poniedziałek, 27 maja 2013

Sprawa pilna

Wrocławski sąd przysłał mi do tłumaczenia jednostronicowe postanowienie nakładające grzywnę na obywatela szwedzkiego, który w naszym pięknym kraju nabroił. W piśmie przewodnim sąd zaznaczył, że „sprawa pilna”. Skoro pilna, postanowienie krótkie, to chciałem od razu przetłumaczyć, wciskając między większe zlecenia. A potem mój wzrok padł na datę wymierzenia grzywny i na datę zlecenia przekładu. 23 stycznia i 25 marca. Sędzia potrzebował dwóch miesięcy i dwóch dni, by wydać zarządzenie o tłumaczeniu, co trudno uznać za jakiś wielki pośpiech, ale kiedy je wydał, to nagle sprawa zrobiła się pilna. No, bo przecież ktoś w tym systemie musi szybko pracować i tym kimś ma być tłumacz. A jak już tłumacz przetłumaczy, to sprawa znowu przestanie być pilna i pan tłumacz poczeka sobie kolejne dwa miesiące (przy dobrych wiatrach) na postanowienie o przyznaniu płatności. Odłożyłem przekład na koniec kolejki.

Termin „sprawa pilna” to najnowszy wynalazek wrocławskich sądów. Sądy mają możliwość zlecania tłumaczeń w tempie naprawdę ekspresowym, mogą nakazać wykonanie przekładu w dniu zlecenia. Tyle że jest to płatne 100% ekstra, a sądy płacić nie chcą. Piszą więc „sprawa pilna” w nadziei, że nękany poczuciem obowiązku tłumacz uwinie się w try miga (nieobowiązkowi dawno olali pracę dla sądów za stawki sprzed ośmiu lat), ale skoro nie wyznaczono mu jednodniowego terminu, będzie można posłać go do diabła, gdyby domagał się zapłaty za ekspres. W wersji skrajnej wygląda to na przykład tak, że zadzwoniła do mnie sądowa panienka, informując, że mają pismo, którego przekład potrzebny jest na rozprawę, bez niego trzeba będzie odroczyć. Czy w związku z tym mógłbym nie wysyłać przekładu pocztą, tylko go do sądu przywieźć? Poinformowałem panienkę, że nie mógłbym przywieźć, bo zajmie mi to co najmniej godzinę, a honorarium za tłumaczenie w wysokości 24,77 zł brutto średnio mi zrekompensuje te wojaże. Myślałem, że panienka zaproponuje, że w takim razie po przetłumaczony dokument przyjedzie, ale wychodziła ze słusznego założenia, że nikt nie ma prawa od niej oczekiwać, żeby po godzinach pracy wykonywała na rzecz pracodawcy nie swoje obowiązki. Czegoś takiego można oczekiwać jedynie od tłumacza, ale jak wiadomo, tłumacz nie pracuje, bo siedzenie w domu przed komputerem trudno nazwać pracą. Spokojnie może od tego komputera wstać i zarobić uczciwie na chleb jako goniec. Wskazałem panience rozwiązanie: niech sąd zleci mi przekład w dniu zlecenia, odeślę priorytetem, tłumaczenie bez problemu dotrze przed rozprawą. Co zrobił sąd? Napisał, że „sprawa pilna”, bo rozprawa jest w dniu takim a takim. Rozumiem, że sąd nie chce szastać pieniędzmi podatników czy, w tym przypadku, stron, i często jest to rzeczywiście zasadne, ale wydatek niecałych dwudziestu pięciu złociszy w zamian za to, by do sądu nie musieć na próżno jeździć (może nawet ze Szwecji), byłby dla strony chyba do przełknięcia.

Nie byłem tak arogancki, by to tłumaczenie odłożyć na koniec kolejki, ale mogłem tak zrobić. Bo sąd, wyznaczając termin „sprawa pilna”, prawnie nie wyznacza żadnego terminu i tylko od dobrej woli tłumacza zależy, kiedy odeśle przekład. Czasami, jak się chce zaoszczędzić, można przechytrzyć.

PS. Może wyjaśnienie, dlaczego pracownice sekretariatu określam słowem „panienka”. Nie wynika to z lekceważenia ich pracy, ale z faktu, że nie są one władne podjąć żadnej decyzji, robią wyłącznie za pas transmisyjny, przez co człowiek ma zawsze wrażenie, że rozmawia z osobą niekompetentną. Sędziowie w większych miastach do rozmowy z tłumaczem się nie zniżają (sędziowie z mniejszych miast i na przykład prokuratorzy nie uważają, że spadnie im z głowy korona, jeśli omówią coś bezpośrednio z tłumaczem). Brak kontaktu z możnymi tego świata jakoś specjalnie mi nie doskwiera, ale jeśli jest problem i nie można go rozwiązać, bo panienka potrafi powtarzać tylko „sędzia tak kazał”, to jest to irytujące. Przykładowo, sąd przesłał mi do wykonania tłumaczenie z terminem trzydniowym. Zadzwoniłem do sądu.

– Nie jestem w stanie zrobić tego w trzy dni, zrobię w pięć i wyślę.
– Nie, bo sprawa jest pilna i dlatego sędzia dała taki termin.
– Jaka pilna? Przecież to jest wezwanie na rozprawę, która będzie za dwa i pół miesiąca.
– Ale my musimy to jeszcze wysłać do Szwecji.
W domyśle: u nas w wydziale papiery muszą sobie poleżeć, zanim je nadamy.
– I tak państwo zdążą.
– Nie przełożę panu terminu [czytaj: nie mam takich uprawnień], jeśli nie jest pan w stanie tego zrobić, proszę odesłać dokumenty i napisać wyjaśnienie.
– Przecież w ten sposób sprawa przeciągnie się jeszcze bardziej, niż gdybym wysłał tłumaczenie dwa dni później.
– Nic na to nie poradzę, sędzia wyznaczyła taki termin.
– To chciałbym porozmawiać z sędzią.
– Sędzia nie rozmawia z biegłymi.

Zrobiłem w trzy dni, przypłaciłem to zarwaną nocą i w efekcie chorobą. Sąd zapłacił mi po dziewięciu miesiącach i to nie z własnej inicjatywy, tylko po kilku skargach (wtedy jeszcze nie odkryłem, że można się skutecznie skarżyć od razu do ministerstwa). W jednej z odpowiedzi sędzia przewodniczący wydziału napisał mi, że do marca akta były poza wydziałem, a w czerwcu prowadząca sprawę poszła na urlop. Wywnioskowałem stąd, że ów sędzia nie wie, że po marcu następuje nie czerwiec, tylko kwiecień, a potem jeszcze maj. Jestem za tym, żeby na studiach prawniczych wprowadzić obowiązkowe zajęcia ze znajomości kalendarza.

poniedziałek, 20 maja 2013

Hańba

Sejm RP nie przyjął uchwały potępiającej zabójstwo Grzegorza Przemyka i tuszowanie tej zbrodni przez władze PRL. Treść uchwały zakwestionował poseł SLD Tadeusz Iwiński, stwierdzając, że „skoro sąd nie wskazał winnych śmierci Przemyka, nie może tego też robić Sejm”.

