właścicielem wydawnictwa jest sam autor, zagrabione przez nie pieniądze trafiają do twórcy” (str. 65), ale że nim nie jest, informuje nas na stronie 74. Sowa chwali się, że zarabia również na programach partnerskich. Trudno uznać to za dochód z książki sensu stricto, skoro może w ten sposób zarabiać na książkach cudzego autorstwa, ale dodajmy do równego rachunku 5 tys. Uzyskane 120 000 zł musimy podzielić przez 60 miesięcy, bo autor podaje, że te osiemnaście książek napisał w pięć lat. Wychodzi 2000 zł miesięcznie. Tysiąc złotych poniżej średniej krajowej. Jak odejmiemy zusowską składkę, na życie niewiele zostanie. A wykonajmy jeszcze jedno dzielenie. 18 książek w pięć lat oznacza, że na napisanie jednej autor miał średnio niecałe trzy i pół miesiąca. To nie jest pisanie, tylko chałturzenie albo zarzynanie się. Pół roku na książkę stanowi minimum. Czyli te 120 000 powinniśmy rozłożyć na 9 lat. Wychodzi 1100 zł miesięcznie. Nawet jeśli zaniżyłem wysokość dochodów Sowy, widać wyraźnie, że jego poradnik powinien nosić tytuł „Jak wydać (własną) książkę i dostać za nią jakieś pieniądze”.
Do tego dochodzi okoliczność, że 80% z tych dwudziestu pięciu tysięcy nakładu stanowią książki wydane pod pseudonimem (informacja ze str. 136), którego Sowa nie ujawnia, bo „pseudonim to taka skóra na artystyczne życie przy alter ego” (cokolwiek to znaczy) (str. 135). Jak ktoś chce pozostać anonimowy, jego sprawa, dopóki nie oczekuje, że z racji tych osiągnięć, których nie pozwala nam zweryfikować, uznamy go za autorytet.
Czasami jednak teoretycy mogą mieć coś sensownego do powiedzenia, przyjrzyjmy się więc samemu poradnikowi. Na początek duży plus, bo Sowa jest autorem, który ma świadomość, że trzeba „trafić w samo sedno – a zatem w grupę docelową – w konkretnych ludzi, zainteresowanych określonym tematem, nie zaś błądzeniem po omacku” (str. 194). I Sowa trafia w konkretnych ludzi czyli w sedno grupy docelowej, a jaka to grupa ujawnia na str. 14: „Twoje dzieło wyda specjalizujący się w takiej działalności podmiot gospodarczy. Jeśli jesteś bystry, zapewne się domyślasz, że jest nim wydawnictwo.” I wszystko jasne, gdyż bystrość w dochodzeniu do konkluzji, że podmiotem gospodarczym wydającym książki jest wydawnictwo, niezbędna jest tylko w przypadku osób z zespołem Downa. Na str. 108 Sowa wyjaśnia, że agent literacki to „pośrednik w sprzedaży utworu literackiego wydawnictwom”. Sześć linijek dalej pisze: „rolą agenta – czyli pośrednika między autorem a wydawnictwem (...)”. Jak widzimy, odbiorca Sowy nie tylko ma Downa, ale jest też pozbawiony pamięci krótkoterminowej. Biedaczysko. Nic dziwnego, że Sowa pochyla się nad nim ze zrozumieniem, niemal z czułością i kiedy proponuje zapoznanie się z publikacjami na temat marketingu i promocji, tłumaczy cierpliwie: „Nie musisz ich od razu wszystkich kupować. Nie musisz kupować nawet żadnej. Wydawcy i autorzy za darmo udostępniają pewne fragmenty, w których z pewnością znajdziesz wiele istotnych informacji. I wcale nie musisz za nie płacić” (str. 186). Osobiście mam jednak wątpliwości, czy do kalekiego odbiorcy Sowy dotarło, że nie musi łapać się za sakiewkę. Ja bym dodał: „Bo dostajesz je gratis”. Bądźmy jednak sprawiedliwi, Sowa nie tylko daje, ale i wymaga. Wie, że trzeba motywować i stawiać zadania. Zmuszać do intelektualnego wysiłku. Kwestię praw zależnych wyjaśnia więc następująco: „Ustawa zgodę na tłumaczenie powieści nadaje autorowi, ale bardzo często chce o tym decydować właśnie wydawca” (str. 128). A tak. Niech Down nie myśli, że jak Down, to dostanie wszystko na tacy, niech trochę pogłówkuje!
