<?xml version='1.0' encoding='UTF-8'?><?xml-stylesheet href="http://www.blogger.com/styles/atom.css" type="text/css"?><feed xmlns='http://www.w3.org/2005/Atom' xmlns:openSearch='http://a9.com/-/spec/opensearchrss/1.0/' xmlns:georss='http://www.georss.org/georss' xmlns:gd='http://schemas.google.com/g/2005' xmlns:thr='http://purl.org/syndication/thread/1.0'><id>tag:blogger.com,1999:blog-2799834716621754710</id><updated>2012-03-12T15:50:15.744+01:00</updated><category term='literatura'/><category term='wydawnictwa'/><category term='varia'/><category term='polityka'/><category term='tłumaczenia'/><category term='spotkania autorskie'/><category term='o komentarzach'/><category term='etyka'/><category term='książki'/><category term='wywiady'/><category term='prawo autorskie'/><category term='Kościół'/><category term='obyczaje'/><category term='pisarstwo'/><title type='text'>Paweł Pollak - o tym i owym</title><subtitle type='html'>Pisarz, autor powieści "Kanalia" i "Niepełni", tłumacz literatury szwedzkiej</subtitle><link rel='http://schemas.google.com/g/2005#feed' type='application/atom+xml' href='http://pawelpollak.blogspot.com/feeds/posts/default'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2799834716621754710/posts/default?max-results=100'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://pawelpollak.blogspot.com/'/><link rel='hub' href='http://pubsubhubbub.appspot.com/'/><link rel='next' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2799834716621754710/posts/default?start-index=101&amp;max-results=100'/><author><name>Paweł Pollak</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08286065079875201435</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><generator version='7.00' uri='http://www.blogger.com'>Blogger</generator><openSearch:totalResults>112</openSearch:totalResults><openSearch:startIndex>1</openSearch:startIndex><openSearch:itemsPerPage>100</openSearch:itemsPerPage><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2799834716621754710.post-8963258506177574143</id><published>2012-03-12T11:55:00.001+01:00</published><updated>2012-03-12T11:55:01.133+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='tłumaczenia'/><title type='text'>Pracujemy</title><content type='html'>&lt;p align=justify&gt;Tłumaczę „fascynujące” procedury obsługi sklepu przez firmę informatyczną i szlag mnie trafia. Trafia mnie, bo mógłbym w tym czasie tłumaczyć opowiadania Söderberga, ale z tłumaczenia opowiadań Söderberga nie wyżyję. Wyżyłbym, gdyby Söderberg był Polakiem, a ja tłumaczyłbym go na szwedzki, bo tłumacz w Szwecji, mający taki dorobek jak ja, dawno utrzymuje się ze stypendiów, ale w Polsce z kultury żyją nie ci, którzy ją tworzą, tylko ci, którzy mają do jej rozwoju stwarzać warunki, czyli masa urzędasów z ministrem – a jakże – kultury na czele. Do tegoż ministra można sobie pisać podanie o stypendium, ale jest to pisanie na Berdyczów, bo polski minister jeszcze nie przyjął do wiadomości, że tłumacząc opowiadania Söderberga na polski, nie tylko promuję kulturę szwedzką, lecz także – a może przede wszystkim – dokładam cegiełkę do polskiej. Tłumaczę więc procedury, choć mógłbym znacznie lepiej spożytkować swoje umiejętności, zabieram pracę jakiemuś tłumaczowi, który predyspozycji do tłumaczenia literatury nie ma, ale procedury przełożyłby świetnie, i mogę tylko podziwiać przekonanie ministra, że Polska jest tak bogata w talenty, że można je spokojnie marnować. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Procedury to jeszcze pół biedy, bo samo tłumaczenie ma sens: ktoś tego potrzebuje, wykorzysta, przyda mu się do rozwoju firmy. Ale ostatnio dostałem od sądu plik dokumentów do przełożenia na szwedzki: pozew o alimenty. Pozwanym okazał się Polak mieszkający w Szwecji. Sąd pytał go, czy mieszka tam na stałe i jakie ma obywatelstwo, co oznaczało, że sędzia podjął decyzję o przełożeniu dokumentów na szwedzki dla Polaka, który może wyjechał tam tylko popracować. Ale nawet gdyby pozwany miał obywatelstwo szwedzkie, to tłumaczenie też nie miało sensu. Z dokumentów jasno wynikało, że to prosty robotnik, który jeśli zamieszkał w Szwecji, to przeniósł się tam dopiero jako dorosły. Mam spore wątpliwości, czy w tej sytuacji nauczył się szwedzkiego w stopniu pozwalającym na przeczytanie trudniejszego artykułu w gazecie, nie mówiąc o tym, by w tym języku był w stanie zrozumieć prawnicze pisma. A nawet jeśli się nauczył, to przecież dostanie obie wersje i będzie wolał przeczytać polską. Ja też bym wolał, chociaż skończyłem filologię. I tak siedziałem i przekładałem (spory) plik dokumentów, mając świadomość, że wykonuję kawał dobrej nikomu niepotrzebnej roboty, bo mojego przekładu nikt nie będzie czytał. Szwedzki adwokat też nie, bo sprawa będzie się przecież toczyła przed polskim sądem. Praca nikomu niepotrzebna, ale zapłacić za nią trzeba, z pieniędzy podatników, bo skoro sprawa alimentacyjna, to koszty pokrywa skarb państwa. A potem minister – tym razem sprawiedliwości – napisze, że w budżecie nie ma pieniędzy na zrewaloryzowanie niezmienionych od siedmiu lat stawek tłumaczy. Jak się marnuje w ten sposób pieniądze, to ich nie ma. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Swego czasu tłumaczyłem przesłuchania pewnego Turka w sprawie karnej. Turek po szwedzku mówił dobrze, choć z błędami, które czasami powodowały nieporozumienia. Pytałem prokuratora, dlaczego nie weźmie do tych przesłuchań tłumacza tureckiego. Odpowiedź brzmiała, że Turek ma obywatelstwo szwedzkie i to jest dla prokuratora miarodajne. Tymczasem wymiar sprawiedliwości powinien kierować się nie tym, jaki oficjalnie język zna podejrzany, pozwany czy poszkodowany, tylko tym, jaki język zna naprawdę. Kierowanie się obywatelstwem generuje gigantyczne koszty, bo sporo – jeśli nie większość – spraw z Polski w obrocie zagranicznym dotyczy Polaków, którzy zmienili obywatelstwo. A zmiana obywatelstwa nie powoduje przecież, że człowiek zapomina ojczysty język. No chyba, że jest snobem, ale z takimi przypadkami i z osobami, które będą chciały przeciągać postępowanie, twierdząc, że powinny dostać dokumenty w języku obcym, łatwo sobie poradzić: do dokumentów wystarczy dołączyć pismo, że na życzenie zostaną przetłumaczone na koszt tego, kto takie życzenia ma. Trudno też twierdzić, że kiedy pyta się na przykład okradzionego cudzoziemca, jakie ma obywatelstwo, a nie w jakim języku chce złożyć zeznanie, to dba się optymalnie o jego prawa. W dzisiejszych czasach Szwed może się nazywać Abdul Kamal i dużo lepiej mówić po arabsku niż po szwedzku. A na kombinatorów (jeśli przesłuchać trzeba nie okradzionego, tylko złodzieja) jest prosty sposób: oświadczenie do podpisania, że sam chciał takiego tłumacza i nie będzie wołał o zmianę.&lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;A skoro wspomniałem o tłumaczeniu literatury, to na koniec, zanim wrócę do procedur, polecam rozmowy, jakie w cyklu &lt;a href="http://www.tok.fm/TOKFM/0,121940.html"&gt;Tłumacz/ka&lt;/a&gt; w radiu TOK FM przeprowadza Tomasz Kwaśniewski właśnie z tłumaczami literackimi.&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2799834716621754710-8963258506177574143?l=pawelpollak.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://pawelpollak.blogspot.com/feeds/8963258506177574143/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://pawelpollak.blogspot.com/2012/03/pracujemy.html#comment-form' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2799834716621754710/posts/default/8963258506177574143'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2799834716621754710/posts/default/8963258506177574143'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://pawelpollak.blogspot.com/2012/03/pracujemy.html' title='Pracujemy'/><author><name>Paweł Pollak</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08286065079875201435</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2799834716621754710.post-4528706238525977798</id><published>2012-03-05T11:55:00.003+01:00</published><updated>2012-03-05T12:16:06.228+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='polityka'/><title type='text'>Prasówka</title><content type='html'>&lt;p align=justify&gt;We wpisie &lt;a href="http://pawelpollak.blogspot.com/2012/01/problem-nie-wystepuje.html"&gt;Problem nie występuje&lt;/a&gt;, chcąc unaocznić bezczelność prezesów polskich sądów i Ministerstwa Sprawiedliwości, utrzymujących, że problem zwlekania z płatnościami dla tłumaczy nie istnieje, napisałem, że równie dobrze Ministerstwo Zdrowia mogłoby oświadczyć, że ludzie w Polsce nie chorują. Oczywiście nie spodziewałem się, iż rzeczywiście to nastąpi, ale arogancja władzy w Polsce najwyraźniej nie zna granic. Otóż w zeszły poniedziałek „Wyborcza” w artykule „Lekarzu, ucz się sam” poinformowała, że Ministerstwo Zdrowia drastycznie ograniczyło rezydenturę, czyli etaty dla absolwentów medycyny umożliwiające robienie specjalizacji. Uzasadnienie ministerstwa? Liczbę etatów zmniejszono, bo „uwzględniono potrzeby zdrowotne obywateli oraz dostęp do świadczeń zdrowotnych w danej dziedzinie medycyny na obszarze danego województwa”. Czyli ludzie są zdrowsi, kolejki do specjalistów zniknęły i tylu etatów, ile było dotąd, nie potrzeba. W takim mazowieckim na przykład zachorowalność na różne choroby spadła tak bardzo, że z 341 zeszłorocznych etatów potrzebnych okazało się tylko 39 (chyba pojadę w mazowieckie do okulisty, bo jak w dolnośląskim chciałem się na początku roku zarejestrować, to dowiedziałem się, że wolne miejsca są w kwietniu). Nieoficjalnie ministerstwo przyznaje, że prawdziwym powodem jest brak pieniędzy. I teraz pytanie, dlaczego nie powie tego oficjalnie, tylko uważa, że może przedstawić wyjaśnienie obrażające inteligencję każdego obywatela mającego IQ nieco wyższe niż Forrest Gump. Czy uważa, że wyborcy są tak durni, że uwierzą w takie dęte wyjaśnienie? A może wyborcy rzeczywiście są tak durni? Albo nie są durni i nie uwierzą, ale w Polsce nie dyskutuje się o faktach, nie podaje w polemice twardych danych, tylko uprawia jakiś teatr? Akceptowany przez obie strony. Bo nie jest to kwestia polityki, tylko polskości. Kiedyś śledziłem również szwedzką scenę polityczną i tam takiego cyrku nie było. Jeśli brakowało na coś pieniędzy, to się mówiło, że brakuje i dlaczego. A może tu jest pies pogrzebany? Bo jak wyjaśnić, że w dość zamożnym europejskim kraju przy ciągłym wzroście gospodarczym nagle nie ma pieniędzy na kształcenie lekarzy? Były i nagle nie ma? To gdzie się podziały? I pewnie jeszcze by się trzeba wytłumaczyć, dlaczego na leczenie ludzi brakuje, a na milionowe premie dla budujących stadiony, żeby polscy piłkarze mieli gdzie elegancko się skompromitować, nie? Chociaż akurat tu wytłumaczenie jest dość proste: sport to zdrowie, więc przeznaczanie pieniędzy na stadiony jest de facto przeznaczaniem ich na zdrowie. I teraz już nawet się nie zdziwię, jeśli rzeczniczka ministerstwa za jakiś czas taką bzdurę rzeczywiście wygłosi. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;W czwartek „Wyborcza” zamieściła wywiad z biskupem Wojciechem Polakiem, który wyjaśnił, dlaczego Kościół jest taki pazerny na państwowe pieniądze: „potrzebuje tych pieniędzy jedynie do realizacji celów społecznie użytecznych. Brakuje przedszkoli. Kościół taką działalność prowadzi, wypełniając lukę, zastępując i wyręczając w tym państwo, ma więc prawo (…) oczekiwać wsparcia”. Czyli Kościół bierze od państwa pieniądze wyłącznie na prowadzenie przedszkoli. Nie na kapelanów wojskowych w pustych garnizonach, nie na pensje katechetów, którzy obiecywali pracować za darmo, nie na emerytury księży, bo czemu miałyby być opłacane przez podatników, tylko na przedszkola. Przedszkola, bo przedszkolakom da się jeszcze wmówić, że chrześcijańska mitologia to fakty, jeśli rodzice zaniedbali. A przecież religijna indoktry… to znaczy, edukacja, nie jest w takim prowadzonym przez księży przedszkolu jedyną. Nie zapominajmy o praktycznym wychowaniu seksualnym, które sprawia, że teoretyczne staje się zbędne, więc już do szkół wprowadzane być nie musi. Biskup Polak zapytany, czy Kościół będzie powiadamiał o kościelnych pedofilach policję i prokuraturę, owija w bawełnę: „Kwestie prawne są rozwiązywane zgodnie z systemem prawnym danego kraju”. Czyli nie będzie powiadamiał, bo w Polsce nie ma prawnego obowiązku zawiadamiania o przestępstwie. Powody niezgłaszania przestępstwa są trzy: świadek boi się zemsty, świadek nie chce ciągania po sądach, świadek kryje przestępcę (czwarty powód występujący w Polsce, że świadek nie chce usłyszeć od policjantów, żeby zajął się swoimi sprawami, a nie bawił w szeryfa – autentyk, relacja kierowcy, który próbował powiadomić rzekomych stróżów prawa o samochodzie jadącym zygzakiem – pomijam). Czy proboszcz, który przydybał wikarego z ministrantem, boi się, że wikary go pobije albo zamorduje? Wątpliwe. Czy ksiądz katolicki może odznaczać się znieczulicą społeczną i nie chcieć reagować na zło? Z definicji nie może. Czyli biskup Polak informuje, że polski Kościół nadal będzie krył pedofilów. Bo i czemu taki proboszcz miałby donosić na wikariusza? Przecież jak proboszczowi się zachce, wikariusz mógłby donieść na niego. Jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;„Nowe Książki” poinformowały o ustanowieniu nowej nagrody literackiej „Gryfia” przyznawanej w Szczecinie. Nagroda nie w kij dmuchał, bo 50 tysięcy złotych. Taka sumka umożliwiłaby mi napisanie w całkowitym spokoju dwóch książek, więc sprawdziłem, czy mógłbym się zgłosić. Bo zwykle kryminałów nie nagradzają. Okazało się, iż nie mogę się zgłosić, ale nie dlatego, że pisuję kryminały, tylko dlatego, że nie pisuję ich jako kobieta. Nagroda jest wyłącznie dla kobiet. Ponieważ na okrągło słyszę od tak zwanych feministek, że dyskryminacja ze względu na płeć jest skandaliczna, niedopuszczalna i niezgodna z konstytucją (z czym zresztą całkowicie się zgadzam), sprawdziłem, czy pani Środa lub Szczuka zaprotestowały przeciwko seksistowskiej nagrodzie literackiej. Nie zaprotestowały. Przewodniczącą jury jest zajmująca się problematyką gender pisarka Inga Iwasiów. Indze Iwasiów bardzo na przykład &lt;a href="http://www.ingaiwasiow.pl/blog/pop-chlopcy"&gt;przeszkadza&lt;/a&gt;, jeśli w programie telewizyjnym wśród zaproszonych gości nie ma kobiety. Gości było raptem trzech. Kiedy się zaprasza trójkę gości, może się zdarzyć, że nie będzie wśród nich kobiety. Może się też zdarzyć, że nie będzie wśród nich na przykład blondyna. I nie było. Nikomu nie przyszło z tego powodu do głowy snuć wywodów o flekowaniu blondynów. Pani Iwasiów w doborze gości dopatrzyła się jednak drugiego dna. Drugiego dna nie dopatrzyła się w tym, że ma przyznawać nagrodę, której trzema pierwszymi laureatami będą kobiety, nie z przypadku, ale dlatego, że mężczyznom nie wolno startować. Gdyby ustanowiono nagrodę literacką wyłącznie dla mężczyzn, wymienione trzy panie podniosłyby jazgot na całą Polskę. Bo wszystkie zwierzęta mają być równe. Ale, jak widać, niektóre mogą być równiejsze. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;PS. Przy okazji bardzo polecam „Nowe Książki” tym, którzy szukają pełnej informacji o ukazujących się w Polsce tytułach. Miesięcznik ten ma bowiem dział „Książki nadesłane”, w którym odnotowuje wszystkie nadesłane przez wydawnictwa pozycje, nawet jeśli ich nie recenzuje, oraz wkładkę „Kurier”, gdzie ukazuje się informacja o nowościach i zapowiedziach (ale nie odległych, na ogół są to tytuły mające wyjść w następnym miesiącu). Czasopismo kosztuje 8 złotych, w kioskach nie do dostania, ale można sobie zaprenumerować na dowolny okres, wydawca pokrywa koszty wysyłki. &lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2799834716621754710-4528706238525977798?l=pawelpollak.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://pawelpollak.blogspot.com/feeds/4528706238525977798/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://pawelpollak.blogspot.com/2012/03/prasowka.html#comment-form' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2799834716621754710/posts/default/4528706238525977798'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2799834716621754710/posts/default/4528706238525977798'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://pawelpollak.blogspot.com/2012/03/prasowka.html' title='Prasówka'/><author><name>Paweł Pollak</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08286065079875201435</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2799834716621754710.post-5063341994175694151</id><published>2012-02-27T11:55:00.001+01:00</published><updated>2012-02-27T11:55:00.730+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='prawo autorskie'/><title type='text'>O jabłkach, prostych zakupach i bezrobotnych</title><content type='html'>&lt;p align=justify&gt;Wpis &lt;a href="http://pawelpollak.blogspot.com/2012/01/o-piractwie-raz-jeszcze.html"&gt;O piractwie raz jeszcze&lt;/a&gt; najwyraźniej został zareklamowany na Chomikuj, bo nagle zaroiło się pod nim od komentarzy piratów, którzy piractwa wprawdzie nie popierają, ale. Z tego „ale” dowiedziałem się na przykład, że mam prawo podpisać utwór własnym nazwiskiem, natomiast jeśli ktoś korzysta z niego nielegalnie, to mnie nie okrada, bo nic mi z domu nie wyniósł. Ustawa zapewnia mi osobiste i majątkowe prawa do utworu, ale jesteśmy w Polsce i o tym, co jest prawem, decyduje sobie każdy z osobna, więc w tej sytuacji powinienem podjąć chyba łaskawcę za nogi, że przynajmniej zostawił mi te osobiste. No bo mógłby przecież oświadczyć, że talent dostałem od Boga, tworzę na chwałę Bożą i nie ma żadnego powodu, bym w sposób egocentryczny, nielicujący z pokorą, jaka powinna cechować twórcę, zamieszczał na okładce książki swoje nazwisko. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Interesująca jest też nowa definicja kradzieży. Sadownik zbiera jabłka, idzie na targ je sprzedać, część mu ukradziono. Sorry, nie ukradziono, bo nikt mu z domu nic nie wyniósł. Poza tym wszystkich i tak by nie sprzedał, musiałby je wyrzucić, bo by mu zgniły. Nie można więc twierdzić, że wskutek niekradzieży poniósł jakieś straty. Należy też wskazać, że niezłodzieje to ci sami, którzy część jabłek kupili. Na więcej nie było ich stać, bo za mało zarabiają, a jabłka są za drogie, ale zrobili sadownikowi łaskę, że coś od niego kupili, więc resztę mogą dokraść. To znaczy nie dokraść, tylko zjeść za darmo. To nie jest kradzież. A przecież potrzebują witamin. Konstytucja gwarantuje im ochronę zdrowia, a brak witamin może skończyć się szkorbutem. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Piraci stawiają wymóg, że książka ma być w rozsądnej cenie, a zakup wygodny. Nie wiadomo, ile to jest rozsądna cena, skoro pięć złotych za książkę, które zawołał sobie Lipiński, okazało się nierozsądne, nie wiadomo, na czym miałaby polegać wygoda, skoro wystarczyło dokonać przelewu na podany numer konta (chyba że to kłopotliwe i Lipiński miał się po te pięć złotych pofatygować osobiście). Deklaracja, że kiedy rzeczywiście będzie tanio i wygodnie, to przestaną kraść, też jakoś nie pada. A mnie się przypomniało, jak kupowałem sobie samochód, i zadumałem się nad własną głupotą. Zakup był bowiem bardzo kłopotliwy, musiałem pojechać do salonu na drugi koniec miasta i czekać trzy miesiące na dostarczenie egzemplarza z fabryki. O cenie - wyjątkowo nierozsądnej (zarówno całości, jak i poszczególnych elementów dodatkowego wyposażenia) - nie wspomnę. Musiałem wziąć kredyt, a z części tego wyposażenia zrezygnować. Głupio uznałem, że mam tylko trzy możliwości: zaakceptować warunki sprzedawcy, skoro zależy mi na samochodzie akurat tej marki, pójść do konkurencji, gdzie samochód byłby od ręki i tańszy, albo jeździć rowerem. A tymczasem wystarczyło zejść pod blok i w dwie, trzy minuty ukraść sąsiadowi furę. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Muszę powiedzieć, że przypadła mi też do gustu koncepcja piratów, że jeśli mam do tego odpowiednie narzędzia i mogę to jakoś usprawiedliwić, wolno mi korzystać z cudzej pracy za darmo, nie pytając zainteresowanego o zgodę. To rozwiązuje problem mojego zapuszczonego ogródka. Na wynajęcie ogrodnika mnie nie stać, bo nie zarabiam tyle co Niemiec czy Amerykanin, a ogrodnicy słono sobie za skopanie takiego ogródka liczą. Na dodatek są uciążliwi, bo albo nie przychodzą o umówionej godzinie, albo przychodzą pijani. W tej sytuacji postanowiłem, że ogródek skopie mi jakiś bezrobotny. Oczywiście nie na prośbę, tylko na rozkaz podparty wycelowaną w niego lufą pistoletu. Należy wskazać, że w czasach przed wynalezieniem pistoletu nie miałbym możliwości, żeby go zmusić, grożąc mu na przykład nożem. Mam dwie lewe ręce i na kilometr byłoby widać, że tym nożem prędzej zrobię krzywdę sobie niż jemu. Pistolet to co innego. Owszem, nie jestem zwolennikiem zmuszania ludzi, żeby robili coś wbrew swej woli, ale nie przesadzajmy. Wolność jednostki to wymysł naszych czasów, pańszczyznę i niewolnictwo zniesiono ledwie sto pięćdziesiąt lat temu. Poza tym takiemu bezrobotnemu wyjdzie na dobre, że się trochę porusza, zamiast leżeć na kanapie przed telewizorem. Telewizja ogłupia, a ruch to zdrowie. No i może dzięki mnie znajdzie pracę. Bo kiedy sąsiad zobaczy, jak ładnie skopał mi ogródek, może go zatrudni. A nawet jeśli nie zatrudni, tylko wpadnie na ten sam pomysł, bo pieniądze musiał przeznaczyć na nowy samochód (stary mu ukradli), to przecież praktyka, jakiej nabierze bezrobotny, też jest nie do pogardzenia. Wpisze sobie do CV. Kolejną korzyścią jest to, że okolica będzie ładnie wyglądała, bo co tu dużo mówić, syf, jaki panuje w ogródku moim i sąsiada, woła o pomstę do nieba. Należy też docenić pracę, jaką wykonałem ja. Przecież nie mogłem się położyć z książką w ręku, tylko musiałem bezrobotnego pilnować, bo inaczej by mi nawiał. W sytuacji więc, gdy wszyscy odnieśli korzyści, ogólnie zrobiło się przyjemniej i nikt nie poniósł strat (bezrobotny i tak nie ma pracy, więc w czasie kopania ogródka gdzie indziej by nie zarobił), tylko jakiś dinozaur nierozumiejący nowych czasów mógłby twierdzić, że bezrobotnemu za wykonaną pracę wypadałoby zapłacić.&lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;PS. Jedyna rozsądna polemika z moim wpisem przyszła na prywatny adres, respondent zanegował koncepcję, że ściąganie nielegalnych utworów z Chomikuj jest paserstwem nieumyślnym: „Art. 278 kk mówi o cudzej rzeczy. Tutaj z pewności pojęcie rzeczy należy rozumieć w kontekście znanym z Kodeksu Cywilnego. Art. 45 kc mówi, iż rzeczami w rozumieniu kc są tylko przedmioty materialne”. Z żalem, bo koncepcja mi się spodobała, ale muszę przyznać mu rację. &lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2799834716621754710-5063341994175694151?l=pawelpollak.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://pawelpollak.blogspot.com/feeds/5063341994175694151/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://pawelpollak.blogspot.com/2012/02/o-jabkach-prostych-zakupach-i.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2799834716621754710/posts/default/5063341994175694151'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2799834716621754710/posts/default/5063341994175694151'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://pawelpollak.blogspot.com/2012/02/o-jabkach-prostych-zakupach-i.html' title='O jabłkach, prostych zakupach i bezrobotnych'/><author><name>Paweł Pollak</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08286065079875201435</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2799834716621754710.post-4714587805394969711</id><published>2012-02-20T11:55:00.001+01:00</published><updated>2012-02-20T11:55:00.412+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='książki'/><title type='text'>Jak wydać książkę</title><content type='html'>&lt;p align=justify&gt;&lt;a href="http://www.szwedzka.pl/nissaba_poradnik.html"&gt;Drugie wydanie mojego poradnika&lt;/a&gt; ujrzało światło dzienne, więc ci, którzy mają w szufladzie gotowe teksty, a nie wiedzą, co z nimi począć, oraz ci, którzy dostali z wydawnictwa umowę do podpisania i ni w ząb jej nie rozumieją, mogą po niego sięgać. &lt;/p&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/-ImPR_oQt2m0/Tz_0rZEMqOI/AAAAAAAAAHg/ouuzchke6fs/s1600/wydac_amazon.jpg" imageanchor="1" style="margin-left:1em; margin-right:1em"&gt;&lt;img border="0" height="320" width="225" src="http://3.bp.blogspot.com/-ImPR_oQt2m0/Tz_0rZEMqOI/AAAAAAAAAHg/ouuzchke6fs/s320/wydac_amazon.jpg" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p align=justify&gt;W stosunku do pierwszej edycji poradnik jest znacznie obszerniejszy. Zasadnicze zmiany to: &lt;br /&gt;– dodanie rozdziału „Jak pisać/tłumaczyć książkę” (proszę zwrócić uwagę, że nie jest to rozdział „Jak napisać/przetłumaczyć książkę”);&lt;br /&gt;– dokładniejsze omówienie kwestii dystrybucji i promocji;&lt;br /&gt;– skonstruowanie analizy umów wydawniczych w formie ćwiczenia, tak by autor/tłumacz po lekturze poradnika potrafił taką umowę samodzielnie rozgryźć (choć do prawnika stale będę odsyłał, ale zdaję sobie sprawę, że w stosunku do zarobku na książce to duży wydatek);&lt;br /&gt;– dodanie krótkiego rozdziału o książkach elektronicznych (krótkiego po pierwsze ze względu na ich mikroskopijny udział w polskim rynku, a po drugie sytuacja, jak to w pionierskich czasach, szybko się zmienia i miałem świadomość, że wiadomości z tego rozdziału będą się błyskawiczne dezaktualizować – i rzeczywiście: ja odebrałem egzemplarze sygnalne z drukarni, a Amazon przeprowadził &lt;a href="http://swiatczytnikow.pl/amazon-wymiotl-wiekszosc-ksiazek-po-polsku-porzadki-przed-amazon-pl/"&gt;akcję rugowania&lt;/a&gt; e-booków w nieprawomyślnych językach); &lt;br /&gt;– wyodrębnienie rozdziału o „wydawnictwach” Print on Demand, tym razem z jednoznacznie negatywnym opisem ich roli (w pierwszym wydaniu przyglądałem się temu zjawisku jeszcze z ostrożnym optymizmem, że może coś sensownego się z tego wykluje); &lt;br /&gt;– nowy artykuł w rozdziale „Kilka prawdziwych historii”, który w tej edycji zatytułowałem „Z wydawniczej łączki”; właściwie nowe artykuły są dwa, ale jeden z nich, &lt;a href="http://www.szwedzka.pl/publicystyka.html"&gt;Uczył Marcin Marcina…&lt;/a&gt;, jest dostępny w sieci, ten rzeczywiście nowy nosi tytuł „W roli angielskiej królowej” i opowiada historię negocjowania z dużym wydawnictwem umowy skonstruowanej pod hasłem „tłumacz nie ma żadnych praw, a wydawnictwo żadnych obowiązków”. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Oczywiście spore partie starych rozdziałów napisałem na nowo. Pełny spis treści poradnika wygląda następująco: &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;1. JAK PISAĆ/TŁUMACZYĆ KSIĄŻKĘ &lt;br /&gt;1.1 Beletrystyka &lt;br /&gt;1.2 Niebeletrystyka &lt;br /&gt;1.3 Przekłady &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;2. SZUKAMY WYDAWCY  &lt;br /&gt;2.1 Autor&lt;br /&gt;2.2 Tłumacz&lt;br /&gt;2.3 Po wysłaniu propozycji&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;3. UMOWA &lt;br /&gt;3.1 Kluczowe zapisy umowy&lt;br /&gt;3.1.1 Czas przeniesienia majątkowych praw autorskich / termin udzielenia licencji&lt;br /&gt;3.1.2 Redakcja tekstu&lt;br /&gt;3.1.3 Termin wydania książki&lt;br /&gt;3.1.4 Wynagrodzenie i terminy płatności&lt;br /&gt;3.1.5 Nakład &lt;br /&gt;3.1.6 Egzemplarze autorskie &lt;br /&gt;3.1.7 Przyjęcie/odrzucenie utworu&lt;br /&gt;3.1.8 Pola eksploatacji &lt;br /&gt;3.1.9 Prawa zależne &lt;br /&gt;3.2 Analiza umowy z autorem&lt;br /&gt;3.3 Analiza umowy z tłumaczem&lt;br /&gt;3.4 Przykładowa umowa z autorem&lt;br /&gt;3.5 Przykładowa umowa z tłumaczem&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;4. WAŻNE PRZEPISY PRAWA AUTORSKIEGO &lt;br /&gt;– Art. 16 – osobiste prawa autorskie &lt;br /&gt;– Art. 44 – dodatkowe wynagrodzenie twórcy&lt;br /&gt;– Art. 46 – przeniesienie praw zależnych &lt;br /&gt;– Art. 56 – wypowiedzenie umowy ze względu na istotne interesy twórcze &lt;br /&gt;– Art. 57 – odszkodowanie za niewydanie książki &lt;br /&gt;– Art. 60 – korekta autorska &lt;br /&gt;– Art. 78 – naruszenie osobistych praw autorskich &lt;br /&gt;– Art. 79 – naruszenie majątkowych praw autorskich &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;5. WŁASNYM SUMPTEM ALBO JAK ZAŁOŻYĆ WYDAWNICTWO &lt;br /&gt;5.1 Współfinansowanie&lt;br /&gt;5.2 Założenie wydawnictwa&lt;br /&gt;5.3 Wydanie książki &lt;br /&gt;a) Zakup praw autorskich&lt;br /&gt;b) Uzyskanie numeru ISBN &lt;br /&gt;c) Redakcja &lt;br /&gt;d) Korekta autorska &lt;br /&gt;e) Skład i łamanie &lt;br /&gt;f) Korekta &lt;br /&gt;g) Okładka&lt;br /&gt;h) Druk &lt;br /&gt;i) Egzemplarze obowiązkowe &lt;br /&gt;j) Dystrybucja &lt;br /&gt;k) Promocja &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;6. WYDAWNICTWA PRINT ON DEMAND &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;7. KSIĄŻKI ELEKTRONICZNE &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;8. JAK PROWADZIĆ SPRAWĘ W SĄDZIE&lt;br /&gt;8.1 Wydawnictwo nie płaci honorarium &lt;br /&gt;8.2 Wydawnictwo nie wydało książki &lt;br /&gt;8.3 Czasopismo opublikowało opowiadanie bez umowy&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;9. Z WYDAWNICZEJ ŁĄCZKI &lt;br /&gt;9.1 Nasze wydawnictwo nie łamie umów!&lt;br /&gt;9.2 Co się przesunie, to się przesunie&lt;br /&gt;9.3 No bo tłumacz jest idiotą…&lt;br /&gt;9.4 W roli angielskiej królowej &lt;br /&gt;9.5 Uczył Marcin Marcina…&lt;br /&gt; 9.6 Bardzo Ważny Redaktor&lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Jako rekomendację pozwolę sobie przytoczyć opinię Sylwii Drożdżyk, która odezwała się do mnie po &lt;a href="http://pawelpollak.blogspot.com/2010/10/niszowo.html"&gt;wpisie&lt;/a&gt; poświęconym m.in. jej opowiadaniom, informując, że przy założeniu wydawnictwa Prozami i publikacji w nim „Identyfikatorów” mój poradnik okazał się nieocenioną pomocą. Oczywiście, żeby być uczciwym, należy wskazać, że były również negatywne opinie, na przykład &lt;a href="http://pawelpollak.blogspot.com/2011/04/zapach-swiezej-smierci-czyli-co-kogo.html"&gt;wybitny znawca&lt;/a&gt; problematyki wydawniczej Aleksander Sowa ocenił, że poradnik jest nie na temat, bo zajmuje się umowami wydawniczymi i prawem autorskim, a w opisach perypetii wydawniczych są – co skandaliczne – dialogi. Niestety, jak widać z powyższego spisu treści, nadal nie trzymam się tematu, a w relacji z negocjowania umowy znowu mi się te dialogi zaplątały. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Poradnik można nabyć na stronie, do której kieruje link na początku tego wpisu, albo w &lt;a href="http://www.szwedzka.pl/ksiegarnia/43-jak-wydac-ksiazke-pawel-pollak.html"&gt;Księgarni NiSzowej&lt;/a&gt;. Cena 29,90 zł (już z wysyłką). Dostępna jest również wersja elektroniczna, do zakupienia osobno (18,90 zł) lub łącznie z papierową (34,90 zł). &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Na koniec przykra sprawa. W statystykach wyszukiwania pojawiło się hasło „Paweł Pollak Jak wydać książkę chomikuj”. I muszę powiedzieć, że jest to szczyt wszystkiego. Bo jeśli kogoś interesuje mój poradnik, oznacza to, że chce i planuje zarabiać na sprzedaży (swoich) tekstów. Zaczynać w tej sytuacji od okradania człowieka, który ma mu w tym pomóc, to naprawdę niewąska bezczelność. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Napisałem „na koniec”, ale żeby nie kończyć przykrym akcentem i nie reklamować tylko siebie, polecanka dla osób znających niemiecki. Przeczytałem rewelacyjną powieść niemieckiej autorki Sibylle Berg pt. „Die Fahrt”: spojrzenie na życie bez złudzeń, ale i w krzywym zwierciadle. &lt;/p&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/-D6cu7BLzO8o/Tz_0gZpXVdI/AAAAAAAAAHU/nrU3pg3ne8M/s1600/fahrt.jpg" imageanchor="1" style="margin-left:1em; margin-right:1em"&gt;&lt;img border="0" height="300" width="300" src="http://2.bp.blogspot.com/-D6cu7BLzO8o/Tz_0gZpXVdI/AAAAAAAAAHU/nrU3pg3ne8M/s320/fahrt.jpg" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p align=justify&gt;W warstwie fabularnej są to losy różnych osób (turystów, mieszkańców) w rozmaitych miejscach na świecie, niekiedy się ze sobą przeplatające, niekiedy nie, Berg opowiada o nich w krótkich rozdziałach, do jednych postaci wraca regularnie, do drugich w ogóle. Powieść zawiera z jednej strony obserwacje i opisy, które mogą zdołować (a paradoksalnie jednocześnie podnieść na duchu, jeśli ktoś doła już ma), z drugiej strony podane są w taki sposób, że czytelnik parska śmiechem. Z tego, co sprawdziłem, powieść na polski nietłumaczona, co należy uznać za przejaw poważnej indolencji tłumaczy niemieckiego, „Die Fahrt” wyszła bowiem w 2007 roku (ale jest po polsku inna powieść Berg &lt;a href="http://allegro.pl/sibylle-berg-ludzie-szukaja-szczescia-i2120164048.html"&gt;Ludzie szukają szczęścia i umierają ze śmiechu&lt;/a&gt;). Gdyby doba miała ze trzydzieści godzin, sam wziąłbym się za przekład, ale ponieważ nie ma, apel do germanistów: Przełóżcie to! &lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2799834716621754710-4714587805394969711?l=pawelpollak.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://pawelpollak.blogspot.com/feeds/4714587805394969711/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://pawelpollak.blogspot.com/2012/02/jak-wydac-ksiazke.html#comment-form' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2799834716621754710/posts/default/4714587805394969711'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2799834716621754710/posts/default/4714587805394969711'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://pawelpollak.blogspot.com/2012/02/jak-wydac-ksiazke.html' title='Jak wydać książkę'/><author><name>Paweł Pollak</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08286065079875201435</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/-ImPR_oQt2m0/Tz_0rZEMqOI/AAAAAAAAAHg/ouuzchke6fs/s72-c/wydac_amazon.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2799834716621754710.post-8366323057646442282</id><published>2012-02-13T11:55:00.000+01:00</published><updated>2012-02-13T11:55:00.622+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='wywiady'/><title type='text'>Przeżyć to jeszcze raz</title><content type='html'>&lt;p align=justify&gt;W akcji TOP10, w której &lt;a href="http://pawelpollak.blogspot.com/2011/09/o-miosci-najpiekniej.html"&gt;raz już&lt;/a&gt; wziąłem udział, padło bardzo ciekawe pytanie: Jakie książki chciałbyś znów po raz pierwszy przeczytać? Oto moja dziesiątka:&lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;1. „Niewiarygodne przygody Marka Piegusa”. Pierwsze spotkanie z Edmundem Niziurskim, świat dookoła nie istnieje, tylko pełne przejęcia podążanie za bohaterami. Potem oczywiście połknąłem całego Niziurskiego z nieśmiertelnym „Sposobem na Alcybiadesa” na czele, którego przeczytałem tyle razy, że nauczyłem się go prawie na pamięć. Z tej właśnie książki pochodzi miara „lec”, określająca stopień poczucia humoru, o którą pytałem we wpisie &lt;a href="http://pawelpollak.blogspot.com/2010/10/polish-jokes.html"&gt;Polish jokes&lt;/a&gt;. Nawiasem mówiąc z opowiadania, o którym tam mowa, wyszła mini powieść „Stan Nowy Jork przeciwko…” i Oficynka przebąkuje coś o jej wydaniu. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;2. „Psy wojny” Fredericka Forsytha. Czytelnik nieco starszy (ale niewiele), emocje równie ogromne, więc następnie „Dzień Szakala” i chociaż moim zdaniem takiego poziomu już później Forsyth nie sięgnął, to jednak z prawdziwą przyjemnością każda jego następna książka. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;3. „Tomek w krainie kangurów” Alfreda Szklarskiego. Nauczycielka przeczytała nam na lekcji początek, a w domu doczytałem resztę i następne części. Nie wszystkie, bo wtedy Tomków nie można było tak łatwo dostać, i strasznie z tego powodu cierpiałem. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;4. „W 80 dni dookoła świata” Juliusza Verne’a. Zdąży czy nie zdąży?&lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;5. „W pustyni i w puszczy” Henryka Sienkiewicza. Staś i Nel porwani, na drodze karawany lew, Staś dostaje strzelbę do ręki, a ja mam zgasić światło, bo czas spać. „Mamo! Jeszcze tylko jedną stronę!”.&lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;6. „Przypadki Robinsona Kruzoe” Daniela Defoe. Czytałem nie jakąś skróconą wersję, tylko pełne wydanie. Grube tomisko z białej serii PIW-u, w którym brakowało jednej strony (zostały chyba wydrukowane dwie takie same). Do dziś pamiętam, takie to było traumatyczne przeżycie. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;7. „Niebo w płomieniach” Jana Parandowskiego. Szok, że moje podejrzenia, że z tym Bogiem to jest coś nie tak, wcale nie są takie absurdalne, jak mi się wydawały (później te moje wrażenia opisał Hjalmar Söderberg w „Młodości Martina Bircka” - to znaczy, opisał wcześniej, tylko ja później przeczytałem). Od Parandowskiego dowiedziałem się, że Herod Wielki zmarł w 4 roku przed naszą erą. Ponieważ Parandowski nie wyjaśnił, skąd to się wzięło, byłem przekonany, że mam w ręku najlepszy dowód, że te wszystkie opowieści o Jezusie to bzdurne bajeczki. Sprawdziłem w encyklopedii, że data się zgadza i pokazałem koledze. Wtedy szoku doznał on - pierwszy raz w życiu widziałem tak roztrzęsionego człowieka. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;8. „Prawiek i inne czasy”. Nie mam tej książki Olgi Tokarczuk, bo co sobie kupię egzemplarz, to natychmiast daję w prezencie (to znaczy, pożyczam, ale w praktyce wychodzi na prezent), jeśli tylko się zorientuję, że ktoś tego nie czytał. Mól książkowy, który nie zna „Prawieku”, to jak himalaista, który nie wszedł na żaden ośmiotysięcznik. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;9. „Doktor Glas” Hjalmara Söderberga. Lektura na studiach, ale wiedziałem, że spotkałem bratnią duszę. Ale rzeczywiście przeczytam go powtórnie po raz pierwszy, bo chcę go przełożyć (mimo że polski przekład już jest), a tłumaczenie to inny rodzaj lektury. Tak miałem z „Kochającymi na marginesie” Johanny Nilsson. Kiedy ich przeczytałem, książka mi się nie spodobała, dopiero przy przekładzie, o który poprosiło wydawnictwo, odkryłem, że jest naprawdę znakomita. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;10. „Mistrz i Małgorzata” Michaiła Bułhakowa. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Dominują książki przeczytane w dzieciństwie i młodości, ale tak już jest, że wtedy po prostu wszystko mocniej na człowieka oddziałuje.&lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Ciekawe, czy doczekam, że ktoś w takim zestawie zamieści „Gdzie mól i rdza”. Promocja nadal trwa, zapraszam do lektury wywiadów, których udzieliłem portalom &lt;a href="http://iwiesz24.pl/wywiad-z-pawlem-pollakiem"&gt;iWiesz24&lt;/a&gt; i &lt;a href="http://www.zbrodniczesiostrzyczki.pl/index.php?option=com_content&amp;view=article&amp;id=122:qprzy-opisie-rzeczywistego-ledztwa-czytelnik-umarby-z-nudowq-z-pawem-pollakiem-rozmawia-adrianna-michalewska&amp;catid=42:wywiady&amp;Itemid=91"&gt;Zbrodnicze Siostrzyczki&lt;/a&gt;. &lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2799834716621754710-8366323057646442282?l=pawelpollak.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://pawelpollak.blogspot.com/feeds/8366323057646442282/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://pawelpollak.blogspot.com/2012/02/przezyc-to-jeszcze-raz.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2799834716621754710/posts/default/8366323057646442282'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2799834716621754710/posts/default/8366323057646442282'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://pawelpollak.blogspot.com/2012/02/przezyc-to-jeszcze-raz.html' title='Przeżyć to jeszcze raz'/><author><name>Paweł Pollak</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08286065079875201435</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2799834716621754710.post-5098909248599923640</id><published>2012-02-06T11:55:00.001+01:00</published><updated>2012-02-06T11:55:00.113+01:00</updated><title type='text'>Wrażenia po wydaniu</title><content type='html'>&lt;p align=justify&gt;To jest zawsze magiczny moment, kiedy dostaje się przesyłkę z wydawnictwa i bierze swoją powieść do ręki. A teraz podziwiałem książeczkę nie tylko dlatego, że moja, ale została naprawdę ładnie wydana. Elegancki przedmiocik. &lt;/p&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/-T20uSAauNZ8/Ty-pAHd1sHI/AAAAAAAAAG8/hOy33yZTuRg/s1600/mol_okladka.jpg" imageanchor="1" style="margin-left:1em; margin-right:1em"&gt;&lt;img border="0" height="280" width="177" src="http://3.bp.blogspot.com/-T20uSAauNZ8/Ty-pAHd1sHI/AAAAAAAAAG8/hOy33yZTuRg/s320/mol_okladka.jpg" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p align=justify&gt;„Gdzie mól i rdza” ma już &lt;a href="http://miedzystronami.blox.pl/2012/02/Pawel-Pollak-Gdzie-mol-i-rdza.html"&gt;pierwsze recenzje&lt;/a&gt;, pozytywne, są już pierwsi obrażeni dziennikarze i pierwsze obrażone feministki, więc nie jest źle :-) Jeszcze czekam na obrażonych katolików. Okazuje się, że tworząc postać Kuriaty, napsułem sporo krwi. Oczywiście nie z taką intencją ją stworzyłem, ale feministki, jak każda fanatycznie nastawiona grupa, mają zerowy dystans do siebie, więc Kuriaty nie przeboleją. Swoją drogą zastanawia mnie, czemu w kwestii kobiet usiłuje mi się przypisać jego poglądy, a nie poglądy Przygodnego. I jak do rzekomej dyskryminacji kobiet w naszym kraju ma się fakt, że rozmawiają ciągle ze mną dziennikarki (gdzie parytety?), które wcale nie zarabiają mniej od swoich kolegów. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Czytelnicy często autora zaskakują i tak zaskoczyła mnie Agnieszka Lingas-Łoniewska, która prowadziła zeszłotygodniowe spotkanie autorskie, gdyż jej powieściowym faworytem okazał się aspirant Gajda, asystent Przygodnego. To postać jednak drugoplanowa, w cieniu komisarza i dziennikarza, i nie spodziewałem się, że ktoś może uznać ją za ulubioną.&lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Promocja toczy się dalej, w najbliższą środę o godz. 17.45 mam występ w telewizji TeDe, niestety na żywo. Niestety, bo w telewizji jeszcze nie występowałem, a tu od razu na głęboką wodę. W radiu zaczynałem od rozmowy telefonicznej (przy premierze „Kanalii”), wprawdzie też na żywo, ale człowiek nie miał specjalnie poczucia, że jest w radiu, bardziej jakby gadał ze znajomym przez telefon. Poza tym audycja była w środku nocy i byłem przekonany, że pies z kulawą nogą tego nie słucha. Bardzo się zdziwiłem, kiedy następnego dnia zadzwoniła do mnie koleżanka ze studiów, gratulując wydania książki, o czym dowiedziała się właśnie z tej audycji (pisząc „Kanalię”, nikomu się do tego &lt;a href="http://pawelpollak.blogspot.com/2010/12/recepcja-kanalii.html"&gt;nie przyznałem&lt;/a&gt;). Nawiasem mówiąc, ludzie tak się przyzwyczaili, że wydaję książki, że teraz już nikt nie dzwoni z gratulacjami. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Wracając do promocji, widzę, że wydawnictwo bardzo wierzy w tę książkę i jest przekonane, że może ona osiągnąć wysoką sprzedaż. Mam nadzieję, że okaże się to samospełniającą się przepowiednią, bo jeśli nie, będę musiał chyba przemyśleć swoją obecność na pisarskiej scenie. Niesprzedający się dobrze autor poczytnej w założeniu literatury, to trochę dziwne zjawisko i kto wie, czy w takiej sytuacji nie powinienem potraktować tego jako sygnału od czytelników, bym na dobre wrócił do tłumaczeń: jesteś świetnym tłumaczem i tym się zajmij, bo wolimy czytać twoje tłumaczenia niż utwory.&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2799834716621754710-5098909248599923640?l=pawelpollak.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://pawelpollak.blogspot.com/feeds/5098909248599923640/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://pawelpollak.blogspot.com/2012/02/wrazenia-po-wydaniu.html#comment-form' title='Komentarze (19)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2799834716621754710/posts/default/5098909248599923640'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2799834716621754710/posts/default/5098909248599923640'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://pawelpollak.blogspot.com/2012/02/wrazenia-po-wydaniu.html' title='Wrażenia po wydaniu'/><author><name>Paweł Pollak</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08286065079875201435</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/-T20uSAauNZ8/Ty-pAHd1sHI/AAAAAAAAAG8/hOy33yZTuRg/s72-c/mol_okladka.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>19</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2799834716621754710.post-8154512513879048623</id><published>2012-02-01T17:05:00.000+01:00</published><updated>2012-02-01T17:05:04.864+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='wywiady'/><title type='text'>Promujemy się</title><content type='html'>&lt;p align=justify&gt;Czysto informacyjnie, bo promocja „Mola” idzie pełną parą i całkowicie mnie absorbuje. W dzisiejszym dolnośląskim dodatku do „Gazety Wyborczej” ukazał się &lt;a href="http://wroclaw.gazeta.pl/wroclaw/1,35771,11066611,To_juz_pewne__nastepny_trup_bedzie_na_Biskupinie.html?as=1&amp;startsz=x"&gt;wywiad&lt;/a&gt;, który przeprowadziła ze mną Dorota Wodecka, a w piątek o godz. 11 będę gościł w Radiu Wrocław. I jeszcze zdjęcie z sobotniego spotkania autorskiego w Matrasie: &lt;/p&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/-JzPfIXNAQis/Tylh7z422TI/AAAAAAAAAGM/WXnP8g2bbvo/s1600/pollak%2Bmatras.jpg" imageanchor="1" style="margin-left:1em; margin-right:1em"&gt;&lt;img border="0" height="240" width="320" src="http://1.bp.blogspot.com/-JzPfIXNAQis/Tylh7z422TI/AAAAAAAAAGM/WXnP8g2bbvo/s320/pollak%2Bmatras.jpg" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2799834716621754710-8154512513879048623?l=pawelpollak.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://pawelpollak.blogspot.com/feeds/8154512513879048623/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://pawelpollak.blogspot.com/2012/02/promujemy-sie.html#comment-form' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2799834716621754710/posts/default/8154512513879048623'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2799834716621754710/posts/default/8154512513879048623'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://pawelpollak.blogspot.com/2012/02/promujemy-sie.html' title='Promujemy się'/><author><name>Paweł Pollak</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08286065079875201435</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/-JzPfIXNAQis/Tylh7z422TI/AAAAAAAAAGM/WXnP8g2bbvo/s72-c/pollak%2Bmatras.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2799834716621754710.post-4002442205625564417</id><published>2012-01-30T11:55:00.001+01:00</published><updated>2012-01-30T11:55:01.281+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='tłumaczenia'/><title type='text'>Problem nie występuje</title><content type='html'>&lt;p align=justify&gt;No i minęło właśnie siedem lat od ustalenia stawek za tłumaczenia wykonywane przez tłumaczy przysięgłych na rzecz wymiaru sprawiedliwości, a jak wynika z pisma, które ministerstwo przesłało do Rzecznika Praw Obywatelskich, resort sprawiedliwości nie ma najmniejszego zamiaru ich podnieść. Obowiązuje bowiem „dyscyplinująca reguła wydatkowa (…), w myśl której kwota wydatków budżetu państwa na zadania publiczne nie może być większa niż kwota środków planowanych na ich realizację w roku poprzednim, powiększona w stopniu odpowiadającym prognozie średniorocznego wskaźnika cen towarów i usług konsumpcyjnych na dany rok budżetowy (…) powiększonego o punkt procentowy”. Czyli powiększenie stawek tłumaczy o wskaźnik inflacji plus jeden punkt procentowy byłoby zgodne z tą regułą, przytacza się ją jednak jako okoliczność uniemożliwiającą podniesienie stawek. Typowa urzędnicza arogancja: można podać jakiś fakt, z którego wynika dokładnie coś przeciwnego, niż twierdzi urzędnik, i on o tym przecież świetnie wie, ale na bezczelnego będzie obstawał przy bzdurze, bo przecież nie chodzi o to, żeby obywatelowi odpowiedzieć, tylko żeby mu odpisać. Ani słowa o tym, że reguła wydatkowa obowiązuje od niedawna, a stawki tłumaczy zostały ustalone w 2005 roku i przez ten czas ani razu nie zostały zwaloryzowane nawet o stopień inflacji. Całe pismo jest skonstruowane tak, jakby tłumacze dwa lata temu dostali podwyżkę, a teraz z zachłanności upominali się o kolejną. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Kolejnym argumentem jest, że wydatki w sferze budżetowej są zamrożone od 2010 roku. Świetnie. Tylko dlaczego stawki tłumaczy są zamrożone od 2006 roku? I skoro wydatki są zamrożone, to dlaczego podwyżki dostają nauczyciele i policjanci? Jakoś to zamrożenie takie półzamrożone. I dlaczego w ogóle są zamrożone? W 2011 roku mieliśmy wzrost gospodarczy 4,3 procent. To jest ogromny wzrost. Jak jest wzrost, to w budżecie jest więcej pieniędzy. Ani razu od 2006 roku nie było w Polsce recesji. Ja rozumiem, że posłom trzeba zrekompensować ubytki, jakie w ich 10-tysięcznych dietach powoduje inflacja, że trzeba im kupić tablety, bo z tych dziesięciu tysięcy nijak na tablet nie wyskrobią, ale przecież całe pieniądze ze wzrostu na to nie idą. Dlaczego dla tłumaczy braknie?&lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Ano pewnie dlatego, że ministerstwo uważa, że tłumacze mogą zarobić sobie gdzie indziej (stawki dla zleceniodawców spoza organów wymiaru sprawiedliwości są rynkowe), bo ten argument przytaczany jest po raz kolejny. Jest to sankcjonowanie &lt;a href="http://pawelpollak.blogspot.com/2011/04/panszczyzna.html"&gt;pańszczyzny&lt;/a&gt;, o czym pisałem wcześniej. W efekcie - czego ministerstwo nie chce dostrzec albo mało je to obchodzi - tłumacze migają się od wykonywania tłumaczeń dla sądów, policji i prokuratury. A te instytucje, zamiast egzekwować obowiązek tłumaczenia (bo tłumacz nie ma prawa im odmówić), wydzwaniają po prośbie i szukają takich frajerów jak ja, którzy uważają, że prawo ich obowiązuje, nawet jeśli państwo robi ich w balona. Pracownik sądu marnuje czas, bo zamiast po prostu włożyć dokumenty do tłumaczenia do koperty i wysłać do tłumacza, musi najpierw ustalić, czy ten je przyjmie. A w przypadku tłumaczenia ustnego trzeba takiemu frajerowi zwrócić koszty podróży, jeśli nikt z miejscowych nie chce się stawić. W rezultacie i tak wydaje się więcej, ale co to szkodzi. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Na pieniądze za wykonane tłumaczenie czeka się miesiącami, ja najdłużej czekałem rok (tak, rok, dwanaście miesięcy!), osiem, dziewięć miesięcy nie jest rzadkością. Oczywiście płatność dokonywana jest bez żadnych odsetek. Kiedy obywatel nie płaci państwu należnych mu pieniędzy, państwo dowala mu karne odsetki, w drugą stronę to nie działa. Dlaczego tyle się czeka? Ano bo sędzia musi wydać najpierw postanowienie o płatności. Sędziemu niekoniecznie się śpieszy. Śpieszy mu się, kiedy zleca przekład i wtedy tłumacz ma się na przykład uwinąć w trzy dni (nie jest to żaden dodatkowo płatny ekspres, żeby nie było wątpliwości), a potem papiery odkłada się na dwa albo trzy miesiące. Kiedy już sędzia raczy to postanowienie wydać, panienka z sekretariatu przez kolejny miesiąc albo i dwa nie potrafi zanieść go do księgowości. Średnio co trzecie tłumaczenie wymaga interwencji, jeśli tłumacz nie chce czekać na pieniądze w nieskończoność. Okazuje się jednak - jak można wyczytać ze wspomnianego pisma - że „z informacji udzielonych przez prezesów sądów (…) wynikało, że stwierdzone opóźnienia miały charakter incydentalny i wyjątkowy. Wskazywano, że w sądach tych nie występuje problem nieterminowego regulowania należności na rzecz tłumaczy”. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Jak czytam coś takiego, to przestaję czuć jakikolwiek związek z tym państwem. Bo to nie chodzi o to, że państwo nie chce mi dać tyle, ile bym chciał, o naturalny konflikt interesów, tylko o kompletne lekceważenie obywatela. O robienie z niego durnia. Prezesi sądów i ministerstwo sprawiedliwości doskonale wiedzą, że płatności trwają zbyt długo, że tak nie powinno być, ale nie mają zamiaru nic z tym zrobić. Nie mają zamiaru tak zmienić procedur, by wynagrodzenia były wypłacane szybciej, nie mają zamiaru wprowadzić zasady, że po przekroczeniu pewnego terminu tłumacz otrzymuje odsetki za zwłokę (jak ma to miejsce np. przy zwrocie nadpłaty podatku przez urząd skarbowy). Po prostu oświadczają, że „problem nie występuje”. Jak w takim kraju można czuć się bezpiecznie? Bo tylko czekać, jak ministerstwo zdrowia oświadczy, że nie ma co zżymać się na jego nieudolność, gdyż „ludzie w Polsce nie chorują, a stwierdzone zachorowania miały charakter incydentalny i wyjątkowy” albo ministerstwo pracy ogłosi „że problem bezrobocia w Polsce nie występuje, jedynie incydentalnie i wyjątkowo obywatele pozostają bez pracy”.&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2799834716621754710-4002442205625564417?l=pawelpollak.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://pawelpollak.blogspot.com/feeds/4002442205625564417/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://pawelpollak.blogspot.com/2012/01/problem-nie-wystepuje.html#comment-form' title='Komentarze (4)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2799834716621754710/posts/default/4002442205625564417'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2799834716621754710/posts/default/4002442205625564417'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://pawelpollak.blogspot.com/2012/01/problem-nie-wystepuje.html' title='Problem nie występuje'/><author><name>Paweł Pollak</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08286065079875201435</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>4</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2799834716621754710.post-7719713039955285577</id><published>2012-01-23T11:55:00.001+01:00</published><updated>2012-01-23T11:55:00.580+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='spotkania autorskie'/><title type='text'>Przed premierą</title><content type='html'>&lt;p align=justify&gt;Żadnych opóźnień nie było i zgodnie z zapowiedzią w najbliższy piątek do księgarń trafi mój najnowszy kryminał pt. „Gdzie mól i rdza”, który ukazuje się nakładem wydawnictwa &lt;a href="http://oficynka.pl/"&gt;Oficynka&lt;/a&gt;. A już w sobotę odbędzie się pierwsze spotkanie autorskie poświęcone tej książce (w Matrasie na Świdnickiej we Wrocławiu o godz. 14.00). Poprowadzi je pani &lt;a href="http://www.agnesscorpio.pl/"&gt;Agnieszka Lingas-Łoniewska&lt;/a&gt;, serdecznie zapraszamy. &lt;/p&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/-tHoEWcKjOBc/TxxcAzyjw_I/AAAAAAAAAGA/Hgh4tAcrGMI/s1600/matras.jpg" imageanchor="1" style="margin-left:1em; margin-right:1em"&gt;&lt;img border="0" height="320" width="226" src="http://1.bp.blogspot.com/-tHoEWcKjOBc/TxxcAzyjw_I/AAAAAAAAAGA/Hgh4tAcrGMI/s320/matras.jpg" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p align=justify&gt;Wydawnictwo w odróżnieniu od poprzedniego zapowiada, że zorganizuje spotkania również poza Wrocławiem. Książkę można też już zamawiać na stronach &lt;a href="http://ksiegarniazwb.pl/pl/gdzie-mol-i-rdza-pawel-pollak.html"&gt;Zbrodni w Bibliotece&lt;/a&gt;. W sumie po nominalnej cenie (38 zł), bo jest 10-złotowy rabat i dokładnie tyle kosztuje wysyłka. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;A rzeczony kryminał zaczyna się tak: &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;&lt;I&gt;Napięta cięciwa drgała niedostrzegalnie przed wypuszczeniem śmiercionośnej strzały. Mężczyzna, którego miała zabić, wpatrywał się z rosnącym przerażeniem w grot. Szarpnął się. Nie chciał umierać. Jeszcze nie. Mówią, że kiedy człowiek się starzeje, godzi się z myślą o śmierci, ale to nieprawda. Może innych jego śmierć nie wzrusza, uważają, że swoje przeżył, ale stary czepia się życia tak samo jak młody, też oczekuje, że przyniesie mu w przyszłości coś, czego dotąd nie zaznał. &lt;/I&gt;&lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;&lt;I&gt;Szarpnięcie się nic nie dało. Sznur wpił się tylko dotkliwiej w przeguby dłoni i kostki nóg. Próbował się przewrócić, żeby zejść z linii strzału, ale fotel, do którego został przywiązany, był na to za stabilny. Może by się udało, gdyby zabójca posadził go na krześle... &lt;/I&gt;&lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;&lt;I&gt;Zabójca?! Dlaczego tak o nim myśli?! Przecież wciąż żyje. Może to tylko blef. Albo głupi kawał. Bardzo głupi kawał. Albo potworny eksperyment. Czytał gdzieś, że hitlerowcy tak eksperymentowali na Żydach. Wsadzali ofiarę do wanny, wiązali ręce z tyłu, przesuwali czymś ostrym po przegubach, sugerując przecięcie żył, po czym powoli wpuszczali do wody czerwoną farbę. I Żyd, choć cały i zdrowy, umierał. &lt;/I&gt;&lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;&lt;I&gt;Może ten łobuz bawi się w coś podobnego. Powiedział, że grot jest posmarowany kurarą, bo chce sprawdzić, jak zadziała taka odwrotność placebo. To stąd cały ten cyrk z wiązaniem i odwlekaniem strzału – żeby uwierzył w jego mordercze intencje, żeby naprawdę zaczął się bać. W rzeczywistości strzała nie wyrządzi mu najmniejszej krzywdy, tylko zadraśnie bez dalszych konsekwencji, żadna trucizna nie dostanie się do jego krwiobiegu. Tak, nie może dać się nabrać, bo wtedy umrze jak ten Żyd w wannie, po prostu ze strachu. Za wszelką cenę musi zachować spokój. &lt;/I&gt;&lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;&lt;I&gt;Wbrew temu postanowieniu z jego gardła wydobył się dziki krzyk o ratunek. Stłumiony natychmiast przez knebel wepchnięty do ust i zabezpieczony szeroką taśmą klejącą. Znowu się szarpnął, ale efekt był taki sam jak poprzednio. &lt;/I&gt;&lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;&lt;I&gt;Wbił wzrok w strzałę i zaczął się modlić; nie wiedział, czy do niej, czy do Boga – do Boga nie modlił się, odkąd trzydzieści lat temu zabrał mu córkę. Żeby chybiła, przeleciała obok niego, wbiła się w szafę za plecami. Modlitwa nie dodała mu otuchy, ale przypomniał sobie coś innego. Umierającemu człowiekowi przesuwają się przed oczami obrazy z jego życia. Gdyby rzeczywiście miał umrzeć, widziałby je teraz w miejsce tego grotu. To najlepszy dowód, że jeszcze nie wybiła jego godzina. Jeszcze będzie mu dane cieszyć się życiem! &lt;/I&gt;&lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;&lt;I&gt;I w chwili, gdy to pomyślał, zwolniona cięciwa wypuściła strzałę, świst przeciął powietrze. Mężczyzna poczuł ostry ból w okolicach przepony. Ze zdumieniem spojrzał na pręt zakończony piórami wystający z jego brzucha. Zdążył jeszcze tylko się napomnieć, że nie wolno mu uwierzyć, jakoby strzała niosła truciznę. Potem zwiotczały mu mięśnie, klatka piersiowa nie zdołała unieść się w oddechu i nie minęło pół minuty, jak się udusił. &lt;/I&gt;&lt;/p&gt;&lt;br /&gt;&lt;p align=justify&gt;Zabójcy będzie szukał komisarz Marek Przygodny z „cegielni”, czyli Komendy Wojewódzkiej Policji we Wrocławiu, a pomagał mu przy tym będzie cyniczny dziennikarz Jerzy Kuriata, zainteresowany bardziej zdobyciem sensacyjnego materiału niż ukaraniem mordercy. Swoją drogą, kiedy teraz przy korekcie autorskiej przypomniałem sobie (jak &lt;a href="http://pawelpollak.blogspot.com/2011/11/miedzy-nami-dyplomatami.html"&gt;wspominałem&lt;/a&gt;, trochę trwało, zanim powieść znalazła wydawcę), co Kuriata wygaduje o kobietach, doszedłem do wniosku, że skoro feministki za powieść szowinistyczną &lt;a href="http://pawelpollak.blogspot.com/2011/09/pirozynskie-maryjanny.html"&gt;uznały&lt;/a&gt; „Niepełnych”, to za odzywki Kuriaty mnie po prostu zabiją :-)&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2799834716621754710-7719713039955285577?l=pawelpollak.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://pawelpollak.blogspot.com/feeds/7719713039955285577/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://pawelpollak.blogspot.com/2012/01/przed-premiera.html#comment-form' title='Komentarze (6)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2799834716621754710/posts/default/7719713039955285577'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2799834716621754710/posts/default/7719713039955285577'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://pawelpollak.blogspot.com/2012/01/przed-premiera.html' title='Przed premierą'/><author><name>Paweł Pollak</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08286065079875201435</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/-tHoEWcKjOBc/TxxcAzyjw_I/AAAAAAAAAGA/Hgh4tAcrGMI/s72-c/matras.