W 2010 r. Sejm przez aklamację przyjął uchwałę w sprawie zbrodni katyńskiej: „W 70. rocznicę (…) Sejm składa hołd pamięci polskich jeńców wojennych, ofiar ludobójczego reżimu sowieckiego. Podejmując decyzję o zamordowaniu ponad 21 tys. bezbronnych oficerów Wojska Polskiego, funkcjonariuszy policji państwowej, administracji i sądownictwa, najwyższe władze ZSRR pogwałciły najbardziej elementarne zasady prawa i moralności”.

Ani Beria, ani Stalin przed sądem nie stanęli, żaden wyrok sądowy nie mówi, że za zbrodnię katyńską odpowiadają władze ZSRR, ale posłowi Iwińskiemu jakoś to nie przeszkadzało i przeciwko tej uchwale nie protestował.

Widać więc wyraźnie, że z Iwińskiego żaden legalista, po prostu szukał pretekstu, by nie dopuścić, by głośno został powiedziane, że to jego koledzy z PZPR są winni tej zbrodni i matactw po jej dokonaniu. Kolegą Stalina i Berii Iwiński się nie czuje, więc nie miał problemów z powiedzeniem, że to zbrodniarze, kolegą, czy raczej towarzyszem Jaruzelskiego i Kiszczaka czuje się i owszem, więc pokrętnymi argumentami stara się zatuszować ich odpowiedzialność. I swoją też, moralną, bo przyzwoici ludzie rzucali PZPR-owskie legitymacje, kiedy generałowie wytoczyli wojnę własnemu narodowi, kiedy ZOMO strzelało do górników w Wujku, kiedy SB mordowała księdza Popiełuszkę czy właśnie Przemyka. Towarzysz Iwiński trwał wiernie i komunistyczną ideologię porzucił dopiero wtedy, kiedy PZPR straciła władzę i trzeba się było załapać na nowe polityczne rozdanie. Komunista Iwiński ze stażem w Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej od 1967 roku stał się nagle demokratą.

Problem polega na tym, że jemu i jemu podobnym na taki kunktatorski manewr pozwolono. Nie przeprowadzono dekomunizacji, nie osądzono zbrodniarzy. Członkowie PZPR mogli normalnie startować w wyborach, jakby wcześniej należeli do demokratycznej, a nie reżimowej partii, choć powinni dostać co najmniej dziesięcioletni zakaz. Zamiast powołać coś na kształt Trybunału Norymberskiego, pozwolono na jakąś szopkę przed niewydolnymi sądami, które przez dwadzieścia parę lat nie potrafią ukarać winnych (proces w Norymberdze trwał niewiele ponad 10 miesięcy!). W efekcie towarzysze dalej mogą mataczyć, tuszując tym razem nie zbrodnie swoich kolegów, ale ich odpowiedzialność. I w sumie na Iwińskiego nie ma się co oburzać. Kreatury moralne pozostają kreaturami moralnymi i nic się na to nie poradzi. Problem w tym, że pozwoliliśmy, by takie kreatury miały prawo głosu i mogły pomniejszać, relatywizować czy zakłamywać nawet morderstwa.

poniedziałek, 13 maja 2013

Medicus intellectualis – badania terenowe

We wrocławskiej Akademii Medycznej kształcą się na lekarzy cudzoziemcy, w tym przybysze ze Szwecji, głównie dzieci imigrantów. Oczywiście nie przyjeżdżają do Polski ze względu na wysoki poziom nauczania, ale dlatego, że w Szwecji na studia medyczne nie udało im się dostać. Taki zagraniczniak musi okazać swoje świadectwo maturalne przełożone na polski przez tłumacza przysięgłego. Musi je okazać w kuratorium, żeby wydano mu dyplom, a nie na uczelni, żeby go przyjęła (uczelni noty nie obchodzą, tylko banknoty), więc zazwyczaj zabiera się do tego pod koniec studiów. Przybysze ze Szwecji zgłaszają się do mnie. Przybysze ze Szwecji do tłumacza języka szwedzkiego zwracają się z zapytaniem, czy i za ile przełoży im papiery, w języku angielskim. Z początku przyjmowałem, że jest to wynik automatyzmu. Studiują w języku angielskim, na co dzień posługują się angielskim, więc z rozpędu do tłumacza szwedzkiego - z nielicznymi wyjątkami - też po angielsku. Kiedyś jednak, przechodząc na szwedzki, zapytałem studenta, dlaczego nie mówi do mnie od razu po szwedzku, przecież jest oczywiste, że skoro z danego języka tłumaczę, to muszę go znać. Odpowiedź wbiła mnie w podłogę: on się nad użyciem szwedzkiego faktycznie zastanawiał, ale doszedł do wniosku, że bezpieczniej będzie jednak trzymać się angielskiego. Czyli nie automatycznie, nie z rozpędu, nie bezrefleksyjnie, tylko po namyśle człowiek kończący studia (kończenie studiów było kiedyś synonimem inteligencji) uznał, że istnieje taka możliwość, że tłumacz danego języka tego języka nie zna.

Zaciekawiło mnie, czy taki delikwent wpadnie na to, że potrafię porozumieć się po szwedzku, jeśli mu o tym nie powiem. Następna rozmowa z przyszłym lekarzem wyglądała więc następująco (rozmawiamy po angielsku):

– Pan Pollak?
– Tak, słucham.
– Czy jest pan tłumaczem?
– Tak.
– Bo ja studiuję tutaj w English Division i potrzebuję przetłumaczyć moje świadectwo.
– W jakim języku jest to świadectwo?
– Po szwedzku.
– Czyli miałbym je przetłumaczyć ze szwedzkiego na polski?
– Tak.
– Ale jak mogę przetłumaczyć coś ze szwedzkiego, skoro szwedzkiego nie znam?
Konsternacja i chwila milczenia.
– Ale pan jest tłumaczem?
– Tak, jestem.
– No bo ja potrzebowałbym przetłumaczyć moje świadectwo ze szwedzkiego na polski.
– Świetnie, tylko jak mam przełożyć świadectwo z języka, którego pana zdaniem nie znam?
Konsternacja i chwila milczenia.
– Bo ja potrzebuję przetłumaczyć świadectwo i dostałem pana dane od…

Po trzech takich rozmowach dotarło do mnie, że za wysoko postawiłem poprzeczkę, wskazówka była zbyt finezyjna albo zagmatwana, ostatecznie lekarzowi w jego pracy nikt takich skomplikowanych zagadek nie zadaje, by musiał umieć je rozwiązywać. Postanowiłem więc zadanie uprościć. Po uproszczeniu rozmowy wyglądały m.in. tak (kwestie angielskie tym razem kursywą w oryginale):