Co się dzieje po wysłaniu tekstu powieści do wydawnictwa? Trafia do redaktora, który autorowi poradnika jawi się jako strażnik raju, ale wpuszczający do hurys nie wedle zasług, tylko powodowany własnymi kompleksami i uprzedzeniami. „Potwór, do którego napisaliśmy, jest złośliwy i cyniczny. Zazdrości, że napisaliśmy coś lepszego niż on sam [chyba „niż on sam potrafi napisać – przypis mój]” (str. 61). Zdarza się, że potwór mimo zazdrości maszynopis przyjmuje i wtedy „zostanie wydrukowany, będziesz mieć swoją książkę. Otrzymasz piękny list i czeka Cię sława pisarza” (str. 62). Sowa nie ma pojęcia, bo i skąd, skoro żadna jego powieść nie została przyjęta do druku, że wyłączywszy sytuacje, w których ów redaktor jest zarazem właścicielem wydawnictwa, decyzja o wydaniu książki praktycznie nigdy nie zapada jednoosobowo. Zazwyczaj po pierwszej selekcji tekst trafia do kolejnych recenzentów i dopiero wtedy podejmuje się ostateczną decyzję, często leżącą w gestii tych, którzy w wydawnictwie decydują o pieniądzach. Za to procedurę odrzucania maszynopisu Sowa zna doskonale, dzięki czemu rzeczowo opisuje nam zachowanie „potwora”: „Z dziką satysfakcją będzie podkreślał błędy. Na końcu wyrzuci wiekopomne dzieło przez okno, a jego histeryczny śmiech będzie odbijał się od ścian kamienic w całym mieście” (str. 61).
Przyjrzyjmy się więc tym wiekopomnym dziełom Sowy odrzuconym przez zawistnych redaktorów. Na końcu książki Sowa zamieszcza wzór propozycji wydawniczej z fragmentem swojej powieści „Era Wodnika”:
Bezdomny w pijackim amoku otworzył usta. Chciał przywołać kompana. Zamiast słów zniecierpliwienia wydał z siebie jednak niezrozumiały bełkot. Skąd mógł wiedzieć, że i tak zupełnie niepotrzebnie? Martwi przecież nas, żywych, nie są w stanie usłyszeć. Wprawdzie w sensie fizjologicznym nie był martwy. Ale trupem był właściwie już od dobrych kilku minut. Z tą różnicą, że serce kloszarda wciąż biło. Jeszcze przez kilka sekund.
Pytanie: kto jest martwy, chociaż jeszcze nie fizjologicznie, bo wciąż żyje? Bezdomny, kloszard (dwie różne osoby, ta sama?), kompan bezdomnego? Czy martwość w sensie niefizjologicznym powoduje głuchotę? Jak bezdomny jest w amoku i to jeszcze pijackim, czyli musi nieźle szaleć, to kto tam zdycha?
Brudne i ciemne wnętrze nieczynnego szaletu po kilku minutach wypełnił zapach świeżej śmierci. Nim trupia woń dotarła do najdalszych zakątków tej mrocznej budowli, pojawił się ktoś trzeci.
Pytanie: jak pachnie świeża śmierć? Czy trupia woń i zapach świeżej śmierci są tożsame? Czy też jest to zasygnalizowanie czytelnikowi, że ten „ktoś trzeci” pojawił się tam po dłuższym czasie, kiedy zwłoki już się rozłożyły? Jeśli tak, to wraca pytanie pierwsze: jak pachnie świeża śmierć?
Fragment innej powieści Sowy „Jeszcze jeden dzień w raju”:
Usiadł przy kaflowym piecu, skręcił skręta z marihuany i zapalił go. Potem zaciągnąwszy się sowicie kilka razy odpalił pożółkły papier od żaru palącego się jointa. Trzymając w ręku listy palił je jeden po drugim aż spalił wszystkie parząc przy tym sobie wreszcie boleśnie palce. Porozkładał w całym mieszkaniu małe podstawki z kolorowego szkła i rozpalił kilka zapachowych świec. Zgasił światło i miał zamiar iść się wykopać. Przed tym postanowił spalić jeszcze jednego papierosa z marihuaną. Usiadł na parapecie i palił głęboko się zaciągając.