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>6</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2799834716621754710.post-3710392058689848723</id><published>2012-01-16T11:55:00.001+01:00</published><updated>2012-01-16T11:55:00.560+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='prawo autorskie'/><title type='text'>O piractwie raz jeszcze</title><content type='html'>&lt;p align=justify&gt;Na swoim &lt;a href="http://piotrlipinski.pl/blog/?p=745"&gt;blogu&lt;/a&gt; Piotr Lipiński przedstawił historię wydania e-booka pt. „Piąta Komenda”. Historia trafiła również na blog &lt;a href="http://swiatczytnikow.pl/piata-komenda-czyli-jak-piraci-moga-naklonic-do-wydania-e-booka/"&gt;Świat Czytników&lt;/a&gt; i do „Gazety Wyborczej”. Lipińskiego do zainteresowania się książką elektroniczną skłonili piraci, którzy ukradli jego tekst i udostępnili go w złodziejskim serwisie. I niestety ten fakt jest przedstawiany niemal jako coś pozytywnego (co znalazło wyraz choćby w tytule w Świecie Czytników: &lt;I&gt; „Piąta Komenda”, czyli jak piraci mogą nakłonić do wydania e-booka&lt;/I&gt;). Autor książki wyraźnie prezentuje postawę: nic wielkiego się nie stało, a w sumie wyszło mi to na dobre. Postawę bardzo szkodliwą, bo to woda na młyn piratów, nie zdziwię się, kiedy w kolejnej dyskusji o prawach autorskich, ktoś zamieści link do jego artykułu, wskazując, że piractwo nie jest wcale takie złe i samym autorom nie przeszkadza. Jak Lipiński nie chce ścigać złodziei, jego sprawa, ale nie powinien bagatelizować złodziejstwa i utrudniać walki z piractwem innym. Zwłaszcza że ta walka - przynajmniej w Polsce - jest dopiero na etapie uświadamiania, że piractwo nie jest niczym innym, jak zwykłą kradzieżą. Oczywiście, z rzeczy złych mogą wyniknąć dobre. Mogło się na przykład zdarzyć, że złodzieje ukradliby Lipińskiemu nie tekst, tylko meble. Może by się nawet ucieszył, bo dawno chciał je wymienić, ale nie mógł się zebrać, a teraz już musiałby pójść do sklepu. Może dzięki temu zapoznałby się z najnowszymi trendami w meblarstwie i miałby ładniejsze, wygodniej urządzone mieszkanie. Ale czy z tego wypływałaby konkluzja, że okradanie mieszkań nie jest procederem tak całkowicie zasługującym na potępienie?&lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Historia Lipińskiego obala dwa mity, którymi poplecznicy piractwa starają się je usprawiedliwiać. Pierwszy brzmi, że przyczyną są zbyt wysokie ceny książek, a drugi, że nie powoduje ono wcale wielkich szkód, bo tak naprawdę ściągający książki za darmo wcale ich nie czytają, tylko zapełniają sobie dyski na zapas i nawet nie patrzą czym. Nieprawda, skoro złodzieje pojawili się na blogu Lipińskiego, żeby ukradzioną książkę opatrzyć sobie okładką. Doskonale wiedzieli, co ukradli i chcieli mieć, że tak powiem, komplet. Autor to spostrzegł i zaproponował uiszczenie niskiej opłaty za zalegalizowanie książki. Nie zapłacił mu nikt. Ani jedna osoba. Proszę więc nie mówić, że piractwo jest spowodowane przez zbyt wysokie ceny. Jest to prawdą tylko w tym sensie, że dla złodzieja każda cena wyższa niż zero złotych jest zbyt wysoka. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Pod wpisem na blogu Świat Czytników wywiązała się dyskusja o piractwie, w której znowu próbowano usprawiedliwiać ten - nazywajmy rzecz po imieniu - złodziejski proceder, ale że dzielnie odpór piratom dał Artur Boratczuk, nie będę się już do tego odnosił. Jedna tylko kwestia: w dyskusji podnoszono, że przestępstwo popełnia udostępniający ukradziony plik, a nie ten, kto go pobiera. Na gruncie prawa autorskiego tak rzeczywiście jest, zgodnie z artykułem 116 ustawy o prawie autorskim, jeśli ktoś rozpowszechnia utwór nie mając do tego uprawnień, podlega karze do dwóch lub trzech lat pozbawienia wolności. Do dwóch, jeśli nie ma z tego korzyści (czyli nieodpłatne udostępnianie też jest zabronione), do trzech, jeśli na tym zarabia. W kodeksie karnym (art. 292) jest jednak opisane takie przestępstwo, jak paserstwo nieumyślne: "Kto rzecz, o której na podstawie towarzyszących okoliczności powinien i może przypuszczać, że została uzyskana za pomocą czynu zabronionego, nabywa lub pomaga do jej zbycia albo tę rzecz przyjmuje lub pomaga do jej ukrycia, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2”. Czyli jeśli kupimy za 10 tys. samochód wart 50 tys., a okaże się, że pochodził z kradzieży, możemy odpowiadać z tego artykułu. Nie wiedzieliśmy, że samochód był kradziony, ale z powodu zbyt niskiej ceny powinniśmy powziąć takie podejrzenie. O istnieniu tego przestępstwa dowiedziałem się, kiedy tłumaczyłem dokumenty związane z kradzieżami ubrań w szwedzkich sklepach. Złodziej wpadł przy którejś tam kradzieży i miał w samochodzie - jak podejrzewali śledczy, ale czego nie potrafili mu udowodnić - rzeczy ukradzione wcześniej. Sam złodziej twierdził, że nabył je na dworcu od przygodnego znajomego za okazyjną cenę. I podał tę niską cenę, żeby uwiarygodnić swoją bajeczkę, że przecież nikt nie zrezygnuje z okazji do tak taniego zakupu. Szwedzki sąd wziął jego zeznania za dobrą monetę i na ich podstawie skazał go właśnie za paserstwo nieumyślne. Jak widać, kiedy się kłamie, żeby zataić jedno przestępstwo, trzeba uważać, żeby nie przyznać się do innego. &lt;br /&gt;Wróćmy jednak do piratów. Chyba nikt z pobierających pliki z Chomikuj nie ma wątpliwości, że nie są one tam udostępnione legalnie, więc ściąganie ich będzie przynajmniej paserstwem nieumyślnym, bo nie trzeba rzeczy „uzyskanej za pomocą czynu zabronionego” kupować, wystarczy ją przyjmować. Choć muszę przyznać, że zdziwiłem się, kiedy zobaczyłem, że niektórzy poważnie traktują klauzulę, jaką złodzieje opatrują nielegalne pliki, że zgodnie z polskim prawem utwór chroniony można pobrać na 24 godziny, a potem należy go wykasować. Nie ma żadnej ustawy, która by na coś takiego zezwalała. Jeśli ktoś nie posiada majątkowych praw do utworu albo stosownej licencji od twórcy, nie ma prawa udostępniać jego utworu innym nawet na pięć minut. &lt;/p&gt;&lt;br /&gt;&lt;p align=justify&gt;PS. W związku z powtarzającymi się pytaniami, kiedy będzie nowe wydanie poradnika „Jak wydać książkę”, informuję, że za jakiś miesiąc. W tej chwili trwa &lt;a href="http://wirtualnywydawca.pl/a/job/todo/job_show/who/1/id/6701.html"&gt;konkurs na okładkę&lt;/a&gt;, więc jeśli ktoś chce spróbować sił, to zapraszam. Proszę zwrócić uwagę na słowo „niesztampową” w ogłoszeniu, bo znowu dominują propozycje z leżącą przy maszynie do pisania książką. &lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2799834716621754710-3710392058689848723?l=pawelpollak.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://pawelpollak.blogspot.com/feeds/3710392058689848723/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://pawelpollak.blogspot.com/2012/01/o-piractwie-raz-jeszcze.html#comment-form' title='Komentarze (5)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2799834716621754710/posts/default/3710392058689848723'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2799834716621754710/posts/default/3710392058689848723'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://pawelpollak.blogspot.com/2012/01/o-piractwie-raz-jeszcze.html' title='O piractwie raz jeszcze'/><author><name>Paweł Pollak</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08286065079875201435</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>5</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2799834716621754710.post-4758002284557964135</id><published>2012-01-09T11:55:00.002+01:00</published><updated>2012-01-09T11:57:02.824+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='literatura'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Kościół'/><title type='text'>Apage, Satanas!</title><content type='html'>&lt;p align=justify&gt;Zmęczyłem książkę Tomasza P. Terlikowskiego pt. &lt;i&gt;Operacja „Chusta”&lt;/I&gt; (wyd. Fronda, 2010). &lt;/p&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/-9XM3AsvsU8k/Twi859WbYgI/AAAAAAAAAF0/xHB5KOpWJco/s1600/chusta.jpg" imageanchor="1" style="margin-left:1em; margin-right:1em"&gt;&lt;img border="0" height="289" width="200" src="http://1.bp.blogspot.com/-9XM3AsvsU8k/Twi859WbYgI/AAAAAAAAAF0/xHB5KOpWJco/s320/chusta.jpg" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p align=justify&gt;Gdyby nie to, że w trakcie lektury zdecydowałem się o niej napisać, poddałbym się po jakichś 80 stronach. &lt;i&gt;Operacja „Chusta”&lt;/I&gt; to powieść sensacyjna i antyutopia w jednym. W obu tych gatunkach z definicji łatwo przykuć uwagę czytelnika, tymczasem Terlikowski przynudza tak, że musiałem przerywać lekturę i dla odegnania snu podczytywać sobie książkę telefoniczną. W &lt;i&gt;Operacji&lt;/I&gt; mamy przyszłą zjednoczoną ateistyczną Europę, która zwalcza przede wszystkim katolicyzm. Pomysł sam w sobie ciekawy (i dla niego po tę książkę sięgnąłem), ale zamiast spójnego, przekonującego obrazu tego świata mamy zestaw tez (eutanazja jest dobra, aborcja jest dobra, religia to przesąd itd.), z którymi Terlikowski polemizuje. Poza tym obraz jest bzdurny, bo Terlikowski nie odróżnia ustroju, który zakłada neutralność światopoglądową państwa z prawem każdego do wyznawania takiej religii, jaką chce, pod warunkiem, że nie będzie narzucał jej innym, od ustroju typu komunistycznego, który religię z założenia zwalcza. &lt;i&gt;Operacja&lt;/I&gt; opiera się na założeniu i udowadnia, że jest to jedno i to samo. Tymczasem nie jest, bo między szykanowaniem ludzi za chodzenie do kościoła a niezgodą na to, by z tym kościołem przychodzili do instytucji publicznych, występuje diametralna różnica. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Wątek sensacyjny to wykradzenie tytułowej chusty z wizerunkiem Chrystusa, cudownej chusty, którą władze chcą zarekwirować, i ucieczka z nią za granicę. Tyle że normalnie człowiek, który gdzieś ucieka, gna ile sił w nogach do celu, tymczasem tutaj zakonnik z chustą co rusz się zatrzymuje, a to żeby wybawić kogoś od eutanazji, przeszkodzić w aborcji, wesprzeć duchowo, w efekcie mamy takie katolickie przygody Koziołka Matołka. Budowie napięcia nie służy fakt, iż Biuro do Walki z Fundamentalizmem niespecjalnie próbuje nieuciekającego zbiega złapać. Akcja jest dla Terlikowskiego tylko pretekstem do przedstawienia własnych przekonań, więc szkoda mu atramentu na opisy procedur i działań mających doprowadzić do ujęcia uciekiniera, daleko bardziej interesuje go udowadnianie, że religia katolicka ma taką potężną moc, że ulegnie jej nawet zatwardziały karierowicz, jakim jest wywodzący się z muzułmańskiej rodziny porucznik Hassan Obama. W efekcie Obama, zamiast organizować pościg, chodzi i otrząsa się (nie mogąc się otrząsnąć) z wrażenia, jakie wywarł na nim obraz Matki Boskiej Częstochowskiej. Swoją drogą takie nazwisko bohatera w takim kontekście przywiodło mi na myśl słowa posła Górskiego o końcu cywilizacji białego człowieka, ale rozumiem, że autor za skojarzenia czytelników nie odpowiada.&lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;A kiedy już Terlikowski, zamiast sławić dobroczynną moc katolicyzmu, zmusił się do przyziemnego opisu wydarzeń, to nie miał głowy do szczegółów. I tak na stronie 217 uciekinierzy zostają uwięzieni przez jakąś sektę, której przywódca „wydał polecenie, by związać ich i położyć w kącie salki modlitewnej”. Na stronie 220 uwięzionych uwalnia jeden z członków sekty: „Chłopak sprawnymi ruchami zdjął zakonnikowi kajdanki”. Czyli z tego wynika, że związano ich kajdankami. Okej, może Terlikowski nie wie, jak wyglądają kajdanki i w jaki sposób unieruchamia się nimi więźnia, ale na tym nie koniec. Zakonnik czuje się pokrzepiony, bo „uwolnienie z więzów przywróciło mu nadzieję” (str. 221), tymczasem w następnym akapicie chłopak, który zostawił zakonnika i jego towarzyszy na dwie godziny, wrócił i… „nożem rozciął więzy ojca Jana i Benedykta. A potem wskazał im, by rozcięli także sznury na dłoniach Gretki”. Czyli rozciął więzy, z których ich wcześniej uwolnił. Chyba że te pierwsze więzy to były jednak kajdanki. Za taką interpretacją przemawiałoby zachowanie chłopaka: przychodzi do uwięzionych, uwalnia ich z „więzów”, po czym każe im czekać dwie godziny, aż reszta zaśnie, by mogli się wymknąć. Normalnie powinien się bać, że ktoś z sekty zajrzy do zakonnika i jego towarzyszy i zobaczy, że nie są już związani. Rozsądniejsze byłoby wyswobodzenie ich bezpośrednio przed ucieczką. Ale skoro więźniowie byli zakuci w kajdanki i skrępowani sznurem, to kajdanki mógł im spokojnie zdjąć, żeby im ulżyć, a sznury zostawić, żeby zmylić innych członków sekty, którzy pewnie podobnie jak autor nie odróżniali jednego od drugiego. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Takich nietrzymających się kupy opisów jest w tej książce więcej. Jeśli autor jest nieudolny, redaktor winien podkreślać mu kwiatki na czerwono, ale redaktorka tej książki (nawiasem mówiąc, mająca to samo nazwisko co autor) też nie miała kwalifikacji do tego, za co się wzięła. Postanowiła np. udowodnić, że zasada, mówiąca o niestawianiu przecinka przed „i”, nie jest bezwzględna i że ona o tym wie. O tym, że zdań współrzędnie złożonych połączonych spójnikiem „i” nie rozdzielamy przecinkiem ani że nie stawiamy przecinka przed powtórzonym po spójniku łącznym „że”, nie miała już pojęcia: „Strzelkowski wiedział, że zawsze może liczyć na ciepłe słowa pod adresem nowych akcji Biura, i że arcybiskup nie wywinie mu jakiegoś numeru” (str. 133); „Przeglądał swój telefon, i rozpaczliwie szukał kogoś (…) (str. 139); „Leżał na niepościelonym łóżku, i nie miał najmniejszej ochoty, by wstać” (str. 205). &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Z tego, że Terlikowski jest pisarzem nieudolnym, trudno jednak czynić mu zarzut, gdyż wyraźnie nie ma on pisarskich ambicji, jego celem nie było stworzenie dobrej powieści, tylko DANIE ŚWIADECTWA. Książka to po prostu dodatkowa trybuna, ani lepsza, ani gorsza od łam prasy czy stron internetowych, żeby zwalczać swoich przeciwników. A w takiej sytuacji to, jak Terlikowski pisze, schodzi na drugi plan, ważniejsze jest, co pisze. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Z książki wyłania się obraz człowieka, który praktycznie wszystkie zachodzące zmiany i cały rozwój uważa za zły. Eutanazja, aborcja, wiadomo, ale Terlikowskiemu nie podoba się też ekumenizm, prawo innych do niewyznawania żadnej religii, swoboda seksualna itd. Przez to też książka jest nieznośna, bo Terlikowski starannie zadbał, żeby rozprawić się z każdym zjawiskiem, które mu leży na wątrobie, dostało się nawet ekologom. Aż chciałoby się zapytać, dlaczego jego Bóg na to całe zło pozwala, stawiając swego gorącego wyznawcę w tak przykrej sytuacji, ale pewnie Terlikowski ma jakieś pokrętne teologiczne wyjaśnienie i na najprostsze, że Boga usprawiedliwia jego nieistnienie, się nie zgodzi. A przecież gdyby Bóg istniał, przesunąłby datę urodzin Terlikowskiego do średniowiecza, czyniąc go szczęśliwym: żadnego postępu medycyny, pozwalającego na takie bezeceństwa jak aborcja, in vitro i leczenie komórkami macierzystymi, wszystko naturalnie, żadnej seksualnej rozwiązłości, tylko włosiennica i pas cnoty, żadnego brania żydów pod pejs, że niby młodsi bracia w wierze, tylko zdrowy antysemityzm (przecież łobuzy ukrzyżowały Zbawiciela!) niekrępowany jakąś durną poprawnością polityczną, żadnych ateistów, wszyscy wierzyli, czyli panował naturalny porządek rzeczy. A może nawet lepsze niż średniowiecze byłyby czasy inkwizycji, bo Terlikowski jest typem fundamentalisty walczącego, więc za inkwizycji mógłby jednego czy drugiego heretyka spalić na stosie. Trzeba powiedzieć, że ten Bóg Terlikowskiego jest niezwykle perfidny, bo jak już zawalił z czasem, to mógł lepiej wybrać miejsce. Kilka tysięcy kilometrów dalej na wschód i Tomas ben Terlik trzymałby stery samolotu lecącego na World Trade Center z niezachwianą wiarą, że to, co robi, jest głęboko słuszne, i z radością, że może zniszczyć wrogów jedynej prawdziwej religii. A tu i teraz, kicha. Piórem może tylko przywalić. Nie byłoby to mało, gdyby ktoś słuchał, ale Europa świecczeje, Terlikowskiego nie słuchając, więc ten zakreślił „przerażającą” wizję, co to będzie, jak ta Europa nie zawróci ze złej drogi. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Jedną z najgorszych plag współczesności jest zdaniem Terlikowskiego oczywiście eutanazja. Możliwość powiedzenia „nie” obraźliwym warunkom, jakie proponuje nam rzeczywistość, przełom w myśleniu na taką możliwość pozwalający, będący w etyce przełomem kopernikańskim, jest dla Terlikowskiego nie do przyjęcia. Wiadomo, w jego mniemaniu tę rzeczywistość stworzył Bóg, więc jeśli ktoś się na nią wypina, wypina się na Boga. To jeszcze można by zrozumieć. Nawet to, że wierzący chcą zakazywać eutanazji niewierzącym. Bóg jest dla nich bytem obiektywnym, a jego przykazania obowiązują też niewierzących. Na tej płaszczyźnie można się jeszcze spierać, dyskutować, choć porozumienie - przy takim założeniu ze strony wierzących - rzeczywiście nie jest możliwe. Ale Terlikowski przedstawia w &lt;i&gt;Operacji&lt;/I&gt; inne „argumenty” przeciwko eutanazji. Przede wszystkim nie wierzy, że człowiek może jej chcieć (zresztą co się dziwić zdrowemu facetowi w kwiecie wieku, mającego ułożone życie osobiste i satysfakcjonujące zajęcie - trudno wtedy sobie wyobrazić, co czuje człowiek, który zdycha w męczarniach). Zgodnie z tym przekonaniem bohaterka, którą uciekający zakonnik porywa z kliniki eutanazyjnej, okazuje się po prostu opętana przez szatana i zakonnik musi odprawić egzorcyzmy. Tak, tak, to nie jest parabola czy symbol, w XXI wieku mamy w Polsce pisarzy, którzy zamieszczają w swoich powieściach śmiertelnie poważnie potraktowane opisy skutecznych egzorcyzmów. Chwała Bogu, że książka Terlikowskiego jest tak zła, że przekłady jej nie grożą, bo oprócz Kaczyńskiego i naszych piłkarzy za granicą mieliby trzeci powód, żeby się z nas podśmiewać. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Drugim „argumentem” Terlikowskiego przeciwko eutanazji jest po prostu pokazanie jej jako formy morderstwa. Dziadek zapada na raka, więc rodzina podejmuje decyzję o zabiciu dziadka, co Terlikowski nazywa eutanazją. Albo ktoś zdecydował się na eutanazję, zmienił zdanie, ale już nie może się wycofać, bo „nie można narażać rodziny na stres związany z odwołaniem śmierci, a wstrzymanie procedur eutanazyjnych wymaga zbyt wielu kosztów” (str. 113). I Terlikowski opisuje scenę zabicia tej wyleczonej egzorcyzmami i chcącej żyć i chociaż opisuje morderstwo, to nazywa je eutanazją. Po prostu uznał sobie, że nazwa określa podłożony przez niego desygnat, a nie ten właściwy, i w ten sposób się z eutanazją rozprawia. Równie dobrze mógłby opisać społeczeństwo, w którym morduje się niedoszłych samobójców, bo „nie można narażać rodziny na stres związany z ponowną ewentualną próbą, a leczenie wymaga zbyt wielu kosztów”. Nic dziwnego, że w tym kraju żadna sensowna dyskusja nie jest możliwa, skoro tego rodzaju argumentacji używa gość z doktoratem. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Druga ciekawa metoda stosowana przez Terlikowskiego przypomniała mi broszurkę świadków Jehowy rozprawiającą się z teorią ewolucji. Z braku rzeczowych w broszurce stosowano głównie argumenty typu „nawet znany ewolucjonista, profesor X, powiedział, że to nieprawda”. Po lekturze miało się wrażenie, że najbardziej zażartymi przeciwnikami teorii ewolucji są jej badacze z Darwinem na czele (zresztą Terlikowski stosuje identyczny zabieg, w powieści właśnie biolog tłumaczy dzieciom, że ewolucja „nie jest jedyną możliwą wersją powstania gatunków”, str. 25). I podobne wrażenie, że najbardziej doceniają katolicyzm jego przeciwnicy, ma się po lekturze powieści Terlikowskiego. Bo generalnie wszyscy, którzy nie są prawdziwymi katolikami, czyli karierowicze reżimu, wysługujący mu się dziennikarze, koncesjonowani księża, a nawet szczerzy ateiści są pod urokiem katolicyzmu. A jeśli nie są, to dostrzegają, że czegoś - czytaj: religii - im brakuje. Terlikowski żywi niezachwiane przekonanie, że człowiek bez religii jest jak ryba bez wody, tymczasem jako człowiek bezreligijny mogę mu powiedzieć, że religia tak mi jest potrzebna jak rybie rower. (Wiem, oczywiście, że mi nie uwierzy, uzna po prostu, że nie zdaję sobie sprawy, czego potrzebuję.) &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Kim są owi koncesjonowani księża? To duchowni, którzy współpracują z ateistycznym reżimem i cieszą się przywilejami w zamian za dostosowywanie katolickiej doktryny do reżimowych wymagań i trzymanie w ryzach księży chcących głosić prawdziwą wiarę. Terlikowski, który w swojej publicystyce &lt;a href="http://wpolityce.pl/artykuly/20501-zakonnika-poznaje-sie-po-tym-jak-konczy-szkoda-zakonnika-i-kaplana-szkoda-jego-pogubienia"&gt;poucza&lt;/a&gt; duchownego, jak ma się zachowywać, żeby został zbawiony (nie znam się na teologii, ale wydawało mi się, że to duchowni są od wskazywania wiernym drogi do zbawienia), pije tutaj do liberalnej części duchowieństwa, idącej na kompromisy z nauką i współczesnym światem, czego przejawem jest choćby odcięcie się od egzorcyzmów czy akceptacja innych religii jako równouprawnionych. I akurat z tą krytyką Terlikowskiego się zgadzam. Prawdziwa religia monoteistyczna musi uznawać inne religie za fałszywe, inaczej przestaje być religią, staje się zbiorem pustych haseł i obrzędów. Jeśli nasz Bóg jest jedyny i prawdziwy, to ich Bóg nie może również być jedyny i prawdziwy. Twierdzenie, że to ten sam Bóg, tylko inaczej się nazywa, a inne przykazania daje tamtym, bo mają inną kulturę, jest właściwie oświadczeniem wprost, że Bóg to wytwór kulturowy, a nie realny byt. Jeśli tamci są w błędzie, należy ich nawrócić. Perswazją, a jeśli nie skutkuje, to siłą. Bo przecież w ostatecznym rozrachunku to dla ich dobra. Takie myślenie wynika z istoty religii i dopóki ta jest żywa, w niej przeważa. Chrześcijaństwo powoli dociera do swego wieku starczego i choć Terlikowski tak by tego nie określił, za to właśnie je krytykuje. I z niepokojem (ale też - postawię taką tezę - z zazdrością) spogląda na islam, będący na etapie chrześcijaństwa sprzed kilkuset lat. Oczywiście, prawdziwa religia monoteistyczna jest szkodliwa i niebezpieczna, czego dowodzą stosy trupów, jakie zostawiło za sobą chrześcijaństwo (głoszące miłość bliźniego) i jakie zostawia teraz islam (o tyle uczciwszy, że miłości do niewiernego bliźniego nie głosi). I chociaż chrześcijaństwo jest już bezzębnym staruszkiem, to jednak można się przestraszyć, czytając uzasadnienie stosowania przemocy, jakie Terlikowski wkłada w usta jednego z bohaterów po podpaleniu kliniki aborcyjnej (str. 67-68). A przemyślenia innego pokazują, że Terlikowski gotów jest odrzucić chrześcijańskie zasady, by to chrześcijaństwo zwyciężyło (co, i ta zbieżność nie jest przypadkowa, przypomina przekonanie komunistów, że najpierw trzeba część ludzi wymordować, żeby zapanowała ogólna szczęśliwość): „rozumiał, że trzeba nadstawiać drugi policzek, ale miał dosyć tego cielęcego oczekiwania na kolejne decyzje rządu, tego przekonania, że taki już chrześcijański los, że przyjęcie go jest wzięciem krzyża, a walka jest jego odrzuceniem” (str. 84). &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;I na koniec ciekawostka. Tak głęboko wierzący Terlikowski nie wierzy w dwie rzeczy: w inkwizycję i pedofilię księży („Nic odkrywczego, stare sprawdzone w rozmaitych okolicznościach triki. Przypomnienie mitów o inkwizycji, opowieści o pedofilii”, str. 247). O ile mi wiadomo, tych faktów nie kwestionuje nawet hierarchia z papieżem na czele, ale czytając &lt;i&gt;Operację „Chusta”&lt;/I&gt;, trudno oprzeć się wrażeniu, że Jan Paweł II popełnił błąd, nie likwidując konklawe i nie mianując po prostu Terlikowskiego swoim następcą. &lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2799834716621754710-4758002284557964135?l=pawelpollak.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://pawelpollak.blogspot.com/feeds/4758002284557964135/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://pawelpollak.blogspot.com/2012/01/apage-satanas.html#comment-form' title='Komentarze (11)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2799834716621754710/posts/default/4758002284557964135'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2799834716621754710/posts/default/4758002284557964135'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://pawelpollak.blogspot.com/2012/01/apage-satanas.html' title='Apage, Satanas!'/><author><name>Paweł Pollak</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08286065079875201435</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/-9XM3AsvsU8k/Twi859WbYgI/AAAAAAAAAF0/xHB5KOpWJco/s72-c/chusta.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>11</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2799834716621754710.post-3017229159024794085</id><published>2012-01-02T11:55:00.001+01:00</published><updated>2012-01-02T11:55:00.128+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='wydawnictwa'/><title type='text'>Oświadczenie</title><content type='html'>&lt;p align=justify&gt;W związku z publikacją moich przekładów powieści:&lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;• &lt;B&gt;„Młodość Martina Bircka” Hjalmara Söderberga (2005)&lt;/B&gt; &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;• &lt;B&gt;„Sprawa Ewy Moreno” Håkana Nessera (2004)&lt;/B&gt; &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;z naniesionymi przez wydawnictwo nieuprawnionymi poprawkami, które nie zostały przedstawione mi do akceptacji, a w części są błędami dyskwalifikującymi mnie jako kompetentnego tłumacza, oświadczam, że ww. przekłady nie mogą być uznane za moje, a za zawarte w nich błędy odpowiedzialność ponoszą redaktorzy obu pozycji.&lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Informuję jednocześnie, że w związku z naruszeniem moich osobistych praw autorskich oraz odrzuceniem przez wydawnictwo żądania, by ww. przekłady opublikować we właściwej wersji, zaaprobowanej przeze mnie w korekcie autorskiej, wystąpię przeciwko wydawnictwu na drogę postępowania sądowego. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Wyjaśnienie. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Kiedy przygotowywałem &lt;a href="http://pawelpollak.blogspot.com/2011/09/kanalia-na-kindle.html"&gt;„Kanalię” do wydania elektronicznego&lt;/a&gt;, ze zdumieniem odkryłem, że przy pierwszym wydaniu książka po korekcie autorskiej powędrowała do ponownej redakcji i w tej wersji redaktorskiej została wydrukowana, bez pytania mnie o zdanie, czy na poprawki naniesione przez nowego redaktora wyrażam zgodę. Ponieważ jest to naruszenie prawa, gdyż o ostatecznej wersji powieści może decydować wyłącznie pisarz, a wydawnictwo zobowiązane jest (wg art. 60 prawa autorskiego) przedstawić mu zredagowany tekst do wglądu, by zadecydował, czy redaktorskie poprawki akceptuje czy odrzuca (to jest właśnie korekta autorska), zażądałem wyjaśnień. Szef wydawnictwa okazał skruchę, przeprosił i zapewnił, że była to sytuacja wyjątkowa, nie potrafił ustalić, jak do niej doszło, gdyż osoby pracujące przy książce już z wydawnictwa odeszły, ale na pewno odbyło się to bez jego aprobaty. Zadowoliłem się tym wyjaśnieniem, żądając jednak oficjalnych przeprosin. Żądanie zostało przyjęte. Ponieważ w chwili rozmowy nie miałem sprecyzowanych oczekiwań, jak takie oficjalne przeprosiny miałyby wyglądać (szczerze powiedziawszy, nie spodziewałem się, że wydawca się przyzna), powiedziałem, że określę to później. Kiedy się nad tym zastanawiałem, coś mnie tknęło, żeby sprawdzić również moje przekłady opublikowane przez to wydawnictwo. I już nie ze zdumieniem, ale z wściekłością odkryłem, że przy każdym redaktorzy w mniejszym (dotyczy to „Karambolu” Håkana Nessera i „Zamachowca” Lizy Marklund) lub większym stopniu majstrowali, nieprzestrzeganie zasady, że po korekcie autorskiej nie wolno nanosić żadnych poprawek, okazało się nie wypadkiem przy pracy, tylko stosowaną w tym wydawnictwie normą. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Co gorsza, redaktorzy, którzy wzięli przekłady do ponownej obróbki, albo nie znali szwedzkiego, albo mieli oryginał i rozstrzygnięcia autora w takim samym poważaniu, jak moje tłumaczenie. I tak redaktor „Sprawy Ewo Moreno” np. konsekwentnie wyróżniane przez Nessera słowo „komisarz”, kiedy mowa jest o Van Veeterenie, zastąpił po prostu nazwiskiem, bo pewnie nie znał serii i nie wiedział, że to postać szczególna, a czemu polski redaktor miałby przejmować się tym, co chciał wyrazić szwedzki pisarz, a jego tłumacz oddać. Redaktor „Młodości Martina Bircka” dopisał sobie między innymi, że dzwony w kościele biły głośno (str. 12), że brat Billfelta jest dżentelmenem prawdziwym (str. 52), że czysta miłość należała do sfery lirycznej poezji niestety (str. 67), chociaż głośno dzwoniło wyłącznie w jego uszach, nieprawdziwych dżentelmenów zna tylko on, a to, że o przynależności czystej miłości do sfery lirycznej należy wyrażać się z ubolewaniem, jest jego prywatną opinią, której narrator nie wyraził. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Zgłosiłem się ponownie do wydawnictwa, wskazując, że poprzednie wyjaśnienia okazały się nieprawdziwe, że wydawnictwo lekceważy prawa autorskie pisarzy i tłumaczy niejako programowo, a w tej sytuacji nie mogę zadowolić się wyłącznie przeprosinami. Zażądałem pewnej sumy tytułem zadośćuczynienia za naruszenie moich praw autorskich, bardzo umiarkowanej, jeśli wziąć pod uwagę zarówno orzecznictwo sądów w tym zakresie, jak i zamożność wydawnictwa, któremu trafił się jeden z największych bestsellerów ostatnich lat. Zależało mi jednak na ugodowym załatwieniu sprawy, bo ostatnio zamiast pisać książki, pisuję pozwy.&lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Na hasło „pieniądze” szef wydawnictwa przestał się przyznawać do błędu i poinformował mnie, że dokonane zmiany „są niewątpliwie przykładem drobnych poprawek korektorskich wprowadzonych już po ostatecznej redakcji”, że tę opinię potwierdza jego prawnik, który „ma w tego typu sprawach znaczące doświadczenie”, więc jeśli chcę, mogę sobie iść do sądu, ale sprawę pewnie przegram.&lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Arogancja typowa dla polskiego wydawnictwa, które nie potrafi przyznać się do złamania prawa czy umowy i ponieść konsekwencji, woli straszyć rzekomo dobrym prawnikiem w przekonaniu, że autora na takiego nie stać, a sam do sądu nie pójdzie. Jakoś się nie boję, bo wygrywałem już sprawy z takimi, którzy w dziedzinie prawa autorskiego uchodzą za tuzów, zresztą jak na dłoni widać, że to strachy na Lachy. Bo jedno z dwojga: albo prawnik rzeczywiście nie wie, że nie ma czegoś takiego „jak drobne poprawki korektorskie po ostatecznej redakcji” (nie mówiąc o tym, że za taką poprawkę nie można uznać dopisywania w tłumaczeniu treści, których w oryginale nie ma), czyli jest skrajnie niekompetentny, albo doskonale o tym wie, ale - zakładając, że tłumacz nie zna prawa - podsuwa mocodawcy dęte wyjaśnienie, jakie ten ma przedstawić, licząc na to, że tłumacz w nie uwierzy i do sądu nie pójdzie. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;A dlaczego nie wolno wprowadzać nawet drobnych poprawek korektorskich, nie przedstawiając ich do wglądu autorowi/tłumaczowi? Ano dlatego, że coś, co redaktorowi wydaje się oczywistą pomyłką, wcale nie musi nią być. Autor i tłumacz spędzają nad tekstem setki godzin, znają go od podszewki, redaktor siada do niego z doskoku i nie jest w stanie dostrzec różnych niuansów. W „Młodości Martina Bircka” we frazie „w trakcie długich, samotnych wędrówek po obrzeża miasta” redaktor zmienił „obrzeża” na „obrzeżach”, tymczasem bohater nie chodził po obrzeżach, tylko do nich docierał! A nawet gdybym rzeczywiście się pomylił i poprawka redaktorska byłaby zasadna, to i tak wymaga mojej akceptacji, bo przecież na takich drobnych poprawkach polega redakcja. Piszący czy tłumaczący na pewnym poziomie nie robią jakichś rażących błędów i klasyczna redakcja jest wygładzaniem tekstu, a nie pisaniem go od nowa. Jeśli od tej strony spojrzeć na stanowisko wydawnictwa, to widać, że podzieliło ono redakcję na dwie części: taką, która wymaga akceptacji autora i taką, która tej akceptacji nie wymaga. Czym różni się jedna od drugiej, trudno dostrzec, bo w przypadku moich książek liczba wprowadzonych poprawek była w tej pierwszej redakcji często mniejsza od wprowadzonych w drugiej, a ich charakter był taki sam. &lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2799834716621754710-3017229159024794085?l=pawelpollak.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://pawelpollak.blogspot.com/feeds/3017229159024794085/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://pawelpollak.blogspot.com/2012/01/oswiadczenie.html#comment-form' title='Komentarze (6)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2799834716621754710/posts/default/3017229159024794085'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2799834716621754710/posts/default/3017229159024794085'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://pawelpollak.blogspot.com/2012/01/oswiadczenie.html' title='Oświadczenie'/><author><name>Paweł Pollak</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08286065079875201435</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>6</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2799834716621754710.post-7804286688746215366</id><published>2011-12-29T19:33:00.000+01:00</published><updated>2011-12-29T19:33:36.541+01:00</updated><title type='text'>Reklama</title><content type='html'>&lt;p align=justify&gt;Kimberly Núñez osiągnęła swój cel, została bogatą wdową. Ma 24 miliony dolarów i tylko to ją obchodzi. Boleśnie jednak przekonuje się, że czasami warto myśleć o innych. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;To treść opowiadania kryminalnego mojego autorstwa pt. „Czarna wdowa”, opublikowanego w formie elektronicznej. &lt;/p&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/-826k6eI_gPk/TvyvMWcbuUI/AAAAAAAAAFo/lr3v_PTT6B8/s1600/czarna_wdowa_blog.png" imageanchor="1" style="margin-left:1em; margin-right:1em"&gt;&lt;img border="0" height="320" width="214" src="http://3.bp.blogspot.com/-826k6eI_gPk/TvyvMWcbuUI/AAAAAAAAAFo/lr3v_PTT6B8/s320/czarna_wdowa_blog.png" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p align=justify&gt;Opowiadanie dostępne jest również po angielsku i po niemiecku, można je nabyć w &lt;a href="http://www.amazon.com/s/ref=ntt_athr_dp_sr_1?_encoding=UTF8&amp;search-alias=digital-text&amp;field-author=Pawel%20Pollak"&gt;Amazonie&lt;/a&gt; i w &lt;a href="http://www.smashwords.com/profile/view/pollak"&gt;Smashwords&lt;/a&gt; (lepiej kupić w Smashwords, bo Amazon stosuje narzuty dla klientów spoza krajów, w których ma siedzibę) oraz w &lt;a href="http://www.szwedzka.pl/ksiegarnia/6-ksiazki-elektroniczne"&gt;Księgarni NiSzowej&lt;/a&gt;, wszędzie w poszczególnych językach albo we wszystkich trzech naraz. &lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2799834716621754710-7804286688746215366?l=pawelpollak.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://pawelpollak.blogspot.com/feeds/7804286688746215366/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://pawelpollak.blogspot.com/2011/12/reklama.html#comment-form' title='Komentarze (3)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2799834716621754710/posts/default/7804286688746215366'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2799834716621754710/posts/default/7804286688746215366'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://pawelpollak.blogspot.com/2011/12/reklama.html' title='Reklama'/><author><name>Paweł Pollak</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08286065079875201435</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://3.bp.blogspot.com/-826k6eI_gPk/TvyvMWcbuUI/AAAAAAAAAFo/lr3v_PTT6B8/s72-c/czarna_wdowa_blog.png' height='72' width='72'/><thr:total>3</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2799834716621754710.post-2111061240353806447</id><published>2011-12-26T11:55:00.002+01:00</published><updated>2011-12-27T12:17:38.459+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='varia'/><title type='text'>Zajrzałem tu z wyszukiwarki</title><content type='html'>&lt;p align=justify&gt;Jak każdy bloger dorobiłem się pewnej liczby stałych czytelników i jak każdy bloger miewam gości, których przywiodło zapytanie z Google’a. Czasami całkowicie błędnie, na wpis &lt;a href="http://pawelpollak.blogspot.com/2010/12/recepcja-kanalii.html"&gt;Recepcja „Kanalii”&lt;/a&gt; trafiła dziewczyna szukająca pracy… recepcjonistki. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Frazy z wyszukiwarki potrafią zaskoczyć. No, bo jakie powinno być najczęściej wpisywane hasło, wziąwszy pod uwagę mój zawód, moją twórczość i tematykę poruszaną na blogu? „Pisarz umarł z głodu”, „księża a feministki”, „tłumacz, czyli nikt”, „wydawcy oszuści”, a tymczasem okazuje się, że znakomita większość stawia sobie pytanie zasadnicze, fundamentalne, można by powiedzieć, że pytanie pytań, wagi niemal biblijnej, a mianowicie: „Na jakim instrumencie grał Rzecki?”. Tak, proszę państwa, nie „jak żyć?”, nie „jaki to ma sens?”, nie „skąd jestem i dokąd zmierzam?”, tylko „na jakim instrumencie grał Rzecki?”. Zapytanie pojawia się tak często, że nie będzie zbytniej emfazy w stwierdzeniu, że Prus zawładnął wyobraźnią internautów. To się nazywa siła literatury. Albo inni poloniści kopiują &lt;a href="http://pawelpollak.blogspot.com/2010/12/ksiazka-do-wygrania.html"&gt;test pani Nowińskiej&lt;/a&gt; :-)&lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;We wpisie &lt;a href="http://pawelpollak.blogspot.com/2010/06/rzetelnosc.html"&gt;Rzetelność&lt;/a&gt; postawiłem tezę, że osób rzetelnych w Polsce jak na lekarstwo. Najwyraźniej miałem rację, bo internauci intensywnie kogoś takiego poszukują, hasło „osoba rzetelna” zajmuje drugie miejsce w rankingu. Poszukującym wyszedł naprzeciw mieszkaniec Poznania, który oświadczył: „Jestem rzetelność”. Wiadomo, wielkopolska solidność. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Wedle Stańczyka najwięcej było w Polsce lekarzy, ale ta, nomen omen, diagnoza dawno jest nieaktualna, w tej chwili - sądząc z wpisów w wyszukiwarce - najwięcej jest (kandydatów na) pisarzy:&lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;&lt;i&gt; Chciałbym napisać kryminał&lt;/I&gt;&lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Recepta jest prosta: trup, komisarz, zagadka, śledztwo, rozwiązanie. Ale najlepsza recepta nie pomoże, jeśli kucharz beztalencie. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Oczywiście, siadając do pisania, trzeba podejść do tego metodycznie, ab ovo:&lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;&lt;i&gt; Co to jest okładka?&lt;/I&gt;&lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Tektura z przodu i tyłu książki. Pełni funkcję ochroną i ozdobną. Książka to taki przedmiot, który ma w środku papier upstrzony czarnymi znaczkami. Krążą legendy, że wtajemniczonym te znaczki przekazują jakieś treści. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Nie można też pisać, nie mając zapewnionego dachu nad głową i miski strawy:&lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;&lt;i&gt; Czy należy się stypendium za napisanie książki?&lt;/I&gt;&lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Tylko nie pytać ministra kultury, bo zejdzie ze śmiechu. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;To może inne przywileje?&lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;&lt;i&gt; Artyści nie płacą&lt;/I&gt;&lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Jak nie płacą? Płacą. Nawet zniżek nie mają. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Napisaną książkę najlepiej żeby wydał&lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;&lt;i&gt;uczciwy wydawca&lt;/I&gt;.&lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;&lt;a href="http://pawelpollak.blogspot.com/2011/05/uczciwy-wydawca-poszukiwany.html"&gt;Gatunek poszukiwany.&lt;/a&gt;&lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Po wydaniu przypną człowiekowi łatkę. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;&lt;i&gt; Marek Hłasko szowinista&lt;/I&gt;&lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Każdy piszący mężczyzna poza Pacewiczem jest szowinistą. To jest tak zwane pierwsze prawo &lt;a href="http://pawelpollak.blogspot.com/2011/09/pirozynskie-maryjanny.html"&gt;FKL&lt;/a&gt; (feministycznej krytyki literackiej).&lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Przychodzi refleksja…&lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;&lt;i&gt; Co skłoniło mnie do publikacji książki?&lt;/I&gt;&lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Krytyka się przejechała?&lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;... bo ludzie nie kupują beletrystyki.&lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;&lt;i&gt; Chcę kupić książkę poradnik górnika&lt;/I&gt;&lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Może &lt;a href="http://pawelpollak.blogspot.com/2011/04/zapach-swiezej-smierci-czyli-co-kogo.html"&gt;Aleksander Sowa&lt;/a&gt; napisze?&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2799834716621754710-2111061240353806447?l=pawelpollak.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://pawelpollak.blogspot.com/feeds/2111061240353806447/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://pawelpollak.blogspot.com/2011/12/zajrzaem-tu-z-wyszukiwarki.html#comment-form' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2799834716621754710/posts/default/2111061240353806447'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2799834716621754710/posts/default/2111061240353806447'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://pawelpollak.blogspot.com/2011/12/zajrzaem-tu-z-wyszukiwarki.html' title='Zajrzałem tu z wyszukiwarki'/><author><name>Paweł Pollak</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08286065079875201435</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2799834716621754710.post-1074521288012608960</id><published>2011-12-19T11:55:00.002+01:00</published><updated>2011-12-19T11:55:00.448+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='wydawnictwa'/><title type='text'>O Boże, autor zarobi!</title><content type='html'>&lt;p align=justify&gt;Zgłosiło się do mnie wydawnictwo, które opublikowało moją książkę, że „prywatnymi kanałami” szuka chętnego do jej sfilmowania i w związku z tym trzeba nieco zmienić umowę, żeby „doprecyzować pola eksploatacji”. Nie widziałem problemu, przeciwnie, jeśli tak niewiele trzeba było zrobić, żeby powieść została przeniesiona na ekran, to tylko głupek by się sprzeciwiał. Wydawnictwo przesłało mi do akceptacji fragment umowy, który wymagał zmiany, z naniesionymi poprawkami. Fragment bardzo spory, co mnie zdziwiło, bo kwestię praw do sfilmowania można w pełni uregulować w dwóch punktach. A tu nawet nie trzeba było regulować, tylko „doprecyzować”. Zacząłem się wczytywać w nadesłany fragment i porównywać go z dotychczasową umową. Moje zdziwienie wzrosło, bo w części paragrafów zmian w ogóle nie było, a tam gdzie były, miały charakter czysto redakcyjny: jedne sformułowania zastąpiono innymi, ale z prawnego punktu widzenia zapis miał dokładnie takie samo brzmienie jak poprzednio. Wszystko stało się jasne, kiedy dotarłem do punktu, że z zysków za udzielenie sublicencji na korzystanie z utworu wydawca wypłaci mi 25%, a sobie zachowa 75%. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;O co chodziło? Otóż w dotychczasowej umowie ten podział był określony po połowie: 50% dla autora i 50% dla wydawcy. A zysk z sublicencji to między innymi wpływy ze sfilmowania książki. Czyli jedyną merytoryczną zmianą było obniżenie mojego udziału w dochodach z filmu. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Mamy więc następującą sytuację: Jakiś producent filmowy, reżyser czy scenarzysta wyraża wstępne zainteresowanie książką (twierdzenie, że wydawnictwo samo coś załatwiało, jest równie prawdziwe, jak bajki braci Grimm). Dla wydawnictwa ekranizacja książki to złapanie kury znoszącej złote jaja. Nie dość, że filmowcy płacą tantiemy, to film winduje zainteresowanie powieścią do niebotycznych rozmiarów. Każdy wydawca marzy o dwóch rzeczach: o Noblu i o filmie. Co więc powinien zrobić ten, którego ławka filmowych autorów jest nie tyle krótka, ile zupełnie pusta, kiedy rysuje mu się na horyzoncie, że ma szansę ją zapełnić? Wydaje się, że rozsądne byłoby na przykład zaproponowanie obiecującemu autorowi napisanie kolejnej książki, żeby jeśli nie jedną, to drugą przekonać filmowców. Albo zwiększenie nakładów na promocję, by pokazać filmowcom: tak, tak, ta książka jest naprawdę dobra, bierzcie ją. Tymczasem polski wydawca sięga do umowy z autorem i stwierdza z przerażeniem, że autor na ekranizacji za dużo zarobi. Bo w chwili podpisywania umowy nikt o filmie nie myślał, zapis z sublicencją przewidziany był na tłumaczenia, ale tak się pechowo złożyło, że film też pod niego podpada. Wydawca nie patrzy, że książka, gdyby sfilmowanie doszło do skutku, przyniesie mu zyski, o jakich, biorąc ją do wydania, nawet nie marzył. Boli go, że musi się uczciwie podzielić z pisarzem Zaczyna więc przemyśliwać, jak tego pisarza wyrolować. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Plan, trzeba przyznać, był całkiem sprytny. Mało autorów orientuje się w zawiłościach pól eksploatacji, więc wybranie akurat tego aspektu do rzekomej zmiany raczej nie zachęcało do wnikania, o co chodzi, zwłaszcza że zmiana miała być wyłącznie kosmetyczna. A gdyby nawet, wbrew tym przewidywaniom, autor zechciał rozgryźć, na czym polega, to skutecznie miała go od tego odwieść duża liczba tekstu, w której ukryto jedyną merytoryczną, ale niekorzystną dla niego poprawkę. I w wielu przypadkach autorzy zapewne daliby się nabrać i po prostu podpisali przysłany aneks w ciemno. To pokazuje, jak ważne jest czytanie przedłożonych umów. Zwłaszcza kiedy ma się do czynienia z tym stowarzyszeniem uczciwych inaczej, jakim są polscy wydawcy. &lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2799834716621754710-1074521288012608960?l=pawelpollak.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://pawelpollak.blogspot.com/feeds/1074521288012608960/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://pawelpollak.blogspot.com/2011/12/o-boze-autor-zarobi.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2799834716621754710/posts/default/1074521288012608960'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2799834716621754710/posts/default/1074521288012608960'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://pawelpollak.blogspot.com/2011/12/o-boze-autor-zarobi.html' title='O Boże, autor zarobi!'/><author><name>Paweł Pollak</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08286065079875201435</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2799834716621754710.post-6726434761145708093</id><published>2011-12-12T11:55:00.001+01:00</published><updated>2011-12-12T11:55:01.046+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='polityka'/><title type='text'>Społecznie nieuzasadnieni</title><content type='html'>&lt;p align=justify&gt;Donald Tusk w swoim exposé, które spokojnie mógł zatytułować „Jak z ministrem Rostowskim kłamaliśmy w kampanii wyborczej, a ciemny lud to kupił”, zapowiedział zniesienie 50% kosztów uzyskania przychodu dla twórców. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Pewnie nie wszyscy orientują się, na czym to polega. Jeśli przetłumaczę książkę, to z otrzymanego honorarium, powiedzmy, sześciu tysięcy, połowę odliczam sobie jako koszty uzyskania przychodu i podatek płacę tylko od tej drugiej połowy, w tym przypadku od trzech tysięcy. Takiego pomniejszenia podstawy opodatkowania może dokonać każdy, kto wykonał pracę, w której wyniku powstał jakiś utwór. Utworem (w rozumieniu prawa autorskiego) jest również artykuł prasowy czy praca naukowa, więc z tego przywileju korzystają także dziennikarze i naukowcy. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;No właśnie, czy to rzeczywiście jest przywilej, jak twierdzą politycy, a za nimi powtarzają popierający tę rządową propozycję dziennikarze? Do polityków trudno mieć pretensje, przecież nie powiedzą uczciwie, że twórcom zabierają dlatego, że ci w przeciwieństwie do górników nie pojawią się z łomami pod URM-em. Albo dlatego, że zabraknie na waloryzację poselskich diet (absolutnie niezbędną, przecież inflacja jest). Muszą uzasadnić, że sięganie do kieszeni twórców to sprawiedliwość dziejowa. Ale dziennikarze mogliby myśleć. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Otóż nie jest to żaden przywilej. Każdy wykonujący pracę odlicza sobie koszty uzyskania przychodu. W przypadku etatu jest to pewien ryczałt, w przypadku działalności gospodarczej realnie poniesione koszty, przy umowach o dzieło i zleceniach 20%. Czemu twórcy mają więcej? Ano dlatego, że ich nakład pracy nie przekłada się w sposób proporcjonalny na efekty. Biznesmen albo stolarz im więcej pracuje, tym więcej zarobi (jeśli nie, oznacza to tyle, że jest nieefektywny), twórca niekoniecznie. Asar Eppel, autor znakomitej „Trawiastej ulicy” (po polsku w doskonałym przekładzie Jerzego Czecha), tłumacz literatury polskiej na rosyjski, opowiadał, że często, by perfekcyjnie przełożyć wiersz, czyta kilka tomów opracowań. Wiadomo jednak, że wydawca uzależnia jego honorarium nie od poświęconego czasu, a od objętości wiersza. Pisarz może spędzić pół dnia na obserwowaniu wróbla na balkonie, by z tej obserwacji wpleść do swojej powieści dwa budujące nastrój zdania. Twórca ma też prawo do braku natchnienia. Może odsiedzieć osiem godzin przy komputerze, ale napisać pół stroniczki. I trudno uznać to za obijanie się jak w przypadku kafelkarza, który przez kilka godzin położy pół metra kwadratowego kafelków. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Z tłumu dziennikarzy piszących o przywileju przed szereg wyrwała się Dominika Wielowieyska, która bezkompromisowo oświadczyła: „50-proc. koszty uzyskania przychodu dla (…) twórców to przywilej, który nie ma żadnego uzasadnienia społecznego” (artykuł &lt;a href="http://wyborcza.pl/1,75515,10665821,Czy_to_ministrowie__czy_zderzaki_.html"&gt;Czy to ministrowie, czy zderzaki?&lt;/a&gt;). No pewnie, siedzi taka banda darmozjadów, coś tam sobie skrobie, pacykuje, podśpiewuje, nazywa to sztuką i chce jakichś przywilejów. Z jakiego tytułu?! W cieple sobie siedzą, na głowę im nie pada, nawet się przy tej swojej „pracy” nie spocą, to czemu mieliby płacić de facto niższy podatek? Przecież społeczeństwo nie ma z tego żadnej korzyści. Żeby taki liście zagrabił, fasadę domu odmalował, ulicę zamiótł, to przynajmniej zrobiłby coś pożytecznego. A czemu właściwie, zamiast tylko odbierać mu „przywileje”, go do tego nie przymusić? Pani Dominiko, zorganizować grupkę hunwejbinów i zatroszczyć się, co by taki uprzywilejowany twórca przestał żerować na społeczeństwie. Na pewno poprze panią prezes PZU Andrzej Klesyk, który &lt;a href="http://wyborcza.biz/biznes/1,101562,10196493,Zaszyte_kieszenie_krezusow__Polscy_bogacze_nie_chca.html"&gt;zapytany&lt;/a&gt;, czy wzorem amerykańskich i francuskich milionerów gotów byłby dać więcej do państwowej kasy, ze swojej skromnej pensji nie zdołał nic wykroić, ale wskazał obficie bijące źródełko: „Dlaczego tak zwani twórcy mają 50 proc. kosztów uzyskania przychodów, czyli płacą połowę stawki?”. Amerykańscy i francuscy prezesi wielkich firm nie tylko byliby gotowi wyżej się opodatkować, co jest reakcją na kryzys, ale w swojej normalnej działalności obejmują twórców mecenatem. Dla prezesa Klesyka to są „tak zwani” twórcy tworzący zapewne tak zwaną kulturę. A na co prezesowi na przykład tak zwana literatura, zwłaszcza że tak zwani pisarze z uporem maniaka lansują szlachetne ideały, w które ciągłe kombinowanie, jak nie wypłacić odszkodowania, mimo że się wcześniej wzięło składkę, nijak się nie wpisuje. Zresztą czytanie to babskie zajęcie, na dodatek męczące i psujące wzrok. Prawdziwy mężczyzna weźmie pół litra, kiełbachę, wrzuci sobie pornosa na DVD i żadna tak zwana kultura do szczęścia mu niepotrzebna.&lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Równie „wspaniałym” mecenasem jak prezes Klesyk jest polskie państwo. O kulturze w swoim exposé Tusk się nie zająknął. Program stypendialny dla ludzi pióra istnieje w formie szczątkowej (po części zresztą finansowany przez poprzednie pokolenia pisarzy, z podatku od wydawania utworów, do których wygasły prawa), w efekcie niektórzy autentycznie nawet &lt;a href="http://pawelpollak.blogspot.com/2011/06/kup-pan-ksiazke.html"&gt;biedują&lt;/a&gt;. A ci, którzy nie biedują, czas, w którym mogliby pisać, muszą poświęcić na zarobkowanie. No ale zdaniem Wielowieyskiej i Klesyka słusznie, niech zarobią na swoje fanaberie, przecież nie ma żadnego „uzasadnienia społecznego”, by płacili za to podatnicy, co komu przyjdzie z tego, że powstanie więcej powieści? Na rynku książki i tak jest nadprodukcja. Jak się twórcom odbierze „przywileje”, nadprodukcję się ograniczy: same korzyści. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Wiem oczywiście, że zapowiedź zniesienia „przywileju” tych biedujących nie dotyczy. Ale to tylko kwestia czasu. Tym krótszego, że proponowane rozwiązanie, by 50% kosztów nie mogli naliczać jedynie bogatsi twórcy, jest ewidentnie niekonstytucyjne. Bo formalnie to nie jest wyższe opodatkowanie lepiej zarabiających. Rozróżnienie kosztów uzyskania przychodu oznaczałoby, że ludzie wykonujący ten sam zawód działaliby na różnych warunkach, jedni lepszych, drudzy gorszych, a taka sytuacja to nierówność wobec prawa. Na podobnej zasadzie można by wprowadzić przepis, że lekarze, których pensja przekracza średnią krajową, mają mieć obowiązkowo cztery dyżury w miesiącu, a ci z niższą dwa. &lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2799834716621754710-6726434761145708093?l=pawelpollak.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://pawelpollak.blogspot.com/feeds/6726434761145708093/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://pawelpollak.blogspot.com/2011/12/spoecznie-nieuzasadnieni.html#comment-form' title='Komentarze (4)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2799834716621754710/posts/default/6726434761145708093'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2799834716621754710/posts/default/6726434761145708093'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://pawelpollak.blogspot.com/2011/12/spoecznie-nieuzasadnieni.html' title='Społecznie nieuzasadnieni'/><author><name>Paweł Pollak</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08286065079875201435</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>4</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2799834716621754710.post-8145133907170545626</id><published>2011-12-05T11:55:00.000+01:00</published><updated>2011-12-05T11:55:00.190+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='wydawnictwa'/><title type='text'>Gargamel i smerfy</title><content type='html'>&lt;p align=justify&gt;Na Facebooku ruszyła akcja &lt;a href="http://pl-pl.facebook.com/niekarmksiazkowegopotwora"&gt;Nie karm książkowego potwora&lt;/a&gt;, nawołująca do bojkotu jednej z dużych sieci księgarskich. Zarzuty wobec potwora są następujące: książka interesuje go wyłącznie jako towar, przez co miejsce wartościowej literatury zajmuje bestsellerowy chłam, narzuca wydawcom bardzo niekorzystne warunki (wysoka marża, dodatkowe opłaty za wyeksponowanie książki, długie terminy płatności), wykorzystując swoją silną pozycję i zwleka z przelewaniem należności albo w ogóle nie płaci. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Zarzuty są w pełni prawdziwe, sam jako wydawca walczę w sądach o zwrot pieniędzy za książki, które potwór sprzedał (kilka lat temu), ale uznał, że płacić nie ma potrzeby. Domyślam się, iż rzeczniczka prasowa potwora, która przekonuje dziennikarzy, że zarzuty są kalumnią, każdego wieczoru bierze bardzo długi i bardzo dokładny prysznic. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Antidotum na niecne praktyki potwora ma być świadome kupowanie, czyli w małych, niezrzeszonych księgarniach, w księgarniach internetowych oraz bezpośrednio u wydawców. I tu pojawia się problem. Bo twierdzenie, że małe księgarnie sprzedają wartościową literaturę, jest nieprawdziwe. Mają dokładnie tę samą ofertę co potwór, tylko - ze względu na brak miejsca – w mniejszej liczbie tytułów. Kiedy potwór ma dziesięć tytułów następczyni Mniszkówny, drobny księgarz oferuje dwa, wartościowej powieści z małego wydawnictwa nie uświadczysz u żadnego. Kiedy oferowałem indywidualnym księgarniom książki Hjalmara Söderberga, przekonałem się, że równie dobrze mógłbym im oferować do sprzedaży zgniłe jaja, taka była mniej więcej reakcja. Księgarnie internetowe mają szerszą ofertę, bo w Internecie miejsca nie brakuje, sęk w tym, że wcale oferowanych książek nie posiadają. Dopiero kiedy klient jakąś zamówi, kupują ją w hurtowni, danej pozycji często gęsto jednak już w hurtowni nie ma, więc klient dostaje info, że „książki zabrakło u dostawców” albo podobny komunikat.&lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;A hurtownie narzucają wydawcom zbójeckie marże (80-100%) i dodatkowe opłaty (jak to się odbywa, można przeczytać &lt;a href="http://mojbook.blox.pl/2010/12/Za-plecami-Szymborskiej.html"&gt;tutaj&lt;/a&gt;) podobnie jak zwalczany potwór. Należności, której dochodzę od potwora, muszę dochodzić nie bezpośrednio od niego, tylko od hurtownika, a raczej hurtowniczki. A hurtowniczka, zamiast egzekwować od potwora należne sumy, uznała, że nic na interesie nie straciła (hurtownie nie kupują książek od wydawców, tylko biorą je w komis) i tenże interes zwinęła (pozdrowienia pani Ś., już mam pismo, że komornik zajął pani nieruchomość). Z akcji dowiedziałem się, że potwór wymusza na kontrahentach zapis w umowie, że nie mogą skierowywać wierzytelności do windykacji, a tym samym ich dochodzenie jest bezcelowe. Tyle że na mój gust taki zapis w umowie jest sprzeczny z kodeksem cywilnym i jako taki z mocy prawa nieważny. Wysokie marże nie są zresztą domeną wyłącznie hurtowni czy stacjonarnego potwora, potwór internetowy w przypadku książek branych bezpośrednio od wydawców nakłada jeszcze wyższą marżę niż standardowa, mimo że brak po drodze pośredników, którym trzeba coś odpalić. Po prostu na tym rynku każdy, kto ma mocną pozycję, stara się wyszarpać dla siebie jak najwięcej, nie patrząc na coś, co można by nazwać „dobrym kupieckim obyczajem”. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Nie jest też tak, że potwór jest niesolidnym płatnikiem, a małe księgarnie i księgarnie internetowe rzetelnie wywiązują się ze swoich zobowiązań. Te nie płacą dokładnie tak samo jak potwór, różnica polega wyłącznie na tym, że zalegają na daleko mniejsze kwoty, więc jest to dla wydawców mniej dotkliwe. Zresztą ci biedni wydawcy kantowani przez potwora zachowują się identycznie i nie płacą terminowo autorom czy tłumaczom. I wcale nie wynika to z faktu, że potwór nie przekazał pieniędzy. Wydawcy od dawna zastrzegają sobie w umowach z pisarzami, że ci dostaną honorarium tylko za te sprzedane książki, za które wpłynęła należność. Ale podobnie jak potwór wolą obracać cudzymi pieniędzmi, niż płacić (pozdrowienia dla wydawnictwa Bernikla, przypominam, że termin płatności moich tantiem minął w sierpniu). Problemem nie jest postawa jednej firmy, tylko ogólne społeczne przyzwolenie na cwaniactwo i niedostrzeganie, że niepłacenie kontrahentowi w terminie jest de facto jego okradaniem. Poza tym czego oczekiwać od kapitalistycznej firmy, jeśli dokładnie tak samo postępują instytucje państwowe. Jako tłumacz przysięgły dostaję płatności z sądów za wykonane tłumaczenia po wielu miesiącach - raz czekałem nawet pełen rok (sic!) - oczywiście bez żadnych odsetek za zwłokę. Ze skarg sądy dokładnie nic sobie nie robią. Polską mentalność doskonale obrazuje w tej kwestii właściciel jednej z księgarni internetowych, który był bardzo zdziwiony, że mam pretensje o nieterminowe płatności, bo on „przecież zawsze płaci”. Za cnotę w Polsce uchodzi, jak widać, nie zapłata w umówionym terminie, tylko nieoszukanie kontrahenta i zapłacenie w ogóle. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Niepłacenie autorom nie jest jedynym grzechem wydawców, choć organizatorzy tej akcji zakreślili taki obraz sytuacji, jakby zły Gargamel znajdował się wśród sympatycznych smerfów. Praktycznie jedynym kryterium przyjmowania książek do publikacji jest ocena „sprzeda się – nie sprzeda się”, oficyny wydające książki dla idei działają na marginesie, więc dlaczego zarzut o preferowanie bestsellerowego chłamu ma być kierowany tylko wobec potwora? Wydawnictwa, skarżące się, że potwór dyktuje im umowy z pozycji siły, w dokładnie taki sam sposób wykorzystują swoją silniejszą pozycję w relacjach z autorami i tłumaczami, przedkładając im do podpisania umowy skonstruowane pod hasłem „autor/tłumacz nie ma żadnych praw, a wydawnictwo żadnych obowiązków”.&lt;br /&gt;Jednym z postulatów akcji jest kupowanie bezpośrednio u wydawców. Ale duzi wydawcy wcale tego nie chcą, zwłaszcza jeśli mają to być pojedyncze egzemplarze, bo wysyłanie jednej książki to dla nich zawracanie głowy. I dlatego blokują taką sprzedaż, każąc klientowi pokrywać koszty przesyłki, inaczej wzięliby je na siebie, bo nawet przy jednej książce ten koszt jest dużo niższy niż prowizja pośredników. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Z tego, co dotąd napisałem, można wysnuć wniosek, że jestem bojkotowi potwora przeciwny. Nie, akcję uważam za zasadną, co więcej taki społeczny nacisk świadomych klientów wydaje się jedynym sposobem, który może doprowadzić do pewnej poprawy. Rozwiązania ustawowe, jakie tu można sobie wyobrazić, np. odgórne ograniczenie marży czy zakaz pobierania półkowego, niebezpiecznie naruszałyby zasady wolnego rynku. Poza tym można się domyślić, że i tak byłyby obchodzone, więc znowu wracałoby się do kwestii, że pewne zachowania muszą wynikać z przyzwoitości, a nie z przymusu. Ale właśnie to chcę pokazać: że tej przyzwoitości trzeba domagać się od wszystkich uczestników rynku książki. Owszem, od potwora można zacząć, bo to ogromny, nabrzmiały i brzydko pachnący wrzód, ale na nim nie można poprzestać, bo ten wrzód nie pojawił się na czystym, zdrowym ciele, tylko na w całości pokrytym liszajami. &lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2799834716621754710-8145133907170545626?l=pawelpollak.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://pawelpollak.blogspot.com/feeds/8145133907170545626/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://pawelpollak.blogspot.com/2011/12/gargamel-i-smerfy.html#comment-form' title='Komentarze (4)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2799834716621754710/posts/default/8145133907170545626'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2799834716621754710/posts/default/8145133907170545626'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://pawelpollak.blogspot.com/2011/12/gargamel-i-smerfy.html' title='Gargamel i smerfy'/><author><name>Paweł Pollak</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08286065079875201435</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>4</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2799834716621754710.post-4811569187899088440</id><published>2011-11-28T11:55:00.002+01:00</published><updated>2011-11-28T11:55:00.143+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='prawo autorskie'/><title type='text'>Wolna kultura</title><content type='html'>&lt;p align=justify&gt;Unia wydłużyła ochronę praw producentów i wykonawców utworów muzycznych z 50 do 70 lat, czemu w „Gazecie Wyborczej” poświęcił &lt;a href="http://m.wyborcza.pl/wyborcza/1,105226,10323257,Unia_rozszerza_ochrone_praw_autorskich.html"&gt;artykuł&lt;/a&gt; Roman Pawłowski. Lejtmotywem tego artykułu jest konstatacja, że zarobią na tym nie w pierwszej kolejności twórcy, tylko pośrednicy: „koncerny muzyczne zarobią krocie”, „wielkie wytwórnie muzyczne skorzystają najwięcej”, „czy jednak rzeczywiście oni [wykonawcy] będą głównym beneficjentem zmian?”, „to nie wykonawcy zarobią najwięcej, ale producenci. Wielkie koncerny zgarniają zazwyczaj dwie trzecie zysków ze sprzedaży nagrań”.&lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Pawłowski zapewne ostro by zaprotestował, gdybym zgłosił postulat, że za artykuł nie powinien dostać wierszówki, bo znacznie więcej niż on na jego tekście zarobi „Wyborcza”. Ciekawe, że taka konstrukcja myślowa – nie płaćmy artystom, bo zarobią na tym pośrednicy – regularnie przywoływana i traktowana jako poważny argument w dyskusjach o prawie autorskim, jakoś nie znajduje zastosowania w innych dziedzinach życia. Co więcej, w innych od razu zostałaby uznana za absurdalną: Nie płaćmy rolnikom za płody rolne, bo dostają tylko ułamek tej kwoty, jaką za ich produkty trzeba zapłacić w sklepie. Nie płaćmy pracownikom McDonalda, bo ich pensje w porównaniu do zysków firmy są groszowe. Nie płaćmy dziennikarzom, bo gazety za dużo zarabiają na reklamach, które zamieszczają przy ich tekstach.&lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Innym „argumentem” na rzecz niepłacenia artystom jest pojęcie „wolnej kultury”, o której marzenia wskutek powyższej decyzji „zostały brutalnie sprowadzone na ziemię przez eurourzędników”. Tak na marginesie dobry dziennikarz powinien oddzielać informację od komentarza, a słowo „brutalnie” jest nacechowane emocjonalnie i od razu informuje nas, co dziennikarz o decyzji eurourzędników (dobrze, że nie „eurourzędasów”) myśli. Co do meritum, chciałbym dowiedzieć się, co to jest ta wolna kultura. I dlaczego obecna jest zniewolona? Bo jedyna różnica między obecnym stanem rzeczy a postulowanym przez zwolenników tejże wolnej kultury, jaką ja dostrzegam, polega na tym, że artystom nie płaciłoby się za ich pracę, a jeśli już by się płaciło, to przez możliwie krótki okres od powstania dzieła. I dlaczego taki model ma się nazywać „wolną kulturą”, a nie zgodnie z desygnatem „kulturą zbójecką” albo „bolszewicką”? Wolny rynek nie polega na tym, że producentom się za ich towar nie płaci. Wolna wymiana myśli nie polega na tym, że dziennikarz ma zamieszczać polemiczne teksty w gazecie bez wynagrodzenia, a na życie zarobić jako złota rączka. Co więcej, nakaz płacenia w tych przypadkach nie powoduje braku towarów czy tekstów polemicznych. Przeciwnie, przyczynia się do ich obfitości i wysokiej jakości. A z kulturą dodatkowo jest tak, że masę osób rzeczywiście tworzy ją za darmo i za darmo udostępnia (co doskonale mogą robić, choć zwolennicy tej tak zwanej wolnej kultury twierdzą coś przeciwnego, żeby wraz z usunięciem owej rzekomej przeszkody zlikwidować w ogóle ochronę prawnoautorską), więc utworów, z których można bezpłatnie korzystać jest w bród. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Tradycyjnie w tekstach poświęconych zagadnieniom prawa autorskiego „Wyborcza” pyta o zdanie Jarosława Lipszyca. Nie bardzo wiadomo dlaczego. Nie jest on prawnikiem specjalizującym się w prawie autorskim, jest gościem, który chce za darmo korzystać z cudzych utworów. Czy jeśli ja będę chciał, żeby producenci samochodów dawali mi je darmo, bo założyłem fundację, w której będę oferował przejażdżki tymi samochodami w ramach, powiedzmy, popularyzowania automobilizmu, to „Wyborcza” zacznie mnie traktować jako eksperta od motoryzacji? &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;„Wydłużenie ochrony praw autorskich wykonawców i producentów muzycznych jest szkodliwe dla kultury, bo ograniczy o kolejne 20 lat dostęp i możliwość wykorzystania utworów archiwalnych” – stwierdza Lipszyc. Panie Lipszyc, z tych utworów możesz korzystać pan do woli pod warunkiem, że się zrewanżujesz metodą wynalezioną przez Fenicjan. A jeśli chcesz pan korzystać z cudzej pracy za darmo, to polecamy wehikuł czasu, przeprowadzkę do starożytnego Rzymu i kupno niewolnika. Albo zażądanie, żeby przyznano panu tego niewolnika nieodpłatnie, bo inaczej będzie to szkodliwe dla ustroju społeczno-politycznego. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Lipszyc nie dość, że nie jest żadnym ekspertem, to wygłasza jeszcze kompletne nonsensy (jak &lt;a href="http://pawelpollak.blogspot.com/2011/09/monopol-prawa-autorskiego.html"&gt;na przykład &lt;/a&gt; o niemoralnym prawie autorskim), a „Wyborcza” bez wnikania, o co mu chodzi, bez żadnej krytycznej analizy czy polemiki prezentuje je jako prawdy objawione. Choćby taką: „Polityka zaostrzania prawa autorskiego nie działa na korzyść społeczeństwa i twórców”. No oczywiście, w głębokim i dobrze pojętym interesie twórców jest, by za swoją pracę nie dostawali wynagrodzenia. Jeśli utwór będzie za darmo, dotrze – dzięki fundacji Jarosława Lipszyca – do znacznie szerszej publiczności, a twórca przekona się, że satysfakcja z licznych odbiorców smakuje znacznie lepiej niż najsoczystszy schabowy. A przecież ci odbiorcy utrzymują ze swoich podatków jadłodajnie dla ubogich, gdzie niezarabiający twórca spokojnie może się pożywić, więc dlaczego mieliby jeszcze płacić mu za jego pracę? &lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2799834716621754710-4811569187899088440?l=pawelpollak.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://pawelpollak.blogspot.com/feeds/4811569187899088440/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://pawelpollak.blogspot.com/2011/11/wolna-kultura.html#comment-form' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2799834716621754710/posts/default/4811569187899088440'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2799834716621754710/posts/default/4811569187899088440'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://pawelpollak.blogspot.com/2011/11/wolna-kultura.html' title='Wolna kultura'/><author><name>Paweł Pollak</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08286065079875201435</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2799834716621754710.post-4115354718554237149</id><published>2011-11-21T11:55:00.001+01:00</published><updated>2011-11-21T11:55:00.655+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='wydawnictwa'/><title type='text'>Między nami dyplomatami</title><content type='html'>&lt;p align=justify&gt;Wreszcie ma się ukazać mój następny kryminał pt. „Gdzie mól i rdza”, tym razem rozgrywający się współcześnie we Wrocławiu (do pierwszego morderstwa dochodzi na ulicy Wrońskiego). Na stronie wydawnictwa pojawiła się już zapowiedź (na styczeń), a tak będzie wyglądała okładka: &lt;/p&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://4.bp.blogspot.com/-iA4q9Fqnvyc/Tsf5Lh24wsI/AAAAAAAAAFc/U1-Nkn9uRiY/s1600/mol_5_okl.jpg" imageanchor="1" style="margin-left:1em; margin-right:1em"&gt;&lt;img border="0" height="320" width="293" src="http://4.bp.blogspot.com/-iA4q9Fqnvyc/Tsf5Lh24wsI/AAAAAAAAAFc/U1-Nkn9uRiY/s320/mol_5_okl.jpg" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p align=justify&gt;W zamyśle miała to być pierwsza część całej serii, w której śledztwa prowadzi komisarz Marek Przygodny przy wydatnej pomocy dziennikarza (i przyjaciela) Jerzego Kuriaty. Na kontynuację nie mam jednak specjalnie siły, bo jestem zniechęcony niesłychanie długim szukaniem wydawcy i oszustwami ze strony tych, z którymi przyszło mi współpracować. Drugą część mam rozgrzebaną, więc pewnie ją skończę, ale jeśli wszystko będzie wyglądało tak jak dotychczas, to do trzeciej nie będę miał motywacji. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;A wyglądało na przykład tak:&lt;br /&gt;Kryminałem zainteresowało się wydawnictwo Magnetowid. Bardzo się zainteresowało, bo odpowiedziało błyskawicznie – po kilku tygodniach – i jeszcze przeprosiło, że musiałem długo czekać na odpowiedź. Tymczasem normalnie czeka się przynajmniej kilka miesięcy, jeśli w ogóle odpowiedź przychodzi, bo zwykle wydawnictwa nie raczą odpowiadać. Magnetowid nie jest zresztą wyjątkiem, posłałem im wcześniej „Niepełnych” i mnie olali, a wtedy nie widzieli bynajmniej powodu, by za olewanie przepraszać. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Bardzo miła pani Teodora z wydawnictwa Magnetowid oceniła, że kryminał ma niezwykle misternie i logicznie skonstruowaną intrygę, zaproponowała całkiem przyzwoite warunki i zażądała zmiany tytułu. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Z tytułem było tak, że długo nie miałem żadnego (dla odmiany, pisząc „Kanalię” i „Niepełnych” od tytułu niejako wychodziłem). Powoli zanosiło się na to, że będę wybierał między „Komisarz Przygodny na tropie” a „Jeśli dzisiaj jest wtorek, to mamy morderstwo”. Ale w końcu krzyknąłem „eureka”, tyle że bez wyskakiwania z wanny, bo posiadam jedynie prysznic. Tytuł „Gdzie mól i rdza” nie tylko był oryginalny, ale porządkował mi wątki, okazywał się szkieletem, na którym oparła się cała struktura powieści. Odpisałem więc przemiłej pani Teodorze, że zmiana tytułu nie wchodzi w grę, tej powieści pod żadnym innym nie wydam (w sumie jedyny tytuł, na którego zmianę bym się zgodził, to było „Między prawem a sprawiedliwością”, ale akurat tego nikt mi nie chciał zmieniać). &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Przesympatyczna pani Teodora przyznała, że tytuł ma ścisły związek z akcją, ale poinformowała mnie, że jakaś Zosia czy Henia z działu handlowego uważa, że książka pod tym tytułem się nie sprzeda. A co za tym idzie, powinienem go zmienić, bo pani Zosia czy Henia „się zna”. I pani Teodora zaproponowała swój tytuł. Jaki, podać nie mogę, bo z miejsca ujawniał on połowę intrygi, ale gdyby Szekspir chciał wydać w Magnetowidzie „Romea i Julię”, zażądano by od niego, by nadał dramatowi tytuł „Tragicznie zakończona miłość kochanków z Werony”. Poza kompetencjami pani Zosi czy Heni do zmiany tytułu miało przekonać mnie też oświadczenie pani Teodory, że „zgodnie z prawem i zwyczajem o tytule decyduje wydawca”. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Przeurocza pani Teodora, chociaż miała przed sobą trzysta stron maszynopisu, z którego – jak sama przyznała – jasno wynikało, że potrafię logicznie myśleć, nie wiadomo dlaczego założyła, że tę umiejętność zatracę podczas negocjacji. No bo gdybym nawet nie znał prawa i nie wiedział, że twierdzenie, jakoby o tytule decydował wydawca, jest ordynarnym kłamstwem, to musiałbym sobie postawić pytanie: dlaczego wydawca usiłuje mnie przekonać do zmiany tytułu, jeśli nie musi się na mnie oglądać?&lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Współpraca z wydawnictwem, które na dzień dobry próbuje oszukać autora, niezbyt mi się uśmiechała, ale w tym momencie miałem już za sobą parę odmów, więc zacisnąłem zęby i grzecznie odpisałem, że mimo opinii pani Zosi czy Heni pozostaję przy swoim, jeśli wydawnictwo chce książkę, proszę uprzejmie, ale pod tytułem „Gdzie mól i rdza”, inaczej wycofuję propozycję i dziękuję za poświęcony mi czas.&lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Przemiłą panią Teodorę, która najwyraźniej spodziewała się, że ulegnę, że wydanie będzie dla mnie nadrzędne kosztem dowolnych ustępstw, i która najwyraźniej na książkę bardzo liczyła, szlag trafił. Cieniutka pozłota ogłady spłynęła do rynsztoka i pani Teodora oświadczyła, że bardzo dobrze, że wycofuję propozycję, bo Magnetowid nie ma ochoty wydawać książek autora, który jest pozbawionym kultury chamem i upartym osłem odrzucającym wszystkie sugestie wydawnictwa. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Co do sugestii sprawa była oczywista: wydawnictwo zgłosiło jedną (zmiana tytułu), tę jedną odrzuciłem, czyli rzeczywiście wszystkie, nie trzeba kończyć matematyki, żeby wiedzieć, że jeden z jednego to jest 100%. Nie wiedziałem natomiast, dlaczego jestem chamem. Sprawdziłem, czy przypadkiem nie napisałem pani Teodorze, co sobie o niej pomyślałem, kiedy próbowała mnie okantować, bo czasami mnie nosi i mówię ludziom szczerze, co o nich myślę. Ale nie, korespondencja była w pełni dyplomatyczna. I o to poszło. Okazało się, że chamem jestem dlatego, że odpisując na kolejne maile, zrezygnowałem już ze wstępów typu „Szanowna Pani”, czego zdaniem pani Teodory nie miałem prawa zrobić, bo to była „oficjalna korespondencja”. W tej „oficjalnej korespondencji” pani Teodora posługiwała się od drugiego maila formą „panie Pawle”, oszukiwanie ludzi nie jest dla niej przejawem braku kultury, brakiem kultury jest niezachowanie w mailach standardów korespondencji dyplomatycznej. &lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2799834716621754710-4115354718554237149?l=pawelpollak.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://pawelpollak.blogspot.com/feeds/4115354718554237149/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://pawelpollak.blogspot.com/2011/11/miedzy-nami-dyplomatami.html#comment-form' title='Komentarze (25)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2799834716621754710/posts/default/4115354718554237149'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2799834716621754710/posts/default/4115354718554237149'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://pawelpollak.blogspot.com/2011/11/miedzy-nami-dyplomatami.html' title='Między nami dyplomatami'/><author><name>Paweł Pollak</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08286065079875201435</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://4.bp.blogspot.com/-iA4q9Fqnvyc/Tsf5Lh24wsI/AAAAAAAAAFc/U1-Nkn9uRiY/s72-c/mol_5_okl.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>25</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2799834716621754710.post-2577393809423761774</id><published>2011-11-14T13:55:00.001+01:00</published><updated>2011-11-14T13:55:00.659+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='tłumaczenia'/><title type='text'>Doktorem być</title><content type='html'>&lt;p align=justify&gt;Pewna doktorantka zajmująca się w swojej pracy przekładem romansu popularnego poprosiła tłumaczy o wypełnienie &lt;a href="http://www.ankietka.pl/ankieta/31580/tlumaczenie-literatury-popularnej-typu-harlequin.html"&gt;ankiety&lt;/a&gt;. Wypełniać nie wypełniałem, bo tak wyszło, że romansideł nie tłumaczyłem (w moim przypadku takim etapem do ambitniejszej literatury były &lt;a href="http://www.edusiec.pl/O-szwedzkim-z-Pollakiem"&gt;książki o UFO&lt;/a&gt;), ale do ankiety z ciekawości zajrzałem. I zdziwiłem się, że ktoś piszący rozprawę doktorską nie bardzo potrafi opracować ankietę i ma raczej średnie rozeznanie w temacie, z którego się doktoryzuje (czyli, jak rozumiem, ma uchodzić w tej dziedzinie za specjalistę). &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;&lt;I&gt;Z jakiego powodu zdecydował(a) się Pan/i podjąć pracę tłumacza romansu popularnego typu Harlequin? &lt;/I&gt;&lt;br /&gt;Pytanie sugerowałoby, że doktorantka jest ciekawa, dlaczego ktoś tłumaczy kiepskie romanse, a nie wybitne powieści miłosne, ale odpowiedzi do wyboru, „tłumaczenie to ciekawa, rozwojowa praca”, „tłumaczenie to moje hobby”, wskazują, że pyta, dlaczego ktoś w ogóle zajmuje się tłumaczeniem. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;&lt;I&gt; Jaki rodzaj umowy zawarło z Panią/em wydawnictwo?&lt;/I&gt; &lt;br /&gt;Do wyboru jest m.in. umowa zlecenie, choć ten rodzaj umów przy przekładach literackich nie ma w ogóle zastosowania (jest to umowa o dzieło z przeniesieniem praw autorskich), i etat. Nie słyszałem o tłumaczu zatrudnionym na etacie w wydawnictwie, ale jeśli takowy istnieje, to chętnie bym się dowiedział, jak ten etat dostał. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;&lt;I&gt;Czy wydawnictwo, z którym Pan/i współpracuje, wyposażyło Panią w komputer, drukarkę, edytor tekstu, zestaw wskazówek dotyczących tłumaczenia romansów? &lt;/I&gt;&lt;br /&gt;Zestaw wskazówek to zupełnie inna kategoria niż sprzęt komputerowy, a tłumacz, który poprosiłby wydawnictwo o komputer albo drukarkę, otrzymałby nie tekst do tłumaczenia, tylko zdjęcie pukającego się w czoło wydawcy, bo w tym zawodzie wymagany jest przynajmniej minimalny kontakt z rzeczywistością. No ale zawsze mógłby wtedy zrobić doktorat z translatoryki romansów. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;&lt;I&gt;Ile wynosi stawka netto za przetłumaczenie książki typu Harlequin o objętości ok. 300 stron?&lt;/I&gt;&lt;br /&gt;No tak, to nie praca z fizyki, żeby wymagała precyzji. Zależy, pani doktor in spe, ile arkuszy autorskich zawiera się w tych 300 stronach, a może zawierać się bardzo różna ich liczba w zależności od formatu książki, wielkości czcionki, interlinii itd. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;&lt;I&gt;Od czego jest uzależniona stawka za 1 stronę tłumaczenia romansu typu Harlequin?&lt;/I&gt;&lt;br /&gt;Jak wyżej, w tłumaczeniu literatury nie ma stawek za stronę, są stawki za arkusz autorski (40 000 znaków). &lt;br /&gt;W odpowiedziach do wyboru można wskazać np. na rodzaj serii, ale na stopień trudności tekstu już nie. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;&lt;I&gt;Jak określił(a)by Pan/i swoją znajomość obsługi komputera?&lt;/I&gt;&lt;br /&gt;Doktorantka dopuszcza taką ewentualność, że tłumacz w ogóle nie potrafi obsługiwać komputera. Proponujemy, żeby opracowała ankietę dla pracowników call center: w pracy posługujesz się a) telefonem b) nie wiesz, co to jest telefon c) używasz tam-tamów. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;&lt;I&gt;Z jakich słowników korzysta Pan/i podczas tłumaczenia książek typu Harlequin?&lt;/I&gt; &lt;br /&gt;Można wskazać słownik angielsko-polski, innych języków nie ma. Pani doktorantka ze swoim przekonaniem, że literaturę tłumaczy się &lt;a href="http://pawelpollak.blogspot.com/2010/10/true-literature.html"&gt;wyłącznie z angielskiego&lt;/a&gt;, mogłaby zapisać się do Stowarzyszenia Tłumaczy Polskich. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;&lt;I&gt;Czy podczas tłumaczenia książek typu Harlequin korzysta Pan/i z narzędzi CAT np. Wordfast, Trados itp.?&lt;/I&gt;&lt;br /&gt;CAT do tłumaczenia literatury? To może od razu zapytać tłumaczy, czy nie korzystają z translatora Google’a. &lt;br /&gt;Dla nieznających tematu, czyli dla pani doktorantki: CAT-ami (programami wspierającymi proces tłumaczenia) można się wspomagać przy tekstach np. prawniczych czy technicznych, w których dane słowo czy sformułowanie często się powtarza, zawsze znaczy to samo i zawsze tak samo się je tłumaczy. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;&lt;I&gt;Czy podczas tłumaczenia od razu stara się Pan/i nadać tekstowi ostateczny kształt?&lt;/I&gt;&lt;br /&gt;Nie, ostateczny kształt nadaję tekstowi dopiero po skończeniu tłumaczenia. Używam do tego młotka i struga. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;&lt;I&gt;W jaki sposób otrzymuje Pan/i tekst oryginału od wydawnictwa?&lt;/I&gt;&lt;br /&gt;Tłumacz, który nie dostaje tekstu mailem, ma podać, czy książkę dostarcza mu firma kurierska czy poczta. Zaiste kwestia wymagająca naukowego opracowania. Te niskie stypendia dla doktorantów wyraźnie nadal są za wysokie. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;&lt;I&gt;Zawód tłumacza książek typu Harlequin określił(a)by Pan/i jako: prestiżowy, interesujący, dochodowy, rozwojowy.&lt;/I&gt;&lt;br /&gt;Częstej przy innych pytaniach opcji „inne”, gdzie tłumacz mógłby wpisać „mało ambitny”, „monotonny”, „dobry tylko na początek”, tutaj zabrakło. Przecież wiadomo, że „zawód tłumacza książek typu Harlequin” brzmi dumnie i żadnych negatywnych skojarzeń nie budzi. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;&lt;I&gt;Czy kiedykolwiek zasugerowano Pani/u zwiększenie liczby stron w wykonanym tłumaczeniu?&lt;/I&gt;&lt;br /&gt;Że niby jak? Tłumacz miał dopisać coś od siebie? &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;&lt;I&gt;Czy łagodzi Pan/i opisy scen pornograficznych podczas tłumaczenia książek typu Harlequin na język polski?&lt;/I&gt;&lt;br /&gt;Harlequiny to zakamuflowane pornolki? No proszę, czego to człowiek z takiej ankiety się nie dowie. Ale pytanie można zadać bardziej wprost: tłumaczy Pan/i jak należy czy przerabia książkę na swoją modłę, bo z Pana/Pani taki tłumacz jak z koziej dupy trąbka? &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;PS. Widzę, że ankieterka zmieniła „sceny pornograficzne” na „erotyczne”. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;&lt;I&gt;Czy redaktor powiadamia Pana/ią o poprawkach wprowadzonych do przetłumaczonej przez Pana/ią książki? &lt;/I&gt;&lt;br /&gt;A to jest akurat dobre pytanie. Tylko wymagałoby uzupełnienia o drugie: Czy zdaje Pan/i sobie sprawę, że ma zakichany obowiązek to robić i że wszystkie jego poprawki muszą być przez Pana/Panią zaakceptowane? &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Czy można prosić o podanie terminu obrony pracy, która powstanie na bazie tej ankiety? &lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2799834716621754710-2577393809423761774?l=pawelpollak.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://pawelpollak.blogspot.com/feeds/2577393809423761774/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://pawelpollak.blogspot.com/2011/11/doktorem-byc.html#comment-form' title='Komentarze (21)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2799834716621754710/posts/default/2577393809423761774'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2799834716621754710/posts/default/2577393809423761774'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://pawelpollak.blogspot.com/2011/11/doktorem-byc.html' title='Doktorem być'/><author><name>Paweł Pollak</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08286065079875201435</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>21</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2799834716621754710.post-3261782043312703680</id><published>2011-11-07T13:55:00.001+01:00</published><updated>2011-11-07T13:55:00.076+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='polityka'/><title type='text'>Emerytura obywatelska</title><content type='html'>&lt;p align=justify&gt;Co jest sensem życia? O czym myśli, a przynajmniej powinien myśleć człowiek, budząc się z rana? Co nim powoduje, kiedy bierze się za bary z rzeczywistością? Kiedy podejmuje życiowe decyzje, na jakie studia pójść, o jaką pracę się starać? Proszę odłożyć Ewangelię, tam nie ma odpowiedzi. Odpowiedź jest w „Gazecie Wyborczej” i brzmi: sensem życia człowieka jest przejście na emeryturę. Myślą nieopuszczającą go ani na chwilę pytanie: „Czy będę miał z czego żyć na emeryturze?”. Motorem wszelkich działań: zapewnienie sobie godziwej emerytury. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Agata Nowakowska i Dominika Wielowieyska, &lt;a href="http://www.mpips.gov.pl/dla-mediow/wywiady/art,5617,wywiad-jolanty-fedak-na-temat-emerytur-obywatelskich.html"&gt;odpytując&lt;/a&gt; Jolantę Fedak w sprawie PSL-owskiego pomysłu emerytury obywatelskiej (każdy miałby dostać taką samą niską emeryturę), postawiły tezę, że ludzie będą rezygnować z etatów, jeśli emerytura nie będzie zależna od składek, bo po co pracować, skoro i tak dostanie się emeryturę. Czyli zdaniem Nowakowskiej i Wielowieyskiej ludzie nie oczekują, żeby praca poza dostarczeniem środków na życie pozwalała im zrealizować własne ambicje i zachcianki, wystarczy im, że ledwo zwiążą koniec z końcem i dostaną emeryturę. Skoro dostaną ją bez pracy, praca przestaje mieć sens. Należy się cieszyć, że dziennikarki w porę ostrzegły społeczeństwo, bo gdyby pomysł PSL nieopatrznie wprowadzono w życie, doszłoby do prawdziwej katastrofy. Nauczyciele, bankowcy, piloci, dziennikarze (przecież też), fryzjerzy, sprzedawcy rezygnowaliby masowo z pracy, mając zagwarantowaną przez państwo emeryturę, bo brak pracy w tej sytuacji to sama korzyść (wedle twierdzenia pań dziennikarek): nie płaci się podatków i ma darmowe ubezpieczenie zdrowotne. Cała Polska rzuciłaby pracę i dorabiałaby sobie do darmowego ubezpieczenia zdrowotnego w szarej strefie albo w ogóle na czarno. Pilot dorobi na lewo na budowie, dziennikarka opiekując się dzieckiem, a nauczycielka udzielając korepetycji (popyt będzie ogromny, skoro nauczyciele porzucą szkoły). &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Na studiach jako w-f miałem pływanie. Kiedy zajęcia wypadały po dniach imprezowych (np. andrzejki), nasza instruktorka zaczynała je od pytania: &lt;br /&gt;- Piło się wczoraj, chłopcy, co? &lt;br /&gt;- Ależ skąd, pani trener, ani kropli!&lt;br /&gt;- No jasne. Ale dzisiaj nie nurkujemy.&lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Pani Agato, pani Dominiko, dzisiaj nie nurkujemy! &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Innym przejawem emerytalnej obsesji „Wyborczej” jest popieranie haraczu na ZUS. Od umów o dzieło się go nie płaci, fatalnie, umowa śmieciowa, biedny pracownik nie uzbiera na emeryturę. Boni chce zlikwidować ten ostatni przyczółek, który jeszcze się ostał przed pazernością ZUS-u, super, ludzie będą mieli emeryturę. Gówno, za przeproszeniem, będą mieli, bo im się wtedy umowy o dzieło przestaną opłacać i zaczną pracować w ogóle bez umów. Kiedy „Wyborcza” opisała, jak przedsiębiorcy kombinują i przerejestrowują firmy do Anglii czy na Litwę, żeby uciec przed ZUS-em, ubolewała, że sami się oszukują, bo nie uzbierają na emeryturę. Dziennikarze nie zadali sobie pytania, jakie to musi być potworne obciążenie, że ludziom opłaca się organizować dość skomplikowany przekręt i ryzykować kary, nie policzyli, że gdyby przedsiębiorca te pieniądze odkładał i inwestował, to starość spędzałby na hiszpańskich plażach, a tak dostanie jałmużnę z ZUS-u w postaci minimalnej emerytury, przy czym kwota wypłat nawet nie pokryje tego, co wpłacił, nie pomyśleli, że to zwykle nie Rockefeller, tylko właściciel osiedlowego warzywniaka, który nie stoi przed alternatywą emerytura - brak emerytury, tylko przed alternatywą przeniesienie firmy do Anglii albo jej zamknięcie, bo go na te księżycowe składki zwyczajnie nie stać.&lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Emerytura obywatelska zlikwidowałaby tę kulę u nogi, jaką stanowi ZUS-owska składka dla drobnych przedsiębiorców (co dałoby gigantycznego kopa całej gospodarce). Bo niska emerytura ma być poprzedzona niską składką (też taką samą dla wszystkich). Taki system proponowało już wcześniej Centrum im. Adama Smitha i skoro lewicowe PSL spotkało się tu z liberałami, to może jednak warto by się nad pomysłem zastanowić, a nie potępiać w czambuł, jak to robi „Wyborcza”. „Wyborcza” wyliczyła, że obniżenie składek przy konieczności płacenia obecnych emerytur, to obciążenie dla budżetu, którego ten nie udźwignie. Po pierwsze reformy nie trzeba wprowadzać z dnia na dzień, a po drugie może byłaby to dobra okazja, żeby przyjrzeć się obecnym emeryturom. Cztery tysiące dla agenta Tomka, prawie dziewięć dla arcybiskupa Głodzia i tyle samo dla Jaruzelskiego, podczas gdy na utrzymaniu państwa powinien być tylko ten ostatni i to w formie więziennego wiktu (nie postuluję oczywiście, żeby go zamykać teraz, powinien był wyjść na wolność jakieś pięć lat temu). A z czasem taka niska powszechna emerytura dałaby gigantyczne oszczędności. Wmawiany nam przez „Wyborczą” system, że emerytury w przyszłości będą wypłacane z uzbieranych składek, jest fikcją. Te składki są teraz przejadane (płacone na obecnych emerytów) i kiedy trzeba będzie wypłacić należne na ich podstawie emerytury, politycy i tak będą musieli znaleźć na nie pieniądze gdzie indziej. Albo podnosząc podatki, albo dowalając kolejnemu pokoleniu jeszcze wyższe „składki” i mydląc mu oczy, że ono to już teraz na pewno zbiera na własną emeryturę. A łatwiej chyba będzie znaleźć pieniądze na globalnie niższą niż wyższą emeryturę. Kolejna oszczędność wyniknie ze zlikwidowania całej tej gigantycznej administracji, która teraz zajmuje się liczeniem emerytur i wydawaniem decyzji o ich wypłacie, oszczędzi się na kosztujących miliardy systemach komputerowych, które mają te emerytury liczyć, ale i tak nie działają. Poza oszczędnościami czysto finansowymi nie do przecenienia jest spokój, jaki zapewni ludziom prostota systemu: kończysz ileś tam lat, dostajesz z automatu emeryturę, nie musisz gromadzić papierków, szukać świstków po archiwach, wykłócać się z ZUS-em o zgubione składki czy pisać odwołania albo chodzić do sądu, bo jakiś urzędas, który tego dnia nie powinien nurkować, wydał w twojej sprawie błędną decyzję. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;No właśnie, ile lat? Konkretna granica jest złym rozwiązaniem, bo politycy z koniunkturalizmu zawsze będą się ociągali z jej podniesieniem. Lepszy byłby wzór: przeciętna długość życia minus powiedzmy cztery lata dla mężczyzn, a osiem dla kobiet. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;„Wyborcza” zgłasza zastrzeżenia, że niesprawiedliwe jest, by emeryturę obywatelską dostała osoba, która nie płaciła nawet tych niskich składek. I że taka osoba powinna dostać nie emeryturę, tylko zasiłek z opieki społecznej. Chciałbym dowiedzieć się, dlaczego jeśli taka osoba dostanie zasiłek nazwany emeryturą z podatku nazywanego składką, to jest to niesprawiedliwe, ale jeśli ci sami podatnicy złożą się na jej zasiłek, tylko że już teraz nazwany zasiłkiem, podatkami nazwanymi podatkiem, to robi się sprawiedliwie. Emerytura w obecnej postaci jest formą zasiłku i taką jeszcze przez długie lata pozostanie. A nie ma powodu, by zasiłki wynosiły tyle co przeciętna pensja albo kilka razy więcej. Emerytura obywatelska byłaby uczciwsza: zapewniamy każdemu na starość minimum egzystencjalne, jeśli ktoś chce mieć więcej, niech oszczędza we własnym zakresie. &lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2799834716621754710-3261782043312703680?l=pawelpollak.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://pawelpollak.blogspot.com/feeds/3261782043312703680/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://pawelpollak.blogspot.com/2011/11/emerytura-obywatelska.html#comment-form' title='Komentarze (4)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2799834716621754710/posts/default/3261782043312703680'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2799834716621754710/posts/default/3261782043312703680'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://pawelpollak.blogspot.com/2011/11/emerytura-obywatelska.html' title='Emerytura obywatelska'/><author><name>Paweł Pollak</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08286065079875201435</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>4</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2799834716621754710.post-6518203579356554707</id><published>2011-10-31T13:55:00.004+01:00</published><updated>2011-10-31T14:05:49.776+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='wydawnictwa'/><title type='text'>Jak szukałem redaktora</title><content type='html'>&lt;p align=justify&gt;Co pewien czas na forum „Wydawnictwa i ich obyczaje” pojawia się post z entuzjazmem odnotowujący jakiś przejaw mojej działalności. Tak było na przykład, kiedy uczestnicy forum odkryli &lt;a href="http://forum.gazeta.pl/forum/w,11943,72256604,,Jak_wydac_ksiazke.html?v=2"&gt;mój poradnik&lt;/a&gt; czy opowiadanie &lt;a href="http://forum.gazeta.pl/forum/w,86743,108982429,,propozycja_wydawnicza_.html?v=2"&gt;Propozycja wydawnicza&lt;/a&gt;. Tych postów nie może ścierpieć użytkownik ukrywający się pod pseudonimem skajstop, rzekomo pisarz, chociaż nie potrafi podać ani jednego z tych licznych tytułów, które jakoby miał opublikować. Skajstop, nie będąc w stanie skrytykować tego, co inni chwalą, stara się zawsze znaleźć jakieś ale. Jak piesek, który wpadł do pokoju, zobaczył, że w centrum zainteresowania jest nielubiana przez niego osoba, ale zdając sobie sprawę, że jeśli zaszczeka, zostanie przegoniony, stara się jej nasikać na nogawkę. Ot, żeby się odegrać i zepsuć trochę atmosferę. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Ostatnio jednak znalazłem się na forum &lt;a href="http://forum.gazeta.pl/forum/w,11943,129850175,,Granice_przyzwoitosci.html?v=2"&gt;na cenzurowanym&lt;/a&gt;, bo w ogłoszeniu szukającym redaktora zapowiedziałem, że kandydaci będą musieli zredagować próbkę wielkości 0,6 arkusza. Kundelek, zobaczywszy, że tym razem obiekt jego niechęci wzbudził nie zachwyt, tylko złość, dołączył się z radosnym ujadaniem: „Skądinąd, byłem zdumiony, człowiek ten nosi płaszcz uczciwego (...)”. Uczciwości chce mnie tu uczyć drobny szantażysta, który, grożąc mi pozwem, oczywiście anonimowo, starał się wymusić usunięcie z sieci &lt;a href="http://www.szwedzka.pl/publicystyka.html"&gt;artykułu&lt;/a&gt; obnażającego jego kompletną ignorancję w sprawach wydawniczych i opisującego jego chamskie zachowania. Ale kiedy nie uległem szantażowi, tylko oświadczyłem, że na pozew czekam z utęsknieniem, bo w końcu będę miał możliwość pozwać go za obelgi, które wygłaszał pod moim adresem w Internecie, schował ogonek pod siebie i zwiał do budy, z której nie odważył się wychylić do dziś. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Założycielka wątku nadała mu tytuł „Granice przyzwoitości”. I rzeczywiście trzeba się zastanowić, czy te granice nie zostają przekroczone, kiedy imputuje się komuś, nie mając po temu żadnych podstaw ani dowodów, chęć wyłudzenia cudzej pracy. Jako wydawca działam od ośmiu lat, przez ten czas nikt się nigdy nie poskarżył, że gram nie fair, wszyscy współpracownicy otrzymywali zawsze swoje wynagrodzenie terminowo, często w wysokości powyżej przeciętnych stawek. Opowiadanie przeznaczone do sprawdzenia kandydatów rzeczywiście ma zostać opublikowane. Jednak po pierwsze kandydat, który najlepiej wykona próbną redakcję, otrzyma za nią normalne wynagrodzenie, obowiązek zapłacenia jest w tym przypadku dla mnie tak oczywisty jak to, że sąsiadom należy mówić „dzień dobry”, a po drugie nie ma to żadnego znaczenia, bo gdybym nawet przygotował tekst wyłącznie w celach kontrolnych i w związku z tym za jego redakcję nikt nie otrzymałby wynagrodzenia, też wszystko byłoby w porządku. Bo pół arkusza to jest absolutne minimum, żeby sprawdzić kwalifikacje redaktora. Próbka wielkości pół arkusza nie jest za duża nawet dla tłumacza, a co dopiero mówić o redaktorze. Jedna z pisarek w tym wątku (tym razem prawdziwa pisarka) podaje, że jej do sprawdzenia kwalifikacji redaktora wystarczają 2-3 specjalnie spreparowane strony „najeżone setką najrozmaitszych błędów” (jeśli są to wordowskie strony z czcionką 12 i interlinią 1,5, to jest to około 0,15 arkusza). Do sprawdzenia języka może wystarczają. Ale ja jeszcze chcę przetestować, co zaznaczyłem w ogłoszeniu, czy redaktor potrafi wyłapywać błędy logiczne w intrydze. Potrzebuję redaktora, który przeczytawszy, że przestępca został ujęty na podstawie odcisków palców zostawionych na framudze, skojarzy, że on do tej framugi przez całą powieść nawet się nie zbliżył. Ciekawe, jak mam skonstruować zamkniętą intrygę kryminalną na trzech stronach, a gdyby nawet mi się udało, to wskazanie nielogiczności przez redaktora w tak krótkim tekście będzie świadczyło nie o jego spostrzegawczości, tylko o tym, że nie jest ślepy. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Poza tym uważam, że taki trzystronicowy tekst nafaszerowany błędami nie daje wiarygodnego wyniku. Jeśli kandydat nie jest idiotą, bez trudu domyśli się, że praktycznie każde zdanie zawiera błąd i każde obejrzy pod lupą. Nie pozwala też wyeliminować redaktorów niedouczonych, którzy zmieniają poprawne sformułowania na błędne ani tych, którzy próbują pisać za autora. Żeby tacy, od których niestety w polskich wydawnictwach aż się roi, mogli się „wykazać”, trzeba dać im spore fragmenty dobrego tekstu.&lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Odzew na ogłoszenie stanowiłby świetny materiał badawczy dla socjologa i psychologa. I podstawę do opracowania wskazówek dla starających się o pracę. Do chwili, kiedy dokonywałem wyboru, zgłosiło się około 110 kandydatów, z których znakomita większość nie potrafiła dopasować swojej aplikacji do ogłoszenia. A myśl o tym, że trzeba zdystansować innych, żeby dostać próbkę (wszystkim przecież nie dam, bo sprawdzałbym to miesiącami, a w ogłoszeniu było jasne powiedziane, że próbkę dostaną tylko wybrani), w większości głów w ogóle nie postała. A jeśli postała, to kandydat wychodził zwykle z założenia, że im więcej o sobie napisze, tym lepiej. Jak się pochwali, że pracował za barem, to zdobędzie punkt w wyścigu o pracę redaktora. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Co mnie interesuje, kiedy szukam redaktora? Czy kandydat ma wykształcenie (polonistyka, kurs redaktorski) świadczące (teoretycznie) o językowym przygotowaniu, czy wykonuje zawód świadczący (teoretycznie) o tym, że poprawnie posługuje się polskim (pisarz, tłumacz, dziennikarz) oraz jakie publikacje i dla jakich wydawnictw dotąd zredagował ze wskazaniem na kryminały, bo to ich dotyczyło ogłoszenie. Wszystko. Nie interesuje mnie, że kandydat pracował w liniach lotniczych, a tym bardziej szczegółowy opis obowiązków, jakie na niego nałożono, że ukończył kurs operatora wózków widłowych czy że kandydatka jest również wykwalifikowaną kosmetyczką. Oczywiście o to, że informacje o ukończonym kursie redaktorskim musiałem wyłuskiwać z zestawienia dziesięciu innych kursów, a w miszmaszu zredagowanych pozycji wypatrywać powieści kryminalnych, mogę mieć pretensje tylko do siebie. Powinienem był sporządzić taką instrukcję typu &lt;i&gt;idiotensicher&lt;/I&gt;, jak ma wyglądać aplikacja: w mailu trzy słowa o sobie przekonujące, że kandydat spełnia warunki ogłoszenia, stawka, a w załączniku ukończone szkoły i kursy mające związek z rodzajem pracy, o którą się stara, i tytuły zredagowanych pozycji, najpierw kryminalnych a potem innych. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Choć taką konkretną instrukcję część osób i tak by zignorowała. W ogłoszeniu zażądałem podania stawki. Po co? Z miejsca pozwala mi to wyeliminować fantastów, którzy chcą pięć razy tyle, ile wynosi przeciętne wynagrodzenie za taką pracę, oraz tych, którzy się nie cenią i żądają trzy razy mniej. Tanie mięso psy jedzą i nie wiedzą o tym tylko organizujący w Polsce publiczne przetargi. Co z tego, że nawet zapłacę takiemu redaktorowi uczciwą stawkę, kiedy on, zawalony innymi tekstami, żeby wyciągnąć z nich kwotę starczającą na życie, mojemu i tak nie poświęci należytej uwagi? Jednak mimo jasno określonego warunku, sporo osób go nie spełniło. Co można interpretować tylko na dwa sposoby: albo kandydat nie przeczytał uważnie ogłoszenia, co go dyskwalifikuje jako redaktora, bo umiejętność uważnego czytania tekstów jest tutaj warunkiem sine qua non, albo polecenie świadomie zignorował, co go dyskwalifikuje jako współpracownika, bo świadczy o tym, że zamiast wykonywać polecenia zleceniodawcy, będzie robił po swojemu. Jeden z odrzuconych z tego powodu uznał to za skandal, bo on uważa, że stawek w aplikacji się nie podaje. Wyraźnie nie rozumiejąc, że jak ma inne „uważania” niż dający ogłoszenie, to nie powinien się w ogóle zgłaszać. Ja nie będę ryzykował, że jak każę mu wykonać redakcję na papierze, dostanę ją w pliku, bo on uważa, że robienie redakcji na papierze to przeżytek. Byli tacy, którzy nie podawali stawki, bo „nie mają doświadczenia i nie wiedzą, jakie są stawki za taką pracę”. Nie mając doświadczenia, trzeba się wysilić, żeby przeskoczyć tych z doświadczeniem, ale - jak widać z powyższego - lepiej się pogrążyć. Nie wiesz, człowieku, jakie są stawki, to się dowiedz. Znalezienie tej informacji w Internecie to kwestia minut. Nie poprawisz mi błędu w tekście, bo nie będziesz umiał sprawdzić rzeczy, której akurat nie wiesz? Jedna z nowicjuszek wyróżniła się na tle tej ogólnej niemocy i zasięgnęła języka w sprawie stawek, co sprawiło, że w przyszłości postanowiłem dać jej szansę (zgłosiła się za późno, by teraz wziąć udział w teście). Któryś z kandydatów odnośnie do stawki napisał mi, że „niech jej dokładna wysokość pozostanie kryminalną zagadką”. Rozumiem, że chciał wyrazić swój protest przeciwko warunkowi i nie oczekiwał, że zostanie wzięty pod uwagę. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Rzeczą, którą uważam za jeden z głupszych wynalazków, jest list motywacyjny. Powód starania się o pracę jest tylko jeden: człowiek musi zarobić na życie. Powód starania się o pracę w danym zawodzie jest tylko jeden: człowiek ma akurat takie umiejętności. Powód starania się o pracę w danej firmie jest tylko jeden: człowiek spodziewa się, że w tej firmie pracę może dostać. Reszta to wata słowna. Niestety, nie zaznaczyłem, że listów motywacyjnych nie chcę, nie przyszło mi do głowy, że ktoś je będzie przysyłał, skoro nie szukam redaktora na etat, tylko do prac zleconych. Uznałem jednak, że nieprzeczytanie tych przysłanych byłoby brakiem szacunku dla zgłaszających się, ostatecznie włożyli w nie trochę trudu. Poza tym część osób wpadła na to, by tam ukryć informację o żądanej stawce. Przebijałem się więc przez uzasadnienia, że zgłosili się urodzeni redaktorzy, przy czym kandydaci nie znali litości: &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;&lt;i&gt;Zacznę od początków, bo przecież to one wpływają na to, kim w życiu zostaniemy, i co nas pociągnie ku przyszłości. W moim przypadku była to ortografia. Szkoła podstawowa: zawsze piątki z dyktand, podczas gdy cała klasa – łagodnie rzecz ujmując – nie przykładała się.&lt;/I&gt;&lt;br /&gt;W sumie i tak musiałem uznać za szczęście, że kandydatka, najwyraźniej nie wiedząc, że zasadniczo człowiek kształtuje się w pierwszych trzech latach życia, ten okres pominęła. &lt;p&gt;&lt;p align=justify&gt;&lt;i&gt;Moje zalety to także szybkość w podejmowaniu decyzji, ranne wstawanie i szerokie zainteresowania, w tym głównie tematyka afrykańska, podróże, ale także sportowy tryb życia (głównie bieganie i siłownia, ale też tenis, a co się z tym wiąże - żywienie) (...).&lt;/I&gt;&lt;br /&gt;„Tematyka afrykańska” została nawet wytłuszczona, choć w ogłoszeniu było powiedziane, że kandydat powinien znać realia amerykańskie. Wolałbym też, żeby redaktor siadał nad tekstem wyspany. I dotąd myślałem, że jedzenie nie jest rodzajem hobby, tylko sposobem na przeżycie i że jedzą wszyscy, a nie wyłącznie grający w tenisa. &lt;/P&gt;&lt;p align=justify&gt;&lt;i&gt;Mam na koncie współpracę z licznymi serwisami, wydawnictwami i vortalami jako redaktor, tłumacz, copywriter, content manager i social media specialist.&lt;/I&gt;&lt;br /&gt;Ponieważ szukałem kogoś do redagowania utworów polskojęzycznych, content managerowi podziękowałem odmownie.&lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;&lt;i&gt;Jestem osobą, która od wielu lat interesuje się literaturą i językiem, zarówno poprzez literaturę, jako sposób wypowiadania się i jako system znaków posiadających zbiór zasad i prawideł używania. &lt;/I&gt;&lt;br /&gt;Osoba, która interesuje się literaturą przez literaturę (reszty nie streszczę, bo mimo wielogodzinnego rozbioru nie udało mi się zrozumieć zdania), to absolwent filologii polskiej. Nazwy (renomowanego) uniwersytetu litościwie nie podaję. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;&lt;i&gt;Składaną aplikację motywuję przeświadczeniem o wiedzy z zakresu redakcji.&lt;/I&gt;&lt;br /&gt;Odrzucenie aplikacji motywuję przeświadczeniem o braku wiedzy kandydata o nieumieszczaniu czterech rzeczowników koło siebie i nieużywaniu w literaturze nowomowy. &lt;/P&gt;&lt;p align=justify&gt;&lt;i&gt;Mam kilkuletnie doświadczenie w korygowaniu prac uczniowskich.&lt;/I&gt;&lt;br /&gt;Co tam powieść, poprawić wypracowanie czwororęcznego to jest dopiero sztuka. &lt;p&gt;&lt;p align=justify&gt;&lt;i&gt;W trakcie studiów doktoranckich zajmowałam się kinetycznym rozdziałem racemicznych alkoholi.&lt;/I&gt;&lt;br /&gt;Racemiczny alkohol to coś, czym można otruć ofiarę w powieści kryminalnej? A kinetyczny rozdział pozwoli ustalić, kto jest mordercą?&lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;W ogłoszeniu podałem, że szukam osoby, która potrafi wyłapywać błędy logiczne i zna nowojorskie realia. Te dodatkowe warunki stwarzały możliwość zapunktowania i szansę dla osób o mniejszym doświadczeniu stricte redaktorskim. O ile jeszcze na ten Nowy Jork kilkanaście osób skutecznie się powoływało, o tyle zaledwie jedna (tak, jedna na sto dziesięć) wpadła na pomysł, jak przekonać mnie, że potrafi takie błędy wyłapywać. Podała po prostu przykłady znalezionych w tekstach nielogiczności. Inne osoby zatrzymały się w połowie drogi, informując mnie, że na przykład przestały czytać Camillę Läckberg, bo w jej powieściach roi się od błędów logicznych (tylko nie wiadomo jakich). Ciekawą metodę zastosowała ta kandydatka: „Jestem bardzo wyczulona na poprawność logiczną tekstu i w sprawdzanych tekstach zawsze zwracam na to uwagę - z pewnością logiczne myślenie jest  moją mocną stroną. Poza ukończonym szkoleniem z zakresu korekty i redakcji  mam też wykształcenie techniczne, co bardzo sprzyja logicznemu myśleniu i  w przypadku stawianych przez Państwa wymagań co do śledzenia logiki tekstu  będzie zapewne dużym plusem”. Jak widać nastawiła się na to, że słowo „logika” ma mi się kojarzyć z jej nazwiskiem. Skojarzyło mi się, że nie poprawi wielokrotnych powtórzeń. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;To zresztą też było charakterystyczne: na ogłoszenie, w którym byli poszukiwani kandydaci perfekcyjnie znający zasady języka polskiego, nadchodziły aplikacje z błędami językowymi: rozumiem jeszcze literówkę w mailu, ale jeśli w dopracowanym przecież CV kandydat na redaktora informuje mnie, że zna język obcy w stopniu „średnio-zaawansowanym”?&lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Summa summarum wybrałem pięć osób do testu, przy czym przy opisanym powyżej dyskwalifikowaniu się na własne życzenie w praktyce wystarczyła rzeczowa aplikacja i niewielkie doświadczenie w redakcji, by się załapać. Z tych pięciu osób jedna poinformowała mnie, że się rozmyśliła, szkopuł w tym, że zrobiła to po upływie kilku dni, tak że nie mogłem jej zastąpić bez przedłużania testu, druga zaś zdołała nie dotrzymać terminu, choć na te pół arkusza kandydaci mieli bite sześć dni (pół arkusza to pół dnia pracy) i jeszcze zostali zapytani, czy przypadkiem w tych dniach nie będą tak zajęci, że nie zdołają usiąść do testu. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;W opowiadanie wplotłem błędy językowe, interpunkcyjne, merytoryczne i logiczne. Za wyłapanie błędu przyznawałem na ogół punkt, za przeoczenie odejmowałem. Przy wyłapaniu wszystkich błędów można było uzyskać maksymalnie 39 punktów. Na takich gigantów jednak nie liczyłem, brałem też pod uwagę, że przy nielogicznościach w intrydze (a te były punktowane wyżej) kandydat będzie w stanie przedstawić argumentację, że z takich a takich względów dana nielogiczność jest tylko pozorna i że błędu wcale nie przeoczył, tylko go przeanalizował i po prostu dokonał innej oceny niż ja. W porządku. Wyniku jednak przynajmniej na poziomie 25, najmarniej 20 punktów bym oczekiwał (20 punktów to wyłapanie ok. 75% błędów). Ile miał najlepszy? Cztery. Pozostała dwójka nie wyszła nawet na plus, przy czym jedna z tej dwójki napisała po prostu opowiadanie na nowo, zastępując mój tekst jakimś urzędniczym żargonem: „Fakt ludzkiej śmiertelności - niby oczywisty, nieustannie poświadczany dowodami kolejnych zgonów” (w oryginale: „Może dlatego, że człowiek tak naprawdę nie wierzy, że umrze. Niby to wie, niby świat na co dzień dostarcza dowodów, że inny los go nie spotka (...)”). Perfekcyjnie znający zasady języka polskiego i logicznie myślący redaktorzy nie wiedzieli, że człowiek się szwenda, a nie szwęda, że Rada Języka Polskiego jakieś dziesięć lat temu nakazała pisać „nie” z imiesłowami łącznie, że woalki nie da się odsunąć na włosy, bo to część kapelusza, że najpierw dajemy cudzysłów, a potem kropkę, nie odwrotnie, że „który” odnosi się do ostatniego rzeczownika w zdaniu nadrzędnym, a rozpoczęte przez ten zaimek zdanie podrzędne należy zamknąć przecinkiem, że jeśli w trzech kolejnych zdaniach pada słowo „dziewczyna”, to chociaż raz należy zastąpić je synonimem, a nie dodawać po raz czwarty, że milion dolarów wygląda, a nie wyglądają i trzeba o tym pamiętać też w następnym zdaniu, bo takie są wymogi gramatyki.&lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Z liczby zgłoszeń i kwalifikacji, jakie w opinii kandydatów predestynowały ich na stanowisko redaktora, można było odnieść wrażenie, że wszyscy uważają, że to praca łatwa, prosta i przyjemna i właściwie może ją wykonywać każdy. A ja powoli zaczynam się obawiać, że redaktor mający zasady języka polskiego w małym palcu i potrafiący wykorzystać znajomość tych zasad do poprawienia tekstu, to ktoś na podobieństwo yeti. Przy czym yeti chyba będzie łatwiej znaleźć, bo zostawia więcej śladów. &lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2799834716621754710-6518203579356554707?l=pawelpollak.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://pawelpollak.blogspot.com/feeds/6518203579356554707/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://pawelpollak.blogspot.com/2011/10/jak-szukaem-redaktora.html#comment-form' title='Komentarze (4)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2799834716621754710/posts/default/6518203579356554707'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2799834716621754710/posts/default/6518203579356554707'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://pawelpollak.blogspot.com/2011/10/jak-szukaem-redaktora.html' title='Jak szukałem redaktora'/><author><name>Paweł Pollak</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08286065079875201435</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>4</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2799834716621754710.post-1091442203803430300</id><published>2011-10-29T20:12:00.000+02:00</published><updated>2011-10-29T20:12:17.352+02:00</updated><title type='text'>Przeprowadzka na poniedziałek</title><content type='html'>&lt;p align=justify&gt;Z analizy statystyki wynika, że znakomita większość czytelników zagląda tu dopiero w poniedziałek (w pracy blogi się czyta, co? :), postanowiłem więc przenieść wpisy z soboty na poniedziałek. Plan tygodnia też mi się tak ułożył, że wygodniej będzie mi zaczynać tydzień z blogiem, niż kończyć. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Mam nadzieję, że stałych sobotnich czytelników ta zmiana bardzo nie zirytuje. Kiedy swego czasu telewizja przeniosła „Przystanek Alaska” z piątku na poniedziałek, wkurzyłem się, ale nie przestałem oglądać, tylko poszedłem sobie kupić wideo. Stwierdziłem, że telewizja nie zmusi mnie do oglądania serialu, przy którym człowiek się wycisza, w poniedziałek, kiedy to trzeba być bardziej nastawionym na działanie niż refleksję. Ale wziąwszy pod uwagę, że część osób mój blog wcale nie wycisza, tylko doprowadza do białej gorączki, jest to chyba właściwa zmiana. Niech sobie na weekend odpoczną :-)&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2799834716621754710-1091442203803430300?l=pawelpollak.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://pawelpollak.blogspot.com/feeds/1091442203803430300/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://pawelpollak.blogspot.com/2011/10/przeprowadzka-na-poniedziaek.html#comment-form' title='Komentarze (4)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2799834716621754710/posts/default/1091442203803430300'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2799834716621754710/posts/default/1091442203803430300'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://pawelpollak.blogspot.com/2011/10/przeprowadzka-na-poniedziaek.html' title='Przeprowadzka na poniedziałek'/><author><name>Paweł Pollak</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08286065079875201435</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>4</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2799834716621754710.post-6090748703810006242</id><published>2011-10-26T23:42:00.000+02:00</published><updated>2011-10-26T23:42:51.885+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='literatura'/><title type='text'>Czytelnicy piszą...</title><content type='html'>&lt;p align=justify&gt;„&lt;a href="http://slowaduzeimale.blogspot.com/2011/08/konkursowo-4.html"&gt;Nigdy&lt;/a&gt; nie zapomnę... a czasem moja dusza i serce bardzo by chciało. Za dużo cierpi. Nie potrafię zapomnieć o książce ,,Niepełni". (...) Życie bohaterów tak bardzo wpłynęło na moje emocje i uczucia, że ciężko było mi się otrząsnąć. I każde końcowe zdanie jeszcze bardziej wbijało mnie w fotel, co ja piszę, wbijało mnie w podłogę... Czułam w sobie miliony gwoździ i igieł”. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;„(...) &lt;a href="http://miedzyciszaacisza.blogspot.com/2011/02/przeczytaam.html"&gt;trzyma mnie&lt;/a&gt; jeszcze do dzisiaj, ciągle ją analizuję (...) jest tam taki ogrom uczuć i przeżyć, które tworzą ich historię życia, ale mogą to też być nasze przeżycia i uczucia. (...) śmiałam się i płakałam na przemian. Koniec książki czytałam z bólem w piersiach, długo nie mogłam zasnąć. Miałam łzy, przerażenie i smutek w oczach. Ta historia czwórki istnień (bo jeszcze są tam dwa psy) mocno mną wstrząsnęła i długo zostanie jeszcze w mojej głowie”. &lt;/P&gt;&lt;p align=justify&gt;„&lt;a href="http://lubimyczytac.pl/ksiazka/61071/niepelni/opinia/3174174#opinia3174174"&gt;Smutna&lt;/a&gt;. Przesiąknięta samotnością. I smutkiem”.&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2799834716621754710-6090748703810006242?l=pawelpollak.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://pawelpollak.blogspot.com/feeds/6090748703810006242/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://pawelpollak.blogspot.com/2011/10/czytelnicy-pisza.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2799834716621754710/posts/default/6090748703810006242'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2799834716621754710/posts/default/6090748703810006242'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://pawelpollak.blogspot.com/2011/10/czytelnicy-pisza.html' title='Czytelnicy piszą...'/><author><name>Paweł Pollak</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08286065079875201435</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2799834716621754710.post-7623904856984443460</id><published>2011-10-22T20:30:00.001+02:00</published><updated>2011-10-22T20:30:02.397+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='literatura'/><title type='text'>Nagroda im. Edgara Kopytko</title><content type='html'>&lt;p align=justify&gt;W pierwszy czwartek października o godz. 13.22 odebrałem maila z zaproszeniem do programu telewizyjnego, żebym przybliżył sylwetkę pewnego szwedzkiego poety. Pokłady naiwności, jakimi się kiedyś charakteryzowałem, najwyraźniej zostawiły trwały ślad, bo nie zajarzyłem, o co chodzi i pomyślałem, że dziennikarze działu kulturalnego chcą po prostu zaprezentować telewidzom dorobek uznanego poety. Dopiero po ładnych paru minutach dotarło do mnie, że Tranströmer musiał dostać Nobla. Bez podpowiedzi ze strony szwedzkich akademików dziennikarze „kulturalni” nie wiedzą przecież, kto jest wybitnym twórcą. Ponieważ Tranströmera nie tłumaczyłem (w ogóle nie tłumaczę poezji) ani nie uważam się za specjalistę od jego osoby, a czasu na przygotowanie się do występu praktycznie nie było, zaproszenia nie przyjąłem. Wyraziłem jednak chęć wystąpienia w programie i zaprezentowania twórczości nie mniej wybitnego (a może nawet bardziej, wziąwszy pod uwagę, że czas zweryfikował już wartość jego utworów) Hjalmara Söderberga. Propozycja nie zasłużyła nawet na odrzucenie i odpowiedź odmowną, została pewnie uznana za ironiczną i zignorowana. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Kiedy przeglądałem ponoblowskie komentarze, zastanowił mnie dobór osób proszonych, by się wypowiedziały. Nie było wśród nich Leonarda Neugera, tłumacza, dzięki któremu można mówić o reprezentacyjnej obecności poezji Tomasa Tranströmera w polszczyźnie, był za to Jerzy Illg, redaktor naczelny Znaku. Illg uznał nagrodę Tranströmera za w pełni zasłużoną, bo to poeta „znany i ceniony od dziesięcioleci w całym czytającym poezję świecie”. Skoro Nobla komentuje wydawca, wyraża się o twórcy w samych superlatywach i ceni jego poezję od ładnych paru dekad, to jak w mordę strzelił musiał go publikować. Szukam więc w katalogu Biblioteki Narodowej przy tomikach Tranströmera potwierdzenia, że wydał je Znak, nie znajduję, szukam w ofercie Znaku zbiorów wierszy Tomasa Tranströmera, kicha. Nie ma, nie było, ale pewnie będą, bo teraz opłaca się go wydawać. Wydawnicze hieny, które z &lt;a href="http://pawelpollak.blogspot.com/2011/03/poezja-nie-dziekuje.html"&gt;obrzydzeniem&lt;/a&gt; reagowały na hasło „poezja szwedzka”, rzucą się, żeby wyrwać kawał mięcha. W tym więc miejscu ukłon dla właścicieli Oficyny Literackiej, którzy publikowali Tranströmera dla jego poezji, a nie dla procentów od Nobla. I apel do Leonarda Neugera: panie profesorze, proszę nie sprzedawać praw do swoich tłumaczeń tym hienom, proszę namówić Tomasa, by tego nie robił. Może to jest dobry moment, by reaktywować (jeśli to możliwe) Oficynę Literacką, niech profity zgarną ci, którzy pokazali, że potrafią działać dla idei, a nie ci, którzy teraz zechcą przyjść na gotowe. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Nobel Szwedowi przypada po bardzo długiej przerwie, w 1974 roku otrzymali go wspólnie Harry Martinson i Eyvind Johnson, co wywołało falę krytyki, bo obaj byli członkami Akademii Szwedzkiej, czyli gremium przyznającego nagrodę. Krytyka, moim zdaniem, nieuzasadniona, bo wielu wybitnych szwedzkich pisarzy zostaje członkami Akademii i spora grupa godnych Nobla kandydatów byłaby wyłączona z ubiegania się o ten laur. W obecnym składzie widzę na przykład dwa „noblowskie” nazwiska: Torgny Lindgren i Kerstin Ekman. Fakt, że Ekman od 1989 roku nie bierze udziału w pracach Akademii, opuściła ją (wraz z nieżyjącym już Larsem Gyllenstenem), kiedy większość akademików nie zgodziła się uchwalić oficjalnego protestu przeciwko wyrokowi śmierci na Sulmana Rushdiego, jaki wydał Chomeini (w tym kontekście wymienia się również Wernera Aspenströma, ale on wyszedł z Akademii kilka miesięcy później i powołał się na przyczyny osobiste). Oczywiście nie opuściła formalnie, bo tego nie da się zrobić, członek Akademii Szwedzkiej jest pod tym względem w gorszej sytuacji od papieża, ustąpić nie może. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;To, że Martinson i Johnson po latach okazują się niezbyt trafnym wyborem, podobnie jak Verner von Heidenstam w 1916 i Erik Axel Karlfeldt w 1931, też nie przemawia przeciwko dawaniu Nobla członkom Akademii, bo nietrafionych decyzji było w historii literackiego Nobla sporo. Karlfeldt nie zgadzał się zresztą, żeby przyznano mu nagrodę, z czym jego koledzy poradzili sobie w ten sposób, że przyznali mu ją pośmiertnie, co zdarzyło się tylko raz przez 110 lat. Bez wątpienia na Nobla zasłużył Pär Lagerkvist (1951), który też zasiadał w Akademii. Ostatni szwedzki wybór (czy raczej pierwszy, i to podwójnie, bo pierwszy szwedzki pisarz i pierwsza kobieta) to Selma Lagerlöf w 1909 r. Ona jako jedyna nie była w chwili otrzymania nagrody członkiem Akademii Szwedzkiej, została nim później. To znaczy jako jedyna do teraz, bo Tranströmer też nie jest. Niektórzy do szwedzkich laureatów Nagrody Nobla zaliczają również Nelly Sachs (1966) z racji tego, że miała szwedzkie obywatelstwo, ale niesłusznie, bo o przynależności pisarza do danej literatury decyduje język, a nie paszport, a Sachs tworzyła po niemiecku. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Nobla nie dostał zgodnie uznawany za najwybitniejszego szwedzkiego pisarza August Strindberg. My go znamy głównie jako dramaturga, ale w Szwecji jego dorobek prozatorski stawiany jest na równi z dramatami, powieść „Czerwony Pokój” (1879) otworzyła nową epokę w literaturze szwedzkiej. Błąd akademików tym większy, że Strindberg nie był pisarzem, którego rolę doceniono dopiero po śmierci, współcześni doskonale zdawali sobie sprawę z jego znaczenia i geniuszu. Dość powiedzieć, że Söderberg używając w „Zabłąkaniach” (1895)  sformułowania „najwybitniejszy szwedzki twórca”, nie widział potrzeby wymieniania nazwiska, bo przecież wszyscy wiedzieli, o kogo chodzi. No ale wybitni pisarze często bywają kontrowersyjni, Strindberg był i szacowni akademicy (a to przecież nie tylko pisarze, również językoznawcy, literaturoznawcy, historycy) nie zawsze, zwłaszcza dawniej, potrafili wyjść poza swoje mieszczańskie uprzedzenia. Z tego względu nie była pewnie też brana pod uwagę kandydatura Söderberga, który swoimi poglądami napsuł rodakom sporo krwi. Dzisiaj większość Szwedów automatycznie się pod nimi podpisuje, ale taka dola geniuszy, że wyprzedzają swoich ziomków o kilka dziesięcioleci. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Z pewnym zdziwieniem przeczytałem &lt;a href="http://mlodapisarkaczyta.blox.pl/2011/10/Nobel.html"&gt;komentarz&lt;/a&gt; Antoniny Kozłowskiej do tegorocznego Nobla. Rozumiem, że można nie przepadać za współczesną poezją (sam nie przepadam, też zatrzymałem się na etapie, że dobry wiersz to taki, który ma rym i rytm), rozumiem, że można nie znać twórczości Tranströmera, rozumiem, że można nie śledzić noblowskiej giełdy, na której jego nazwisko wymieniane jest od lat, ale postulować, że „Nobla powinien dostawać taki pisarz, którego nazwisko przynajmniej 'obiło się o uszy' tak zwanym przypadkowym przechodniom w różnych miejscach świata, którego książki tłumaczone na rozmaite języki można bez wielkiego zachodu znaleźć w dowolnej dużej księgarni”? Nobel ma być rodzajem asów Empiku? Zamiast oceniać twórczość kandydatów akademicy powinni prześledzić stany magazynowe księgarni i zrobić ankietę wśród przechodniów? Na tym przecież polega rola nagród literackich, że raczej starają się pokazać czytelnikom co warto przeczytać, niż mają ich utwierdzać w przekonaniu, że wcześniej dokonali dobrego zakupu. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Nagroda dla pisarza to także nagroda i satysfakcja dla jego tłumaczy. Powód do radości. Ciekawe, czy w jakimkolwiek kraju przyszłoby komuś do głowy w takiej chwili postponować ich osiągnięcia i zarzucać rzekomo słabe przekłady. No ale jesteśmy w Polsce, więc może nie powinno dziwić, że pani Beata Walczak-Larsson uznała za stosowne bezkompromisowo &lt;a href="http://forum.gazeta.pl/forum/w,151,129511325,129632352,Re_A_literacki_Nobel_2011_dla_.html"&gt;obwieścić&lt;/a&gt;: „część polskich przekładów poezji Tomasa Tranströmera jest dość kiepska, żeby nie powiedzieć skandalicznie zła... (...) niektóre wołają o pomstę do nieba”. Nie dowiadujemy się, czyje wołają o pomstę do nieba, więc smrodek rozlał się na wszystkich tłumaczących Tranströmera, o takie duperele, jak wskazanie błędów i uzasadnienie, dlaczego uważa te tłumaczenia za złe, pani Walczak-Larsson się nie troszczy. Ot, ogłosiła mocą swego autorytetu, tłumaczki, której dorobek translatorski stanowią w znacznej mierze kryminały, czyli najprostszy do tłumaczenia rodzaj literatury, że koledzy po fachu są denni. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Na koniec chciałbym polecić dostępne po polsku książki pisarzy, których nazwiska padły w tym wpisie. Nobel dla Martinsona może był na wyrost, ale jego „Droga do Klockrike” to jedna z lepszych rzeczy, jakie czytałem. „Czarna Woda” Kerstin Ekman to kwintesencja cech typowych dla literatury skandynawskiej i przykład połączenia atrakcyjnej formy z poważną tematyką. Dużą popularność zdobyły w Polsce trzy opowiadania Lagerkvista („Karzeł”, „Kat” i „Mariamne”) złożone u nas w zbiorek pod tytułem „Zło”, który - co jak na szwedzką literaturę jest rzadkością - miał nawet drugie wydanie, ale warto sięgnąć i po „Gościa w rzeczywistości” (ten tytuł zainspirował mnie do nadania powieści, którą piszę, tytułu „Więzień… rzeczywistości”) i po „Sybillę”. Jeśli komuś wydaje się, że bardzo cierpi, powinien przeczytać „Drogę wężową na skale” Torgny’ego Lindgrena. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Przyznam się, że jestem ciekaw, ilu czytających ten wpis pamięta jeszcze, jaki był jego tytuł. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Sprawdzili już państwo? I myślą sobie pewnie, że to jakieś ironiczne określenie literackiego Nobla? Bynajmniej. Otóż nie tylko Tranströmer dostał nagrodę, ja też dostałem, a że z niezrozumiałych względów media nie uznały za stosowne odnotować tego faktu, odnotowuję go sam: jako autor „Niepełnych” zostałem laureatem &lt;a href="http://biblioteka-edgara.blogspot.com/2011/10/wrzesniowe-kopytko.html"&gt;nagrody im. Edgara Kopytko&lt;/a&gt; :-)&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2799834716621754710-7623904856984443460?l=pawelpollak.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://pawelpollak.blogspot.com/feeds/7623904856984443460/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://pawelpollak.blogspot.com/2011/10/nagroda-im-edgara-kopytko.html#comment-form' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2799834716621754710/posts/default/7623904856984443460'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2799834716621754710/posts/default/7623904856984443460'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://pawelpollak.blogspot.com/2011/10/nagroda-im-edgara-kopytko.html' title='Nagroda im. Edgara Kopytko'/><author><name>Paweł Pollak</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08286065079875201435</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2799834716621754710.post-3609025398743969119</id><published>2011-10-15T20:30:00.001+02:00</published><updated>2011-10-15T20:30:02.173+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='polityka'/><title type='text'>Po wyborach</title><content type='html'>&lt;p align=justify&gt;Wbrew czytelnikom bloga próbującym mnie od tego odwieść, na Palikota zagłosowałem i bardzo jestem zadowolony, że tak zrobiłem. Co do jego kariery jako wydawcy „Ozonu”, to liczą się obecne poglądy, a nie przeszłe. Nie głosowałbym na św. Pawła dlatego, że kiedyś był Szawłem. Głosowałem na liberała Tuska, ale prędzej mi ręka uschnie, niż oddam głos na Tuska socjoliberała (z naciskiem na „socjo”). &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Brawa dla Palikota za wzięcie na listy i wprowadzenie do Sejmu transseksualisty i jawnego homoseksualisty (ukrytych z pewnością i dotąd nie brakowało). Zaściankowa Polska nagle znalazła się w awangardzie postępu. Oczywiście o normalności nie ma mowy, normalność będzie wtedy, kiedy psa z kulawą nogą nie obejdzie, że pani Grodzka kiedyś miała na imię Krzysztof czy że pan Biedroń sypia z innym panem, ale zalążek jest. No i ta rozpacz ciemnogrodu, że w katolickiej Polsce takie dziwadła zostały posłami, Terlikowski ogłaszający jakieś kordony sanitarne - miodzio. Ojciec dyrektor: „Wchodzi do Sejmu mężczyzna, który stał się kobietą, transwestyta. Ja nie jestem przeciwko człowiekowi, ale widzimy, jakie wartości on niesie”. Widzimy: tolerancję dla odmienności, prawo każdego do szukania własnej drogi do szczęścia, jeśli tylko nie krzywdzi innych. Przy czym to, że nie wszyscy zamierzają modlić się pod tą samą figurą co panowie Terlikowski i Rydzyk, naprawdę nie jest ich krzywdzeniem, jak obaj uważają. A oddzielanie człowieka od jego tożsamości płciowej czy orientacji seksualnej jest bardzo ciekawą koncepcją, rozumiem, że na podobnej zasadzie, jak tu potępiamy jedną cechę człowieka, nie potępiając jego samego, tak mamy szanować na przykład proboszcza z Tylawy, a jego pedofilskie skłonności oddzielać od samego księdza. Ojciec dyrektor zatrzymał się gdzieś na poziomie wczesnego średniowiecza, więc do niego nic przemówi, ale ci, którzy dotarli już do wieku XIX i uważają podobnie, powinni sobie przeczytać „Kochających na marginesie” Johanny Nilsson, żeby dowiedzieć się, co znaczy być transseksualistą (nie transwestytą, bo to coś innego, Rydzyk mógłby się zorientować, co krytykuje).&lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Palikot pokazał już, że warto było na niego zagłosować, żądając od razu usunięcia krzyża z sali sejmowej. Platforma i SLD w reakcji zastosowały taktykę z zamiłowaniem stosowaną przez polskich polityków, którzy z danym problemem zmierzyć się nie potrafią albo nie chcą: że to temat zastępczy i są ważniejsze sprawy. Od dwudziestu lat, gdy tylko podniesiona zostanie jakaś kwestia światopoglądowa, słyszymy, że to temat zastępczy i są ważniejsze sprawy. No więc nie ma. Są najwyżej równie ważne. Kwestia krzyża i aborcji rzeczywiście w debacie publicznej nie powinna się pojawiać, bo pierwsze jest domeną wiary, a drugie medycyny, ale dopóki posłowie, którym Sejm myli się z kościołem, będą tam prowadzić krucjatę, dopóty zwolennicy neutralnego światopoglądowo państwa mają prawo na to reagować. Nie można wieszać krzyża cichaczem po nocy, a potem oświadczać: „nie rozmawiajmy o tym, bo nie ma o czym”.&lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Kręgosłupem wykazało się PiS, które przynajmniej zajęło jasne stanowisko. Krzyż ma zostać, bo jest symbolem „europejskiej kultury, jej humanistycznego charakteru, jej wielkiej życzliwości wobec człowieka”. Europejska kultura ze swoim humanistycznym charakterem powstała bez krzyża, potem, kiedy krzyż zaczął dominować, upadła, by odrodzić się w opozycji do niego. A gwałcone dzieci i zabijani niewierni pewnie mają odmienne zdanie w kwestii życzliwości, jaką symbolizuje krzyż. Kaczyński zażądał też, by „Sejm uznał w sposób prawomocny, iż krzyż jest w sali sejmowej”. Ten postulat wymaga najpierw logicznej analizy. Jarosław Kaczyński żywi przekonanie, że o tym, jak wygląda rzeczywistość, decyduje właśnie on. Wie, że tupolew spadł w wyniku zamachu, a skoro wie, to tak było. W przypadku krzyża w sali sejmowej postrzeganie rzeczywistości przez Jarosława Kaczyńskiego i resztę ludzkości jest jednak zbieżne, bo wyłączywszy tych, którzy za Berkeleyem uważają, że świat realnie nie istnieje, nikt nie przeczy, że ten krzyż tam wisi. Można się więc domyślić, że PiS-owi wcale nie chodzi o to, by Sejm uznał prawomocnie, że krzyż w sali plenarnej jest, tylko by uznał, że jest tam prawomocnie. A tym samym PiS przyznaje, że dotąd krzyż wisiał prawem kaduka. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Jestem oczywiście rozczarowany, że Platformie i PSL udało się zdobyć większość, pozwalającą na utrzymanie koalicji. To oznacza dryf i marazm przez kolejne cztery lata, zamiatanie problemów pod dywan albo odsuwanie ich na zaś i fundowanie ludziom pokroju agenta Tomka dalszego wygodnego życia na koszt ciężko pracujących. Platforma skazana na Palikota może musiałaby ruszyć KRUS, mundurówki, górników, rolników i parę innych tabunów świętych krów. Platforma mająca oparcie w PSL-u z pewnością nie zrobi nic. Zastanawia mnie litania reform, jaką zaczęła zanosić do Tuska „Wyborcza”, gdy tylko okazało się, że pozostanie premierem. Nawet Witold Gadomski, którego bardzo cenię za wiedzę, rozsądek i przenikliwość, uznał, że wzmocniony po wyborach Tusk daje szansę na reformy. A przecież Tusk nawet nie udaje, że ma jakieś reformy w planach, wprost mówi, że są zbędne. „Gazeta” cztery lata jęczała o reformy, Tusk pokazywał jej wała, mimo to „Gazeta” stanęła na głowie, żeby wygrał wybory, a teraz zaczęła jęczeć na nowo. Dlaczego Tusk miałby reformować, skoro wyborcy go za brak reform nie ukarali? Z wdzięczności dla redaktorów „Wyborczej”, że są naiwni jak małe dzieci? Jedyna szansa na reformy to odsunięcie Tuska od władzy przez frakcję, która tych reform rzeczywiście chce, ale - i z tą diagnozą „Wyborczej” należy się zgodzić - Tusk jest zbyt silny, by ktoś mógł mu w tej chwili zagrozić, co zresztą udowodnił, pacyfikując Schetynę. Wbrew niektórym prognozom uważam, że i Tusk, i ta koalicja przetrwa do końca kadencji, co mnie wcale nie cieszy. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Nareszcie schodzi ze sceny SLD, jakby ktoś mnie pytał, o dwadzieścia lat za późno. Trzeba podziwiać Napieralskiego, jak w pierwszej chwili zdołał przekuć klęskę w sukces: otóż okazało się, że Sojuszowi groziło wypadnięcie z parlamentu, ale jednak wszedł. Zwycięstwo. Przeciwnika wprawdzie na polu bitwy nie było, bo nic nie wskazywało, by SLD miał do Sejmu nie wejść, ale zawsze można ogłosić, że przeciwnik był, tylko uciekł. Podobnie swoją klęskę jako sukces przedstawił Rafał Dutkiewicz, który w poszukiwaniu synekurki na czas, kiedy przestanie być prezydentem Wrocławia, zmontował koalicję Obywatele do Senatu. Koalicja zebrała baty, zdobywając 1 (słownie: jeden) mandat, ale Dutkiewicz ogłosił, że wygrała, bo procentowo zdobyła więcej głosów niż ugrupowanie Palikota. Zgodnie z tą logiką, jeśli Polska przegrała z Włochami 2:10, to wygrała z Niemcami, którzy pokonali Brazylię 1:0, bo strzeliła więcej bramek. A zwycięstwo nad Niemcami to jest niewątpliwie powód do dumy. Weź się pan, panie Dutkiewicz, zamiast opowiadać takie pierdoły, do uprzątnięcia ton psich gówien, które zalegają wrocławskie ulice, bo to jest pańskie zadanie, a nie pchaj się pan do wielkiej polityki, bo wyraźnie za wysokie progi. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Wracając do Napieralskiego, nie jestem przekonany, że się poddał. Kto wie, czy jego deklaracja, że nie będzie startował na przewodniczącego, nie była tylko wylaniem oliwy na wzburzone fale i jednak będzie starał się tak rozegrać kongres, żeby pozostać na stanowisku. Oznaczałoby to wprawdzie definitywne pójście SLD na dno, ale jakoś mam wrażenie, że Grzesia obchodzi tylko kariera Grzesia i dla niego SLD bez Napieralskiego spokojnie może nie istnieć. Jak polityka przyciąga ludzi miernych i niesłownych, krętaczy i lizusów, co częściowo wynika z faktu, że tylko tam mają szansę na karierę, bo gdzie indziej trzeba mieć jakąś wiedzę i umiejętności, a częściowo z faktu, że takie cechy są w polityce przydatne, bo trzeba się na przykład podlizywać wyborcom czy łamać wyborcze obietnice, tak Napieralski nawet jak na ten nędzny standard jest ewenementem. &lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2799834716621754710-3609025398743969119?l=pawelpollak.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://pawelpollak.blogspot.com/feeds/3609025398743969119/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://pawelpollak.blogspot.com/2011/10/po-wyborach.html#comment-form' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2799834716621754710/posts/default/3609025398743969119'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2799834716621754710/posts/default/3609025398743969119'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://pawelpollak.blogspot.com/2011/10/po-wyborach.html' title='Po wyborach'/><author><name>Paweł Pollak</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08286065079875201435</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2799834716621754710.post-8107787105942452566</id><published>2011-10-14T09:45:00.001+02:00</published><updated>2011-10-14T09:45:00.391+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='literatura'/><title type='text'>70. rocznica śmierci Hjalmara Söderberga</title><content type='html'>&lt;p align=justify&gt;Szykując się do pisania swojej pracy magisterskiej pt. „Problematyka religijna w twórczości Hjalmara Söderberga”, zakupiłem sobie w antykwariacie stare wydanie jego dzieł zebranych. W jednym z tomów znalazłem pożółkły wycinek gazetowy datowany na 15 października 1941 r. z nagłówkiem „Hjalmar Söderberg nie żyje”.&lt;/p&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/-9wPqNqpL60g/TpcY_tBCvPI/AAAAAAAAAEo/7GxJoSuzjNg/s1600/postumt.png" imageanchor="1" style="margin-left:1em; margin-right:1em"&gt;&lt;img border="0" height="302" width="320" src="http://2.bp.blogspot.com/-9wPqNqpL60g/TpcY_tBCvPI/AAAAAAAAAEo/7GxJoSuzjNg/s320/postumt.png" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p align=justify&gt;&lt;I&gt;Kopenhaga, czternastego. Pisarz Hjalmar Söderberg zmarł we wtorek po południu w Kopenhadze, gdzie mieszkał od 1917 roku. Urodził się w Sztokholmie 2 lipca 1869 r.&lt;br /&gt;Hjalmar Söderberg od kilku lat chorował na serce, co uniemożliwiało mu opuszczanie Østerbro. Zmarł w Szpitalu Gminnym, do którego został przewieziony przed kilkoma dniami. Przyczyną zgonu był paraliż serca. Obecni przy łożu śmierci byli jego druga żona Emilie Söderberg z domu Voss, oboje dzieci z pierwszego małżeństwa, syn dr Tom Söderberg i córka Dora, zamężna z Runem Carlstenem, którzy przyjechali ze Sztokholmu, oraz córka z drugiego małżeństwa aktorka pani Betty Söderberg, zamężna z historykiem literatury dr. Hakonem Stangerupem. &lt;/I&gt;&lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Te informacje nie są do końca prawdziwe. Dora i Tom dostali pozwolenie od Niemców okupujących Danię, by odwiedzili ojca w szpitalu, gdzie trafił jedenastego października po wylewie. Czy to z tego względu, że lekarze ocenili, że jego życiu nie zagraża niebezpieczeństwo, czy z innych powodów, nie pozwolono im jednak zostać i musieli wrócić do Sztokholmu. Dorę wiadomość o śmierci ojca zastała w drodze na próbę do teatru. Dora podobnie jak jej przyrodnia siostra Betty była aktorką. Doktorski tytuł Toma nie ma związku z medycyną, Tom był historykiem i redaktorem. Sformułowanie „oboje dzieci” może sugerować, że mowa o wszystkich dzieciach z pierwszego małżeństwa, ale Söderberg miał jeszcze jednego syna, Mikaela, którego niestety przeżył. Mikael, najmłodszy z całej trójki, o melancholijnej osobowości, jako jedyny z rodzeństwa próbujący swoich sił w pisarstwie, popełnił w styczniu 1931 roku samobójstwo, mając zaledwie 28 lat. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Hjalmarowi Söderbergowi przyszło umierać w fatalnym momencie. Był zagorzałym przeciwnikiem faszyzmu, w jego zwycięstwie widział upadek zachodniej kultury, dominację barbarzyńców, a w 1941 roku na to zwycięstwo się zanosiło. Wiosną, zrozpaczony sukcesami niemieckich wojsk, podjął nawet samobójczą próbę, niezbyt zdecydowaną i rany, które zadał sobie brzytwą, nie okazały się groźne, ale pokazuje to stan jego ducha. Dzisiaj sprzeciw wobec faszyzmu, jego negatywna ocena wydają nam się naturalne, ale w ówczesnej Skandynawii wcale nie była to oczywista postawa, wielu było zafascynowanych Hitlerem i Söderberg miał licznych oponentów. Jak zwykle zresztą. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Pisarz został pochowany 16 października na kopenhaskim cmentarzu Vestre Kirkegård (zdjęcie z Wikipedii). &lt;/p&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/-_VsmuUUE5IY/TpcaSdqYibI/AAAAAAAAAFA/KuDj6z-uuw8/s1600/gravsten.jpg" imageanchor="1" style="margin-left:1em; margin-right:1em"&gt;&lt;img border="0" height="219" width="320" src="http://3.bp.blogspot.com/-_VsmuUUE5IY/TpcaSdqYibI/AAAAAAAAAFA/KuDj6z-uuw8/s320/gravsten.jpg" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p align=justify&gt;Więcej o Söderbergu i dostępnych po polsku utworach na poświęconej mu &lt;a href="http://www.szwedzka.pl/soederberg.html"&gt;stronie&lt;/a&gt;.&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2799834716621754710-8107787105942452566?l=pawelpollak.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://pawelpollak.blogspot.com/feeds/8107787105942452566/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://pawelpollak.blogspot.com/2011/10/70-rocznica-smierci-hjalmara-soderberga.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2799834716621754710/posts/default/8107787105942452566'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2799834716621754710/posts/default/8107787105942452566'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://pawelpollak.blogspot.com/2011/10/70-rocznica-smierci-hjalmara-soderberga.html' title='70. rocznica śmierci Hjalmara Söderberga'/><author><name>Paweł Pollak</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08286065079875201435</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/-9wPqNqpL60g/TpcY_tBCvPI/AAAAAAAAAEo/7GxJoSuzjNg/s72-c/postumt.png' height='72' width='72'/><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2799834716621754710.post-7664466577408938296</id><published>2011-10-08T20:30:00.001+02:00</published><updated>2011-10-08T20:30:00.827+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='polityka'/><title type='text'>Półkobiety</title><content type='html'>&lt;p align=justify&gt;Pewien czas temu „Wyborcza” opisała (niestety, nie mogę odnaleźć tego artykułu), jak w jakiejś gminie burmistrz czy wójt zatrudnił chyba w charakterze asystentki młodą dziewczynę, co oburzyło jej konkurentkę, kobietę o dwadzieścia lat i kilogramów starszą. Oburzona zarzuciła wójtowi, że ten nie przestrzega parytetów. Niezbyt rozgarnięty dziennikarz zgodził się z tym zarzutem i odpytywał samorządowca z łamania ustawy kwotowej, choć z listami wyborczymi nie miało to nic wspólnego, a nawet gdyby miało, to zatrudniona jako żywo była kobietą.&lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Opisana sytuacja to klasyczny przykład, jak partyjne doły zapominają albo nie zdają sobie sprawy, że intencje, z jakimi liderzy podejmują różne działania, trzeba ukrywać i mydlić „ciemnemu ludowi” oczy. Tak zwane feministki (dlaczego tak zwane, patrz &lt;a href="http://pawelpollak.blogspot.com/2011/03/parytetowe-przywileje.html"&gt;tutaj&lt;/a&gt;) wywalczyły dla swego środowiska politycznego pod płaszczykiem walki o równouprawnienie parytetowy przywilej. „Feministka” w terenie wie, co się jej należy, ale zaślepia ją pazerność na stanowiska albo nie jest na tyle inteligentna, by tę pazerność opakować w oficjalnie głoszoną przez własne ugrupowanie ideologię. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Sprawa nie byłaby warta komentowania (dlatego nie zachowałem sobie artykułu), gdyby nie zaskakujące przyznanie się czołowej przedstawicielki czy raczej nieformalnej przywódczyni tak zwanych feministek, że ten cały parytet dla kobiet to jest pic na wodę, fotomontaż, a tak naprawdę chodzi o to, żeby do władzy doszły krewne i znajome króliczki. Otóż Magdalena Środa w artykule pt. &lt;a href="http://www.wprost.pl/ar/260144/Wilk-owca-i-kwoty/"&gt;Wilk, owca i kwoty&lt;/a&gt; zarzuciła partiom politycznym, że obchodzą ustawę kwotową. Jak obchodzą? Czy na przykład wymuszają na kobietach, które znalazły się na listach, rezygnację z kandydowania? Nie. Obchodzą, bo wystawiły kobiety „młode, piękne, które nie mają w polityce nic do powiedzenia. (...) nie będą samodzielne, nie wychylą się, a na pewno nie będą interesowały się problematyką równości, solidaryzmu, emancypacji czy – nie daj Boże – feminizmu!” O ile mi wiadomo, ustawa nakazuje zapewnić na listach wyborczych 35% miejsc kobietom, a nie kobietom, które mają takie same poglądy jak Magdalena Środa. Czy osoba płci żeńskiej, młoda, piękna przestaje być kobietą, bo nie interesuje się problematyką równości i solidaryzmu? Czym więc jest? Półkobietą? Przedstawicielką czwartej płci? Zauważmy przy tym, że gdyby jakikolwiek mężczyzna z faktu, że dana kandydatka jest młoda i ładna, ośmielił się wysnuć wniosek, że jest głupia („nie mają nic do powiedzenia”) i na pewno chodzi na męskim pasku („nie będą samodzielne”), niemłode i nieładne feministki rozszarpałyby go na strzępy. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Innym przykładem nierespektowania parytetów, jaki przytacza Środa, jest zastąpienie Wandy Nowickiej „młodą działaczką SLD”, bo Nowicka jest „bardziej samodzielna i zaprawiona w politycznych bojach, a więc mniej posłuszna przywództwu”. Skoro Nowicka jest taka zaprawiona w politycznych bojach, to jakim cudem przegrała konkurencję o miejsce na liście z młodą działaczką SLD? To pytanie odnosi się tylko do wywodu Środy, bo fakty są takie, że Nowicka sama zrezygnowała, gdyż nie dostała tak wysokiego miejsca, jakie chciała dostać. A że nie dostała, nie miało żadnego związku z jej płcią, tylko z brakiem przynależności do SLD. Nie ma nic dziwnego w tym, że partia plasuje wyżej swoich członków niż kandydatów z próbujących podczepić się pod nią organizacji. Podobny los spotkał Biedronia. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Twierdzenie, że wystawienie kobiety młodszej, mniej samodzielnej i bardziej posłusznej przywództwu jest obchodzeniem ustawy kwotowej, średnio pasuje do oficjalnego uzasadnienia, jakie przedstawiały feministki, forsując parytety: a mianowicie, że miało to zapewnić większy udział kobiet w życiu publicznym. Bo nawet wystawienie kobiety całkowicie niesamodzielnej i ślepo posłusznej przywództwu, ba, uważającej, że miejsce kobiet jest w kuchni przy dzieciach, a mężczyźni są od zarabiania pieniędzy i polityki, byłoby zgodne nie tylko z literą, ale i z duchem tej ustawy. Po pretensjach Środy widać więc wyraźnie, że wcale nie chodziło o większy udział kobiet, tylko o większy udział feministek. Tak zwanych feministek. Bo trudno zakładać, żeby „młoda działaczka SLD” miała antyfeministyczne poglądy. Środa zdaje sobie z tego sprawę, więc wystawienie „młodej działaczki” aż tak bardzo jej nie boli jak wystawianie przez PiS tradycyjnie myślących kandydatek. I się o nią upomina, krytykując Napieralskiego, że przed „młodą działaczką” dał na liście Kalisza i Balickiego. Napieralski pewnie mocno się zdziwił, kiedy przeczytał, co nim kierowało: „partia musi odtworzyć patriarchalną hegemonię, której kobiety (i młode, i stare) nie powinny zaszkodzić”. Wziąwszy pod uwagę dorobek polityczny, znaczenie i charyzmę Kalisza i Balickiego, niewiele jest osób (w tym również mężczyzn), które mogłyby ich przeskoczyć, a na pewno nie są to działaczki/działacze bez wyrobionych nazwisk, więc interpretacja, jaką dorabia do tego Środa, pokazuje jej zaślepienie. W sposób typowy dla fanatyka (sorry: fanatyczki) wszędzie widzi dyskryminację kobiet, w czym dzielnie sekundują jej inne tzw. feministki. Znieczulenie przy porodzie nie jest refundowane? Dyskryminacja kobiet! To, że na geriatrii brakuje łóżek, nie jest dyskryminacją starych ludzi, tylko wynika z niedofinansowania opieki zdrowotnej, to, że na endoprotezę czeka się kilka lat, nie jest dyskryminacją kulawych, po prostu NFZ skąpi, to, że osoby chore na cukrzycę nie mogą się doprosić lepszej insuliny, nie jest dyskryminacją diabetyków, tylko ze składek zabrakło, ale brak refundacji znieczulenia przy porodzie jest dyskryminacją kobiet. Co ciekawe, w dyskryminacji bierze udział kobieta, bo Ewa Kopacz jako minister zdrowia ma przecież w tej kwestii coś do powiedzenia, ale rozumiemy, że Ewa Kopacz jest taką samą półkobietą jak te „młode i piękne”, więc nie można brać jej pod uwagę i dyskryminują „patriarchalni hegemoni”. &lt;p&gt;&lt;p align=justify&gt;Pretensje, że Jarosław Kaczyński nie umieścił na listach PiS-u feministek, pokazują też, że jak każdy fanatyk pani profesor powoli traci umiejętność rzeczowej oceny zachodzących zjawisk i zdarzeń. Partie tworzą ludzie o podobnych poglądach, a PiS w sprawie równouprawnienia kobiet (i nie tylko) ma poglądy archaiczne, domaganie się, żeby z jego list startowały kobiety, które będą podważać linię partii, jest co najmniej kuriozalne. Równie dobrze można by się domagać, żeby etatystyczne i homofobiczne PiS wzięło na swoje listy kandydatów wskazanych przez Leszka Balcerowicza albo Roberta Biedronia. Byłoby to zakwestionowanie zasad funkcjonowania partii politycznych i prawa obywateli do zrzeszania się wokół takich poglądów, jakie reprezentują i o jakie chcą walczyć. Do tego dochodzi okoliczność, już nie taka w demokracji normalna, że w PiS obowiązuje kult Jarosława Kaczyńskiego. Kto myśli inaczej niż prezes i daje temu wyraz, wylatuje. Wyleciał Dorn, Ujazdowski, Zalewski. Ktoś, kto powiedziałby, że był to przejaw dyskryminacji mężczyzn, tylko by się ośmieszył. Tak samo ośmiesza się feministka, która twierdzi, że Jarosław Kaczyński dyskryminuje kobiety, bo nie rezygnuje ze swojego sposobu zarządzania partią i nie przestaje otaczać się klakierami. Jarosław Kaczyński zachowałby się identycznie, gdyby wprowadzono parytety dla niepełnosprawnych (ciekawe czemu nie ma), wziąłby na listy tych, którzy będą go słuchać, i tylko jakiś skrajnie zacietrzewiony kuternoga mógłby utrzymywać, że Kaczyński obchodzi zapis ustawy, bo wziął na listy głuchych, którzy akurat mają od kuternogi odmienne poglądy i nie zamierzają realizować jego interesów. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Proponuję, żeby wyjść naprzeciw postulatom profesor Środy et consortes. Zrezygnujmy z półśrodków w postaci parytetów, skoro partie nie rozumieją, czego tak zwane feministki od nich chcą, a jeśli rozumieją, to nie zamierzają się do tego stosować. Zlikwidujmy ten idiotyczny demokratyczny system, w którym o tym, kto zasiada w parlamencie decyduje społeczeństwo, skoro połowa tego społeczeństwa nie pojmuje, że ma wybierać nie wedle kwalifikacji, poglądów i dokonań kandydata, tylko kierować się jego płcią. Postuluję, żeby do konstytucji wprowadzić urząd papieżycy, który dożywotnio obejmie Magdalena Środa, i przyznać jej prawo do wskazywania połowy składu parlamentu. Wtedy będziemy mieli pewność, że w Sejmie zasiądą w należnej liczbie kobiety z prawdziwego zdarzenia, a nie żadne aniołki, paprotki, młode, piękne czy inne podgatunki kobiet. &lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2799834716621754710-7664466577408938296?l=pawelpollak.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://pawelpollak.blogspot.com/feeds/7664466577408938296/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://pawelpollak.blogspot.com/2011/10/pokobiety.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2799834716621754710/posts/default/7664466577408938296'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2799834716621754710/posts/default/7664466577408938296'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://pawelpollak.blogspot.com/2011/10/pokobiety.html' title='Półkobiety'/><author><name>Paweł Pollak</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08286065079875201435</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2799834716621754710.post-5660010805916804539</id><published>2011-10-01T20:30:00.002+02:00</published><updated>2011-10-01T20:33:51.027+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='polityka'/><title type='text'>Platforma? Już dziękuję</title><content type='html'>&lt;p align=justify&gt;Szanowny Panie Premierze!&lt;br /&gt;Pozwalam sobie obrać bezpośrednią formę nie dlatego, że ma to być list otwarty, nie jestem na tyle znaną postacią, by moje listy otwarte obchodziły szerszy krąg odbiorców, ale z tego względu, że od zawsze głosowałem na Pańskie ugrupowanie, jeszcze w czasach, kiedy był to Kongres Liberalno-Demokratyczny. Powiedzenie o mnie, że jestem Pański twardy elektorat, to mało, „betonowy” byłoby właściwszym słowem. W 2005 roku, gdy wszystkie sondaże wskazywały, że liberałowie zgarną podwójną pulę: prezydenturę i rząd, moja radość nie miała granic. Tym większe rozczarowanie, kiedy skończyło się, jak się skończyło. Ale w 2007 roku radość powróciła, choć mniejsza, bo Kaczyński piastował urząd prezydenta i wiadomo było, że będzie liberalnemu rządowi bruździł. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Bruździć rzeczywiście bruździł, ale z coraz większym niepokojem dostrzegałem, że to brużdżenie jest Panu wyraźnie na rękę i stanowi świetne alibi, żeby nie podejmować koniecznych reform. Toteż bardzo mnie Pan nie zaskoczył, kiedy po objęciu urzędu przez Bronisława Komorowskiego, gotowego przecież podpisać znakomitą większość uchwalonych przez Platformę ustaw, oświadczył, że reform nie będzie. Nagle okazało się, że chociaż Kaczyński już nie przeszkadza, to niedouczeni są ekonomiści wskazujący, jakie reformy są niezbędne dla rozwoju naszej gospodarki. Mógł Pan sobie znaleźć trochę mniej prostacką wymówkę, bo jednemu z tych niedouczonych ekonomistów zawdzięczamy to, że żyjemy w całkiem zamożnym kraju. Oświadczył Pan również, że czasy wielkich przemian minęły, teraz trzeba kroczek po kroczku. Pokazuje to, że nie ma Pan pojęcia, w jakiej epoce przyszło Panu rządzić. Świat gna i trzeba trzymać rękę na pulsie albo zostaje się w tyle. Kroczek po kroczku buduje Pan na przykład elektroniczną administrację i choć powinniśmy ją mieć od lat dziesięciu, to przy tym tempie będziemy mieć za lat dwadzieścia, kiedy świat będzie już dwa następne wynalazki do przodu. Przez cztery lata rządów przeprowadził Pan jedną istotną z punktu widzenia finansów państwa i ludzi, którzy nie mają ochoty na dalsze finansowanie cudzych nienależnych przywilejów, reformę: emerytur pomostowych. I posłowie Platformy na pytanie, gdzie są reformy, zasłaniali się nią jak listkiem figowym, mówiąc „no przecież reformujemy”. Tyle że pod koniec ten listek był już tak obstrzępiony i przetarty, że wyzierała spod niego cała golizna. I chociaż przez cztery lata praktycznie do reformowania kraju ręki Pan nie przyłożył, choć w sumie oświadczył wprost, że nie interesują go reformy, tylko administrowanie, mami mnie teraz pańskie ugrupowanie reformami w przyszłej kadencji. Naprawdę uważacie, że wasz elektorat to banda idiotów, którzy nie potrafią wyciągnąć wniosków z waszego wcześniejszego postępowania? &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Może więc mam zagłosować na Pana, bo choć nie potrafi Pan wyjrzeć poza horyzont sondaży, zadbał jednak o interesy swojego elektoratu? Na tej samej zasadzie jak rolnicy głosują na PSL? No to zobaczmy. Jako tłumacz przysięgły prowadzę działalność gospodarczą, jestem również pisarzem i tłumaczem literackim, czyli człowiekiem kultury. Przedsiębiorcy to ewidentnie Pański elektorat, podkreśla Pan również konieczność dbania o kulturę. Jako przedsiębiorca muszę zapłacić co miesiąc 900 złotych ZUS-owskiej składki bez względu na uzyskany przychód. Obciążenie straszliwe, bo jeżeli Panu się wydaje, że ludzie prowadzący działalność gospodarczą osiągają w tym kraju przychody rzędu poselskiej diety, to jest Pan w błędzie. Powie Pan, że oszczędzam w ten sposób na swoją emeryturę. Ciekawe, bo ja mam wrażenie, że finansuję w ten sposób emeryturę agenta Tomka (trzydziestopięciolatka!) i składkę zdrowotną rolnika latyfundysty. Jedyne sensownie zainwestowane w emeryturę pieniądze (OFE) mi Pan zabrał, a teraz opowiada, że zrekompensuje je dochodami z gazu łupkowego. Co mi Pan obieca, kiedy za następne cztery lata bilans Pana rządów będzie równie mizerny jak obecnie? Działkę budowlaną na Marsie? &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Jako tłumacz przysięgły muszę dla wymiaru sprawiedliwości wykonywać tłumaczenia po stawkach urzędowych, które nie były waloryzowane od początku 2005 roku, czyli już blisko przez siedem lat! Średnie wynagrodzenie wzrosło przez ten czas o ponad trzydzieści procent, inflacja wyniosła kilkanaście, stawka ZUS poszła o jedną trzecią do góry, ale na prośbę o zrewaloryzowanie stawek ministerstwo odpisuje mi, że już dostałem podwyżkę, bo zmienili Państwo na korzystniejsze zasady naliczania VAT-u. Nie dość, że realnie stawki uległy znacznemu obniżeniu, to jeszcze Pańscy urzędnicy mają tłumaczy za durniów, którzy nie wiedzą, co się wokół nich dzieje. Bo zmianę zasad naliczania stawek VAT wymógł na was Trybunał Konstytucyjny, który uznał, że nie ma powodu, by pracujący dla sądu tłumacze naliczali VAT na gorszych warunkach niż na przykład adwokaci, mimo to zwlekaliście ze zmianą półtora roku, a to, żeby zwrócić tłumaczom nadpłacony przez ten czas podatek, oczywiście nie postało wam w głowie. Do tego ministerstwo w sumie poinformowało mnie, że dla wymiaru sprawiedliwości odrabiam &lt;a href="http://pawelpollak.blogspot.com/2011/04/panszczyzna.html"&gt;pańszczyznę&lt;/a&gt;, a zarobić mogę sobie gdzie indziej. No to zobaczmy. Jako osoba pracująca na własny rachunek zarabiam, kiedy rzeczywiście pracuję. Pracować mogę, kiedy mam klientów. W dni wolne nie mam. Ale Platforma dołożyła kolejny dzień wolny (Trzech Króli), mimo że wciąż jesteśmy krajem na dorobku, mimo że i tak należymy do świętujących najdłużej narodów, mimo że ekonomiści (zapewne niedouczeni) wskazywali na straty, jakie przyniesie to gospodarce. Powie Pan, że jeden dzień roboczy mniej nie mógł znacząco wpłynąć na moje zarobki. Nie mógłby, gdyby nie kultura „świętowania”, jaka rozwinęła się w ostatniej dekadzie. Święto nikogo nie obchodzi, każdy stara się dołożyć do niego dni urlopu i gdzieś wyjechać. W efekcie ruch zamiera na cały tydzień, a wziąwszy pod uwagę, że tych tygodni w miesiącu jest nie dziesięć, tylko cztery i pół, to już bardzo poważna wyrwa. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Ale, powie Pan, nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Nie ma klientów, mogę w spokoju pisać książkę. Mogę, tylko że to jest moje hobby. Bo program stypendialny dla twórców nie istnieje, pisanie podań o stypendium to pisanie na Berdyczów, a kiedy jakiemuś pisarzowi Minister Kultury w końcu łaskawie &lt;a href="http://pawelpollak.blogspot.com/2011/06/kup-pan-ksiazke.html"&gt;je przyzna&lt;/a&gt;, to okazuje się, że wyższe stypendia dostają licealiści za dobre wyniki w nauce. Do tego nadal nie zostało wprowadzone rozwiązanie od dawna funkcjonujące w cywilizowanych krajach (np. w Wielkiej Brytanii czy Szwecji), że pisarz otrzymuje (ze specjalnych funduszy) tantiemy od wypożyczeń swoich książek z biblioteki. Polskie prawo honoruje zasadę, że za czyjąś pracę można nie płacić i Platforma tego nie zmieniła. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Upominam się o stypendia, bo państwo zabiera mi sporą część moich zarobków w postaci podatków czy parapodatków, a należę do grupy, która - wedle deklaracji Pańskiego ugrupowania - winna być z tych podatków wspierana. W zupełności wystarczyłoby mi jednak, gdybym miał zapewnione uczciwe reguły gry, warunki do działania. Nie chcę, żeby mi państwo coś dawało, jeśli nie będzie mi przeszkadzało, bo potrafię sam na siebie zarobić. Tyle że przez cztery lata przyszło mi obserwować, jak w czynach i słowach wycofywał się Pan z tej liberalnej filozofii. Jak klasyczny socjalista postanowił Pan dosypywać pieniędzy wcale nie uboższym grupom, tylko potrafiącym głośniej krzyczeć. Twórczo zmodyfikował Pan przy tym lewicową ideologię, bo o ile socjaliści dosypują swoim wyborcom, na głosy tych, którym zabierają, nie licząc, Pan postanowił finansować cudzy elektorat z pieniędzy własnego, uznając, że kupi tym nowe głosy, a starych nie straci, bo ludzie o liberalnych poglądach nie mają alternatywy („Platforma nie ma z kim przegrać”). Widać, że te kalkulacje zawiodły, bo wyborcy, na których Pan się wypiął, deklarują, że zostaną w domu, a Pan i popierająca Pana gazeta rozpaczliwie teraz proszą ich i przekonują, żeby poszli zagłosować. „Wyborcza” może jednak sobie formułować dramatyczne apele, Pan może sobie straszyć PiS-em do woli, na mnie okrzyk „Kaczyński ante portas!” nie robi już wrażenia. Jarosław Kaczyński u władzy to rzeczywiście małpa z brzytwą, tylko że akurat mnie osobiście ta małpa krzywdy nie zrobiła, a jeszcze ukroiła mi tą brzytwą spory kawałek tortu, obniżając podatki i składkę rentową. Pan podniósł podatek VAT, choć Platforma od lat na wszystkie sposoby odmienia zwrot „obniżyć podatki”. I jeszcze ma Pan czelność obiecywać jego „obniżenie”, mimo że w tej sytuacji można mówić tylko o przywróceniu poprzedniej stawki i mimo że w ustawie zapisane są kolejne podwyżki w przypadku przekroczenia następnych progów ostrożnościowych. Do jakiego stopnia trzeba być naiwnym, żeby uwierzyć, że Platforma obniży jakiekolwiek podatki, skoro, wbrew swojemu programowi, dotąd żadnych nie obniżyła, przeciwnie, podniosła je? Tłumaczy się Pan, że z powodu kryzysu brakowało pieniędzy w budżecie i trzeba było łatać dziurę. Pytanie, czemu nie łatał jej Pan, likwidując rozdawnictwo.&lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Wracając do Kaczyńskiego, to mentalnie wcale się Pan tak bardzo od niego nie różni. Owszem, jest Pan pozbawiony jego obsesji i agresji, ale przez te cztery lata pokazał Pan, że politykiem jest równie kiepskiego formatu. Kaczyńskiemu zarzuca się, że mając dobrą sytuację gospodarczą, nie przeprowadził koniecznych reform. Pańskie rządy dowiodły jednoznacznie, że Pan też by ich nie przeprowadził. Co więcej, wbrew pozorom miał Pan do tego lepsze warunki, bo w kryzysie łatwiej do nich przekonać społeczeństwo. Kaczyński i Ziobro zachowywali się jak szeryf z zastępcą zaprowadzający porządek w mieścinie na amerykańskiej prerii, ale Pańskie działania w sprawie dopalaczy czy po aferze hazardowej były dokładnie w tym samym stylu. Zapowiedź, że będzie działał Pan na granicy prawa pokazała, że bliżej Panu do standardów azjatyckich niż europejskich polityków, a delegalizowanie z dnia na dzień hazardu, żeby przykryć wpadkę Pana partyjnych kolegów, i pozbawianie ludzi pracy i zainwestowanych pieniędzy, nie różniło się wiele od krucjat poprzedniej ekipy. I ostatnie podobieństwo: Kaczyński musi liczyć się z Radiem Maryja, a Pan patrzy, czego chce Kościół. I Kaczyński jest o tyle uczciwszy, że przynajmniej jest to zgodne z jego poglądami. Pan deklaruje, że przed księżmi klękał nie będzie, ale zapowiadanego na początku kadencji finansowania in vitro z godną podziwu determinacją zdołali Państwo przez cztery lata nie wprowadzić. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Na koniec muszę Panu chyba pogratulować. Swoją postawą i swoimi działaniami zdołał zniechęcić Pan do pójścia na wybory człowieka, który dotąd chodził na każde. Nie tylko chodził, ale krzyczał na tych, którzy nie chodzili, że mają to robić, bo decydują w ten sposób nie o imponderabiliach, tylko o zawartości swojego portfela, że nie jest to kwestia zainteresowania polityką, tylko własną sytuacją. A teraz ma to szczerze w dupie. I dziewiątego października zostanie w domu. &lt;br /&gt;Z poważaniem &lt;br /&gt;Pański (były) wyborca&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2799834716621754710-5660010805916804539?l=pawelpollak.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://pawelpollak.blogspot.com/feeds/5660010805916804539/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://pawelpollak.blogspot.com/2011/10/platforma-juz-dziekuje.html#comment-form' title='Komentarze (8)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2799834716621754710/posts/default/5660010805916804539'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2799834716621754710/posts/default/5660010805916804539'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://pawelpollak.blogspot.com/2011/10/platforma-juz-dziekuje.html' title='Platforma? Już dziękuję'/><author><name>Paweł Pollak</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08286065079875201435</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>8</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2799834716621754710.post-2919724655324360350</id><published>2011-09-24T20:30:00.004+02:00</published><updated>2011-09-25T10:21:28.515+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='polityka'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Kościół'/><title type='text'>Głębokie zaburzenie stosunku</title><content type='html'>&lt;p align=justify&gt;Tytułowe sformułowanie pochodzi z listu protestacyjnego arcybiskupa Sławoja Leszka Głodzia, ale duchowny wyjątkowo nie zajmuje się seksem ani prokreacją, tylko - co należy uznać za miłą odmianę - muzyką. I protestuje przeciwko zasiadaniu Nergala w jury programu „The Voice of Poland”, co ma być „głębokim zaburzeniem stosunku (...) Spółki [TVP] do misji społecznej”, bo „nie może iść komercja przed dbałością o tkankę życia społecznego”. Dbałością o tkankę języka polskiego arcybiskup głowy sobie nie zaprząta. Równie uroczą polszczyzną posługuje się biskup Wiesław Mering, który uznał, że zatrudnienie Nergala „bije wszelkie granice przyzwoitości”, choć granice się przekracza, a bije rekordy (wtedy nieprzyzwoitości). „Dla wielu Obywateli Polski Chrystus, Jego Ewangelia, Dziedzictwo Chrześcijańskie – są wartościami tak ważnymi, że nie mogą brać udziału w podtrzymywaniu działalności programów telewizyjnych, które do tych wartości odnoszą się z pogardą i szyderstwem”. Wartości biorące udział i podtrzymujące działalność, ale nie wprost, tylko przez to, że są atakowane. I biskupi dziwią się, że ludzie ich nie słuchają. Nadąż człowieku za takim wywodem, kiedy nie jest na piśmie, tylko spływa z ambony. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Mering zagroził, że wezwie do akcji obywatelskiego nieposłuszeństwa i niepłacenia abonamentu, bo „dla mnie najistotniejszym zastrzeżeniem jest, że ja zostaję zmuszony do utrzymywania z moich pieniędzy kogoś, kogo poglądy są mi całkowicie obce, co więcej, kto otwarcie odnosi się z pogardą do ludzi wierzących, a więc i do mnie, do Kościoła i bluźni przeciw mojemu Bogu!” Ja zostaję, moje pieniądze (nie przypadkiem wiernych, którzy położyli je na tacę?), do mnie odnosi się z pogardą (Kościół i Bóg na dalszych miejscach w charakterystycznej kolejności). Ale trzeba docenić uczciwość tej wypowiedzi, że sam Nergal biskupowi aż tak bardzo nie przeszkadza, najgorsze jest, że za pracę w jury dostanie wynagrodzenie z abonamentu płaconego przez biskupa. O ile ten rzeczywiście go płaci. Wziąwszy pod uwagę, że mało kto jeszcze to robi, z chęcią zobaczyłbym skan książeczki albo potwierdzenie przelewów, powiedzmy za ostatnie pół roku. W samą deklarację nie wierzę, bo księża deklarują jeszcze parę rzeczy (np. niewywyższanie się nad innych czy niegonienie za dobrami materialnymi), których wcale nie przestrzegają. Chciałbym również od biskupa Meringa dowiedzieć się, dlaczego z kolei Nergal ma być zmuszony do utrzymywania ze swoich pieniędzy kogoś, kogo poglądy są mu całkowicie obce, co więcej, kto otwarcie odnosi się z pogardą do ludzi niewierzących, a więc i do niego. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Abstrahując jednak od nierozumienia idei podatku (abonament na TVP jest de facto podatkiem) i uderzania w bogoojczyźniane tony, należy biskupom w sprawie Darskiego przyznać rację. Telewizja publiczna ma ustawowy obowiązek przestrzegać wartości chrześcijańskich i choć wprawdzie nie do końca wiadomo, czy tych deklarowanych (miłość bliźniego), czy tych stosowanych w codziennym życiu (bij pedała, ateusza, aborcjonistę), to nie ulega wątpliwości, że drący Biblię i nazywający Kościół zbrodniczą sektą Nergal krzewicielem wartości chrześcijańskich nie jest. Nawiasem mówiąc, złamania prawa można dopatrzeć się również w nazwie programu, bo zgodnie z ustawą o języku polskim podmiot publiczny, jakim jest telewizja, ma obowiązek dbać o polszczyznę, a trudno za taką dbałość uznać nadawanie programom angielskojęzycznych tytułów. Tłumaczenia TVP, że Adam Darski został wybrany na jurora ze względu na swoje kwalifikacje muzyczne, a nie satanistyczne, są równie wiarygodne co tłumaczenia złodzieja, który przyłapany na okradaniu wystawy, wyjaśnia, że zastał rozbitą szybę i chciał zabezpieczyć towar. Muzyków czy krytyków muzycznych w tym kraju nie brakuje, ale nie każdy wsławił się chodzeniem z Dodą, wygranym procesem o obrazę uczuć religijnych i nie każdy ma odwagę chlapnąć coś kontrowersyjnego, co przyciągnie widzów. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Atak biskupów na muzyka pokazuje, że należy wreszcie zlikwidować wszelkie przepisy, których celem jest umocnienie dominacji katolicyzmu. Inaczej sytuacje takie jak tutaj będą się powtarzać: prawo jest ignorowane, a telewizja publiczna, która powinna uczyć, że &lt;i&gt;dura lex, sed lex&lt;/I&gt;, demonstruje społeczeństwu, że prawa można nie przestrzegać. Oczywiście przestrzeganie zapisu o propagowaniu wartości chrześcijańskich doprowadziłoby nas prostą drogą do państwa wyznaniowego, stąd postulat jak wyżej.&lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Biskupi w swoich protestach ustawiają się na czele Katolickiego Społeczeństwa, Katolickiego Narodu i milionów Katolików kochających Świętą Trójcę, czyli Jana Pawła II, Jezusa i Maryję. Jeśli stoi za nimi taki tłum, to co im przeszkadza Nergal w programie? Przecież każdy Prawdziwy Katolik na widok tego diabła wcielonego przełączy na telewizję Trwam i show zostanie zdjęty z anteny, bo sataniści, ateiści, heretycy i innowiercy, stanowiący wedle twierdzeń Kościoła nieistotny statystycznie odłamek polskiego społeczeństwa, nie zapewnią programowi wystarczającej oglądalności.&lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Głównym sprawcą konfliktu jest TVP, ale wcale nie dlatego, że zatrudniła Nergala, tylko dlatego, że nadaje komercyjny show. Zaproszenie Darskiego do jury było już tylko logicznym następstwem takiej polityki programowej. Tymczasem telewizja publiczna, zamiast konkurować ze stacjami prywatnymi o widza żądnego nieskomplikowanej rozrywki, powinna nadawać koncerty Filharmoników Wiedeńskich, relacje z Carnegie Hall czy z Opery Narodowej. We wpisie &lt;a href="http://pawelpollak.blogspot.com/2011/01/ksiazki-sznurek-do-snopowiazaek.html"&gt;Książki a sznurek do snopowiązałek&lt;/a&gt; postulowałem odebranie telewizji prawa do nadawania reklam, ale doszedłem do wniosku, że to nie uzdrowi sytuacji. TVP bez reklam i tak będzie pompowała oglądalność w nadziei, że po filmie klasy B z odpowiednią dawką mordobicia spora część widzów z rozpędu obejrzy polityka, którego będzie chciała lansować rządząca akurat w telewizji partia. Zlikwidujmy fikcję, którą utrzymujemy od dwudziestu lat, bo te dwie dekady jednoznacznie dowiodły, że do posiadania telewizji publicznej nie dojrzeliśmy. Na razie jesteśmy na poziomie wieśniaka, który po przeprowadzce ze wsi do miasta uważa, że wanna służy do trzymania w niej kur. Jak za jakieś pół wieku mentalnie dogonimy Brytyjczyków czy Niemców, wtedy zafundujemy sobie telewizję na poziomie BBC czy ARD. Finansowanie z pieniędzy podatników programów typu „The Voice of Poland” jest tych pieniędzy defraudacją, już bez względu na to, czy w jury zasiada Nergal, czy nie. &lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2799834716621754710-2919724655324360350?l=pawelpollak.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://pawelpollak.blogspot.com/feeds/2919724655324360350/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://pawelpollak.blogspot.com/2011/09/gebokie-zaburzenie-stosunku.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2799834716621754710/posts/default/2919724655324360350'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2799834716621754710/posts/default/2919724655324360350'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://pawelpollak.blogspot.com/2011/09/gebokie-zaburzenie-stosunku.html' title='Głębokie zaburzenie stosunku'/><author><name>Paweł Pollak</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08286065079875201435</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2799834716621754710.post-9021259721569281082</id><published>2011-09-21T20:30:00.000+02:00</published><updated>2011-09-21T20:30:27.557+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='literatura'/><title type='text'>O miłości najpiękniej</title><content type='html'>&lt;p align=justify&gt;W ramach akcji TOP10 blogerzy wskazują dziesięć powieści miłosnych, które im się najbardziej podobały. I ja się dołączę. Kolejność alfabetyczna, bo przydzielanie miejsc byłoby bluźnierstwem. Większość czytałem bardzo dawno temu, więc uwagi mogą mieć niewielki związek z treścią, piszę po prostu, jakie zostało wrażenie, co zachowało się w pamięci. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;„Bóg rzeczy małych” Arundhati Roy - duszna atmosfera, zakazana miłość. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;„Giaur” George Gordon Byron - czytałem i myślałem „Boże, ale to piękne”. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;„Komu bije dzwon” Ernest Hemingway - niektórym dane były tylko trzy dni. Chociaż jak się czyta „Lalkę”, to widać, że aż trzy. No i ziemia się ruszyła. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;„Lalka” Bolesław Prus - powieść o miłości niespełnionej też jest o miłości. Lepsza taka niż żadna? &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;„Między nami nic nie było” Adam Asnyk - często wierszem można powiedzieć więcej. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;„Niebłahe igraszki” Hjalmar Söderberg - czy kobiety muszą być takie podłe? &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;„Pierwszy krok w chmurach” Marek Hłasko - intymna chwila. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;„Poniedziałki z Fanny” Per Gunnar Evander - szare dni, szare życie, szarzy ludzie, miłość też szara, a jednak piękna. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;„Romeo i Julia” William Szekspir - nie przypadkiem imiona symbole. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;„Wichrowe wzgórza” Emily Brontë - pamiętam tylko, że mnie urzekła. &lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2799834716621754710-9021259721569281082?l=pawelpollak.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://pawelpollak.blogspot.com/feeds/9021259721569281082/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://pawelpollak.blogspot.com/2011/09/o-miosci-najpiekniej.html#comment-form' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2799834716621754710/posts/default/9021259721569281082'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2799834716621754710/posts/default/9021259721569281082'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://pawelpollak.blogspot.com/2011/09/o-miosci-najpiekniej.html' title='O miłości najpiękniej'/><author><name>Paweł Pollak</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08286065079875201435</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2799834716621754710.post-1088378898345164831</id><published>2011-09-17T20:30:00.003+02:00</published><updated>2011-12-25T12:32:56.515+01:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='pisarstwo'/><title type='text'>Pirożyńskie Maryjanny</title><content type='html'>&lt;p align=justify&gt;Po tym jak polskim feministkom &lt;a href="http://www.szwedzka.pl/nieblahe_recenzja.html"&gt;podpadł&lt;/a&gt; Hjalmar Söderberg powieścią wydaną w 1912 roku, bo opisał ówczesne społeczeństwo i nie wziął pod uwagę przemyśleń Lizy Marklund i Magdaleny Środy, to, że i ja podpadnę, miałem jak w banku. Nie zawiodłem się, wrocławska bibliotekarka Irena Brojek wzięła na tapet (&lt;a href="http://obcyjezykpolski.interia.pl/?md=archive&amp;id=127"&gt;sic!&lt;/a&gt;) „Niepełnych” i oskarżyła mnie o „przebijający z kart powieści antyfeminizm” (cała recenzja &lt;a href="http://www.wbp.wroc.pl/index.php?option=com_content&amp;task=view&amp;id=2871&amp;Itemid=741"&gt;tutaj&lt;/a&gt;). Bo „wszystkie występujące w niej kobiety są głupie albo bardzo głupie”. Hm. No to spójrzmy. Główna bohaterka czyta na potęgę i to nie tylko dlatego, że jako osoba samotna, rzadko wychodząca z domu ma dużo wolnego czasu, pochłaniała książki również przed wypadkiem, kiedy jeszcze, jak to młoda dziewczyna, prowadziła intensywne życie towarzyskie. Edyta preferuje przy tym takie autorki jak Janko czy Tokarczuk, a z pewnej sytuacji, którą przeżył Jacek, możemy domyślić się, że nie jest miłośniczką Coelho. Wiadomo jednak, że czytanie, zwłaszcza poważnej literatury, prowadzi prostą drogą do odmóżdżenia, bibliotekarki wiedzą o tym najlepiej, codziennie widują tych głupich albo bardzo głupich ludzi pożyczających książki. Idźmy dalej. Bratowa Jacka jest lekarką. Trudno o wyrazistszy dowód głupoty tej kobiety, przecież niskie IQ jest warunkiem przyjęcia na studia medyczne, członkowie Mensy odpadają w przedbiegach. A do końcowych egzaminów docierają już tylko naprawdę nieprzeciętni idioci. Jakby tych dowodów na antyfeminizm autora było mało, to ukoronowaniem niech będzie Anka, tworząca z Jackiem i jeszcze dwoma kolegami zespół informatyków w firmie programistycznej. Powiedzieć o kobiecie, która wybiera karierę informatyka, że jest bezdennie głupia, to eufemizm, bo naprawdę bystra i inteligentna kobieta zamiast konkurować z mężczyznami, wykorzystuje ich, łapie bogatego męża i żyje na jego koszt. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Powieść antyfeministyczna oczernia kobiety, a wybiela mężczyzn i moja to kryterium spełnia. „Mężczyźni zaś, w zdecydowanej większości, są wrażliwi, mądrzy i opiekuńczy, a jeśli robią coś niewłaściwego, to z powodu złej kobiety”. Opis „wrażliwi, mądrzy i opiekuńczy” pasuje do dwóch mężczyzn w książce: do Jacka i ojca Edyty. Ten robiący „coś niewłaściwego” to przyjaciel Jacka, Romek. Dwóch w stosunku do jednego to jest sto procent więcej, czyli niewątpliwie „zdecydowana większość”. „Coś niewłaściwego” polega na tym, że Romek traktuje kobiety wyłącznie jako obiekty seksualne, do tego stopnia, że nawet ich imiona uznaje za mało istotne plakietki. „Coś niewłaściwego” pasuje jednak znacznie lepiej do tezy, że obraz mężczyzn w książce jest wyidealizowany, niż epitet „prymitywny samiec”. No i - jakżeby inaczej w powieści antyfeministycznej - źródłem zła i tak jest kobieta. Bo Romek jest rozwodnikiem, a jego eks-małżonka to „megiera”. Wiemy o tym wprawdzie tylko od niego, ale dlaczego męski szowinista miałby niepochlebnie wyrażać się o swojej eks-żonie, gdyby nie była to szczera prawda? Przecież po rozstaniu ludzie na ogół postrzegają swojego dawnego partnera przez różowe okulary.&lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Ponieważ Brojek nie znalazła w powieści uzasadnienia dla wygłaszanych przez siebie arcypiramidalnych bzdur, poszukała go sobie gdzie indziej: „Może nie uwierzyłabym w swoje odczucia, gdybym nie przeczytała jednego z wpisów na blogu autora. Potwierdził nim moją opinię”. Chodzi zapewne o wpis &lt;a href="http://pawelpollak.blogspot.com/2011/03/parytetowe-przywileje.html"&gt;Parytetowe przywileje&lt;/a&gt;, w którym sprzeciwiałem się parytetom dla kobiet na listach wyborczych i w zarządach firm. Dowód nie do obalenia, bo przecież jeśli ktoś protestuje przeciwko bombardowaniu Strefy Gazy przez Izrael, jest antysemitą, jeśli nie zgadza się z papieską wizją świata, jest antyklerykałem, a jeśli pasjonuje się Ligą Mistrzów zamiast Tour de France, antycyklistą. Mając tak ustawionego przeciwnika, recenzentka wyprowadza ostateczny cios, przy którym to, co Adamek zainkasował od Kliczki, należy uznać za muśnięcia: „Kolejny mężczyzna bojący się, że faktyczne równouprawnienie obnaży jego słabość?” Buch, autor leży na deskach.&lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Przed wojną redemptorysta (proszę nie kojarzyć) Marian Pirożyński opublikował poradnik „Co czytać”. O poradniku pewnie nikt by dziś nie pamiętał, gdyby w &lt;a href="http://niniwa2.cba.pl/ku_czemu_polska_idzie.htm"&gt;dwóch genialnych tekstach&lt;/a&gt; nie rozprawił się z nim Tadeusz Boy-Żeleński. Ksiądz Pirożyński wszystkie przeczytane przez siebie książki oceniał pod jednym kątem: czy w powieści się całują albo nie daj Boże uprawiają seks i te klasyfikował jako nieodpowiednie dla młodzieży, pozostałe, z opisami morderstw, oszustw, a nawet apostazji uważał za „moralnie obojętne”. Obecnie duchowni książkami się nie interesują, tylko telewizją, a polszczyzna listów protestacyjnych przeciwko zasiadaniu Nergala w jury muzycznego show pokazuje, że literaturę dawno przestali czytać. W miejsce księży polską krytykę literacką obsiadły feministki, które na wzór ojca Pirożyńskiego wertują powieści w poszukiwaniu niecnych fragmentów, przy czym grzechem nie jest już opis sceny miłosnej, tylko negatywnie pokazana kobieta albo pozytywnie przedstawiony mężczyzna. Znalazłszy coś takiego na kartach powieści, oburzone krytyczki obwieszczają: antyfeminista! &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Co ma więc zrobić biedny pisarz, który chciałby znaleźć uznanie w oczach tego opiniotwórczego gremium? Pochlebna recenzja w „Wysokich Obcasach” to gwarantowana dobra sprzedaż, ale autor antyfeminista nie może na nią liczyć, „jeśli krytyczny tyłek wyroczni w Delfach języczkiem po pośladkach nie przeciągnie”, żeby zacytować &lt;a href="http://pawelpollak.blogspot.com/2011/04/zapach-swiezej-smierci-czyli-co-kogo.html"&gt;znawcę&lt;/a&gt;. Parę wskazówek, jak krytyka płci żeńskiej połechtać, można w recenzjach powieści mojej i Söderberga znaleźć. I tak kobieca bohaterka, by odpowiednio została podkreślona jej inteligencja, powinna być co najmniej fizykiem jądrowym (przepraszam: fizyczką jądrową) z najmarniej dwoma Noblami na koncie. Oczywiście nie mogą być to właśnie Noble, bo natychmiast zostaniemy oskarżeni, że promujemy osiągnięcia wrednego mężczyzny, który dokonanie takiej liczby wynalazków zawdzięcza wyłącznie temu, że nie dopuszczał, by dokonały ich kobiety. Musimy wymyślić fikcyjną nagrodę, na przykład Curie. Ryzykujemy co prawda, że krytyczki odczytają to jako przytyk, że mężczyzna w rzeczywistości nagrodę ufundował, a kobieta nie i oskarżą nas o imputowanie Marii Skłodowskiej-Curie skąpstwa, ale nikt nie powiedział, że podlizywanie się feministkom to łatwy kawałek chleba. Jeśli będziemy opisywać perypetie uczuciowe fizyczki jądrowej, musimy mieć na uwadze, że nigdy, przenigdy nie może ona krzywdzić mężczyzn. Kobiety krzywdzące mężczyzn w przyrodzie nie występują, kobiety są generalnie dobre, kochane i do rany przyłóż, a wszystko inne to propaganda pisarzy antyfeministów. No i pamiętajmy, że jeśli zechcemy dać scenę, jak mężczyzna przynosi tej kobiecie prezent, to nie dlatego, że ona jest taka kochana, tylko dlatego, że ją wcześniej pobił i chce na nowo wkupić się w jej łaski. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Że co? Że to będzie nierealistyczne, nieżyciowe, niestrawne, że to już nie literatura, tylko feminorealizm? Ale jakie pochwały zbierzemy. Liza Marklund nie potrafi sklecić sensownej akcji, w takim „Raju” nic się kupy nie trzyma, jej bohaterowie (w tym serbscy zbrodniarze wojenni) wzdychają co trzy strony (wzdychający w przerwie między gwałtem a morderstwem żołdak jest tak zwaną psychologicznie prawdziwą postacią), bo autorka nie ma innych pomysłów na ekspresję uczuć, pisze tak prymitywnym językiem, że tłumacze rwą sobie włosy z głowy, ale przez polskie krytyczki jest wychwalana pod niebiosa, bo prezentuje zdrowy feminizm: wszystko, co złe, to mężczyźni, z którymi muszą zmagać się przebojowe kobiety. Dla odmiany polskie autorki kryminałów są sekowane, bo co z tego, że prowadzą logicznie akcję, ciekawie zarysowują charaktery, piszą ładną polszczyzną, kiedy za cholerę nie chcą wleźć na barykady feminizmu. I o ile jeszcze pisarz „antyfeminista” może liczyć na stosunkowo łagodne potraktowanie, bo skoro mężczyzna to na pewno, jeśli chodzi o prawa kobiet, mentalnie jest na poziomie społeczności neandertalskiej i trudno czegoś od niego oczekiwać, o tyle pisarki mają przerąbane, bo zaprzańcom się nie wybacza. To, że idee feministyczne większości autorów i autorek nie obchodzą, podobnie jak nie obchodzą ich boje Murzynów o zniesienie niewolnictwa i segregacji rasowej i z tego powodu się do nich nie odnoszą, a nie dlatego, że są rasistami, do pań krytyczek nie dociera i najwyraźniej szans na dotarcie nie ma. Jak Marian Pirożyński nie rozumiał, że pisarze opisują miłość fizyczną, bo to część życia, a pisarze zawsze piszą o życiu, tak Pirożyńskie Maryjanny nie rozumieją, że literaturę tworzy się nie penisem ani waginą, tylko głową. &lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2799834716621754710-1088378898345164831?l=pawelpollak.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://pawelpollak.blogspot.com/feeds/1088378898345164831/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://pawelpollak.blogspot.com/2011/09/pirozynskie-maryjanny.html#comment-form' title='Komentarze (6)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2799834716621754710/posts/default/1088378898345164831'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2799834716621754710/posts/default/1088378898345164831'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://pawelpollak.blogspot.com/2011/09/pirozynskie-maryjanny.html' title='Pirożyńskie Maryjanny'/><author><name>Paweł Pollak</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08286065079875201435</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>6</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2799834716621754710.post-3934061915340433138</id><published>2011-09-10T20:20:00.002+02:00</published><updated>2011-09-10T21:30:01.586+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='prawo autorskie'/><title type='text'>Nie płacić artystom!</title><content type='html'>&lt;p align=justify&gt;Pan X. odkrył, że żywność jest niezbędna ludziom do życia. Po przemyśleniu swojego odkrycia doszedł do wniosku, że zmuszanie ludzi do płacenia za coś, bez czego nie mogą się obejść, jest niemoralne. Zwłaszcza że takie zboże samo rośnie, świnia też sama nabiera ciała, pompować jej nie trzeba, więc z jakiego tytułu rolnik ma otrzymywać wynagrodzenie? Oburzony złą organizacją świata, pan X. założył fundację, której celem było doprowadzenie do tego, by żywność była za darmo, a rolnicy pracowali za wdzięczność i szacunek (skoro żywność będzie za darmo, z głodu nie umrą). Może państwu się wydaje, że inicjatywa pana X. spotkała się z pukaniem w czoło, a on sam został zlekceważony jako fantasta, na szczęście obecnie już nieszkodliwy, bo sto lat temu tacy fantaści stanowili sporą grupę i zafundowali nam system ekonomiczny, którego skutki odczuwamy do dziś, a wspaniałe efekty nadal możemy podziwiać na Kubie i w Korei Północnej? Nie. Pan X. jest zapraszany na różne sympozja, gdzie domaga się, by, jeśli się tylko da, rozdawać żywność za darmo i w miarę możliwości rolnikom nie płacić. Jeśli ktoś ukradnie bochenek chleba, poważne gazety zapraszają pana X., żeby skomentował zajście, a pan X. udowadnia, że nie mamy do czynienia z kradzieżą, tylko z niemoralnością systemu, w którym za jedzenie trzeba płacić. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Pan X. nazywa się Jarosław Lipszyc, żywność to kultura, a rolnicy to artyści. Raz już Lipszyca krytykowałem, kiedy postulował taką zmianę prawa, by dzieła trafiały do domeny publicznej zaraz po śmierci autora, a nie były chronione jeszcze przez 70 lat (przy czym nie jest to żadne „jeszcze”, a „tylko”, innego majątku nie odbiera się rodzinie 70 lat po śmierci spadkodawcy), wskazałem, że twórcy staliby się w ten sposób obywatelami drugiej kategorii, bo jako jedyni nie mogliby zabezpieczyć w testamencie swoich dzieci. Lipszyc przyjął ten argument i zaapelował na jednej z konferencji o taką zmianę prawa, by uprawnione do dziedziczenia po twórcy były wyłącznie jego dzieci. Jak widać, Lipszyc nie rozumie, że twórca to taki sam obywatel jak każdy inny. Siostra przedsiębiorcy ma prawo po nim dziedziczyć, z jakiego tytułu siostra twórcy miałaby być tego prawa pozbawiona? Powiedzmy, że mam chorą, niepracującą siostrę, którą utrzymuję i której pomagam. Jeśli jestem przedsiębiorcą, po mojej śmierci dziedziczy ona po mnie majątek lub jego część, jeśli jestem twórcą, w rozwiązaniu proponowanym przez Lipszyca zostaje bez środków do życia. I podobnie aberracyjne pomysły Lipszyc wygłasza całkiem na poważnie, a poważna prasa („Magazyn Literacki Książki”) je referuje bez żadnych komentarzy. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Na tej samej konferencji jeden z uczestników stwierdził, że chciałby mieć możliwość udostępniania swoich dzieł za darmo. Że jest to niemożliwe uważa (chyba) też Lipszyc: &lt;br /&gt;„Wprowadzić mechanizmy wyłączania utworów spod prawa autorskiego, jeśli taka jest wola twórcy, bo dziś twórca nawet tego nie może zrobić”. &lt;br /&gt;Chyba, bo Lipszyc pisze jak zwykle mało precyzyjnie i nie bardzo wiadomo, czy chodzi mu o prawa osobiste czy majątkowe. Jeśli o te pierwsze, to rzeczywiście twórca nie może się ich zrzec, tylko do czego doprowadziłaby możliwość, że każdy mógłby utwór danego autora dowolnie zmienić i podpisać własnym nazwiskiem? Jeśli chodzi o prawa majątkowe, to można udowadniać, że autor nie ma możliwości ich zrzeczenia się (&lt;a href="http://prawo.vagla.pl/node/7424"&gt;http://prawo.vagla.pl/node/7424&lt;/a&gt;), tyle że trudno dopatrzeć się, jaki przepis zostaje złamany, kiedy autor udostępnia swój utwór na przykład w Internecie i zezwala na darmowe pobranie go przez każdego chętnego. Zresztą w swoim wywodzie Waglowski podaje, na jakiej zasadzie autor może bezpłatnie udostępnić swój utwór (wolna licencja), tyle że go to nie satysfakcjonuje, bo licencję można wypowiedzieć, a on chciałby, żeby licencjobiorca „czuł się bezpieczny, miał pewność co do prawa, mógł spać spokojnie”. Wziąwszy pod uwagę, że wypowiedzenie licencji rodzi skutki dopiero na przyszłość i nie działa wstecz, a więc wykorzystanie utworu w czasie obowiązywania licencji nie mogłoby zostać uznane post factum za nielegalne, nie bardzo wiadomo, dlaczego licencjobiorca miałby się niepokoić. Waglowski chce tu obwarowania, które nie występuje w żadnej innej dziedzinie życia społecznego, to tak jakby domagał się, żeby ustawa zapewniała właścicielom mieszkań możliwość ich wynajmowania na wieczność, bez prawa zmiany zdania i wypowiedzenia najmu. Człowiek, dopóki żyje, ma prawo zmienić zdanie w każdej kwestii i inaczej rozporządzić swoim majątkiem. I w żadnej dziedzinie życia nie ma stuprocentowej pewności, że stosunki prawne nie ulegną zmianie, dlaczego miałby ją mieć akurat licencjobiorca korzystający z utworu? &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;W jednym Waglowski i Lipszyc mają rację, że krytykują opłatę na Fundusz Promocji Twórczości. Jeśli chcę wydać książkę czy płytę na przykład w celach charytatywnych, mogę zgłosić się do twórcy i poprosić, by zrezygnował z honorarium. W większości wypadków zapewne się zgodzi. W przypadku książki czy płyty, do której prawa wygasły (nazywając rzecz po imieniu: którą znacjonalizowano), muszę zgodnie z art. 40 ustawy o prawie autorskim zapłacić państwu 5-8 procent od wpływów (nie od zysków, od wpływów brutto, czyli gigantyczny podatek!). I żadna prośba do ministra finansów nic nie da, wiadomo, jak chętnie ten zwalnia obywateli z obciążeń podatkowych (a pomijając już chęci, takie zwolnienie wymaga przejścia całej biurokratycznej procedury). Nie można nawet negocjować niższej stawki, którą w tej chwili rozporządzenie określa na 8%, czyli maksymalną z określonego w ustawie przedziału. Kiedy mamy jako kontrahenta twórcę (albo jego spadkobierców), negocjacje zawsze są możliwe. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Zwolennicy korzystania z pracy twórców za darmo, którzy nie wiadomo dlaczego nie domagają się prawa do korzystania za darmo z pracy lekarzy, piekarzy i murarzy (choć zdrowia, chleba i mieszkania człowiek potrzebuje bardziej niż kultury) posługują się kilkoma stałymi argumentami. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Pierwszym z nich jest, że Internet umożliwiający swobodną wymianę plików zmienił rzeczywistość i prawo autorskie do tej nowej rzeczywistości nie przystaje. Jest to argument typu: skoro wynaleziono pistolet, mogę zabijać ludzi. To, że pojawiło się narzędzie ułatwiające kradzież (nazywajmy rzeczy po imieniu), nie oznacza, że należy ją zaakceptować. Wtedy na tej samej zasadzie należałoby zaakceptować pedofilię, skoro Internet ułatwił pedofilom życie. Albo faktycznie strzelanie do ludzi, bo Internet ma jeszcze parę innych zastosowań poza popełnianiem przestępstw, a pistolet do niczego poza zabijaniem nie służy. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Innym ulubionym argumentem złodziei jest stwierdzenie, że udostępniając utwór za darmo, reklamują twórczość autora, na czym ten tylko może zyskać. Bo jak komuś utwór się spodoba, to go kupi. Ankieta z pytaniem, ile książek z tych, które mu się spodobały, kupił w ostatnim roku użytkownik biblioteki, wykazałaby, że to nieprawdziwa teza. Ale nawet gdyby była prawdziwa, jest to bez znaczenia, bo nie można zmuszać autora, żeby reklamował się wbrew swojej woli. On jest właścicielem swojego dzieła i wyłącznie on decyduje o formie jego udostępnienia, ma przy tym pełne prawo podejmować decyzje dla siebie niekorzystne. Jeśli więc nawet ktoś uważa, że autor postępuje nierozsądnie, to nie daje mu to prawa do rozporządzania jego dziełem. A poza tym artyści to wbrew pozorom ludzie mocno stąpający po ziemi, jeśli spostrzegą, że darmowe udostępnianie utworów w Internecie rzeczywiście przynosi korzyści, będą to robić. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Specyficzną grupą są złodzieje mający świadomość, że z kwoty, którą należy zapłacić za utwór, ledwie skromny procent trafia do twórcy, resztę biorą pośrednicy. I uważają za moralnie usprawiedliwione niepłacenie, żeby nie nabijać kabzy pośrednikom. W tym rozumowaniu pomijają taki drobny szczegół, że w ten sposób pozbawiają twórcę nawet tej niewielkiej kwoty i utrudniają mu publikację kolejnego utworu, bo im mniej pośrednik zarobi, tym mniej chętnie opublikuje kolejny utwór autora. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Za drogie, to kolejny argument. Kiedy zamknięto pasera, który zorganizował platformę, gdzie można było wymieniać się ukradzionymi utworami, „Gazeta Wyborcza” udostępniła swoje łamy na dyskusję, czy można kraść. Jakaś studentka napisała, że kompletne wydanie piosenek Beatlesów kosztuje bodajże 60 zł i to jest na studencką kieszeń stanowczo za dużo. Tej samej studentce nie przeszkadza, że butelka markowego wina kosztuje znacznie więcej i nie uważa, że uprawnia ją to do wyniesienia chyłkiem jednej z winnicy, z usprawiedliwieniem, że bogaty winiarz bynajmniej nie zbiednieje. I tu od razy przechodzimy do kolejnego argumentu czy raczej wyobrażenia, że twórca to człowiek majętny, nie ubędzie mu, jak wysłuchamy za darmo jego piosenki. W przypadku Beatlesów to prawda (że majętni), w przypadku innych twórców nie. Znakomita większość to finansowi przeciętniacy, dla których to, czy odbiorca kupi płytę czy nie, może rozstrzygać, czy zjedzą obiad, zapłacą rachunki i będą mieli czas na nagranie następnej. Jedna płyta powie ktoś, co to znaczy. Więcej niż jeden głos w wyborach. Ale nawet jak twórca jest sławny i bogaty, to też nie usprawiedliwia korzystania z jego pracy za darmo. Jeśli ktoś swoim talentem doszedł do takiej pozycji, że może zarobić na wyspę, to nikt nie ma prawa go tej wyspy pozbawiać. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Wspomniany Lipszyc uparcie lansuje postulat, że niekomercyjne wykorzystanie utworu winno być wyłączone spod ochrony prawa autorskiego. Pomija tu coś, co się nazywa utracone korzyści. Jeśli ktoś zniszczy nam maszynę do robienia lodów, to będzie musiał zapłacić nie tylko za naprawę, ale i za lody, które moglibyśmy sprzedać w czasie potrzebnym na naprawienie maszyny. Darmowa projekcja filmu spowoduje, że na płatną przyjdzie znacznie mniej ludzi. Poza tym, o czym pisałem w swoim artykule &lt;a href="http://pawelpollak.blogspot.com/2011/09/monopol-prawa-autorskiego.html"&gt;Monopol prawa autorskiego&lt;/a&gt; (przytaczam go poniżej), finanse to nie jedyna rzecz, która interesuje twórcę, równie ważne, a często ważniejsze dla niego jest, czy utwór wykonuje się, publikuje zgodnie z jego artystycznym zamysłem. Powiedzmy, że na dany utwór artysta nabywców nie ma, a ten, kto, wbrew jego woli albo nie informując go o tym, wykorzystał utwór w celach niekomercyjnych, zadbał, by ani na jotę nie odstąpić od oryginału. Czy wtedy wszystko będzie w porządku? Nie, bo utwór jest własnością autora, a z cudzej własności korzystamy wyłącznie za zgodą właściciela. Powiedzmy, że sąsiad dał nam na przechowanie komplet drugich kluczyków do samochodu. Wyjechał na urlop, a my w tym czasie postanowiliśmy korzystać z jego samochodu. Nawet jeśli nie spowodujemy żadnej szkody, zatankujemy mu z naddatkiem i wymienimy świece na nowe, to nie będziemy w porządku, bo sąsiad może być na przykład emocjonalnie mocno związany z samochodem i nie życzyć sobie, by prowadził go ktoś inny. Dla każdego jest oczywiste, że w takiej sytuacji trzeba zapytać o zgodę, tymczasem coś, co w świecie własności materialnej jest oczywiste, przestaje takie być w świecie własności niematerialnej, i w sumie nie bardzo wiadomo dlaczego. &lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2799834716621754710-3934061915340433138?l=pawelpollak.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://pawelpollak.blogspot.com/feeds/3934061915340433138/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://pawelpollak.blogspot.com/2011/09/nie-pacic-artystom.html#comment-form' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2799834716621754710/posts/default/3934061915340433138'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2799834716621754710/posts/default/3934061915340433138'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://pawelpollak.blogspot.com/2011/09/nie-pacic-artystom.html' title='Nie płacić artystom!'/><author><name>Paweł Pollak</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08286065079875201435</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2799834716621754710.post-9003215508654812307</id><published>2011-09-10T20:16:00.000+02:00</published><updated>2011-09-10T20:16:26.037+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='prawo autorskie'/><title type='text'>Monopol prawa autorskiego</title><content type='html'>&lt;p align=justify&gt;Disney, właściciel praw autorskich do „Kubusia Puchatka”, nie zgadza się na wystawianie prozy Milne'a, a Aleksandra Iwanowska, właścicielka praw autorskich do utworów księdza Twardowskiego, chce, żeby za korzystanie z tych utworów jej płacono. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Te dwa fakty skłoniły Jarosława Lipszyca do postawienia w „Życiu Warszawy” (16-17.02) i w „Gazecie Wyborczej” (22.02) tezy, że mamy do czynienia z nową cenzurą „opartą na przymusie ekonomicznym i monopolu prawa autorskiego”. Gdyby przeczytać tylko artykuł w „Wyborczej” trudno byłoby zrozumieć, o co autorowi chodzi. Sformułowanie „monopol prawa autorskiego” ma taki sam sens jak sformułowanie „monopol kodeksu karnego”. W „Życiu Warszawy” Lipszyc wyjaśnia jednak, że pod pojęciem „prawo autorskie” rozumie nie ustawę, tylko majątkowe prawa autorskie: „Podstawową zasadą prawa autorskiego jest monopol na wykorzystanie dzieła, przysługujący aktualnym posiadaczom tego prawa”. Jest to poniekąd prawda, tak samo jak prawdą jest, że właściciel samochodu ma monopol na jego wykorzystanie. Prawo autorskie opiera się bowiem na założeniu, że utwór z ekonomicznego punktu widzenia jest takim samym dobrem jak rzecz materialna i za jego stworzenie i sprzedaż należy się wynagrodzenie, a właścicielem utworu jest jego twórca i wyłącznie on decyduje (z pewnymi wyjątkami) o jego wykorzystaniu lub scedowaniu tego uprawnienia na kogoś innego. Lipszyc nazywając prawo własności „monopolem”, dokonuje manipulacji, bo wiadomo, że monopol jest zjawiskiem niekorzystnym z punktu widzenia konsumenta (w tym przypadku, skoro mówimy o prawie autorskim: odbiorcy kultury) i należy z nim walczyć. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Niezależnie od tej manipulacji artykuły Lipszyca padną na podatny grunt, bo dla wielu Polaków wspomniane założenie wcale nie jest oczywiste. Twórca w polskiej mentalności, a zwłaszcza poeta i pisarz to ktoś, kto powinien przymierać głodem, bo wiadomo, że wtedy tworzy najlepsze dzieła (dowód: „Głód” Hamsuna), a podstawowym zadaniem poety i pisarza jest zbawianie narodu, zbawiać zaś za pieniądze się nie godzi. Tymczasem znakomita większość twórców nie ma takich ambicji. Autor romansideł pisze je dla zarobku, bo lubi, bo akurat to umie, bo ma dwie lewe ręce i nie potrafi układać cegieł i w związku z tym jako murarz nie utrzymałby rodziny. Na swoje nieszczęście, bo nikomu nie przychodzi do głowy, żeby z artykułu 75 Konstytucji RP, mówiącego o zaspokojeniu potrzeb mieszkaniowych obywateli, wywodzić, że murarz powinien pracować za darmo albo żeby jego życiowy dorobek wszedł w skład majątku publicznego, jeśli nie jego decyzją (skoro woli zapisać go swoim dzieciom), to na mocy ustawy. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Tymczasem takiej kuriozalnej interpretacji konstytucji dokonuje grupa artystów teatralnych Indeks 73, o której pisze Lipszyc, i powołując się właśnie na artykuł 73, gwarantujący „wolność twórczości artystycznej” i „wolność korzystania z dóbr kultury”, domaga się prawa do wystawiania „Kubusia Puchatka” bez zgody właściciela praw autorskich. Autorzy tej inicjatywy przeczytali konstytucję dość wybiórczo, bo spełnienie ich postulatów byłoby złamaniem z kolei 64 artykułu konstytucji mówiącego o prawie własności. Poza tym wolność korzystania z dóbr kultury nie oznacza, że każdy ma prawo do zapoznania się z każdym utworem. Poeta może napisać wiersz przeznaczony wyłącznie dla wybranki serca, a muzyk wpuścić na swój występ tylko znajomych. Podobnie wolność twórczości artystycznej nie oznacza prawa do tworzenia dzieł zależnych (w tym przypadku przedstawienia teatralnego na podstawie książki) bez zgody autora oryginału. Pisarz może nie zgodzić się, żeby scenarzysta napisał na podstawie jego powieści scenariusz. Z dowolnego powodu: bo oferują mu za niską stawkę, bo uważa, że jego książka nie nadaje się na film, dlatego, że scenarzysty nie lubi albo po prostu ma taką fanaberię (artyści, jak wiadomo, miewają). I w żaden sposób nie ogranicza to wolności twórczej scenarzysty, bo nikt mu nie broni napisać oryginalnego scenariusza. Natomiast każda inna konstrukcja przepisów ograniczałaby prawa pisarza jako właściciela swego dzieła. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Te prawa i tak są ograniczone, bo przysługują autorowi i jego spadkobiercom tylko przez okres życia autora plus 70 lat po jego śmierci. Co by powiedziała rodzina, gdyby do jej domu zapukał urzędnik i oświadczył: „Dzisiaj mija 70 lat od śmierci waszego pradziadka, który zbudował ten dom, w związku z tym od 1 stycznia przyszłego roku przechodzi on na własność Skarbu Państwa i do tego czasu musicie się wyprowadzić”. Powiedziałaby, że to czystej wody bolszewizm. Dokładnie ten bolszewizm jest jednak sankcjonowany w prawie autorskim, a Lipszyc (i podobne mu głosy) opowiada się za tym, żeby go jeszcze zwiększyć. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Jakie rozwiązanie proponuje? Żeby niekomercyjne wykorzystanie utworu nie wymagało zgody właściciela praw autorskich. Twierdzi przy tym, że w żaden sposób nie naruszy to „zasady, iż uzyskanym dochodem należy się podzielić z twórcą”. Niby słusznie, wykonawca piosenki nie zarobił, nie ma się czym dzielić z autorem tekstu i kompozytorem. Tyle że taka zasada nie istnieje, twórca ma prawo do zarabiania na swoim dziele, a nie do tego, żeby wykorzystujący coś mu odpalił, jeśli sam zarobi. Bezpłatny koncert spowoduje, że organizowanie płatnego będzie mijało się z celem, co oznacza dla twórcy realną stratę. Poza tym finanse nie są jedyną kwestią braną pod uwagę przez twórcę, kiedy wyraża zgodę na wykorzystanie utworu. Autor tekstu piosenki może uważać, że dany piosenkarz nie będzie w stanie jej zinterpretować zgodnie z jego intencjami, i dlatego mu odmówić. Gdyby piosenkarz mimo to miał prawo zaśpiewać ją na koncercie, wyłącznie dlatego, że koncert jest charytatywny, oznaczałoby to pozbawienie autora kontroli nad jego własnym dziełem. A przecież często zdarza się, że twórcy udzielają zgody na wykorzystanie swoich dzieł nieodpłatnie, ale starannie pilnują, żeby utwór był wykorzystywany zgodnie z ich artystycznym zamysłem. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Przejdźmy teraz od ogółu do szczegółu i skupmy się na księdzu Twardowskim. Spadkobierczyni - tak to przedstawia prasa - jest pazerna i chce pieniędzy za udostępnianie utworów, które ksiądz udostępniał za darmo, a tym samym „zawłaszcza” - to już arcybiskup Życiński - jego poezję. Dołóżmy do tego biedne dziatki, którym zabrania się śpiewać poezję księdza, i oburzenie kilkudziesięciu intelektualistów, że pani Iwanowska podjęła kroki prawne przeciwko Wydawnictwom Uniwersytetu Warszawskiego, które nielegalnie opublikowały książkę „Otulona dobrocią”, i już mamy wroga publicznego numer 1. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Przyjmijmy, że pani Iwanowska rzeczywiście chce się na poezji księdza Twardowskiego wzbogacić. Trudno, jej prawo. Wszystkim oburzonym należy przypomnieć, że dał jej to prawo sam ksiądz Twardowski, dobrowolnie i będąc w pełni władz umysłowych. Ks. Twardowski mógł równie dobrze powołać testamentem fundację non profit, która wydawałaby między innymi jego utwory. Albo zastrzec w testamencie, że Aleksandra Iwanowska jest wprawdzie dysponentem praw do jego utworów, ale ma obowiązek udzielać zgody na ich wykorzystanie nieodpłatnie. Z jakiegoś powodu tego nie zrobił. Krytycy Iwanowskiej twierdzą, że działa ona niezgodnie z intencjami księdza Twardowskiego. Może. Tyle że kiedy syn wyprzedaje kolekcję obrazów odziedziczoną po ojcu, a ciotki uważają, że wolą ojca byłoby, żeby również po jego śmierci kolekcja pozostała nienaruszona w rodzinie, to nie wzywają do rewolucji i nie wypisują nonsensów o monopolu prawa spadkowego (że niby podstawową zasadą prawa spadkowego jest monopol na wykorzystanie spadku, przysługujący aktualnym spadkobiercom), tylko co najwyżej wnoszą pozew do sądu, kwestionując testament. Tymczasem krytycy Iwanowskiej wzywają właśnie do rewolucji. Lipszyc postuluje zmianę prawa, bo „jest niemoralne” i nie wystarczy apelować do „poczucia przyzwoitości winnego”. Na marginesie zauważmy, że winnym jest tu pani Iwanowska, która nie złamała żadnego przepisu, natomiast całkowicie w porządku są Wydawnictwa Uniwersytetu Warszawskiego, które wydały książkę, nie mając do niej praw, co jest zwykłą kradzieżą, i chociaż kraść zabrania siódme przykazanie, jakoś potępienia tego uczynku ze strony kościelnej nie słychać. Wracając do sformułowań Lipszyca: nie dowiadujemy się, na czym polega niemoralność prawa, która pozwala pisarzowi czy poecie zabezpieczyć w testamencie swoje dzieci (w większości twórcy jednak nie są księżmi) i zapewnić im dochody ze swoich dzieł. Zmiana tego prawa oznaczałaby, że twórcy byliby jedyną kategorią obywateli, po których rodzina nie mogłaby w pełni dziedziczyć. W przypadku księdza Twardowskiego (jeśli zarzuty wobec Iwanowskiej są prawdziwe, o czym nie wiemy, bo dziennikarze ani nie przedstawiają jej wyjaśnień, ani nie informują, że udzielenia takich wyjaśnień odmawia) mamy po prostu do czynienia z rozminięciem się intencji spadkodawcy z działaniami spadkobiercy. Zdarza się. Nie jest to powód ani do wywracania całego systemu prawnego, ani do bolszewickich działań, jakie proponują intelektualiści w swoim liście protestacyjnym, żeby odebrać Aleksandrze Iwanowskiej prawa do utworów ks. Twardowskiego (jak rozumiem, dekretem, a nie decyzją sądu) i przekazać je w zarząd jakiejś komisji. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Larum świętego oburzenia na Iwanowską zawiera sugestię, że spadkobierczyni pozbawia Naród należnej mu Poezji, tymczasem nic takiego nie ma miejsca. Iwanowska nie odmawia zgody na wydawanie utworów ks. Twardowskiego (do czego też miałaby prawo), a jedynie chce, żeby jej za tę zgodę płacono. Jarosław Lipszyc i arcybiskup Życiński uważają to za degrengoladę i upadek moralny, nie uważają natomiast za degrengoladę i upadek moralny faktu, że na tej samej poezji, na której chce zarobić Iwanowska, zarabia wydawca. Bo Wydawnictwa Uniwersytetu Warszawskiego książki „Otulona dobrocią” bynajmniej nie rozdają bezpłatnie, tylko sprzedają w księgarniach, kasując po 28 złotych od egzemplarza, co, wziąwszy pod uwagę, że za prawa autorskie nie zapłaciły ani złotówki, jest ceną nie tylko pokrywającą koszty wydania, ale i dającą zysk. Dlaczego w jednym przypadku chęć zarobku jest czymś zdrożnym, a w drugim nie? Bo każdy ma prawo zarobić na książce - wydawca, księgarz, redaktor - tylko poeta, kiedy chce za swoją książkę dostać przyzwoite wynagrodzenie, jest z gruntu podejrzany? Wiem, wiem, pani Iwanowska nie jest poetką. Ale poeta scedował na nią prawo zarabiania na jego utworach, więc na jedno wychodzi. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Lipszyc twierdzi, że przymus ekonomiczny jest nową formą cenzury. W domyśle, nie każdego stać, żeby zapłacić za prawo do wykorzystania utworu i trzeba coś z tym zrobić, bo jesteśmy pozbawiani dostępu do kultury. Biedny zespół dziecięcy, któremu straszna Iwanowska każe płacić za prawo śpiewania poezji ks. Twardowskiego, ilustruje tę tezę jak znalazł. Tak się składa, że przymus ekonomiczny czy raczej rachunek ekonomiczny rządzi tym światem. Są rzeczy, których człowiek potrzebuje bardziej od kultury, niezbędne do przeżycia, jak żywność, ubranie i miejsce do spania, a mimo to trzeba za nie płacić. Co więcej, przerabialiśmy już taki system, w którym człowiek miał dostawać wszystko, co mu niezbędne, nawet jeśli nie potrafił na to zarobić. Paradoksalnie okazało się, że dobra są łatwiej dostępne, jeśli trzeba za nie płacić, niż kiedy mają być za darmo, a system do dzisiaj odbija nam się czkawką. I propozycje Lipszyca nie są niczym innym jak postulatem wprowadzenia komunizmu w kulturze, zamiast kontyngentów nakładanych na chłopów mielibyśmy kontyngenty nakładane na twórców. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;(2008)&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2799834716621754710-9003215508654812307?l=pawelpollak.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://pawelpollak.blogspot.com/feeds/9003215508654812307/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://pawelpollak.blogspot.com/2011/09/monopol-prawa-autorskiego.html#comment-form' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2799834716621754710/posts/default/9003215508654812307'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2799834716621754710/posts/default/9003215508654812307'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://pawelpollak.blogspot.com/2011/09/monopol-prawa-autorskiego.html' title='Monopol prawa autorskiego'/><author><name>Paweł Pollak</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08286065079875201435</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2799834716621754710.post-8276227521851231933</id><published>2011-09-03T20:30:00.002+02:00</published><updated>2011-09-12T13:15:50.319+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='książki'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='wydawnictwa'/><title type='text'>„Kanalia” na Kindle</title><content type='html'>&lt;p align=justify&gt;Proszę państwa, oto pisarz &lt;a href="http://pawelpollak.blogspot.com/2011/06/pisarzu-nie-zostawaj-indie.html"&gt;wycofany, spoczynkowy i podłączony&lt;/a&gt;, ryzykując ciężki szok poznawczy u panów Kowalczyka i Sowy, którym wydaje się, że tylko oni słyszeli o Internecie, zamieścił swoją książkę w &lt;a href="http://www.amazon.com/Kanalia-Polish-Edition-ebook/dp/B005JT5S36#_"&gt;Kindle Store&lt;/a&gt;. Amerykańska cena jest z narzutami dla Europejczyków (czytelnicy w Stanach widzą niższą), ale powieść, również w wersji bezpośrednio na Kindle’a, można nabyć taniej w &lt;a href="http://szwedzka.pl/ksiegarnia/13-pawel-pollak-kanalia.html"&gt;mojej księgarni&lt;/a&gt;. &lt;/p&gt;&lt;br /&gt;&lt;div class="separator" style="clear: both; text-align: center;"&gt;&lt;a href="http://2.bp.blogspot.com/-bQkkBV88lUk/Tm3p05kfjMI/AAAAAAAAAEU/25MCAP4nxQU/s1600/rekanoz_okl.png" imageanchor="1" style="margin-left:1em; margin-right:1em"&gt;&lt;img border="0" height="320" width="214" src="http://2.bp.blogspot.com/-bQkkBV88lUk/Tm3p05kfjMI/AAAAAAAAAEU/25MCAP4nxQU/s320/rekanoz_okl.png" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;p align=justify&gt;A teraz jak do tego doszło. Ponieważ interesuje mnie wszystko, co związane z książkami, także kwestie prawne i techniczne, zakupienie czytnika było tylko kwestią czasu. Zwlekałem z tym, bo wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazywały, że jako czytelnikowi to urządzenie niespecjalnie mi się przyda, aż trafiłem na blog Roberta Drózda &lt;a href="http://swiatczytnikow.pl/"&gt;Świat Czytników&lt;/a&gt;, będący po prostu kopalnią (rzetelnej) wiedzy o wszystkim, co związane z Kindle’em (pan Robert &lt;a href="http://swiatczytnikow.pl/powiesc-kanalia-z-papieru-na-kindle/"&gt;zdążył&lt;/a&gt; już zresztą napisać o „Kanalii”). Mając instrukcję typu &lt;i&gt;idiotensicher&lt;/i&gt;, jak kupić Kindle’a, żeby nie przepłacić ani złotówki i jak potem się nim posługiwać, nie mogłem się już oprzeć, choć autor, sam ogromnie zafascynowany czytnikami, lojalnie uprzedzał, że dla niektórych mogą okazać się zbędnym gadżetem. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Kiedy już dostałem Kindle’a, najpierw zainteresował mnie jako pisarza. Od pewnego czasu próbuję znaleźć wydawnictwo, które zechciałoby wznowić „Kanalię”, ale że pierwsze wydanie sprzedało się średnio, o chętnych trudno. Miałem propozycję od wydawcy prowadzącego dystrybucję w kioskach, co na wznowienie jest niezłym pomysłem, bo kioskowa sprzedaż jest nieporównywalnie wyższa niż ta w tradycyjnych księgarniach, ale zażądał ode mnie skrócenia książki o… połowę. Mogłem się tylko popukać w czoło. Popukałem się zresztą też na swój rachunek, bo warunki oferował bardzo przyzwoite i rezygnowałem najwyraźniej z niezłych pieniędzy, ale są jakieś granice prostytuowania się. Przy braku perspektyw na papierowe wznowienie, uznałem, że nic nie stoi na przeszkodzie, by udostępnić „Kanalię” w formie elektronicznej. Przygotowując tekst do ponownej publikacji, odkryłem, że pierwsze wydanie zostało wydrukowane w… wersji redaktorskiej. Jak to się stało? Po dość pobieżnej redakcji dostałem książkę do korekty autorskiej, zrobiłem ją i odesłałem tekst, który powinien pójść do druku. Tymczasem zamiast do druku, trafił do ponownej redakcji (teraz znacznie dokładniejszej), w czym nie byłoby nic złego, gdyby tylko ktokolwiek z wydawnictwa zechciał mnie poinformować, że jest robiona druga redakcja i pozwolił mi się do niej odnieść. Uznano jednak, że autor w procesie wydawniczym jest mało istotny i skierowano książkę bezpośrednio do druku, nie pytając mnie, czy te nowe redaktorskie poprawki mi odpowiadają. A ja oczywiście nie miałem żadnego powodu, żeby sprawdzać, czy gotowa książka odpowiada zaakceptowanej przeze mnie wersji. Podsumowanie mojej pisarskiej kariery wypada więc następująco: wydałem cztery książki swojego autorstwa, z czego przy trzech wydawnictwo albo mnie &lt;a href="http://pawelpollak.blogspot.com/2011/05/uczciwy-wydawca-poszukiwany.html"&gt;oszukało&lt;/a&gt;, albo w sposób rażący naruszyło moje prawa autorskie. Nie okantował mnie tylko wydawca poradnika, ale pewnie dlatego, że byłem nim sam i mogłem patrzeć sobie na ręce dwadzieścia cztery godziny na dobę.&lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Dopiero więc teraz miałem okazję zrobić korektę autorską i ta wersja „Kanalii”, która jest w postaci elektronicznej, jest tą „ortodoksyjną”. Poza opisami, które są w księgarniach, o „Kanalii” można poczytać też na blogu, pisałem wcześniej o tym, &lt;a href="http://pawelpollak.blogspot.com/2010/07/powiesciowe-miejsca-akcji.html"&gt;gdzie umiejscowiona jest akcja&lt;/a&gt; i jaki był &lt;a href="http://pawelpollak.blogspot.com/2010/12/recepcja-kanalii.html"&gt;odbiór powieści&lt;/a&gt;. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Ponieważ wydanie elektroniczne powstało głównie z myślą o czytelnikach posiadających Kindle’a, strzeliłbym sobie w kolano, odradzając zakup czytnika. Ale tak jednak zrobię, gdyż po trzech miesiącach użytkowania jestem raczej na nie. Nie mam wątpliwości, że czytniki w przyszłości wyprą papier, ale zanim to nastąpi, musi upłynąć znacznie więcej wody, niż to się apologetom e-booków wydaje. A na razie zwyczajnie nie ma czego na Kindle’u czytać (a konkurencyjnego polskiego czytnika nie ma). Polskie e-booki są drogie, często tak zabezpieczone, że nie da się ich na Kindle’u otworzyć, a jeśli niezabezpieczone, to w formacie dla Kindle’a nieodpowiednim. No i jest ich mało. Normalnie, dobierając sobie lekturę, rozglądam się za tytułami, które mogą mnie zainteresować, i jeśli na taki trafię, książkę po prostu kupuję, przy czym dotarcie do niej nie stanowi na ogół żadnego problemu, praktycznie wszystkie wydawnictwa prowadzą sprzedaż ze swoich stron internetowych, a jeśli nakład się wyczerpał, ratunkiem jest Allegro. W przypadku czytnika zauważyłem (też u innych) taką reakcję, że człowiek zaczyna się rozglądać: co tu by się dało na tym przeczytać. Czyli nie czyta się tego, co chce się czytać, tylko to, co jest dostępne. No i żeby znaleźć coś do czytania, często trzeba przebić się przez zalew grafomańskich pozycji, a ja zwyczajnie nie mam na to czasu. Jeśli wchodzę na jakąś platformę e-bookową i widzę nazwisko Aleksander Sowa, to robię w tył zwrot, bo nie mam ochoty sprawdzać, ilu jeszcze sowopodobnych „pisarzy” zamieściło tam swoje wypociny. Bo przecież znalezienie książki zdatnej do czytania nie oznacza jeszcze, że zainteresuje mnie ona ze względu na temat, ujęcie tematu, język, wrażliwość autora i tak dalej. Zdecydowanie wolę w tym czasie przejrzeć dziesięć papierowych pozycji, o których wiem, że wszystkie przeszły przez sito odsiewające grafomańskie płody, żeby z tych dziesięciu wyłuskać tę jedną, która do mnie trafi. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;A z innymi językami wcale nie jest lepiej. Szwedzkie e-booki byłyby dla mnie zbawieniem, bo koszty wysyłki książek ze Szwecji do Polski są horrendalne, ale szwedzki rynek e-booków bardzo przypomina polski. E-booki są w cenie wydań kieszonkowych, które normalnie kupuję, albo często dwa, trzy razy droższe, zabezpieczone przed czytaniem na innych czytnikach niż ten powiązany z księgarnią. Znalazłem jedną stronę z darmowymi książkami, które wcześniej ukazały się na papierze, to wszystkie były w pdf. Ściągnąłem sobie książkę, przekonwertowałem, to mi ją pokaszaniło. Taka sama porażka w Niemczech. Zainteresowały mnie wydane przez W.A.B. opowiadania Ferdinanda von Schiracha pt. „Przestępstwo”. Ponieważ, jeśli ma się taką możliwość, lepiej czytać książkę w oryginale, a W.A.B. nie jest tym wydawnictwem, w którym najchętniej zostawiam swoje pieniądze, poszukałem niemieckiego e-booka. W amerykańskim Amazonie (polski właściciel Kindle’a w Amazon.de zakupów robić nie może) nie było. W efekcie kupiłem papierowe wydanie, będąc w Niemczech. Nawiasem mówiąc, opowiadania bardzo polecam, są rewelacyjne.&lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Powyższe zastrzeżenia nie dotyczą osób czytających po angielsku, bo tu wybór jest rzeczywiście bardzo duży, ostatecznie za Kindle’em stoi potężny Amazon. Ja angielskiego na tyle nie znam, w całym swoim życiu przeczytałem w tym języku dwie książki, przy czym „przeczytałem” nie jest tu właściwym słowem, przebiłem się przez nie ze słownikiem w ręku. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Dostępność książek z czasem będzie się oczywiście poprawiała, ale mam do czytnika też zastrzeżenia natury bardziej fundamentalnej. Podstawowe jest takie, że to urządzenie techniczne. A urządzenia techniczne się psują. Książka mi się nie zepsuje. Przez te trzy miesiące nastawiłem się na korzystanie z czytnika, więc wychodząc z domu brałem go zamiast książki. I przeżyłem niemiłe zaskoczenie, kiedy w kolejce do dentysty odkryłem, że rozładowała się bateria, która miała trzymać miesiąc czy dwa, i jestem skazany na czasopisma pisujące o majtkach czy braku majtek Dody. Poza tym, o ile sam czytnik rzeczywiście jest lekki i poręczny, o tyle w futerale wcale nie, waży chyba więcej niż przeciętna książka w miękkiej oprawie, ale nosić go bez futerału strach, bo można zarysować ekran. Natomiast na plus trzeba powiedzieć, że urządzenie jest wysokiej jakości i spełnia swoją rolę, to znaczy przy czytaniu nie męczy wzroku. Z ekranami wykonanymi w technologii e-papieru zetknąłem się już wcześniej, szukając antidotum na bóle głowy, które odczuwałem pracując przy komputerze. Znalazłem wtedy &lt;a href="http://pawelpollak.blogspot.com/2010/11/pixel-qi.html"&gt;monitor 3Qi&lt;/a&gt; firmy Pixel Qi, będący połączeniem klasycznego LCD z e-papierem. Ponieważ 3Qi jest dosyć ciemny i wymaga skierowania nań jakiegoś źródła światła, Kindle’a kupiłem od razu z lampką, będąc przekonanym, że jest niezbędna. Tymczasem ekran Kindle’a okazał się dużo bardziej kontrastowy i spokojnie można z niego korzystać nawet przy słabym oświetleniu, lampka przydaje się tylko w (prawie) zupełnych ciemnościach (wreszcie będzie można czytać, kiedy wyłączą prąd). Nie wiem, czy lepszy ekran Kindle’a jest wynikiem tego, że technologia poszła do przodu, czy też to połączenie z LCD nie pozwala na osiągnięcie dobrego kontrastu. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Oczywiście to, że jakieś urządzenie może się zepsuć, nie jest powodem, żeby z niego nie korzystać. Ale wygoda, jaką zapewnia, rekompensuje zwykle z nawiązką uciążliwości, jakie powoduje konieczność napraw (choć czasami człowiek się zdumiewa, ile rzeczy i na ile sposobów potrafi się popsuć). Ale właśnie w przypadku wymiany książki papierowej na czytnik tych korzyści nie widzę. Zwolennicy czytników podkreślają na przykład, że można umieścić w nich całą bibliotekę. Tylko że ja nie potrzebuję chodzić z całą biblioteką po mieście, jedna książka na zajęcie czasu, kiedy trzeba na coś czekać, w zupełności wystarcza. Rzeczywiście trochę inaczej wygląda to w przypadku wyjazdu, na który nie można wziąć zbyt wiele bagażu. W filmie „Apollo 13” astronauci w uszkodzonej rakiecie muszą włożyć kwadratowe wkłady do okrągłych filtrów powietrza (albo odwrotnie). W centrum kontroli lotów jeden z szefów przygotowuje repliki wszystkich rzeczy, które astronauci mają na pokładzie, i demonstrując w jednej ręce kwadratowy, a w drugiej okrągły przedmiot, poleca pracownikom: „musicie włożyć to do tego za pomocą tego [co na stole]”. Szykując się do wyjazdu na dwutygodniową wycieczkę rowerową pod namiot, przygotowałem, co musiałem zabrać, wziąłem sakwy rowerowe, postawiłem jedno obok drugiego, popatrzyłem na bagaż znacznie przekraczający pojemność sakw, przypomniał mi się film i wydałem sobie polecenie: „teraz musisz włożyć to do tego”. Wtedy czytnik by mi się przydał. Tyle że rozwiązując jeden problem, stwarza nowe. Bo książka jako przedmiot jest generalnie mało warta, a w obcym kraju ma już w ogóle status makulatury, więc nikt mi jej nie ukradnie. Czytnika na plaży trzeba będzie pilnować. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Czytnik niezbyt też mnie zachwyca jako pisarza. No bo jak tu złożyć autograf czy napisać dedykację? No i papier jest trwalszy. Książki sprzed pięciuset lat wciąż mamy i możemy je czytać, czy za pięćset lat ktoś będzie w stanie odczytać cokolwiek z płyty CD, jeśli w tej chwili praktycznie przepadły rzeczy zapisane na dyskietkach? W „Apokryfie Agłai” Jerzy Sosnowski opisuje entuzjazm pisarza, który dostaje do ręki swoją pierwszą wydrukowaną książkę. To jest śmieszne, ale tak właśnie człowiek się zachowuje. Trudno mi sobie wyobrazić, by podobną euforię przeżywał pisarz, który swoją debiutancką powieść dostanie na Kindle’a. To jest trochę jak z pieniędzmi: sto tysięcy dolarów zapisane na koncie ma dokładnie taką samą wartość jak sto tysięcy dolarów w gotówce, ale wrażenie na widok banknotów jest zupełnie inne. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Ale żeby nie być tak zupełnie na nie (zresztą napisałem: raczej), to dwie zalety Kindle’a dostrzegam. Po pierwsze lepiej nadaje się do czytania kryminałów, bo ze względu na małe strony wzrok nie powędruje zbytnio naprzód i nie dowiemy się za wcześnie kto zabił. A po drugie, kiedy człowiek jest w takim nastroju, że nie ma ochoty na nic z domowego księgozbioru, wejście do księgarni i ściągnięcie nowej książki to kwestia kilku minut. No ale właśnie nie w Polsce. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;PS. Czy jakiś fachman od grafiki mógłby mi wyjaśnić, dlaczego ta sama okładka, która na &lt;a href="http://www.szwedzka.pl/nissaba.html"&gt;stronie wydawnictwa&lt;/a&gt; ma wyraźne napisy, po wrzuceniu tutaj zrobiła się rozmazana? &lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2799834716621754710-8276227521851231933?l=pawelpollak.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://pawelpollak.blogspot.com/feeds/8276227521851231933/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://pawelpollak.blogspot.com/2011/09/kanalia-na-kindle.html#comment-form' title='Komentarze (7)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2799834716621754710/posts/default/8276227521851231933'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2799834716621754710/posts/default/8276227521851231933'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://pawelpollak.blogspot.com/2011/09/kanalia-na-kindle.html' title='„Kanalia” na Kindle'/><author><name>Paweł Pollak</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08286065079875201435</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://2.bp.blogspot.com/-bQkkBV88lUk/Tm3p05kfjMI/AAAAAAAAAEU/25MCAP4nxQU/s72-c/rekanoz_okl.png' height='72' width='72'/><thr:total>7</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2799834716621754710.post-2407562442195178299</id><published>2011-08-27T20:30:00.001+02:00</published><updated>2011-08-27T20:30:00.979+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Kościół'/><title type='text'>Leczenie krzyżem</title><content type='html'>&lt;p align=justify&gt;Pacjent ateista leżący w szpitalu im. Witolda Orłowskiego w Warszawie, będący na sali sam, zdjął ze ściany krucyfiks i położył go stole. Oburzył tym salową, która uznała, że „pozycja pozioma krzyżowi uwłacza”, i pielęgniarkę, która pouczyła go, że na wiszący naprzeciw jego łóżka krzyż wcale nie musi patrzeć. Obie panie wyłuszczyły znajomej pacjenta, że „większość społeczeństwa jest katolicka, więc mógłby dać spokój i być choć odrobinę tolerancyjny”. „Gazeta Wyborcza”, która &lt;a href="http://wyborcza.pl/1,75478,10118864,Krzyz_nad_chorym.html"&gt;opisała&lt;/a&gt; zdarzenie, poprosiła o opinię Halinę Bortnowską, szefową Rady Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka oraz Marka Balickiego, byłego ministra zdrowia, obecnie posła SLD. Oboje byli zgodni, szpital to dla pacjenta przedłużenie czy namiastka domu, więc krzyż może w sali szpitalnej wisieć.&lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Zacznijmy od salowej i pielęgniarki. Formułowanie koncepcji, że pozycja pozioma krzyżowi uwłacza, świadczy o tym, że pani katoliczka salowa nie widziała pogrzebu Jana Pawła II (ani żadnego innego katolickiego pogrzebu albo w czasie mszy żałobnej zastanawiała się, jak będzie wyglądała jej następna fryzura), bo na wieku trumny papieża znalazł się krzyż właśnie w pozycji horyzontalnej. I taką pozycję zwykle na trumnach przyjmuje. Pani salowa powinna więc złożyć doniesienie do prokuratury, że Kościół w czasie swoich ceremonii obraża jej uczucia religijne i zażądać również ścigania Watykanu (prokuratura ma już doświadczenie, skoro zajmowała się ochroną dobrego imienia głowy Państwa Watykańskiego). Powoływanie się na fakt, że większość społeczeństwa jest katolicka, pokazuje, że obie panie katoliczki (podobnie jak znakomita większość ich współwyznawców) do dziś nie pojęły, że współczesna demokracja polega na poszanowaniu praw mniejszości. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Interesujący jest dobór przez gazetę ekspertów komentujących zdarzenie. Z jednej strony teolog, z drugiej poseł SLD. Teoretycznie więc eksperci z dwóch stron barykady, ale właśnie tylko teoretycznie, bo drugiej lewicowej partii tak gorliwie podlizującej się Kościołowi ze świecą szukać. Eksperci mają takie samo zdanie, co jednak nie skłania „Gazety” do zrezygnowania z publikacji opinii jednego z nich i poszukania eksperta, który przedstawiłby pogląd przeciwny. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Twierdzenie, że szpital jest przedłużeniem czy namiastką domu, jest nieprawdziwe: żaden pacjent nie traktuje szpitala jako domu. Przeciwnie, wie, że musi liczyć się z ograniczeniami i niedogodnościami, których w domu nie ma. I każdy chce ze szpitala jak najszybciej uciec. Ale nawet gdyby z twierdzeniem Bortnowskiej i Balickiego się zgodzić, to powstaje pytanie, dlaczego ma to być przedłużenie domu osoby wierzącej, a niewierzącej już nie. Zdjęcie ilustrujące artykuł przedstawia fronton szpitala z czytelnym napisem, że to szpital publiczny. Publiczny, czyli utrzymywany z podatków, publiczny, czyli taki, który ma obowiązek respektować konstytucyjną zasadę neutralności światopoglądowej, a więc być wolny od religijnych symboli. Jak pani pielęgniarka z salową zatrudnią się w szpitalu zakonnym czy prowadzonym przez jakąś katolicką fundację, wtedy będą mogły sobie protestować przeciwko zdejmowaniu krzyży.&lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Respektowanie neutralności światopoglądowej przez instytucję publiczną akurat w przypadku szpitala nie wiąże się z żadną niedogodnością dla katolików, gdyż każdy pacjent ma do swojej prywatnej dyspozycji kawałek przestrzeni – stolik, ścianę nad łóżkiem – w której może umieścić krzyży do woli. Choć podejrzewam, że gdyby taki pacjent zechciał sobie przybić krzyżyk nad łóżkiem, wtedy panie salowa z pielęgniarką zmieniłyby front i zabroniły mu tego, krzycząc, że nie ma zgody na dziurawienie ścian. Bo w całej tej sytuacji nie chodzi o komfort pacjentów (zresztą żadnych innych poza tym niechcącym krzyża nie było), tylko o pokazanie, że w tym miejscu rządzą katolicy. I dlatego krzyż musi wisieć tak, by niejako obejmował całą salę. Krucyfiks na stoliku nie miałby już tej wymowy, byłby prywatnym wyrazem wiary, a więc nie spełniałby swej roli. Ateiści niech sobie gardłują o swoich prawach, ale Polska zawsze była katolicka, największy papież był Polakiem, więc nawet jeśli jakiś odmieniec nie wierzy, to i tak ma obowiązek być kulturowym katolikiem, a tych, do których to nie dociera, odpowiednio się spacyfikuje: powiesi się im krzyż w Sejmie, wprowadzi religię w szkole, na pogrzeb zawoła księdza. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Bortnowska stwierdza, że wiszący krzyż nie stanowi „ujmy dla ludzi niewierzących”. Polemizuje w ten sposób z wymyśloną przez siebie tezą (wygodne, gdyż dużo łatwiej obalić argument, który się adwersarzowi włoży w usta, niż ten naprawdę przezeń sformułowany), bo żaden niewierzący nie odbiera krzyża powieszonego w instytucji publicznej jako czegoś, co urąga jego godności. Krzyż przeszkadza, bo tworzy religijną atmosferę tam, gdzie jej nie powinno być, irytuje, bo stanowi jaskrawy dowód, że nie żyjemy w neutralnym światopoglądowo państwie, chociaż gwarantuje to konstytucja, ale przecież nie jest dla ateisty obraźliwy. Co najwyżej, jeśli jest to krucyfiks, powoduje nieprzyjemne wrażenia, bo przedstawia człowieka torturowanego i cierpiącego. No ale katolicy na cudze cierpienie, w tym założyciela ich własnej religii, są najwyraźniej wyjątkowo odporni. Swoją drogą ciekawe, że przedstawiciele religii, której „aktem założycielskim” była okrutna śmierć, w imię swej wiary przez stulecia mordujący współwyznawców i innowierców, nazywają teraz cywilizacją śmierci liberalny ustrój, w którym życie ludzkie jest szanowane jak nigdy dotąd w historii. &lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2799834716621754710-2407562442195178299?l=pawelpollak.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://pawelpollak.blogspot.com/feeds/2407562442195178299/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://pawelpollak.blogspot.com/2011/08/leczenie-krzyzem.html#comment-form' title='Komentarze (3)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2799834716621754710/posts/default/2407562442195178299'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2799834716621754710/posts/default/2407562442195178299'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://pawelpollak.blogspot.com/2011/08/leczenie-krzyzem.html' title='Leczenie krzyżem'/><author><name>Paweł Pollak</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08286065079875201435</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>3</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2799834716621754710.post-3187493472498428292</id><published>2011-08-20T20:30:00.001+02:00</published><updated>2011-08-20T20:30:01.748+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='varia'/><title type='text'>Szwedzi versus Polacy</title><content type='html'>&lt;p align=justify&gt;Temat Szwedów zaproponował jeden z komentujących i propozycja przypadła mi do gustu, choć wyszło mi tak bardziej porównawczo. &lt;br /&gt;Szwedów bardzo cenię i wiele ich cech z chęcią przeniósłbym na polski grunt. Na przykład świetną organizację państwa i społeczeństwa. Tłumaczyłem teraz dokumenty w sprawie kradzieży roweru, dokonanej przez Polaka w szwedzkim sklepie. Kradzież dokonana w ubiegłym roku 17 sierpnia, złodziej złapany na gorącym uczynku, akt oskarżenia skierowany do sądu 18 sierpnia, wyrok wydany 20 sierpnia. Bez żadnych ustaw o postępowaniu 24-godzinnym, po prostu szybko i sprawnie, bo duperelami nie ma co zajmować się całe wieki. Polski wymiar sprawiedliwości grzebie się z tą sprawą po roku i, jak ten wymiar znam, będzie się nią zajmował jeszcze długo. I nie jest to kwestia tylko pieniędzy albo nie przede wszystkim pieniędzy, lecz organizacji. Większość szwedzkich dokumentów jest na przykład znacznie krótsza niż ich polskie odpowiedniki, a więc potrzeba mniej czasu na ich sporządzenie. Treści jest oczywiście tyle samo, ale po polsku musi być długo, kwieciście i urzędowo, żeby dokument miał należytą wagę. Po szwedzku wystarczy napisać, że podejrzanego aresztowano, po polsku musi być, że „zastosowano środek zapobiegawczy w postaci tymczasowego aresztowania”. Szwedzki akt oskarżenia jest podsumowaniem śledztwa, bo przecież całą dokumentację sędziowie mają do wglądu, i jeszcze nie widziałem takiego, który miałby więcej niż dwie stroniczki (trzy przy najcięższych przestępstwach), w polskim przytacza się większość ustaleń ze śledztwa, więc powstają obszerne elaboraty. W efekcie w tym samym czasie, kiedy polski prokurator sporządzi dwa akty oskarżenia, jego szwedzki kolega napisze dziesięć czy piętnaście. Jakby się ktoś zastanawiał, dlaczego u nas procesy trwają latami, to tu ma jedną z przyczyn.&lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Cechą sprzyjającą dobrej organizacji jest umiejętność dyskutowania i nastawienie w dyskusji na rozwiązanie problemu. Szwed, nie przerywając, wysłuchuje argumentów kontrdyskutanta, a potem się do nich odnosi. Polaka argumenty kontrdyskutanta nie interesują, bo jego celem jest zazwyczaj danie świadectwa własnym przekonaniom i wyłuszczenie przeciwnikowi, że nie ma racji. Stąd przerywanie w pół słowa i wygłaszanie monologów mających raczej luźny związek z kwestiami, jakie podnosił rozmówca. Raz zdarzyło mi się zaobserwować zderzenie tych dwóch stylów dyskusji w czystej postaci. Polak mówił i mówił, skoro rozmówca mu nie przerywał, a Szwed z coraz bardziej nietęgą miną czekał, aż ten skończy, najpierw przekonany, a potem już tylko mając nadzieję, że Polaka jego opinia w tej sprawie interesuje i dopuści go do głosu. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;To dostrzeganie drugiej osoby, a nie skupianie się wyłącznie na sobie objawia się też w panującej w Szwecji ciszy. Hałas to jest coś, co innym przeszkadza, więc nie należy go bez potrzeby powodować. Impreza (w tym na przykład również wesele!) nie może trwać za długo w noc, bo inni muszą się wyspać. Kiedy mieszkałem w szwedzkim akademiku, co sobotę odbywała się impreza, muzyka na cały regulator, śmiechy, krzyki, ale zawsze o pierwszej w nocy jak nożem uciął zapadała cisza. Bez proszenia, wskazywania, że taki jest przepis, bez wzywania służb porządkowych. I kiedy człowiek do tej ciszy przywyknie, trudno wrócić tutaj, gdzie tramwaje przeraźliwie piszczą, bo nie wiadomo dlaczego szwedzkie mogą jeździć cicho, a polskie nie, gdzie dozorczyni drze jadaczkę o szóstej rano, bo „rozmawia” z kimś, kto stoi przy drugim końcu bloku, i do głowy jej nie przyjdzie, że nie wszyscy wstają o tej porze co ona, gdzie kundle ujadają dwadzieścia cztery godziny na dobę, bo „pies jest od tego, żeby szczekał”, gdzie świat należy do imprezowiczów, a nie do tych, którzy wstają do pracy. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Jak Szwed odbiera styl i hałaśliwość naszych rozmów, pokazują wrażenia Andersa Bodegårda, tłumacza literatury polskiej na szwedzki (przekładał m.in. Gombrowicza i Szymborską). Na początku lat 80. Bodegård został zatrudniony jako lektor na Uniwersytecie Jagiellońskim. Jeden z wykładowców zaprosił go do siebie do domu, a Bodegård tak później relacjonował tę wizytę: „Myślałem, że trafiłem akurat na jakąś dziką awanturę i kuliłem się ze strachu. Dopiero potem zorientowałem się, że chociaż oni na siebie krzyczą, to wcale się nie kłócą. Był to zupełnie normalny wieczór w zupełnie normalnym polskim domu, Polacy tak po prostu ze sobą rozmawiają”. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Szwedzkim pisarzom zazdroszczę nie tylko ciszy, w jakiej mogą tworzyć, ale też czytelników. Szwedzi kupują książki i je czytają, a przy tym pisarza traktują normalnie. Zawód jak każdy inny, ot, opowiadacz historii. Polacy stawiają pisarza na piedestale, ale z czytaniem już gorzej. Na Szwedzie informacja, że jestem pisarzem, nie robi większego wrażenia, niż gdybym powiedział, że jestem fizykiem czy pilotem, ale gdybym pisał po szwedzku, zapewne moją twórczość by znał, u rodaków dostrzegam wyraźny podziw, który jednak nie skłania ich do sięgnięcia po książkę. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Ze wskazaniem, co mi się u Szwedów nie podoba, mam natomiast spory kłopot. Z jednej strony dlatego, że ich charakter mi pasuje, z drugiej strony rzadko ostatnio w Szwecji bywam, co sprzyja idealizowaniu. Na pewno nie lubię ich poprawności politycznej. Szwed obawiając się zarzutu o rasizm, za nic nie zgłosi pretensji, że sąsiad Arab czy Murzyn hałasuje, choć przecież z kolorem skóry tamtego nie ma to żadnego związku. Przy czym jest w tym pełna hipokryzja, bo Szwedzi imigrantów wcale nie lubią, tyle że skrzętnie to ukrywają. Ale wielokrotnie mogłem zaobserwować, jak zmieniało się nastawienie rozmówcy, gdy dowiadywał się, że pierwsza ocena mojej osoby, jakiej dokonał (gość ma ciemne włosy i mówi po szwedzku, a nie po angielsku, ergo: pieprzony imigrant), jest błędna i wcale w Szwecji nie mieszkam. Po informacji, że filologię szwedzką studiowałem na polskim uniwersytecie, pojawiał się już niekłamany podziw, a jak doceniają, że tłumaczy się ich literaturę, najlepiej oddają słowa Stewe’a Claesona (szwedzkiego pisarza, na polski niestety, nie licząc fragmentów w jednej z antologii, nietłumaczonego): „My powinniśmy tym ludziom kłaniać się w pas i dziękować, że chcą uczyć się języka tak małego narodu i przekładać nasze książki”. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;PS. Obie wypowiedzi, Bodegårda i Claesona, cytuję tak, jak je zapamiętałem ze spotkań z nimi. &lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2799834716621754710-3187493472498428292?l=pawelpollak.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://pawelpollak.blogspot.com/feeds/3187493472498428292/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://pawelpollak.blogspot.com/2011/08/szwedzi-versus-polacy.html#comment-form' title='Komentarze (6)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2799834716621754710/posts/default/3187493472498428292'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2799834716621754710/posts/default/3187493472498428292'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://pawelpollak.blogspot.com/2011/08/szwedzi-versus-polacy.html' title='Szwedzi versus Polacy'/><author><name>Paweł Pollak</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08286065079875201435</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>6</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2799834716621754710.post-4295103401148542994</id><published>2011-08-13T20:30:00.003+02:00</published><updated>2011-08-14T12:34:59.708+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='etyka'/><title type='text'>Breivik a kara śmierci</title><content type='html'>&lt;p align=justify&gt;Zbrodniczy czyn norweskiego terrorysty wywołał na nowo dyskusję o karze śmierci i uaktywnił przeciwników tej kary, którzy uznali za konieczne przeciwstawić się głosom, że więzienie dla kogoś, kto z zimną krwią morduje siedemdziesiąt siedem osób, w tym dzieci albo rodziców na oczach dzieci, jest daleko niewystarczającą sankcją.&lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Jednym z tych przeciwników jest teolog i filozof Halina Bortnowska, którą przepytała Ewa Siedlecka, wcielając się w zwolenniczkę kary śmierci, choć po pytaniach widać, że tylko na okoliczność &lt;a href="http://wyborcza.pl/1,75477,10039247,Bywa_zlo__ktorego_nic_nie_wyrowna.html"&gt;tego wywiadu&lt;/a&gt;. Rzekomo zwolennicy kary śmierci mają cztery argumenty, Siedlecka po kolei je przedstawia, a Bortnowska obala. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Na zarzut, że więzienie jest w tym przypadku karą niewspółmierną do czynu, Bortnowska odpowiada, że „ogrom zbrodni bywa taki, że żadna kara nie jest odpowiednia”. A ja nie rozumiem, dlaczego z tego ma wypływać wniosek, że nie można zastosować najsurowszej kary, jaką dysponujemy. Skoro nawet kara śmierci jest niewspółmierna do czynu Norwega, to należałoby raczej rozejrzeć się za tym, jak ją zaostrzyć i zastanowić się, czy nie trzeba wrócić do darcia pasów przed egzekucją, a nie stosować karę łagodniejszą. Bo dlaczego w takim razie więzienie, które też jest dość opresyjne, a nie na przykład mandat?&lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Następnie Bortnowska kwestionuje „ideę sprawiedliwości jako prawa do odwetu czy (...) odpłaty”, bo „jedynym wyjściem jest wyrównywanie zła przez dobro”. Ciekawe, że Bortnowska tę ideę kwestionuje tylko w przypadku kary śmierci. Bo więzienie jest takim samym odwetem czy odpłatą. Gdyby ktoś z rodziny ofiar Breivika, zrozpaczony i zdesperowany, wymierzył teraz samodzielnie sprawiedliwość i pomścił śmierć swego dziecka, zabijając tego degenerata, Bortnowska zapewne nie protestowałaby przeciwko zamknięciu go do więzienia. A w tym przypadku kara więzienia nie spełniałaby nawet jednej ze swych zasadniczych roli, odizolowania niebezpiecznego przestępcy od społeczeństwa, bo byłoby aż nazbyt oczywiste, że ten człowiek nikomu więcej by nie zagrażał. A skoro mamy wyrównywać zło przez dobro, to dlaczego jakieś przesłuchania, trzymanie w zamknięciu, grożenie procesem? Więzienie to przecież też zło, pokaz siły państwa, „miażdżenie człowieka przez tryby sprawiedliwości”, żeby użyć sformułowania samej Bortnowskiej. Z tym że ona odnosi je tylko do kary śmierci. Nie protestuje przeciwko zamykaniu w więzieniu na przykład złodziei, choć tu prędzej za sprawiedliwe można by uznać odstąpienie od karania złodzieja, który zwrócił, co ukradł, i zapłacił poszkodowanemu nawiązkę. Ale jakoś nie widzę, by Bortnowska prowadziła krucjatę przeciwko karze pozbawienia wolności za czyny, w których następstwie pokrzywdzony poniósł tylko stratę materialną, a więc dającą się w pełni zrekompensować bez zamykania winnego w więzieniu.&lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;„Wyrównywanie zła przez dobro” brzmi szlachetnie i podnosi człowieka we własnych oczach, odróżnia go od tych krwiożerczych barbarzyńców dyszących zemstą. Tylko co to ma znaczyć w tym konkretnym przypadku? Przecież zamknięcie na dwadzieścia lat z możliwością przedłużania wyroku w nieskończoność, gdyby okazało się, że zagrożenie nie minęło, nie jest żadnym dobrem. Nawiasem mówiąc Bortnowska takie rozwiązanie pochwala, tymczasem taka konstrukcja prawa, w której skazany nie wie, ile będzie siedział, jest sprzeczna z zasadą, że pozbawionym wolności można być tylko na podstawie wyroku sądowego za konkretne przestępstwo. Nie wolno trzymać człowieka w zamknięciu dlatego, że może coś zrobić. Skoro za swoje winy odpokutował, trzeba go wypuścić. Jeśli uznaje się, że wystarczającą pokutą za zabicie 77 osób jest dwadzieścia lat więzienia, to po tych dwudziestu latach sprawcę należy bezwzględnie zwolnić. To jest czysta hipokryzja, jeśli się oświadcza „my jesteśmy tak humanitarnym i dobrotliwym społeczeństwem, że u nas morderca siedzi ledwie dwadzieścia lat, a mimo to mamy najniższą liczbę zabójstw na świecie”, gdy tymczasem w razie czego morderca może odsiedzieć dożywocie bez wyroku. Wracając jednak do tego odpłacania dobrem, to jeśli traktować te słowa poważnie, należałoby Breivika puścić wolno ze słowami „zastanów się, co zrobiłeś, idź i nie czyń tego więcej”. Taką filozofię, odpłacania dobrem za zło, można sobie stosować w życiu prywatnym, co więcej, nie jest to głupia filozofia, do zmniejszenia ogólnego poziomu agresji się przyczynia, ale to musi być wybór indywidualnego człowieka. Rodziny ofiar Breivika, jeśli chcą, mogą mu wybaczyć. Ale nie można od nich tego wymagać, nie można uważać, że ci, którzy nie wybaczą, są gorsi, mniej szlachetni, mnie ludzcy, takiego czynu człowiek ma prawo nie wybaczyć, nie tracąc przy tym nic ze swojego człowieczeństwa. A tym bardziej nie można oczekiwać, żeby wybaczało państwo. Państwo nie może kierować się zasadą, że za zło odpłacamy dobrem, bo to oznaczałoby konieczność zlikwidowania kodeksu karnego, więzień i policji. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Siedlecka przedstawia argument, że „przykładne ukaranie ma działać odstraszająco”. Po tym właśnie stwierdzeniu widać, że wcale nie jest zwolenniczką kary śmierci. Bo to jest argument, który przeciwnicy kary śmierci uporczywie wkładają w usta swoich adwersarzy, by potem z lubością go obalać, pokazując statystyki dowodzące, że kara śmierci wcale nie odstrasza. W każdym razie nie bardziej niż więzienie. Można się domyślić, że statystyki zabójstw nie zmieniłyby się również, gdyby karą za zabójstwo była konfiskata mieszkania, bo 99% ludności od zabójstwa powstrzymuje nie kodeks karny czy religia, tylko wewnętrzne przekonanie, że bliźnich się po prostu nie morduje. Ale jakoś przeciwnicy kary śmierci takiego dużo bardziej humanitarnego karania nie postulują. Nie postulują również zniesienia więzień i mandatów, chociaż ich działanie odstraszające także jest żadne. Bortnowska mówi, że w przypadku zwykłych zabójców, tj. niekierujących się jak Breivik jakąś ideologią, „każdy (...) uważa, że go nie złapią lub od tej kary się wykręci”. Ale dokładnie tak samo rozumują złodzieje i piraci drogowi, co jednak przeciwników kary śmierci nie skłania do żądań, by zlikwidować więzienia czy przestać wymierzać mandaty. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Sprawa Breivika dobitnie pokazuje, jak „humanitarne” ideały przeciwników kary śmierci nie przystają do współczesnego świata. Ich poglądy abstrahują całkowicie od ludzkiej natury podobnie jak chrześcijańskie „nadstaw drugi policzek”. Dopóki na świecie będą ludzie pokroju Breivika czy ben Ladena, z kary śmierci nie można zrezygnować. Bo zwyczajnie mamy prawo przed zwyrodnialcami się bronić, mamy prawo odpłacić im tą samą monetą, mamy prawo ich zlikwidować. Wystarczy, że będziemy wobec nich fair i uprzedzimy: „nie szanujesz cudzego życia, nie licz na to, że będziemy szanować twoje”. &lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2799834716621754710-4295103401148542994?l=pawelpollak.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://pawelpollak.blogspot.com/feeds/4295103401148542994/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://pawelpollak.blogspot.com/2011/08/breivik-kara-smierci.html#comment-form' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2799834716621754710/posts/default/4295103401148542994'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2799834716621754710/posts/default/4295103401148542994'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://pawelpollak.blogspot.com/2011/08/breivik-kara-smierci.html' title='Breivik a kara śmierci'/><author><name>Paweł Pollak</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08286065079875201435</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2799834716621754710.post-3464699989440113446</id><published>2011-08-06T20:30:00.002+02:00</published><updated>2011-08-13T20:37:39.942+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='etyka'/><title type='text'>Polnische Banditen</title><content type='html'>&lt;p align=justify&gt;Analizując działania norweskiego masowego mordercy, jeden z psychologów powiedział, że rozpoznaje u niego syndrom Herostratesa, a rozmawiająca z psychologiem „Wyborcza” uznała za konieczne wyjaśnić w nawiasie, kim był Herostrates. Zastanawia mnie, skąd u redaktorów przekonanie, że trzeba wyjaśniać: czy sami po raz pierwszy usłyszeli to imię i musieli sprawdzić w Wikipedii, kto zacz, czy uznali, że czytelnikom obce są elementarne fakty historyczne. W tej sytuacji muszę pewnie redaktorom „Wyborczej” lub tym, dla których w swoim mniemaniu piszą, wyjaśnić, kim byli &lt;i&gt;polnische Banditen&lt;/I&gt;. Otóż tak nazywali hitlerowcy (hitlerowcy od Hitler, Adolf, przywódca Trzeciej Rzeszy, który rozpętał II wojnę światową) polskich partyzantów walczących z okupantem. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Określenie przypomniało mi się, kiedy przeczytałem &lt;a href="http://wyborcza.pl/1,75248,10008860,Kapitana_nie_pomscimy.html"&gt;artykuł&lt;/a&gt; o niemożności ukarania taliba, który zastrzelił kapitana Daniela Ambrozińskiego. Niemożność polega na tym, że kiedy Polaka zabije obywatel obcego kraju, sprawa przechodzi z naszej prokuratury wojskowej do powszechnej, a ta w Afganistanie jest bezsilna, więc podobne sprawy umarza. Niemożność dałoby się łatwo zlikwidować, przenosząc takie sprawy pod jurysdykcję prokuratury wojskowej, ale tylko w teorii, bo jedyne, co potrafimy szybko, sprawnie i elegancko zorganizować to ładny pogrzeb, jak nam się rozbije samolot z wierchuszką na pokładzie. Zorganizowanie takiego szkolenia pilotów, żeby samolotów nie rozbijali, przerasta już nasze możliwości. Zresztą nie jest takie efektowne jak ładny pogrzeb, no i naród nie mógłby się jednoczyć (na parę dni) wokół kolejnego nieszczęścia, które go dotyka, a tak przecież lubimy być cierpiętnikami. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Ponieważ złudzeń co do polskiej nieudolności żadnych już nie mam (szczerze podziwiam tych naiwnych, którzy naprawdę wierzą w to, że raport komisji Millera cokolwiek w polskim lotnictwie zmieni), fakt, że ścigamy taliba nieskutecznie, mnie nie zdziwił, zdziwiło mnie to, że w ogóle ścigamy. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Bo w jakich okolicznościach Afgańczyk zabił Polaka? Czy zamordował turystę zwiedzającego jego kraj, bo chciał go ograbić? Nie. Zastrzelił żołnierza wrogiego wojska, które najechało jego ojczyznę i pozbawiło jego stronnictwo władzy. W sytuacji, gdy najeżdżający ma miażdżącą przewagę i nie można stworzyć linii frontu, opór przybiera formę partyzantki. Tak było właśnie w okupowanej przez Niemców Polsce. Oczywiście możemy sobie uważać, że talibowie są be, a my cacy, chociaż akurat motywowanych religijnie przepisów w naszym kraju nie brakuje. Ale nie jest to powód, by klasyfikować przeciwników jako bandytów, gdybyśmy uważali, że są cacy, to nie prowadzilibyśmy z nimi wojny. To jest ogólny obraz sytuacji. W szczególe wyglądało to tak, że polski patrol szukający wody został zaatakowany w wiosce przez talibów. Na atak polscy żołnierze odpowiedzieli ogniem: „Ambroziński postanawia go [snajpera] "zdjąć". Oddaje strzał i kryje się za narożnikiem murka. Potem wychyla się, by sprawdzić, czy unieszkodliwił snajpera. I wtedy dostaje. Dwa postrzały, jeden po drugim.” &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Postrzały okazały się śmiertelne, więc polska prokuratura wszczęła śledztwo, jak rozumiem z art. 148 kk, a dziennikarze „Wyborczej” konsekwentnie nazywają taliba zabójcą. Tymczasem nie ma żadnych wątpliwości, że była to potyczka między dwoma uzbrojonymi oddziałami. Polscy żołnierze wiedzieli, że są na wrogim terenie, spodziewali się, że mogą zostać zaatakowani, wiedzieli, że mogą zginąć, na wojnie żołnierze giną. W walce jeden z nich poległ. Jeśli uważamy, że to jest morderstwo, to powinniśmy zrobić przegląd bitew, w których nasi rycerze i żołnierze zabijali wrogów i postawić ich przed sądem. Zawiszę Czarnego, Bartosza Głowackiego i księcia Józefa Poniatowskiego zaocznie, skoro już nie żyją. No i tych partyzantów, których hitlerowcy uważali za bandytów, bo w takim razie uznajemy faszystowskie myślenie za słuszne. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Podwójne standardy moralne, jakie tu stosują dziennikarze, widać wyraźnie w używanym przez nich słownictwie. Ambroziński chciał taliba „zdjąć” i „unieszkodliwić”. Nie zabić, zgładzić czy zastrzelić, tylko zdjąć i unieszkodliwić. W odwrotną stronę to już nie działa, talib Polaka nie zdjął czy unieszkodliwił, tylko zabił, więc jest zabójcą. Pytanie, co by było, gdyby Ambroziński trafił. Czy też zostałby uznany za zabójcę, którego należy stawiać przed sądem? Wiadomo, że nie. Uznano by, że wypełnił swój obowiązek, może nawet dostałby order za bohaterstwo i zachowanie zimnej krwi na polu walki. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Jak dziennikarze wartościują ludzkie życie, jaskrawo pokazuje też podsumowanie: „Straty: jeden zaginiony i czterech rannych Polaków. Do tego pięciu zabitych i kilkunastu rannych Afgańczyków”. Ci Afgańczycy to nie talibowie, tylko afgańscy policjanci, czyli sojusznicy. Dziennikarze nie podają więc po kolei strat po obu stronach, tylko szeregują, jak rozumiem, według ważności. Ranny Polak to dla nich większa strata niż martwy Afgańczyk. To nie jest człowiek, którego życie dobiegło końca, po którym ktoś będzie płakał, który może zostawił żonę i dziecko albo dopiero marzył o rodzinie i tego marzenia nigdy nie zrealizuje, tylko mało ważny trup, mniej przykry niż rana polskiego żołnierza. Ta hierarchia wyrażona została nie tylko kolejnością, ale i sformułowaniem. Nie „oraz”, tylko „do tego”. Śmierć na doczepkę. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Skończmy wreszcie z tym plemiennym myśleniem, że życie rodaka jest warte więcej niż życie Azjaty czy Afrykanina. Człowiek to człowiek i przedwczesna śmierć każdego jest nieodwracalną tragedią. Jeśli chodzi o ludzkie życie, przestańmy wreszcie być Europejczykami czy sojusznikami USA, a zacznijmy być ludźmi. Nie może być tak, że jak Amerykanie giną, to się emocjonujemy i wzruszamy, bo ładny film o tym zrobią, ale jak sami zabijają, to jest wszystko w porządku, bo to sprawiedliwa wojna. Nie może być tak, że jak Norwegowie padają ofiarą zamachowca, to publikujemy ich zdjęcia, imiona i nazwiska i relacje z ostatnich chwil, ale jak podobny zamachowiec zabija bombą na targu Irakijczyków, to jest to bezimienna tłuszcza, warta ledwie krótkiej notki na dziesiątej stronie gazety. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;PS. W związku z pytaniami o blog poruszający sprawy wydawnicze, informuję, że pomysł zarzuciłem. Po części z braku czasu, po części dlatego, że tematy pokrywały się z tym blogiem i szykowanym nowym wydaniem poradnika.&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2799834716621754710-3464699989440113446?l=pawelpollak.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://pawelpollak.blogspot.com/feeds/3464699989440113446/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://pawelpollak.blogspot.com/2011/08/polnische-banditen.html#comment-form' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2799834716621754710/posts/default/3464699989440113446'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2799834716621754710/posts/default/3464699989440113446'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://pawelpollak.blogspot.com/2011/08/polnische-banditen.html' title='Polnische Banditen'/><author><name>Paweł Pollak</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08286065079875201435</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2799834716621754710.post-5583820141130542021</id><published>2011-07-31T20:47:00.001+02:00</published><updated>2011-07-31T20:47:00.515+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='literatura'/><title type='text'>Zygmunt Łanowski</title><content type='html'>&lt;p align=justify&gt;Nie jest to spóźniony &lt;a href="http://pawelpollak.blogspot.com/2011/07/koscio-entomologia.html"&gt;sobotni wpis&lt;/a&gt; (to informacja dla tych, którzy zaglądają tu w poniedziałek), tylko dzisiaj przypada setna rocznica urodzin wybitnego tłumacza literatury szwedzkiej Zygmunta Łanowskiego i w związku z tym chciałbym go przypomnieć. Ten biogram swego czasu znajdował się na mojej stronie internetowej, potem nie bardzo pasował mi do jej konstrukcji i wisiał sobie swobodnie w sieci, w efekcie mało kto na niego trafiał. Nie dysponuję niestety zdjęciem.&lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;&lt;U&gt;Tłumacz&lt;/U&gt;&lt;br /&gt;Zygmunt Łanowski jako tłumacz literatury szwedzkiej zadebiutował w 1956 r. przekładem opowiadania Birgera Vikströma „Złote czasy” w czasopiśmie „Nowe sygnały”. Swój pierwszy przekład książkowy, „Dzicy to my” Erika Lundqvista, opublikował rok później, czyli dopiero w wieku 46 lat. Był to jednak początek kariery tłumacza, którego znaczenie dla wprowadzenia i rozpropagowania literatury szwedzkiej w Polsce jest takie, jak Tadeusza Boya-Żeleńskiego w przypadku literatury francuskiej. Jego dorobek translatorski z literatury szwedzkiej obejmuje około 70 pozycji książkowych i liczne publikacje gazetowe, do tego dochodzą przekłady z literatury fińskiej i islandzkiej (za pośrednictwem szwedzkiego), a także amerykańskiej. To przede wszystkim on zaznajomił Polaków z twórczością najwybitniejszego szwedzkiego pisarza, Augusta Strindberga. Tłumaczył również Larsa Gustafssona, Artura Lundkvista, noblistów Pära Lagerkvista i Eyvinda Johnsona. W 1968 r. jako pierwszy Polak otrzymał nagrodę Akademii Szwedzkiej. W 1977 r. Uniwersytet w Uppsali nadał mu tytuł doktora &lt;I&gt;honoris causa&lt;/I&gt;. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;&lt;U&gt; Człowiek&lt;/U&gt;&lt;br /&gt;Zygmunt Łanowski, syn Feliksa i Wiktorii z Piwockich, urodził się 31 lipca 1911 roku w Tarnopolu, zmarł 30 sierpnia 1989 r. w Warszawie. Młodość spędził we Lwowie. Uczęszczał do klasycznego Państwowego III Gimnazjum Męskiego im. Króla Stefana Batorego. Poza językami, które miał w gimnazjum (łacina, greka, niemiecki), uczył się francuskiego i z tego właśnie języka podjął pierwsze próby translatorskie, ale zrezygnował, gdy dowiedział się, że przekład tłumaczonej przez niego książki jest już gotowy. W latach 1930-35 studiował na Uniwersytecie im. Jana Kazimierza. Mimo zainteresowań humanistycznych wybrał prawo ze względu na rodzinną tradycję, zarówno ojciec, jak i dziadek byli prawnikami. Ukończył także studium dyplomatyczne. Po studiach został asystentem w katedrze prawa. Po zajęciu Lwowa przez wojska radzieckie przeszedł do działu gospodarczego Uniwersytetu. Podczas okupacji niemieckiej działał w konspiracji pod pseudonimami &lt;I&gt;Damian&lt;/I&gt; i &lt;I&gt;Ernest&lt;/I&gt;, był oficerem Armii Krajowej, szefem nasłuchu radiowego Biura Informacji i Propagandy Obszaru Lwowskiego AK. Na przełomie lipca i sierpnia 1944 r. wszedł w skład delegacji dowództwa Komendy Obszaru AK, które udało się do Żytomierza na rozmowy z dowództwem Ludowego Wojska Polskiego. 2 sierpnia wszyscy oficerowie AK zostali aresztowani przez Sowietów. W niewoli Łanowski spędził ponad trzy lata, został zwolniony 9 grudnia 1947 r. Gruźlica, na którą już wcześniej chorował, rozwinęła się w tym czasie do zaawansowanego stadium. Dzięki szwedzkiej organizacji &lt;I&gt;Europahjälpen&lt;/I&gt; pomagającej ofiarom wojny w marcu 1948 r. wyjechał na leczenie do Szwecji. Przeszedł sześć operacji torakoplastycznych, usunięto mu prawe płuco. Leczenie i rekonwalescencja trwały ponad sześć lat. Wróciwszy do Polski w grudniu 1954 r., zamieszkał z matką w Warszawie. Zajął się tłumaczeniami. W niewoli radzieckiej nauczył się rosyjskiego i samodzielnie angielskiego, ale skupił się na języku szwedzkim, którego nauczył się w czasie leczenia. Tłumaczenie literatury szwedzkiej traktował po części jako wyraz wdzięczności za uratowanie mu życia. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;&lt;U&gt;Dorobek&lt;/U&gt;&lt;br /&gt;Przekłady książkowe z literatury szwedzkiej (wyłączając debiutancką pozycję oraz biografię Strindberga, literaturę faktu pominąłem):&lt;br /&gt;1. Eric Lundqvist „Dzicy to my” (&lt;I&gt;Vildarna finns i väst&lt;/I&gt;), 1957&lt;br /&gt;2. Frans Gunnar Bengtsson „Rudy Orm” (&lt;I&gt;Röde Orm&lt;/I&gt;), 1958 (wznawiany wielokrotnie)&lt;br /&gt;3. Olle Mattson „Bryg 'Trzy Lilie'” (&lt;I&gt;Briggen Tre Liljor&lt;/I&gt;), 1959&lt;br /&gt;4. Olle Mattson „Wakacje nad morzem” (&lt;I&gt;Humlarna, det är vi&lt;/I&gt;), 1960&lt;br /&gt;5. Folke Mellvig „Strzały w Kalmarze” (&lt;I&gt;Hillman och kavaljeren&lt;/I&gt;), 1960&lt;br /&gt;6. August Strindberg „Eryk XIV” (&lt;I&gt;Erik XIV&lt;/I&gt;), 1960&lt;br /&gt;7. Gösta Knutsson „Przygody Filonka Bezogonka” (&lt;I&gt;Pelle Svanslös på äventyr&lt;/I&gt;), 1961 (wznawiane wielokrotnie)&lt;br /&gt;8. Gösta Knutsson „Nowe przygody Filonka Bezogonka” (&lt;I&gt;Pelle Svanslös på nya äventyr&lt;/I&gt;), 1962 (wznawiane wielokrotnie)&lt;br /&gt;9. Rönblom Hans „Śmierć w garnku” (&lt;I&gt;Döden i grytan&lt;/I&gt;), 1962&lt;br /&gt;10. August Strindberg „Dramaty”, 1962&lt;br /&gt;11. Pär Lagerkvist „Gość w rzeczywistości” (&lt;I&gt;Gäst hos verkligheten&lt;/I&gt;), 1963&lt;br /&gt;12. Gunnel Linde „Lurituri” (&lt;I&gt;Lurituri&lt;/I&gt;), 1963, 1968, 1973&lt;br /&gt;13. Artur Lundkvist „Upadek Jerycha. Opowiadania”, 1964, 1977&lt;br /&gt;14. „Losy ludzkie. Opowiadania i nowele szwedzkie” (z Marią Olszańską i Ireną Wyszomirską), 1965 („Losy ludzkie. Antologia nowel i opowiadań szwedzkich”, 1979)&lt;br /&gt;15. Pär Lagerkvist „Karzeł” (&lt;I&gt;Dvärgen&lt;/I&gt;), 1965&lt;br /&gt;16. Artur Lundkvist „Fryz życia. Nowele i opowiadania”, 1966&lt;br /&gt;17. Hans Peterson „To ja, Piotruś” (&lt;I&gt;Här kommer Petter&lt;/I&gt;), 1966&lt;br /&gt;18. Per Olof Sundman „Ekspedycja” (&lt;I&gt;Expeditionen&lt;/I&gt;), 1966, 1985&lt;br /&gt;19. Gunnel Linde „Biały kamień” (&lt;I&gt;Den vita stenen&lt;/I&gt;), 1967, 1974, 1983&lt;br /&gt;20. Artur Lundkvist „Vindingeński walc” (&lt;I&gt;Vindingevals&lt;/I&gt;), 1967, 1977&lt;br /&gt;21. Pär Lagerkvist „Sybilla. Pielgrzym” (&lt;I&gt;Sybillan. Pilgrimen&lt;/I&gt;), 1968&lt;br /&gt;22. Artur Lundkvist „Wiersze” (z Arturem Międzyrzeckim), 1968&lt;br /&gt;23. Pär Rådström „Morderstwo” (&lt;I&gt;Mordet&lt;/I&gt;), 1968&lt;br /&gt;24. August Strindberg „Romantyczny zakrystian z Rånö” (&lt;I&gt;Den romantiske klockaren på Rånö&lt;/I&gt;), 1968&lt;br /&gt;25. Lars Gyllensten „Pamiętnik Kaina” (&lt;I&gt;Kains memoarer&lt;/I&gt;), 1970&lt;br /&gt;26. Gunnel Linde „Kraj naszej Ewy” (&lt;I&gt;Eva-sjams land&lt;/I&gt;), 1970&lt;br /&gt;27. Hans Peterson „Piotruś na wsi” (&lt;I&gt;Petter klarar allt&lt;/I&gt;), 1970&lt;br /&gt;28. Per Olof Sundman „Podróż napowietrzna pana inżyniera Andrée” (&lt;I&gt;Ingenjör Andrées luftfärd&lt;/I&gt;), 1971&lt;br /&gt;29. August Strindberg „Miłość dziewcząt”, 1971&lt;br /&gt;30. „Drogi na głębinie. Antologia szwedzkiej prozy morskiej”, 1971, 1978&lt;br /&gt;31. Pär Lagerkvist „Zło”, 1972, 1986&lt;br /&gt;32. „Kość słoniowa. Nowele szwedzkie” (z Marią Olszańską), 1972&lt;br /&gt;33. Bo Carpelan „Łuk” (&lt;I&gt;Bågen&lt;/I&gt;), 1972, 1980&lt;br /&gt;34. Sven Delblanc „Rzeka pamięci” (&lt;I&gt;Åminne&lt;/I&gt;), 1973&lt;br /&gt;35. Max Lundgren „Chłopiec w złotych spodniach” (&lt;I&gt;Pojken med guldbyxorna&lt;/I&gt;), 1973, 1987&lt;br /&gt;36. Per Olof Sundman „Dwa dni, dwie noce” (&lt;I&gt;Två dagar, två nätter&lt;/I&gt;), 1974&lt;br /&gt;37. Per Gunnar Evander „Ostatni dzień w życiu Vallego Hedmana” (&lt;I&gt;Sista dagen i Valle Hedmans liv&lt;/I&gt;), 1974&lt;br /&gt;38. Artur Lundkvist „Konie nocy”, 1975, 1977&lt;br /&gt;39. Eyvind Johnson „Fale przyboju” (&lt;I&gt;Strändernas svall&lt;/I&gt;), 1975&lt;br /&gt;40. August Strindberg „Dramaty”, 1976 (połączone „Dramaty” z 1962 i „Eryk XIV” z 1960)&lt;br /&gt;41. Lars Gustafsson „Wełna” (&lt;I&gt;Yllet&lt;/I&gt;), 1977&lt;br /&gt;42. Lars Bergquist „Wspomnienia Arronaxa” (&lt;I&gt;Arronax' minnen&lt;/I&gt;), 1977&lt;br /&gt;43. August Strindberg „Wybór dramatów”, 1977&lt;br /&gt;44. Bo Carpelan „Raj” (&lt;I&gt;Paradiset&lt;/I&gt;), 1977&lt;br /&gt;45. Ingmar Bergman „Twarzą w twarz” (&lt;I&gt;Ansikte mot ansikte&lt;/I&gt;), 1978&lt;br /&gt;46. Gunnar Harding „Wiersze”, 1979&lt;br /&gt;47. Tove Jansson „Lato” (&lt;I&gt;Sommarboken&lt;/I&gt;), 1980, 1984, 2007&lt;br /&gt;48. Ingmar Bergman „Jajo węża. Sonata jesienna” (&lt;I&gt;Ormens ägg. Höstsonaten&lt;/I&gt;), 1980&lt;br /&gt;49. „W sali zwierciadeł. Antologia poezji szwedzkiej (1928-1978)” (wraz z innymi), 1980&lt;br /&gt;50. Maria Wine „Wiersze”, 1981&lt;br /&gt;51. Artur Lundkvist „Liryki prozą”, 1981&lt;br /&gt;52. Eyvind Johnson „Chmury nad Metapontem” (&lt;I&gt;Molnen över Metapontion&lt;/I&gt;), 1981&lt;br /&gt;53. Lars Gustafsson „Święto rodzinne” (&lt;I&gt;Familjefesten&lt;/I&gt;), 1981&lt;br /&gt;54. Lars Gustafsson „Śmierć pszczelarza” (&lt;I&gt;En bioodlares död&lt;/I&gt;), 1982&lt;br /&gt;55. August Strindberg „Dramaty”, 1984&lt;br /&gt;56. „Na najdalszym skraju morza. Antologia szwedzkiej poezji morskiej XX wieku” (wraz z innymi), 1984&lt;br /&gt;57. August Strindberg „Wybór nowel”, 1985&lt;br /&gt;58. Artur Lundkvist „Wola nieba” (&lt;I&gt;Himlens vilja&lt;/I&gt;), 1986&lt;br /&gt;59. Pär Lagerkvist „Wybór prozy”, 1986&lt;br /&gt;60. Sven Delblanc „Speranza” (&lt;I&gt;Speranza&lt;/I&gt;), 1986&lt;br /&gt;61. Ingmar Bergman „Fanny i Alexander. Z życia marionetek” (&lt;I&gt;Fanny och Alexander. Ur marionetternas liv&lt;/I&gt;), 1987&lt;br /&gt;62. August Strindberg „Dramaty królewskie. Dramaty liryczne”, 1988&lt;br /&gt;63. Olof Lagercrantz „August Strindberg” (&lt;I&gt;August Strindberg&lt;/I&gt;) (z Ewą Anielą Krasińską), 1988&lt;br /&gt;64. August Strindberg „Dom lalki i inne nowele”, 1989&lt;br /&gt;65. August Strindberg „Sztuki kameralne. Krystyna. Wierzyciele”, 1990&lt;br /&gt;66. Ingmar Bergman „Laterna magica” (&lt;I&gt;Laterna magica&lt;/I&gt;), 1991&lt;br /&gt;Informacja dla wydawców: prawami autorskimi do tłumaczeń Zygmunta Łanowskiego dysponuje Towarzystwo Opieki nad Ociemniałymi w Laskach.&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2799834716621754710-5583820141130542021?l=pawelpollak.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://pawelpollak.blogspot.com/feeds/5583820141130542021/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://pawelpollak.blogspot.com/2011/07/zygmunt-anowski.html#comment-form' title='Komentarze (10)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2799834716621754710/posts/default/5583820141130542021'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2799834716621754710/posts/default/5583820141130542021'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://pawelpollak.blogspot.com/2011/07/zygmunt-anowski.html' title='Zygmunt Łanowski'/><author><name>Paweł Pollak</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08286065079875201435</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>10</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2799834716621754710.post-3427834932914464199</id><published>2011-07-30T20:30:00.008+02:00</published><updated>2011-07-30T20:30:00.155+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Kościół'/><title type='text'>Kościół a entomologia</title><content type='html'>&lt;p align=justify&gt;Niejaki Paweł Hajncel pojawił się na łódzkiej procesji Bożego Ciała w przebraniu motyla. „Pofruwał” sobie trochę, czym rozbawił dzieci i wkurzył przepełnionych miłością bliźniego kapłanów. O zdarzeniu &lt;a href="http://lodz.gazeta.pl/lodz/1,35136,9981683,Czlowiek_przebrany_za_motyla_a_chrzescijanska_godnosc.html"&gt;doniosła&lt;/a&gt; „Gazeta Wyborcza”, rozpoczynając od informacji, że happener ma 44 lata. To, że dziennikarz jak zwykle uznał za istotny i najważniejszy wiek bohatera, a nie jego wagę, iloraz inteligencji, zawód, numer buta czy kolor włosów, wynika zapewne z założenia, że kiedy człowiek przeczyta, jakie bzdety o nim dziennikarska brać wypisuje, może dostać zawału, a dla lekarza wiek pacjenta to jedna z kluczowych informacji. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Hajncla spisała policja pod zarzutem, że motyl nie miał spodni (widział ktoś motyla w spodniach?), ale ograniczyła się do pouczenia, żeby nie ganiał ze skrzydłami na plecach. Zapewne stróże prawa wyszli z założenia, skądinąd słusznego, że złodzieje, mordercy i gwałciciele stanowią jakby większy problem. I sprawa rozeszłaby się po kościach, gdyby nie to, że mamy przepis o obrazie uczuć religijnych, z którego nielubiący motylków księża postanowili skorzystać.&lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Hajncel wyjaśnił, że jako owad chciał zaprotestować przeciwko mieszaniu się Kościoła do polityki. Źle się w takim razie wybrał, bo procesja jak raz nie została podczepiona pod żadną państwową uroczystość, księża i wierni oddawali się wyłącznie swoim religijnym praktykom, nie narzucając się z nimi postronnym (to, że odbywali te praktyki w miejscu publicznym, nie jest takim narzucaniem się, przestrzeń publiczna jest dla wszystkich), więc przeszkadzanie w tej sytuacji było co najmniej niestosowne. Co innego, gdyby Hajncel chciał polemizować z treścią tych religijnych praktyk, na przykład z przekonaniem, że kawałek pieczywa jest Bogiem. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Ksiądz proboszcz Ireneusz Kulesza, który złożył doniesienie do prokuratury, wyjaśnił „Gazecie” swoje motywacje: „Chrześcijaństwo nie polega na tym, żeby pluć komuś w nos, a ten ktoś przepraszał, że dostał w nos. Chrześcijaństwo ma swoją godność”. Otóż to. Jan Hus, Girolamo Savonarola, Giordano Bruno mogliby potwierdzić, że chrześcijaństwo nie daje sobie pluć w nos. W sumie Paweł Hajncel ma szczęście, że możliwości księdza Kuleszy ograniczają się obecnie do wysyłania pism do prokuratury i drewienek do stosu mu nie dołoży. W niejakiej sprzeczności z postrzeganiem chrześcijaństwa przez proboszcza łódzkiej parafii archikatedralnej stoi następujący passus z Ewangelii: „Słyszeliście, że powiedziano: &lt;i&gt;Oko za oko i ząb za ząb&lt;/I&gt;. A Ja wam powiadam: Nie stawiajcie oporu złemu. Lecz jeśli cię kto uderzy w prawy policzek, nadstaw mu i drugi” (Mateusz, 5,38-39). Przekaz jest jasny, ale że kapłani i wyznawcy (wszelkich religii) mają wysoce rozwiniętą umiejętność takiego interpretowania swoich świętych pism, żeby wyczytać z nich, co im w danym momencie dziejowym pasuje, poszukałem na katolickich stronach, czy przypadkiem „nadstaw drugi policzek” nie jest obecnie uzupełniane o: „a kiedy uwierzy, że nie będziesz się bronił, przywal mu tak, żeby się nogami nakrył”. Znaleziona interpretacja pokrywała się jednak z tym, co powiedział Jezus: „To znaczy, jeśli ktoś depcze największe i najświętsze twoje dobro, twój h o n o r [podkreślenie moje] osobisty, nie reaguj tak, jak reagują wszyscy — rozlewem krwi, kalumnią, w y to c z e n i e m  p r o c e s u [podkreślenie moje] itd. — ale odpowiedz miłością, która pozwoli twemu przeciwnikowi zrozumieć, iż tak pragniesz jego dobra, że gotów jesteś poświęcić dla niego drugi twój policzek, to znaczy narazić na szwank dalszą twoją reputację”. Czyli najwyraźniej księża katoliccy mają do Ewangelii takie podejście jak radzieccy towarzysze do swojej konstytucji. Owszem, zapisano w niej szczytne ideały, ale chyba nikt na poważnie nie oczekuje, że będziemy ich przestrzegać?&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2799834716621754710-3427834932914464199?l=pawelpollak.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://pawelpollak.blogspot.com/feeds/3427834932914464199/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://pawelpollak.blogspot.com/2011/07/koscio-entomologia.html#comment-form' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2799834716621754710/posts/default/3427834932914464199'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2799834716621754710/posts/default/3427834932914464199'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://pawelpollak.blogspot.com/2011/07/koscio-entomologia.html' title='Kościół a entomologia'/><author><name>Paweł Pollak</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08286065079875201435</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2799834716621754710.post-8582572713805558902</id><published>2011-07-23T20:30:00.001+02:00</published><updated>2011-07-23T20:30:00.220+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='literatura'/><title type='text'>Nie dyskryminować Chińczyków!</title><content type='html'>&lt;p align=justify&gt;Nie chodzi mi bynajmniej o dopuszczenie konsorcjum COVEC do dalszego budowania autostrady. W słynnych zasadach dla autorów powieści kryminalnych, zebranych przez &lt;a href="http://pl.wikipedia.org/wiki/Ronald_Knox"&gt;Ronalda Knoksa&lt;/a&gt; w przedmowie do antologii &lt;I&gt;Best Detective Stories of 1928-1929&lt;/I&gt;, punkt piąty brzmi: „W powieści nie może występować żaden Chińczyk”. I zachodzę w głowę, dlaczego nie może, na żadne wyjaśnienie nie wpadłem, a wujek Google, który niby wszystko wie, tego akurat nie wiedział (ale jeśli ktoś był lepszy w szukaniu, to będę wdzięczny za podanie wytłumaczenia). Niepokoję się tym bardziej, że akurat u mnie Chińczyk występuje, co można zobaczyć w tym &lt;a href="http://pawelpollak.blogspot.com/2010/10/polish-jokes.html"&gt;fragmencie&lt;/a&gt;. (Z opowiadania wyszła w końcu mini powieść pt. „Stan Nowy Jork przeciwko...”, ale decyzja, czy zostanie opublikowana osobno, czy w zbiorze opowiadań, jeszcze nie zapadła). &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Pozostałe zasady wskazane przez Knoksa, choć zarzuca się im, że doprowadziły do skostnienia gatunku, nie są wcale głupie i w większości winny nadal być stosowane. Przede wszystkim pierwsza, że przestępca musi być postacią wspomnianą na początku. Wymogu, że morderca jest jedną z osób, które czytelnik poznaje w miarę szybko, ściśle się trzymam w swoich powieściach, bo nie znoszę, jak czytam kryminał i postać mordercy pojawia się na kartach książki tuż przed rozwiązaniem zagadki. Ale właśnie ten punkt jest obecnie chyba najczęściej odrzucany przez autorów kryminałów, jakby wątpili w swoje umiejętności zakamuflowania mordercy przed czytelnikiem i dla pewności woleli w ogóle go nie wymieniać. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Zasady druga, że w powieści kryminalnej nie mogą działać siły nadprzyrodzone, i czwarta, że zabójca nie może posłużyć się nieznaną trucizną, są właściwie wymogiem realizmu i jako takie przestrzegane. Gorzej bywa z zasadą szóstą, że w poszukiwaniu mordercy nie może pomagać Detektyw Przypadek. Choć trudno uznać, by jej lekceważenie wynikało z rozwoju powieści kryminalnej, raczej jest to przejaw nieudolności autorów. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Do zasady siódmej, że detektyw nie mógł sam popełnić morderstwa (w polskim tłumaczeniu sformułowanej bardzo dwuznacznie, że detektyw nie może być przestępcą), dodałbym jeszcze, że detektyw nie powinien być również ofiarą przestępstwa. Widz/czytelnik polubiwszy komisarza, bardziej się emocjonuje, gdy zagraża mu niebezpieczeństwo i stąd autorzy, a zwłaszcza scenarzyści chętnie grają na tej nucie. Tylko ile można? Z tego powodu zniechęciłem się do „Kryminalnych”, bo twórcy serialu w pewnym momencie postanowili udowodnić tezę, że najbardziej zagrożoną przez przestępców grupą społeczną są prokuratorzy i policjanci. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Zgodzić się chyba też można z zasadą ósmą, że detektyw nie powinien kierować się wskazówkami zatajonymi przed czytelnikiem, choć nie oznacza to, że musi mu ujawniać swoje wnioski i przemyślenia. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Zasady trzecia i dziesiąta, wykluczające nadmierną liczbę sekretnych pokojów i przejść oraz bliźniaków i sobowtórów, sprowadzają się do tego, że autorowi nie wolno iść na łatwiznę. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;W tym czasie co Knox zasady obowiązujące autorów powieści detektywistycznej ogłosił również S.S. Van Dine (i tu zdziwienie, że tak ważny autor nie ma hasła w polskiej Wikipedii). Było ich dwadzieścia, mocno rozbudowanych, a przez to mało uniwersalnych i w efekcie teraz można je traktować niemal wyłącznie jako ciekawostkę. Van Dine sprzeciwiał się na przykład wprowadzaniu wątku miłosnego czy temu, by śledztwo prowadziło kilku detektywów (w obu punktach z „Kanalią” odpadam). &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Poniżej raz jeszcze wszystkie zasady Knoksa. Przytaczam je za poradnikiem „Jak napisać powieść kryminalną” (którego, jeśli ktoś chce napisać powieść kryminalną, nie należy czytać) autorstwa Lesley Grant-Adamson, a zatem w tłumaczeniu Michała Rusinka. Dla tych, którzy znają angielski, również w oryginale. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;1. Przestępca musi być postacią wspomnianą na początku, nie może być jednak kimś, kogo myśli czytelnik mógłby śledzić.&lt;br /&gt;2. Wszelkie działania sił nadprzyrodzonych muszą zostać automatycznie wykluczone.&lt;br /&gt;3. Dopuszczalny jest najwyżej jeden sekretny pokój lub sekretne przejście.&lt;br /&gt;4. Nie wolno używać nieznanych do tej pory trucizn ani żadnych urządzeń, które wymagałyby długiego opisu i wyjaśnień na końcu opowieści.&lt;br /&gt;5. W powieści nie może występować żaden Chińczyk.&lt;br /&gt;6. Detektywowi nie może pomagać przypadek. Nie wolno mu też posługiwać się szczególnie przenikliwą, wszystkowiedzącą intuicją, która na końcu okazuje się słuszna.&lt;br /&gt;7. Detektyw nie może być przestępcą.&lt;br /&gt;8. Detektyw nie może posługiwać się jakimikolwiek wskazówkami, które w tym samym momencie nie są przekazywane czytelnikowi.&lt;br /&gt;9. Głupi Przyjaciel detektywa, rodzaj doktora Watsona, nie może ukrywać niczego, co przychodzi mu do głowy; jego inteligencja musi być nieznacznie, bardzo nieznacznie, poniżej inteligencji przeciętnego czytelnika.&lt;br /&gt;10. Bliźniacy i sobowtóry nie powinni się pojawiać, chyba że jesteśmy na to należycie przygotowani. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Father Knox's Decalogue:&lt;br /&gt; The Ten Rules of (Golden Age) Detective Fiction&lt;br /&gt;1. The criminal must be someone mentioned in the early part of the story, but must not be anyone whose thoughts the reader has been allowed to follow. &lt;br /&gt;2. All supernaural or preternatural agencies are ruled out as a matter of course.&lt;br /&gt;3. Not more than one secret room or passage is allowable.&lt;br /&gt;4. No hitherto undiscovered poisons may be used, nor any appliance which will need a long scientific explanation at the end.&lt;br /&gt;5. No Chinaman must figure in the story.&lt;br /&gt;6. No accident must ever help the detective, nor must he ever have an unaccountable intuition which proves to be right.&lt;br /&gt;7. The detective must not himself commit the crime.&lt;br /&gt;8. The detective must not light on any clues which are not instantly produced for the inspection of the reader.&lt;br /&gt;9. The stupid friend of the detective, the Watson, must not conceal any thoughts which pass through his mind; his intelligence must be slightly, but very slightly, below that of the average reader.&lt;br /&gt;10. Twin brothers, and doubles generally, must not appear unless we have been duly prepared for them. &lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2799834716621754710-8582572713805558902?l=pawelpollak.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://pawelpollak.blogspot.com/feeds/8582572713805558902/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://pawelpollak.blogspot.com/2011/07/nie-dyskryminowac-chinczykow.html#comment-form' title='Komentarze (3)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2799834716621754710/posts/default/8582572713805558902'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2799834716621754710/posts/default/8582572713805558902'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://pawelpollak.blogspot.com/2011/07/nie-dyskryminowac-chinczykow.html' title='Nie dyskryminować Chińczyków!'/><author><name>Paweł Pollak</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08286065079875201435</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>3</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2799834716621754710.post-4374309006249217354</id><published>2011-07-16T20:30:00.001+02:00</published><updated>2011-07-16T20:30:02.541+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='wydawnictwa'/><title type='text'>Pukając do wielu bram</title><content type='html'>&lt;p align=justify&gt;Wybranie „Niepełnych” na &lt;a href="http://pawelpollak.blogspot.com/2011/02/szanowny-panie-autorze.html"&gt;lekturę&lt;/a&gt; w konkursie polonistycznym, a więc uznanie ich z jakichś względów za książkę ważną, stawia w nowym świetle kłopoty, jakie miałem ze znalezieniem wydawcy. I pokazuje, że polskich wydawców ważne książki nie interesują.&lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Pierwszą odmowę dostałem od wydawcy „Kanalii”, który był wyraźnie rozczarowany, że nie napisałem znowu kryminału. To też jest typowo polskie, zamiast wziąć autora z dobrodziejstwem inwentarza, nastawić się na długoletnią współpracę, publikować wszystko, co napisze, wybiera się z jego twórczości rodzynki (przez „rodzynki” należy rozumieć nie rzeczy dobre, tylko rokujące szanse na dużą sprzedaż), a z resztą niech autor chodzi sobie po prośbie gdzie indziej.&lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Potem odmowy zaczęły spływać z pozostałych wydawnictw: Czarne, Świat Książki, Znak, Czytelnik. Niektóre, jak Muza czy Wydawnictwo Literackie, nie raczyły w ogóle odpowiedzieć. Nikt nie napisał tego wprost, ale powód był oczywisty, zakładano, że o niepełnosprawnych mało kto będzie chciał czytać. Że czytelnik, gdy tylko zobaczy, że główni bohaterowie to dziewczyna na wózku i niewidomy chłopak, odłoży książkę, uznając ją za jakąś „moralizatorską bajeczkę o niepełnosprawności”. I niestety trudno było temu założeniu odmówić słuszności, fizycznie nie zamykamy już kalek w gettach, mentalnie wciąż tak. Stąd zresztą &lt;a href="http://pawelpollak.blogspot.com/2011/01/sie-nie-sprzeda.html"&gt;próba zmiany tytułu&lt;/a&gt; i wciskanie czytelnikowi „Niepełnych” jako &lt;a href="http://pawelpollak.blogspot.com/2010/09/jest-okadka.html"&gt;romansidła&lt;/a&gt;: miłość się sprzedaje, kalectwo nie. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Jedno z mniejszych wydawnictw odrzuciło książkę, dawszy ją do wewnętrznej recenzji właśnie niepełnosprawnym. W pierwszym momencie uznałem, że przynajmniej podeszło poważnie do sprawy, ale potem zreflektowałem się, że to przecież kompletny absurd. Po pierwsze powieść to nie reportaż. Gdyby kryminały dawać do oceny prawdziwym komisarzom policji, nie miałyby szans na wydanie. A po drugie taki wybór recenzentów świadczył o tym, że w wydawnictwie niewiele z powieści zrozumieli. Przytoczę znowu fragment &lt;a href="http://ksiazkowo.wordpress.com/2011/02/03/niepelni-pawel-pollak/"&gt;recenzji&lt;/a&gt; Agnieszki Tatery (chętnie ją cytuję, bo to jedna z najtrafniejszych analiz „Niepełnych”): &lt;I&gt;Ale wbrew pozorom nie jest to powieść mająca na celu uczenie nas akceptacji faktu, że osoba niepełnosprawna, to ktoś taki sam, jak my, oswajania nas z tą tematyką. (...) Ja widzę ją jako opowieść o dwóch duszach poszukujących miłości. O tęsknocie, nadziei, przyjaźni, zrozumieniu, poświęceniu, współżyciu, związkach, odpowiedzialności za swoje czyny, przyczynach i skutkach, walce o szczęście.&lt;/I&gt;&lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;W tym czasie wydawnictwo Otwarte opublikowało książkę sparaliżowanego Janusza Świtaja pt. „12 oddechów na minutę”. Szef Otwartego zapewniał w wywiadach, że decyzja o publikacji została podjęta ze względu na walory książki, a fakt, że Świtaj stał się celebrytą, nie miał znaczenia. Błogosławieni, którzy uwierzyli, bo redaktorzy Otwartego do tego stopnia nie zainteresowali się „Niepełnymi”, że nawet nie raczyli potwierdzić otrzymania tekstu, choć zapewnienie, że każdy autor takie potwierdzenie otrzyma, widniało na stronie wydawnictwa. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Z wydawnictwa W.A.B. dostałem odpowiedź, że powieść bardzo im się podoba i mam ją dla nich trzymać. Nie jestem nowicjuszem w branży wydawniczej i potrafiłem ją sobie prawidłowo zinterpretować. Ktoś mniej zorientowany mógłby wziąć ją za dobrą monetę, a ponieważ W.A.B. promuje swoje książki lepiej od konkurencji, odrzucić inne oferty. Obudziłby się z ręką w nocniku, bo ta odpowiedź znaczy mniej więcej tyle: „Książka nadaje się do druku, teraz będziemy ustalać, czy się sprzeda. Ale recenzje wewnętrzne kosztują i byłoby kijowo, gdybyśmy wyłożyli te paręset złotych, po czym dowiedzieli się, że podpisał pan umowę z innym wydawnictwem. A sam pan rozumie, że bliższa koszula ciału, więc generalnie mało nas obchodzi, że odrzucając inne oferty, może się pan pozbawić szansy na wydanie”. I rzeczywiście po paru miesiącach przyszła ostateczna odpowiedź: „Nie jesteśmy zainteresowani”. Oczywiście bez żadnego „przepraszamy, że pana przetrzymaliśmy”. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Właściwie straciłem już nadzieję, że znajdę wydawcę, bo dziewięć miesięcy po tym, jak zacząłem rozsyłać tekst, nie miałem żadnej pozytywnej odpowiedzi (dla porównania: „Kanalia” po pół roku była na rynku), kiedy chęć wydania wyraził Prószyński. Całkowicie mnie to zaskoczyło, posłałem im książkę tylko dlatego, że nie miałem już gdzie posłać, ale dobrze pamiętałem, że Prószyński jako jedyny ocenił „Kanalię” nie tylko jako książkę złą, ale wręcz grafomańską. I nagle chcieli wydawać grafomana, mało tego, zapytali, czy piszę coś jeszcze. A kiedy zaproponowali mi tłumaczenie szwedzkiego kryminału i prosili, bym nie odmawiał, gdy propozycji nie przyjąłem, moja satysfakcja nie miała granic. Bo Prószyński był tym wydawnictwem, które na początku mojej kariery tłumaczeniowej oceniło, znów zresztą jako jedyne, że tłumaczę słabą polszczyzną. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Można zapytać, o co chodzi, nikt nie obiecywał, że będzie łatwo, a w sumie dobrze się skończyło: powieść opublikowało duże wydawnictwo. Niby racja, tylko że w sytuacji, kiedy jest zaledwie jeden chętny, pozycja negocjacyjna autora jest żadna, musiałem przystać na mocno nierewelacyjne warunki. Swoimi kanałami dowiedziałem się, że w Świecie Książki „Niepełni” „byli na granicy wydania”. Co w przypadku kolegialnie podejmowanej decyzji może oznaczać, że książka odpadła na przykład pięcioma głosami do czterech. I przy nieco większym pechu mogła odpaść również w Prószyńskim. Tymczasem autor książki, która kwalifikuje się na lekturę, powinien chyba mieć dwie, trzy solidne propozycje wydania, a nie prześlizgiwać się szczęśliwym trafem. &lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2799834716621754710-4374309006249217354?l=pawelpollak.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://pawelpollak.blogspot.com/feeds/4374309006249217354/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://pawelpollak.blogspot.com/2011/07/pukajac-do-wielu-bram.html#comment-form' title='Komentarze (10)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2799834716621754710/posts/default/4374309006249217354'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2799834716621754710/posts/default/4374309006249217354'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://pawelpollak.blogspot.com/2011/07/pukajac-do-wielu-bram.html' title='Pukając do wielu bram'/><author><name>Paweł Pollak</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08286065079875201435</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>10</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2799834716621754710.post-1399574940616761680</id><published>2011-07-09T20:30:00.001+02:00</published><updated>2011-07-09T20:30:01.460+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='tłumaczenia'/><title type='text'>Pętent</title><content type='html'>&lt;p align=justify&gt;&lt;B&gt;Pętent&lt;/B&gt; - (&lt;I&gt;clientus upierdlivicus&lt;/I&gt;) gatunek uciążliwego klienta, występuje głównie w dorzeczu Odry i Wisły, nazwa wywodzi się od polskiego „pętać się”. Atakuje tłumaczy i w zależności od odmiany może powodować białą gorączkę (p. całodobowiec) albo niegroźne lekkie rozbawienie (p. gawędziarz). &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;&lt;B&gt;Pętent całodobowiec&lt;/B&gt; - umówioną godzinę spotkania traktuje jako orientacyjną plus minus pięć godzin. Dzwoni o dowolnej porze doby przez cały tydzień. Nie rozumie, że gdyby tłumacz chciał wstawać o piątej rano, to zatrudniłby się w fabryce, gdyby chciał pracować w niedziele, zostałby księdzem, a gdyby chciał odbierać telefony po dwudziestej drugiej, wziąłby etat w pogotowiu ratunkowym. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;&lt;B&gt;Pętent konserwatysta &lt;/B&gt; - nie uznaje wynalazku, jakim jest telefon. Usprawiedliwiając się, dlaczego pojawił się bez telefonicznego uprzedzenia, p. konserwatysta wyjaśnia często, że przyjechał „z daleka”. Trwają badania, czy w okolicy zwanej „z daleka” nie ma zasięgu, czy po prostu zagęszczenie p. konserwatysty jest tam większe. Za tym pierwszym wyjaśnieniem przemawiałby fakt, że p. konserwatysta dzwoni czasami do tłumacza z dworca i jest bardzo zdziwiony, że ten ma akurat wyjazdowe tłumaczenie za granicą („ale ja do pana przyjechałem!”). &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;&lt;B&gt;Pętent arytmetyk &lt;/B&gt; - mając do przetłumaczenia np. zaświadczenie o zarobkach, informuje, że jest to „jedno zdanie”. Naukowcy nie są zgodni, czy niewidzenie niczego innego na dokumencie poza kluczową informacją jest problemem okulistycznym czy psychologicznym. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;&lt;B&gt;Pętent egocentryk &lt;/B&gt; - ma do przetłumaczenia pół strony, ale jest święcie przekonany, ze tłumacz żyje myślą o jego wizycie. Brak komitetu powitalnego znosi mężnie, ale wiadomość, że poza nim są jeszcze inni klienci i na te pół strony musi nieco zaczekać, należy mu podawać bardzo ostrożnie. Zauważono, że zależność między stopniem egocentryzmu a liczbą stron oddawanych do tłumaczenia jest odwrotnie proporcjonalna.&lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;&lt;B&gt;Pętent wężokieszeń&lt;/B&gt; - za nic nie zapłaci za ekspres, ale termin trzydniowy jest dla niego stanowczo za długi. Zdarza się, że p. wężokieszeń z bólem serca godzi się na te potwornie długie trzy dni, po czym nie odbiera tłumaczenia przez kilka miesięcy. P. wężokieszeń potrafi dowodzić, że adresów, liczb i nazw własnych tłumacz nie przekłada, więc nie powinien brać ich pod uwagę przy obliczaniu należności. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;&lt;B&gt;Pętent erudyta&lt;/B&gt; - informuje, że tłumaczenie jest łatwe. Uwaga! odmiana drażliwa. Nie proponować, żeby, skoro łatwe, przetłumaczył sobie sam. P. erudyta jako erudyta posiada wiedzę, że niektóre języki należą do tej samej rodziny i w związku z tym domaga się, żeby na przykład tłumacz hiszpańskiego wykonał mu przekład z portugalskiego, a tłumacz szwedzkiego przełożył norweski dokument. Wyjaśnienie, że tłumacz przysięgły, choćby znał wszystkie języki świata, może tłumaczyć tylko z tego, dla którego został ustanowiony, traktuje jako obstrukcję ze strony tłumacza i stąd część badaczy klasyfikuje go jako pododmianę pętenta tępego.&lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;&lt;B&gt;Pętent tępy&lt;/B&gt; - zwany też pętentem mózgowcem. Strona, choćby zadrukowana gęsto petitem, to dla niego strona i usłyszawszy, że ma zapłacić za trzy, czuje się oszukany. Wysłuchawszy wyjaśnienia, że płaci za ilość tekstu, a nie za liczbę stron, na których ten tekst został rozpisany, pyta: „To czemu mam płacić za trzy, kiedy tu jest jedna strona?” Podobnie poproszony o przedstawienie niestandardowego dokumentu do wyceny, z wyjaśnieniem, że trudno w ciemno ocenić, ile znajduje się tam tekstu, chce się najpierw dowiedzieć: „No ale ile będzie to kosztowało?”&lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;&lt;B&gt;Pętent wygodniś&lt;/B&gt; - oczekuje, zwłaszcza kiedy mieszka na drugim końcu miasta, że tłumacz przywiezie mu tłumaczenie. Należy pamiętać o liberii i srebrnej tacy. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;&lt;B&gt;Pętent szef&lt;/B&gt; - rzadki, ale można się na niego natknąć. Nie umawia się z tłumaczem, tylko wydaje polecenia, gdzie to tłumacz ma się stawić czy na kiedy przetłumaczyć. Mimo że rzadki, niechroniony. Bezwzględnie tępić.&lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;&lt;B&gt;Pętent gawędziarz&lt;/B&gt; - cierpi na słowotok. Czuje się nieswojo, jeśli nie opowie tłumaczowi swojego życiorysu albo szczegółowej historii związanej z dokumentami, które ma do przetłumaczenia. Jeśli jest to testament, należy się przygotować na opowieść, kto, kiedy i na co umarł, kogo w rodzinie nienawidził i dlaczego go wydziedziczył. Zasady savoir-vivre'u szczegółowo tego nie regulują, ale przyjmuje się, że można przerwać, kiedy p. gawędziarz dojdzie do relacji rodzinnych sprzed trzech pokoleń, bez ryzyka, że się obrazi. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;&lt;B&gt;Pętent aspirujący&lt;/B&gt; - do bycia tłumaczem. Informuje tegoż, że dokument przetłumaczyłby sobie sam, bo od lat mieszka za granicą („a pan tam w ogóle był?”), ale niestety nie ma pieczątki, którą wedle jego mniemania tłumacz zdobył pokątnie i dzięki układom, po cwaniacku wykorzystując dziwaczne przepisy, które, nie wiadomo dlaczego, nie honorują najlepszej szkoły translatorskiej, jaką jest londyński zmywak. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;&lt;B&gt;Pętent roztargniony&lt;/B&gt; - zwany też pętentem niezorganizowanym. Wysypuje tłumaczowi na stół tonę papierów, po czym zaczyna je powoli przeglądać i analizować, które z nich powinien dać do przetłumaczenia. Po wybraniu dwudziestu dokumentów i po usłyszeniu ceny przeistacza się w pętenta wężokieszeń i zaczyna przebierać, z czego może zrezygnować. Przeszkadza mu w tym stale dzwoniąca komórka, którą p. roztargniony odbiera i przez długie minuty konferuje. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;&lt;B&gt;Pętent niefilolog &lt;/B&gt; - język obcy to dla niego język obcy, dzwoni więc do tłumacza włoskiego, żeby podał mu namiary na tłumacza języka duńskiego. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;&lt;B&gt;Pętent nieśpieszny &lt;/B&gt; - zgłasza się o godzinie dziewiętnastej z dziesięcioma stronami do tłumaczenia, a zapytany, na kiedy je potrzebuje, odpowiada „nie śpieszy się, może być na jutro”. Na pytanie, na kiedy miałoby być tłumaczenie, gdyby się śpieszyło, nie zna odpowiedzi. Odmiana, która po wyewoluowaniu w pętenta śpiesznego, może przyczynić się do wynalezienia wehikułu czasu.&lt;p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2799834716621754710-1399574940616761680?l=pawelpollak.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://pawelpollak.blogspot.com/feeds/1399574940616761680/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://pawelpollak.blogspot.com/2011/07/petent.html#comment-form' title='Komentarze (3)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2799834716621754710/posts/default/1399574940616761680'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2799834716621754710/posts/default/1399574940616761680'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://pawelpollak.blogspot.com/2011/07/petent.html' title='Pętent'/><author><name>Paweł Pollak</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08286065079875201435</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>3</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2799834716621754710.post-3674367518790404376</id><published>2011-07-02T20:31:00.002+02:00</published><updated>2011-07-31T15:25:14.027+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='polityka'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Kościół'/><title type='text'>Księży ekspert</title><content type='html'>&lt;p align=justify&gt;Rozpoczął się proces Dody oskarżonej o obrazę uczuć religijnych za wypowiedź, że Biblię „spisał jakiś napruty winem i palący jakieś zioła”. Co na ten temat myślę, napisałem w artykule „Doda, Kościół i wolność słowa” (zamieszczam go ponownie &lt;a href="http://pawelpollak.blogspot.com/2011/07/doda-koscio-i-wolnosc-sowa.html"&gt;poniżej&lt;/a&gt;). Z zeszłotygodniowej „Polityki” dowiedziałem się, że w sprawie jako biegły został powołany ksiądz. Najpierw się niewąsko przeraziłem i natychmiast ściągnąłem sobie najnowszą wersję naszej konstytucji, ale nadal widniało tam, że „wymiar sprawiedliwości w Rzeczypospolitej Polskiej sprawują Sąd Najwyższy, sądy powszechne, sądy administracyjne oraz sądy wojskowe.” Sądów kościelnych nie dopisano, inkwizycji (jeszcze) nie przywrócono, nazwy kraju na Polska Rzeczpospolita Katolicka nie zmieniono. W tej sytuacji nie rozumiem, jak sąd (powszechny) może powoływać w sprawie o obrazę uczuć religijnych katolików katolickiego księdza na biegłego. Przecież ksiądz z definicji jest nieobiektywny, do swojej religii musi mieć stosunek emocjonalny. Jak osoba zaangażowana po jednej ze stron może być biegłym, skoro biegły to niezależny ekspert? Czy jedyna rola, w jakiej mógłby na takim procesie wystąpić duchowny, nie jest rolą świadka oskarżenia? Dlaczego w miejsce księdza nie powołano religioznawcy?&lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Ksiądz uznał (to ci niespodzianka), że Doda faktycznie obraziła, bo „rozumienie charakteru autorstwa Biblii jako teandryczny, czyli bosko-ludzki, umieszcza słowa: jakiś napruty winem i palący jakieś zioła w bezpośredniej relacji do Autora, którym jest Bóg (...)”. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Jeśli Dorota Rabczewska zostanie na podstawie powyższej opinii skazana, to poważnie rozważę emigrację do Czech, bo najwyraźniej tylko tam polscy ateiści mogą czuć się bezpiecznie. Z tej opinii wynika bowiem tyle, że każdy obywatel RP (a może jednak PRK) ma obowiązek wiedzieć, że katolicy wierzą, że Biblię napisał Bóg. Mało tego. Nie tylko ma wiedzieć (państwo dba, żeby wiedział, nauczając jedynie słusznej religii w szkołach), ale też ma to przekonanie uwzględniać w swoich wypowiedziach, traktując je jako naukowy, obiektywnie stwierdzony fakt. Oceniając autorów tekstów biblijnych i opierając się przy tym co do ich tożsamości na ustaleniach historyków, powinien – choćby był racjonalistą w każdym calu (a Doda deklaruje się jako niewierząca) – traktować jako fakt historyczny przekonanie katolików – żadnym materialnym dowodem niepoparte – że ich Bóg napisał im ich świętą księgę. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Idąc tym tropem, gdyby przepis o obrazie uczuć religijnych był stosowany zgodnie z jego literą, a nie służył głównie do szykanowania artystów, którzy podpadli katolickim oszołomom w rodzaju Ryszarda Nowaka, obywatel RP miałby obowiązek znać i traktować na równi z obiektywną wiedzą przekonania członków wszystkich Kościołów i wyznań w Polsce. Tych w ministerialnym rejestrze widnieje prawie 180, a że rejestracja jest nieobowiązkowa, pewnie będzie ich więcej. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Jako ateista jestem członkiem Kościoła &lt;a href="http://pl.wikipedia.org/wiki/Lataj%C4%85cy_Potw%C3%B3r_Spaghetti"&gt;Latającego Potwora Spaghetti&lt;/a&gt; (niezarejestrowanego). Ponieważ w naszym wyznaniu niebagatelną rolę odgrywają piraci, świętą księgą jest „Wyspa skarbów”. Księdza, który zechce oświadczyć, że nie uznaje „Wyspy skarbów” za podstawowe źródło wiedzy o świecie, bo „ciężko wierzyć w coś, co spisał jakiś napruty laudanum i palący opium”, zamierzam oskarżyć o obrazę uczuć religijnych. Bo co z tego, że Stevenson rzeczywiście jechał na opium, kiedy przytaczanie tego faktu mnie, jako wyznawcę pastafarianizmu, obraża. I będę wtedy, powołując się na precedens z procesu Dody, domagał się, by jako biegłego w sprawie powołano pastafariańskiego kapłana, który stwierdzi, że autorem (sorry: Autorem) „Wyspy skarbów” „ze względu na teandryczny charakter jej autorstwa” jest Latający Potwór Spaghetti, a tym samym ksiądz imputował Jego Makaronowej Doskonałości zażywanie narkotyków. &lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2799834716621754710-3674367518790404376?l=pawelpollak.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://pawelpollak.blogspot.com/feeds/3674367518790404376/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://pawelpollak.blogspot.com/2011/07/ksiezy-ekspert.html#comment-form' title='Komentarze (6)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2799834716621754710/posts/default/3674367518790404376'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2799834716621754710/posts/default/3674367518790404376'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://pawelpollak.blogspot.com/2011/07/ksiezy-ekspert.html' title='Księży ekspert'/><author><name>Paweł Pollak</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08286065079875201435</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>6</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2799834716621754710.post-5093909164875332300</id><published>2011-07-02T20:29:00.002+02:00</published><updated>2011-07-31T15:25:44.379+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='polityka'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Kościół'/><title type='text'>Doda, Kościół i wolność słowa</title><content type='html'>&lt;p align=justify&gt;Doda ma być sądzona za swoją wypowiedź, że Biblię „spisał jakiś napruty winem i palący jakieś zioła”. To dobitnie pokazuje, że dwie konstytucyjne normy, wolność słowa i rozdział Kościoła od państwa, są w Polsce fikcją. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Wolność słowa polega na tym, że - bez konsekwencji w postaci grzywny czy więzienia - można powiedzieć wszystko. W tym rzeczy dla innych niewygodne, przykre, wywołujące oburzenie czy wściekłość. Jedynym wyjątkiem jest znieważenie lub zniesławienie drugiego człowieka, co pociąga za sobą konsekwencje prawne, ale - uwaga - wyłącznie cywilne. Zniesławiony może wnieść pozew przeciwko zniesławiającemu i domagać się stosownego odszkodowania. Tymczasem w Polsce zniesławienie jest ścigane z kodeksu karnego (art. 212 kk), nie wolno wygłaszać tzw. kłamstwa oświęcimskiego (art. 55 ustawy o IPN), propagować idei faszystowskich (art. 256 kk) i nie wolno obrażać uczuć religijnych (art. 196 kk). Z tego ostatniego paragrafu ma być sądzona Doda. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Zwolennicy penalizacji kłamstwa oświęcimskiego twierdzą, że ma to zapobiec powrotowi faszyzmu. Tymczasem to pozór: gdyby taka groźba rzeczywiście istniała albo pojawiła się w przyszłości, ten zakaz niczemu by nie zapobiegł. Historia pokazała, że wsadzani za poglądy do więzień prędzej czy później z nich wychodzą i wówczas - jako męczennicy za sprawę - mają na ogół sporo zwolenników. Wolność słowa oznacza, że również rasiści i faszyści mają prawo swobodnie wygłaszać swoje tezy, nawet jeśli znakomita część społeczeństwa uznaje je za aberracyjne. Można z nimi polemizować, je wyśmiewać, stosować społeczny ostracyzm wobec je głoszących, ale nie wolno pociągać ich do odpowiedzialności karnej. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Gdybyśmy tak rozumianą wolność słowa - można powiedzieć wszystko z oczywistymi dla rozsądnych ludzi ograniczeniami - wprowadzili na przykład w średniowieczu, to na zasadzie ogólnego konsensu można by powiedzieć wszystko poza tym, że Ziemia jest okrągła i krąży wokół Słońca. Podobna „wolność słowa” obowiązywała w PRL-u. Też można było powiedzieć wszystko, byleby nie negować socjalistycznego ustroju i sojuszu ze Związkiem Radzieckim. Co więcej, konsekwencje w późnym PRL-u były jakby mniej poważne, bo nie ryzykowało się już więzieniem, a jedynie tym, że cenzura wykreśli „niewłaściwe” wypowiedzi. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Tymczasem w demokratycznej III RP Dodzie grozi dwa lata więzienia. Za złamanie przepisu, którego istnienie jest w neutralnym światopoglądowo państwie skandalem (to znaczy byłoby, gdyby Polska się do takich państw zaliczała). Z jakiego tytułu specjalnej ochronie podlegają uczucia religijne, a zdrowy rozsądek ateistów już nie? Mój jest wystawiany na ciężką próbę, kiedy każe mi się przyjmować chrześcijańską mitologię za fakty (w to, że Jezus był postacią boską, jestem skłonny uwierzyć tak samo jak w to, że greccy bogowie angażowali się w walkach pod Troją), ale nie uprawnia mnie to do żądania, by wsadzać do więzień ludzi, którzy utożsamiają mitologię z historią. Każdy, kto chce, może utrzymywać, że Biblia to zapis wizyty Boga na ziemi i przekonywać (byle nie siłą) do takich poglądów innych, ale też każdy, kto chce, ma prawo powiedzieć, że to kompilacja tekstów autorów, którzy pisali o zasłyszanych wydarzeniach, nie mając żadnych kwalifikacji na historyków i nawet zresztą nie aspirujących do tej roli, tylko usiłujących udowodnić jakąś tezę, a jeszcze kto inny ma prawo Biblię podrzeć, byleby darł swój egzemplarz, a nie cudzy. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Kolejnym skandalem jest, że ów przepis wcale nie jest wykorzystywany do ochrony uczuć religijnych, tylko do walki o rząd dusz. Gdyby to, co powiedziała Doda, napisał jakiś anonimowy bloger, nikt by na niego nie składał doniesień do prokuratury, skończyłoby się co najwyżej na polemicznym albo oburzonym komentarzu. Ale Doda jest niebezpieczna, seksowna, popularna, dla młodzieży jest znacznie większym autorytetem niż ksiądz, którego ta młodzież podejrzewa o sypianie z ministrantem. I jeśli Doda mówi, że Biblię napisał „napruty winem”, to jej fani mogą uznać, że coś jest na rzeczy. Katoliccy aktywiści się tego boją i dlatego wytaczają ciężkie działa. Tylko że kule odlane naprędce i nieudolnie. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;„Naszym zdaniem z wypowiedzi tej wynika, że w opinii Rabczewskiej autorami Biblii byli alkoholicy i narkomani.” &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;I co w tym złego? Zdaje się, że Kościół twierdzi, że autorzy Biblii pisali ją pod wpływem boskiego natchnienia. Tymczasem wielu twórców to boskie natchnienie odnajdywało w sobie dzięki alkoholowi i narkotykom. Ani się tego nie wstydzili, ani świat ich za to nie potępiał, a pod wpływem używek tworzyli dzieła doskonałe. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Zwróćmy jednak uwagę na kluczowe słowo w doniesieniu: „w opinii Rabczewskiej”. W opinii! Sami autorzy doniesienia przyznają, że Doda wygłosiła swoją opinię. Bo oczywiście można złośliwie udowadniać, że teza wygłoszona przez Dodę wcale nie jest sprzeczna z oficjalnym stanowiskiem Kościoła, ale przecież Doda nie miała zamiaru wziąć udziału w panelu historycznym na temat autorów Biblii, tylko chciała tę Biblię zdyskredytować. I ma do tego, nomen omen, święte prawo. W kraju, w którym panuje wolność słowa, każdy może sobie wygłaszać takie opinie, jakie mu się żywnie podoba i prokuratorowi nic do tego. Pan Nowak powinien ze zrozumieniem przeczytać artykuł 54 Konstytucji RP: „Każdemu zapewnia się wolność wyrażania swoich poglądów (...)” A jak komuś się te opinie nie podobają, może z nimi dyskutować, obśmiać je, jeśli uważa, że są absurdalne, czyli posłużyć się dokładnie tym samym stylem co Doda, a jest on w dyskusji w pełni uprawniony. Sęk w tym, że aktywiści katoliccy nie chcą dyskutować, nie potrafią walczyć słowem, po co silić się na argumenty, skoro można skierować doniesienie do prokuratury. Zauważmy, że w ten sposób żadna debata o religii, jej miejscu we współczesnym społeczeństwie nie jest w Polsce możliwa. Albo inaczej, jest możliwa, jeśli ktoś o krytycznym nastawieniu najpierw odda katolicyzmowi należny hołd i wykaże czołobitną postawę, że szanuje, że docenia znaczącą rolę w historii i obecnie, że Papież jest oczywiście autorytetem i tak dalej. Dyskusja o religii, proszę bardzo, ale na klęczkach. Czołobitnie, bez cienia ironii. Znowu przypomnę PRL, gdzie przecież władza też dopuszczała krytykę ustroju, byle konstruktywną. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Bo religia katolicka jest w Polsce religią panującą. Oficjalne zapewnienia o państwie neutralnym światopoglądowo, jego rozdziale od Kościoła są na użytek Unii Europejskiej i środowiska „Gazety Wyborczej”, które są zbyt silne, by można wprost im się przeciwstawić, ale do siebie katolicy puszczają oko, że przecież nikt im nie wmówi, że prawdziwy Polak może być pedałem, bezbożnikiem czy innym odszczepieńcem, sytuacja na razie jest jaka jest, ale Kościół przetrwał dwa tysiące lat, więc Unię i „Wyborczą” też przeczeka. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Powyższe jest przyczyną, dlaczego krzyż w przestrzeni publicznej wzbudza sprzeciw „innowierców”. Bo jest symbolem faktycznej dominacji katolicyzmu. Przecież katolicy nie wieszają krzyża w miejscach publicznych, by się do niego modlić, tylko by pokazać „to my tutaj rządzimy”. Gdyby te krzyże były przejawem wyłącznie wiary bez politycznego kontekstu, nikomu by nie przeszkadzały. Podobnie jak obecnie nikomu nie przeszkadza radziecka flaga czy godło z sierpem i młotem. W PRL-u te symbole Polaków drażniły, bo pokazywały, kto nami naprawdę rządzi. A przecież tak jak teraz oficjalnie mamy państwo neutralne światopoglądowo, tak wtedy oficjalnie mieliśmy państwo niezależne i niepodległe. Porównanie instytucji, do której dobrowolnie należą miliony Polaków, z narzuconym systemem niewłaściwe? To proszę sobie przypomnieć, kto, kiedy i o kim powiedział „nasi okupanci”. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;W oczekiwaniu, aż siły niepozwalające na oficjalne państwo wyznaniowe osłabną, Kościół stara się wprowadzać je tylnymi drzwiami, hierarchowie walczą, by ustawy odzwierciedlały katolicki światopogląd. Przy aprobacie jednych polityków (prawica), chowaniu głowy w piasek przez drugich (centrum) i wyłącznie deklaratywnym sprzeciwie trzecich (lewica), którzy mają taką dziwną przypadłość, że przeciwko panoszeniu się Kościoła protestują tylko wtedy, gdy są w opozycji, wyniesieni natomiast do władzy na wyścigi podlizują się klerowi. Politycy PO pytani przez dziennikarzy o sprzeciw Kościoła wobec in vitro odpowiadają, że Kościół może przecież prezentować swoje stanowisko. To pokazuje, do jakiego stopnia nie rozumieją roli prawa w nowoczesnym społeczeństwie i zasad, jakie powinny obowiązywać przy jego tworzeniu. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Kiedyś rolą prawa było umoralniać, traktowano je jako jedno z narzędzi Boga pomocnych w zbawianiu ludzi. I Kościół nadal chce, by ten przestarzały model obowiązywał, żądając, by prawo stanowione odzwierciedlało naturalne (czyli dogmaty, bo to Kościół ma rozstrzygać, co jest prawem naturalnym), a politycy w sumie to akceptują, nie rozumiejąc filozofii nowoczesnego prawa. Współcześnie przepisy prawa mają jedynie organizować życie społeczeństwa przy zachowaniu zasady, że dana jednostka jest istotą całkowicie wolną, a jej wolność można ograniczać tylko tam, gdzie narusza ona wolność innej jednostki. Jeśli dwóch panów chce ze sobą sypiać, to nie można im tego zakazywać, bo nikomu nie szkodzą (to, że kogoś bulwersują, nie jest naruszeniem jego wolności), ale można im zakazywać zbyt głośnego seksu, bo przeszkadza to innym lokatorom (tymczasem Polacy w większości uznają homoseksualizm za niemoralny, ale nie widzą nic zdrożnego w tym, że swoimi własnymi pijackimi hałasami nie dają innym spać). Oczywiście nie zawsze da się jednoznacznie wskazać, gdzie leży granica wolności dwóch jednostek. Ale właśnie na ustalaniu tej granicy powinno polegać tworzenie prawa. Problem: czy pozwolić parom homoseksualnym na adopcję dzieci? Jeśli badania naukowe wskazują, że optymalny rozwój dziecko osiąga mając w rodzinie wzorzec żeński i męski, to nie, bo naruszamy wolność tego dziecka, ale jeśli z badań wyniknie, że dzieci z rodzin rozbitych radzą sobie w życiu równie dobrze, jak te z pełnych, to przeszkód nie ma. I tak powinna wyglądać cywilizowana dyskusja na ten temat. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;W nowoczesnym, neutralnym światopoglądowo państwie prawo w każdej sferze życia powinno być tworzone na tej samej zasadzie co przepisy ruchu drogowego. Tam liczą się tylko dwa elementy: jego sprawna organizacja i bezpieczeństwo użytkowników. Za absurd uznalibyśmy, gdyby wyznawca jakiejś religii żądał na przykład nakazu podwójnego okrążania ronda, bo w jego wyznaniu to hołd oddany bogu. Tymczasem podobne absurdy są sankcjonowane w pozostałych dziedzinach życia. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Zauważmy, że taka konstrukcja prawa w żaden sposób nie ingeruje w sferę religijną danego człowieka ani w zwierzchnictwo Kościoła nad wiernymi. Kto chce, może okrążyć rondo dwa razy, nikt nie musi korzystać z in vitro czy wykonywać aborcji. Problem polega na tym, że wyznawcy danej religii za ingerencję w sferę ich religijności uznają fakt, że ktoś nie podziela czy nie respektuje ich norm moralnych. Katolicy wykazują się tu pełnym niezrozumieniem, uważając a piori, że normy chrześcijańskie są czymś pozytywnym i korzystnym dla ludzkości i w ogóle nie przyjmują do wiadomości, że ktoś może uważać inaczej. Taką argumentację dało się słyszeć, kiedy wprowadzono obowiązek propagowania przez telewizję wartości chrześcijańskich. Tymczasem normy chrześcijańskie to nie tylko zakaz kradzieży i zabijania, z czym rzeczywiście wszyscy się zgadzają, ale masa szczegółowych rozwiązań, których niekatolicy wcale nie aprobują. Na przykład Söderberg uważał, że nakaz miłowania wroga jest sprzeczny z ludzką naturą, pisał, że przeciwnika można szanować, można z nim walczyć fair, ale naprawdę nie da się go kochać. Proszę sobie wyobrazić, że władzę w Polsce przejmują świadkowie Jehowy. I zgodnie ze swoimi przekonaniami wprowadzają zakaz przeprowadzania transfuzji krwi. Jakbyś się czuł, katoliku, gdybyś musiał patrzeć, jak umiera bliska ci osoba, bo nie można zastosować procedury medycznej, będącej oczywistością we wszystkich cywilizowanych krajach? Wyobraź to sobie i wyobraź sobie (z zachowaniem oczywiście proporcji), jak się czują kobiety niemogące dokonać legalnie aborcji czy będą się czuły pary niemogące mieć dziecka, jeśli wejdzie w życie projekt Piechy penalizujący in vitro. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Prawne regulowanie kwestii in vitro (czy aborcji) jest właśnie owym ideologicznym tworzeniem prawa. W ogóle nie rozumiem utyskiwań, że kwestia in vitro nie doczekała się w Polsce uregulowań prawnych. Przecież to są procedury medyczne, o których powinni decydować wyłącznie lekarze na podstawie aktualnej wiedzy medycznej w porozumieniu z pacjentem. Czy ktoś postuluje, by tworzyć osobną ustawę, jak amputować nogę albo wyleczyć raka nerki? Zaraz usłyszę głosy, że w przypadku aborcji czy in vitro mamy do czynienia z ludzkim istnieniem, które trzeba chronić. Bzdura. Sami katolicy nie uznają zarodków czy płodów za pełnoprawny byt ludzki. Gdyby tak było, nie domagaliby się osobnych ustaw, tylko składaliby w prokuraturze doniesienia o zabójstwie na podstawie przepisów kodeksu karnego. A tymczasem nawet domagając się odrębnych zakazów, nie postulują, by kary za „zabójstwo” zarodka czy płodu były takie same (czy choćby zbliżone) jak za zabójstwo urodzonego człowieka. Kościół z kolei ani nie chrzci zarodków, ani płodom nie wyprawia pogrzebów. Twierdzenia, że zarodek czy płód jest człowiekiem, nie znajdują żadnego pokrycia w działaniach osób czy instytucji je głoszących. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Co wynika z zasady, że prawo winno być tworzone w sposób neutralny? Ano to, że posłowie winni swoje przekonania religijne zostawić za drzwiami Sejmu. Po głosowaniu poseł katolik może leżeć sobie krzyżem w kościele albo nawracać niewiernych, ale podczas głosowania powinien kierować się tym, że ma zorganizować koegzystencję katolika, ateisty, żyda i muzułmanina, a tym trzem ostatnim nie może narzucać swojej wiary (ani żadnych rozwiązań z niej wynikających). A Kościół nie powinien ingerować w tworzone prawo, czyli w ogóle się na ten temat wypowiadać. Natomiast kiedy złe prawo - z punktu widzenia Kościoła - zostanie uchwalone, kiedy Sejm zezwoli na aborcję i in vitro, Kościół może przecież swoim owieczkom oświadczyć: „Drodzy wierni, Sejm uchwalił pełną dostępność aborcji oraz in vitro, przypominamy więc, że korzystanie z jednego i drugiego jest z punktu widzenia etyki katolickiej niedopuszczalne i grozi wiecznym potępieniem, a ponieważ Pan Bóg jest nierychliwy, to jeszcze na tym padole łamiących tę etykę nie będziemy dopuszczać do komunii, a w przypadku zatwardziałych grzeszników ekskomunikować.” Dlaczego Kościół nie walczy z aborcją i in vitro w ten sposób? Dlaczego nie sięga do arsenału kar z prawa kanonicznego? Wedle twierdzeń tegoż Kościoła katolików w Polsce jest 95%, czyli ustawy dopuszczające aborcję i in vitro powinny wywoływać uśmiech politowania ze strony biskupów, bo wziąwszy pod uwagę, że w pozostałych pięciu procentach, statystycznie rzecz biorąc, muszą się znajdować zarówno ludzie płodni, jak i przeciwnicy aborcji z innych motywacji niż katolickie, w praktyce korzystałby z nich minimalny odsetek populacji. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Kościół jednak nie egzekwuje zasad moralności katolickiej od swoich wyznawców (co ma pełne prawo robić). Nie stara się również, by egzekwowano przepisy jego staraniem uchwalone. Aborcji dokonuje się masowo w... chciałem napisać „w podziemiu”, ale to nietrafne określenie, bo podziemie implikuje coś ukrytego, tymczasem nikt się z tym specjalnie nie kryje. Czy Kościół składa doniesienia do prokuratury, czytając w prasie ogłoszenia o „wywoływaniu miesiączki”, czy zgłasza pretensje, że organy ścigania na proceder aborcyjny patrzą przez palce? Nie. I przyznam, że w tym momencie trudno mi zrozumieć, o co Kościołowi chodzi. Domaga się przekładania religijnych nakazów na ustawy, po czym zadowala się tym, że powstaje martwe prawo. Powszechna postawa „jestem katolikiem, ale księża nie będą mi mówić, co mam robić” jest przez Kościół w sumie akceptowana. Mało chwalebna postawa, wybieranie z „oferty religijnej” rodzynek, np. gwarancji życia wiecznego, ale z pominięciem wszelkich niedogodności, jakimi są nakazy i zakazy. Czyżby Kościół bał się, że jeśli zacznie karać swoich wiernych albo skutecznie egzekwować od nich moralność katolicką (sypialiście ze sobą przed ślubem? sorry, ale dla takich ślub kościelny jest niedostępny), to wierni w ogóle się od niego odwrócą? I wtedy nie będzie opłaty za ten ślub, nie będzie na tacę, a jak posłowie zobaczą, że kościoły pustoszeją, to przestaną się prześcigać w pomysłach, pod jakim pretekstem dołożyć episkopatowi na budowę świątyni, gdy prawo na to nie pozwala. Czy to jeszcze jest religia czy już tylko organizacja starszych panów, zapewniająca im wygodne życie, bo lepiej dostawać pensję za nawoływanie z ambony na kogo głosować niż za machanie łopatą? &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Można by zauważyć, że mniej uciążliwa taka postawa Kościoła niż konsekwentne egzekwowanie katolickich norm również od niekatolików. Bo owszem, nie żyjemy w państwie neutralnym światopoglądowo, ale również nie w religijnej dyktaturze. To jest bardziej narzucanie się z katolickim światopoglądem niż zmuszanie do niego. A jeśli zmuszanie, to nie pod groźbą kary, tylko przez wywieranie presji. Wiesza się krzyże, gdzie się da, ale nie zmusza do modlitw pod nimi. Tyle że postępowanie Kościoła uniemożliwia faktyczne wprowadzenie w życie innego przepisu konstytucji, a mianowicie, że Polska jest państwem prawa. Wskutek różnych zaszłości historycznych Polacy prawo lekceważą. Zasada „dura lex, sed lex” jest im obca. Tymczasem przestrzegane prawo to czytelne reguły gry, a przy czytelnych regułach gry wygrywa ten, kto ma większe umiejętności, a nie ten, kto jest większym cwaniakiem. I w interesie samych Polaków jest, by prawo szanowali. Z uczciwego przedsiębiorcy społeczeństwo ma znacznie więcej pożytku niż z nieuczciwego, ludziom żyje się lepiej tam, gdzie zakazy - mające organizować wspólne życie - są przestrzegane, a nie ignorowane jako przepisy uchwalone komuś na złość. Oczywiście przedsiębiorca musi mieć takie warunki, by opłacało mu się działać uczciwie, a nie że państwo obciąża go nierealistycznie wysokimi podatkami, mrugając okiem, „rozumiemy, że część należności weźmiesz pod stołem”, a zakazy nie mogą być motywowane ideologicznie. Tworzenie prawa i z góry dawanie przyzwolenia na jego nieprzestrzeganie jest w polskich warunkach podkopywaniem wszelkich prób wychowania praworządnego społeczeństwa. No bo skoro można sobie wybierać, jakich przepisów się przestrzega, a jakich nie, to prowadzi to do erozji prawa. Gdyby za sterami prezydenckiego tupolewa siedział Niemiec albo Szwed, do tragedii pewnie by nie doszło, bo dla tamtych nacji przepis jest przepis. Nie wolno schodzić poniżej stu metrów, jak nie widać ziemi, to się nie schodzi. Koniec kropka. A Polak ma takie nastawienie, że kiedy przepisy w czymś mu przeszkadzają, to ich przestrzegał nie będzie. Drugą stroną tego medalu jest postawa służb powołanych do egzekwowania prawa. Kiedy nie muszą przykładać się do ścigania niektórych przestępstw, łacno rozciągają to na pozostałe. I nie ma co się cieszyć, że policja nie ściga tych, którzy łamią zakaz wykonywania aborcji, bo jeśli na tę samą policję zgłosimy, że porwano nam syna, możemy usłyszeć, że sam się porwał i żeby im nie zawracać głowy, bo mają na niej ważniejsze sprawy. &lt;br /&gt;(sierpień 2010) &lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2799834716621754710-5093909164875332300?l=pawelpollak.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://pawelpollak.blogspot.com/feeds/5093909164875332300/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://pawelpollak.blogspot.com/2011/07/doda-koscio-i-wolnosc-sowa.html#comment-form' title='Komentarze (5)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2799834716621754710/posts/default/5093909164875332300'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2799834716621754710/posts/default/5093909164875332300'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://pawelpollak.blogspot.com/2011/07/doda-koscio-i-wolnosc-sowa.html' title='Doda, Kościół i wolność słowa'/><author><name>Paweł Pollak</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08286065079875201435</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>5</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2799834716621754710.post-9079559277750411471</id><published>2011-06-25T20:30:00.001+02:00</published><updated>2011-06-25T20:30:00.610+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='pisarstwo'/><title type='text'>Pisarzu, nie zostawaj indie</title><content type='html'>&lt;p align=justify&gt;Indie (&lt;I&gt;independent writer&lt;/I&gt;) to pisarz odżegnujący się od głównego nurtu wydawniczego i publikujący samodzielnie w Internecie. Jednym z nich jest Piotr Kowalczyk, który na swoim blogu zachęca do pójścia w swoje ślady cyklem „Pisarzu, zostań indie”.&lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;We &lt;a href="http://www.passwordincorrect.com/2010/02/14/pisarzu-zostan-indie-1-wstep/"&gt;wstępie&lt;/a&gt; dowiadujemy się, dla kogo cykl nie jest przeznaczony. &lt;I&gt;Jeśli twoim marzeniem jest być pisarzem spoczynkowym w powyciąganym szarym swetrze i gierkowskich denkach, któremu przeznaczone jest wylądować za młodu w więzieniu, szpitalu psychiatrycznym albo na cmentarzu, możesz przestać czytać już teraz.&lt;/I&gt; Osobiście chciałbym się dowiedzieć, co to za gatunek pisarza „spoczynkowy” i dlaczego jest predestynowany do wylądowania, i to już za młodu, w więzieniu, psychiatryku albo na cmentarzu. Frapuje też mnie, co to są owe „gierkowskie denka”. Nigdy w życiu tego określenia nie słyszałem, Google takiego połączenia nie zna. Domyślam się, że okulary, ale dlaczego gierkowskie? Gierek okularów nie nosił, z okularami kojarzy się Jaruzelski. &lt;br /&gt;&lt;I&gt;Jeżeli uważasz, że samodzielne wydawanie książek to obciach i zwykłe odzieranie postaci pisarza z magii materializowanej dymem papierosowym i okresami niemocy twórczej – daj sobie spokój &lt;/I&gt;. Proszę państwa, czy to nie skandal? Mamy naukowe odkrycie, może nie na Nobla, ale na artykuł w „Nature” czy „Science” na pewno, a tymczasem cisza. Wybitny znawca tematu Piotr Kowalczyk odkrywa, że niemoc twórczą powoduje publikowanie książek w wydawnictwach, pisarze samodzielnie wydający swoje książki na niemoc twórczą nie cierpią, przyczyny blokady prowadzącej do depresji, alkoholizmu czy samobójstwa wyjaśnione i nikt o tym nie mówi? Co się stało? Czy tłumacz przysłany przez „Nature” odmówił tłumaczenia tekstu, kiedy przeczytał o „magii materializowanej okresami”? Albo jakiś zawistny konkurent, który sam szuka rozwiązania zagadki, zyskał posłuch dla swego kłamliwego i oszczerczego twierdzenia, że &lt;I&gt;indie&lt;/I&gt; nie cierpi na niemoc twórczą, bo to zwykle grafoman, a ci, jak wiadomo, bez trudu zapełniają „myślami, które cisną ich pod czaszką” tysiące stron? Bez względu na przyczyny jest to skandal, który natychmiast należy wyjaśnić! &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;W &lt;a href="http://www.passwordincorrect.com/2010/02/14/pisarzu-zostan-indie-2-nie-poszukuj-wydawcow/"&gt;drugiej części&lt;/a&gt; (wstęp jest pierwszą, wstęp to wstęp, ale Kowalczyk ma hinduską numerację) autor dowodzi, że poszukiwanie wydawcy jest błędem, bo a) wydawcy nie mają czasu na czytanie nadesłanych tekstów; b) nie chcąc czytać, wolą twórców z dorobkiem. &lt;I&gt;Pisarz z dorobkiem jest o niebo lepszy niż pisarz bez dorobku. Jeśli na twoim koncie jest ‘jedynie’ świetna powieść, to jest to stanowczo za mało. O tym, że powieść jest świetna wydawca nie wie, a czytać mu się nie chce, bo nie masz dorobku. Koło się zamyka – i jest to koło z rodzaju tych najbardziej absurdalnych.&lt;/I&gt; &lt;br /&gt;Powieść na koncie to już wprawdzie dorobek, ale zdaje się, że Kowalczyk rozumie przez to pojęcie powieść napisaną, ale jeszcze niewydaną. I konkluzja jest taka, że debiut to kwadratura koła. Rzecz niewykonalna. Szkoda, że Kowalczyk nie zechciał wyjaśnić, skąd się w takim razie biorą pisarze z dorobkiem. Pilch przyleciał z Marsa, Gretkowska urodziła się jako autorka trzech książek, Krajewski zaczął od wydania swojej piątej książki, a potem wrócił do pierwszej? I jakim cudem w ostatnich latach zadebiutowali Sylwia Kubryńska, Szymon Bogacz, Marek Wiśniewski, Wiktor Hagen, Maria Ulatowska wraz z wieloma innymi? Aha, Kowalczyk twierdzi, że problemu nie ma, jeśli w wydawnictwie pracuje wuj lub kumpel debiutanta. Z tego, co wiem, Krajewski w Wydawnictwie Dolnośląskim nie miał znajomych ani rodziny, podobnie ja w Santorskim czy Kubryńska w Nowym Świecie. I tak jest w przypadku znakomitej większości debiutantów, zarzuty Kowalczyka są typowe dla nieudacznika, który nie może dostać pracy, więc żeby nie przyznawać się do własnej nieudolności, tłumaczy sobie, że to przez brak pleców. Kowalczyk podaje przykład kilku słynnych pisarzy, którzy długo dobijali się do wydawnictw. Bywa i tak, ale nierzadko książka debiutanta jest przyjmowana od ręki. Przykładem niech będzie tu Gaja Grzegorzewska. Posłała swojego „Żniwiarza” do wydawnictwa EMG (i nigdzie więcej), Irek Grin (niewujek, niekumpel) przeczytał, spodobało mu się i wydał. Nie chodziła, nie prosiła się, nie czekała latami na wydanie. Owszem, żeby tak trafić, trzeba mieć trochę szczęścia, owszem, wydawcy lekceważą autorów, nie czytają wszystkich propozycji wydawniczych (ale że nie czytają w ogóle, jest twierdzeniem nieprawdziwym), generalnie rzeczywiście jest to droga przez mękę, ale droga, wbrew twierdzeniom Kowalczyka, do przejścia. Zresztą jaka jest alternatywa? &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Alternatywę przedstawia Kowalczyk w &lt;a href="http://www.passwordincorrect.com/2010/02/21/pisarzu-zostan-indie-3-kim-jest-pisarz-niezalezny/"&gt;części trzeciej&lt;/a&gt;. Jest nią publikowanie samodzielne, a dzięki Internetowi można robić to bez kosztów i dzięki temu samemu Internetowi można dotrzeć do czytelników. Ale żeby publikować samodzielnie, trzeba mieć określone cechy, pierwszą z nich jest wszechstronność: &lt;I&gt;pisarz (...) przyjmuje nowe role (...) wykonuje zadania redaktora, korektora czy grafika&lt;/I&gt;. Po tym stwierdzeniu wyraźnie widać, że ci tak zwani autorzy 2.0 nie mają bladego pojęcia o warsztacie pisarskim. Pisarz nie może sam sobie być redaktorem i korektorem. Człowiek nie wyłapie wszystkich swoich błędów, potrzebne jest świeże spojrzenie. Publikacja to nie tylko udostępnienie tekstu czytelnikom, to również opracowanie tego tekstu, by był na odpowiednim poziomie. &lt;br /&gt;Inną cechą &lt;I&gt;indie&lt;/I&gt; ma być proaktywność. W odróżnieniu od pisarza tradycyjnego, za którego wszystko załatwia wydawnictwo, &lt;I&gt;indie&lt;/I&gt; działa, &lt;I&gt;nie czeka na cud, na szczęśliwy zbieg okoliczności&lt;/I&gt;. Nie bardzo rozumiem, dlaczego scedowanie działań promocyjnych i dystrybucyjnych na osoby, które się na tym znają i mają opracowane skuteczne procedury, miałoby być czekaniem na cud. Czy lepiej powierzyć coś fachowcom, czy wyważać otwarte drzwi? Kowalczyk twierdzi, że &lt;i&gt;indie&lt;/I&gt; musi codziennie podejmować decyzje dotyczące swojej książki (stąd pewnie proaktywność, a nie zwykła aktywność), a tych, których może to zniechęcać, dopinguje: &lt;I&gt;w swojej książce co chwila każesz bohaterom podejmować decyzje. Jako &lt;/I&gt;indie&lt;I&gt; sam jesteś bohaterem swojej historii.&lt;/I&gt; Brzmi wzniośle, tylko sensu za grosz nie ma. Decyzja, na jakiej platformie mam jako &lt;I&gt;indie&lt;/I&gt; opublikować swoją książkę, czy promować ją intensywniej na Twitterze czy Facebooku, nie jest żadną zmieniającą życie decyzją, jedną z wielu, jakie się podejmuje w każdej działalności. Kowalczyk jako przykład „odważnej decyzji” przytacza pomysł autora, który postanowił się promować, pisząc powieść w trzy dni, a czytelnicy na bieżąco śledzili postęp prac w Internecie. Dlaczego pomysł happeningu miałby być „odważną decyzją”? No chyba, że Kowalczykowi chodzi o odwagę robienia z siebie głupka, bo pisanie powieści w trzy dni ma tyle samo sensu co próba przebiegnięcia maratonu w kwadrans. &lt;br /&gt;Ale &lt;I&gt;najwspanialszą cechą pisarzy niezależnych jest kreatywność.&lt;/I&gt; Jak wiadomo, pisarze zależni są tego atrybutu całkowicie pozbawieni. &lt;I&gt;[Niezależni] Nie mają pieniędzy na wielką premierę w salonach prasowych, nie stać ich na zorganizowanie okazałego spotkania z dziennikarzami, po którym można przy lampce wina zrobić dobre wrażenie. Nie mają środków na realizację trailera książkowego. Co pozostaje? Kreatywność.&lt;/I&gt; Chociaż wiek debiutantów ostatnio mocno się obniżył, to wciąż jednak pisarstwo pozostaje zawodem, w którym debiut w wieku dojrzałym a nawet podeszłym jest czymś naturalnym, więc widać, że pisarze niezależni rekrutują się z biedoty albo z ludzi, którzy nie potrafią się dorobić. Można by zapytać, dlaczego nie wykorzystali swojej kreatywności. &lt;br /&gt;Dwie kolejne cechy, które Kowalczyk podziwia u pisarza niezależnego (czyli u siebie), to ekspansywność i otwartość. &lt;I&gt;Pisarze niezależni szukają okazji, trampoliny, która pozwoli im szybko dotrzeć do nowych czytelników.&lt;/I&gt; No jak książek pisarzy niezależnych nie uświadczy się w księgarniach ani bibliotekach, czyli tam, gdzie szuka ich znakomita większość czytelników, to rzeczywiście potrzebna trampolina. &lt;I&gt;Nie ma to nic wspólnego z wycofanym geniuszem, który generalnie pije wódkę i od czasu do czasu zabiera się za napisanie wiersza, który to wiersz będąc jeszcze w formie białej kartki, już jest arcydziełem.&lt;/I&gt; Wycofany geniusz to taki, który już nie jest w obiegu, czy taki, któremu poziom inteligencji się cofnął? A po sarkastycznej uwadze o wierszu widać, że cechą pisarza niezależnego (niewymienioną przez Kowalczyka) są ciężkie kompleksy i zawiść wobec pisarza prawdziwego. &lt;I&gt;Pisarz ze wspomaganiem wydawniczym ma tę przewagę, że może być wykreowany – czasem na kogoś zupełnie innego, niż jest w rzeczywistości. Czy masz tyle pieniędzy, żeby być kimś innym? Lepiej jest być autentycznym. Jak jest dobrze – pisać, że jest dobrze. Jak jest źle – pisać, że jest źle.&lt;/I&gt; Pisarz ze wspomaganiem to niemal jak sportowiec na dopingu. Ale skoro jest wspomaganie, to po co pieniądze? I pisanie powieści to nie jest relacja z własnego życia, na tym właśnie polega cała sztuka, żeby umieć napisać tragedię, mając wyśmienity nastrój, a w podłym stworzyć taką komedię, że czytelnik popłacze się ze śmiechu. &lt;I&gt;Nie masz żadnej gwarancji, że czytelnik polubi w tobie kogoś innego, ale masz szansę, że polubi cię takim, jakim naprawdę jesteś.&lt;/I&gt; Kowalczykowi pisarz wyraźnie myli się z celebrytą. Dla czytelnika pisarz może być jedynie pustym nazwiskiem na okładce, ważne jest, czy spodoba mu się jego utwór. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Jeśli ktoś przeszedł powyższy test psychologiczny (zauważmy, że taka cecha jak umiejętność pisania nie jest konieczna), może wstąpić w szeregi elity i zyskać dumne miano autora 2.0. A wiążą się z tym same &lt;a href="http://www.passwordincorrect.com/2010/02/28/pisarzu-zostan-indie-4-dlaczego-warto/"&gt;korzyści&lt;/a&gt;. Przede wszystkim zdobędzie się wiedzę o rynku wydawniczym, gdy tymczasem &lt;I&gt;pisarz podłączony do wydawcy zdobywa ją wolniej lub nie zdobywa wcale.&lt;/I&gt; A jeśli już zdobywa, to jest ona &lt;I&gt;obciążona punktem widzenia wydawcy&lt;/I&gt;, bo, jak wiadomo, pisarz podłączony do wydawcy (czym podłączony? kablem?) to taka sierota, która nie potrafi czerpać wiedzy z innych źródeł. Poza tym &lt;I&gt;taki pisarz [taki, czyli podłączony] uczy się przestarzałych zasad funkcjonowania rynku.&lt;/I&gt; Święta prawda. Po co uczyć się prowadzenia samochodu, zasad ruchu drogowego, wydawać szmal na przestarzały wynalazek i być kierowcą 1.0, kiedy przyszłością są poduszkowce, którymi będą jeździć kierowcy 2.0. &lt;br /&gt;Kolejną korzyścią, jaką nęci Kowalczyk, jest szansa na większy dorobek. Dlaczego? Bo jak odpadnie użeranie się z wydawcami, będzie się miało więcej czasu na pisanie? Nie. &lt;I&gt;W świecie 1.0 dorobkiem jest recenzja w Newsweeku, notka o książce w katalogu Empiku, nominacja do środowiskowej nagrody literackiej. W świecie 2.0 dorobkiem jest recenzja znanego blogera, komentarze w serwisie książkowym, liczba pobrań darmowego fragmentu czy liczba fanów na Facebooku.&lt;/I&gt; W świecie języka polskiego dorobkiem jest „ogół dzieł stworzonych przez pisarza”, ale Kowalczyk posługuje się polszczyzną 2.0 i przez dorobek rozumie reakcje na książkę. Kowalczyk nie dostrzega, że znani blogerzy piszą niemal wyłącznie o książkach wydanych w świecie 1.0, że komentarze w serwisach książkowych dotyczą tytułów papierowych, podobnie jak dyskusje na forach. Natomiast odwrotna sytuacja rzeczywiście nie zachodzi: recenzentów „Newsweeka” książki &lt;I&gt;indie&lt;/I&gt; nie interesują, do nagród literackich nie bywają nominowane. &lt;br /&gt;Ale „dorobek” to same zalety: &lt;br /&gt;&lt;I&gt;1 :. Wysyłasz książkę do recenzenta lub wydawcy – jedynie z twoim opisem&lt;br /&gt;2 :. Wysyłasz tę samą książkę – z opisem, informacją, że została pobrana kilka tysięcy razy i opiniami czytelników.&lt;br /&gt;Jak myślisz, która wersja ma większe szanse wzbudzić zainteresowanie? &lt;/I&gt;&lt;br /&gt;Kowalczykowi wydaje się, że zadaje pytanie retoryczne, tymczasem odpowiedź jest taka, że dla wydawcy tekst pobrany kilka tysięcy razy jest spalony, bo oznacza kilka tysięcy potencjalnych nabywców mniej. No ale Kowalczyk zbędnej wiedzy o przestarzałym rynku wydawniczym nie ma, więc wybaczmy mu banialuki. Ciekawsza jest inna kwestia: po co posyłać tekst do wydawcy? Przecież już ustaliliśmy, że bycie &lt;I&gt;indie&lt;/I&gt; to same zalety, a bycie pisarzem wycofanym, spoczynkowym i podłączonym wstyd i żenada. To jak, &lt;I&gt;indie&lt;/I&gt; ma być jednak platformą do zostania pisarzem tradycyjnym? Kowalczyk chwali się liczbą pobrań swoich opowiadań, &lt;I&gt;o których jeszcze trzy lata temu jedno z wydawnictw odpisywało w mailu „nikt teraz nie czyta opowiadań”&lt;/I&gt;. Czyli wydawnictwo się nie poznało. Kowalczykowi umyka, że to, co czytelnik chętnie weźmie za darmo, niekoniecznie kupi, zwłaszcza jeśli są to opowiadania autora stosującego konstrukcje „o których odpisywało”. Ciekawe jednak, że Kowalczyk starał się o wydanie w tak przez niego pogardzanym tradycyjnym obiegu. Jakoś trudno oprzeć się wrażeniu, że największym marzeniem autorów 2.0 jest degradacja do roli pisarza 1.0. &lt;br /&gt;No i wisienka na torcie: jako &lt;I&gt;indie&lt;/I&gt; na pewno &lt;I&gt;będziesz lepiej radzić sobie z krytyką&lt;/I&gt;. Jak cudownie autorzy 2.0 radzą sobie z krytyką, można było &lt;a href="http://pawelpollak.blogspot.com/2011/04/zapach-swiezej-smierci-czyli-histeria.html"&gt;zobaczyć&lt;/a&gt; po opublikowaniu przeze mnie recenzji poradnika Sowy. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Podsumujmy. Cały swój cykl Kowalczyk buduje na fałszywej opozycji pisarz tradycyjny (1.0) – pisarz nowoczesny (2.0), przy czym wyobrażenie o tym pierwszym ma co najmniej dziwaczne: to gość w szarym swetrze (ja akurat mam parę kolorowych), zaczadzony dymem papierosowym alkoholik, który &lt;I&gt;zamknął się na odludziu&lt;/I&gt; (na odludziu można się tak zamknąć jak na oceanie, ale nie wymagajmy za wiele od autora, który sam jest sobie redaktorem) i o takim zjawisku jak Internet nie słyszał, natomiast pisarz nowoczesny to człowiek orkiestra, który na wszystkim się zna, a najlepiej na nowoczesnych technologiach. Tymczasem pisarze współpracujący z wydawnictwami też korzystają z Internetu, piszą blogi, zakładają konta w portalach społecznościowych, zamieszczają w sieci fragmenty swojej twórczości (i Kowalczyk nawet to zauważa, tylko wniosków z tego nie potrafi wyciągnąć). A ci, którzy tego nie robią, wcale na tym nie tracą. Jerzy Pilch, Olga Tokarczuk, Zbigniew Kruszyński i inni czołowi polscy autorzy nie są aktywni w Internecie, a jednak to oni, a nie Kowalczyk z Sową decydują o obrazie polskiej literatury współczesnej. Internet, zarówno jeżeli chodzi o reklamę, jak i sprzedaż książek, w Polsce jest na razie ubogim krewnym tradycyjnych mediów i kanałów dystrybucji, waga zamieszczanych w nim recenzji też jest daleko mniejsza niż waga recenzji publikowanych w prasie. &lt;br /&gt;Kowalczyk pokazuje &lt;i&gt;indie&lt;/I&gt; jako człowieka aktywnego, otwartego na czytelników (bo debatuje z nimi o swojej twórczości bezpośrednio w Internecie), piszącego pod tychże czytelników, a nie pod wydawcę albo dla siebie, rodzaj &lt;I&gt;self-made mana&lt;/I&gt; świetnie radzącego sobie w rzeczywistości i przeciwstawia go pisarzowi tradycyjnemu, który nic więcej poza pisaniem książek nie umie, ot taka niedojda, która gryzmoli coś tam w swojej samotni, nie mając bladego pojęcia, czego czytelnicy oczekują, która bez wydawcy by zginęła, a że od tego wydawcy jest całkowicie zależna, to chodzi na jego pasku. &lt;br /&gt;Akurat pisarz poza pisaniem nic więcej umieć nie musi, jest to warunek wystarczający, ale też konieczny, a tymczasem właśnie &lt;I&gt;indie&lt;/I&gt; jakoś rzadko go spełniają. Gdyby więc nawet obraz pisarza tradycyjnego narysowany przez Kowalczyka był prawdziwy, to w niczym by to tej postaci nie ujmowało. Ale oczywiście nie jest, pisarze tradycyjni równie dobrze potrafią zadbać o swoje interesy i promocję własnej twórczości. Przekonanie, że wydawnictwo odwala całą robotę, może żywić tylko autor, który nigdy nie wydał tam książki. Ale nawet gdyby tak się działo, to byłaby to sytuacja idealna i wskazana. Pisarz jest od pisania, nie od sprzedawania swoich powieści. A aktywność &lt;I&gt;indie&lt;/I&gt; bardzo często przeradza się w zwykłą nachalność, w próbę wciskania swojej twórczości wszystkim i za wszelką cenę. Kowalczyk, starając się zdeprecjonować pisarzy publikujących w tradycyjnym obiegu, wyraźnie leczy własne kompleksy, że nie udało mu się do tego grona załapać. &lt;br /&gt;Przeciwstawianie pisania dla czytelników pisaniu pod wydawcę albo dla siebie jest nietrafne, bo pisanie pod wydawcę i pod czytelnika jest de facto tym samym. Pisze się wtedy pod gusta jakiegoś odbiorcy. Twierdzenie, że te gusta poznamy lepiej wtedy, gdy kilkaset osób skomentuje pisaną przez nas powieść w Internecie, niż gdy zdefiniuje je wydawca, który wie, co kupują czytelnicy, bo sprzedał im kilkaset tysięcy książek, jest nieuprawnione. A w pisaniu dla siebie nie ma nic nagannego, przeciwnie, z takiej motywacji powstały najwybitniejsze arcydzieła literatury. Kiedy pisarz nie patrzył, co inni chcą od niego dostać, tylko pokazywał czytelnikom coś oryginalnego. Co oczywiście nie oznacza, że wśród książek pisanych na przykład na zamówienie nie było arcydzieł. Nie ma żadnej recepty na dobrą książkę, pisarstwo jest rzeczą indywidualną, więc wszelkie pogardliwe uwagi o wycofanych pisarzach pokazują, że Kowalczyk nie za bardzo tę sztukę rozumie. Jeden do pisania potrzebuje świętego spokoju, pustelni, nie chce widzieć ludzi, z nimi rozmawiać, drugi musi podróżować, szukać wrażeń, trzeciemu najbardziej odpowiada normalne mieszczańskie życie i pisanie od ósmej od piętnastej, czwarty nie napisze pół zdania, jeśli nie podyskutuje w Internecie, ale każdy z nich stworzy dobrą powieść pod warunkiem, że ma predyspozycje. To jest słowo klucz. Bo różnica między autorem 1.0 a 2.0 przebiega w zupełnie innym miejscu, niż chce ją widzieć Kowalczyk. Ten pierwszy umie pisać i autorem 1.0 zostaje z wyboru, może oczywiście również odrzucić współpracę z wydawnictwami i zostać autorem 2.0, ale o takich przypadkach jakoś nie słychać (jeśli odrzuca współpracę z wydawnictwami, to zakłada własne, ale nadal tradycyjne), autor 2.0 to zwykle grafoman, którego wydawnictwa nie przyjęły, więc z konieczności zostaje &lt;I&gt;indie&lt;/I&gt;, po czym dorabia do tego ideologię, że tak jest lepiej. Jeśli pisarz chce być w obiegu, chce być czytany, chce, żeby o jego książkach dyskutowano, chce na tych książkach coś zarobić, w Polsce Anno Domini 2011 musi publikować w tradycyjnych wydawnictwach na papierze. Oczywiście nie ma żadnego powodu, żeby się na e-booki zamykać, ale dla polskiego autora mają one obecnie sens jedynie jako uzupełniająca forma publikacji. &lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2799834716621754710-9079559277750411471?l=pawelpollak.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://pawelpollak.blogspot.com/feeds/9079559277750411471/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://pawelpollak.blogspot.com/2011/06/pisarzu-nie-zostawaj-indie.html#comment-form' title='Komentarze (9)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2799834716621754710/posts/default/9079559277750411471'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2799834716621754710/posts/default/9079559277750411471'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://pawelpollak.blogspot.com/2011/06/pisarzu-nie-zostawaj-indie.html' title='Pisarzu, nie zostawaj &lt;I&gt;indie&lt;/I&gt;'/><author><name>Paweł Pollak</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08286065079875201435</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>9</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2799834716621754710.post-2932448813328747443</id><published>2011-06-18T20:30:00.002+02:00</published><updated>2011-07-31T15:26:17.847+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='polityka'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='Kościół'/><title type='text'>List księdza wikarego</title><content type='html'>&lt;p align=justify&gt;Jego Ekscelencja Biskup Mściwój Rinderwahn&lt;br /&gt;Szanowny Księże Biskupie! Jestem tylko skromnym wikarym w wiejskiej parafii, ale pozwalam sobie do Jego Ekscelencji napisać co by powiedzieć że w sprawie tych związków partnerskich to Episkopat niesłusznie protestuje, bo by to z korzyścią dla księży wyszło. Jakby mogli swoje związki zarejestrować, to by wierni przestali plotkować a celibat, by został zachowany, bo małżeństwa dalej by nie zawierali. Ja wiem, że Ksiądz Biskup to zrozumie, bo te osiemnaste urodziny co to Jego Ekscelencja swojemu synowi wyprawił, były takie huczne, że cała diecezja o nich słyszała, ale czy jemu lepiej przez to że bękart? A tak by był z legalnego związku. No i to nie jest przyjemne jak mnie wójt obraża i hipokrytą nazywa, że ze swoją gosposią żyję, nawet jak wiem że jemu o tą ziemię chodzi, co to mu zabrałem, że niby pięćset lat temu do Kościoła należała. To znaczy nie zabrałem tylko, ta komisja majątkowa mi dała i przecież nie za darmo, musiałem temu esbekowi zapłacić, bo powiedział, że status ziemi wątpliwy i jak nie posmaruje, to nie pojedziemy. A jaki wątpliwy, jak sam autentyczne dokumenty znalazłem, że zawsze do Parafii należała, tylko że niewyraźne były, nie dziwota przez pięćset lat każdy atrament wyblaknie, to tylko poprawiłem żeby czytelne były, ale Bóg mi świadkiem, że nic nie fałszowałem. Nawet Antek co za policmajstra w gminie jest powiedział, że nic mi nie grozi bo na opinię grafologa tyle lat się czeka, że się przedawni. No to jak mnie nie ścigają to najlepszy dowód, że niewinny jestem. To właściwie nawet powinienem podać wójta do sądu, bo jak ochlapus w gospodzie się nażłopie, to krzyczy że wikary fałszerz. A przecież wszyscy wiedzą, że zwyczajnie wściekły jest, że trybunał orzekł co ziemi z powrotem nie dostanie, tylko może najwyżej odszkodowanie od państwa dostać. A to dobra ziemia, na tutejsze nieużytki pierwsza klasa, nie dziwota, że wolałby ziemię. Zresztą nie uważam, że jakieś odszkodowanie mu się należy bo to przecież nie państwo mu zapłaci, tylko my ze swoich podatków a przecież nie po to te 116 złotych co kwartał płacę, żeby wójtowi kabzę nabijać. Zwłaszcza co mi tę gosposię, wypomina a to z zazdrości tylko, bo sam smalił do niej cholewki i przeboleć nie może, że z księdzem przegrał, myślał że jak ksiądz w sukience to kobicie nie dogodzi, a dogodzi lepiej od niego bo ksiądz to mężczyzna jak każden inny. I dlatego jednak by trzeba te związki partnerskie wprowadzić, zwłaszcza że kobity jak to kobity jęzorami mielą i &lt;a href="http://www.wysokieobcasy.pl/wysokie-obcasy/1,53662,8546639,Kochajac_ksiedza.html"&gt;w gazetach opowiadają&lt;/a&gt; że z księżmi żyją. No i poruta jak taki się tłumaczy że mimo to swój zawód dobrze wykonuje a ksiądz to przecież nie zawód tylko powołanie. Nie uważa Ksiądz Biskup co by go opier… znaczy się ochrzanić trzeba było? No bo że sobie babeczkę przygruchał to jeszcze pół biedy ale powiedzieć, że ksiądz to zawód jak nie przymierzając zwykły cieśla, nic cieśli nie ujmując, sam ojciec Pana Jezusa cieślą był, znaczy się nie ten prawdziwy tylko przyszywany, to się nie godzi. Ksiądz misję ma owieczki prowadzić a nie jakieś usługi wykonywać. Ja to nawet za pogrzeb czy ślub nie biorę, żeby nie było, że usługa, tylko każę, na tacę na następnej mszy tyle położyć, żeby się wyrównało. To można by szerzej wprowadzić, jakby Jego Ekscelencja rozpropagował to nawet bym się nie upierał, żeby mówić, że to mój pomysł, ksiądz powinien być skromny i świecić przykładem. Ale właśnie trudno świecić, bo jak wójtowi mówię, że grzesznik, bo się rozwiódł i z drugą kobietą na kocią łapę żyje to on się w kułak śmieje, więc chciałbym z tą gosposią oficjalnie. Ja wiem, że Episkopat się tych pe…gejów boi ale w sumie czego się bać? Bo niech Jego Ekscelencja pomyśli, że arcybiskup Paetz byłby normalny to mógłby Jego Ekscelencji odbić kochankę, a tak ryzyka nie ma. Ja wiem, że najwięcej ci protestują co to ich Paetz do siebie zwabił, a kobiety nie mają i nie są siebie pewni, ale właśnie dla nich byłoby z największą korzyścią. A nawet teologicznie nie ma przeszkód, bo niech Jego Ekscelencja zobaczy: dwunastu apostołów dzień w dzień razem, razem w podróży, razem nocują, nie ma siły, żeby tam przynajmniej jednej pary nie było. To naturalne przecież człowiek swoje potrzeby ma, mnie samemu w seminarium zdarzyło się za przystojnym klerykiem obejrzeć, na szczęście u nas w sąsiedztwie ta agencja była a ja na parterze mieszkałem to dzięki Bogu wymknąć się mogłem i grzechu uniknąłem. Więc to można by zaakceptować zwłaszcza, że pegeje bogaci są, jakby zaczęli do kościoła chodzić to i na tacę więcej by było, bo u nas to coraz gorzej, ludzi na mszach nie tak dużo jak dawniej, a i skąpi się zrobili, mówię że na remont dzwonnicy trzeba a myśli Ksiądz Biskup, że jakieś banknoty położą, gdzie tam, moniaki same, a jeszcze niektórzy się tak bezczelni zrobili, że sobie potrafią resztę wydać. Ostatnio jeden piątaka położył i dwa złote reszty wziął, myślałem, że mu wyrżnę, ledwo się z chrześcijańskiego miłosierdzia powstrzymałem. A tak jakby pegeje do nas przyszli to i na dzwonnicę by było i kobity nie musiałbym pilnować, bo latawica jest i rogi mi przyprawia, a jak to tak ksiądz z rogami niczem diabeł, więc ja za tymi związkami jestem, bo jak będzie miała papiór, to też tak chybko z drugim nie pójdzie. Proszę żeby Episkopat wziął mój głos pod rozwagę, bo nie jestem żaden pegej, liberał czy żyd, tylko Eustachy Peczek głęboko wierzący ksiądz katolicki. &lt;br /&gt;Niech będzie pochwalony Eustachy Peczek wikariusz parafii Hucułka&lt;p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2799834716621754710-2932448813328747443?l=pawelpollak.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://pawelpollak.blogspot.com/feeds/2932448813328747443/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://pawelpollak.blogspot.com/2011/06/list-ksiedza-wikarego.html#comment-form' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2799834716621754710/posts/default/2932448813328747443'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2799834716621754710/posts/default/2932448813328747443'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://pawelpollak.blogspot.com/2011/06/list-ksiedza-wikarego.html' title='List księdza wikarego'/><author><name>Paweł Pollak</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08286065079875201435</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2799834716621754710.post-2609159832575013915</id><published>2011-06-11T20:30:00.001+02:00</published><updated>2011-06-11T20:30:00.366+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='tłumaczenia'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='wywiady'/><title type='text'>Tłumacz jak kserokopiarka</title><content type='html'>&lt;p align=justify&gt;W portalu Edusieć ukazał się &lt;a href="http://www.edusiec.pl/O-szwedzkim-z-Pollakiem"&gt;wywiad&lt;/a&gt;, z którego bardzo się cieszę, dlatego że jestem odpytywany nie jako pisarz, tylko jako tłumacz. A o tłumaczach literackich, choć są tuż za pisarzem, mówi się niewiele, stawiając ich pracę gdzieś obok pracy redaktora i korektora. Jeśli ktoś chce zaprotestować, że to nieprawda, że bardzo sobie wysiłek tłumaczy ceni, to mały test: czy wiesz, jak nazywa się tłumacz ostatniej czytanej przez ciebie zagranicznej książki? Jeśli wiesz, zwracam honor, jeśli nie wiesz, kolejne pytanie: nazwisko wypadło ci z głowy czy nawet nie spojrzałeś, kto tłumaczył? Albo łatwiejsze pytanie: kto przełożył na polski następujące książki, „Komu bije dzwon”, „Lolitę”, „W poszukiwaniu straconego czasu”, „Giaura” i „Hamleta”? Jest pięć na pięć? &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Tę różnicę w traktowaniu widać też we współpracy z wydawnictwami. Tłumacze powinni być dla nich bardziej cenni, bo więcej wydaje się tytułów zagranicznych niż rodzimych i są bardziej dochodowe, tymczasem byłem ogromnie zaskoczony, kiedy z tłumacza przeistoczyłem się w pisarza. Nagle ze zwykłego współpracownika przemieniłem się w VIP-a. Inna sprawa, że to VIP-owskie traktowanie objawiało się jedynie w kontaktach interpersonalnych, bo propozycja umowy zawierała tyle samo niekorzystnych zapisów, a tekstu musiałem tak samo pilnować do ostatniej chwili, żeby redaktor przed wysłaniem do drukarni czegoś sobie nie zmienił. No i VIP-owskie traktowanie natychmiast się skończyło, jak tylko zacząłem wnikać, dlaczego książki nie ma w księgarniach, promocja leży, a płatności na konto nie spływają. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;No ale jak tu cenić tłumacza, jeśli, wedle panującego powszechnie przekonania, może nim zostać każdy, kto liznął języka. A jak pomieszkał rok na obczyźnie, to niech się schowają wszelkie uniwersytety. Żaden Polak nie czuje się wykwalifikowanym nauczycielem języka polskiego z racji tego, że od urodzenia mówi po polsku. Poproszony, żeby nauczał, odrzuci propozycję jako absurdalną, słusznie zauważając, że jeszcze musiałby mieć jakieś przygotowanie pedagogiczne i teoretyczną wiedzę o własnym języku. Każdy Polak uważa natomiast, że dłuższy zagraniczny pobyt, nie mówiąc o mieszkaniu na stałe za granicą, czyni go wykwalifikowanym tłumaczem. Tu już żadna wiedza, żadne dodatkowe umiejętności nie są potrzebne. Panie dwojga nazwisk, nudząc się przy mężu, biorą się do przekładania książek bez świadomości, że tłumacząc literaturę trzeba przede wszystkim biegle posługiwać się polskim, a umiejętność dogadania się na zakupach ze sprzedawcą niekoniecznie oznacza umiejętność zrozumienia powieści w stopniu wystarczającym do jej przełożenia. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Ale nic dziwnego, że łatwo jest zostać tłumaczem, skoro ten właściwie nie wykonuje żadnej pracy, a jeśli już chcemy upierać się, że jakąś wykonuje, to prostą, łatwą i przyjemną. To przekonanie objawia się czasami w następującej prośbie o tłumaczenie: „czy mógłby mi pan _przepisać_ ten tekst na polski?” A jaskrawe odbicie znajduje w porównaniu, z którym kiedyś się zetknąłem, że tłumacz literacki to taka lepsza kserokopiarka z funkcją konwersji z jednego języka na drugi. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Przy takim podejściu ogromnie cieszy, jeśli ktoś docenia pracę tłumacza literatury i interesuje się jej tajnikami. Wspaniałą robotę robi tu serwis &lt;a href="http://www.zbrodniawbibliotece.pl/menu/589,pogawedki/"&gt;Zbrodnia w Bibliotece&lt;/a&gt;, który regularnie przeprowadza wywiady z tłumaczami. Przydałby się jeszcze jeden taki, który rozmawiałby z tłumaczami innych książek niż kryminały. &lt;/p&gt;&lt;br /&gt;&lt;p align=justify&gt;PS. Wywiad w Edusieci został połączony z konkursem, do wygrania jest „Między prawem a sprawiedliwością”, udział można wziąć jeszcze do jutra, przy czym wygrana zależy od pomyślunku, jest to prawdziwy konkurs, a nie zakamuflowana loteria. &lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2799834716621754710-2609159832575013915?l=pawelpollak.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://pawelpollak.blogspot.com/feeds/2609159832575013915/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://pawelpollak.blogspot.com/2011/06/tumacz-jak-kserokopiarka.html#comment-form' title='Komentarze (11)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2799834716621754710/posts/default/2609159832575013915'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2799834716621754710/posts/default/2609159832575013915'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://pawelpollak.blogspot.com/2011/06/tumacz-jak-kserokopiarka.html' title='Tłumacz jak kserokopiarka'/><author><name>Paweł Pollak</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08286065079875201435</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>11</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2799834716621754710.post-2155664086315612676</id><published>2011-06-04T20:30:00.003+02:00</published><updated>2011-07-02T15:23:40.723+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='książki'/><title type='text'>Kup pan książkę!</title><content type='html'>&lt;p align=justify&gt;Dostałem maila od czytelnika, który, rozpływając się w zachwytach nad „Kanalią”, pytał mnie, czy i kiedy napiszę i wydam następny kryminał, bo chciałby coś takiego jeszcze poczytać, a podobnych rzeczy w bibliotece nie ma. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Normalnie taki e-mail to miód na serce autora, ale ten mnie zirytował. Bo akurat byłem w trakcie pielgrzymowania od drzwi do drzwi z tym następnym kryminałem, ale „Kanalia” za słabo się sprzedała (w czym lwią zasługę miała fatalna polityka promocyjna wydawnictwa, ale przyczyny mało kogo obchodzą, ważne są liczby) i wydawcy dziękowali odmownie. Miałem ochotę wziąć egzemplarz „Kanalii”, udać się do tego czytelnika i niczym warszawski cwaniaczek z cegłą zachrypniętym głosem złożyć ofertę nie do odrzucenia: „Kup pan książkę!”&lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Nie oczekuję od każdego czytelnika, który wypożyczył książkę z biblioteki, by ją kupił, ale od tego, który jest zachwycony, chce, żeby autor napisał następną, nie może się jej doczekać, chyba mogę? Ktoś skorzystał z efektów mojej pracy, przypadły mu do gustu, chce, żebym dalej tę pracę wykonywał, ale o zapłacie nie ma mowy. Dlaczego? Bo artysta będzie tworzył bez względu na to, czy mu zapłacą czy nie? Prawda, nie piszę dla pieniędzy i nie przestanę pisać, nawet jeśli za moje pisanie nie zobaczę złotówki. Tylko co z tego, że będę pisał, kiedy nie zdołam mojej pisaniny wydać? Wydawcy w znakomitej większości nie działają dla idei, dla nich liczy się zarobek. Jeśli czytelnik nie kupuje książki, w najlepszym razie wydłuża czas oczekiwania na następną, bo autor musi jeść i płacić rachunki, więc jeśli nie zarobi na książce, musi poświęcić czas, żeby zarobić na czym innym, a w najgorszym razie następna w ogóle się nie ukaże, bo wydawca powie, że nic go tak mało nie obchodzi jak entuzjastyczne opinie bibliotecznych czytelników. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;W cywilizowanych krajach udało się pogodzić zasadę, że czytelnicy powinni mieć bezpłatny dostęp do książek z zasadą, że za twórczą pracę też należy się zapłata. W Polsce jeszcze nie dojrzeliśmy do powszechnego respektowania tej drugiej zasady, więc o cywilizowanych rozwiązaniach nie ma mowy. Polegają one na tym, że kiedy książki danego autora są wypożyczane z biblioteki, otrzymuje on tantiemy od każdego wypożyczenia. Są to oczywiście drobne kwoty, rzędu groszy, a nie złotówek, ale ziarnko do ziarnka, płacone ze specjalnych funduszy, czyli nie skutkuje to wprowadzeniem opłat za korzystanie z biblioteki. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;W niebiednym kraju przyjmującym zasadę, że kultury nie zostawia się grze rynkowej, tylko ją wspiera, pisarz nie powinien też być uzależniony od sprzedaży swoich książek. Johanna Nilsson, którą tłumaczę, nie jest bestsellerową autorką, ale dzięki rozmaitym stypendiom nie musi wykonywać innej pracy, może skupić się na pisaniu. U nas system stypendialny dla twórców istnieje w formie karykaturalnej. Słynna jest &lt;a href="http://www.prawica.net/node/9482"&gt;sprawa&lt;/a&gt; Stanisława Srokowskiego, któremu Ministerstwo Kultury zaofiarowało stypendium w wysokości 2500 zł. Niby sporo, gdyby nie była to kwota na cały rok (szprycująca się narciarka dostałaby 4000 zł miesięcznie, gdyby nie dała się złapać). Przy czym rok to maksymalny okres na jaki można dostać stypendium z polskiego ministerstwa, dla porównania Szwedzki Fundusz Pisarski przyznaje stypendia na rok, dwa, pięć i dziesięć lat (oczywiście nie w kwocie dwustu złotych z groszami miesięcznie). Inna różnica jest taka, że szwedzki pisarz (albo tłumacz, bo z tego samego funduszu stypendia dostają też tłumacze literatury) nie musi się spowiadać urzędnikom z tego, co będzie robił w czasie pobierania stypendium. Na rozpatrzenie podania czeka się pół roku, przez ten czas można zarzucić niejeden pomysł, a wpaść na inny. Dawanie pieniędzy na napisanie konkretnej książki jest więc nonsensem, o wiele rozsądniejsza jest zasada, że stypendium twórca dostaje, by mógł spokojnie pracować nad czym chce. A że przyznaje się je niejako za zasługi (trzeba mieć pewien dorobek, by stypendium otrzymać), nie będzie nieszczęścia, w każdym razie z takiego założenia wychodzą Szwedzi, jeśli nawet nie będzie nic robił. Po prostu nie dostanie następnego. Zresztą nicnierobienie w przypadku pisarza jest pojęciem względnym. Bo niech nawet przepije całe stypendium, może później napisze „Pod Mocnym Aniołem”. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;W wielu krajach głównym dawcą stypendiów są samorządy, które dostrzegają, że pisarz dodaje regionowi splendoru. U nas nieliczne uznały, że można się wykosztować na nagrody literackie. A jaką pułapką są nagrody bez stypendiów pokazuje przykład Tamary Bołdak-Janowskiej. Nominowana do większości prestiżowych nagród, nie dostała żadnej i bieduje. Pisarka tej klasy (skoro była nominowana wszędzie, układy towarzyskie są wykluczone) opowiada w &lt;a href="http://wyborcza.pl/1,76842,8971291,Prosze_wszystkich__zeby_ubrali_sie_na_bialo.html"&gt;wywiadzie&lt;/a&gt;, jak nie dojada, żeby mieć możliwość korzystania z Internetu. W jednym z zamożniejszych państw świata wybitna artystka staje przed alternatywą: jedzenie albo Internet. Minister kultury po przeczytaniu tego wywiadu powinien, gdyby miał odrobinę honoru, nie podać się do dymisji, tylko sobie w łeb strzelić. &lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2799834716621754710-2155664086315612676?l=pawelpollak.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://pawelpollak.blogspot.com/feeds/2155664086315612676/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://pawelpollak.blogspot.com/2011/06/kup-pan-ksiazke.html#comment-form' title='Komentarze (7)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2799834716621754710/posts/default/2155664086315612676'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2799834716621754710/posts/default/2155664086315612676'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://pawelpollak.blogspot.com/2011/06/kup-pan-ksiazke.html' title='Kup pan książkę!'/><author><name>Paweł Pollak</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08286065079875201435</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>7</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2799834716621754710.post-5873811624909587052</id><published>2011-05-28T20:30:00.000+02:00</published><updated>2011-05-28T20:30:02.096+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='wydawnictwa'/><title type='text'>Podwójne tytuły</title><content type='html'>&lt;p align=justify&gt;Michael Connelly należy do tych pisarzy, których kupuję w ciemno. Jeśli mam do autora zaufanie, nie sprawdzam, o czym jest następna książka, nie czytam nawet opisu na okładce. Lubię zanurzyć się w powieści, zupełnie nie wiedząc, o czym będzie. I kupiłbym „Prawnika z lincolna”, zakładając, że to może druga część „Adwokata”, gdyby charakterystyczny oryginalny tytuł nie utkwił mi w pamięci. Bo jeśli tylko moje językowe umiejętności albo posiadane słowniki na to pozwalają, z zawodowego nawyku sprawdzam, jak tytuł przekładu ma się do oryginalnego (a jak różnie to wygląda, opisałem w notce pt. &lt;a href="http://pawelpollak.blogspot.com/2010/12/tytuomania.html"&gt;Tytułomania&lt;/a&gt;). Gdybym w tym przypadku nie sprawdził albo tytuł okazał się mniej zapadający w pamięć, o tym, że „Prawnik z lincolna” wydany przez Albatrosa to właśnie „Adwokat” opublikowany wcześniej przez Prószyńskiego, dowiedziałbym się dopiero po wyrzuceniu w błoto trzydziestu paru złotych. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt; I powiem, że taką praktykę wypuszczania starej książki pod nowym tytułem trudno mi ocenić. Powinna obowiązywać zasada, że książka funkcjonuje pod tym samym tytułem. Właśnie dla wygody czytelnika, żeby miał konkretną informację, a nie musiał ustalać, czy przypadkiem powieść nie ukazała się wcześniej, tylko inaczej się nazywała. Ale co zrobić w takiej sytuacji jak tutaj, kiedy pierwsze wydawnictwo nie dość, że odchodzi od oryginału, to zastępuje dobry, frapujący tytuł całkowicie mdłym i nijakim (pewnie fachowcy z działu handlowego Prószyńskiego znów doszli do wniosku, że coś nietypowego &lt;a href="http://pawelpollak.blogspot.com/2011/01/sie-nie-sprzeda.html"&gt;się nie sprzeda&lt;/a&gt;)? Trzeba uznać, że Albatros naprawia błąd poprzednika, więc pretensje byłyby nie na miejscu. Zwłaszcza że odpowiednia informacja o zmianie tytułu w książce się znalazła. Sęk w tym, że umieszczono ją tam, gdzie żaden czytelnik, decydując się na zakup, nie zagląda: na stronie redakcyjnej. A ktoś kupujący przez Internet w ogóle nie ma szans się z tą informacją zapoznać, bo księgarnie internetowe podają tylko dane bibliograficzne i kopiują opisy z okładki, strony redakcyjnej już nie. Ponadto Albatros uznał swoją edycję za pierwsze wydanie, co dodatkowo wprowadza w błąd. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt; Z identyczną sytuacją mamy do czynienia w przypadku tłumaczonej przeze mnie książki Lizy Marklund. Książnica wydała ją pod tytułem „Rewanż”, fatalnym i nijak mającym się do oryginalnego. Wydawałoby się, że wznowienie tej powieści jako „Zamachowiec” przez Czarną Owcę było dokonaniem jedynie stosownej korekty, ale znowu informacja, że mamy do czynienia z książką, która już była na polskim rynku, podana jest „małym drukiem” czyli na stronie redakcyjnej. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt; W obu przypadkach formalnie wszystko jest w porządku, ale trudno uniknąć brzydkiego podejrzenia, że zmiana tytułu nie jest wyłącznie poprawką, lecz próbą naciągnięcia czytelników, którzy nie zorientują się, że mają do czynienia z tą samą książką. I czy naprawdę podnosi to o tyle sprzedaż, że warto tracić zaufanie tychże czytelników?&lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Cały festiwal tytułów mamy, jeśli chodzi o książkę Audrey Niffenegger: „Żona podróżnika w czasie“, "Miłość ponad czasem“ i „Zaklęci w czasie“. Ten ostatni to podczepianie się pod film, co jeszcze można zrozumieć, bo wiadomo, że nic tak nie ciągnie sprzedaży jak ekranizacja. Ale po co wcześniejsze zmiany? Przecież to dobra książka, oparta na oryginalnym pomyśle, powinna trafić do czytelników bez żadnych sztuczek. I trafiła. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Ale jeśli rzeczywiście jest to sposób na podniesienie nakładu, to dlaczego ograniczać się do zagranicznych autorów? „Zaginiony żydowski chłopiec”, „Tajny współpracownik”, „Od lotniska do lotniska”, „Samobójstwo pisarza”, „Cud na Capri”, „Cztery pory roku” (a co, muzyka też może pociągnąć sprzedaż, nie tylko film) mogłyby stanąć obok dotychczasowych tytułów (jakich? mała zagadka wyszła), nabijając wydawcom kabzę. Panowie edytorzy, do dzieła! &lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2799834716621754710-5873811624909587052?l=pawelpollak.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://pawelpollak.blogspot.com/feeds/5873811624909587052/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://pawelpollak.blogspot.com/2011/05/podwojne-tytuy.html#comment-form' title='Komentarze (3)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2799834716621754710/posts/default/5873811624909587052'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2799834716621754710/posts/default/5873811624909587052'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://pawelpollak.blogspot.com/2011/05/podwojne-tytuy.html' title='Podwójne tytuły'/><author><name>Paweł Pollak</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08286065079875201435</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>3</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2799834716621754710.post-2337440577542618231</id><published>2011-05-21T20:30:00.000+02:00</published><updated>2011-05-21T20:30:00.555+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='wydawnictwa'/><title type='text'>Uczciwy wydawca poszukiwany</title><content type='html'>&lt;p align=justify&gt;No i znowu zostałem oszukany przez wydawnictwo. Ręce opadają. Przecież to jest branża _kulturalna_, z definicji nie powinno być w niej oszustów, a jeśli już, to mniej niż gdzie indziej. Tym razem poszło o nakład, miało być 5x, wydawnictwo wydrukowało 1x. I nie jest to zmiana tylko ilościowa, lecz przede wszystkim jakościowa. Nakład 1x jest za mały, by książka „chwyciła”, nie jest dostępna w tylu księgarniach, by mogła wywołać szersze zainteresowanie. W nakładach 1x drukuje się tomiki poezji i hermetyczną prozę z założeniem, że więcej nabywców i tak nie będzie. Nakład dający szansę na większą sprzedaż to minimum 2x. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Ale zacznijmy od początku. Po numerze z podtytułem „Niepełnych” (opisanym &lt;a href="http://pawelpollak.blogspot.com/2010/09/jest-okadka.html"&gt;tu&lt;/a&gt; i &lt;a href="http://pawelpollak.blogspot.com/2011/01/sie-nie-sprzeda.html"&gt;tu&lt;/a&gt;) z następną książką, nazwijmy ją „Między platformą a obywatelami”, postanowiłem spróbować w małym wydawnictwie. Zdążyłem ją wprawdzie zaproponować jeszcze Prószyńskiemu, bo była gotowa, zanim ukazali się „Niepełni”, ale oczywiście nie miałem zamiaru sprawdzać, co tym razem zechcą mi dopisać. Gwoli sprawiedliwości dodajmy, że Prószyński książki wcale nie chciał, co zakomunikowano mi w sposób typowy dla polskiego wydawnictwa, czyli w ogóle nie udzielając odpowiedzi (współpracującemu autorowi!). &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;”Między platformą” wysłałem m.in. do wydawnictwa… nazwijmy je Bernikla. Reakcją był telefon z podziękowaniami za przesłanie propozycji, więc aż usiadłem z wrażenia. Zwykle wydawnictwa nawet nie potwierdzają otrzymania tekstu. Ale ta reakcja też mnie zaniepokoiła, że małe wydawnictwo nie jest w stanie zaproponować przyzwoitego nakładu ani zaliczki i stara się nadrobić uprzejmością. A te dwie rzeczy były rozstrzygające. Niszowy nakład mnie nie interesował, nie byłem też skłonny oddawać wydawnictwu książki bez zaliczki. Wyjaśnienie dla niezorientowanych, czym jest zaliczka. Autor jako wynagrodzenie otrzymuje pewien procent od sprzedanych egzemplarzy swojej książki. Ale wydawnictwo, przyjmując książkę do wydania, wypłaca autorowi awansem określoną kwotę. Powiedzmy, że jest to kwota, jaką autor otrzymałby za sprzedaż dwóch tysięcy egzemplarzy. Następne pieniądze dostanie, jeśli sprzedaż przekroczy te dwa tysiące, ale jeśli do tej granicy nie dobije, zaliczka nie podlega już zwrotowi. Dzięki takiemu systemowi autor ma zagwarantowane honorarium za napisanie książki bez względu na wyniki sprzedaży, szybciej dostaje pieniądze, poza tym ma gwarancję, że wydawnictwo będzie się starało książkę sprzedawać, żeby zwróciła mu się wyłożona kwota. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Moje obawy co do możliwości wydawnictwa okazały się jednak nieuzasadnione, bo Bernikla, uznawszy „Między platformą” za świetną książkę, zaproponowała wydanie w nakładzie 5x. Byłem tak mile zaskoczony, że wyraziłem na głos zdziwienie wielkością nakładu, na co usłyszałem: „to nie jest duży nakład”. Dobra nasza, nikt nie drukuje do magazynu, więc ta liczba oznaczała, że wydawnictwo miało doskonale zorganizowaną sieć dystrybucji. Zaliczka też była, w przyzwoitej wysokości, tyle że płatna dopiero w chwili wydania, a nie podpisania umowy. Mogłem zażądać przesunięcia płatności, ale kiedy zobaczyłem propozycję umowy, zrezygnowałem. Wszystkie zapisy fair, żadnych prób pozbawiania autora jego praw i unikania obowiązków nałożonych na wydawcę przez ustawę. Ludziom, którzy są tak w porządku, z chęcią idę na rękę (a niestety uczciwe umowy to wyjątek, a nie norma). Bernikla poinformowała mnie też, że chce wydać książkę w koedycji z innym małym wydawnictwem. Nie widziałem powodu, by się temu sprzeciwiać. Ustaliliśmy, że książka ukaże się we wrześniu 2010 r. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Latem zadzwonił do mnie pan M. z informacją, że jest kłopot, bo koedytor się wycofał, a samej Bernikli brakuje pieniędzy na terminowe wydanie. I zaproponował spotkanie, żeby rzecz dokładniej omówić. Mogłem oczywiście powiedzieć, że nic mnie to nie obchodzi, jest umowa, proszę jej dotrzymać, ale nie mam mentalności związkowca, który krzyczy, że chce wyższą pensję, chociaż firma nie zarabia. I po raz kolejny doceniłem, że wydawnictwo gra fair, bo miałem już doświadczenie (jako tłumacz) z takimi, dla których termin wydania określony w umowie był pustym zapisem i o tym, że mają zamiar go przekroczyć, nawet nie raczyły mnie zawiadamiać. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Spotkaliśmy się z panem M., który zaproponował przesunięcie wydania na następny rok, bo w tym budżet im się nie dopina. Zapytałem, co z drugą książką, którą tymczasem przedłożyłem wydawnictwu. Czy są nią zainteresowani, a jeśli tak, kiedy planowaliby ją wydać. Pan M. odparł, że są zainteresowani, a wydaliby ją pod koniec 2011 roku. Niezbyt mi to odpowiadało, bo oznaczało szesnaście miesięcy czekania na wydanie książki, no i zależało mi, żeby „Między platformą” ukazało się jednak zgodnie z planem. Zapytałem, czy jeśli zrezygnuję z zaliczki (w tym roku), to budżet im się dopnie. Pan M. powiedział, że tak, chociaż będą musieli przesunąć książkę z września na koniec października. Taki poślizg nie robił mi różnicy, więc zaproponowałem następujący układ: ja rezygnuję z zaliczki (w tym roku), w zamian wydawnictwo wydaje „Między platformą” do końca października 2010, a drugą książkę do końca maja 2011. Pan M. przystał na te warunki i zapowiedział przysłanie aneksu do umowy dotyczącej „Między platformą” i propozycji umowy na drugą książkę, choć w tym przypadku poprosił, żeby dać mu trochę czasu. Nie widziałem problemu. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Aneks przyszedł i mnie wkurzył, bo wpisano w nim, że z zaliczki rezygnuję w ogóle, a nakład książki zostaje obniżony do 1x. Odpisałem, że zaliczka miała być przesunięta na nowy rok budżetowy, a o zmniejszaniu nakładu w ogóle nie było mowy. Pan M. wskazał, że nic nie mówiłem o przesuwaniu zaliczki, tylko o rezygnacji, a jeśli chodzi o nakład, to 5x jest nakładem docelowym i taki mają zamiar osiągnąć, tyle że zaczną od 1x. W pierwszym punkcie musiałem przyznać mu rację. Faktycznie, mając na myśli przesunięcie zaliczki, mówiłem o rezygnacji. Jak się nie potrafiłem wysłowić, mogłem mieć pretensje tylko do siebie. W drugim punkcie pan M. robił ze mnie kretyna, który nie odróżnia nakładu podstawowego od docelowego, i to był sygnał, że postępowanie fair ze strony wydawnictwa się skończyło. Nakładu docelowego nie wpisuje się do umowy, bo jest on zależny od popytu i w żaden sposób nie da się go zadekretować. A gdyby rzeczywiście owo 5x z umowy było nakładem docelowym, a nie podstawowym, to nie trzeba by mi było podsuwać do podpisania aneksu z nakładem 1x.&lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;W tym duchu panu M. odpowiedziałem, stwierdzając, że albo zostajemy przy starych ustaleniach, to znaczy, ja rezygnuję z zaliczki, bo skoro tak to sformułowałem, to będę konsekwentny, a nakład pozostaje bez zmian, bo nie było o nim mowy, albo czynimy nowe, a wtedy proponuję obniżenie nakładu do 3x (dodałem, że 1x w żadnym wypadku nie wchodzi w grę, gdyby wydawnictwo zaproponowało mi taki nakład na początku, książki bym u nich nie wydał) w zamian za przywrócenie zaliczki płatnej w nowym roku budżetowym. &lt;br /&gt;Odpowiedź dostałem pocztą zwrotną, a brzmiała ona: &lt;br /&gt;„Wycofałem zapis o zmniejszeniu nakładu. Nie zmniejszamy wielkości nakładu zapisanego w umowie. Jest zapisane 5x egz. i tak będzie. Wydajemy 5x egz. (...) Nie ma więc tematu, nakład się nie zmienia." &lt;br /&gt;Powiem, że skwapliwość, z jaką pan M. ustąpił, nastroiła mnie podejrzliwie. Bo moja kompromisowa propozycja, nakład 3x i zaliczka, była tańsza niż druk 5x. No ale skoro padła jasna i jednoznaczna deklaracja, nie miałem powodu, by ciągnąć temat, którego już nie było. Ale maila sobie zachowałem. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Dalsze przeszkody się nie pojawiły i „Między platformą a obywatelami” zostało wydane. Wciąż jednak nie nadeszła umowa na drugą książkę, więc zapytałem, skąd ta zwłoka, i ku swojemu zdziwieniu dowiedziałem się od pana M., że decyzja w sprawie wydania drugiej książki jeszcze nie zapadła. Miałem czarno na białym, że pojęcie gentlemen's agreement jest panu M. obce. To wzmogło moje podejrzenia, że pan M. nie dotrzymał i od początku nie miał zamiaru dotrzymać swojej deklaracji w sprawie nakładu. Podejrzenia potwierdzał też fakt, że „Między platformą a obywatelami” nie było w większości księgarń. Nie bardzo miałem jednak pomysł, jak je sprawdzić. Mogłem zażądać wglądu w papiery, bo takie prawo daje mi ustawa, ale byłoby to przyznaniem się do podejrzeń. Spaliłbym się ze wstydu, gdyby okazały się nieprawdziwe, ostatecznie człowiek napisał mi jasno i wyraźnie „wydajemy 5x”, pokazanie, że mu nie wierzę, byłoby równoznaczne z powiedzeniem „miałem pana za kłamcę i oszusta”. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Z pomocą przyszło mi… samo wydawnictwo, przysyłając pierwsze rozliczenie sprzedaży. Zwykle pierwszą rubryką takiego rozliczenia jest „liczba egzemplarzy wydrukowanych”, a w tym przysłanym przez Berniklę jak byk widniało 1x. Inteligenci z wydawnictwa po prostu się pochwalili, że złamali umowę. Zażądałem wyjaśnień i dowiedziałem się, że owszem, nie kwestionują, że wydrukowali 1x, a w umowie jest 5x, ale jest to… nakład docelowy, który mają obowiązek osiągnąć przez cały okres obowiązywania umowy. „Nie mieliśmy zamówień uzasadniających potrzebę druku całego nakładu. Łączy nas umowa na x lat, jeżeli będzie zainteresowanie dodrukujemy.” &lt;br /&gt;Czyli wydawnictwo powtórzyło tę samą argumentację, którą pan M. usiłował mnie nakłonić do podpisania aneksu zmniejszającego nakład. Wskazałem więc, że temat raz już przerabialiśmy, interpretację, jakoby nakład określony w umowie był nakładem docelowym, obaliłem jako bzdurną, a wydawnictwo samo potwierdza, że w umowie określony jest nakład podstawowy, pisząc, że książkę będzie dodrukowywało w zależności od popytu. No bo jeśli przyjąć ich wyjaśnienia za dobrą monetę, zasadnym stawało się pytanie, jak zamierzają się z umowy wywiązać, jeśli zainteresowania nie będzie. Czy w ostatnim dniu obowiązywania umowy dodrukują brakujący nakład, chociaż od następnego dnia nie będą już mieli prawa go sprzedawać? Poprosiłem o odpowiedź na to pytanie, zapytałem również pana M., jak wydrukowanie 1x ma się do jego jednoznacznej deklaracji „wydajemy 5x”, którą w całości mu przytoczyłem. Odpowiedź pana M. brzmiała: „W temacie drukowanego nakładu nie mam nic więcej do dodania.” Co przekładając na niedyplomatyczny język, znaczyło: „Bujaj się pan, oczywiście, że umowę złamaliśmy, ale możesz nam pan skoczyć.” &lt;br /&gt;No to zobaczymy, czy mogę skoczyć, bo idę do sądu. Było już takich dwóch, którzy uważali, że wydawca może sobie wybrać, jakich punktów umowy będzie przestrzegał, i dołożyli mi się do samochodu. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Podsumowanie? Zasada pacta sunt servanda w Polsce nie istnieje. Umowy są pozbawionymi znaczenia świstkami papieru, strony umowy (obie, zaraz to wykażę) są zdania, że obowiązują je te zapisy, których mają ochotę przestrzegać. Jeden wydawca się wycofuje, drugi, zamiast domagać się wywiązania się z umowy, akceptuje to od ręki, w razie czego oszuka się autora. Nie kombinuje się, jak mimo nieprzewidzianych trudności umowy dotrzymać, tylko, jak się wywinąć. Nakład energii w drugim przypadku często nie mniejszy, ale jak to tak, starać się dotrzymać umowy? Żadnego perspektywicznego myślenia, że jak się kogoś oszuka, to się pali mosty, żadnej refleksji, że na przestrzeganiu umów wszyscy byśmy zyskali. Poszukiwanie, zasygnalizowane w tytule, najwyraźniej w Polsce nie ma szans powodzenia. Ale winni są nie tylko oszuści prowadzący wydawnictwa. Winni są tak samo autorzy i tłumacze, którzy na taki stan rzeczy się godzą. W opisanej powyżej sytuacji 99 osób na 100 odpuściłoby wydawnictwu. Kiedy sądziłem się z wydawcą, który mimo umowy w ogóle nie wydał książki, ten zdumiony pisał do sądu, że on nie wydał kilkudziesięciu innych książek, a tylko ja wytaczam mu proces. Kilkadziesiąt osób odpuściło. A nie sądziliby się dla idei, bo za niewydanie książki należy się odszkodowanie o równowartości dwukrotnego wynagrodzenia. Parę miesięcy temu duże wydawnictwo zaproponowało mi tłumaczenie powieści i przysłało umowę skonstruowaną pod hasłem: tłumacz nie ma żadnych praw, a wydawnictwo żadnych obowiązków. I w wydawnictwie zapanowała ogromna konsternacja, kiedy nie odesłałem podpisanej umowy, tylko wykaz punktów, na jakie się nie zgadzam, jakie należy dodać i jakie są w ogóle niezgodne z prawem. Konsternacja, bo wszyscy inni tłumacze taką skrajnie niekorzystną umowę podpisywali w ciemno. Wydawca Kanciarz i autor (lub tłumacz) Filonek Podogonek to nader często spotykana para. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;I drugi wniosek. Swego czasu na forum &lt;I&gt;Wydawnictwa i ich obyczaje&lt;/I&gt; miałem dyskusję z ignorantem o pseudonimie skajstop (dlaczego ignorant i jakie metody stosuje, żeby przeszkodzić tym, którzy wykazują jego ignorancję, opisałem w artykule &lt;a href="http://www.szwedzka.pl/publicystyka.html"&gt;Uczył Marcin Marcina…&lt;/a&gt;), który twierdził, że zapis o wysokości nakładu jest w umowie wydawniczej zbędny. Gdyby ktoś go posłuchał, mógłby w powyższej sytuacji tylko pluć sobie w brodę. Ba, wydawca miałby prawo wydrukować nakład 0,01x i wszystko byłoby w porządku. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Żeby nie kończyć w minorowym nastroju, anegdotka. Od jednego z tych wydawców, którzy przegrali ze mną proces, musiałem ściągać pieniądze przez komornika. We wniosku nie podałem numeru konta, będąc przekonanym, że potrwa to tak długo, że nie wiadomo, czy nadal będę miał ten sam rachunek. Założyłem, że jak już komornik ściągnie dług, to o numer konta zapyta. Toteż listonosz, który może dwa tygodnie później wręczał mi listy polecone, ogromnie zaskoczył mnie słowami: &lt;br /&gt;- Panie Pawle, mam jeszcze dla pana przekaz od komornika, ale pieniądze musi pan sam odebrać jutro na poczcie. &lt;br /&gt;- Wolał pan nie chodzić z taką kwotą? – wykazałem się zrozumieniem, to i owo o napadach się słyszało, zwłaszcza w okresie wypłat emerytur. &lt;br /&gt;Listonosz, chłop na schwał, machnął lekceważąco ręką. &lt;br /&gt;- Ja bym tam panu te pieniądze przyniósł, ale poczta nie była finansowo przygotowana. &lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2799834716621754710-2337440577542618231?l=pawelpollak.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://pawelpollak.blogspot.com/feeds/2337440577542618231/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://pawelpollak.blogspot.com/2011/05/uczciwy-wydawca-poszukiwany.html#comment-form' title='Komentarze (9)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2799834716621754710/posts/default/2337440577542618231'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2799834716621754710/posts/default/2337440577542618231'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://pawelpollak.blogspot.com/2011/05/uczciwy-wydawca-poszukiwany.html' title='Uczciwy wydawca poszukiwany'/><author><name>Paweł Pollak</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08286065079875201435</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>9</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2799834716621754710.post-7482385284286587602</id><published>2011-05-14T20:30:00.000+02:00</published><updated>2011-05-14T20:30:00.041+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='literatura'/><title type='text'>Hjalle</title><content type='html'>&lt;p align=justify&gt; Hjalle [czyt. Jalle] to zdrobnienie od Hjalmar, a wpis będzie głównie o „Zabłąkaniach” i jego autorze. &lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://1.bp.blogspot.com/-mHG-q5duZqY/Tc65o965agI/AAAAAAAAADU/vP9DU_g2ZwY/s1600/soderbergzablakania.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 165px; height: 259px;" src="http://1.bp.blogspot.com/-mHG-q5duZqY/Tc65o965agI/AAAAAAAAADU/vP9DU_g2ZwY/s320/soderbergzablakania.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5606622699590347266" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Dzięki sprawnym działaniom wydawnictwa Kojro debiutancka powieść Hjalmara Söderberga jest bardziej widoczna niż na przykład cięższe gatunkowo „Opowiastki”. Ale oczywiście nie narzekam, Söderberg pisał mało, tak starannie dopracowując swoje utwory, że właściwie nie ma wśród nich rzeczy słabych i każda jego książka jest warta polecenia. Anegdotkę o nikłej objętościowo twórczości Söderberga przytaczam w posłowiu do „Opowiastek”: pisarz nie pojawił się na obiedzie u swojego wydawcy Karla Ottona Bonniera, podając jako usprawiedliwienie wywichnięcie ręki, na co jeden z gości zareagował złośliwością: „Czyżby Hjalle próbował coś napisać?” Ale jak zauważa jeden z badaczy Söderberga, krytyk literacki Kaj Attorps, do historii literatury nie trafia się dzięki płodności, i zestawia Söderberga z Ollem Hedbergiem, który przez ponad 40 lat wydawał jedną książkę rocznie, z taką punktualnością, jakby pisał nie powieści, tylko felietony do gazety: „Dzisiaj nikt poniżej pięćdziesiątki nie wie, kim był Olle Hedberg”. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Bardzo ciekawą recenzję „Zabłąkań” pt. &lt;a href="http://tygodnik.onet.pl/43,0,62105,1,artykul.html"&gt;Na sztokholmskim bruku&lt;/a&gt; zamieścił Bartosz Staszczyszyn w „Tygodniku Powszechnym”. Swoją drogą jest w tym pewna ironia, że od współpracującego z różnymi gazetami recenzenta teksty o Söderbergu przyjmuje katolicki tygodnik. Bo Söderberg był ateistą (swoją utratę wiary opisał w „Młodości Martina Bircka”), a o chrześcijaństwie miał jak najgorsze zdanie: „Żydzi przez dwa tysiące lat byli znienawidzeni i prześladowani, bo uważano, że ukrzyżowali Jezusa. Jeśli świat ostanie się przez następne dwa tysiące lat, będą może prześladowani za to, że ściągnęli nam chrześcijaństwo na głowę.”&lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;O „Zabłąkaniach” piszą też blogerzy, ciekawe recenzje zamieściły &lt;a href="http://mikropoliss.blogspot.com/2010/10/hjalmar-soderberg-zabakania.html"&gt;Kornwalia&lt;/a&gt;, &lt;a href="http://shczooreczek.blogspot.com/2011/03/zabakania-hjalmar-soderberg.html"&gt;Scathach&lt;/a&gt; i &lt;a href="http://kasandra-85.blogspot.com/2011/02/zabakania-hjalmar-soderberg.html"&gt;Kasandra_85&lt;/a&gt;. Szkoda, że autorka tej ostatniej uznała, że ważniejsze od tego, kto książkę przełożył, są dane dotyczące formatu i numeru ISBN. Mimo że nazwisko tłumacza znalazło się na okładce (jak do tego doszło, pisałem &lt;a href="http://pawelpollak.blogspot.com/2010/08/nowy-soderberg.html"&gt;tu&lt;/a&gt;) i po stronach tytułowych szukać nie trzeba, nadal o podawanie tej prostej informacji, kto jest autorem przekładu, nie można się doprosić. Informacji, dodajmy, całkowicie wystarczającej, bo choć oczywiście uśmiecham się na pochwały, to mam świadomość, że osoba nieznająca oryginału nie jest w stanie miarodajnie ocenić tłumaczenia. &lt;br /&gt;Chwalona jest również okładka (jak powstała, pisałem &lt;a href="http://pawelpollak.blogspot.com/2010/07/zabakani-jezus-i-barabasz.html"&gt;tu&lt;/a&gt;) i niestety również w tym przypadku najwyraźniej panuje przekonanie, że wypluł ją automatycznie jakiś program komputerowy, bo nazwiska graficzki przy tych pochwałach nie uświadczysz. Oddajmy więc należne honory: autorką tej fantastycznej okładki jest Anna Tomaszek-Walczak. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Główny bohater „Zabłąkań” o zarobkowaniu nie myśli, odkłada to na później, kiedy będzie lekarzem, a że wina z kolegami lubi się napić, cygaro wypalić, pannę do kawiarni zaprosić, eleganckie rękawiczki sobie sprawić, to ciągle brakuje mu pieniędzy. Söderberg był w podobnej sytuacji, i to nie tylko w młodości, ale przez większość życia. Utrzymywał się jedynie z pisania, choć nie tylko książek, był również dziennikarzem i recenzentem. W szczególnie trudnym położeniu znalazł się po rozpadzie swojego pierwszego małżeństwa i wyprowadzce ze Sztokholmu do Danii. Wiosną 1909 roku pisał do Bonniera: „No i znowu zostałem bez środków do życia. Słońce oświetla bezlitośnie moje stare ubranie, trzewiki się rozpadają, płaszcz jest w lombardzie, a na czynsz zabrakło. Czy mógłbyś mi przesłać 200 koron? Najlepiej telegraficznie, bom spłukany do cna.” O jaką kwotę prosił Söderberg swego wydawcę? Pierwsze wydanie „Zabłąkań” kosztowało 2 korony i 75 öre, więc jeśli odniesiemy to do ceny polskiego wydania (28,50 zł), wyjdzie nam, że o sumę odpowiadającą dwóm tysiącom złotych. I Bonnier mu te pieniądze przesłał, choć żadnego tekstu nie dostał i nie wiadomo było, kiedy dostanie, trudna sytuacja rodzinna pozbawiła Hjallego weny: „Sił do pracy brak: ledwie pamiętam, o czym była książka, którą miałem skończyć.” &lt;br /&gt;Ciekawe, co by było, gdybym napisał do swojego wydawcy, od którego nie mogę się doprosić należności nawet za sprzedane książki, żeby poratował mnie sumą dwóch tysięcy, bo jestem bez grosza i nie mam za co żyć. Podejrzewam, że gdyby ktoś w wydawnictwie przejął się losem pisarza, to ta troska wyraziłaby się telefonem do psychiatry w głębokim przekonaniu, że autor zwariował. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Na blogach książkowych nowości wypierają ostatnio niemal wszystko inne, więc może zainteresowania „Opowiastkami” nie będzie, bo to ani szwedzka (rok wydania 1898) ani polska (2003) nowość, ale jednak zaproponuję pięć egzemplarzy recenzenckich. Dla blogerów, którzy piszą co najmniej od pół roku i przez ostatnie pół roku zamieścili co najmniej dwanaście recenzji. Chęć wzięcia książki należy zasygnalizować komentarzem i jeśli będzie się w pierwszej piątce (kto pierwszy, ten lepszy), proszę podać mailowo adres do wysyłki (ze względu na koszty, tylko na terenie Polski). &lt;/p&gt;&lt;br /&gt;&lt;a href="http://3.bp.blogspot.com/-3WYEJH-UZUY/Tc642GpicMI/AAAAAAAAADM/iIiv0ph_cV0/s1600/soderbergopowiastki.jpg"&gt;&lt;img style="display:block; margin:0px auto 10px; text-align:center;cursor:pointer; cursor:hand;width: 165px; height: 232px;" src="http://3.bp.blogspot.com/-3WYEJH-UZUY/Tc642GpicMI/AAAAAAAAADM/iIiv0ph_cV0/s320/soderbergopowiastki.jpg" border="0" alt=""id="BLOGGER_PHOTO_ID_5606621825760129218" /&gt;&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;p align=justify&gt;Swego czasu w sztokholmskim antykwariacie zobaczyłem napis, który szalenie mi się spodobał: „Książka niewarta przeczytania po pięciu latach, nie jest też warta przeczytania jako nowa”. „Opowiastki” są warte przeczytania po stu trzynastu latach. &lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2799834716621754710-7482385284286587602?l=pawelpollak.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://pawelpollak.blogspot.com/feeds/7482385284286587602/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://pawelpollak.blogspot.com/2011/05/hjalle.html#comment-form' title='Komentarze (10)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2799834716621754710/posts/default/7482385284286587602'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2799834716621754710/posts/default/7482385284286587602'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://pawelpollak.blogspot.com/2011/05/hjalle.html' title='Hjalle'/><author><name>Paweł Pollak</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08286065079875201435</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><media:thumbnail xmlns:media='http://search.yahoo.com/mrss/' url='http://1.bp.blogspot.com/-mHG-q5duZqY/Tc65o965agI/AAAAAAAAADU/vP9DU_g2ZwY/s72-c/soderbergzablakania.jpg' height='72' width='72'/><thr:total>10</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2799834716621754710.post-2563668219294228805</id><published>2011-05-07T20:30:00.000+02:00</published><updated>2011-05-07T20:30:00.554+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='varia'/><title type='text'>Dzwonię do pana/pani we wkurzającej sprawie</title><content type='html'>&lt;p align=justify&gt;Za problem uznaje się spam mailowy, tymczasem dla mnie znacznie bardziej uciążliwy jest spam telefoniczny. Ten pierwszy ograniczają filtry i trochę prawo (trochę, bo powtarzany mail z pytaniem, czy mogą mi przysłać ofertę handlową, jest takim samym spamem jak oferta), poza tym spływa do mnie, kiedy ściągam pocztę, a więc w chwili przeze mnie wybranej, ustalenie, co jest spamem i wykasowanie to kwestia sekund. Telefon odrywa mnie od innych zajęć, nie zawsze też od razu wiadomo, że to akwizytor. Owszem, są dość charakterystyczni, ale jednak za wstępem „dzwonię z firmy” może kryć się i chęć sprzedania czegoś, i zlecenia tłumaczenia. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Ponieważ właśnie telefon służy mi do pracy, wyłączyć go nie mogę, sekretarki nie mam, a że numer jest stary i figuruje we wszelkich możliwych spisach, akwizytorzy dzwonią bez przerwy. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Jakoś byłbym tam jeszcze w stanie zrozumieć, że to ich praca i muszą coś sprzedać, gdyby miało to cywilizowaną formę. Ale jeśli odpowiadam grzecznie, że nie jestem zainteresowany usługą, a potem przez następne dziesięć dni odbieram pięć kolejnych telefonów z tej samej firmy, to w końcu rzucam słuchawką. Komunikat jest jednoznaczny, ale na przykład pracownicy firmy Netia (wyjątkowo upierdliwej) dzwonią po raz kolejny, bo „przerwało połączenie”. Wiadomo już, że klient nic nie kupi, ale trzeba go wychować i pokazać, że nikt nie będzie im bezkarnie rzucał słuchawką. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Mam koleżankę Szwedkę, która lubi się z takimi akwizytorami podroczyć. Jak dzwonią do niej, żeby zaproponować jej na przykład tańszy abonament na komórkę, ona oświadcza, że tak jest zadowolona z usługi, że byłoby niemoralne, gdyby przyjęła obniżkę, przeciwnie, gotowa jest płacić więcej. Jak tylko akwizytor orientuje się, że pada ofiarą kpin i nic nie sprzeda, grzecznie dziękuję za rozmowę i rozłącza się. On nie ma czasu na udowadnianie klientowi, że ten nie szanuje jego pracy. I myślę, że ta różnica w podejściu bierze się nie tylko z faktu, że szwedzki akwizytor (najwyraźniej) ma płacone od efektów, a polski ryczałtem, ale też z mentalności. Moja szwedzka koleżanka może sobie też pozwolić na dobry humor, gdyż odbiera takie telefony tylko dlatego, że chce. Bo gdyby zastrzegła sobie, że nie wyraża zgody na taką formę sprzedaży, nikt by do niej nie dzwonił. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;U nas problem prawnie też rozwiązano, ale typowo po polsku, to znaczy ustawa niczego nie załatwia, a ci, których dotyczy, kompletnie się nią nie przejmują. Bo natrętne oferowanie usług przez telefon podobnie jak spam jest zakazane, o czym mało kto wie. Mówi o tym ustawa o przeciwdziałaniu nieuczciwym praktykom rynkowym (konkretnie art. 9 ust. 3). I taka organizacja call center, że po jednym telefonie numer klienta nie jest usuwany z listy, tylko dzwoni na niego pięciu kolejnych pracowników, jest naruszeniem tej ustawy. Co z tego, kiedy poszkodowany może się domagać wyłącznie nawiązki na cel społeczny. Nikt nie będzie tracił czasu i nerwów na prawnicze batalie, żeby wygrać parę złotych dla jakiejś fundacji. Gdyby można było żądać odszkodowania dla siebie, kilka osób zrobiłoby sobie z tego źródło dochodu i natrętne firmy przyjęłyby do wiadomości, że nękanie telefonami klientom się nie podoba. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Ponieważ wspomniana ustawa uznaje takie nękanie za wykroczenie zagrożone karą grzywny, czasami natręta informuję, że łamie prawo i proszę o podanie nazwiska w celu zgłoszenia owego wykroczenia. Reakcje są dwie: albo wtedy to dzwoniący rzuca słuchawką, albo unosi się świętym oburzeniem: „proszę pana, ja nie łamię prawa, ja wykonuję swoją pracę!” Aż dziw, że na tak oczywiste usprawiedliwienie nie wpadli dotąd płatni zabójcy. Zabił pan tego gościa? No tak, ale to przecież moja praca. &lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2799834716621754710-2563668219294228805?l=pawelpollak.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://pawelpollak.blogspot.com/feeds/2563668219294228805/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://pawelpollak.blogspot.com/2011/05/dzwonie-do-panapani-we-wkurzajacej.html#comment-form' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2799834716621754710/posts/default/2563668219294228805'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2799834716621754710/posts/default/2563668219294228805'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://pawelpollak.blogspot.com/2011/05/dzwonie-do-panapani-we-wkurzajacej.html' title='Dzwonię do pana/pani we wkurzającej sprawie'/><author><name>Paweł Pollak</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08286065079875201435</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2799834716621754710.post-115488596850531870</id><published>2011-04-30T20:30:00.000+02:00</published><updated>2011-04-30T20:30:00.139+02:00</updated><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='książki'/><category scheme='http://www.blogger.com/atom/ns#' term='wydawnictwa'/><title type='text'>Zapach świeżej śmierci, czyli histeria autora</title><content type='html'>&lt;p align=justify&gt; Wybitny pisarz Aleksander Sowa, autor bestsellerowych esejów w rodzaju „Jak wymienić uszczelkę w maluchu”, dwa tygodnie temu, po wydaniu swojej 19 książki, dowiedział się, że na świecie istnieją recenzenci i że opublikowanie książki oznacza również poddanie jej publicznej ocenie. Ta wiedza była dla autora szokiem, który objawił się rozdziesiątkowaniem jaźni, tabuny osobowości pognały na blog recenzenta, żeby zaznaczyć, że tekst jest ohydny i zachwalić geniusz pisarski Aleksandra Sowy. Sam autor w głębokim poczuciu krzywdy pytał żałośnie: „Czym zasłużyłem sobie, na tę recenzję?” (proszę spojrzeć na ten pozornie błędny przecinek, tak naprawdę dodający pytaniu niesłychanego dramatyzmu) albo ogarnięty żądzą zemsty wydzwaniał do recenzenta, grożąc mu sądem. &lt;p&gt;&lt;p align=justify&gt;Kiedy szok powoli ustąpił, Aleksander Sowa postanowił na wrażą &lt;a href="http://pawelpollak.blogspot.com/2011/04/zapach-swiezej-smierci-czyli-co-kogo.html"&gt;recenzję&lt;/a&gt; odpowiedzieć. Ripostę zapowiadał z hukiem, stopniując napięcie, nie ulegało wątpliwości, że punkt po punkcie udowodni, że napisał rzeczowy poradnik, a nazywanie go grafomanem jest rażącą niesprawiedliwością. I rzeczywiście już na samym początku Sowa potwierdził swój pisarski kunszt zdaniem:&lt;I&gt; I tak oto znalazłem się na samym dnie faktu dokonanego. &lt;/I&gt; Podziwiałem je przez dobry kwadrans, jak abstrakcyjne malowidło czy rzeźbę, treści brak, nie wiadomo, co znaczy, ale człowiek podświadomie czuje, że ma do czynienia z pięknym dziełem sztuki, i pytałem się „kurczę, jak on to robi?” Bo przyznam się, że w celach parodystycznych usiłowałem skopiować jego styl i ni chu… Nie da się, nie umiem. Sowa nie jest jakimś tam przeciętnym grafomanem, to mistrz, co ja mówię, arcymistrz grafomanii (tak, wiem, że on będzie cytował to jako komplement). &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt; &lt;I&gt;Sam manipuluje cytatami. Pisze na przykład, że „Sowa zamiast pisać na temat czyli o twórcach, publikujących w Internecie…” Po pierwsze napisałem „internecie”. Po drugie o takich właśnie o twórcach piszę (Piotr Kowalczyk, Cory Doctorow itp.). Po trzecie, cytat jest wyrwany z fragmentu o cechach wyróżniających pisarza niezależnego.&lt;/I&gt;&lt;br /&gt;No i gdzie jest ten cytat, który zmanipulowałem? Czy tylko ja mam wrażenie, że mam polemizować z tym, co się dzieje w głowie tego pana, a czego nie potrafi przelać na papier? O Kowalczyku i Doctorowie Sowa rzeczywiście pisze. Poświęcił im całe półtora zdania. A jeśli cechą wyróżniającą pisarza niezależnego (publikującego w Internecie) jest to, że może zamieszkać na wsi, to rozumiem, że pisarz „zależny”, zdaniem Sowy, musi każdego dnia chodzić do wydawnictwa i tam w godzinach między ósmą a szesnastą pisać swoją książkę. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Sowa kwestionuje moje twierdzenie, że żadnej pozycji beletrystycznej nie udało mu się opublikować w klasycznym wydawnictwie. Rzekomo nie rozumie tego pojęcia. Klasyczne wydawnictwo to takie, które dokonuje selekcji, rzeczy grafomańskie odrzuca, przyjętemu autorowi płaci zaliczkę za książkę, płaci redaktorowi za jej opracowanie, drukuje ją na papierze i wprowadza do stacjonarnych księgarń. Nieklasyczne to takie, które bierze wszystko jak leci, bo albo każe autorowi pokrywać koszty wydania książki (w przypadku wersji papierowej) albo publikuje ją tylko w formie e-booka, czyli minimalnym kosztem. Trudno poważnie traktować autora, który może publikować tylko tam, gdzie nikt nie sprawdza jakości jego tekstów. Bo to, że Sowa publikuje swoją beletrystykę w formie e-booków albo własnym sumptem, nie jest jego wyborem, chciał publikować normalnie na papierze, o czym informuje w swoim poradniku: „wysłałem wydrukowane manuskrypty [powieści „Umrzeć w deszczu”] do kilkunastu wydawnictw i dostałem od nich w zęby” (str. 27). &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Sowa uważa, że jako autor 2.0 jest „twórcą nowego pokolenia”, podczas gdy pisarze 1.0 (co, zdaje się, uważa za określenie pogardliwe) toną właśnie na Titanicu, kompletnie nie zdając sobie z tego sprawy. Zdaniem Sowy papierowa książka umarła (chociaż fizjologicznie jeszcze żyje), a przyszłość to e-book. &lt;I&gt;Udział e-książek w ogólnej sprzedaży książek ciągle rośnie i to dynamicznie, a sprzedaż papierowych spada.&lt;/I&gt; Sęk w tym, że nawet dynamicznie rosnąca mrówka jest cały czas mniejsza od słonia. Rynek książki papierowej w Polsce wart jest ok. 2,9 mld złotych, a sprzedaż e-booków szacuje się na 11-12 mln. Niecałe cztery promile. W najbardziej zaawansowanych pod tym względem Stanach Zjednoczonych udział e-booków to niecałe 9% (dane dotyczące e-booków zaczerpnąłem z artykułu &lt;a href="http://www.rp.pl/artykul/638669.html"&gt;Rzeczpospolitej&lt;/a&gt;, dane o wartości rynku książki papierowej z branżowego „Magazynu Literackiego Książki”). A należy wziąć pod uwagę, że spora, jeśli nie przeważająca część tych e-booków jest po prostu dodatkową wersją książki papierowej. W Polsce żaden autor, który wydał swoją powieść jedynie w formie e-booka, nie trafił na listy bestsellerów, nie zdobył znaczącej nagrody literackiej, nie wywołał swoją książką debaty. E-booki jako forma publikacji są całkowitą niszą, niszą, w której zagnieździli się grafomani. Aleksander Sowa nie ma elementarnej wiedzy o rynku wydawniczym, nie przytacza żadnych danych, wydaje mu się, że postrzegany przez niego świat jest tym realnym i na tej podstawie oskarża mnie o oszukiwanie czytelników i dwukrotnie o kłamstwo.&lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Aleksander Sowa uważa za obrzydliwość, że zaglądam mu do kieszeni. Byłoby to nieeleganckie, gdyby sam nie otworzył tej furtki. Autor poradnika nie może mówić: zarobiłem na swoich książkach, więc wiem, jak to zrobić, podzielę się z tobą tą wiedzą, jeśli mi zapłacisz 34,70 (tak, wiem, będzie gardłował, że nigdy tego nie powiedział), a potem ciężko się oburzać, kiedy ktoś sprawdza, czy faktycznie zarobił. Sowa oblicza, że do osiągnięcia postulowanego przeze mnie dochodu 3000 zł &lt;I&gt;trzeba sprzedać miesięcznie tysiąc sto egzemplarzy. Dla mnie to nieprawda. &lt;/I&gt;Co jest nieprawda, diabli wiedzą, ale Sowa niechcący ujawnia tutaj swoje prawdziwe zarobki. Gdyby podał okrągłą liczbę tysiąca egzemplarzy, trzeba by uznać, że przyjmuje wartości szacunkowe, to, że jest precyzyjniejszy, pokazuje, że po prostu policzył sobie, ile musiałby sprzedać książek, żeby zarobić trzy tysiące. To oznacza, że na książce zarabia średnio nie prawie pięć złotych, jak wyszło mi z moich obliczeń, tylko 2,75 zł. Co do składki zusowskiej, to rzeczywiście od przychodów z tytułu praw autorskich obowiązkowo się jej nie płaci. Ale też nigdzie tego nie napisałem. Składkę można zapłacić dobrowolnie, a przyjąłem, że twórca chciałby jednak mieć ubezpieczenie zdrowotne i emerytalne, a nawet gdyby nie chciał, to przy takich obliczeniach trzeba patrzeć, czy zarobki dają twórcy to, co ma zapewnione przeciętny obywatel. Nie wiedziałem też, że Sowa pracuje na pół etatu i z tego tytułu ZUS ma już opłacony. Zarówno z treści poradnika (pardon: eseju), jak i reklam odnosi się wrażenie (choć wprost faktycznie takie stwierdzenie nie pada), że Sowa utrzymuje się z pisania. Ale to też jest bardzo ciekawa informacja: okazuje się, że Sowa pisze jedną książkę w niecałe trzy i pół miesiąca, pracując do tego na pół etatu! Bije w ten sposób na głowę nawet Pilipiuka, którego przywołuje jako dowód, że pisanie więcej niż dwóch książek rocznie wcale nie jest chałturzeniem ani zarzynaniem się. Sowa nie doczytał w wywiadach z Pilipiukiem, jak ten pracuje: minimum osiem godzin dziennie, często więcej, świątek czy piątek, rok na okrągło. To jest zarzynanie się. Owszem, paru pisarzy ma chęć i siły, żeby pisać w morderczym tempie i do tego potrafią utrzymać poziom, ale trudno przyjmować za normę coś, co normą nie jest. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Sowa ma jakieś kłopoty z odróżnianiem założeń hipotetycznych od faktów. Założenie, że pisarz powinien zarabiać trzy tysiące miesięcznie, pisząc dwie książki rocznie, uznaje za deklarację, że ja tyle zarabiam i z zapałem udowadnia, że to nieprawda. Kuriozalna jest pretensja, że jego dorobek rozłożyłem na dłuższy okres zgodnie z powyższym założeniem, że dwie książki to maksimum: &lt;I&gt; Zmienia moją biografię i pisze, że moje zyski „powinniśmy rozłożyć na 9 lat”. Dlaczego powinniśmy? Jakim prawem Pan Pollak zmienia rzeczywistość? &lt;/I&gt; Boskim, panie Sowa, boskim. &lt;p&gt;&lt;p align=justify&gt;&lt;I&gt;Czytam także „prosimy, żeby Aleksander Sowa zainteresował się…” W czyim imieniu Pan Pollak się wypowiada? Na pewno nie w moich czytelników. &lt;/I&gt;Nie bardzo rozumiem, dlaczego jestem wykluczany z grona czytelników Sowy. Przecież uprzednio twierdził, że jego czytelnikiem jest ten, kto nabył jego książkę. Nie dostałem poradnika (pardon: eseju) w prezencie, tylko zapłaciłem za niego z własnych pieniędzy, więc spełniłem ten wymóg. Choć w przypadku wskazanego cytatu rzeczywiście nie wypowiadam się w imieniu pana czytelników, panie Sowa, to jest forma pluralis maiestatis, ze względu na swoje przerośnięte ego czasami używam. &lt;/P&gt;&lt;p align=justify&gt; &lt;I&gt;Pan Pollak wielokrotnie nazywa moją książkę poradnikiem&lt;/I&gt;. Skandaliczne, bo zdaniem Sowy o tym, jak zaklasyfikować książkę, decyduje Sowa (tak jak na przykład o znaczeniu słowa „pisarz”). Jeśli Sowa uzna, że jego poradnik jest romansem historycznym albo sonetem, nie waż się napisać, że to poradnik. W tym przypadku Sowa miał fantazję uznać swoją książkę za esej (co nie przeszkadza mu sprzedawać jej na Allegro w dziale „poradniki”) i rzekomo ja się z tym zgadzam: &lt;I&gt;Co ciekawe, sam przyznaje również, że „można się zgodzić z Sową, że jego poradnik jest esejem”.&lt;/I&gt; Inny passus z tej samej bajki: &lt;I&gt;Dalej pisze, że „Złote Myśli, które uczciwie ostrzega, że autor nie ma bladego pojęcia, jak na książce przyzwoicie zarobić”. To jeszcze jedna manipulacja. Nic takiego ZM nie piszą. &lt;/I&gt; Poddaję się. Naprawdę nie wiem, czy facet zarzucając mi manipulację, sam świadomie manipuluje (wyciął dalsze fragmenty pokazujące, że w obu przypadkach to ironia) czy ma uszkodzone płaty w mózgu odpowiedzialne za tejże ironii odczytywanie. &lt;I&gt;Wyliczenia Pana Pollaka, na których owe rzekome ostrzeżenie opiera są również nieprawdziwe.&lt;/I&gt; 25 tysięcy nakładu podzielone przez 18 tytułów nie daje mniej niż 1400 egzemplarzy na tytuł? Czy chodzi o to, że zawyżyłem zarobki? &lt;p&gt;&lt;p align=justify&gt; Sowa oczywiście nie wytrzymał i zajął się moim poradnikiem, który według jego wyliczeń ma tylko 33 strony właściwej treści. Do rzeczy nie na temat, jeśli chodzi o wydawanie książek, Sowa zalicza umowy wydawnicze i prawo autorskie. To mniej więcej tak, jakby autor poradnika „Jak dolecieć na Księżyc” uznał, że fragmenty o budowie rakiety są zbędne. Ważniejsza będzie opowieść, że kandydat na kosmonautę pracował jako stróż nocny i kupił komputer na Allegro (str. 23 poradnika Sowy). Pytanie też, dlaczego Sowa omawia (z tak wielką niechęcią) umowy w swoim poradniku, skoro to rzecz poza tematem. Do dowodów, że omawiając te umowy, wykazał się skrajną niekompetencją, oczywiście się nie odnosi. &lt;br /&gt;&lt;I&gt; Na 25 stronach (tak!) autor relacjonuje sądowo-wydawnicze przygody z dialogami jak w powieści&lt;/I&gt;. Tak, te dialogi są oburzające. Z wydawniczych przygód można się na przykład dowiedzieć, jak wyglądają losy maszynopisu w wydawnictwie i jak trzeba wydzierać redaktorowi z gardła odpowiedź. Jest to opis realiów wydawniczych, dla Sowy rzecz bez związku z tematem, na temat są jego urojenia, że redaktorzy wyrzucają maszynopisy przez okno. Ale co innego może napisać człowiek, którego jedyną przygodą wydawniczą był lot maszynopisu do kosza, jedyną kwestią dialogową, jaką usłyszał od prawdziwego redaktora, odgłos tego maszynopisu lądującego w koszu, człowiek, który wymyślił sobie nieistniejącą rzeczywistość, żeby wyjaśnić, dlaczego odrzucają go tradycyjne wydawnictwa. To jeszcze pół biedy, dla zdrowia psychicznego nawet wskazane, ale zarówno on, jak i inni „niezależni” rysując taki obraz, że debiutanci są przez tradycyjne wydawnictwa sekowani, że te biorą tylko znane nazwiska, opowiadając dyrdymały o zawistnych redaktorach, wprowadzają debiutantów w błąd, a namawiając do zostania &lt;I&gt;indie&lt;/I&gt;, do publikowania na „dynamicznie” rozwijającym się rynku e-booków, skazują ich na niszę. Sowa i ci, którzy podobnie tłumaczą się ze swojej porażki, zamykają oczy na fakt, że pisarze mający znane nazwiska też kiedyś debiutowali. Spora część całkiem niedawno. Bo owszem, debiutant musi swoje przejść, ale polscy adepci pisarstwa chyba jeszcze nigdy nie mieli tak sprzyjających warunków do debiutu. Rynek książki papierowej, wbrew twierdzeniom Sowy, rośnie z roku na rok (tylko na czas kryzysu przypadło niewielkie załamanie), Polacy chcą czytać rodzimych autorów (w przeciwieństwie do takich lat 90., kiedy to czytali niemal wyłącznie zagranicznych), wydawcy szukają dobrych tekstów. Tylko właśnie tu jest pies pogrzebany: dobrych. Tymczasem książkom Sowy wcale nie „przydałaby się lepsza okładka, reklama, większy nakład albo jeszcze jedna korekta”, jedyne, co może jego książki doprowadzić do poziomu drukowalności, to nowy autor. &lt;br /&gt;Sowa zestawił listy wydawnictw z mojego i swojego poradnika i nie dostrzegł w nich zasadniczej różnicy, że na jego liście nie ma informacji, jakiego rodzaju książki dane wydawnictwo publikuje. Ktoś chcący wydać tomik poezji, musiałby wejść na 160 stron internetowych, żeby wyłuskać te pięć oficyn, które publikują poezję. Oczywiście nie będzie tego robił, tylko wpisze sobie odpowiednie zapytanie do wyszukiwarki. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;W swojej „ripoście” Sowa nie wziął w obronę ani pół zdania z tych, które zacytowałem z jego poradnika i powieści. Przy żadnym nie stara się udowodnić, że nie jest to grafomańska fraza, tylko poprawna i sensowna polszczyzna. O przepraszam, do jednej rzeczy się odnosi: &lt;I&gt;cała ta tzw. recenzja. Może teraz jaśniejszy będzie kontekst użycia przez mnie skrótowca „tzw.”, do czego też się Pan Pollak podłącza.&lt;/I&gt; Prosimy (pluralis maiestatis, panie Sowa) o podłączenie się tych, dla których kontekst jest jaśniejszy. Odpowiedź, dlaczego Sowa nie broni tego, co napisał, znajduje się w reakcji na komentarze do jego riposty. Poprawiał konkretnie wskazane błędy, ale gdy krytyka była ogólna, poprawek już nie nanosił. Zdania z faktami dokonanymi nie zmienił. On po prostu nie wie, dlaczego jest ono nie do przyjęcia. Pisarze robią błędy, rzecz naturalna, dlatego postawiono między nimi a czytelnikami redaktorów, ale pisarzowi zwykle wystarcza podkreślenie błędu przez redaktora, by zorientował się, co jest nie tak. Grafoman nie jest w stanie dostrzec, co źle napisał. Innym dowodem na grafomaństwo Sowy (i absolutnym kuriozum w dyskusji, jeszcze się z tym nie zetknąłem) jest atak na stosowane przeze mnie środki stylistyczne. Sowa ich nie rozpoznaje i traktuje je dosłownie (jak właśnie stosowanie liczby mnogiej w miejsce pojedynczej). Nie chodzi oczywiście o to, by taki środek stylistyczny potrafił nazwać, to domena językoznawcy, ale intuicyjnie powinien go rozpoznawać. Jak ma go używać, kiedy nie widzi go podczas czytania? &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Z błędów logicznych, które wskazałem (jest ich oczywiście dużo więcej, ale nie będę robił Sowie darmowej redakcji, zresztą i tak były zarzuty, że za długi tekst napisałem), Sowa tłumaczy się brakiem logiki u mnie, co jest nielogiczne. Jeśli między twierdzeniami A i B nie ma związku, to nielogiczne twierdzenie A nie stanie się logiczne przez to, że udowodni się nielogiczność twierdzenia B. Czy raczej: nawet jeśli się udowodni, bo moją „nielogicznością” jest zarzut, że Sowa publikuje własnym sumptem, gdy tymczasem sam to robię. Owszem robię, bo w przeciwieństwie do Sowy nie pozwalam sobie dyktować, co mam napisać i jak mi wydawnictwo każe dopisać drugą część, bo inaczej nie wydadzą, to nie kładę uszu po sobie i nie piszę bzdur na temat, o którym nie mam bladego pojęcia, tylko odwracam się na pięcie. Mogę sobie pozwolić na samodzielne wydawanie, bo parokrotnie moje teksty przeszły weryfikację na normalnej ścieżce wydawniczej, Sowy (jeśli chodzi o beletrystykę) nigdy. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Z zarzutami nieprawdziwego przedstawiania realiów wydawniczych i historii pisarzy Sowa w ogóle nie polemizuje: nie broni twierdzenia, że redaktorzy w wydawnictwach to potwory, że opowiadanie sławnego już Kinga ktoś odrzucił, że o Masłowskiej pisano przed debiutem i dlatego udało się jej wydać „Wojnę polsko-ruską”. Potrzeby umieszczenia tekstów o grafomanii, o sapiących krytykach i innych tego rodzaju też nie uzasadnił. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Co się robi, jak się nie ma argumentów? Atakuje się adwersarza z pozycji moralnych. To zadanie ułatwia Sowie typowo polska reakcja na mój tekst. W Polsce nie dyskutuje się o tym, co ktoś napisał czy powiedział, tylko dlaczego to napisał albo powiedział. Argumenty są mało ważne, ważne jest, czy ten, kto je przedstawił, miał moralne prawo to zrobić. A ja nie miałem moralnego prawa, bo jako autor konkurencyjnego poradnika jestem z definicji podejrzany. Czy moje wraże intencje oznaczają, że o Masłowskiej pisał już „Merkuriusz Polski”, nieprawomocne wyroki mają skutki prawne, a polszczyzna Sowy urzeka swoim pięknem? A może jakąś czarownicę wynająłem, żeby na Sowę urok rzuciła? Musiałem przecież jakoś sobie zagwarantować, że konkurent napisze gniota. No bo jakby napisał rzecz dobrą albo bardzo dobrą, wtedy byłoby widać, że szukam dziury w całym (tak jak widać, że Sowa szuka dziury w całym, krytykując teraz mój poradnik). Sowa, mając przygotowany grunt, pokazuje atmosferę mojego moralnego upadku, jakim było napisanie recenzji jego poradnika: obrzydliwości, świnie tarzające się w błocie, chore wykwity. I jak zwykle w takich przypadkach moralności uczy ten, któremu brakuje moralnego kręgosłupa: grożenie sądem (za recenzję), komentowanie wpisu jako dziesięć różnych osób, odwet w postaci wystawiania negatywnych ocen książkom recenzenta, z których jedną oceniał wcześniej jako fantastyczną, a drugiej nie przeczytał, obrzucanie recenzenta wyzwiskami. A że nie da się tego położyć tylko na karb histerii i szoku, że jego fuszerka została zdemaskowana, pokazuje fakt, że Aleksander Sowa sam pisuje sobie entuzjastyczne recenzje. W tej branży niżej nie można upaść. &lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/2799834716621754710-115488596850531870?l=pawelpollak.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://pawelpollak.blogspot.com/feeds/115488596850531870/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://pawelpollak.blogspot.com/2011/04/zapach-swiezej-smierci-czyli-histeria.html#comment-form' title='Komentarze (4)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2799834716621754710/posts/default/115488596850531870'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/2799834716621754710/posts/default/115488596850531870'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://pawelpollak.blogspot.com/2011/04/zapach-swiezej-smierci-czyli-histeria.html' title='Zapach świeżej śmierci, czyli histeria autora'/><author><name>Paweł Pollak</name><uri>http://www.blogger.com/profile/08286065079875201435</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='16' height='16' src='http://img2.blogblog.com/img/b16-rounded.gif'/></author><thr:total>4</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-2799834716621754710.post-7135008486563868895</id><published>2011-04-25T00:07:00.004+02:00</published><updated>2011-04-25T00:34:43.907+02:00</updated><title type='text'>Zemsta</title><content type='html'>&lt;p align=justify&gt;Otrzymałem maila od czytelniczki, żebym wszedł sobie na stronę serwisu &lt;I&gt;Lubimy czytać&lt;/I&gt;. Okazuje się, że przed sześcioma dniami zarejestrowała się tam niejaka &lt;a href="http://lubimyczytac.pl/profil/31019/malwina"&gt;Malwina&lt;/a&gt;, która oceniła na jedynkę dwie moje książki "Niepełnych" i "Jak wydać książkę". Komentarz do poradnika przypomina bliźniaczo ten, który Aleksander Sowa zawarł w swojej odpowiedzi na moją recenzję. Ulubionym pisarzem Malwiny jest oczywiście Aleksander Sowa. &lt;/p&gt;&lt;p align=justify&gt;Coś przyjemniejszego: na &lt;a href="http://www.portalkryminalny.pl/content/view/2901/87/"&gt;Portalu Kryminalnym&lt;/a&gt; jest do wygrania „Między prawem a sprawiedliwością”. Jakby ktoś był zainteresowany, to wystarczy odpowiedzieć na dwa p