Translator? – studia medyczne to nie filologia, żeby studenci posługiwali się okrągłymi zdaniami.
– Niestety, nie rozumiem.
Do you speak English?
– Nie rozumiem, co pani do mnie mówi.
– Angielski nie?
W głosie słychać szczere zdumienie, że człowiek wykształcony, jakim jest tłumacz, nie zna światowego języka. Mnie tak samo dziwi, że ktoś może siedzieć sześć lat w jakimś kraju i nie nauczyć się języka tego kraju w stopniu pozwalającym na załatwienie prostej sprawy. Pozostaję więc przy swojej wersji.
– Angielski nie.
Doszliśmy do punktu, w którym sprawa jest banalnie prosta. Po polsku się nie dogadamy, po angielsku nie, jaki język możemy mieć wspólny?
I have some documents to translation…
– Przykro mi, ale nie rozumiem, co pani mówi.
Głęboki namysł w tle, cierpliwie czekam.
– To dziękuję.
– Proszę.

Byłem przekonany, że klient przepadł, trudno, czego się nie robi dla nauki, ale studentka nie poddała się tak łatwo. Jestem jedynym przysięgłym szwedzkiego we Wrocławiu, od opiekuna na uczelni otrzymała tylko moje dane, najwyraźniej nie wiedziała, jak poszukać innego tłumacza, więc musiała sobie poradzić. I poradziła sobie. Co znakomicie rokuje jej zawodowej karierze, bo czyż nie na tym polega praca lekarza, by w nieschematyczny sposób dawać sobie radę, jeśli pojawią się nietypowe problemy? Poprosiła kolegę Polaka, by do mnie zadzwonił. Innymi słowy, żeby porozumieć się z tłumaczem szwedzkiego, wynajęła tłumacza angielskiego, bo nawet po namyśle nie wpadła na to, że z tłumaczem języka szwedzkiego dogada się po szwedzku.

Moje badania terenowe dowiodły więc, że wrocławska Akademia Medyczna kształci na lekarzy ludzi, których poziom inteligencji nie pozwala na domyślenie się, że z tłumaczem języka szwedzkiego można porozumieć się po szwedzku. Mocno zaniepokojony zacząłem tych studentów wypytywać o ich plany. Na szczęście okazało się, że jak jeden mąż wracają do Szwecji i leczenie z ich strony mi nie grozi. A potem dostrzegłem przewrotność tej operacji i ukryty w niej genialny zamysł. Polska służba zdrowia wypada blado na tle szwedzkiej, a jeszcze te łobuzy podbierają nam lekarzy. No to my damy im lekarzy. Takich, że leczenie się w Szwecji będzie czynnością wysokiego ryzyka i żaden roszczeniowy polski pacjent nie powie już, że tam jest lepiej. I za przygotowanie tej piątej kolumny oni nam jeszcze zapłacą. Majstersztyk.

niedziela, 28 kwietnia 2013

Lecimy na Marsa

Holenderska firma planuje za dziesięć lat wysłać pierwszych ludzi na Marsa i właśnie ogłosiła nabór chętnych. Haczyk polega na tym, że lot jest tylko w jedną stronę, ściągnięcie marsonautów z powrotem byłoby zbyt drogie, jeśli w ogóle technicznie wykonalne. Mimo to zgłosił się cały tłum kandydatów. Z początku nie było wśród nich żadnych Polaków, ale honor naszej nacji, która wydała Pawła Edmunda Strzeleckiego i Tony’ego Halika, uratowali:

• Pan Ignacy, lat 92, emeryt – skoro nie ma górnej granicy wieku, to się zgłosił, w ten sposób zapisze się w historii jako pierwszy nieboszczyk na Marsie. Nie, wcale się nie boi się, że nie dożyje lotu, przy tych cenach trumien z jego emeryturą nie stać go na to, by umrzeć tutaj.

• Pan Zenek, lat 56, alkoholik – chce się tylko w spokoju napić, tymczasem ta ksantypa ciągle zrzędzi, a raz nawet posunęła się do tego, że ledwie napoczętą butelkę wódki wylała, takie marnotrawstwo. Na Marsie nikt mu niczego nie będzie wylewał. Jak to nie będzie czego wylewać? Holendrzy niepijący są? Nie szkodzi, nie będzie wódki, popędzi się bimberek. Dlaczego miałby to być problem, przecież na Marsie nie ma policji? Aha, nie ma z czego; jak to nie ma z czego, nie ma takiej możliwości, żeby nie było z czego, bimber da się zrobić ze wszystkiego, może Holender by nie potrafił, ale Polak na pewno tak.

• Ksiądz Jan, katecheta, lat 32 – chce dopilnować, żeby na Marsie nie było in vitro, prezerwatyw i małżeństw homoseksualnych, czyli krzewić wartości chrześcijańskie. Oczywiście, że to są wartości chrześcijańskie, należałoby zapoznać się z dekalogiem, jak się chce rozmawiać z księdzem, a przyszło z lewackiej gazety. Poza tym na Marsie też ktoś musi uczyć dzieci religii. Jak to nie będzie dzieci? Można lecieć dopiero od 18 lat? To chyba zrezygnuje, bo lubi dzieci. Nie, oczywiście, że nie w tym sensie, to były fałszywe oskarżenia, które miały na celu zniszczenie Kościoła, sam biskup tak powiedział.

• Pani Magda, lat nie poda, bo to nie ma nic do rzeczy, feministka – nie może być tak, żeby na Marsa polecieli sami mężczyźni, kiedy kobiety są lepiej wykształcone, tylko niedopuszczane do stanowisk, a te dopuszczane zarabiają mniej, więc ona poleci i przypilnuje, żeby zapłacili jej tyle samo, co reszcie załogi. Nie ma takich planów, żeby wysyłać samych mężczyzn, a kobietom płacić mniej? Nie szkodzi, na pewno kobiety będą dyskryminowane, więc i tak musi polecieć, żeby pilnować, żeby dyskryminacji nie było. Poza tym jak ona nie poleci, to wezmą jakieś młode i ładne, a to nie jest feminizm, tylko zaspokajanie męskich chuci.

• Pan Bogdan, lat 43, biznesmen – Mars nie należy do Unii, więc komornik, urząd skarbowy i wierzyciele będą mogli mu skoczyć. No i szerokie możliwości biznesowe się otwierają, nikt go tam jeszcze nie zna, więc nowy przek… biznes da się zrobić, potem przeniesie się na Wenus albo Saturna.

• Pani Anita, lat 49, działaczka stowarzyszenia Solidarni 2010 – na Marsie powinna powstać Międzyplanetarna Komisja ds. Zbadania Zbrodni Smoleńskiej. Trochę się bała, że Tusk z Putinem zestrzelą rakietę, żeby nie dopuścić do wyjaśnienia zamachu, ale potem sprawdziła, że na Marsie brzozy nie rosną, więc drugi raz nie udałoby im się wmówić ludziom, że doszło do zderzenia z brzozą.