Jeśli trzymać się poetyki, to światło też powinien zapalić. A potem wykopać autora, redaktora i korektora.
Nie są to teksty powstałe na kolanie, na co wskazują porady ze str. 45-46, jak dopracować powieść, oraz fakt, że w tej wersji znalazły się w wydanych (elektronicznie albo w „wydawnictwach” print on demand) książkach. Mamy więc do czynienia z podręcznikowym przykładem grafomanii, z chęcią pisania (i publikowania) przy całkowitym braku predyspozycji. Nie z grafomanią w sensie schematycznej, wtórnej czy po prostu zdaniem odbiorcy słabej książki, tylko z nieumiejętnością opisywania zdarzeń i formułowania myśli, nieumiejętnością dobierania właściwych słów (co to znaczy „sowicie się zaciągnąć”?) i dopasowania środków stylistycznych do przekazywanych treści. Aleksander Sowa jest przekonany, że nie zaistniał na normalnym rynku wydawniczym wskutek złośliwości redaktorów, braku znanego nazwiska i nieumiejętności/niechęci podlizywania się komu trzeba, tymczasem fakty są takie, że najżyczliwiej usposobiony redaktor wywali jego tekst do kosza najdalej po przeczytaniu pięciu stron.
Grafoman nie znaczy głupi, a że Sowa z taką oceną już się zetknął i musiało dać mu do myślenia, że inni jednak jakoś debiutują, próbuje się przed tą etykietką bronić, czemu poświęca sporą część poradnika. I tak zamieszcza cały rozdział poświęcony sławnym, a pierwotnie odrzucanym. Konkluzja tego tekstu jest jasna: jeśli mnie i ciebie, czytelniku, odrzucają, wcale nie znaczy, że nie umiemy pisać, tylko się po prostu na mnie i na tobie nie poznają, tak jak nie poznali się na Grishamie i Nabokovie. Sowie umyka, że ci wielcy w końcu jednak zostali przyjęci, on, mimo napisania już chyba czwartej powieści, nie. A jeśli dostaje się trzydziestą odmowę, to prawdopodobieństwo, że jest się drugim Grishamem czy Nabokovem, wynosi pół promila, że książka wprawdzie nadaje się do druku, ale ma się zwykłego pecha i dlatego nikt nie decyduje się w nią zainwestować, pięć procent, a że jest się klasycznym grafomanem, 95% (bez tej połówki promila).
Innym mechanizmem obronnym Sowy jest fałszowanie znaczenia słów. I tak dowiadujemy się od niego „jaka jest różnica między grafomanem a pisarzem. Ten pierwszy pisze, a drugi pisze i dostaje za to pieniądze” (str. 28, innymi słowy ta sama myśl wyrażona na str. 8, 13 i 138-139, ciekawe kogo tak intensywnie Sowa przekonuje). Ponieważ stricte literackie dokonania Sowy są mizerne (czy raczej żadne), rozszerza on też definicję pojęcia „pisarz” na autora poradników: „Kupiłeś tę książkę, a to najlepszy dowód na to, że jesteś czytelnikiem, a ja pisarzem”(str. 21). Do tego Sowa podpiera się cytatem z Kinga (str. 139), że utalentowany pisarz to taki, który za swoją twórczość odbiera czeki. I mamy jasność: Cyprian Kamil Norwid zmarł w nędzy – grafoman, Aleksander Sowa zarobił – pisarski talent.