• Pani Leokadia, lat 58, rencistka – nie chce oczywiście na żadnego Marsa lecieć, ale kandydaci na pewno będą badani i ona by się chciała tym badaniom poddać, żeby dostać wyniki, bo ma skierowanie z NFZ-u na rezonans, ale w szpitalu jej powiedzieli, że ma przyjść za trzy lata.

• Pan Grzegorz, lat 30, rzemieślnik – woli umrzeć na Marsie, mając zapewnione utrzymanie do końca życia, niż z głodu na Ziemi, a właśnie sobie policzył, że nawet jeśli ZUS nie zbankrutuje, to wypłaci mu taką emeryturę, że bez dożywiania w śmietnikach się nie obejdzie.

• Pan Sławomir, lat 35, polityk – Platforma chce, żeby każdy Polak miał ogródek na Marsie, więc leci to załatwić, poza tym może na Marsie jest ten gaz łupkowy, z którego Tusk obiecał wypłacić Polakom emerytury; oczywiście zakładanie ogródków kosztuje (zwłaszcza na Marsie!), poszukiwanie gazu też, więc tymczasowo trzeba będzie podnieść podatki, ale to tylko tymczasowo, bo Platforma jest za obniżaniem podatków, czemu cały czas daje wyraz, a że jest kryzys i podatki rosną, to już nie jest wina Platformy.

• Pan Dariusz, lat 26, doktorant – kiedy pomyśli sobie, że na Marsie oprócz niego będą tylko trzy osoby i będzie mógł w ciszy pisać doktorat, to poleciałby chociaż jutro. Bo teraz nad nim mieszka rodzina z czwórką dzieci, które drą się jak zarzynane, przemierzają pokoje tabunem albo – najczęściej – wykonują obie te czynności naraz; rodzina pod nim ma dwa psy na wypadek, gdyby jeden zmęczył się szczekaniem, a sens życia sąsiadki za ścianą sprowadza się do spania i oglądania telewizji, przy czym kobieta dużo snu nie potrzebuje, za to wyraźnie głuchnie, chociaż jest dopiero w średnim wieku.

wtorek, 16 kwietnia 2013

Żądza wiedzy

Wspaniała historyczka z XI LO we Wrocławiu, Franciszka Kłopot, niektóre „mądrości” uczniów zwykła kwitować twierdzeniem, że dwie rzeczy nie mają granic, miłosierdzie Boże i głupota ludzka. Studiując wpisy z wyszukiwarki, trzeba jednak do tej krótkiej listy dołożyć ludzką ciekawość.

obraźliwe rymy na Pawła

Czyżby moi adwersarze pisywali wiersze?

na początku Bóg stworzył wiersz

różne teorie na temat tego, co Bóg stworzył na początku. Ale jeśli nawet wiersz, to rozumiem, że nie o Pawle. O Szawle też nie, bo rymy te same.

akt oskarżenia kradzież roweru wzór

Leniwy prokurator?

czym legitymuje się tłumacz przysięgły przed notariuszem

Tłumacz przysięgły przed notariuszem legitymuje się wiedzom i godnościom zawodowom.

bardzo bystra i inteligentna kobieta

Nasunął mi się komentarz, kiedy zobaczyłem ten wpis, ale po namyśle doszedłem do wniosku, że to prowokacja feministek, więc go nie wygłoszę.

jak zacząć tłumaczyć książki poradniki chomikuj

Może jednak nie od okradania przyszłych kolegów po fachu?

artysta nie ma pieniędzy

Skoro go okradają na Chomiku…

brak snopowiązałki

Czym jest brak pieniędzy w porównaniu z brakiem snopowiązałki...

skąd wziąć dofinansowanie na cukiernie

Na pewno nie od artysty.

szukam redaktora książki

Do szukania redaktora książki potrzebna jest świeca.

czy chłopcy zasłużyli na karę kupując sposób na Alcybiadesa

Przydałby się sposób na tego polonistę.

Terlikowski piekło

Ja myślę, że Terlikowskiemu Terlikowski raczej z niebem się kojarzy.

Terlikowski współczesny inkwizytor

Zabrać mu zapałki!

wtorek, 2 kwietnia 2013

Habent dei

Katolicy wybrali sobie nowego boga, którego nazywają papieżem albo Ojcem Świętym. Używania tego drugiego określenia zabraniają im, i to wprost, ich święte księgi, ale katolik, który przestrzega norm własnej religii, byłby obecnie takim kuriozum, że nadawałby się do pokazywania w objazdowym cyrku. I proszę nie oponować, że takowym jest Tomasz Terlikowski, skoro właśnie jego żona publicznie ogłosiła, że nie dochowali czystości przedmałżeńskiej (dlaczego o tym czytam? bo głupio założyłem, że „Wyborcza” nawet w „Wysokich Obcasach” trzyma jakiś poziom). Tak na marginesie, żenujące były nie tylko sypialniano-śluzowe wynurzenia pani Terlikowskiej, ale i jej przekonanie, że ani wiara małżonków Terlikowskich, ani przyzwoitość nie gwarantują dochowania wierności i dla bezpieczeństwa lepiej zerwać kontakt z osobą, z którą p o t e n c j a l n i e mogłoby dojść do zdrady.

Wybory nowego papieża wywołały ogromne zainteresowanie, co Szymon Hołownia zinterpretował jako przejaw tęsknoty ludzi za pierwiastkiem duchowym i uznał, że konklawe sprzyja religijności. Ponieważ sam z zaciekawieniem śledziłem przebieg elekcji, a katolickiego pierwiastka duchowego potrzebuję mniej więcej tyle, ile zmarły powietrza, pozwolę sobie uznać interpretację Hołowni za nietrafioną. Konklawe przez swoją wypracowaną przez wieki otoczkę – zamykanie kardynałów w Kaplicy Sykstyńskiej, puszczanie białego dymu, wygłaszanie tego „habemus papam” – jest wydarzeniem frapującym i przyciąga również tych, którzy do religii mają stosunek obojętny. Na tej samej zasadzie niekibice oglądają Super Bowl czy finały mistrzostw świata w piłce nożnej.