Deliberacje nad grafomanią nie są jedynymi fragmentami, które sprawiają, że poradnik jest przegadany i w dużej części nie zawiera żadnych przydatnych (dla niegrafomanów) informacji. Na przykład Sowa ogłasza śmierć krytyki (ciekawe, jak krytyka pachnie po śmierci) i tę diagnozę okrasza rysem historycznym: „Wielu twórców z zapamiętaniem zabiegało o namaszczenia starszych, sapiących panów. (...) Ci bardziej zdesperowani zaprzedawali nawet własne umysły i ciała w czasie nocy spędzonych z kochankami krytyków albo nawet bezpośrednio z nimi samymi, niezależnie od płci” (str. 206). Jak widać, pisarze to prostytutki do kwadratu, bo sprzedają nie tylko ciała, ale i umysły, na dodatek mało inteligentnie, bo odbijanie krytykowi kochanki raczej go przychylnie nie nastawi. W rozdziale „Indies – pisarstwo niezależne” Sowa, zamiast pisać na temat, czyli o twórcach publikujących w Internecie, prezentuje „wersję wizji pisarza” „industrialną” i, jak rozumiem, wiejską: „W oparach papierosowego dymu i przy śpiewie ptaków za oknem w pracowni wyłożonej modrzewiową boazerią tworzy swoje dzieła albo w okresach tzw. niemocy twórczej chleje wódkę do nieprzytomności” (str. 98). Innym wypełniaczem, żeby uzbierało się na grubą książkę, są wstawki dotyczące życia uczuciowo-erotycznego autora: „rozstałem się po prawie 4 latach zamieszkiwania z ukochaną dziewczyną” (str. 26), „kiedy miałem 20 lat, chciałem iść do łóżka prawie z każdą dziewczyną” (str. 99). Wyrażając swoje rozczarowanie wydawnictwami print on demand, Sowa pisze: „Na początku jest bardzo pięknie. Tak jak z kobietą, zaraz przed tym, zanim pójdziecie do łóżka” (str. 81). Hę? Okazała się transwestytą?
Nowatorskim wkładem Sowy w metodologię pisania poradników jest informowanie, na czym się nie zna i czego nie będzie czytelnikowi objaśniał: „Jeśli jest to tłumaczenie, dochodzi jeszcze porównanie z oryginałem, ale tłumaczeniem wolałbym się nie zajmować” (str. 33), „dotacje i preferencyjne pożyczki z Urzędów Pracy (...) Temat, o którym nie mam większego pojęcia, więc rozwijał go nie będę” (str. 70-71). Jest jednak inny temat, o którym Sowa większego pojęcia nie ma, ale pominąć go w książce tego rodzaju nie sposób, więc autor lojalnie uprzedza: „Nieuchronnie zbliżam się do tematu, który mnie nudzi jak chyba żadna sprawa na świecie. (...) Celowo wcześniej nie poruszałem tego tematu, aby przebrnąć go w jednej leksji i więcej nie tworzyć do niego odnośników. Dlatego pewnie nie dziwi fakt, że te zagadnienia należą do mało znanych” (str. 113). Mało znane zagadnienia, bo nie interesuje się nimi Aleksander Sowa (prosimy, żeby Aleksander Sowa zainteresował się mało znanym zagadnieniem ochrony minoga morskiego, żeby stało się szeroko znanym zagadnieniem), to zapisy prawa autorskiego i umowy wydawnicze. Dla zarabiania na książce sprawa kluczowa: dwaj autorzy, którym wydawnictwo zaproponuje po 10%, dostaną zupełnie różne pieniądze w zależności, czy podstawą obliczenia honorarium będzie cena okładkowa czy cena zbytu, na jaki czas zostanie udzielona licencja, jakie pola eksploatacji obejmie, jak zostaną podzielone zyski ze sprzedaży praw zależnych itd. Podpisujący umowę wydawniczą musi na te wszystkie punkty zwrócić uwagę. Czy Sowa systematycznie je omawia? Nie, przecież nie chodzi o to, żeby udzielić rzetelnej informacji, tylko żeby temat „przebrnąć”. Sowa powybierał więc ze swoich umów na chybił trafił dowolne zapisy, nie różnicując między umowami na publikacje elektroniczne i papierowe, choć te zasadniczo się różnią, i komentuje