A katolicy, moim zdaniem, tak mocno przeżywali to konklawe, bo kwestią było, nie kto zostanie papieżem, tylko czy kardynałom uda się znaleźć godnego następcę Jana Pawła II. Wojtyła skutecznie zdetronizował Pana Boga, który zresztą jako byt nieokreślony, niecielesny średnio nadaje się na przedmiot kultu. Masy do modlitwy potrzebują obrazka albo figurki. Niestety, Jan Paweł II nie dysponował zasadniczą boską cechą, czyli nieśmiertelnością, a Benedykt XVI w roli, do jakiej podniósł papiestwo Wojtyła i od czego odwrotu już nie ma, wypadał blado. Na dodatek abdykował, zrywając z 500-letnią tradycją, że apartamenty papieskie opuszcza się wyłącznie nogami do przodu, i trzeba było to przykre wrażenie, że papież nie jest żadnym alter ego Chrystusa, tylko zwykłym starym człowiekiem, zatrzeć. I muszę przyznać, że Kościołowi się to udało. Bergoglio ma charyzmę i katolicy mogą go ubóstwiać, bez udawania, jak to miało miejsce w przypadku Benedykta XVI, że bez problemu przenoszą ciepłe uczucia z jednego papieża na drugiego.

Franciszek od razu zaskarbił sobie sympatię tym, że w miarę poważnie traktuje ewangelijną krytykę pławienia się w bogactwie, ale przekonanie, że nie ograniczy się to do symbolicznych gestów i przełoży na całą instytucję, jest cokolwiek naiwne. Był już taki papież, który miał się rozprawiać z lewymi interesami Banku Watykańskiego, nazywał się Jan Paweł I i umarł po 33 dniach pontyfikatu. Oczywiście śmiercią naturalną, co wiadomo bez sekcji zwłok, bo po co sekcja, skoro piąte przykazanie zabrania zabijać, a chyba nikt nie ma wątpliwości, że gdzie jak gdzie, ale w centrum katolicyzmu przykazań się przestrzega. Szczytem naiwności był komentarz „Wyborczej”, że polscy biskupi spod znaku księdza Jankowskiego mogą poczuć dyskomfort z powodu skromnego papieża. Biskup, który nie widzi rozdźwięku między głoszonymi przez siebie ideami a obmacywaniem kleryka albo zalewaniem się w trupa, akurat przejmie się tym, że Franciszek nie chce mieszkać w apartamencie papieskim.

„Wyborcza” ma zresztą do papiestwa stosunek wyraźnie ambiwalentny, przed konklawe pokpiwała sobie z pedofilii w Kościele, dając pod zdjęciem obradujących kardynałów napis „Z miłości do dzieci” (pod spodem dla niepoznaki był artykuł o parze, która usiłowała kupić od Rumunów dziecko), a po konklawe ubrała się w papieskie barwy i tym wazeliniarstwem przeszła nawet samą siebie z czasów po śmierci Jana Pawła II, kiedy przez tydzień nie pisała o niczym innym (dosłownie, a nie w tym sensie, że inne tematy znalazły się na marginesie), ignorując fakt, że niczyja śmierć, nawet Wielkiego Papieża, nie zatrzymuje świata w miejscu.

W Polsce wybór papieża zakończył się dyskusją w okolicach narządów wydalniczych, czyli generalnie na poziomie, na jakim dyskusje zwykle się toczą. Ewa Wójciak nazwała papieża ch…, po czym tłumaczyła się, że tylko prywatnie, a intelektualiści napisali w jej obronie list, że Wójciak korzystała z wolności słowa. Jakby nie zauważyli, że wolność słowa nie wyklucza korzystania z kultury, a człowiek kulturalny nie nazywa swojego oponenta ch… nawet w prywatnej rozmowie. Z kolei jakiś kabareciarz zrobił sobie obiektem żartów papieskie pryknięcia. Dowcipy o prykaniu to najniższy poziom humoru, ale jednak humor, czego nie zrozumiał poseł Andrzej Jaworski, przewodniczący Parlamentarnego Zespołu ds. Przeciwdziałania Ateizacji Polski. Poseł Jaworski w ogóle ma kłopot z rozumieniem elementarnych rzeczy, bo wtedy zdawałby sobie sprawę, że przeciwdziałać ateizacji może jako publicysta, hobbysta czy misjonarz, ale akurat w roli posła tego mu robić nie wolno, bo jako poseł ma – jeżeli już jesteśmy przy pryknięciach – zasrany obowiązek wszystkie światopoglądy obywateli uznawać za równouprawnione.

Honorowym członkiem Zespołu Jaworskiego powinien zostać Donald Tusk, który przestraszył się, że papież mógłby poważnie potraktować jego deklaracje, że przed księdzem klękał nie będzie, i nie dostrzec, że projekty finansowania in vitro i zalegalizowania związków partnerskich składane są wyłącznie po to, by mydlić oczy naiwnym wyborcom. Tusk pośpieszył więc z depeszą gratulacyjną, zapewniając papieża, że nadal będzie pilnował, by Polska nie wyszła z mentalnego średniowiecza. Szkoda, że Franciszek jest taki skromny i nie potrzebuje podnóżkowego, bo Tusk po (oby rychłym) zakończeniu premierowania miałby widoki na międzynarodową karierę.

wtorek, 19 marca 2013

Kryminalna Piła

Jutro rusza Festiwal Kryminału w Pile, którego będę gościem. Moje spotkanie autorskie przewidziano na czwartek 21 marca na godzinę 16.30. Poprowadzi je Jolanta Świetlikowska z Oficynki, a odbędzie się – jak większość imprez – w Regionalnym Centrum Kultury „Fabryka Emocji” przy pl. Staszica 1. Serdecznie zapraszam.

niedziela, 17 marca 2013

Rosyjska ruletka

Posłowie Platformy złośliwie komentowali, że Jarosław Kaczyński puścił przemówienie prof. Glińskiego z tabletu, ale te komentarze wyglądały raczej na dość rozpaczliwą próbę zatuszowania, że Kaczyński (czy raczej jakiś jego doradca, wątpliwe, by sam to wymyślił) ośmieszył w ten sposób Ewę Kopacz i jej antydemokratyczne decyzje. Kopacz zasłoniła się regulaminem Sejmu, choć konstytucjonaliści orzekli, że możliwość dopuszczenia prof. Glińskiego do głosu istniała. A skoro tak, to powinien był w Sejmie wystąpić, żeby jako oficjalny kandydat na premiera zaprezentować swój program posłom, którzy będą głosowali nad jego kandydaturą. I nie ma znaczenia, że Gliński był bez szans, większość projektów opozycji nie ma szans, ale jej dobrym prawem jest ich zgłaszanie.