te zapisy, wykazując się ignorancją. Zapis, że wydawca może dokonać zmian redakcyjnych bez zgody autora, Sowa ocenia jako „wysoce niekorzystny” (str. 119), tymczasem jest on zwyczajnie nieważny z mocy prawa, bo narusza niezbywalne osobiste prawa autorskie twórcy. Przy zapisie, że udowodniony przez sąd plagiat będzie oznaczał konieczność wypłaty odszkodowania, Sowa wskazuje, że nie ma mowy o prawomocnym wyroku (str. 117), bo nie wie, że nieprawomocny nie powoduje żadnych skutków prawnych. Zapis, z którego wynika, że wydawca może zmienić autorowi zakończenie powieści, a jeśli ten się sprzeciwi, nie przyjąć zamówionej książki, Sowa uważa za „oczywisty” i twierdzi, że nie ma o co się spierać (str. 124). Sowa zaleca, żeby kwestie praw zależnych uregulować odrębną umową (że jest to „jedyny uczciwy zapis”, str. 128), ale już nie podaje, co w tej odrębnej umowie powinno się znaleźć. Nie wyjaśnia też, dlaczego zapisy z odrębnej umowy nie mogą się od razu znaleźć w tej zasadniczej, niby dlaczego miałoby to być „nieuczciwe”. „Omówienie” problematyki umów wydawniczych Sowa podsumowuje następująco „z pewnością spotkasz się z licznymi zapisami w umowach, których wcześniej nie widziałeś, a nawet nie miałeś pojęcia, że ktoś mógłby o tym nawet pomyśleć. Ale pomyślał, a teraz Ty będziesz musiał się zastanowić, co mogą one ze sobą nieść” (str. 130-131). Hm, wydawałoby się, że autor takiego poradnika ma to właśnie objaśnić. Sowa nie objaśnia, co nie przeszkadza mu w podkreśleniu, jakim okazał się dobroczyńcą, zmuszając się do pisania o czymś tak „odpychającym” jak umowy: „Powiem Ci, że masz fart. Serio – bo oto otrzymujesz ode mnie garść naprawdę ważnych informacji. Aby bowiem napisać to, o czym tutaj przeczytałeś, musiałem uczyć się na własnych błędach 6 lat” (str. 131). No cóż, uczyć się a nauczyć się, to dwie różne rzeczy.
Błędy rzeczowe nie ograniczają się zresztą do powyższego rozdziału, przewijają się przez całą książkę. Na przykład we wspomnianym artykule o odrzuconych sławnych pisarzach, Sowa twierdzi, że wydawca nie przyjął opowiadania Kinga „Jazda na kuli”, bo uznał je za zbyt słabe, co zmusiło autora do publikacji internetowej (str. 48). Jest to nieprawda, płatna publikacja internetowa była świadomym eksperymentem wydawcy i Kinga. Ale nawet jeśli się nie zna faktów, to można włączyć logiczne myślenie. Mowa jest o opowiadaniu powstałym u szczytu popularności Kinga, nie na początku jego kariery, a w przypadku bestsellerowych autorów wydawcy biorą wszystko w ciemno. King mógłby napisać opowiadanie takim bełkotem, jakim pisze Aleksander Sowa, i też zostałoby opublikowane. Co więcej, Sowa zamieścił ten artykuł wcześniej w Internecie i komentujący wskazał mu (bez złośliwych przytyków) powyższe okoliczności, ale tę krytykę Sowa uznał za „obrzucenie gównem” (str. 107) i błąd nadal powiela.
Logiczne myślenie w ogóle nie jest mocną stroną Sowy. Omawiając trudny los debiutanta, wskazuje, że jeśli ten „nie pisze w jakiś wyjątkowo oryginalny czy nowatorski sposób – nie bardzo ma szansę zaistnieć. Właściciel wydawnictwa woli publikować książki, które są podobne do innych” (str. 17). Innymi słowy, debiutant piszący książki wtórne nie ma szans na wydanie, bo wydawcy wolą książki wtórne. Umiejętność podawania sprzecznych informacji w dwóch sąsiadujących ze sobą zdaniach jest zresztą wyróżnikiem stylu Sowy: „Automatycznie zostanie ona [książka popularna w USA] wykupiona w Polsce. Pod warunkiem, że autor jest znany także u nas” (str. 19). To automatycznie czy pod warunkiem?