Oczywiście PiS-u nie ma co żałować, samo łamało demokratyczne standardy, kiedy było u władzy, problemem jest, że generalnie nasi politycy do demokracji jeszcze nie dorośli, co pokazało choćby głosowanie nad odwołaniem marszałek Nowickiej. Jedno ugrupowanie zachowało się przyzwoicie i postanowiło nie tolerować pazerności, ale skoro zgłosiło niewygodną kandydatkę (bo wcześniej byłaby kandydatem), to inne bez żalu porzuciły zasadę, że każdy klub sam wybiera sobie marszałka. A Nowicka powinna stracić stanowisko jeśli już nie za wzięcie premii, to za sposób, w jaki się z tego tłumaczyła. Pani Wanda Nowicka ma wyborców za durniów, którzy uwierzą, że jest ona całkowicie oderwana od rzeczywistości i potrafi nie zorientować się, że zarobiła ekstra czterdzieści tysięcy. I nie wiadomo dlaczego uznaje, że taki brak kontroli nad własnymi finansami, przemawiający raczej za ubezwłasnowolnieniem, ma świadczyć o jej kwalifikacjach do dalszego pełnienia funkcji wicemarszałka. Przy okazji sprawy Nowickiej wyszła też po raz kolejny hipokryzja tak zwanych feministek. Palikot chciał zastąpić jedną kobietę inną kobietą, czyli z punktu widzenia płci i parytetów zmiana byłaby całkowicie neutralna, ale prof. Środa i jej towarzyszki dostały wścieklicy, nie po raz pierwszy ujawniając, że nie walczą wcale o równouprawnienie dla kobiet, tylko o stołki dla kobiet ze swojego środowiska politycznego.

Marszałek Kopacz nie dopuściła do głosu prof. Glińskiego, bo obawiała, się że będzie on punktował Platformę, a jego zarzuty zabrzmiałyby dobitniej, niż gdyby wygłosił je Kaczyński. Kaczyński mówiłby o eksterminacji narodu polskiego przez Platformę, co jest brednią, prof. Gliński o tym, że w Polsce rządzonej przez Donalda Tuska umierają ludzie, którzy umrzeć nie musieli, co brednią niestety nie jest. I nie mówimy tu o bezdomnych odmawiających pójścia do schroniska, nie mówimy o himalaistach, którzy wiedzą, na jakie niebezpieczeństwo się narażają, i świadomie to ryzyko podejmują, mówimy o dwuipółletnim dziecku, którego rodzice nie doprosili się pomocy. Zaradni rodzice, dbający o dziecko, stracili córeczkę, bo duży europejski kraj w drugiej dekadzie XXI wieku nie potrafi zorganizować leczenia tak, by ludzie, których bez problemu można uratować, nie umierali.

W polskiej polityce demokracji jest mało, honoru nie ma w ogóle. Pół godziny po ukazaniu się gazet z artykułem opisującym śmierć dziecka na biurku ministra zdrowia powinna leżeć dymisja prezesa NFZ-u, na biurku premiera dymisja ministra zdrowia, a na biurku prezydenta dymisja premiera. Tymczasem wszyscy ci panowie cieszą się doskonałym samopoczuciem, a dwaj pierwsi ruszyli do chocholego tańca. Prezes NFZ-u posłał kontrolę do ambulatorium, by ustalić, dlaczego lekarz nie pojechał do mającego dobrze ponad 40 stopni gorączki małego pacjenta. Okazało się, w ambulatorium powinno dyżurować trzech lekarzy, a był jeden. Skandaliczne złamanie warunków kontraktu z NFZ-em, jest winny, umowa została wypowiedziana. Prezes NFZ-u nie zechciał jednak wyjaśnić, dlaczego kontraktując trzech lekarzy, płaci tyle, że ambulatorium stać na zatrudnienie tylko jednego. Nie wyjaśnił również, dlaczego mimo sygnałów o nieprawidłowościach nie sprawdzał wcześniej, czy ambulatorium należycie wykonuje kontrakt. Nie wyjaśnił, bo musiałby przyznać, że NFZ tworzy i toleruje fikcję. Za pieniądze, jakie daje, nie da się spełnić stawianych przez Fundusz wymagań. Dba się więc tylko o to, by w papierach wszystko dobrze wyglądało, a jak zdarzy się tragedia, wtedy szuka się kozła ofiarnego. Kiedy sprawa przycichnie, wszystko zostanie po staremu, w ambulatorium, które dostanie kontrakt (niewykluczone, że to samo), znowu będzie dyżurował jeden lekarz, w umowie zapisze się, że ma być trzech, i nikogo nie będzie obchodziło, że umowa nie jest przestrzegana, bo wszyscy mają świadomość, że nie da się jej przestrzegać. Do następnej śmierci.

Można powiedzieć, że NFZ nie ma nieograniczonego budżetu, że ochrona zdrowia nie jest wyłączona spod ekonomicznych uwarunkowań. Prawda. Tylko że Polska należy już do całkiem zamożnych krajów i jeśli braknie pieniędzy na zorganizowanie tak podstawowej rzeczy, jak opieka lekarska w nocy i dni świąteczne, oznacza to, że pieniądze są źle wydawane. NFZ np. poświęca masę czasu i środków na sprawdzanie, czy przypadkiem nieubezpieczeni nie korzystają z pomocy medycznej. W Polsce ubezpieczenie zdrowotne mają w praktyce wszyscy, więc taka kontrola nie ma najmniejszego sensu, ale NFZ, żeby być pewnym, że nie doszło do wyłudzenia świadczeń, każe sprawdzać, czy pacjent, którego położono do szpitala w poniedziałek, we wtorek nadal jest ubezpieczony, choć z definicji tego ubezpieczenia stracić nie można, bo obowiązuje ono jeszcze przez 30 dni po wygaśnięciu. Skoro są pieniądze na etaty dla urzędników, żeby przeprowadzali kontrolę przypominającą sprawdzanie, czy każdy samochód przemieszczający się po drogach ma przynajmniej cztery koła, to znaczy, że środków nie brakuje, tylko są marnowane. Wywalić dwóch urzędników i za te pieniądze zatrudnić dwóch lekarzy w ambulatorium.

Minister zdrowia wystąpił na konferencji prasowej i zapowiedział, że będzie naprawiał system nocnej opieki zdrowotnej. Ponieważ Bartosz Arłukowicz jest ministrem od blisko półtora roku, pojawiają się w związku z tą deklaracją dwa pytania. Pierwsze brzmi, czy minister nie wiedział, że system nie działa, i jak to się stało, że przez półtora roku się nie zorientował. Nie wiem jak państwo, ale ja uważam, że śmierć dziecka to trochę za wysoki koszt zdobywania wiedzy przez ministra Arłukowicza o tym, jak wygląda rzeczywistość w podległej mu dziedzinie. Drugie pytanie brzmi: jeśli minister Arłukowicz wiedział, że system nie działa, dlaczego przez półtora roku nic z tym nie zrobił? Bez względu na to, które pytanie jest tym właściwym, Arłukowicz powinien podać się dymisji. Albo mam lepszy pomysł. Skoro prezes NFZ-u i minister zdrowia grają z obywatelami w rosyjską ruletkę i umierający człowiek musi liczyć na szczęście, że doczeka opieki lekarskiej, proponuję, by ponosili odpowiedzialność na tej samej zasadzie. Przy każdym zgonie pacjenta wskutek wadliwego systemu (a następne są tylko kwestią czasu) jedna kula do magazynka, rewolwer do głowy i prezes z ministrem ciągną za spust. Mogą to robić na konferencjach prasowych, przynajmniej będą nieprzewidywalne, bo teraz wiadomo, jakie deklaracje padną i że bez względu na deklaracje i tak wszystko zostanie po staremu. A precedens ze strzelaniem na konferencji prasowej już mieliśmy, więc przeskok mentalny nie będzie zbyt duży. Zdaję sobie oczywiście sprawę, że metoda może uchodzić za kontrowersyjną, duża rotacja na wysokich stanowiskach nie jest wskazana, ale myślę, że w tej sytuacji silna motywacja, z jaką następcy będą przystępować do pracy, zniweluje ten negatywny aspekt.