Przykładem braku logiki i nie tyle mylenia faktów, co już całkowitego oderwania od rzeczywistości, jest opis debiutu Doroty Masłowskiej. Sowa najpierw tłumaczy, że jedyną motywacją dla wydawców jest chęć zarobienia na książce i dlatego debiutanci mają tak potwornie ciężko, bo tego zarobku nie gwarantują. Obraz tylko po części prawdziwy, bo i ci nastawieni na zysk szukają nowych nazwisk, gdyż Polacy coraz chętniej sięgają po rodzimą literaturę i starzy autorzy nie zaspokajają popytu, i są jednak wydawnictwa działające dla idei. Do takich należy między innymi Lampa i Iskra Boża Pawła Dunina-Wąsowicza, który wydał Masłowską. Sowa inaczej jednak tłumaczy sobie jej wejście na literacką scenę: „Zdarza się, że oficyny chętnie publikują też książki nieznanych autorów, ale jeśli o wydawanym dziele jest głośno w mediach. Dobrym przykładem jest tutaj Wojna polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną” (str. 18). Jakim cudem o niewydanym dziele nieznanego autora może być głośno w mediach, Sowa nie wyjaśnia. Przecież o książce Masłowskiej pisano po wydaniu, a nie przed. A Dunin-Wąsowicz wydał ją, bo uznał, że to dobra literatura, a nie dlatego, że jest jasnowidzem i przewidział, że akurat wokół tej książki zrobi się szum. W tym miejscu można się zgodzić z Sową, że jego poradnik jest esejem, bo „wywód myślowy zawarty w eseju w małym na ogół stopniu respektuje standardowe metody rozumowań” („Słownik terminów literackich” pod red. Janusza Sławińskiego).
Podsumowując, poradnik Sowy to gniot najeżony błędami stylistycznymi i gramatycznymi („Pisać umiałem w wieku 4 lat. Dziś mam ponad 30 i to sens mojego życia” (str. 21), czyli sensem życia dla autora jest mieć ponad 30 lat), logicznymi i rzeczowymi. Z poradami co najmniej dezorientującymi odbiorcę. „Powinieneś wiedzieć, że są wydawnictwa, które nie przyjmują innych propozycji wydawniczych, jak tylko te przedstawione przez agentów” (str. 110). Owszem, ale w Stanach, czego czytelnik ma się domyślić z dalszego fragmentu, w którym Sowa podaje, że w Polsce agentów literackich właściwie nie ma. Albo z poradami całkowicie nieprzydatnymi. Na ponad siedmiu stronach Sowa zamieszcza listę wydawnictw, bez słowa opisu, nie podając profilu ani typu (są tam również „wydawnictwa” print on demand), a jedynie adres internetowy. Czytelnik musi wejść do sieci i sprawdzić każde wydawnictwo z osobna. Tylko jak ma szukać w Internecie, to po co mu poradnik Sowy? Poradnik, będący składanką różnych tekstów na zasadzie, co tu się jeszcze nada, a nie prowadzących czytelnika do celu określonego w tytule. Na str. 211 Sowa pisze „mam dla Ciebie jedną myśl, która ciśnie mnie pod czaszką” i to stwierdzenie można uznać za motto: Sowa dzieli się z nami myślami, które cisną go pod czaszką. O niechlujstwie niech świadczy passus ze str. 72: „Dochodzimy do miejsca, gdzie temat poradnika wdziera się ponownie w obszar zarezerwowany na tytuł o zarabianiu na książkach. Kto wie, może ją [jaką „ją”, nie wiadomo, bo w poprzednim zdaniu nie ma rzeczownika rodzaju żeńskiego] kiedyś napiszę? Ale nie teraz.” Czytelnika ogarnia zdumienie, bo przecież trzyma w ręku poradnik o takim właśnie tytule. Zagadka wyjaśnia się na stronie 152, gdzie Sowa opowiada, że napisał poradnik „Jak wydać (własną) książkę?”, ale wydawcy go nie chcieli i musiał go rozbudować o drugą część, jak na tej książce zarobić. Ale pierwszej przed wydaniem już nie przejrzał, podobnie jak nie zrobili tego redaktorzy Złotych Myśli. Poradnik miał rzekomo dwie redaktorki – tak jest podane na stronie redakcyjnej, co sugerowałoby rzetelną, językową i merytoryczną redakcję – ale przepuszczone błędy świadczą o tym, że panie Magda Wasilewska i Sylwia Fortuna albo w ogóle nie widziały tekstu na oczy i wydawnictwo czytelnika zwyczajnie okłamuje w sprawie przygotowania książki do druku (tę wersję uważam za bardziej prawdopodobną), albo takie z nich redaktorki jak z Aleksandra Sowy pisarz.