PS. Nawet nie zdążyłem napisać powyższego tekstu, kiedy kolejny śmiertelny wypadek się zdarzył. Zmarła starsza pacjentka, która w trakcie operacji ortopedycznej dostała zawału, bo czekała półtorej godziny na karetkę, mającą przewieźć ją na mieszczący się w innym budynku, ale odległy o zaledwie 150 metrów OIOM. Kobiety nie przeniesiono na noszach, bo przepisy nakazują, by transport pacjentów odbywał się karetkami.

To wydarzenie w zasadzie obala całą moją krytykę rządzących. Durny naród ma durne władze, bo jak spośród durniów wybrać mądrych? Lekarzom, dyspozytorom pogotowia i komu tam jeszcze nie przyjdzie do głowy, że dla ratowania człowiekowi życia zawsze można naruszyć przepisy, nigdy odwrotnie. Bardzo jestem ciekaw, czy taki lekarz albo dyspozytor, jadąc swoim samochodem i widząc, że z naprzeciwka pędzi na niego pijany kierowca na czołowe zderzenie, ucieknie na lewy pas czy jednak da się zabić, bo kodeks drogowy zabrania jazdy lewym pasem. To po pierwsze. Po drugie, poza literą prawa jest jeszcze jego duch. Przepisy słusznie nakazują wozić pacjentów w ambulansach, chodzi o to, by jakiś szpital w ramach oszczędności nie zorganizował sobie dowozu furmankami. Ale ideą tych przepisów jest zapewnienie pacjentom bezpieczeństwa. Czy pacjentka zostałaby narażona na jakieś niebezpieczeństwo, gdyby przeniesiono ją na noszach? I tak na te nosze trzeba ją przełożyć i zanieść do karetki, ta przecież pod jej szpitalne łóżko nie podjedzie. A nawet jeśli rzeczywiście wiązało się to z jakimś ryzykiem, to mniejszym niż bezczynne czekanie na ambulans.

W przepisach nie da się przewidzieć wszystkich życiowych sytuacji, zawrzeć wszystkich wyjątków, byłoby to zresztą niecelowe. A najlepsze prawo na nic się nie zda, jeśli będzie stosowane w sposób absurdalny, przy wyłączeniu zdrowego rozsądku. Tyle że ten zdrowy rozsądek muszą również wykazywać organa powołane do jego egzekucji. Bo domyślam się, że zachowanie lekarzy było w jakiejś części podyktowane uzasadnioną obawą, że jeśli jednak kobiecie coś się stanie podczas przenoszenia na OIOM, tępy prokurator, ignorujący ducha przepisów, postawi im zarzuty.

poniedziałek, 11 marca 2013

Odleciał stojący na leżąco

Nie samą prozą człowiek żyje, czasami trzeba przeczytać wiersz. Poezja uduchowia. Strawy duchowej dostarcza m.in. Maciej Cisło, poeta, a zarazem redaktor w jednym z polskich wydawnictw.

ten stół tu nie stoi, ta książka nie leży
to, co nie ma woli, niczego nie robi
nie robi – więc nie jest; nie ma stołu, książki
to ja leżę książki, to ja stoję stoły

Podmiot liryczny stawia tezę, że jeśli stół nie wie, że stoi, znaczy się nie stoi. Następnie podmiot liryczny polemizuje z kartezjańskim postrzeganiem świata, „myślę, więc jestem” zastępując deklaracją „robię, więc jestem”. Stół nie robi, bo nie wie, że robi, ergo: podmiot liryczny został bez stołu. To znaczy stanął zamiast stołu, kulawo stanął, co podmiot liryczny sygnalizuje nam kulawą polszczyzną „stoję stoły”.

nie wiem co leży co stoi
czy wszystko czy tylko mi
czy leżąc i myśląc coś stanie
o czym myśląc

Podmiot liryczny utracił pewność, że książka leży, a stół stoi, a raczej, że podmiot liryczny, leżąc, jest książką, a stojąc, stołem, bo może być odwrotnie. Następnie podmiot liryczny informuje nas, że nawet będąc stołem albo książką, nic nie stracił ze swojej seksualności, bo doznał erekcji, i zastanawia się, czy ten pożądany stan jest tylko jego udziałem, czy nie. Potem pewnie wskutek tych myśli członek mu zwiotczał, to znaczy zwiotczał podmiot liryczny, bo członek nie wie, że wiotczeje, a jak nie wie, to go nie ma, czyli podmiot liryczny nie ma członka. Ale myśli, co musi pomyśleć, żeby mu stanął, i to byłaby erekcja fantomowa.

na przykład: tam na półce leży książka
w książce stoją słowa które
mi nie leżą
więc książka mi leży czy nie

Tu, panie psorze, nie wiem, bo on pisze teraz, że książka jednak leży, a nie że on leży z książką, to znaczy książką, chociaż wcześniej było, że książka nie może leżeć, bo nie wie, że leży, to ja już nie wiem. A jak nie wiem, to mnie nie ma i nie powinienem być zmuszany do odpowiedzi.
No dobrze, więc te słowa stoją, chociaż nie wiedzą, że stoją, a jak nie wiedzą, że stoją, to ich nie ma. Czyli ta książka jest niezadrukowana. I podmiot liryczny nie wie, czy ta czysta książka mu się podoba, czy nie, bo jakby była zadrukowana, to mogłoby w niej być coś fajnego.

a może nie mi
minie trochę czasu i nic
nie ustanie?
polegać – też nie chcę

Panie psorze, czy ja jednak mógłbym dostać do analizy ten wiersz Mickiewicza? Już nie będę mówił, że przestarzałe i nieaktualne.

usta nie mówią myśli nie płyną
i nie ustawiają się
zatem leżę i stoję zarazem

Teraz to on jest stołem i książką w jednym. Książkostół. Który nie mówi ani nie myśli. Tylko leży i stoi… kurwa, ja się powieszę. Czy jak się powieszę, to będę stał czy leżał? To znaczy podmiot liryczny, bo ja nie będę wiedział, że wiszę, więc wisieć zamiast mnie będzie poeta. Zresztą jakby to ode mnie zależało, to zawisnąłby na tamtej gałęzi, byleby nie pisał.

chyba popłynąłem

A, to trzeba było tak od razu. Najarał się.

niedziela, 3 marca 2013

Redaktor Gnietło

Opisałem swego czasu, jak „Gdzie mól i rdza” nie przyjęto do wydania ze względu na tytuł. Ale powodów odrzucania mojej powieści było więcej i uznałem, że o jeszcze jednym warto opowiedzieć. Niech ci straceńcy, którym marzy się pisarska kariera, wiedzą, z jakimi dziwadłami zetkną się w polskich wydawnictwach.

Odpowiedź, która przyszła z oficyny… nazwijmy ją Stara Kraina, była początkowo pozytywna. Inne odpowiedzi rzadko zresztą przychodzą, dewizą polskich wydawnictw jest „lejemy na autorów z góry na dół, dopóki nie chcemy ich wydać”. Tak więc Stara Kraina, a konkretnie redaktor… nazwijmy go Gnietło, pisał, że kryminał jest bardzo dobry i będzie go rekomendował szefostwu do wydania. Jest wszak jeden tyci problem. Chodzi o prolog, który napisałem w pierwszej osobie, a który nie może być w pierwszej osobie, bo opowiadający jest ofiarą morderstwa. A jak wiadomo, trupy, ryby i dzieci głosu nie mają. Muszę przerobić na trzecią osobę.

Przeczytałem prolog (a państwo mogą go przeczytać tutaj), bo chociaż byłem przekonany, że pierwszoosobowej narracji w „Molu” nie stosowałem, to po paru miesiącach od skończenia powieści taki szczegół, że prolog różni się od reszty książki, mógł mi wylecieć z głowy. Przeczytałem i zdurniałem. Zdurnienie to jest zresztą stan, którego często doznaję w kontaktach z polskim wydawnictwami (ze szwedzkimi nie, jakby ktoś się dziwił, dlaczego ciągle zaznaczam, że polskie). Bo prolog był napisany w trzeciej osobie. Z zastosowaniem techniki mowy pozornie zależnej. Dotąd wydawało mi się, że redaktor to jest osoba, która z definicji potrafi odróżniać mowę pozornie zależną od narracji pierwszoosobowej. Pan Gnietło wyprowadził mnie z błędu.

Udzieliłem więc redaktorowi Gnietle krótkich korepetycji z teorii literatury, na co otrzymałem dramatyczną w tonie odpowiedź „Czy pan naprawdę nie widzi, że to jest w pierwszej osobie?!”.

Na takie dictum mocno się zaniepokoiłem, bo należę do tych ludzi, którzy, kiedy ktoś twardo się upiera, że czarne jest białe, zaczynają się zastanawiać, czy jednak nie mają coś z oczami. Może faktycznie nie wiem, co piszę? Ostatecznie autor to nie redaktor, wiele środków stylistycznych wykorzystuje intuicyjnie, nie mając o nich żadnej teoretycznej wiedzy. Podesłałem tekst znajomym polonistom. Odpowiedź: mowa pozornie zależna, której cechą charakterystyczną jest to, że przytoczenie również utrzymane jest w trzeciej osobie.

Napisałem więc do redaktora Gnietły jeszcze raz, wskazując na tę ekspertyzę i na fakt, że toczony przez nas spór jest w ogóle bezprzedmiotowy, bo nawet gdyby była to narracja pierwszoosobowa, to nie ma takiego wymogu, że narrator musi przeżyć, by opowiadać. Innymi słowy, jeśli pisarz uśmierca bohatera, który jednocześnie jest narratorem, wcale nie musi dokładać sytuacji wyjaśniającej, jak słowa bohatera mimo jego śmierci zdołały dotrzeć do świata. Żeby podeprzeć swoją argumentację dowodem, wskazałem na znakomitą powieść Janusza Andermana pt. „To wszystko”. Czekając na odpowiedź pana Gnietły, pogooglałem, kto zacz. Okazało się, że to poeta, a z wykształcenia… architekt. Ignorancja była usprawiedliwiona, pan Gnietło wcale nie przespał wykładów z teorii literatury, po prostu ich nie miał.

Ale przyjął do wiadomości, że ma do czynienia z mową pozornie zależną, co jednak nie skłoniło go do wycofania żądań, bym zmienił prolog, bo owa mowa „jest tak głęboka, że robi wrażenie pierwszej osoby”. Cytat może być niedokładny, bo idei kryjącej się za tym stwierdzeniem nie pojąłem. O głębokości mowy zależnej nie miałem jednak zamiaru z redaktorem Gnietłą dyskutować, bo najwyraźniej jedyne głębokości, na jakich się znał, to dołów pod fundamenty. Na dodatek argument poparty powieścią Andermana zbył milczeniem. I wreszcie cała dyskusja odbywała się w niewłaściwym momencie, czas na nią byłby w trakcie redagowania książki szykowanej już do publikacji, na tym etapie powinniśmy rozmawiać o warunkach zawarcia umowy, na ile lat, jaka zaliczka, jaki nakład. Odpisałem więc, że nie widzę potrzeby wprowadzania zmian w prologu.

Odpowiedź pocztą zwrotną brzmiała, że w takim razie mam sobie szukać innego wydawnictwa. Tego, że redaktor Gnietło zechce mi pokazać, że ma władzę i z powodu dupereli (rozmawiamy o nic niewnoszącej do fabuły zmianie stylistycznej na dwóch stronach powieści z czterystu) wycofa swoją rekomendację dla książki, nawet się spodziewałem. Nie spodziewałem się, że ma taką władzę, że ten brak rekomendacji będzie oznaczał ostateczne odrzucenie (ale nie plułem sobie w brodę, bo nawet gdybym się spodziewał, zachowałbym się dokładnie tak samo). Decyzja o wydaniu bądź niewydaniu powieści po przeczytaniu jej przez tylko jedną osobę zapada wyłącznie w wydawnictwach jednoosobowych. W pozostałych maszynopis, który nie został wstępnie odrzucony jako grafomański, czytają różni redaktorzy, recenzenci wewnętrzni, ewentualnie osoby mające głos rozstrzygający. Okazało się, że w Starej Krainie siedzi na wejściu niedouczony redaktor Gnietło i samodzielnie decyduje o odrzuceniu bardzo dobrej książki – wedle własnej oceny – bo pisarz nie chciał tak zatańczyć, jak mu pan Gnietło – fałszując – zagrał.

Z kwalifikowaniem w ten sposób książek do druku zetknąłem się po raz pierwszy. Ale po namyśle doszedłem do wniosku, że w zasadzie trudno mieć o cokolwiek pretensje. Stara Kraina jest prywatną firmą i może sobie wybierać książki do wydania, jak chce. Gdyby nawet posadziła szympansa, który wrzucałby maszynopisy do pojemników z napisami „wydajemy” i „nie wydajemy”, mnie nic do tego. A redaktor Gnietło w stosunku do szympansa to niewątpliwie postęp ewolucyjny.