Casus Sowy pokazuje nam (nie)ciekawe zjawisko. Piętnaście lat temu po którejś tam odmowie ze strony wydawnictw poddałby się i zajął czymś, co rzeczywiście potrafi robić. Teraz istnieją „wydawnictwa”, które przyjmują jego kalekie teksty, nie przejmując się żadnymi standardami. Co tam, że autora wystawia się na pośmiewisko, że należałoby go chronić przed nim samym i cierpliwie mu tłumaczyć, że z pewnością ma talenty w innej dziedzinie, w której mógłby zyskać uznanie i szacunek, ale pisać naprawdę nie potrafi. Można zarobić, chowając rzecz zupełnie bezwartościową pod chwytliwym tytułem, na który pewnie nabierze się sporo czytelników, to się książkę wydaje. Albo wstawia się powieść grafomana zapewne żadnym albo minimalnym kosztem jako e-booka do księgarni internetowej, oczywiście w stanie surowym, ktoś kupi, czysty zysk, nie kupi, strata żadna, miejsca w Internecie dość. A nie praktykuje się oddawania pieniędzy, mimo że w książce jest błąd na błędzie, że autor nie potrafi pisać po polsku, że nie zna się na tym, o czym pisze, że na tekst nie spojrzał redaktor ani korektor. Książkę reklamujemy, kiedy jest wadliwym produktem drukarskim, kiedy jest wadliwym produktem wydawniczym już nie. Pytanie dlaczego, bo przecież prawo wcale nam tego nie uniemożliwia. Pewnie ogólne nastawienie jest takie, że ocena książki jest rzeczą subiektywną. Owszem, ale nie mówimy tu o reklamowaniu dlatego, że spodziewaliśmy się ciekawej powieści, a śmiertelnie nas znudziła. To jest rzeczywiście subiektywny odbiór i ryzyko czytelnicze. Ale czytelnik ma prawo oczekiwać i wymagać, że wydana książka będzie spełniała określone standardy wydawnicze, że będzie napisana poprawną polszczyzną, że liczba błędów wszelakiego rodzaju będzie stanowiła niewielki odsetek (nikt nie oczekuje książek bezbłędnych, to niewykonalne), że wydawnictwo dochowa należytej staranności w przygotowywaniu tekstu, przeprowadzając redakcję i korektę. I ocena, czy te standardy zostały dotrzymane, wcale nie jest trudna. Nawet łatwiejsza niż przy rozstrzyganiu, czy buty rozkleiły się z tego powodu, że były źle wykonane czy niewłaściwie użytkowane. Spór na linii producent – klient może powstać zawsze i od jego rozstrzygania są rzeczoznawcy, sęk w tym, że producent butów odpowiada za ich jakość również po sprzedaży, a producent książki nie. Moim zdaniem najwyższy czas to zmienić, zwłaszcza że jest to kwestia zmiany praktyki, a nie prawa. Ucieszyłbym się więc, gdyby ktoś, kto zakupił poradnik Sowy, zgłosił się do wydawnictwa Złote Myśli z moim tekstem i powiedział: „Proszę mi oddać pieniądze, bo w tej recenzji zostało udowodnione czarno na białym, że wydaliście bubla”.
Z okładki poradnika bije wielkimi literami „Autor 2.0”, co ma sygnalizować nową erę, zanik tradycyjnych wydawnictw i papierowej książki na rzecz publikacji w Internecie i e-booków. Tyle że jak na razie hasłem tej nowej ery powinno być „Grafoman 2.0”. Bo tradycyjne wydawnictwa i papierowe książki mają się świetnie, za to dzięki Internetowi i e-bookom możliwość publikacji zyskali grafomani.
PS. Po reakcjach na mój tekst obnażający nieudolność tłumaczki „Underdoga” wiem, że fuszerka drażni Polaków daleko mniej niż demaskowanie fuszerki. Fuszerzy mają w Polsce licznych obrońców (którymi pewnie powoduje obawa, że ktoś się bliżej przyjrzy ich własnym dokonaniom), a ulubioną metodą „polemiki” jest oskarżanie demaskatora o niskie pobudki. Uprzedzając te ataki, przyznaję się więc bez bicia, że poradnik Sowy zjechałem wyłącznie w celu wykończenia konkurenta, żeby mój się sprzedawał, a jego nie. Kierowała mną czysta, interesowna zawiść, a zarzuty wyssałem sobie z palca. I w tej sytuacji obrońcy Sowy (albo on sam) z łatwością powinni je obalić. Zapraszam więc do wskazywania, że są nieprawdziwe.
Dopisek: Odpowiedź na polemikę autora książki.